Tag: Waldemar Cichoń

  • Wybaczcie, kupiłem książkę w „Biedronce”, felieton Waldemara Cichonia

    W ubiegłym tygodniu straciłem dziewictwo: po raz pierwszy w życiu, przy okazji codziennych zakupów spożywczych w sklepie popularnej sieci dyskontowej kupiłem sobie książkę. Poczułem coś w rodzaju perwersyjnej przyjemności łamania tabu; możliwość bezkarnego zbezczeszczenia świętości okazała się rozkoszą – choć nie powinienem, ciumkałem publicznie zakazany owoc opryskując wszystkich wokół jego słodkim, lepkim sokiem, potem zaś beztrosko rzuciłem pestkę na podłogę.

    Dotąd w książki – a kupuję ich sporo, zapytajcie mojej Żony – zaopatrywałem się wyłącznie w księgarniach (głównie w jednej, właściwie jedynej, zlokalizowanej w moim mieście) i sam proces kupowania literatury zawsze kojarzył mi się z czymś podniosłym, niemal mistycznym: rezerwowałem sobie na niego co najmniej dwie godziny, ubierałem się „jak do wyjścia”, wsiadałem do samochodu, przejeżdżałem specjalnie kilka kilometrów tylko w tym jednym celu, przed zakupem gawędziłem przez dłuższą chwilę o wydawniczych nowościach z zaprzyjaźnionym Panem Księgarzem, potem buszowałem wśród półek, hurra, następował moment wyboru, kupowałem książkę z namaszczeniem i, gnany chęcią jak najszybszego rozpoczęcia czytania, jechałem do domu. Tym razem książkę „Lem. Życie nie z tej ziemi” autorstwa Wojciecha Orlińskiego (polecam) po prostu włożyłem do koszyka między ziemniory, cebulę, ser żółty dojrzewający, filety z makreli i papier toaletowy; poczucie popełnienia świętokradczego bezeceństwa nie odstępowało mnie jeszcze przez dłuższy czas.

    Przyznacie Państwo, utrata dziewictwa, nawet tego związanego z kupowaniem książek w konkretnym miejscu, jest w przypadku żonatego, 43-letniego faceta rzeczą co najmniej dziwną. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo ta późna inicjacja dała mi asumpt do rozważań i pomysł na niniejszy felieton. Tak, dobrze się domyślacie, Adam Szaja znów zamówił u mnie felieton, a ja znów nie wiedziałem, o czym napisać. Bo On chciał, żeby tekst tematycznie był zbliżony do tematyki portalu smakksiazki.pl, rynku książki i innych takich, ja zaś może nie jestem całkiem zielony w tym obszarze, ale nie dysponuję wiedzą pozwalającą się wymądrzać w internecie. Poza nim też nie.

    www.unsplash.com/Jakub Kapusnak

    Nie wiem doprawdy, dlaczego kupiłem książkę w dyskoncie spożywczo-przemysłowym. Może dlatego, że ostatnio mam naprawdę bardzo mało czasu na cokolwiek, za dużo na głowie i jestem w permanentnym niedoczasie: wyszła moja nowa książka, za chwilę będą dwie kolejne, rozkręcamy z Żoną własne wydawnictwo, a oprócz tego usiłujemy okiełznać Prawdziwe Życie – wychować na porządnych ludzi dwóch synów w różnym wieku, ogarnąć dom, nie zaniedbać do końca Przyjaciół oraz nie pozwolić, aby dwa koty nie wlazły nam na głowę. Nie ma wiec możliwości, aby samolubnie celebrować luksusowe rytuały, może kiedyś znów będzie mi to dane, ale nie teraz, w każdym razie nie tak często jak dawniej. Może będę robił sobie, wzorem ludzi przechodzących na dietę, zakupową wersję „cheating day”, wielkie święto wolności od wyrzeczeń, ale nie teraz. Kiedy – nie wiem. Na razie będę częściej kupował książki w dyskontach.

    Przypuszczam, że gdybym nie kupił jej wówczas, nie kupiłbym w ogóle, nie miałbym czasu ani okazji, aby ją kupić, a przeczytać chciałem od dłuższego czasu, w końcu Lem jednym z moich Mistrzów jest. Rozgrzeszam się zatem, choć kac po świętokradztwie zostaje, rozgrzeszam się tłumacząc sobie, że wybrałem zło mniejsze, choć każdy, kto czytał Sapkowskiego od razu zakrzyknie zapewne: nie ma mniejszego zła, zło jest złem i kropka. Zatem inaczej: grzech większy (nieprzeczytanie książki w ogóle) zastąpiłem grzechem mniejszym (zakup w dyskoncie) i choć nie jestem szczególnie biegły w teologii, mam nadzieję, że będzie mi wybaczone.

    W każdym z nas – nawet w najbardziej zgorzkniałym, steranym życiem cyniku – czai się chęć życia w świecie własnych wyobrażeń. Ja chciałbym kupować książki w uroczych, małych antykwariatach i rodzinnych księgarenkach umiejscowionych w krętych uliczkach idyllicznych starówek miast. Być obsługiwanych przez uroczych staruszków – księgarzy o powierzchowności i wiedzy profesorów uniwersytetu, takich w rozpiętych kardiganach, robionych na drutach krawatach typu „knit” i w rogowych okularach na łańcuszkach, dostojnych i kulturalnych, potrafiących doradzić, co wybrać po kilku chwilach rozmowy i poznaniu preferencji nabywcy, zawsze bezbłędnie lokalizujących na zakurzonych półkach to, czego akurat żąda klient i mówiących na do widzenia „Moje uszanowanie szanownemu panu, moje uszanowanie” albo „Całuję rączki szanownej pani”. Najlepiej ze lwowskim zaśpiewem.

    Nie wiem czy taka wizja jest też księgarskiego raju jest też Państwa udziałem, ale jeśli tak – to nie mam dla Was dobrych wiadomości. Tego świata już nie ma i sami przyczyniliśmy do jego zniknięcia. Ja prawdopodobnie wbiłem ostatni gwóźdź do trumny małych, niezależnych, uroczych księgarenek wrzucając biografię Mistrza Lema do koszyka razem z ziemniorami.

    www.unsplash.com/Aliis Sinisalu

    Zamiast tego mamy sieciówki w centrach handlowych, pryszczatych młodzieńców z przyczepioną do koszulki plakietką „Uczę się”, którzy steinbeckowskiego „Na wschód od Edenu” każą szukać w dziale z przewodnikami turystycznym. Mamy też audiobooki i e-booki, których istnienie jest w jakimś tam stopniu uzasadnione, lecz dla mnie kompletnie nieakceptowalne; te literackie bękarty i tak za kilka lat nas pochłoną i pożrą; wszystko będziemy czytać już on-line na ekranach tabletów, jednym kliknięciem dając zarabiać hipsterskim właścicielom rozmaitych platform internetowych na ich samochody elektryczne i sojowe latte, choć moglibyśmy przecież kupując książki wspierać staruszków-erydytów, ich rozpinane kardigany i robione na drutach krawaty typu „knit”.

    Nie będzie ratunku ani wybawienia, nie będziemy przecież, my książkoholicy starej daty, palić czytników e-booków na stosach ani infekować wirusami ich dysków twardych, nie będziemy jak nieszczęśni luddyści w czasach rewolucji przemysłowej niszczący maszyny parowe, odbierające w ich mniemaniu pracę i chleb ludziom. Jesteśmy za to zbyt starzy i zbyt mądrzy, wolimy zresztą w tym czasie poczytać. Rewolucja dokonała się, wszystko zostało zważone i policzone, a wyrok został wydany.

    I gdy zwizualizowałem sobie ten świat poczułem się tak stary i tak nieszczęśliwy, że odruchowo sięgnąłem po książkę, aby zaciąć się jej kartką i w męczarniach (jeśli zacięliście się kiedykolwiek kartką papieru wiecie, jak to boli) wykrwawić się na śmierć, ale na szczęście przypomniało mi się, że przeczytałem – a jakże, w internecie – o pewnym szefie wydawnictwa znad morza, który wpadł na pomysł księgarni na kółkach. Wziął ów pan vana średniej wielkości (używanego zazwyczaj do sprzedawania hipsterom w plenerze niskotłuszczowych hamburgerów z soi i jarmużu), przerobił go według własnych potrzeb, ochrzcił „book-truckiem” i teraz sprzedaje z niego książki.

    Sami przyznajcie – czyż nie jest to coś wspaniałego? Nie jesteśmy zatem do końca straceni, drogie dinozaury, postęp może mieć też i taką twarz!

    P.S. Obecnie przygotowuję się do pierwszego w moim życiu zakupu książki przez internet. Trzymajcie kciuki!

    P.P.S. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nadchodzącego Nowego Roku przyjmijcie, proszę, serdeczne życzenia wszelkiej czytelniczej pomyślności.

  • „Mój prywatny kanon lektur”, felieton Waldemara Cichonia

    Wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego rozżarzy się zapewne ponownie jedna z odsłon fundamentalnego sporu ideologicznego, którą toczą ze sobą od dekady, z okładem, lokalne odpowiedniki plemion Tutsi i Hutu zamieszkujące obszar pomiędzy Odrą i Nysą Łużycką a Bugiem. Odsłona ta dotyczyć będzie tzw. kanonu szkolnych lektur. „Ciemny lud pisowski” i lemingowski kolektyw „młodych, wykształconych, z wielkich miast” miały już okazję zetrzeć się na tym polu na etapie projektowania przez MEN listy książek, które szkolna dziatwa ma czytać od września.

    Dla pierwszych nowy kanon jest powrotem do normalności wolnej od zgorszenia, promocji lewactwa i sprowadzania dziatek na złą drogę, dla drugich – skandalem, obciachem, rasizmem i faszyzmem. Choć mój światopogląd lokuje się dość daleko na prawo od centrum, tradycyjnie nie opowiadam się po żadnej z tych stron. Ergo dlatego, iż odi profanum vulgus et arceo (a Horacy wielkim poetą rzymskim był i nie ma potrzeby mu nie wierzyć), secundo – bo jakoś tak się podziało, że w kanonie znalazła się jedna z moich książek (a naprawdę trudno być sędzią we własnej sprawie), tertio, bo z punktu widzenia logiki dziejów oraz zdrowego rozsądku, spory o to, co w kanonie powinno się znaleźć… nie mają żadnego znaczenia.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Przygotowując się do napisania niniejszego tekstu próbowałem rozpaczliwie przypomnieć sobie, jaki kanon lektur szkolnych obowiązywał, gdy pacholęciem będąc – w połowie lat 80. ubiegłego stulecia – sam uczęszczałem do szkoły podstawowej. Do głowy przyszły mi jeno „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren i „Rogaś z doliny Roztoki” Marii Kownackiej, dalej nic, pustka, zabijcie mnie, nie pamiętam, no, może jeszcze gdzieś mi się pod kopułą kołatała mi się dramatycznie opisana przez Bolesława Prusa scena wkładania chorej siostrzyczki Antka do pieca na trzy Zdrowaśki, co – jak wiadomo – skończyło się zejściem rzeczonej z tego łez padołu w postaci steka upieczonego well done.

    Być może ów stan niepamięci wynikał z faktu, że w dzieciństwie (zostało mi do dziś) naprawdę dużo czytałem, obcowanie z literaturą nie powodowało we mnie – jak w wielu moich rówieśnikach – przykrości, drgawek i wymiotów, a wręcz przeciwnie – ekstazę. Od 8. roku życia czytam co najmniej trzy książki tygodniowo i przysięgam, że następująca anegdota, którą dość często opowiadam publicznie, jest prawdziwa: moja kochana ś.p. Mama naprawdę musiała wyganiać mnie w wakacje na podwórko „żebym się trochę poruszał”, przedtem pieczołowicie sprawdzając, czy nie mam schowanej pod koszulką książki. Być może dlatego, że przeczytałem w dzieciństwie kilka tysięcy książek – w tym wiele lektur szkolnych „na zapas” – nie pamiętam, która była lekturą, która zaś nie-lekturą. Sprawdziłem zatem spis lektur szkolnych z lat 80. w internecie i okazuje się, że było nieźle: m.in. Andersen, Bahdaj, Bełza, Broniewski (komuch i alkoholik, ale poeta – genialny!), Janczarski, Papuzińska, Szelburg-Zarębina, Makuszyński, Brzechwa, Korczak, Sath-Ok, Konopnicka, Morcinek i Oppman, Sienkiewicz, Kern, Molnar, Niziurski (jeden z moich Mistrzów), Ożogowska, Verne, Fredro, Gogol, London, Kraszewski, Żeromski, Mrożek, Kraszewski, Saint–Exupery (oczywiście „Mały książę”, którego nie cierpię, zamiast genialnej „Ziemi, planety ludzi”). A oprócz nich – wielu innych.

    Nowy zaś kanon wywołuje we mnie uczucia ambiwalentne, szczerze powiedziawszy części współczesnych autorów widniejących w nim pozycji po prostu nie znam i zdania o rzeczonych nie posiadam, oni zaś zapewne nie znają moich opowieści o Cukierku, co uważam za całkowicie normalne. Żyjemy bowiem w czasach, w których 63 proc. Polaków przyznaje się bez wstydu, że nie przeczytało żadnej książki (!!!), więc moim skromnym zdaniem to, co będą czytały dzieci w szkołach ma naprawdę drugorzędne znaczenie.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Powiadam Wam zatem, Bracia i Siostry – langsam langsam, aber zicher! Na etapie szkoły podstawowej chodzi, do diaska, głównie o to, by w młodych ludziach wyrobić nawyk czytania! Spowodować, że dzieciaki polubią książki, że czytanie jest cool i trendy i z pewnością w tym miejscu się kompromituję, bo na pewno nikt nie używa już słów cool i trendy, a zapewne określenie jazzy też jest demode, lecz przypominam, że wzorem Horacego odi profanum vulgus et arceo…

    Do wyrobienia nawyku czytania potrzebne są Opowieści, które tę delikatną strunę w dziecięcych duszach, sercach i umysłach poruszą; zasieją – używając bibilijnej metafory – ziarno, które wzejdzie na skale. Dobre Opowieści: mądre, śmieszne, dowcipne, uczące nienachalnie, lecz skutecznie; wyrabiające smak i ciekawość świata. Jako konserwatysta piszę to z bólem serca, ale Opowieść o wkładaniu dziewczynki do pieca tego nie uczyni. Kto w dzisiejszych czasach ma piec zdolny pomieścić dziewczynkę? W moim nie zmieściłby się nawet średniej wielkości kot!

    I przychodzi mi do głowy jeszcze refleksja, że każdy z nas, tych czytających, przez całe swoje życie, tworzy swój własny, prywatny kanon lektur obowiązkowych. Obowiązkowych dla siebie.

    Tak właśnie róbcie! Miejcie w nosie książki modne, „must read”, obdarzone „prestiżowymi nagrodami”. Czytajcie to, co porusza wasze dusze, zmienia wasze życie, czyni je znośniejszym i ontologicznie niezbędnym. Dobrze, jeśli na Waszej drodze znajdzie się ktoś, kto takie wspaniałe książki poleci, podsunie, podaruje. Pisząc te słowa spoglądam na własną bibliotekę, zuchwale i bezwstydnie dochodząc do wniosku, że w moim przypadku ktoś wykonał naprawdę dobrą robotę: na jednej półce stoją Hrabal (z „Obsługiwałem angielskiego króla”), Haszek ze swoim Szwejkiem i Eduardo Mendoza (z fenomenalną „Wojną kotów”), ukochani Węgrzy: Sandor Marai, Gyula Krudy i Gyorgi Spiro sąsiadują z olśniewającymi dziełami Cata–Mackiewicza i arcydziełem polskiej diarystyki – „Szkicami piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego. Horst Bieniek ze swoją „Pierwszą Polką” i „Wiatr od wschodu” Scholtisa przytulają się do wszystkiego, co wyszło spod pióra Leopolda Tyrmanda. Za nimi proszą o powtórne przeczytanie „Rękopis znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Paragraf 22” Hellera, „Dekameron” Bocaccia, „Moskwa-Pietuszki” Jerofiejewa, „Dzienniki” Kisiela oraz „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Z kolejnej półki wdzięczą się „Brewiarz śródziemnomorski” Matviejevica, „Filozofia wina” Beli Hamvasa, „Imię róży” Umberto Eco, „Morfina” oraz „Król” Szczepana Twardocha, „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” Janoscha oraz „Przygody kanoniera Dolasa” Sławińskiego. Wzbudzają wspomnienia młodości „Hobbit” Tolkiena i Dickensowy „Klub Pickwicka”. Za nimi łobuzersko łypie do mnie „Trzech panów w łodce, nie licząc psa” Jerome K. Jerome, dostojnie prezentują się „Dzieje wypraw krzyżowych” Runcimana (które czyta się, jak najlepszy kryminał), „Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona w znakomitym przekładzie Zofii Kierysz oraz „Alchemia słowa” Parandowskiego. A na końcu kilka kryminałów Agaty Christie

    P.S. Wielokrotnie pytano mnie, jak „załatwiłem sobie” to, że moja książka stała się szkolną lekturą. Zawsze bezradnie rozkładałem ręce i, zgodnie z prawdą, odpowiadałem, że kompletnie nie mam pojęcia, jakim sposobem to się dokonało. Nikt mi nie wierzył, zatem od jakiegoś czasu stosuję następującą technikę: usłyszawszy rzeczone pytanie lekceważąco wydymam wargi i starając się być tak zblazowanym, jak to tylko jest możliwe, wygłaszam następującą kwestię: NO CÓŻ, WIADOMO KTO JESZCZE W TYM KRAJU OPRÓCZ MNIE TAK BARDZO LUBI KOTY…

    Działa piorunująco!

  • „Nigdy się nie spotkaliśmy, ale znałem ją doskonale”. Felieton Waldemara Cichonia.

    Do tego, że odeszła Wanda Chotomska prędko nie przejdziemy do porządku dziennego. Przeczytajcie felieton Waldemara Cichonia, autora bajek dla dzieci, który wspomina zmarłą wczoraj autorkę.

    Odeszła Królowa dziecięcej literatury. Autorka ponad 200 (!) książek, słuchowisk radiowych i widowisk telewizyjnych dla najmłodszych, pisarka i poetka, bez której nie sposób dokonać próby opisu polskiej literatury dziecięcej ostatniego stulecia.

    Wanda Chotomska.

    Mistrzyni.

    Nigdy nie miałem okazji poznać Jej osobiście, czego żałuję, bo musiała być wspaniałą osobą. Ktoś, kto pisze tak jak Ona, musi być cudownym człowiekiem. Kimś, kto kocha ludzi – zwłaszcza dzieci, życie, pisanie, a przy okazji – nieustanie wszystkim się zachwyca i dziwi.

    Wydaje mi się jednak, że pomimo tego, iż nigdy nie spotkaliśmy się, znałem Ją doskonale.

    Z Wandą Chotomską wiąże się jedno z moich pierwszych czytelniczych wspomnień: kwadratowa książeczka z serii „Poczytaj mi, mamo!” Naszej Księgarni, ja po jakiejś dziecięcej traumie siedzący na kolanach mojej Mamy. Ślimtam, beczę i się mazgaję, a mama głaszcząc mnie po głowie zaczyna czytać: „Hipopotam jest istotą, która bardzo lubi błoto”… Pomogło. Wizja grubasa skaczącego do bagniska i późniejsza wyliczanka („chlupopotam, chlapopotam, chlapobotam, chlupobłotam”) rozbawiły mnie do tego stopnia, że zapomniałem o strachu
    i bólu.

    A chłopak na opak, co to siedział na drzewie i nikt nie wiedział dlaczego? A kurczę blade, przez które dziadek nie mógł zrobić sobie kogla-mogla? A cielę, co mieliło ogonem? A czarna krowa w kropki bordo, która nie tylko trawę gryzła mordą kręcąc, ale równocześnie pomagała wielu pokoleniom polskich dzieci niepotrafiących wymówić spółgłoski „r” walczyć z tym logopedycznym problemem?

    Też powtarzałem w kółko wiersz o krasuli. I moi obydwaj synowie, którym wiersze Pani Wandy czytałem. Uczyliśmy się ich na pamięć na przedszkolne i szkolne przedstawienia, czytaliśmy przed snem, w podróży i jako remedium na strach oraz ból w szpitalnych poczekalniach. Zawsze pomagało.

    Dziś, jako człowiek dorosły i przy okazji autor – pożal się Boże – książek dla dzieci, w pełni doceniam kunszt Mistrzyni. Uwierzcie, nie jest łatwo w krótkim utworze opowiedzieć dzieciakom dobrą, interesującą historię, a przy okazji uczynić to lekkim, dowcipnym wpadającym w ucho i pozostającym w pamięci rymem, dodać element suspensu i nie popaść w tę bezsensową manierę natarczywego wychowywania, socjalizowania i moralizowania. To potrafią tylko wielcy pisarze.

    Zabrzmi to jak banał, ale czuję się, jakby dziś ktoś wyrwał mi cząstkę duszy. Jakbym żegnał starego przyjaciela, choć – jako się rzekło – nie spotkaliśmy się nigdy. Wiem, „nie wszystek umrę”, wiem, „zostawiła pomnik trwalszy niż ze spiżu”, ale mam wrażenie – i znów banał przeklęty – że dziś skończyła się pewna epoka. Epoka pięknych, mądrych, dowcipnych opowieści, które czarują dzieci.

    Każą nam wierzyć, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale to nieprawda.

    Pani Wando, dziękuję. Za „Pięciopsiaczki”, „Siedem księżyców”, „Tadka – niejadka”, „Remament”, „Kram z literami”, czarną krowę i chłopaka na opak. I za wspaniałe dzieciństwo, które miałem również dzięki Pani twórczości.

    Spoczywaj w pokoju.

     

  • Będzie o niczym, czyli jak nie napisać felietonu o rynku książki dziecięcej.

    Redaktor naczelny niniejszego portalu zamówił u mnie felieton. „Napisz, proszę, coś o rynku książki dziecięcej w Polsce” rzekł, pobłażliwie ignorując z początku nieśmiałe, a potem bardziej odważne sugestie, że o rzeczonym nie mam wielkiego pojęcia. Zaproponował nawet – proszę sobie wyobrazić! – honorarium, co najpierw wprawiło mnie w osłupienie (przyzwyczaiłem się bowiem, że ludzie nie mają pracy intelektualnej, za coś, co wiąże się z jakimkolwiek wysiłkiem, ergo nie jest warte wynagradzania), a potem postawiło w dość niezręcznej sytuacji. Stanąłem więc przed dylematem. Jak mawiał niezapomniany szatniarz w „Misiu”: Uprze się cham i mu daj… A skont wezmne jak ni mom?

    Coś, co Adam Szaja zapewne wziął za właściwą literatom kokieterię, jest najświętszą prawdą.

    Zgoda, moja wiedza na ten temat jest, ujmijmy to delikatnie, odrobinę ponadprzeciętna i wynika z faktu, że napisałem kilka książek dla najmłodszych (które podobno cieszą się umiarkowaną popularnością w określonych kręgach – jedną nawet „dobra zmiana” wpisała ostatnio na listę lektur), a moja Żona jest młodym (wiekiem, duchem, ciałem oraz stażem) takich książek wydawcą i promotorem. Dlatego wiem, że rynek książek – w tym książek dla dzieci – w ogóle istnieje, że uczestniczą w nim pisarze, ilustratorzy, wydawcy, korektorzy i redaktorzy, drukarze, nabywcy książek, czyli czytelnicy, blogerzy książkowi, hurtownie, dwie duże sieci sprzedaży detalicznej stanowiące faktyczny duopol, że mało jest już księgarń prywatnych i niezależnych, istnieją biblioteki i domy kultury, gdzie czasem robi się spotkania autorskie, że generalnie sprzedaż książek przenosi się do Sieci (bo wszystko się dziś do Sieci przenosi), że VAT na książki wynosi 5 proc., że drukarnie każą wydawcom płacić za wydrukowane nakłady z terminem 30-dniowym zaś hurtownie i sieci handlowe płacą wydawcom z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Że ciężko zadebiutować, że ciężko odnieść sukces, że ciężko z książek wyżyć, choć jak się kto uprze, to radę da. Że wydawcy wolą wydawać sprawdzone nazwiska – najlepiej same bestsellery i zagranicznych autorów w dodatku – bo to gwarantuje szybki zwrot zainwestowanych w wydane książki środków oraz zarobek, i jest zrozumiałe z biznesowego punktu widzenia. Że konkurencja jest olbrzymia, wystarczy wejść do empiku i zerknąć na półki. Że wydawcy nie odpowiadają z zasady na nadesłane maszynopisy. Że autorom debiutującym nie płaci się ani grosza, a uczciwe tantiemy dla autora, któremu się jednak płaci, to 10 proc. od ceny sprzedaży, co przy średnio kilkutysięcznym nakładzie (nie mówimy rzecz jasna o Harrym Potterze czy innej Neli Podróżniczce) pozwala na przeżycie maksimum miesiąca, a potem już można nie żyć. Że czasami najlepiej postawić wszystko na jedną kartę, zaryzykować, założyć własne mini-wydawnictwo, które z czasem może stanie się wydawnictwem dużym. Że wtedy trzeba ciężko pracować na sukces. Że pisarz dziś nie może zajmować się tylko pisaniem i bujać w obłokach, popijać rum na Kubie, palić fajkę i stukać od niechcenia w klawisze oldschoolowego remingtona a od czasu do czasu występować w „Dzień dobry TVN”. Pisarz dziś musi być biznesmenem, handlowcem, pijarowcem, odrobinę aktorem. Że trzeba przejechać kilka tysięcy kilometrów miesięcznie i odbyć wiele spotkań w małych miejscowościach, w szkołach, przedszkolach, domach kultury i na festynach osiedlowych, aby książkę wypromować. Że trzeba mieć przy sobie kogoś, kto w ciebie wierzy, gdy sam przestaniesz. Że przeciętny Polak czyta mało. Że każdy, kto z książek i dla książek żyje powinien pojawić się na Targach w Krakowie i Warszawie, a ostatnio też Katowicach. Że na dwa-trzy miesiące przed terminem którejkolwiek z tych imprez trudno szukać wolnych mocy przerobowych w drukarniach; nikt nie przyjmie zlecenia, bo wszyscy drukują na owe targi nowości. Że ilustratorzy, korektorzy i operatorzy DTP też mają swoje terminy i czasami je przesuwają, bo uważają, że termin deadline oznacza „jak będę mógł, to zrobię”. Że najlepszą zapłatą za pracę nie jest pochlebna recenzja, przelew na konto czy nagroda literacka tylko usłyszenie, że dzięki tobie nie cierpiące czytania dziecko chętniej sięga po książki. I że można przy tym wszystkim być szczęśliwym i nie wyobrażać sobie zamiany tego życia na żadne inne.

    Moją wiedzę o rynku książki w ogóle uzupełniają jeszcze doniesienia o kontrowersyjnych pisarzach: gdy chlapną coś głupiego w telewizji, pokażą publicznie nowego narzeczonego, albo otrzymają do dyspozycji luksusowy samochód niemieckiej produkcji. Niestety, dzisiejsi literaci nie decydują się już na tak spektakularne wybryki, jakich autorem był choćby jeden z moich ulubionych pisarzy, czyli Jan Himilsbach. Anegdot to potwierdzających nie będę jednakowoż przytaczał publicznie, bo w końcu jestem pisarzem dla dzieci. O pisarzach dla dzieci kontrowersyjnych doniesień nie znam. W ogóle osobiście znam tylko dwóch innych pisarzy dziecięcych i muszę powiedzieć, że to bardzo porządni ludzie.

    Przyznacie Państwo sami, że zbyt to wiedza uboga i nieusystematyzowana, by dzielić się nią publicznie? A ja mam żelazną zasadę, że nie wypowiadam się na tematy, na których się nie znam i których nie rozumiem. Nie lubię być zatem pytany o sens istnienia, piłkę nożną (za to o hokeju możemy gadać godzinami), reformę służby zdrowia, postmodernizm czy twórczość Elfriede Jelinek. I o rynek literatury dziecięcej też nie. Generalnie uważam, że ludzie mają obecnie zbyt dużo do powiedzenia i nader często – dzięki upowszechnieniu technik masowego komunikowania – korzystają z okazji, by swoje sądy upubliczniać, a to wcale światu dobrze nie robi. Jak mawiał mistrz Lem, dopóki nie powstał Internet, nie było wiadomo, że na świecie jest tylu idiotów.

    Adam Szaja potrafi jednak uroczo prosić, ja zaś nie potrafię odmawiać ani uroczo ani w jakikolwiek inny sposób (taka genetyczna przypadłość), musiałem więc coś wymyślić, żeby się odczepił i przy tym nie obraził. Bo go lubię, nie lubię zaś, gdy się na mnie obraża.

    Atrakcyjnym (bo szybkim i mało absorbującym) rozwiązaniem wydawało się wysmażenie kolejnego tekstu o tym, jak napisać i wydać książkę dla dzieci odnosząc oszałamiający sukces, ale pomysł ów porzuciłem niemal natychmiast. Internet jest pełen takich poradników, a niemal każdy jest głupi lub jeszcze głupszy z tej prostej przyczyny, że piszą je ci, którzy sami sukcesów nie odnieśli albo zawdzięczają je wszystkiemu innemu, tylko nie sobie. Zazwyczaj nie uwzględniają też takie opracowania polskiej specyfiki. „Tu jest Polska”, chciałoby się rzec, a więc obszar, na którym nie działają zasady logiki (a często nawet prawa fizyki), miejsce gdzie czasoprzestrzeń się zakrzywia, a rzeczywistość skrzeczy. I nie jest to, żeby była jasność, wina mojej ukochanej Ojczyzny, ale części zamieszkujących jej teren osobników homo sapiens, którzy wszystkie te absurdy i niedorzeczności wymyślają oraz stosują na nieszczęście dla innych przedstawicieli tego gatunku. Zainteresowanych odsyłam do słynnej sentencji Marszałka Piłsudskiego: „Naród wspaniały, tylko ludzie…”. A co do sukcesu, to recepta jest jedna: trzeba po prostu napisać dobrą książkę, wydać ją, a potem urobić się po pachy, żeby ludzie ją kupili. Dobrze też mieć moją Żonę, która jest najlepszym na świecie wydawcą, promotorem książek i agentem, ale ta rada się Wam nie przyda z prostej przyczyny: Wy mojej Żony mieć nie będziecie, bo mam ją ja i nie oddam.

    Coś trzeba było jednak napisać, ponieważ zaś jednym z moich ulubionych gatunków literackich od zawsze jest science fiction postanowiłem, że napiszę jaki rynek książki dziecięcej mógłby być w Polsce równoległej. Znacie Państwo teorię światów równoległych? Generalnie chodzi o to, że gdzieś tam, ho ho w kosmosie, jest równoległy świat, w którym, no nie wiem, Hitler wygrał wojnę i zapanował nad światem. Albo taki, w którym Hitlera nigdy nie było. W kolejnym zaś Hitler został Buddą zamiast Buddy. Jest kilka niezłych książek w takim klimacie, najlepsze chyba to „Człowiek z Wysokiego Zamku” Dicka oraz „Vaterland” Roberta Harrisa. Żeby jednak pisać o światach równoległych, trzeba znać ich pierwowzór. Ja zaś owego, jako się rzekło, nie znam. Wróciłem do punktu wyjścia.

    Potem zaś dotarło do mnie, że właściwie nigdy nie byłem dobry w pisaniu felietonów, o czym świadczy beznadziejna struktura niniejszego (o ile w ogóle to felieton), brak błyskotliwych i wycyzelowanych anegdot oraz ogólna niechlujność. Nigdy nie należałem też do osób szczególnie starannych ani dobrze przygotowanych do wykonywania zawodu. Gdy moja grupa (TAK! JESTEM ABSOLWENTEM POLITOLOGII!) przerabiała teorię gatunków dziennikarskich, akurat zajmowaliśmy się innymi aspektami studenckiego życia w kultowym, katowickim klubie AKANT…

    Dlatego, wybacz Adamie, ale niniejszy felieton musiał być o niczym. W zamian mogę ci namalować kwiatuszek albo kotka (też nie potrafię, ale to przynajmniej będzie mniej kompromitujące).

    A honorarium przekaż, proszę na jakiś szczytny cel. Na przykład zamów porządny felieton u porządnego felietonisty. Smakksiazki.pl zasługuje na to.

    Z poważaniem:

    Twój Waldemar Cichoń

  • „Czy można wyżyć z pisania książek? Nie wiem, spytaj za rok”. Waldemar Cichoń opowiada o pisaniu bajek dla dzieci, o Śląsku oraz o swoim najnowszym tytule „Zdarziło sie na Ślonsku. Łopowieści niysamowite niy ino dlo bajtli”.

    Napisał pięć książek o przygodach kota Cukierka. Właśnie kończy szóstą. Za moment ukaże się jedenaście historii o znanych Ślązakach,również w formie bajkowej. Smakksiazki.pl objął patronat nad najnowszą książką Waldemara Cichonia. Zapraszam do przeczytania wywiadu, w którym autor opowiada o łączeniu pracy zawodowej z pisaniem, obawach przed premierą nowego tytułu, a także o książkach dla dorosłych. Miłej lektury. 

    Prawdą jest, że rzuciłeś swoją etatową pracę żeby pisać książki?

    Chciałbym, bo pijarowsko brzmi to znakomicie, ale nie było tak dramatycznie. Najpierw rzuciłem połową swojej pracy, a potem pozostała połowa rzuciła mną. W pewnym momencie to moje pisanie zaczęło się robić na tyle poważne, że nie starczało czasu. Poprosiłem o przejście na pół etatu, mój ówczesny szef mnie lubił i zgodził się, żebym łączył pisanie z pracą. Chciałem mieć taki wentyl bezpieczeństwa. Jednak w międzyczasie szef zmienił się na mniej fajnego i ten już uznał, że tak się nie da. Efekt jest taki, że od pół roku zawodowo zajmuję się pisaniem. Uprzedzając kolejne pytanie, czy można wyżyć z pisania, odpowiadam nie wiem, spytaj mnie za rok. Nie dopuszczam jednak myśli o powrocie do pracy etatowej. Za bardzo mi się podoba życie, które teraz prowadzę. Wszystkie moje poprzednie firmy miały korporacyjny sznyt, albo przynajmniej go udawały. Mnie się to nie podobało, robiłem swoje, wszystko po Bożemu, ale z dużym wstrętem. Teraz czuję się wolny, mam więcej przestrzeni do działania.

    Obawiasz się momentu, w którym przyjdzie spadek pisarskiej formy, w którym przestaną się sprzedawać Twoje książki?

    Pewnie, że się obawiam. Nie przeraża mnie jednak brak własnej pracowitości, bardziej boję się czynników zewnętrznych. Zawodowe zajmowanie się literaturą jest ponoć drugim najbardziej ryzykownym biznesem w Polsce, zaraz po restauratorstwie. Wszystko się tak dynamicznie zmienia, że nie wiemy co będzie z książkami za dziesięć lat. Literatura jest konkurencyjna, a pisanie i wydawanie książek dla dzieci, to już w ogóle. Mnóstwo osób się tym zajmuje z lepszym lub gorszym skutkiem. Wystarczy wejść do Empiku na dział dziecięcy i można dostać oczopląsu.

    Póki co, piszesz książki dla dzieci. Pisząc je starasz się myśleć trochę jak dziecko?

    Tworząc przygody Cukierka staram się raczej myśleć jak kot. Piszę takie książki, jakie sam chciałbym swoim dzieciom czytać. Taki był w ogóle początek, pierwszą książkę napisałem dla Marcela, swojego starszego syna. Początki były trudne, bo nie jest łatwo zadebiutować. Na szczęście, wszystko zaskoczyło, kończę pisać szóstą część przygód Cukierka. Do tej pory wszystkich części sprzedało się około czterdziestu tysięcy egzemplarzy, do czego znacznie przyczyniają się spotkania autorskie, na które jeżdżę do przedszkoli czy szkół.

    Skoro już przy sprzedaży książek jesteśmy, to skąd pomysł na założenie własnego wydawnictwa? Wydasz w nim swoją najnowszą książkę, do której wrócimy w dalszej części rozmowy.

    Generalnie i delikatnie rzecz ujmując, nie mam najlepszych doświadczeń z wydawnictwami. Mam wrażenie, że tam pracują specjalne osoby, które bez czytania wywalają rękopisy autorów – nawet tych, którzy nie są debiutantami i mają już jakieś sukcesy – do kosza. Albo palą nimi w piecu. Tajemnicą poliszynela jest też to, ile zarabiają polscy pisarze, wyłączywszy oczywiście ścisłą czołówkę, mniejsza o nazwiska. Dziesięć procent od sprzedaży brzmi nieźle, ale za to naprawdę nie da się utrzymać siebie i rodziny. Wydawnictwo Żwakowskie założyliśmy z żoną po to, żeby oprócz satysfakcji, że książki są znane i lubiane, mieć także satysfakcję finansową. No i żeby w pełni kontrolować jakość tego, co się tworzy. Możemy teraz decydować o jakości graficznej, o tym, na jakim papierze będzie książka wydana, kiedy się ukaże, kto będzie ilustrował itd.

    Rozmawiamy w momencie, gdy Twoja najnowsza książka, „Zdarziło się na Ślonsku. Łopowieści niysamowite niy ino dlo bajtli”, czeka na druk, a za miesiąc o tej porze, będziemy już chyba nawet po premierze. Piszesz w niej o Śląsku i po śląsku. Jest moda na Śląsk?

    Jestem przeciwnikiem mód wszelkich. Pisząc tę książkę nie kierowałem się modą, bo Ślązakiem jestem od zawsze, a nie dlatego, że to popularne. To co mnie skłoniło do jej napisania, to sprzeciw wobec narracji, jaka jest o Śląsku prowadzona. Skojarzenia z tym regionem są przecież takie same od lat: orkiestra górnicza, krupniok, serial „Święta Wojna” z tym nieszczęśnie karykaturalnym Bercikiem. Jesteśmy postrzegani jako śmieszny ludek, który żyje na południu Polski, dziwnie mówi i wydobywa węgiel. Jeszcze niektórzy dobrze grają w piłkę i podobno są pracowici. A tak, w ogóle, to jesteśmy robolami i nadajemy się tylko do kopania węgla.

    Uważam, że mało jest tak zróżnicowanych miejsc na świecie jak Śląsk, miejsc które dały światu tylu wybitnych ludzi: naukowców, odkrywców, twórców kultury, wielkich przemysłowców, sportowców. Ta książka powstała też z chęci wypełnienia pustki niewiedzy, bo edukacja historyczna kuleje. Kiedyś przeczytałem wyniki badań, z których wynika, że dziewięćdziesiąt procent uczniów szkół podstawowych i ponadpostawowych na Śląsku, nie potrafi wskazać choć jednej wybitnej postaci z naszego regionu. Ja piszę właśnie o takich bohaterach, o Ślązakach, którzy dokonali czegoś niezwykłego. Jest zatem Karol Godula, wybitny industrialista, dla mnie największy ze Ślązaków, jest Henryk Sławik, który uratował w czasie wojny trzydzieści tysięcy ludzi. W książce piszę też o Erneście Wilimowskim, sześciopalcym wirtuozie futbolu sprzed wojny, o świętej Jadwidze, patronce Śląska, Henryku Pobożnym, konstruktorze lokomotyw Robercie Garbem, himalaiście Jerzym Kukuczce, Oskarze Troplowitzu, wynalazcy kremu Nivea. Opisuję jedenaście postaci i zdarzeń, ale już wiem, że będzie druga część.

    Skoro książka jest niy ino dlo bajtli, to co znajdą tam dorośli?

    Moi znakomici recenzenci napisali na tylnej okładce, że tę książkę powinni przeczytać wszyscy, którzy Śląsk kochają. Opisuję historie, które nie są powszechnie znane i że nawet jeśli ktoś jest świadomym Ślązakiem i się identyfikuje z regionem, to mógł o części tych opowieści nie słyszeć.

    Boisz się premiery?

    Boję się zarzutów, że to nie jest napisane po śląsku. No, ale to wynika ze specyfiki śląskiego i nic na to się nie poradzi. Śląszczyzna nie jest skodyfikowana, nie ma przecież obowiązującego kanonu, poza tym jest zróżnicowana – zupełnie inaczej mówi się po śląsku w Katowicach, inaczej w Rybniku, a inaczej w Opolu. Zapewne znajdą się mądrale, którzy „napisaliby to lepiej”… Świadomie nie używałem też tzw. śląskich znaków, czyli tych wszystkich tyld, brewisów i cymerfleksów. Boję się, ale będę się bronił. Jestem przekonany, że tytuł będzie atrakcyjny dla czytelnika: dobry papier, twarda oprawa, wspaniałe rysunki i niesamowite historie. Nie będzie się czego wstydzić.

    Piszesz też książkę już stricte dla dorosłych, zdradzisz coś więcej?

    Jestem niechlujnym pisarzem, piszę cztery książki w jednym czasie, dlatego żadnej nie mogę skończyć. Za dużo nie chcę też zdradzać. Pierwsza książka dla dorosłych to będzie taki „Paragraf 22” w świecie polskiej nauki. Przez ostatnie lata zawodowo obracałem się w tym środowisku i wiem, że to jest świat śmieszny i absurdalny. Natomiast druga książka będzie o Śląsku. Kontrowersyjnie i alternatywnie historycznie, trochę sensacyjnie. Więcej Ci nie powiem, bo ktoś mi ukradnie ten pomysł 🙂

    Drukowanie

     

    Fot: Marcel Janicki

    Okładka: Wydawnictwo Żwakowskie