Tag: sztuczna inteligencja

  • Prawo zawsze goni technologię. Rozmowa z adwokatem Krzysztofem Czyżewskim

    To materiał dla bardzo zainteresowanych tematem, bo dłuższy, ale, w mojej opinii, adwokat Krzysztof Czyżewski, który na co dzień zajmuje się prawem autorskim, przybliża istotę problemu. Czy da się ująć sztuczną inteligencję w prawne ramy? Jeśli tak, to w jaki sposób? Czy prawo kiedyś dogoni technologię? Czy sztuczna inteligencja będzie kłopotem, zbawieniem (niewłaściwe skreślić) rynku książki? Może dożyjemy czasów, kiedy autorki i autorzy nie będą niezbędnym ogniwem w literackim łańcuchu? A jeśli już w takich czasach funkcjonujemy?

     

  • Hej, ChatGPT, napisz za mnie książkę! Artur Kurasiński o AI

    Jeśli czytasz ten tekst, to znaczy, że prawdopodobnie marzysz o dwóch rzeczach – napisaniu własnej książki oraz żeby nie musieć się przy tym napracować. Rozumiem Cię doskonale! Praca nad książką (niezależnie jaką), to droga przez mękę. Trzeba nauczyć się szukać informacji, budować świat, tworzyć bohaterów, dialogi, no i (taki drobiazg), mieć pomysł na to wszystko.

    Jest wiele książek opisujących proces tworzenia – pisali o tym między innymi Stephen King i Remigiusz Mróz. Każdy z nich zniechęcał, pokazywał jak bardzo jest to proces ciężki, niszczycielski wręcz i najeżony problemami.

    Fantazjowanie o pisaniu książek jest miłe i bezpieczne. Pisanie książek to proces skrajnie wyczerpujący i destruktywny (napisałem, bądź współuczestniczyłem w wydaniu 8 książek i komiksów, więc trochę o tym wiem).

    Być może nawet zacząłeś (albo zaczęłaś) robić coś w tym kierunku, ale niestety idzie Ci jak po grudzie. I potrzebując wsparcia, siedzisz właśnie w jakiejś knajpie z kumplem, który po trzeciem piwie odzywa się i mówi „Hej, a próbowałeś AI? Wiesz, że ChatGPT może pisać teksty?”

    No właśnie.

    Sztuczna Inteligencja.

    www.unsplash.com/Florian Olivo

    Magiczna fraza za którą kryją się totalnie fantastyczne wyobrażenia o tym, co ta „ej aj” potrafi. Na potrzeby niniejszego felietonu muszę zatem wytłumaczyć (bardzo pobieżnie) czym jest, a czym nie to AI o którym słyszymy od prawie dwóch lat.

    Sztuczna inteligencja nie zaczęła się w listopadzie 2022 roku, kiedy OpenAI pokazało świat swój model językowy ChatGPT-3. Naukowcy zajmują się kwestiami AI od lat sześćdziesiątych zeszłego wieku.

    Problemy z małą wydajnością mocy obliczeniowej, brak algorytmów oraz danych skutecznie uniemożliwiał rozwój tej dziedziny nauki. Niektórzy naukowcy wręcz twierdzili, że stworzenie AI, które chociaż minimalnie będzie w stanie nam pomagać, jest skazane na porażkę. A o oprogramowaniu, które będzie w stanie zdać tzw. test Turinga (w określenie poziomu posługiwania się językiem naturalnym przez maszynę oraz umiejętności myślenia) nie ma mowy.

    Minęło kilkadziesiąt lat, wiele ścieżek i prób okazało się błędnych, aż wreszcie mały zespół badawczy pracujący w firmie OpenAI dokonał przełomu. Udało się stworzyć algorytm (nazywany wielkim modelem językowym z powodu ilości danych, które musi zawierać aby działał poprawnie), który zgaduje kolejność słów.

    Tak, dobrze słyszycie. Tak naprawdę ten jeden z największych wynalazków ludzkości można opisać jako „stochastyczną papugę” czyli twór, który bezmyślnie powtarza zasłyszane słowa i zdania bez ich rozumienia, za to w większości wypadków w sensownie brzmiących frazach. I robi to całkiem nieźle bo oprócz tekstów tworzy też grafikę i wideo, a nawet bardzo dobrze radzi sobie z tworzeniem kodu.

    Jak to się dzieje? Nikt tego nie wie.

    Naukowcy z OpenAI, Meta, Microsoftu, Apple czy Google rozkładają ręce i bardzo chętnie używają terminu „czarna skrzynka”, co ma oznaczać „stworzyliśmy coś, ale nie rozumiemy jak to działa”. Wiemy jakie algorytmy są potrzebne, ile treści (danych na podstawie których algorytm się uczy), jaka moc obliczeniowa, ale nie wiemy dlaczego dany model językowy działa.

    Nie wiemy dlaczego (i co ważniejsze – jak!) doprowadzić do sytuacji, w której taki model nie „halucynuje” (w przypadku ludzi napisałbym „kłamie” – czyli robi to świadomie).

    Witajcie zatem w krainie wspaniałości, w której macie za kilkanaście dolarów miesięcznie dostęp do narzędzia, które (w teorii) może napisać za was dowolną pracę i tekst. Nikt nie wie co prawda jaki będzie efekt i czy to, co dany czatbot napisze, będzie tym, o co go poprosiliście, ale to drobiazg.

    Będąc początkującym pisarzem mamy do dyspozycji magicznego pomocnika, który odwali za nas pracę a my tylko podpiszemy umowę z wydawnictwem i zgarniemy górę szmalu. Prawda?

    Niestety, nic takiego się nie wydarzy.

    Po pierwsze – polskie prawo stanowi jednoznacznie – tylko człowiek może być twórcą. Maszynie nie możemy przypisać praw autorskich. Innymi słowy, jeśli napiszecie swoją książkę za pomocą czatbota to nie macie do niej praw autorskich.

    www.unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Oczywiście możesz skłamać i twierdzić, że to twój pot i łzy wsiąkały w kartki kiedy stukałeś swój opus magnum na maszynie, ale cóż – istnieją sposoby aby sprawdzić czy dany tekst został stworzony za pomocą AI (najprościej to wykazać w przypadku prac naukowych, gdzie AI po prostu plagiatuje prace innych osób).

    Jaka jest inna konsekwencja tworzenia przy pomocy AI? Otóż taki wytwór nie jest utworem i nie podlega ochronie prawa autorskiego. Część prawników twierdzi, że takie wytwory powinno umieszczać się w tak zwanej domenie publicznej, czyli każda inna osoba może z nich korzystać, ale nie posiada do nich praw.

    Kolejną konsekwencją używania czatbota do pisania swojej książki to ryzyko pozwu od właściciela praw do tekstów, na których dany czatbot był szkolony.

    Pamiętacie co jest potrzebne żeby dana AI tak pięknie zgadywała kolejne literki i zdania? Duże zasoby danych, czyli mówiąc prościej, teksty. Książki, opracowania naukowe, komentarze w Internecie, strony www, wszelkie zbiory danych.

    Praktycznie każdy z tych wymienionych obszarów ma swojego właściciela i jest objęty prawem autorskim. Czy firmy tworzące czatboty kupiły prawa do tych tekstów albo poprosiły o zgodę autorki i autorów?

    Wolne żarty. Przecież nie po to Mark Zuckerberg już ponad dwie dekady temu dumnie twierdził „move fast and break things” żeby kolejne spółki z Doliny Krzemowej przejmowały się czymś tak prozaicznym jak prawo czy własność intelektualna.

    OpenAI i praktycznie wszystkie firmy, które stworzyły swoje czatboty są obecnie w sporze prawnym z największymi światowymi wydawcami. Od wyników tych sporów będzie zależał dalszy rozwój sztucznej inteligencji.

    Zostawiam jednak na chwilę na boku kwestie prawne i spróbuję teraz odpowiedzieć na pytanie, czy ChatGPT (i jemu podobne) rozwiązania technologiczne mogą pisać książki?

    W ogromnym skrócie: tak

    Czatboty wyszkolone na bardzo dużej liczbie (liczonych w dziesiątkach milionów) książek i dokumentów mają w sobie możliwość tworzenia tekstów w zadanym stylu („napisz kryminał w stylu Chandlera, ale potem dorzuć trochę stylu Chmielarza”), używania słów, czy wręcz całych zdań charakterystycznych dla danej twórczyni czy autora.

    Problemów jest jednak kilka – po pierwsze, czatboty nadal mają problem z tak zwaną „pamięcią” i po napisaniu kilku stron tekst przestaje być logiczny albo gubi założenia. Możemy w tekście o II WŚ nagle zobaczyć elfy walczące ze smokami. Albo tekst popularnonaukowy zamieni się w hiphopowy utwór.

    Pamiętacie jak pisałem, że naukowcy nie wiedzą dlaczego AI halucynuje?

    No właśnie. Nie wiemy i dlatego nie bardzo na razie możemy to naprawić (być może nigdy to nie będzie możliwe bez pomocy całej masy towarzyszących „ej ajek” które będą odpowiedzialne tylko za spójność tekstu).

    Czy teksty pisane przez AI mogą być lepsze niż teksty, którymi je „nakarmiliśmy”? Nie. Generatywna sztuczna inteligencja to wspaniały i genialny naśladowca. Sam niczego nie wymyśli, bo będzie posiłkować się tekstami, na których się uczył.

    W branży informatycznej istnieje pojęcie „garbage in, garbage out” oznaczające, że jeśli wprowadzimy złej jakości dane, to efektem będą wyniki również podobnej jakości.

    Sprowadzając ten przykład do polskiego podwórka: jeśli ChatGPT nakarmimy książkami Czornyja, to nie spodziewajmy się, że algorytm wytworzy nam literaturę na poziomie Olgi Tokarczuk.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    Nie, czatbot nie uczyni z nas genialnego pisarza, nie spowoduje, że nagle będą spod naszych palców spływały arkusze wspaniałych dialogów czy też opisów przyrody.

    Na chwilę obecną czatbot pomoże nam w zaplanowaniu akcji książki, pomoże w znalezieniu pomysłu, opisie postaci, znalezieniu wątków. Musimy bardzo świadomie działać i wiedzieć co chcemy osiągnąć. Wpisanie frazy „napisz książkę o X” nic nie da.

    Musimy umieć określić bardzo dokładnie w czym chcemy żeby dany czatbot nam pomógł i opisywać to zrozumiałym językiem (to jest ta słynna „inżyniera promptów” o której obecnie tyle się mówi).

    Czatboty genialnie radzą sobie za to z analizą ogromnych zbiorów danych – możecie wrzucić mu wielkiego PDFa i kazać wyciągnąć wnioski, albo zrobić porównanie z innym, równie ogromnym tekstem.

    Artur Kurasiński, fot: www.kurasinski.com

    Wszędzie tam, gdzie nasz ludzki umysł nie radzi sobie pod kątem analizy czy liczenia warto poprosić o pomoc AI. Traktujemy go (ją?) jako naszego kumpla, który zawsze i wszędzie jest nam w stanie pomóc.

    Nie napisze za nas książki, ale pomoże w zaplanowaniu akcji, postaci, opisów. Wytknie błędy logiczne i wskaże alternatywy.

    Nie liczmy jednak na to, że jej poziom kreatywności będzie kiedyś na tyle duży żeby zastąpić pisarki i pisarzy.

    Bo na koniec dnia liczy się człowiek, który tę książkę napisał.

    Kupujemy książki dlatego, że ich autorem jest Stephen King a nie dlatego, że zostały napisane za pomocą Worda z domieszką AI.

    Artur Kurasiński – od ponad dwóch dekad obserwuje trendy technologiczne i społeczne. Często występuje na najważniejszych konferencjach technologicznych w Polsce. Więcej – kurasinski.com.

  • Sztuczna inteligencja, realny problem?

    Nie sądzę, że ona stworzy coś, przynajmniej w najbliższym czasie, absolutnie wyjątkowego i unikalnego, ale jeśli będziemy chcieli dostać dobrze napisane opowiadanie, powieść, kryminał, horror, to sztuczna inteligencja może z czasem rywalizować z rzemieślnikami słowa”. Tak w niedawnej rozmowie (klik) mówił mi literaturoznawca Ryszard Koziołek. Ta opowieść zainspirowała mnie do zadania kilku pytań ludziom z branży. Czy czeka nas rewolucja na rynku wydawniczym? A może skrzynki zaczną puchnąć od propozycji książkowych napisanych przez sztuczną inteligencję? Pytań jest sporo, ale czy na wszystkie są odpowiedzi? Sprawdźmy.

    W ostatnich dniach świat obiegła informacja, że włoski główny inspektor danych osobowych nakazał blokadę ChatGPT. Niemiecka Rada Etyki zaleca ostrożność w korzystaniu z możliwości sztucznej inteligencji. Niektórzy mówią, że to największa rewolucja od czasu wynalezienia Internetu. Jaki wpływ może mieć SI na nasz rodzimy rynek wydawniczy? „Na pewno ważne będą zapisy prawne i prawo w ogóle. Sztuczna inteligencja rodzi się – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – na naszych oczach i jak zwykle w takich przypadkach prawo zostaje z tyłu. Potrzebne będą nowe formuły, nowe regulacje, których celem będzie opanowanie powstającego zupełnie nowego… ekosystemu. Bez tego nikt, nawet wydawcy, którzy na co dzień pracują i obracają się w świecie praw autorskich, sobie nie poradzi. Bo czy za kilka lat, ba – miesięcy, będziemy mogli sami odkryć, czy dany utwór został napisany, czy też wygenerowany przez AI? Mam co do tego poważne wątpliwości. Postęp w tej dziedzinie jest piorunująco zatrważający” – mówi Marcin Baniak, dyrektor działu promocji Wydawnictwa Literackiego.

    www.unsplash.com/Florian Olivo

    Może być więc tak, że za jakiś czas postęp doprowadzi do zalania skrzynek wydawców książkami napisanymi przez sztuczną inteligencję. Czy można się zabezpieczyć przed tekstami tworzonymi przez SI? „Nie ma takiego technicznego zabezpieczenia, ale doświadczony redaktor na razie (to należy podkreślić) jest w stanie spokojnie odróżnić tekst napisany przez człowieka (dobry czy słaby) od tekstu wygenerowanego przez aplikację. Może się to zmienić w jakiejś nieprzewidywalnej przyszłości, ale póki co to wystarcza”, podkreśla Przemysław Pełka, redaktor inicjujący polskiej literatury faktu, redaktor prowadzący w Wydawnictwie Czarne. Załóżmy więc, że od tego na razie upłynęło już sporo czasu i maszyny piszą książki na poziomie ludzi. Czy wtedy dla wydawców będzie to miało jakiekolwiek znaczenie? Jeszcze raz Marcin Baniak z Wydawnictwa Literackiego. „Ciekawe pytanie. Teraz odpowiedziałbym, że to jednak ma znaczenie. Generatywna AI nie jest jeszcze na tak wysokim poziomie, aby przestało to być istotne. Aktualnie przecież proces generowania tych treści polega na tym, że „karmimy” AI danymi – można sztucznej inteligencji dać do „wchłonięcia”, dajmy na to, wszystkie dzieła Szekspira i zamówić na drugi dzień nową sztukę, np. coś w stylu ”Snu nocy letniej”. Dla mnie jako odbiorcy byłoby to istotne, aby wiedzieć, że dany program wygenerował tekst na podstawie innego tekstu. Mam jednocześnie obawy, że postęp pójdzie tak daleko, że algorytmy „same z siebie” będą w stanie tworzyć dzieła sztuki. Na dobrym poziomie. Znalezienie różnic między dziełem ludzkim a sztucznym nie będzie możliwe…”

    Do tematu wciągnąłem też Jakuba Szamałka, autora kryminałów, w których technologia odgrywa znaczącą rolę. Czy dla pisarek i pisarzy sztuczna inteligencja jest szansą, czy bardziej zagrożeniem? „Dziś AI zagraża dziennikarzom, PR-owi, marketingowi. Dla pisarzy może pełnić rolę pomocnicza (stworzyć plan powieści, napisać dialog na zadany temat). Stawiam, że w przeciągu 5 lat zaczną pojawiać się niezłe książki pisane w całości przez AI. Myślę, ze czytelnicy będą mogli sobie zamawiać książki na wybrany temat/ w wybranym stylu („Rozważna i Romantyczna ale w stylu Blanki Lipniskiej”)”. Skoro tak, to czy wyobrażacie sobie, że na okładce obok nazwiska autora/autorki będzie informacja, że książka powstała przy pomocy sztucznej inteligencji? Bo takie duety są przecież możliwe. „Jeśli rzeczywiście zdecydowalibyśmy się na publikację takiej książki, to uczciwe byłoby poinformowanie o tym czytelnika.  Myślę, że często będziemy mieli do czynienia z sytuacją taką, że autorzy będą korzystać (a może już korzystają???) z pomocy w zbieraniu informacji tzw. researchu z pomocy SI”, podkreśla Marek Korczak, dyrektor generalny Wydawnictwa Czarna Owca.

    www.unsplash.com/Steve Johnson

    A może wszyscy przesadzamy i sztuczną inteligencją zachłysnęliśmy się tylko na moment? Może się nie rozpowszechni i za kilka lat będziemy o niej mówić jako o egzotycznym zjawisku? „Choć niektórzy traktują czaty AI lekceważąco, nie przekreślałbym, że w bliskiej przyszłości staną się przydatnym narzędziem dla redaktorek, weryfikatorów faktów etc. Sam korzystam w ten sposób z Binga i choć w dużej mierze robię to z ciekawości (często szybciej osiągnąłbym ten sam efekt, guglając), to niektóre odpowiedzi czata mnie zaskoczyły. Na przykład przy pracy nad książką o „ukradzionych dzieciach” w Hiszpanii, sprawdzałem różne aspekty prawa adopcyjnego uchwalonego w 1958 r. Bez znajomości języka nie dałbym rady tego wyguglać, a tu wystarczyło kilka minut. Wiadomo że nie można korzystać z tego narzędzia bezkrytycznie, algorytm po prostu przewiduje, jakie słowo w ciągu będzie najlepiej pasowało do poprzedniego, ale tu większość informacji pokrywała się z tym, co znalazłem w książce lub w internecie. Z każdą kolejną generacją pewnie będzie to działało jeszcze lepiej i już niedługo generatywne czaty będą traktowane jak dziś Wiki”, mówi Jakub Bożek, redaktor prowadzący z Wydawnictwa Czarne.

    Część złośliwych czytelniczek i czytelników sądzi, że już od dawna na naszym rynku funkcjonują ludzie pióra, którzy wspomagają się sztuczną inteligencją. Pewne jest jednak jedno, że jeśli SI zacznie pisać książki, to grozi nam prawdziwa inflacja literatury.

  • Sztuczna inteligencja w kryminale – październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W zeszłym tygodniu spotkałem się (wirtualnie) z Zygmuntem Miłoszewskim oraz Jakubem Szamałkiem, żeby pogadać trochę o wpływie nowych technologii na pisarską robotę. Rozmowę prowadził Kubę Szamałek i chyba wypadła dość interesująco (przynajmniej tak mi donosili czytelnicy). Mieliśmy jednak jeszcze poruszyć jeden temat, na który nie starczyło czasu. Czy kryminały będzie w przyszłości pisać za nas sztuczna inteligencja?

    No więc jestem przekonany, że to technicznie jak najbardziej możliwe. Już powstają pierwsze powieści napisane przez sztuczną inteligencję, jak „1 the road”, o której jeden z krytyków napisał, że nie ma tam żadnej fabuły, ale znalazło się w niej kilka uderzających i zapadających w pamięć akapitów. Z kolei firma ScriptBook chwali się, że w przeciągu pięciu lat opracuje program do pisania scenariuszy, którego dzieła będą lepsze od tych napisanych przez człowieka. Wierzę w te zapewnienia, bo na jakimś poziomie literatura to zbiór reguł, motywów, pomysłów, którymi można mniej lub bardziej swobodnie żonglować i układać z nich kolejne fabuły. Trudno wymyślić coś absolutnie nowego. Wszyscy mniej lub bardziej odbijamy się chociażby od campbellowskiej drogi bohatera, szukamy pierwszego i drugiego zwrotu akcji, skupiamy się na strukturze trzech aktów i tak dalej. Wszyscy też wiemy, że 99 proc. kryminałów zaczyna się od sceny, w której ktoś kogoś morduje, potem pojawia się śledczy, śledczy zabiera się za rozwiązywanie sprawy, po drodze ginie od pięciu do dziesięciu osób, a na końcu winny zostaje ukarany. Nie wygląda to jak coś, czego nie mogłaby napisać sztuczna inteligencja.

    www.unsplash.com/Michael Dziedzic

    Moim zdaniem jednak samo pytanie powinno być zadane inaczej. Czy ludzie będą chcieli czytać teksty napisane przez sztuczną inteligencję? No więc moim zdaniem, nie.

    Dlaczego? W klasycznej powieści „O czym śnią elektryczne owce” (na podstawie której potem Ridley Scott nakręcił kultowego „Blade Runnera”) Philip K. Dick zadaje pytanie, co różni człowieka od androida? I daje odpowiedź – empatia. To właśnie empatia, zdolność wczuwania się w drugiego człowieka, odróżnia nas od najbardziej inteligentnej nawet maszyny. Gdybym był złośliwy… Cholera, nie – po prostu, będę złośliwy i powiem, że już teraz niektóre powieści, nawet uznanych polskich autorów, wyglądają tak, jakby były napisane przez sztuczną inteligencję. Brakuje w nich po prostu empatii dla postaci. Czytam to i kręcę głową z niedowierzaniem i chcę raz po raz krzyczeć, że ludzie po prostu się tak nie zachowują! I nie chodzi mi o to poczucie, że JA zachowałbym się inaczej. Nie. Żadna żywa istota postawiona w takiej sytuacji nie zrobiłaby tego, co postać w tej powieści.

    No, ale takie książki też się sprzedają. Ku mojemu zaskoczeniu, mają też spore grono wielbicieli. I nie będę udawał, że to rozumiem. Gusta czytelnicze kilka razy mnie już zaskoczyły i zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

    Wciąż jednak uważam, że książka to miejsce spotkania dwóch istot ludzkich – czytelnika i pisarza. I w pewien sposób wspólnie tworzymy tę opowieść. Wspólnie ją przeżywamy. Ja, bo ją napisałem. Państwo, bo ją czytacie. A czytając, uruchomiacie swoją wyobraźnię. Przefiltrowujecie mojej słowa przez waszą wrażliwość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Czytanie, które wydaje się być czynnością bardzo pasywną, jest w tym ujęciu czynnością wymagającą wielkiej aktywności. To wielka rozmowa. W książce szukam (i wierzę, że nie tylko ja) drugiego człowieka. Jego uczuć, jego przemyśleń, jego marzeń i obaw.

    I w tym upatruję nadzieję. Bo sztuczna inteligencja, zgodnie z zapowiedziami ScriptBook, może będzie pisała rzeczy lepsze od ludzi. Może będzie pisała od nas szybciej (nawet od Remigiusza Mroza) i może będzie żądała niższych honorariów.

    Ale czy będzie miała cokolwiek ciekawego do powiedzenia?

    Wojciech Chmielarz

  • „Pisarz też człowiek. Czyżby?” Październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Wariant pierwszy: zastąpią nas – autorów – błyskotliwe, uzbrojone w kreatywność, cięty humor i ostre pióro algorytmy, które będą tworzyły szyte na miarę bestsellery. Wariant drugi: nic się nie zmieni, a my nadal będziemy stawać na głowie, żeby odgadnąć, jakie książki Wam się podobają. Co wybieracie?

    Jak słusznie zauważył Jakub Ćwiek w smakowym felietonie sprzed kilku miesięcy (klik), pisarze to kłamcy. Raz, że taką mamy robotę; beletrystyka to sztuka zręcznego zmyślania. A dwa, że taka nasza natura. Ściemniamy na potęgę. Choćby wtedy, kiedy tłumaczymy czytelnikom, dlaczego piszemy. Zwłaszcza gdy mówimy, że tworzymy dokładnie takie książki, jakie sami chcielibyśmy przeczytać. W najlepszym wypadku jest to półprawda. Bo jak bardzo byśmy się nie starali pisać dla siebie, zawsze myślimy o odbiorze naszej twórczości. O tym, żeby nie posługiwać się niezrozumiałymi skrótami myślowymi. Żeby czytelnik nie zakrztusił się naszymi żartami. Żeby czegoś nie sknocić. Żeby się po prostu podobało.

    I oczywiście myślimy też o kasie. O tym, jak się uplasujemy na listach sprzedażowych. I czy książka, owoc naszego wielomiesięcznego trudu, okaże się bestsellerem.

    Trafiają się autorzy, którzy nie muszą się nad tym zastanawiać, ponieważ są tak silnymi markami pisarskimi, że wszystko, czego się dotkną, zamienia się w złoto. Czasem się jeszcze wspierają innymi nośnymi osobistościami, zwykle spoza świata literatury – tak zrobił choćby James Patterson, najlepiej zarabiający autor świata, który wspólnie z eksprezydentem USA Billem Clintonem napisał thriller polityczny. Ale zdecydowana większość tej pewności nie ma. Co więcej, zdecydowana większość z nas nie wie, co i jak pisać, żeby się dochrapać bestsellerowego statusu.

    Przez wiele lat dominowało przekonanie, że dobrze sprzedająca się literatura rozrywkowa bazuje na kilku podstawowych lejtmotywach. W książce muszą być morderstwa, seks, tajemnice, spiski, motywy religijne. I zwroty akcji. Dużo zwrotów akcji. Cholernie dużo zwrotów akcji. Tyle że to sól literatury rozrywkowej, trudno taką tematykę czy sposób konstruowania fabuły uznać za wyróżnik. Żeby znaleźć uniwersalny przepis na literacki przebój, trzeba pogrzebać głębiej. Tak jak to zrobili Jodie Archer i Matthew L. Jockers, którzy opracowali coś w rodzaju kodu bestsellera (i napisali o tym, jakżeby inaczej, książkę – „The Bestseller Code”). Z pomocą technologii przeanalizowali około 20 tys. książek, próbując dojść do tego, co decyduje o tym, że jedne stają się bestsellerami, a inne giną w gąszczu publikacji.

    www.unsplash.com/Owen Beard

    Archer i Jockers wyodrębnili zbiór cech wspólnych dla literackich hitów. Największe szanse na komercyjny sukces mają utwory z wyrazistymi głównymi bohaterami i szybko rozkręcającą się fabułą. Dobrze, gdy autorzy nie przesadzają z tematami – wystarczy jeden główny. A najlepiej, gdy temat przewodni stanowią relacje między bohaterami. Mile widziane są kolokwializmy i krótkie słowa. Wykrzykniki – niekoniecznie. Bohaterowie nie powinni wzdychać i się zastanawiać, tylko działać i popychać akcję do przodu. A tytuł powinien być dobrze wszystkim znanym rzeczownikiem. Cech wspólnych oczywiście jest więcej, ale to nie miejsce, żeby wszystkie wymieniać. Kluczowe jest to, że opracowany przez Archer i Jockersa algorytm potrafi z 80-procentowym prawdopodobieństwem wskazać, czy dany tekst stanie się bestsellerem „New York Timesa”.

    Idźmy zatem dalej. Skoro już mniej więcej wiadomo, z jakich składników da się upichcić bestseller, to czy musi on wyjść spod palców człowieka? Czy w czasach sztucznej inteligencji i big data nie wystarczyłoby napisać programu, który będzie hurtowo produkował utwory najwyższych mainstreamowych lotów? Nie wiadomo, bo jeszcze żaden algorytmiczny bestseller nie powstał. Pierwsza książka napisana przez sztuczną inteligencję – „1 The Road” – to raczej niefrasobliwa powieść drogi. Ross Goodwin, którego można mianować jej cichym współautorem, nafaszerował AI literaturą (przyjęła kilkadziesiąt milionów słów) oraz danymi z podróży z Brooklynu do Nowego Orleanu. Nie czytałem „1 The Road”, ale recenzenci twierdzą, że Jack Kerouac to to nie jest.

    Ale czy można mieć wątpliwości co do tego, że prędzej czy później sztuczna inteligencja zacznie tworzyć bestsellery? Przecież już teraz dogłębnie analizuje nasze zainteresowania i personalizuje dla nas produkty. Potrafi ograć 18-krotnego mistrza świata w go (to starochińska planszówka, wielokrotnie bardziej złożona od szachów). Odróżnia bliźniaczo podobne walenie biskajskie (polecam historię polskiej firmy deepsense.io). Sztuczna inteligencja sięga w różnych branżach po rozwiązania, które ludziom nie przyszłyby do głowy. Dochodzi do wniosków, do jakich człowiek prawdopodobnie nigdy by nie doszedł. I robi to w sposób, którego najtęższe programistyczne umysły świata nie są w stanie w pełni zrozumieć i odtworzyć. Dlaczego więc bazując na starannie wyselekcjonowanych danych, zasilona wiedzą lingwistów, opiniami czytelników czy analizami stylometrycznymi, miałaby kiedyś nie napisać bestsellera? Na poziomie technologicznym taka bariera wydaje się relatywnie prosta do sforsowania. Można mieć jedynie wątpliwości natury biznesowej: czy znajdzie się ktoś, kto sfinansuje to niewątpliwie kosztowne przedsięwzięcie.

    No i pozostaje niepewność natury konsumenckiej: czy czytelnicy chcieliby sięgać po algorytmiczne bestsellery, czy jednak pozostaliby wierni ludzkim autorom. Na zasadzie umowy społecznej: wy dajecie z siebie wszystko i staracie się dochować należytej staranności (jak przykładny podatnik), a my bierzemy waszą twórczość z całym anturażem – włącznie z językowymi babolami, fabularnymi niedoróbkami czy przydługimi opisami.

    Lubię wierzyć, że takie porozumienie jest możliwe. Ale mogę się mylić. W końcu jestem tylko człowiekiem.