Tag: Szczepan Twardoch

  • O czym będzie nowa książka Szczepana Twardocha? Znamy szczegóły

    Powieść o rewolucji, wojnie i miłości. 11 listopada 1918. Leutnant Alois Pokora wychodzi ze szpitala na ulice zrewoltowanego Berlina. Stary świat się skończył. La Belle Époque umarła w okopach I wojny światowej. Nowy świat rodzi się w bólach: na froncie zachodnim i podczas rewolucji, przetaczającej się przez pokonane Niemcy. Alois nie należał do starego świata, nie należy też do nowego. Syn górnika z Górnego Śląska, zrządzeniem losu wyrwany z proletariackiej rodziny, wszędzie spotyka się z pogardą i odrzuceniem. Samotny i prześladowany, wierzy tylko w erotyczną relację z perwersyjną, dominującą Agnes. Jednak w świecie, który się skończył, nic nie jest prawdziwe. „Pokora” to porywająca powieść o miłości, wojnie i rewolucji. Historia o Berlinie i Śląsku, o Niemcach i Polakach, o podziałach społecznych i etnicznych. O pożądaniu, władzy, uległości i cenie, jaką płaci się w walce o godność.

    Piszę takie powieści, jakie sam chciałbym czytać: rozległe, wielogłosowe i wielotematyczne. I taka chyba jest Pokora, taki jest obraz George’a Grosza, który zdobi jej okładkę. Pokora opowiada o władzy i uległości, o cenie jaką płaci się walcząc o własną godność, opowiada o wojnie i o następującej po niej rewolucji na ulicach Berlina i Górnego Śląska, o klasowych niepokojach i o erotycznym napięciu w czasach płynnej, rozedrganej rzeczywistości. Akcja „Pokory” dzieje się sto lat temu, zacząłem ją pisać w kwietniu 2019 roku, a jednak wydaje mi się, że jest to powieść właśnie na takie czasy, w jakich przyszło nam żyć” — mówi Szczepan Twardoch.

    Szczepan Twardoch, to marka sama w sobie i każda jego nowa powieść wzbudza olbrzymie zainteresowanie. Pokora ma jednak szczególne znaczenie — mówi Marcin Baniak, Dyrektor Promocji w Wydawnictwie Literackim. To literackie paliwo, na które czeka cały rynek: księgarnie, czytelnicy dobrej literatury, krytycy i publicyści. Wydanie tej powieści ogłaszamy w trakcie pandemii, która z pewnością poważnie osłabiła rynek książki, czytelnicy też mają już prawo tęsknić do dużych literackich wydarzeń. Dlatego właśnie potrzebujemy Pokory. To najlepsza książka na nowe czasy, o ogromnym czytelniczym potencjale, a jednocześnie świetnie napisana i stawiająca wiele aktualnych pytań. Jest na co czekać”.

    Pokora będzie miała premierę 16 września. Tego samego dnia ukaże się niemieckie wydanie „Królestwa” — głośna kontynuacja Króla, świetnie przyjętego w tym roku przez krytyków w Stanach Zjednoczonych. 

  • Kiedy polska „Gra o tron”? Najpierw „Król” i „Żmijowisko”

    Internet żyje wieloma zdarzeniami, ale od połowy kwietnia naczelnym tematem jest finałowy sezon Gry o tron. A teraz to moment szczególny. Jesteśmy świeżo po trzecim odcinku ósmego sezonu, na który w napięciu czekały setki milionów widzów na całym świecie. Przed jego emisją tysiące ludzi obstawiały, kto ich zdaniem straci życie w nadchodzącej Bitwie o Winterfell, a jeszcze więcej z nich z wypiekami na twarzy śledziło fanowskie teorie na temat tego, kim jest słynny Nocny Król i co łączy go z Trójoką Wroną. Z kolei już po premierze fani podzielili się na dwa obozy, tocząc zaciekłą wojnę w komentarzach na Facebooku i YouTubie – dla jednych była to najbardziej epicka bitwa, jaką zobaczyli na ekranach co najmniej od czasu kulturowej bitwy o Helmowy Jar z Władcy Pierścieni, dla drugich mieliśmy do czynienia z taktycznym bublem spowitym w egipskich ciemnościach.

    Dziś można odnieść wrażenie, że już niemal wszyscy znają Jona Snowa, Daenerys Targaryen (niektórzy nawet nazywają na jej cześć swoje córki) czy Tyriona Lannistera. Jeśli nawet ktoś nie ogląda samego serialu, z pewnością widział przynajmniej jeden z licznych memów mu poświęconych. Mało jednak brakowało, by największy hit telewizyjny HBO nigdy nie powstał. Pierwszy pilot serialu został odrzucony przez kablówkę i zdobył uznanie włodarzy stacji dopiero po przerobieniu go w niemal dziewięćdziesięciu procentach. Ale Gra o tron nigdy by też nie powstała, gdyby nie jej literacki pierwowzór – seria powieści fantasy Pieśń lodu i ognia George’a R.R. Martina, który jest także scenarzystą serialu.

    www.unsplash.com/Avel Chuklanov

    To prawda, że w dzisiejszych czasach częściej rozmawiamy o serialach niż powieściach. To losy bohaterów telewizyjnych, a nie literackich rozbudzają nasze emocje. Niemniej – i może warto to wszystkim przypomnieć – wiele znakomitych i kochanych przez widzów seriali swój początek bierze właśnie w literaturze. To nadal pisarze – a nie scenarzyści – są twórcami najciekawszych pomysłów na fabuły i nieszablonowe postaci: czy jest to Sherlock BBC, czy Wielkie kłamstewka HBO, czy Altered Carbon Netflixa, czy Dexter stworzony przez stację Showtime. Często nawet nie mamy świadomości, że historie oglądane na ekranie telewizora czy monitora miały swoje literackie pierwowzory. A dziś można odnieść wrażenie, że stacje telewizyjne i producenci coraz częściej i chętniej sięgają po powieściowe cykle, by stworzyć z nich seriale. Tym należy tłumaczyć między innymi zapowiedź ekranizacji przez Netflix czternastu (!) książek Harlana Cobena.

    Tę tendencję widać także coraz wyraźniej u polskich producentów. Ostatnio internet żyje doniesieniami z planu przygotowywanego przez Canal+ serialu na podstawie Króla Szczepana Twardocha. Wiele się także mówi o innej adaptacji, której dokona ta sama stacja –Żmijowisku opartym na książce Wojciecha Chmielarza. A przecież to nie będą pierwsze polskie bestsellery przeniesione na telewizyjne ekrany. Niedawno głośno było we wszystkich mediach o najnowszej produkcji HBO Polska, czyli serialowej adaptacji Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka, której wizualna strona jest oszałamiająca, choć różnie oceniać można samą fabułę i grę aktorską. Nie mniej emocji budzi serial Chyłka oparty na prozie Remigiusza Mroza – pisarza co najmniej kontrowersyjnego na polskim rynku powieści kryminalnej. Także tutaj zdania są podzielone, ale – jak wiadomo – o gustach się nie dyskutuje. Jedno jest pewne: polskie seriale zaczynają żyć polską literaturą.

    Czy w najbliższych latach możemy spodziewać się kolejnych adaptacji powieści polskich autorów? Zapewne. Dlaczego? Ponieważ to w pewnym sensie pewniaki. Jest już grupa zagorzałych fanów, dzięki którym dana książka stała się bestsellerem, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci zechcą również się zapoznać z serialem na podstawie książki…. albo gry komputerowej opartej na serii książek, by wspomnieć o chyba najbardziej wyczekiwanej produkcji telewizyjnej na podstawie polskich powieści, czyli Wiedźminie Netflixa. Poza tym wcześniejszy sukces książki jest już – przynajmniej w teorii – potwierdzeniem jakości opowiedzianej historii i pokazanych w niej postaci. Ale powiedzmy sobie szczerze, to nic nowego: zawsze łatwiej było zainwestować duże pieniądze w pewniaka niż nowy, nieszablonowy pomysł, choć mogło się trafić na Breaking Bad albo Stranger Things

    www.unsplash.com/Noom Peerapong

    Nie jest chyba więc tak źle z tą naszą literaturą, a wiele wskazuje na to, że może być jeszcze lepiej. Z drugiej strony my pisarze (bo jestem jednym z nich) – wbrew pozorom – stoimy na o wiele lepszej pozycji niż scenarzyści. Ogranicza nas tylko wyobraźnia, papier jest cierpliwy, a jego zapełnianie tanie w porównaniu z wieloma milionami przeznaczonymi na produkcję filmu czy serialu. Najbardziej produktywni z nas – tu znów wypada przywołać wspomnianego już Remigiusza Mroza – są w stanie wydać pięć czy sześć powieści rocznie. I nawet jeśli cztery z nich będą słabe, jedna może zaskarbić sobie sympatię czytelników, którzy z wypiekami na twarzy czekać będą na kolejne odsłony serii. Sam Mróz pisze w rok więcej książek niż cała stacja HBO jest w stanie wyprodukować seriali w tym samym czasie, co w pewnym sensie unaocznia możliwości produkcyjne pisarzy.

    W zeszłym roku na polskim rynku ukazało się ponad 30 tysięcy nowych tytułów literackich, wśród nich setki bestsellerów i – zapewne – potencjalnych pomysłów na seriale. Literatura więc wcale dziś nie wygrywa jakością, ale ilością. Choć może wcale nie powinniśmy mówić o rywalizacji, a raczej o symbiozie? Przecież telewizja kupuje prawa do tych powieści, które „kupiły” serca czytelników danego gatunku, a z kolei magia ekranu sprawić może, że te same książki trafią do masowego odbiorcy, który często nawet nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia. W końcu G.R.R. Martin w środowisku fantastyki znany był jeszcze przed przeniesieniem jego cyklu powieściowego do telewizji. To jednak HBO uczyniło z Gry o tronglobalną markę, a z pomysłodawcy pierwowzoru powszechnie rozpoznawalnego pisarza, który popularnością może spokojnie dziś rywalizować z J.K. Rowling czy Danem Brownem – pisarzami, którzy z kolei bardzo wiele zawdzięczają magii kina.

    Nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za polskie serialowe adaptacje literackich bestsellerów (co dziwne, w trakcie pisania uświadomiłem sobie, że w telewizji głównie ekranizuje się męskich autorów, może więc czas na pisarki?) i mieć nadzieję, że telewizyjne produkcje nie tylko nie będą gorsze od pierwowzorów, ale – jak w przypadku Gry o tron – będą od nich jeszcze lepsze.

    Dr Mikołaj Marcela jest wykładowcą na Uniwersytecie Śląskim, znawcą popkultury, pisarzem. 

  • „Literatura, krytyka i personalia”, dr Krzysztof Łęcki podsumowuje rok

    Kiedy czytelnik liczy sobie więcej niż pół wieku to zwykle niewiele go w świecie literatury jest w stanie zaskoczyć. W grę wchodzą co najwyżej niespodzianki. Przyjemne albo nieprzyjemne. Zanim jednak przejdę do niespodzianek podsumuję w jednym zdaniu moje rewizje klasyki – opowiadania Jorge Luisa Borgesa przetrwały próbę czasu, „Sto lat samotności” nie. „Proces” Franza Kafki – tak; „Dżuma” Alberta Camusa znudziła mnie raczej – mógłbym takie pary potwierdzeń i rozczarowań wyliczać. Ale przejdźmy od historii literatury do miłych i niemiłych literackich niespodzianek współczesności.

    Otóż taką miłą niespodzianką okazała się dla mnie powieść Laurenta Bineta „Siódma funkcja języka” (WL Kraków 2018). Na jej okładce znalazło się miejsce dla informacji, że książka została nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera 2018, a także intrygujące pytanie „Kto zabił Rolanda Barthesa?” (znanego semiologa i krytyka literackiego). Bookera 2018 przyznano, jak wiadomo, Oldze Tokarczuk, za powieść „Bieguni”, ale w przypadku świetnej skądinąd powieści Bineta zastanowiło mnie – paradoksalnie – jak w ogóle trafiła ona listę powieści nominowanych do tak prestiżowej nagrody? Bo, tak po prawdzie, dla kogo jest ta powieść? Kim jest jej wirtualny (w rozumieniu literaturoznawczym) czytelnik? Przez wiele lat prowadziłem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Śląskiego seminarium „Postmodernizm – kultura – społeczeństwo”, toteż, chociażby z tego powodu stosunkowo łatwo było mi bawić się parodiowaniem mód intelektualnych Paryża i okolic drugiej połowy XX wieku. Nie tylko dlatego, że czytałem napisane przez wyrosłe z tej mody teksty – ale, tuszę, także dlatego, iż mam do nich pewien szczególny dystans. Roland Barthes, Michel Foucault, Jacques Derrida, Umberto Eco, Jacques Lacan…

    To rzeczywiście był specyficzny (i wpływowy) „mały światek”. Pisząc o nim Alain Besancon tak wspomina seminarium Lacana: „Trzeba było przyjść dużo wcześniej, gdyż aula szybko się zapełniała. /…/ Zaczynał mówić. Z pewnością była w tym jakaś sztuczka, od dawna dopracowana, którą opanował do perfekcji, ale teraz wychodziło mu to już samo przez się, jak gdyby było jego naturalnym sposobem mówienia, i zresztą z czasem nim się stało. Melanż Mallarmego, Heideggera, żargonu khagn, przetykany zwrotami niemieckimi – w języku, którego nie znał, ale który służył do wypunktowania jego wykładu, podbudowania go wyższym autorytetem, przerywany także swojego rodzaju pochrząkiwaniem, które powracało niemal przy każdym zdaniu, płynął godzinami. Publiczność była zahipnotyzowana”. /…/ Obok mnie pewien psychoanalityk /…/ skonstruował specjalny tachigraf, aby zarejestrować każde słowo. >>Jeśli przeoczę choć słowo – mówił poważnie – ucierpi na tym moja praca z całego tygodnia<<”.

    Czy uczestnicy Lacanowskich seminariów (i w ogóle – czytelnicy Lacana) umieliby stawić czoła fragmentowi „Siódmej funkcji języka”? Sprawdźmy: oto ktoś „/…/ cytuje Lacana, który podobno gdzieś powiedział: – >>Nazwa jest czasem przedmiotu<<. /…/ czy nie można by równie dobrze powiedzieć, że >>czas jest nazwą przedmiotu<< albo >>czas jest przedmiotem nazwy<< czy wreszcie, albo po prostu >> nazwa jest przedmiotem czasu<<. Ja sam jestem przekonany, że tak. Umieliby.

    A jak się to czyta (czytało) w Polsce? Jakoś przypomniało mi się to, co profesor Bronisław Łagowski pisał o „Archeologii wiedzy” Michela Foucaulta: „Z księgarń zniknęła błyskawicznie i jestem głęboko przekonany, że wszystkie te dziesięć tysięcy egzemplarzy będą dokładnie przeczytane, niektóre zapewne nawet po kilka razy. /…/ . Życie niejednokrotnie naśladuje literaturę i tak jest w tym wypadku. dziesięć tysięcy polskich inteligentów nad >>Archeologią wiedzy<< M. Foucaulta to tryumf groteskowych pomysłów Sławomira Mrożka nad rzeczywistością”.

    Powieść Bineta jest w pewnym sensie powieścią uniwersytecką, ale usytuowaną gdzieś na pograniczu jej postaci klasycznej [Kingsley Amies („Jim Szczęściarz”), Malcolm Bradbury („Homo historicus”), David Lodge („Zamiana”, „Mały światek”, „Fajna robota”)] i powieści sensacyjnej osadzonej w uniwersyteckich realiach (Robert Ludlum „Manuskrypt Chancellora”). Charakter pokazanych w niej tajnych stowarzyszeń nawiązuje do „Klubu Dumasa” Artura Perez-Reverte. Zresztą i w powieści hiszpańskiego powieściopisarza, i u Bineta ich członkiem okazuje się Umberto Eco; nawiązania do „Imienia róży” tego ostatniego znajdzie czytelnik w „Siódmej funkcji języka” („jego umysł błądzi przez chwilę nawiedzony wizją otrutego mnicha”, s.239). Inne odniesienia nie są może aż tak bardzo oczywiste – i tak pozytywne „oszczędzę wam całego tego >>kopiuj-wklej<< z Wikipedii: miejski pałacyk zaprojektowany przez takiego a takiego architekta włoskiego dla takiego a takiego biskupa z Bretanii itd.” s. 45 – zdaje się odsyłać wprost do pisarskich praktyk Dana Browna). Część odniesień ma charakter polityczny – jak choćby aluzja do przyszłego, jeśli idzie o czas powieściowy, zamachu na Jana Pawła II czy magiczno-językoznawczej pomocy udzielonej Barakowi Obamie, która umożliwiła mu zdobycie Białego Domu. Czytelnik skojarzy też pewnie paralele pomiędzy losami głównego bohatera powieści Bineta, młodego semiologa Simona z autorem „Don Kichota” Miguelem Cervantesem – obaj tracą rękę w dramatycznych okolicznościach… Takich literackich i politycznych śladów jest w książce Bineta znacznie więcej, a sama fabuła też jest warta uwagi. Nie tylko na swój sensacyjny wątek, ale także przez przenikanie się zdarzeń rzeczywistych (ot, choćby, wybory prezydenckie we Francji w roku 1981: Francois Mitterand i Giscard D’Estaing) i literackiej fikcji (dramatyczna śmierć Jacquesa Derridy w tymże 1981).

    Dobra, gdzie Paryż, Bolonia, Wenecja, Ithaca i gdzie Rzym, a gdzie Krym… Przejdźmy do Polski 2018. Nie będę pisał o książkach (choć kilka z nich rozczarowało mnie dotkliwie, jak chociażby „Państwo teoretyczne” Bartłomieja Sienkiewicza, to dość słaba publicystyka) ale o pewnej niemiłej przygodzie z literaturą związanej. Bo choć rzeczywistość literacka zaskakuje mnie, jako się rzekło, raczej rzadko, to tym razem jednak jakoś zaskoczyła. Nieprzyjemnie. Otóż latem tego roku miałem okazję przeczytać w „maszynopisie” świetne „Królestwo” Szczepana Twardocha. Jeszcze przed wydaniem powieści Twardocha wysłałem autorowi w formie żartu klisze dwu recenzji – pozytywnej i negatywnej jego powieści. Czytając później entuzjastyczne niemal recenzje w „Newsweeku” czy „Polityce” miałem okazję sprawdzić, jak niewiele się pomyliłem, gdy idzie o wychwycone przez recenzentów pozytywy. Co do recenzji negatywnych to operowały łatwo przewidzianymi przeze mnie argumentami. Przewidzianymi, bo krytycznoliteracka „zła wiara” operuje zwykle nader uproszczonym polem skojarzeń i dość skąpym pojęciowym instrumentarium. Niemniej jednak w dwu recenzjach uderzył mnie ton, którego na pewno ani nie przewidziałem, ani się nie spodziewałem. Jeden z recenzentów („Rzeczpospolita”) pisze z ostentacyjną bezradnością: „Tylko znawcy kobiecej duszy mogą powiedzieć, dlaczego czytelniczki przychodzące tłumnie na spotkania z pisarzem tolerują fakt, że kobiety u Twardocha robią wrażenie głupich i ograniczonych do roli seksualnego mięsa, które bije się i gwałci. To tak jakby – używając obrazowania z czasów, gdy rozgrywa się powieść – Żydzi pchali się na wiece Hitlera po wprowadzeniu ustaw norymberskich. Królestwo temu, kto wie, co sobie Twardoch wyobrażał, jakie świerszczyki i filmy oglądał /…/”. Cóż za układy odniesień… Doprawdy, nie wiem, co czyta (i ogląda) recenzent „Rzepy”. Tyle, że nawet najbardziej płytka psychoanaliza nie wydaje się tu specjalnie potrzebna. Drugi z recenzentów („dwutygodnik.com”) przedstawia się jako (w zamierzeniu pewnie kokieteryjnie, bo też i nie raz) „żerujący pasożyt literatury, który pisze jadem zawiści”… Tyle, że kokieterii w tekście nie staje, za to pasożyt strzykający jadem zawiści widoczny jest w każdym zdaniu.

    No właśnie – Roland Barthes przyrównał kiedyś w wywiadzie dla „Le Nouvel Obsevateur” funkcję intelektualisty do ludzkich odchodów. Nie śmiem podejrzewać recenzentów „Królestwa” o brak oczytania. Ale widać niektórzy z nich wzięli uwagę Barthesa chyba jednak zbyt dosłownie.

    Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.

  • „Drach” po śląsku. Kolejne szczegóły.

     

    Kilkanaście dni temu pisałem, że „Drach” Szczepana Twardocha zostanie przetłumaczony w całości na język śląski. Szczegółów wtedy nie było za wiele. Podpytałem więc przedstawiciela Wydawnictwa Literackiego o konkrety. Co więc wiadomo o śląskiej wersji książki Twardocha?

  • „Drach” po śląsku? Już wkrótce!

    Książka ukazała się w 2014, ale już za moment znów będzie o niej głośno. Dlaczego? Szczepan Twardoch zapowiedział, że „Drach” ukaże się po śląsku.

    Ta informacja pewnie ucieszy czytelników z Górnego Śląska, bo autor zapowiedział, że książka ukaże się w całości, czyli chodzi nie tylko o dialogi, w ich języku, czyli po śląsku. Na ten moment wiadomo tyle, że premiera będzie miała miejsce w przyszłym roku, a książkę przełożył Grzegorz Kulik. 

  • „Koszty uzyskania uwagi”, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Podczas jednego spotkania autorskiego zapytano mnie kiedyś, co jest najtrudniejsze w pisaniu. Nie pamiętam co wtedy odpowiedziałem, ale na pewno nie były to słowa, których użyłbym po dłuższym namyśle. Te bowiem brzmiałyby niewątpliwie: przekazywanie tego, co ma do powiedzenia zupełnie obcym ludziom. Z tą kwestią wiąże się bowiem najczęstszy, choć dość oczywisty i jakby wymuszony sytuacją, błąd debiutantów. Gdy piszą swoje pierwsze teksty, ich opowieści są dla bliskich i znajomych. Dla kogoś, kto zna sposób mówienia i myślenia autora, kto w podobny sposób uzupełni sobie wszelkie niedomówienia, uzupełni sceny według tych samych kontekstów. Debiutant zakłada, że człowiek, do którego pisze ma tę samą wiedzę, zbliżony sposób myślenia i światopogląd mieszczący się w konkretnych ramach. I faktycznie, dopóki tekst nie wyjdzie poza krewnych i znajomych Królika, wszystko się zgadza, działa, gra i buczy. Problem zaczyna się wtedy, gdy wypływamy na szersze wody – kierujemy opowieść do ludzi, którzy nas zupełnie nie znają.

    Kolejne pytanie z autorskiego, być może nawet tego samego, brzmiało: Czy pisanie fantastyki, tworzenie światów wymyślonych, nie jest aby trochę pójściem na łatwiznę. Bo przecież łatwiej coś tam sobie wymyślić niż dobrze osadzić w znanej rzeczywistości o twardych i niezmiennych regułach. To drugie wymaga wiedzy, to pierwsze tylko fantazji.

    Tu swoją odpowiedź pamiętam dość dobrze, mówiłem bowiem o tym, że fantastyka czyli wymyślanie czegoś od podstaw, jest o tyle trudniejsze, że odpowiadamy nie tylko za rozwiązania fabularne, ale i za każdy podstawiony zamiast oryginalnego, rzeczywistego, kawałek świata przedstawionego. Autor książki nie fantastycznej jeśli powołuje się na wciąż jeszcze niezbadane zjawisko, wystarczy, że wskaże iż coś takiego kiedyś się wydarzyło. Nie jesteśmy twórcami świata, nie musimy wiedzieć jak wszystko działa, by działało. Fabule i zawieszającemu niewiarę czytelnikowi wystarczy jeden czy dwa udokumentowane przypadki zjawiska. Fantasta jako demiurg, swoje posunięcia i nietypowe rozwiązania fabularne wyjaśniać musi – a przynajmniej powinien – zawsze.

    To dobra szkoła dla pisarza. Uczy jak nie tracąc napięcia czy nastroju płynnie wyjaśniać odbiorcy rzeczy niezrozumiałe. Jak wprowadzać w nietypową sytuację, by czytelnik mimo wszystko utożsamił się z zupełnie innym od siebie bohaterem i zrozumiał jego sytuację. Realne, ruszające nas problemy w nierealnym, ale dobrze objaśnionym świecie. Na tym często polega nasza, pisarzy, praca i fantastyka świetnie do tego przygotowuje. Wystarczy zresztą spojrzeć na listę autorów zdobywających teraz szturmem księgarniane półki. Ilu spośród nich było początkowo fantastami? Ilu uczyło się przedstawiania swoich racji właśnie na tym poligonie? Łukasz Orbitowski, Szczepan Twardoch, Jakub Małecki, Wit Szostak – dziś zdobywający szeroką publikę, nominacje do mainstreamowych nagród czy wręcz same nagrody – to tylko czubek góry lodowej. Wszyscy oni nieraz udowodnili, że wiedzą jak to działa.

    Tyle, że… mam wrażenie, że ostatnimi czasy przynajmniej jednemu zdarzyło się trochę zapomnieć. Mowa o Szczepanie Twardochu i jego wpisie skierowanym do Donalda Tuska, w którym pisarz oskarża byłego premiera o kradzież.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Pozwólcie, że nakreślę sytuację – chodzi o tak zwane koszty uzyskania przychodu. Czym są, pewnie wiecie, ale i tak, by zbudować należycie kontekst – o tym wszak mówimy – wyjaśnię: to, zgodnie z nazwą, koszty jakie musimy ponieść, by uzyskać przychód. Opierając to na przykładzie, autor, który dostanie honorarium za spotkanie autorskie, musi na to spotkanie dojechać. Koszta dojazdu pozwolą mu na uzyskanie przychodu, ale mimo wszystko, same w sobie są stratą nie zyskiem i w jakiś sposób pomniejszają otrzymaną kwotę. Nie należy więc za nie konkretnie płacić podatku. Proste, prawda? Tak, bo póki co, to garść oczywistości.

    Problem zaczyna się jednak przy mniej oczywistych sprawach. Oto bowiem ustawa mówi, że aby uznać coś za taki koszt, należy wykazać związek poniesionych wydatków z dziełem, na którym zarobimy. I tu wszystko zaczyna się troszkę rozmywać.

    Pozwólcie bowiem, że oprę się na swoim własnym przykładzie – w moim „Kłamcy” jest dobrze licząc kilkaset popkulturowych nawiązań do wszelkiego rodzaju dzieł – od książek, przez filmy i komiksy, po gry komputerowe. I to nie tak, że one tam sobie są tak po prostu. Umieściłem je, by w dla każdego odbiorcy było jasne, że to nie jest nasz świat, a rzeczywistość wykreowana przez popkulturę właśnie. Stąd oczywiście masa hołdów złożonych znanej mi od dawna klasyce, ale i masa rzeczy, które mnie samego kręcą mniej, ale trafiają do odbiorcy i pozwolą jemu zbudować kontekst. Stąd dajmy na to nawiązania do „Zmierzchu” czy seriali, których sam z siebie nie oglądam. I teraz pytanie brzmi czy w takim wypadku powinienem odpisać sobie jako koszt wizytę w kinie na „Zmierzchu” (albo zakup książki)? Albo abonament na Netfliksa?

    Jeszcze zabawniej i trudniej byłoby, gdybym chciał w koszta wpisać swoje podróże do Stanów, które przecież stanowią inspiracje do książek. Już sobie wyobrażam wykazywanie, że to, co było moimi wakacjami jest tak naprawdę reaserchem, że to koszta jakie ponoszę, by potem mieć zysk. I jasne, da się, dobrzy księgowi nie takie rzeczy wciągali w wydatki, ale tu, w przypadku artystów, postanowiono trochę to uprościć i jednocześnie, w ramach wspierania kultury, uprzywilejować. Stąd pięćdziesiąt procent kosztów uzyskania przychodu. Dla jednych pisarzy to zysk, bo nigdy nie mieli takich kosztów, dla drugich trochę strata, bo koszta mogą mieć większe. Ci drudzy jednak mogą zawsze skorzystać z innych opcji rozliczania się z fiskusem.

    Tak czy owak koszty zryczałtowane uzyskania przychodu to przywilej podatkowy. Jeden z wielu, skierowany do konkretnej grupy z kilku konkretnych powodów. Kłujący w oczy w przypadku najbogatszych, zrozumiały w odniesieniu do większości, zmieniony względem stanu poprzedniego w sposób nieprzemyślany i tym samym krzywdzący1.

    www.unsplash.com/Igor Ovsyannykov

    Co w tym wszystkim robi Tusk? Otóż to za czasów jego rządu wprowadzono ową wspomnianą wcześniej zmianę – obostrzenie mówiące o tym, że owa ulga dotyczy wyłącznie przychodów do określonej kwoty, a powyżej niej tych kosztów nie można już rozliczać. I nie ma specjalnie znaczenia czy dochody w danym roku to wynagrodzenie za pracę wyłącznie tegoroczne czy też jest to rok tłusty po dwóch czy trzech chudych.

    I teraz tak, kwota limitu nie jest mała, bo to około osiemdziesięciu sześciu tysięcy rocznie. Artysta żeby ją przekroczyć musiałby osiągać przychód powyżej siedmiu tysięcy miesięcznie (przyjmując dla wygody wywodu uproszczone założenie, że wynagrodzenie dostaje w comiesięcznych transzach). Jeśli praca zajęła mu dwa lata, a w międzyczasie nie robił nic innego, musi sobie te pieniądze rozłożyć na rzeczony okres i wtedy jest mniej imponująco. Jeśli nad dziełem pracował trzy lata… i tak dalej i tak dalej. Słowem nieco skomplikowana kwestia związana z tym jak konkretna, powiedzmy sobie, dość wąska grupa ludzi musi sobie radzić ze swoimi problemami. Takimi co to dla innych są kosmosem. Czy też, ujmując to inaczej, krainą fantasy.

    I teraz wróćmy do Twardocha i jego wpisu skierowanego do byłego premiera. W rzeczonym liście pisarz odnosi się do wypowiedzi polityka, który przyznał, że przeczytał książkę Twardocha. Autor ma nadzieję, że ta się nie podobała, bo wtedy okradzenie przewodniczącego Rady Europejskiej z jego cennego czasu będzie małym rewanżem za odebranie omówionego tu już przywileju.

    Wpis – co oczywiste, bo tak został stworzony i upubliczniony – poszedł w świat. I nagle się okazało, że… Twardoch popełnił błąd nowicjusza. Wrzucił czytelników w nieznany im świat bez słowa wyjaśnienia, bez zarysowania kontekstu, w krótkiej depeszy. Nie osadził czytelnika w swoim świecie i nie dał mu się wczuć, tym samym tracąc kontrolę nad odbiorcą. Bo który tak zwany normalny zjadacz chleba wie o co chodzi z tymi kosztami uzyskania przychodu? Skąd, na co i po co oraz dlaczego ci mają a my nie?

    Zaraz wykorzystali to zresztą dużo mniej od Twardocha zdolni kreatorzy codziennej rzeczywistości. Serwis natemat.pl, któremu z wydźwiękiem antytuskowym było nie po drodze, natychmiast napisał w coraz bardziej sobie bliskim, tabloidowym stylu, o burżuju, który upomina się o pieniądze choć ma już tyle, że przeciętny Polak nawet o takich nie marzy.

    Z drugiej strony nie lepsze prawicowe serwisy zapomniały już najwyraźniej o tym, co Twardoch kazał zrobić Polsce po tym jak sądy nie uznały istnienia narodowości śląskiej i z miejsca uczyniły swoim tymczasowym bohaterem tego, którego mieli za zdrajcę i sprzedawczyka. W ten oto sposób Twardoch, uzdolniony pisarz, bywało że władca naszych emocji, a swego czasu uzdolniony twórca innych światów, zamiast wykreować zrozumiałą dla wszystkich opowieść, w której ktoś zwróci uwagę na jego racje, stał się wyłącznie bohaterem lub antybohaterem cudzych historii granych w takt konkretnych interesów.

    www.unsplash.com/Vitaly

    A przecież można by inaczej. Bo co to za problem przedstawić, zgodnie z prawdą zresztą, Donalda Tuska jako człowieka, który najpierw – gdy propozycja cofnięcia przywileju wypłynęła od rządu PiS – stał na straży przywileju jako obowiązku Narodu wobec artystów, sztuki i przyszłych pokoleń, a potem nagle zmienił zdanie, gdy sam przejął władzę? Tak, to mogła być bez trudu opowieść o politycznej hipokryzji, o graniu na emocjach, na wielkich wartościach i zwyczajnym oszukiwaniu ludzi niezależnie od ich majątkowego statusu. To bez trudu mógł być ten przypadek, gdzie bohaterem opowieści zostaje człowiek, co do którego możemy mieć mieszane uczucia, ale trzymamy z nim i po jego stronie, bo mimo wszystko sprzeciwia się wyraźnemu, większemu złu i obłudzie. Nie wiem bowiem czy można powiedzieć, że Tusk artystów, w tym Szczepana, okradł, ale bez dwóch zdań w paskudny, wyrachowany sposób okłamał i oszukał. I tu mamy już wspólną płaszczyznę, prawda? Nie lubimy, gdy politycy w tak perfidny sposób robią nas w wała…

    Wracając do tego, co mówiłem na początku, szkoda, że Szczepan Twardoch, podnosząc tę kwestię, zapomniał o być może jedynej przydatnej mu teraz nauki jaką mógł wyciągnąć ze swojej fantastycznej przeszłości – nieznany odbiorcy świat należy mu wyjaśnić, uczynić dostępnym, bliższym, a dopiero potem oczekiwać od niego reakcji na wydarzenia. Inaczej naszą hermetyczną historię zrozumieją tylko garstka krewnych i znajomych.

    Jakub Ćwiek

    1 Pozwolę sobie podkreślić iż nie neguję samej zmiany przepisu, a jedynie to jak została ona przeprowadzona i jak wielu spraw nie bierze pod uwagę.

  • „Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje

    Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.

    Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

    zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.

    Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.

    Wojciech Chmielarz