Tag: Vincent V. Severski

  • Nowa książka Vincenta V. Severskiego gotowa, będzie miała ponad 500 stron. Jakie dalsze plany?

    Jeśli nic złego się nie wydarzy, to „Dystopia” ukaże się na kilka dni przed październikowymi wyborami parlamentarnymi. Dlaczego tak bardzo zależy na tym autorowi oraz wydawnictwu? Odpowiedź znajdziecie w rozmowie z Vincentem V. Severskim. Pisarz zdradza także swoje kolejne plany literackie, czyli powrót do Martina i kontynuację „Placu Senackiego 6 PM” – co ciekawe, wiemy już, w którym miejscu świata umiejscowi fabułę. Jest też duża szansa na kontynuację opowieści o Krystynie Skarbek, tym razem Vincent V. Severski i Piotr Niemczyk mają wziąć na warsztat wątek kairski jej życia.

    Zobaczcie rozmowę, miłego odbioru!

  • Vincent V. Severski o zamachu na Rushdiego: „Wielcy pisarze stawiają wielkie pytania. Również o religię”. [wideo]

    Dlaczego do zamachu na Salmana Rushdiego doszło właśnie teraz? Czy przyczyną może być niedawne zlikwidowanie przywódcy Al Kaidy? Vincent V. Severski opowiada o swoich spostrzeżeniach dotyczących wczorajszych wydarzeń. Zobaczcie naszą rozmowę. 

     

  • Prosto z kajuty! Rozmowa z Vincentem V. Severskim o „Placu Senackim 6 PM”

    Takiego materiału jeszcze tutaj nie było, a kto wie, czy kiedykolwiek będzie. Z Vincentem V. Severskim rozmawiamy na promie sieci Silja Line (Holiday Tour – dzięki za gościnę!) relacji Sztokholm – Helsinki, no i oczywiście, w drugą stronę też. „Plac Senacki 6 PM” już za moment w księgarniach, a w rozmowie pojawia się przybrana tożsamość, miłość w pracy agenta wywiadu, okręty podwodne, próba werbunku na psa, ale też wątek Finladnii w NATO, jakże dziś aktualny oraz wiele innych tematów. W tym pytanie, czy każdego można zwerbować, a jeśli tak, to czy są jakieś granice? Druga część naszej wyprawy, czyli autor oprowadzający po ważnych miejscach akcji w Helsinkach, pojawi się w okolicach premiery, która zaplanowana jest na 18 maja.

  • Szpieg w opałach – felieton Piotra Niemczyka

    W najnowszej, jeszcze ciepłej powieści Vincenta V. Severskiego „Nabór”, dochodzi do wymiany oficera i agenta polskiego wywiadu na jednego z najważniejszych operatorów Sił Ghods, elitarnej jednostki dywersyjnej irańskich służb specjalnych. „Gdy generał Ahmad Harumi zobaczył nagranie wideo, na którym Arif wyjaśnia, w jakiej jest sytuacji i czego oczekują jego porywacze, wydał krótkie polecenie, by natychmiast odstawić obu więźniów do Kijowa. Arif Harumi wyleciał w drugą stronę tego samego dnia, w którym Wydział Q odebrał na lotnisku Igora i Wasię.”1

    Wymiana, jak widać nie była zbyt skomplikowana. Oficerowie i agent zostali wymienieni na lotnisku w kraju trzecim. Od czasu spektakularnych spotkań na moście Glienicke w Berlinie, do tego rodzaju operacji wykorzystuje się porty lotnicze w państwach neutralnych (przynajmniej w relacjach ze stronami). No chyba, że skonfliktowane służby wywodzą się z krajów sąsiadujących. Jak Estonia i Rosja, które ostatnio wybierają most na rzece granicznej w Koidula.

    Taka wymiana natychmiast przywołuje na myśl sprawę polskiego obywatela, Mariana Radzajewskiego, ofiarę prowokacji rosyjskiej FSB. Został on aresztowany w 2018 roku za rzekomą próbę zakupu tajnych części systemu obrony przeciwlotniczej S-300 (sprawa wydaje się absurdalna o tyle, że systemem S-300 dysponują przynajmniej trzy państwa NATO). Moskiewski sąd skazał go w 2019 roku na 14 lat kolonii karnej w obostrzonym rygorze. Pomimo wyraźnych sygnałów strony rosyjskiej, że chętnie by go wymieniła w pakiecie, za któregoś z zatrzymanych w ostatnich latach, agentów SWR, polska dyplomacja nie chce lub nie potrafi nic z tym zrobić.

    www.unsplash.com/Jørgen Håland

    Tyle tytułem wstępu, bo trzeba pamiętać, że wymiana oficerów lub agentów wywiadu, złapanych na gorącym uczynku to ostateczność. Robi się to głównie po to, żeby potencjalnych przyszłych agentów zapewniać, że służba zrobi wszystko, aby w przypadku dekonspiracji uratować ich przed więzieniem, czy jeszcze gorszym losem. Tyle, że wymiana – jeżeli w ogóle do niej dojdzie, bo przecież nigdy nie ma takiej pewności – jest rozwiązaniem z możliwych najgorszym. Nie tylko ze względu na los więzionego i często brutalnie przesłuchiwanego agenta, także ze względu na to, że każda wpadka oznacza konieczność, trudnego i oznaczającego obowiązek pracochłonnej weryfikacji informacji, rachunku strat. W tym analizy, które z informacji przekazanych wcześniej przez agenta mogły być podsuniętą przez przeciwnika dezinformacją.

    Dlatego najlepszym wyjściem, w przypadku zagrożenia agenta lub oficera z linii „nielegalnych” (czyli poza statusem dyplomatycznym), jest eksfiltracja.

    Eksfiltracja to wywiezienie podejrzanej o dekonspirację osoby z obszaru, na którym może być poszukiwana, w bezpieczne miejsce. Pod fałszywą tożsamością lub dobrze ukrytą w jakimś ładunku.

    W literaturze szpiegowskiej można znaleźć wiele przykładów wywożenia agentów lub przykrywkowców. Tom Clancy wyjaśnia jednak, że pomimo iż sprawa dotyczy w pierwszej kolejności reputacji służby, to w przypadku niepowodzenia może spowodować poważne implikacje międzynarodowe. Dlatego, podobnie jak w przypadku ewentualnej wymiany, musi ją poprzedzać zgoda najwyższych władz państwowych.

    – Nie mogę wydać zgody na ewakuację bez akceptacji prezydenta. (…)

    – No to ją załatw! Do diabła z polityką! Są też względy praktyczne, Arturze. Jeżeli pozwolimy pogrążyć takiego człowieka, jeżeli nie ruszymy palcem, żeby go ochronić, to sprawa się rozniesie… Rosjanie zrobią z tego miniserial! Na dłuższą metę będzie nas to kosztowało więcej niż chwilowe ustępstwo polityczne.”2

    Kiedy już zapadnie decyzja polityczna, w pierwszej kolejności należy zagrożoną osobę ukryć w takim miejscu, w którym najtrudniej ją będzie odnaleźć obserwacji przeciwnika. Na przykład w szpitalu -chociaż, jak słusznie zauważa Alan Furst – nawet w takim miejscu trzeba być przygotowanym na najgorsze. „Musieli przyjąć, że szpital jest pod obserwacją, a zatem spędziwszy tam trzy dni, Uhl opuścił lecznicę na zakrytych prześcieradłem noszach, które wsunięto do karawanu. Potem, w domu pogrzebowym, wydostał się tylnymi drzwiami i udał się do wynajętego pokoju na przedmieściach.”3

    Bywa, że już po wyciągnięciu cennego źródła z pola widzenia przeciwnika, dalej już wszystko idzie łatwo i prosto. „Przez dwie doby trwała wzmożona wymiana zaszyfrowanych depesz radiowych, po czym został wywieziony niepostrzeżenie z Moskwy w samochodzie ambasady jadącym do Finlandii. Podróżowało w nim pięciu mężczyzn, wszyscy mieli paszporty dyplomatyczne i mogli przekroczyć granicę bez kontroli.”4 Robert Littell w tym przypadku postanowił uniknąć niepotrzebnych komplikacji.

    www.unsplash.com/ConvertKit

    Zresztą w innych przypadkach podobnie: „Mój ojciec, moja siostra i ja pojechaliśmy na wakacje nad Morze Czarne do Bułgarii. Amerykańska CIA podesłała nam greckie paszporty i dołączyliśmy do wycieczki objazdowej wracającej przez Bosfor do Pireusu.”5

    Tyle, że bardzo rzadko jest tak łatwo. Zdarza się, że agenta trzeba, w ryzykowny sposób, wykraść sprzed nosa obserwacji. Jak u Jacka Higginsa.

    – Jak pana pilnują pańscy stróże? – zapytał Dillon.

    – Na zmianę. Jeden jest zawsze ze mną w salonie mojego apartamentu.

    – Proszę położyć się do łóżka jak najszybciej, niezależnie od pory. Taki facet jak pan sobie poradzi z jednym strażnikiem w pokoju?

    – A potem?

    – Po schodach w dół, biegiem. Przed hotelem zawsze stoją taksówki. Proszę powiedzieć taksówkarzowi, żeby jechał na dworzec kolejowy Gare du Nord. O północy odjeżdża nocny pociąg do Brestu. Będziemy czekać przy wejściu, z paszportem dla pana. Od teraz nazywa się pan Henry Duval.

    – Dokąd pojedziemy?

    – Do Bretanii, prywatny samolot zabierze nas stamtąd do Londynu.”6

    Jak widać Higgins bardziej się koncentruje na tym jak urwać się obserwacji. Na wszelki wypadek przewiduje fałszywą tożsamość, ale samo przekroczenie granicy ma być już na kompletnym „nielegalu”, czyli na pokładzie samolotu, który po prostu ucieknie z obszaru kontrolowanego przez przeciwnika.

    Wśród pisarzy, największym specjalistą od eksfiltracji jest Graham Greene (ten od szydzenia ze służb wywiadowczych w „Naszym człowieku w Hawanie”). W czasie II Wojny Światowej był brytyjskim szpiegiem, więc w większości powieści raczej poważnie traktuje kłopoty wywiadowców.

    W intrydze, którą zaplanował dla bohatera „Czynnika ludzkiego” kluczową sprawą jest zmiana tożsamości.

    Koniecznej jest, by złapał pan następny autobus na lotnisko. – Mężczyzna zaczął wykładać zawartość swojej aktówki na stół: najpierw bilet lotniczy, potem paszport, butelkę wypełnioną czymś, co wyglądało na klej, wypchaną foliową torbę, szczotkę do włosów, grzebień i brzytwę.

    – Wziąłem wszystko, czego potrzebuję – powiedział Castle rzeczowym tonem.

    Mężczyzna zignorował go.

    – Ma pan bilet jedynie do Paryża. Wyjaśnię to panu.

    – Wszystkie samoloty są z pewnością obserwowane.

    – Będą obserwować zwłaszcza samolot do Pragi, odlatujący w tym samym czasie co samolot do Moskwy, który jest opóźniony ze względu na problemy z silnikami. Niecodzienne zdarzenie. Może Aerofłot czeka na jakiegoś ważnego pasażera? Policja będzie bardzo uważać na odloty do Pragi i do Moskwy.

    – Obserwatorzy zostaną rozmieszczeni już w punktach kontroli paszportowej. Nie będą czekać przy wyjściach.

    – O to ktoś się zatroszczy. Musi pan stawić się do kontroli za… – zerknął na zegarek Castle’a – jakieś pięćdziesiąt minut. Autobus odjeżdża za trzydzieści minut. To pana paszport.

    – Co mam robić w Paryżu, jeśli tam dotrę?

    – Gdy opuści pan lotnisko, ktoś wręczy panu nowy bilet. Będzie pan miał tylko tyle czasu, by złapać następny samolot.

    – Dokąd?

    – Nie mam pojęcia. Dowie się pan wszystkiego w Paryżu.

    – Do tego czasu Interpol zdąży zaalarmować tamtejszą policję.

    – Nie zrobi tego. Interpol nie zajmuje się sprawami politycznymi. To wbrew przepisom.

    Castle otworzył paszport.

    – Partridge – odczytał. – Dobre nazwisko wybraliście. Sezon polowań jeszcze trwa. – Potem, zerknąwszy na fotografię, zaprotestował: – Ale to zdjęcie się nie nadaje. Zupełnie nie jestem podobny.

    – To prawda. Ale zaraz pana upodobnimy.

    Nieznajomy wziął swoje przybory do łazienki. Między kubkami do mysia zębów ustawił powiększoną fotografię z paszportu.

    – Proszę usiąść na tym krześle – nakazał i zaczął przycinać brwi Castle’a, a potem zajął się jego włosami: mężczyzna z paszportu był ostrzyżony na jeża.

    Castle obserwował poruszające się nożyce. Był zdumiony, jak uczesanie powiększyło czoło, zmieniło całą jego twarz, a nawet, jak mu się zdawało, wyraz oczu.

    – Ujął mi pan dziesięć lat – odezwał się.

    – Proszę siedzieć spokojnie.

    Mężczyzna przylepił mu wąski wąsik; wąsik człowieka bojaźliwego, niepewnego siebie.

    – Broda czy duże wąsy zawsze wyglądają podejrzanie – oznajmił. Z lustra patrzył na Castle’a obcy człowiek. – No, gotowe. Myślę, że wyszło dobrze. – Ze swojej aktówki nieznajomy wyjął składaną białą laskę. – Jest pan niewidomy – powiedział. – Wzbudza pan współczucie, panie Partridge. Hostessę Air France poproszono, by czekała na autobus z hotelu. Przeprowadzi pana przez kontrolę do samolotu. Z Roissy w Paryżu, gdzie pan wysiądzie, zostanie pan przewieziony na Orly. Czekający tam samolot również będzie miał problemy z silnikami. Być może nie będzie się pan już nazywał Partridge: inna charakteryzacja w samochodzie, inny paszport. Ludzka twarz jest wprost nieprawdopodobnie podatna na zmiany. (…)

    Proszę już iść i pamiętać o lasce. Gdy ktoś się do pana odezwie, proszę nie poruszać oczami, ale całą głową, i starać się patrzeć obojętnie.”7

    W przeciwieństwie do tego jak Robert Littell wywiózł swojego agenta w towarzystwie czterech dyplomatów, w większości opisywanych przypadków – podobnie jak u Grahama Greena – uciekający w zasadzie musi być zdany głównie na siebie.

    Julian Siemionow, na przykład przewiduje tylko dowiezienie zbiega do granicy. „Stirlitz zaparkował swój samochód o sto metrów od placu przed dworcem kolejowym. Samochód ze strażnicy czekał już w umówionym miejscu. Kluczyk znajdował się w stacyjce. Okna były naumyślnie zachlapane błotem, żeby utrudnić ewentualne rozpoznanie osób jadących w samochodzie. W górach w ściśle oznaczonym punkcie były wetknięte w śnieg narty, a obok stały buty.”8 Rosyjski autor nie rozwinął wątku, czy ktokolwiek sprawdził, czy eksfiltrowany umie jeździć na nartach.

    Dość zabawny, ale praktyczny pomysł podsuwa z kolei Umberto Eco. Proponuje on, żeby zagrożony tylko udawał, że uciekł. A gdyby ten kto go szuka był bardziej dociekliwy, to żeby dowiedział się, że poszukiwany zmarł. „Proszę rozgłosić przez zaufanych ludzi, że zmarł pan w drodze do Paryża. Niech pan nie wraca do Lyonu, znajdzie sobie schronienie tutaj, zgoli brodę i wąsy, stanie się kimś innym. (…) W końcu Guatia i jego towarzysze też uznają pana za zmarłego i przestaną pana dręczyć.”9 Taki pomysł nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę. Ale daje sporo czasu na profesjonalne przygotowanie ewakuacji.

    Żaden poważny autor nie dopuszcza jednak myśli, żeby przynajmniej nie próbować ratować agenta. Także piewca PRLowskiego wywiadu Henryk Bosak: „<Grafik> był tylko agentem! – powiedział pułkownik (…). Nie można wykluczyć, że DST go złamała i przyznał się do współpracy. Ale nawet wtedy nie możemy go zostawić samego.”10

    Dlatego tak denerwuje bezczynność polskich władz wobec Mariana Radzajewskiego. Najprawdopodobniej nie był żadnym agentem. Ale to nie zmienia sytuacji, że jego los zaważy na reputacji polskich służb i na przekonaniu, że ktokolwiek kto zdecyduje się na współpracę z wywiadem RP, nie może liczyć na realną pomoc, kiedy znajdzie się w opałach. I nie trzeba do tego profesjonalnej wiedzy. Wystarczy przeczytać kilka książek.

    Piotr Niemczyk

    1 Nabór, str. 823;

    2 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 213;

    3 Alan Furst; „Szpiedzy w Warszawie”; przekład Ewa Penksyk-Kluczkowska; Wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2010, str. 112;

    4 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 360;

    5 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 159;

    6 Jack Higgins; „Mroczne kryjówki”; przekład Jakub Kowalczyk; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 114;

    7 Graham Greene; „Czynnik ludzki”; przekład Adam Pituła; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2015, str. 298;

    8 Julian Siemionow; „Siedemnaście mgnień wiosny”; przekład Zdzisław Romanowski; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1985, str. 176;

    9 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 427;

    10 Henryk Bosak; „Werbownik”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 194;

  • „Maszynka do mięsa” – Piotr Niemczyk recenzuje „Nabór” Vincenta V. Severskiego

    Śniło mi się, że czytałem najnowszą powieść Vincenta V. Severskiego. Obudziłem się tak zmęczony jakbym nie spał całą noc. Miałem rano taki natłok myśli, że z trudem zabrałem się do codziennych obowiązków. Zastanawiałem się co w tym śnie było tylko ułudą, a co bezpośrednim nawiązaniem do polskiej rzeczywistości. Czy to możliwe, żeby liderzy partii rządzącej – świadomie lub nie – działali w interesie obcego mocarstwa? Czy to realne, aby oficerowie lub agenci polskiego wywiadu zostali porzuceni sami sobie, a ich los obchodził jedynie najbliższych przyjaciół? Czy najwyżsi urzędnicy państwowi mogą być tak cyniczni, żeby preparować dowody przeciwko przeciwnikom politycznym? A tak w ogóle, to jesteśmy jeszcze w Unii Europejskiej? A może właśnie z niej występujemy?

    Na szczęście to musiał być sen, bo powieści Severskiego nie ma jeszcze w sprzedaży, a noc służy do spania, a nie do czytania. „Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Chociaż nie tylko demony. Mój sen dość dobrze wkomponował się w sposób pisania autora „Nielegalnych”. Bardzo precyzyjnie planowane akcje. Szczegóły dopracowane do absurdu. Na przykład typowanie „safe house’a” to nie tylko przegląd budynków na serwerach Googla. Także wizja lokalna z wielogodzinną obserwacją, analiza termowizyjna i penetracja dronami.

    Szczególnie wyraźnie widać tę cechę pisania Vincenta, która pokazuje jak ważna jest umiejętność działania w zespole, wzajemne zaufanie i solidarność. Nie zastąpią tego żadne procedury. Wręcz przeciwnie. Nadmierny dogmatyzm w stosowaniu instrukcji doprowadzić może do porażki. Generalna myśl powieści sprowadza się do bardzo ważnej dla wywiadu zasady: przyjaciół nie zostawia się w biedzie. Jeżeli wpadną i grozi im ciężkie więzienie albo nawet kara śmierci (nadal orzekana w wielu państwach pozaeuropejskich), to trzeba zrobić wszystko, żeby ich wydobyć, wykupić, wymienić.

    Vincent V. Severski, fot: materiały prasowe Wydawnictwa Czarna Owca

    Zdumiewające, że rządzący skoncentrowani na własnych, doraźnych celach politycznych, nawet nie próbują o tym pamiętać. Na szczęście autor „Niewiernych” wkalkulował typową dla „Wydziału Q” i „Sekcji” niesubordynację. Nie ważne co przewidują przepisy i procedury. Ważne, żeby działać skutecznie. W interesie państwa i bezpieczeństwa obywateli. Naiwne? Może. Ale im mniej szefowie służb przejmują się swoimi ustawowymi zadaniami, tym bardziej oficerowie wierni ślubowaniu i zasadom służby dla państwa, a nie koterii politycznych, gotowi są obchodzić instrukcje i działać po swojemu.

    Nabór” to też opowieść o tym jakie głowy są potrzebne w wywiadzie. To nawet swoista rywalizacja pomiędzy kluczowymi postaciami wcześniejszych książek Vincenta Severskiego. Konrad Wolski nie jest w dobrej formie. Męczą go demony przeszłości. Jego związek z Sarą jest na krawędzi. Kiedy jednak dowiaduje się, że jest szansa uratować byłych podwładnych, zamienia się w drapieżnika. Jego planowanie operacyjne i taktyczne jest znowu najwyższej klasy.

    Z kolei Roman Leski pokazuje swoje perfekcyjne umiejętności analityczne i zdolność przewidywania strategicznego. Obaj pracują na różnych prędkościach. Tyle, że dzięki ich inteligencji i doświadczeniu, kiedy dochodzi do kumulacji zdarzeń, obaj są dokładnie tam, gdzie trzeba. Nawet jeżeli nie wszystko się udaje. Bo w „Naborze” nie ma wyraźnego zwycięzcy.

    Autor „Zamętu” w typowy dla siebie sposób mnoży wątki. Irańska siatka szpiegowska, frustracja wysokiego rangą oficera rosyjskiego wywiadu, prostolinijność i instynkt Jagana, próba wrobienia Romana Leskiego i wreszcie najważniejsze: losy oficerów złapanych na szpiegostwie i zdrada na najwyższych szczeblach władzy. I jak zwykle wkurzające jest to, że nie wszystkie wątki są zakończone (przynajmniej w moim śnie). Aż złość bierze, że nie wiemy jakie są dalsze losy Arifa Harumiego, po co czytamy o randze ambasadora Iranu w Sztokholmie i jak się uda zdemaskować kluczowego agenta Rosji w Polsce? Gdybym miał zgadywać, to typowałbym, że za kilkanaście miesięcy ukaże się dalszy ciąg. Pod tytułem „Zemsta”.

    Swoją drogą znakomitą ilustracją do treści książki jest okładka. Przypomina grupę ludzi zmielonych przez maszynkę do mięsa. I to w różnych trybach mielenia. Niektórzy mają zmielone charaktery, a inni są po prostu podzieleni i skonfliktowani. A jednocześnie mamieni są różnymi obietnicami i szantażowani. Jeden z nich ewidentnie się poddał. Ma haczyk wbity w głowę. A swoją drogą ze wszystkich dotychczasowych powieści V.V.S. ta kończy się najgorzej. A okładka dzięki niebieskiemu kolorowi wydaje się najbardziej optymistyczna. Może to zwiastun dalszego ciągu…

    Jak na sen, to zdumiewająco dużo jest w nim odniesień do warszawskich realiów. W dalekim tle jest pandemia, a obawy polskiej inteligencji, że klasa polityczna zmieniła się w skrajnie cyniczną kamarylę są bardzo wyraźne. Także lęki w czyim interesie działa ten czy ów partyjny lider.

    Jak na sen trochę za dużo tych zbiegów okoliczności. Może to jednak nie był sen? Może przeczytałem książkę jednym tchem, a potem niechcący skasowałem ją na tablecie?

    Piotr Niemczyk

  • „Inny, ale tak jakby podobny” – reakcja na styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    O ile w kilku kwestiach nie zgadzam się z Wojciechem Chmielarzem, tak tym razem muszę przyznać mu rację: zapowiada się rok bardzo fajnych kryminalnych premier. Szkoda jednak, że Wojtek w swoim cyklicznym felietonie (klik) ograniczył się do wąskiego grona autorek i autorów, których nazwiska przewijają się wszędzie, pomijając przy tym całą masę interesujących tytułów. Wymieniając Annę Kańtoch, Roberta Małeckiego, Jakuba Ćwieka czy Jędrzeja Pasierskiego, nijak nie potwierdza powyższej tezy, wszak ci sami autorzy w zeszłym roku wydali równie fajne książki. Czym więc ten rok różnić się będzie od nieszczęsnego 2020?

    Na szczęście Wojtek dodaje też Magdalenę Majcher, Bartosza Szczygielskiego (którego książkę niebawem skończę i przeczuwam, że zbierze bardzo dobre opinie) i Grzegorza Kalinowskiego, ale to jeszcze trochę mało, by snuć wizję, jakoby obecny rok w temacie kryminalnych premier był lepszy od ubiegłego. Na końcu swojego tekstu zaznaczył, że pewnie przegapił kilka tytułów, dlatego też spieszę uzupełnić listę, która dopiero w takiej formie pokaże, jak kryminalny czeka nas rok.

    Po pierwsze: Stuart Turton. Wydane w 2019 roku „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” uważam za najlepszą książkę kryminalną wydaną w tamtym roku. Tym bardziej nie mogę doczekać się zapowiedzianej na koniec marca powieści „Demon i mroczna toń”, która, mam nadzieję, będzie mroczna i ociekająca gęstym klimatem.

    Po drugie: Stefan Darda i wznowienie „Zabij mnie, tato”. Już sam tytuł zasługuje na uznanie. Kiedyś byłem fanem twórczości Stefana, teraz niestety skręcił w stronę, która mnie zwyczajnie nudzi, niemniej lekturę „Zabij mnie, tato” wspominam bardzo dobrze. Stefan ma gawędziarski dar, świetnie potrafi wodzić czytelnika za nos, jeśli ktoś jeszcze nie zna jego twórczości, to ma ku temu świetną okazję.

    Po trzecie: komedie kryminalne. Nie jestem fanem gatunku, ale omawiając premiery, nie można pominąć najnowszych powieści Jacka Galińskiego, Marty Matyszczak, Alka Rogozińskiego czy Marty Kisiel.

    Jacek Galiński na tle aresztu śledczego Warszawa – Grochów, fot: smakksiazki.pl

    Po czwarte: „Osadzony” Kingi Wójcik. Trzeci tom przygód Leny Rudnickiej i Marcela Wolskiego. Nie mam pojęcia, czemu o książkach Kingi mówi się tak mało. Mam wrażenie, że problemem Kingi jest dotarcie do większej rzeszy czytelników, bowiem ci, którzy dali jej szansę, raczej tego nie żałują.

    Po piąte: Marek Stelar, który na początku roku informował o zakończeniu prac nad swoją „Przemianą”, toteż należy jej się wkrótce spodziewać na księgarskich półkach. Nie wiem, dlaczego, ale gdybym miał wskazać trzech najsympatyczniejszych gości polskiego kryminału, to wytypowałbym Roberta Małeckiego, Bartosza Szczygielskiego i Marka. Nie miałem przyjemności zamienić z nimi choćby jednego słowa, więc mogę się mylić, ale każdy z panów wydaje się spoko gościem. Co ważniejsze, Marek tworzy świetne, dopracowane historie, o czym miałem okazję przekonać się już wiele lat temu, gdy zaczynał przygodę z wydawnictwem Videograf, w którym ja również stawiałem pierwsze kroki.

    Po szóste (będzie kontrowersyjnie): Nowe powieści Remigiusza Mroza i Maxa Czornyja. Obaj panowie piszą zupełnie inaczej, ale często wrzucani są do jednego wora z racji masowego wypluwania z siebie książek. Jak to często bywa, przy takim tempie zdarzają się potworki, ale seria z Sewerynem Zaorskim raczej do takowych się nie zalicza. Sam na półce mam dwie części i pewnie kupię trzecią.

    Po siódme: Marcel Moss i jego „Wszyscy muszą zginąć”. Nie przypadły mi do gustu książki Marcela ani sposób ich promocji, ale nie mogę odmówić mu rzeszy czytelników, którzy z pewnością wyczekują zapowiedzianej na luty premiery.

    Po ósme: „Nabór” Vincenta V. Severskiego. Z zupełnie innych względów niż u Marcela, ale książki Severskiego również rozmijają się z moimi gustami, nie mogę jednak odmówić im wysokiej jakości. Sam raczej nie kupię, ale z pewnością wiele osób czeka na ten tytuł.

    Vincent V. Severski, fot: materiały prasowe Wydawnictwa Czarna Owca

    Po dziewiąte: Borlik. 😉 Tak, tak, pewnie znajdzie się kilka osób, które stwierdzą, że napisałem ten tekst, bo się obraziłem, że Wojtek nie wspomniał o zapowiedzianej na początek marca premierze „Skłam, że mnie kochasz”. Pozdrawiam Was serdecznie. A poważnie mówiąc, nie dziwię się. Wydawcy mają różne strategie marketingowe. Niektórzy m.in. rozsyłają książki do poczytnych autorów w nadziei, że Ci przeczytają, być może opublikują zdjęcie i napiszą kilka miłych słów. Nie widzę w tym nic złego, ale trochę się boję, że niektórzy w ten sposób tracą z radarów pozostałe premiery.

    I wreszcie po dziesiąte: Wojciech Chmielarz. Po „Ranie”, która zupełnie mnie nie przekonała, zrobiłem sobie dłuższą przerwę od twórczości Wojtka, ograniczając się do jego felietonów i złośliwie mu się odgryzając. A poważnie mówiąc, zawsze podobał mi się warsztat Wojtka, dlatego po przerwie nabrałem apetytu na jego najnowszą powieść. Mam cichą nadzieję, że wróci do kryminału, ale czego by nie napisał, i tak wezmę w ciemno.

    Piotr Borlik

  • „Chcę pozbawić moich bohaterów smartfonów, Internetu i samolotów”

    Jeśli czekacie na nową książkę Vincenta V. Severskiego, to musicie jeszcze uzbroić się w cierpliwość. „Nabór” jest już co prawda napisany, trwają ostatnie prace nad tekstem, a potem już tylko drukarnia i Wasze półki. Kiedy premiera? Między innymi o tym pisarz opowiada w krótkim filmie, który znajdziecie poniżej. Co ciekawe, zdradza też o czym będzie kolejna książka, a przyznam, że zapowiada się bardzo ciekawie. Co tam u Severskiego? Zobaczcie, posłuchajcie.

     

  • „Dzieje jednego pocisku” – felieton Piotra Niemczyka

    Nie. Nie ma obaw. Nie będę tutaj streszczał ani recenzował powieści Andrzeja Struga, chociaż znowu coraz bardziej zaczyna ona pasować do obecnych czasów. Chciałbym się tylko przez chwilkę zastanowić, jak to się stało, że Sławomir Sierakowski, redaktor „Krytyki Politycznej” znalazł w Mińsku, w trakcie zamieszek, łuskę po pocisku do broni gładkolufowej z napisem „Made in Poland” z boku.

    fot: profil FB Sławomira Sierakowskiego

    Po starannym przyjrzeniu się i porównaniu ze zdjęciami podobnej amunicji wyprodukowanej w Fabryce Amunicji Myśliwskiej w Pionkach, można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że to łuska od amunicji hukowej stosowanej przede wszystkim do rozpędzania demonstracji, najprawdopodobniej wyprodukowana w Polsce przed 2004 rokiem.

    Dlaczego przed 2004 rokiem? Bo Polska weszła do Unii Europejskiej w 2004 roku, a w Unii obowiązują inne zasady oznaczeń tego rodzaju amunicji niż w Polsce przed datą wejścia do UE.

    Także w 2004 roku Bruksela zaczęła wprowadzać sankcje na dostawy broni i sprzętu policyjnego, który mógłby służyć represjom wobec obywateli. Embargo było wprowadzane z powodu represji uruchomionych przez reżym Łukaszenki po manipulowaniu wyborami, które powinny się odbyć w 1999 roku, a zostały przeprowadzone dopiero w 2001, po zniknięciu kilku czołowych polityków opozycji i rozpędzeniu protestów związanych z ich usunięciem. Już wtedy policja utworzyła tzw. szwadrony śmierci, odpowiedzialne za zniknięcia (zabójstwa?) opozycjonistów.

    www.unsplash.com/Osman Yunus Bekcan

    Można więc założyć, że amunicja do broni gładkolufowej trafiła na Białoruś „legalnie” przed 2004 rokiem, lub przez łańcuszek pośredników, jak ten opisany przez Tomasza Sekielskiego, jako ilustracja metod stosowanych przez służby białoruskie do nielegalnego handlu bronią:

    Chodziło o to, by nikt nigdy nie dotarł do prawdziwych zleceniodawców. W tym celu stworzono sieć firm przykrywek w Mołdawii, Syrii, Sudanie i Pakistanie. To między tymi państwami krążyły kontenery z bronią… ale tylko na papierze. Sprzęt został zamówiony w białoruskiej firmie BelTechExport.”1

    Białoruś jest potęgą w nielegalnym handlu bronią. Zarówno tą wyprodukowaną jeszcze w ZSRR, leżącą w magazynach armii, jak i tą zmontowaną już po likwidacji Związku Radzieckiego. Bywa też pośrednikiem pomiędzy renomowanymi producentami broni, a państwami i organizacjami objętymi międzynarodowymi sankcjami. Trudno mieć wątpliwości, że firmy trudniące się handlem bronią na Białorusi miałaby jakiekolwiek kłopoty z zakupem amunicji do broni gładkolufowej, wyprodukowanej w Polsce.

    Czy znalezienie łuski po amunicji używanej do rozpędzania protestów przez polskiego publicystę to zwykły przypadek? Niekoniecznie. OMON-owcy dość skrupulatnie zbierali łuski, z których muszą rozliczyć się w magazynach amunicji. Za zgubienie tulei od pocisku hukowego, gazowego czy gumowego mogą mieć kłopoty. Jednak kilka łusek zgubili. Może dlatego, żeby postawić Polaków, w trudnej sytuacji. Państwo rzekomo wspiera opozycję białoruską, ale zarazem gra na dwa fronty, sprzedając reżymowi Łukaszenki amunicję. To kłopot dla polskiego wizerunku i reputacji, nie mówiąc o tym, że może narażać RP na kłopoty spowodowane ewentualnym międzynarodowym śledztwem dotyczącym tego, jak amunicja z państwa Unii Europejskiej trafiła do kraju objętego embargiem.

    Jednak brutalne metody rozpędzania demonstracji i eliminowania różnych działaczy opozycji nie służą przecież jedynie ochronie tajemnic związanych z nielegalnym handlem bronią. Administracja Łukaszenki uwłaszczyła się na państwie białoruskim. Majątek tylko prezydenta szacowany jest na kilka miliardów euro. Majątki związanych z nim oligarchów, członków rządu i szefów agencji państwowych, a także kierownictwa służb specjalnych można szacować na setki milionów.

    Obok handlu bronią, drugie najpoważniejsze źródło zarobków to nadzór nad przemytem papierosów do Unii Europejskiej. W tej kontrabandzie, rola tzw. mrówek (czyli osób pojedynczo przemycających po kilka „sztang” papierosów) jest nieistotna. Problemem są TIR-y, wypełnione milionami paczek papierosów (w kontenerze mieści się prawie milion pudełek), które wjeżdżają „tranzytem” na Litwę i do Polski po to, aby dostarczyć papierosy np. do Mołdawii. Tylko, że papierosy „giną” po drodze. Granicę rumuńsko-mołdawską przekraczają puste, a wyroby tytoniowe zasilają wart ok. 100 mld euro czarny rynek papierosów Unii Europejskiej.

    www.unsplash.com/Giorgio Trovato

    Najlepszą powieścią jaką znam opisującą (także od środka) białoruskie KGB jest książka Vincenta V. Severskiego „Nielegalni”. Z dużą znajomością opisuje on powiązania funkcjonariuszy tej służby z mafią, a także fatalne relacje wewnątrz służby, szantaże i donosicielstwo.

    Pokój wypełniały kłęby dymu papierosowego wymieszane z oparami wódki, piwa i uryny z zepsutej toalety. W rogu pokoju stał telewizor włączony ma MTV bez głosu.

    Pułkownik Andriej Olegowicz Stepanowycz z mińskiego KGB czuł, że jeżeli zostanie dłużej, to za chwilę urwie mu się film. Podjął już decyzję: najwyższy czas iść do domu, zwłaszcza że mieszka niedaleko.

    Wydawało mu się, że głosy pięciu pijanych mężczyzn zlewają się w jeden potężny ryk. W żadnym wypadku nie mógł zasnąć, bo miał nieodparte wrażenie, że koledzy ze Służby Celnej, nie mniej pijani od niego, tylko czekają, żeby odebrać mu jego zasłużone pięć tysięcy dolarów.

    Później powiedzą, że gdzieś zgubiłem. To skurwysyny… Takim nigdy nie można ufać! – pomyślał z wysiłkiem.

    Co prawda nie napracował się zbytnio, by zasłużyć na te pieniądze, bo i nie było przy czym, zabezpieczał jedynie transport papierosów do Polski, ale piątka mu się należała, bo jest najstarszy stopniem. Już dawno nie dostał takiej kasy, więc wciąż odruchowo wsuwał rękę do kieszeni, sprawdzając, czy pieniądze są na swoim miejscu. I po każdej takiej kontroli było mu coraz przyjemniej”.2

    Ta przyjemność się szybko kończy, ponieważ Stepanowycz, jeden z szefów białoruskiego kontrwywiadu zostaje szybko zamordowany i obrabowany. Śledztwo nadzoruje osobiście Aleksander Łukaszenka, który wyjaśnienie sprawy zleca, rywalizującej z KGB, Służbie Bezpieczeństwa Prezydenta.

    Jak Służba Bezpieczeństwa prowadzi dochodzenie, to zawsze coś znajdzie, na każdego… – pomyślał z lekkim niepokojem kapitan Wasilij Krupa. Przekręty, korupcję, zaniedbanie, oszustwa, a może nawet jakiegoś szpiega. Dobrze powiedział Popow, że dzisiaj będą zajęcia w podgrupach, bo każdy ma coś na sumieniu i padł na nich blady strach!.”3 Oczywiście zajęcia w podgrupach, to narady na których funkcjonariusze KGB ustalają, kto komu daje jakie alibi, żeby ukryć nadużycia. Oczywiście suto zakrapiane wódką.

    Vincent Severski jednak nie zostawia złudzeń w sprawie tego, że funkcjonariusze „kręcili na boku” wyłącznie we własnym interesie. „Zastępca szefa kontrwywiadu, jeżeli robił interesy, to nie jakieś bazarowe przekręty. Taka figura, z takimi kontaktami musiała wyciągać poważną kasę. (…) Stosunki w białoruskim KGB przypominały dawne komunistyczne układy, wymieszane z mafią, chciwością, podłością i ludzkim marzeniem o lepszym życiu. (…) Celnicy są pod kryszą rosyjsko-białoruskiej mafii i bezpieki Łukaszenki.”4

    Jeżeli ktoś próbuje być samodzielny, musi spodziewać się, że prędzej czy później stanie się ofiarą szantażu: „Chuj mnie obchodzi, co robisz, ale kasa ma być regularnie i na czas. Rozumiesz, Popow?! – Był już bardzo agresywny. – Powiedz swoim, że Pułkownik Stepanowycz zapewnia ci kryszę! Pamiętaj, że byłem w Afganistanie, w specnazie. Nie próbujcie żadnych sztuczek, to wszystko będzie dobrze i wszyscy będą zadowoleni.”5

    Oczywiście nawet wiceszef kontrwywiadu w takiej „układance” nie mógł być samodzielny. „Stepanowycz zajmował się, jak rozumiem, przemytem na polskiej granicy, to musiał mieć swoich ludzi w Służbie Celnej i wśród wysokich urzędników w Mińsku, czyż nie? I w tamtejszej mafii… (…) Kilka razy próbowaliśmy usunąć go ze stanowiska, ale miał mocne plecy u Łukaszenki. (…) Oddawał gdzie trzeba działkę z przemytu i interesy się kręciły.”6

    A jak łatwo się przekonać na stronach książki Severskiego, gdy ktoś próbował się wyłamać z takiego systemu, to musi liczyć się z szantażem, przemocą, fabrykowaniem dowodów, a nawet morderstwem.

    Czytelnik powieści Severskiego, Sekielskiego czy innego autora piszącego o Białorusi, może powiedzieć: to wszystko bzdury. Fikcja literacka.

    Niestety nie. Potwierdzają to prace publicystów, historyków, politologów badających historię najnowszą Białorusi. Niestety w Polsce nie ukazują się książki opisujące kompleksowo sytuację w dawnej republice radzieckiej w oparciu o fakty. Na świecie jednak ukazało się ich sporo. Może warto przetłumaczyć chociażby kilka.7

    Finał powieści Andrzeja Struga jest pesymistyczny. Ale chyba dlatego, że za bardzo koncentruje się na przemocy. Społeczeństwo białoruskie protestuje pokojowo. To struktury siłowe, broniąc swoich wygodnych posad, profitów z korupcji i rozliczeń z mafią, sięgają do brutalnych represji. A losy pocisku przypominają trochę przestępcze „karuzele” stosowane do handlu bronią i przemytu wielkich ilości papierosów. Paradoksalnie to nie rozbudowane struktury bezpieczeństwa, coraz bardziej zaawansowane procesy produkcji i skomplikowane procedury międzynarodowego handlu posuwają świat do przodu. To idealiści, wizjonerzy, obrońcy praw człowieka i praworządności czynią go coraz lepszym. Oby zaczęło się to sprawdzać także na Białorusi.

    Piotr Niemczyk

    1 Tomasz Sekielski; „Obraz kontrolny”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2013, str. 113;

    2 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str. 77;

    3 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str.131;

    4 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str.134-137;

    5 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str. 196;

    6 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str. 348;

    7 Na przykład:

    – Andrei Sannikow; “My Story: Belarusian Amerikanka or Elections Under Dictatorship”; wydawca: East View Press, Waszyngotn DC 2015;

    – Hennadii Mykhailenko; “Lukashenko Ltd: It is my true life story about Belarus hospitality especially for foreign investors”; wydane nakładem własnym autora; Amazon 2016;

    – Anatol Liabedzka; “108 Days & Nights in a KGB Dungeon: Diary of Anatol Liabedzka, a Political Hostage”; wydawca: Versus aureus; Wilno 2013;

  • „Pegaz i inne zwierzęta” – felieton Piotra Niemczyka

    Zanim oddam głos i łamy Piotrowi Niemczykowi, ekspertowi do spraw bezpieczeństwa, byłemu dyrektorowi Biura Analiz i Informacji Urzędu Ochrony Państwa, a także autorowi książki „Krótki kurs szpiegowania” oraz współautorowi „Christine. Powieści o Krystynie Skarbek”, to chcę Pana Piotra serdecznie tutaj powitać, a Wam powiedzieć, że nie jest to incydentalna wizyta. Piotr Niemczyk będzie nas prowadził przez kręte drogi współczesnego świata, a będzie to robił w odniesieniu do literatury – najczęściej szpiegowskiej, ale nie tylko. Panie Piotrze, witam na pokładzie, proszę się czuć jak u siebie. Teraz już oddaję Was w ręce eksperta.

    Media, politycy i część opinii publicznej ekscytuje się ostatnio możliwościami systemu Pegasus, który CBA wykorzystywała prawdopodobnie do inwigilacji byłego ministra transportu w rządzie Donalda Tuska, Sławomira Nowaka. Co bardziej bulwersujące, system ten pośrednio mógł służyć zdobywaniu informacji ze sztabu wyborczego Rafała Trzaskowskiego. Mariusz Kamiński temu zaprzecza, ale nieprzekonująco.

    W każdym razie, nagle wiele mediów obudziło się, ścigając się jak na wyścigach, kto opublikuje bardziej przerażający opis możliwości tego systemu. Tymczasem wystarczy poczytać trochę powieści szpiegowskie, żeby zorientować się, że wiedza dotycząca zaawansowanych systemów inwigilacji i sposobów ich wykorzystania jest prawie tak stara jak komputery.

    Dan Brown, fot: www.danbrown.com

    Systemom inwigilacji elektronicznej, o możliwościach podobnych do Pegasusa, poświęcona jest powieść Dana Browna „Cyfrowa Twierdza”, wydana w Polsce w 2005 roku. Kiedy się ją czyta, można podejrzewać, że została ona napisana na podstawie rewelacji ogłoszonych przez Edwarda Snowdena. Tyle, że Dan Brown napisał swoją powieść zanim świat dowiedział się o tym amerykańskim uciekinierze.

    Ale po co szukać literatury amerykańskiej, w której nb. można się dowiedzieć naprawdę bardzo wiele o możliwościach „Singal Intelligence”, „Electronic Intelligence”, „Telekomunication Intelligence” i innych SIGINTÓW, ELINTÓW, COMINTÓW. Szczególnie tych najnowszych (polecam Toma Clancy’ego), w których akcja opiera się głównie o takie urządzenia.

    Ale nie trzeba szukać daleko. Tomasz Sekielski, w powieści „Sejf” wydanej już w 2012 bardzo dokładnie wyjaśnia o co chodzi w tych „zabawkach”. Bardzo proszę: „Na monitorze komputera pułkownika Wyrwickiego pojawiła się ikona sygnalizująca nadejście nowej wiadomości. Była to informacja przesłana przez jego ludzi obsługujących system Mozart, specjalistyczne niemieckie oprogramowanie do podsłuchiwania tysięcy rozmów jednocześnie. W zależności od potrzeb Mozart mógł nagrywać połączenia wykonywane z określonych numerów, rozpoznawać i wyławiać głosy wybranych osób albo reagować na słowa klucze wypowiadane w trakcie rozmowy telefonicznej. Co więcej, pozwalał na wykorzystanie konkretnego aparatu jako mikrofonu i podsłuchiwanie rozmów, gdy telefon, pozornie nieaktywny, leżał na biurku lub spoczywał w kieszeni właściciela.1

    I kawałek dalej o tym czy można się zorientować będąc „figurantem” systemu, że on działa: „Ani on, ani dziennikarz nie zwracali uwagi na swoje telefony komórkowe, które leżały na stole. Ale nawet gdyby im się przyjrzeli, nie byliby w stanie zauważyć, że urządzenia te pracują, działając jak pluskwy. Ich dzisiejszą rozmowę, tak jak wszystkie inne prowadzone przez ostatnie dni, zarejestrował system podsłuchowy Mozart i w postaci pliku dźwiękowego przesłał do Agencji Wywiadu.2

    Sporo na temat systemów inwigilacji elektronicznej pisze również Vincent V. Severski. Zwraca uwagę na przykład na to, że aby uniknąć podsłuchiwania rozmów przez telefon, najlepszym sposobem jest… pozbyć się go. W książce wydanej 8 lat temu napisał: „Neo wie, że możemy nie tylko śledzić jego telefon, ale też podsłuchiwać go aktywnie, jeśli jest włączony. Dlatego musi go gdzieś zostawiać.”3

    Vincent V. Severski, fot: smakksiazki.pl

    Żeby poznać więcej szczegółów trzeba jednak wrócić do literatury amerykańskiej. O tym jak wygląda efekt monitoringu osoby objętej systemem pisze były funkcjonariusz CIA (polskiego pochodzenia), ukrywający się pod pseudonimem Martin Zelenay: „W kolumnie, pojawiają się zielone litery i cyfry. To wyniki analizy danych z internetu, poczty elektronicznej i nasłuchu prowadzonego przez NSA. Pojawienie się czerwonych cyfr u góry oznacza uruchomienie nagrywania któregoś ze znanych nam numerów telefonów; podsłuchujemy ponad czterysta bezpośrednio związanych ze sprawą. Wyłapujemy kluczowe słowa z każdej rozmowy, przekazu radiowego, analizowany jest każdy przekaz elektroniczny. Wprowadziliśmy do systemu wszystkie dane, nazwiska, pseudonimy, przezwiska, inicjały osób, mających związek z akcją. Wyniki innych analiz pojawiają się w kolumnach niżej, na jasnym tle, natomiast aktualny przekaz z SCS jest jeszcze wyżej. – Mężczyzna uniósł rękę, wskazując rzędy pomarańczowych oznaczeń literowych i cyfrowych.”4

    Czy to wszystko legalne? W literaturze szpiegowskiej polskich autorów dość trudno znaleźć wyczerpującą analizę prawną. Ale już w przypadku amerykańskiej jak najbardziej. Na przykład Alex Berenson na chwilę przestaje być pisarzem, a staje się publicystą, wiernie oddając argumenty używane w amerykańskim Kongresie i w mediach:

    W USA legalność monitoringu jest wątpliwa – zgodnie z konstytucją tego rodzaju przeszukania wymagają oficjalnego nakazu sądowego. Administracja Busha uznała monitoring za legalny, pod warunkiem że NSA będzie <dokładać wszelkich starań>, aby pomijać transakcje dokonywane przez zwykłych obywateli. Zasada ta pozostawiała ogromną lukę. <Wszelkie starania> nigdy nie zostały dokładniej zdefiniowane. Nikt spoza NSA nie wiedział dokładnie, ile danych amerykańskich obywateli przechwycił rząd. Jednak po kolejnych wyborach programu nie zakończono. Nowy prezydent zdecydował, że – podobnie jak więzienie w Guantanamo – jest on zbyt przydatny, aby go tak po prostu zakończyć. (…)

    Mimo to monitoring kart nie był pozbawiony wad. NSA nie zawsze była w stanie uzyskać dostęp do żądanych informacji, zwłaszcza w Chinach czy Rosji. Szacowano, że wychwytuje mniej niż połowę wszystkich transakcji na świecie dokonywanych za pomocą kart kredytowych. Wszystkie pozyskiwane dane były zakodowane, więc po ich wyłapaniu NSA musiała je jeszcze odszyfrować. (…)

    NSA śledziła rozmowy telefoniczne, e-maile, komunikatory internetowe, zmiany statusów na Facebooku – cyfrową falę tsunami. Codziennie w świat wypływały miliardy wiadomości, otwartych i zakodowanych. NSA poświęcała masę energii już na samą segregację potencjalnie interesujących ją informacji. Jedynym zajęciem jednej trzeciej agencyjnych komputerów było decydowanie, czym powinny zajmować się pozostałe dwie trzecie.”5

    Oczywiście sytuacja i możliwości służb specjalnych w USA, ale także Rosji, Chinach, Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech, jest diametralnie różna od tej w Polsce. I systemy nadzoru nad służbami, i kultura prawno-polityczna jest zupełnie inna. Jednak możliwości małych Pegasusów i wielkich Pegazów są identyczne, albo prawie identyczne. Dlatego ewentualność wykorzystywania narzędzi inwigilacyjnych, pod pretekstem walki z korupcją, praniem pieniędzy i przestępczością zorganizowaną, do przechwytywania informacji ze sztabu wyborczego kandydata na prezydenta, wymaga co najmniej solidnego zbadania przez odpowiednie instytucje państwowe. A przydałaby się też porządna książka na ten temat. Taka jak „Wszyscy ludzie prezydenta”.

    Piotr Niemczyk

     

    1 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 112;

    2 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 138;

    3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 293;

    4 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str.303;

    5 Alex Berenson; „Tajny agent”; przekład Magdalena Grala-Kowalska; Wydawnictwo Hachette Polska; Warszawa 2012, str. 204;