Tag: Wydawnictwo Literackie

  • Orhan Pamuk w Polsce!

    Dziś dzień dobrych wiadomości. Rano pisałem, że prawdopodobnie jesienią do Polski przyleci John Maxwell Coetzee, laureat literackiego Nobla z 2003 roku, a teraz miło mi ogłosić, że już wiosną polscy czytelnicy będą mogli spotkać się z Orhanem Pamukiem, który tę samą nagrodę otrzymał trzy lata później.

    Turecki pisarz do Polski przyleci w maju, będzie gościem Warszawskich Targów Książki oraz Międzynarodowego Festiwalu Literackiego „Apostrof”. Co więcej, autor odwiedzi też Kraków.  Żeby nie zostawiać Was tylko z suchą informacją dotyczącą wizyty, łapcie krótką rozmowę z Piotrem Kawulokiem, który tłumaczył „Dziwną myśl w mej głowie” oraz „Rudowłosą”, czyli ostatnią powieść Orhana Pamuka.

    Piotr Kawulok, tłumacz

    Dlaczego Polacy powinni czekać na przyjazd Orhana Pamuka? Co może nam przekazać?

    Nie ma dzisiaj chyba innego autora, który pochodziłby z kraju muzułmańskiego, a zarazem cieszył się w Polsce taką popularnością. Dlatego wydaje się mi bardzo istotną postacią w czasach, w których ludzie są tak bardzo skłonni do myślenia o całym Bliskim Wschodzie wyłącznie w ramach medialnych stereotypów. Pamuk pisze z bardzo interesującej perspektywy, którą osiągnął dzięki swojemu zanurzeniu zarówno w kulturze tureckiej, jak i europejskiej, a do tego nieustępliwie wierzy w to, że opowieści mają siłę, pozwalającą im kształtować nasze życie. I myślę, że przede wszystkim o tej wierze będzie mógł opowiedzieć swoim polskim czytelnikom.

    Czy dla tłumacza ważny jest życiorys pisarza, na przykład to, że Pamuk był potępiony przez środowiska nacjonalistyczne w Turcji – czy nie czuł się Pan w jakiś sposób zagrożony?

    Przyznam, że życiorysy pisarzy, których tłumaczyłem, nigdy szczególnie mnie nie interesowały – ważne jest dla mnie przede wszystkim to, co piszą. Jeśli natomiast chodzi o Pamuka, owszem, bywa krytykowany, wyśmiewany czy nawet potępiany przez rozmaite środowiska w swoim kraju, lecz jednocześnie pozostaje w Turcji jednym z najbardziej poczytnych i najlepiej sprzedających się pisarzy i nie sądzę, by obecnie cokolwiek groziło jemu czy, tym bardziej, jego tłumaczom.

    Miał Pan z nim kontakt w trakcie tłumaczenia „Rudowłosej”? Czy konsultujecie jakieś nieścisłości?

    Zdarzało mi się korespondować z pisarzami przy tłumaczeniu innych książek, ale w przypadku powieści Pamuka nigdy nie czułem takiej potrzeby. Pamuk jest pisarzem bardzo skrupulatnym i dokładnym, znakomicie panuje nad swoim tekstem i używa bardzo przejrzystego języka. O ile w książkach innych autorów natrafiam czasem na niejasne metafory, niezrozumiałe opisy czy nieścisłości, o tyle teksty Pamuka są wolne od tego typu miejsc.

    Tłumacz musi „wejść w głowę pisarza”, aby go zrozumieć, czy to dla Pana bez znaczenia, czy tłumaczy Pan Pamuka, czy kogoś innego?

    Nie bardzo mogę zgodzić się z tezą, którą postawił Pan na początku pytania. Aby zrozumieć tekst, tłumacz – tak jak każdy czytelnik – musi go po prostu bardzo uważnie przeczytać. Oczywiście, bywają takie książki, przy których tłumaczeniu pomocna może być znajomość dodatkowych kontekstów, w tym sytuacji psychologicznej ich autorów, ale powieści Pamuka raczej się do nich nie zaliczają. Nie oznacza to, że nie ma dla mnie znaczenia, czy tłumaczę Pamuka, czy kogoś innego; tak jak mówiłem wcześniej, Pamuk bardzo dobrze panuje nad swoim stylem, co zwiększa przyjemność z lektury, a zarazem zdecydowanie ułatwia tłumaczenie. Ostatecznie jednak praca nad przekładem – tak w przypadku powieści Pamuka, jak i jakiejkolwiek innej książki – sprowadza się do drobiazgowej lektury i próby uchwycenia w języku polskim tonu podobnego do oryginału.

     

    Bądźcie czujni, bo ten rok będzie obfitował w naprawdę ważne wydarzenia literackie oraz ważne wizyty.

  • „Drach” po śląsku. Kolejne szczegóły.

     

    Kilkanaście dni temu pisałem, że „Drach” Szczepana Twardocha zostanie przetłumaczony w całości na język śląski. Szczegółów wtedy nie było za wiele. Podpytałem więc przedstawiciela Wydawnictwa Literackiego o konkrety. Co więc wiadomo o śląskiej wersji książki Twardocha?

  • „Drach” po śląsku? Już wkrótce!

    Książka ukazała się w 2014, ale już za moment znów będzie o niej głośno. Dlaczego? Szczepan Twardoch zapowiedział, że „Drach” ukaże się po śląsku.

    Ta informacja pewnie ucieszy czytelników z Górnego Śląska, bo autor zapowiedział, że książka ukaże się w całości, czyli chodzi nie tylko o dialogi, w ich języku, czyli po śląsku. Na ten moment wiadomo tyle, że premiera będzie miała miejsce w przyszłym roku, a książkę przełożył Grzegorz Kulik. 

  • „Gdy zabraknie pszczół, to na jabłka i pomidory pozwolą sobie tylko najbogatsi”

    Na tegorocznym Festiwalu „Apostrof” będziecie mieli możliwość spotkania się z Mają Lunde oraz Davidem Goulsonem. Autorami książek: „Historia pszczół” i „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Jak w ogóle rozróżnić jedno od drugiego, czy możliwe jest życie bez pszczół i dlaczego trzmiele mogą przypominać małego szczeniaczka? I dlaczego na pomidory i jabłka może być stać za jakiś czas tylko najbogatszych? O tym wszystkim rozmawiam z Łukaszem Przybyłem, który jest założycielem Pasieki Edukacyjnej „Skrzydlaci przyjaciele”, działającej w Śląskim Ogrodzie Botanicznym w Mikołowie. Owady zapylające to jego pasja, co widać w poniższym wywiadzie.

    Jesteś w stanie wyobrazić sobie, że dożyjemy świata bez pszczół, jak w książce Mai Lunde, gdzie w 2098 roku w Chinach ludzie muszą zapylać ręcznie drzewa owocowe?

    Nie wyobrażam sobie takich czasów. Tak naprawdę, jeszcze kilka lat temu przez głowę mi nie przechodziło, że taka sytuacja jest w ogóle możliwa. Dopiero film „Łowcy miodu” oraz książka Mai Lunde dały mi wyobrażenie takiego świata. Co najgorsze, sytuacja opisująca w książce rok 2098 jest ponurą rzeczywistością już teraz w powiecie Hanyuan w Chińskim Syczuanie. Od kilku lat plantacje grusz są zapylane ręcznie przez robotników, ponieważ na skutek skażenia środowiska wyginęły wszystkie owady zapylające, a ich przywrócenie do środowiska nie przynosi skutku. Niestety i u nas, w Europie, z każdą zimą sytuacja staje się coraz trudniejsza. Co roku ponosimy coraz większe straty rodzin pszczelich i nie wydaje się, aby sytuacja ta się poprawiała. Nie jest wprawdzie tak źle jak w USA, ale coraz większa ekspansja osiedli mieszkaniowych, unowocześnianie rolnictwa, czy uprawy monokulturowe przyczyniają się do wymierania owadów zapylających również w Polsce. Nie wydaje mi się, aby cały Świat był w stanie „przestawić się” jak Chińczycy na zapylanie drzew miotełkami. Jeśli, nie daj Boże, przyjdzie nam dożyć takich czasów, to większość znanych nam warzyw i owoców przestanie istnieć lub będzie ekskluzywnym rarytasem dla bogaczy. Tak jak teraz trufle są nieosiągalnym przysmakiem, tak samo stanie się z pomidorami, gruszkami, jabłkami, wiśniami, dynią, cukinią i setkami innych roślin. Niestety, bez owadów zapylających ich uprawa stanie się niemożliwa lub nieopłacalna.

    Do czego w ogóle potrzebne nam są pszczoły?

    Dla większości z nas pszczoła kojarzy się wyłącznie z miodem. Jednak tak naprawdę jest to tylko „słodki dodatek” do wykonywanej przez pszczoły pracy. W wielu krajach zachodnich, głównym źródłem przychodu pszczelarzy jest praca pszczół na rzecz zapylania upraw. U nas niestety króluje jeszcze przekonanie, że to pszczelarz powinien „odwdzięczyć się” rolnikowi za możliwość zapylenia jego sadu. Jednak sytuacja ta zmieni się w przeciągu kilkunastu następnych lat, kiedy nastąpi „wymiana pokoleniowa” zarówno wśród pszczelarzy, jak i rolników. Biorąc pod uwagę rolę pszczelarstwa w gospodarce, według badań z roku 2013 w krajach Unii Europejskiej, sam wzrost plonów będący efektem zapylania przez pszczoły to 22 miliardy euro rocznie. A jest to rezultat samego zapylania roślin, nie wliczając w to sprzedaży produktów pszczelich. Stanowi to bardzo istotną gałąź gospodarki w wielu krajach. Pszczoła w tak dużym państwie jak Niemcy stanowi trzecie najistotniejsze zwierzę użytkowe, tuż za krową i świnią. W Polsce produkcja samego miodu wynosi około 15 tysięcy ton rocznie, a liczbę rodzin pszczelich w 2016 roku szacowano na ok 1,4 miliona. Mówimy tu tylko o samej pszczole miodnej. Miód oraz inne produkty pszczele, są bezcennymi produktami leczniczymi. Praktycznie niemożliwe jest ich zastąpienie jakimikolwiek środkami farmakologicznymi, czy suplementami diety. Reklamowane na prawo i lewo cudowne pastylki na poprawę odporności nie mogą równać się z miodem, pyłkiem pszczelim czy pierzgą. Pomimo zaawansowanej technologii nie sądzę, aby kiedykolwiek człowiekowi udało się wyprodukować syntetyczne zamienniki tych produktów.

    www.unsplash.com/Dominik Scythe

    Już za kilka dni w Warszawie pojawi się zarówno Maja Lunde od „Historii pszczół”, jak i David Goulson, autor książki „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Można na pierwszy rzut oka rozróżnić pszczołę od trzmiela?

    Tak. Pszczoły i trzmiele są bardzo łatwe do rozróżnienia. Niestety, powszechnie mylimy trzmiele, nazywając je błędnie „bąkami”. Trzmiele to duże, pękate i włochate pszczoły. W rzeczywistości pszczoła miodna oraz trzmiel należą do tej samej rodziny pszczołowatych, jednak różnią się zasadniczo wyglądem, zachowaniem oraz sposobem rozmnażania. Zarówno trzmiel, jak i pszczoła miodna są łagodne i atakują tylko w ostateczności w obronie własnego życia lub życia rodziny. Trzmiele latają powoli i głośno. Znana anegdota mówi, że trzmiel nie powinien latać, bo powierzchnia jego skrzydeł jest zbyt mała w stosunku do masy ciała, jednak trzmiel o tym nie wie. Albert Einstein powiedział kiedyś: „gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi”. Sam lot trzmiela doczekał się nawet „upamiętnienia” w znanym akcie opery rosyjskiego kompozytora Nikołaja Rimskiego-Korsakowa „Bajka o carze Sałtanie”.

    Pszczołami zajmujesz się na co dzień. Jakie to są owady, jaki mają „charakter”, co je denerwuje, co lubią?

    Pszczoły to niesamowite i fascynujące stworzenia. Nawet pszczelarze z 30 letnim doświadczeniem są nadal pod wrażeniem ich pracowitości i perfekcji we wszystkim co robią. Zaglądnięcie do ula jest swojego rodzaju hipnozą. Można bezustannie przyglądać się perfekcyjnie pracującym woszczarkom, budującym woskowe plastry, czy też świcie pszczelej karmiącej i czyszczącej pszczelą królową.

    Dla osoby przyzwyczajonej do pracy z pszczołami jest to zajęcie bardzo relaksujące, a jednocześnie bezpieczne. Odpowiednio obchodząc się z nimi można bez obaw pracować bez jakiegokolwiek nakrycia głowy, rękawic, czy też nawet w krótkim rękawku. Dopóki nie rozdrażnimy rodziny gwałtownym ruchem, stuknięciem w ul, strąceniem pszczół z ramki, czy też zgnieceniem jednej z nich, do tego czasu możemy pracować powoli i spokojnie, bez dodatkowych zabezpieczeń. Czasem wystarczy jednak jeden nieuważny ruch, aby rozzłościć rój. Warto wtedy mieć w zanadrzu kapelusz pszczelarski oraz podkurzacz do odymienia. Najczęściej dochodzi do użądlenia tylko w przypadku zgniecenia pszczoły. Same z siebie niechętnie atakują człowieka, ponieważ wiedzą, że oznacza to dla nich koniec życia. Pszczoła na końcu żądła ma haczyki, które wbijając się w skórę powodują jego wyrwanie z ciała owada, a następnie śmierć. Łagodne zachowanie nie jest jednak ich stałą cechą. Stopień agresji zależy czasem od pogody, pory roku, ilości posiadanych zapasów czy też aktualnej liczby kwitnących roślin, a co za tym idzie, ich stopnia „zapracowania”. Pszczoły nie lubią intensywnych zapachów np. perfum, alkoholu czy też potu. Zachowują się zdecydowanie bardziej agresywnie np. przed nadchodzącą burzą, czy też późną jesienią. W samym sezonie pszczelarskim, kiedy wszystkie owady zajęte są pracą, możemy bez obaw otworzyć ul, wyciągnąć ramkę, a pszczoły jak gdyby nigdy nic nadal czyszczą komórki plastra, produkują wosk, wykonują taniec pszczeli, karmią się nawzajem, czyszczą, a czasem nawet matka nadal składa jaja, nie zwracając na nas uwagi. Pszczoły lubią przede wszystkim cukier. Owady i kwiaty miliony lat temu w cudowny sposób „dogadały się” ze sobą. My wam damy słodki nektar, a wy będziecie nas zapylać. W ten sposób u pszczół i trzmieli wykształciły się charakterystyczne włoski na ciele, które mają sprawić, że pyłek będzie przyczepiał się do ich ciała. W zamian za tą przysługę pszczoły korzystają z produkowanego w kwiatach nektaru, który znoszą do ula i produkują przepyszny miód. Oczywiście nie robią tego, ponieważ są tak miłe produkując go dla człowieka. Miód jest ich zapasem pokarmu niezbędnym do rozwoju rodziny w trakcie całego roku, a przede wszystkim pozwalającym przetrwać zimę. Wbrew powszechnej opinii pszczoły nie śpią w zimie, tylko nadal są aktywne i przez cały ten okres kłębią się ogrzewając matkę i siebie nawzajem. W tym czasie zjadają zgromadzony zapas pokarmu. Pszczelarz grabiąc pszczoły z miodu podaje im w zamian syrop na bazie cukru. W ten sposób pszczelarze i pszczoły współpracują od stuleci.

    Łukasz Przybył, fot: archiwum prywatne

    David Goulson napisał o swojej fascynacji trzmielami tak: „zacząłem badać trzmiele dlatego, że mnie fascynują, zachowują się w tajemniczy i interesujący sposób, a poza tym są rozkoszne”. Podzielasz te spostrzeżenia?

    Jest w tym dużo prawdy. Rzeczywiście, o pszczołach wiemy sporo. Opiekujemy się nimi w ulach, dokładnie znamy ich zachowanie, wiemy jak o nie zadbać, jak wyhodować własną pszczelą matkę. Powszechne są ule obserwacyjne, w których przez szybkę możemy podziwiać pszczelą pracę. O trzmielach wiemy jednak bardzo mało. Widzimy je – niestety coraz rzadziej – jak kołyszą się w ogrodzie latając od kwiatka do kwiatka. Nie wiemy jednak gdzie mieszkają, jak się rozmnażają, co lubią i nie potrafimy sprawić, aby na stałe zadomowiły się w naszym ogrodzie. Tak naprawdę dopiero książka „Żądła rządzą” rozjaśniła mi wiele spraw dotyczących ich zachowania, czy miejsc budowania gniazda. W przeciwieństwie do pszczoły, trzmiele wydają się milutkie i puszyste. Z racji swojego pękatego wyglądu i ociężałego zachowania przypominają mi czasem niezdarnego małego szczeniaczka.

    Mamy coraz większą świadomość tego, jak ważne są dla nas pszczoły?

    Ku naszej radości stale rośnie zainteresowanie ideą zrównoważonego rozwoju w dużych firmach. Niektóre korporacje coraz śmielej starają uczynić coś pozytywnego dla środowiska. W ten sposób po raz pierwszy zetknęliśmy się z tematem pszczelarstwa miejskiego. Na wzór zachodnich stolic, paryskiej opery, czy Katedry Notre Dame, również w Katowicach firma Unilever postanowiła postawić na dachu swojego biurowca pierwszą na Śląsku pasiekę miejską. Jest mi bardzo miło, że postanowiła uczynić to przy udziale moim oraz firmy Pszczelarium. W ten sposób od ponad roku opiekuję się dwoma ulami stojącymi 300 metrów od katowickiego Spodka, a niebawem planujemy dostawienie kolejnych dwóch. Dobry przykład wzięły również kolejne firmy w naszej aglomeracji, które postanowiły przyczynić się do rozwoju pszczelarstwa miejskiego. Niebawem minie pierwsza rocznica postawienia pasieki miejskiej na Żeliwnej 38 w Katowicach, gdzie niepozorny teren przylegający do biurowców kryje za drzewami sad, łąki oraz dwa tereny Rodzinnych Ogródków Działkowych. Jestem pewny, że w najbliższym czasie kolejne firmy skorzystają z naszych usług, a pszczelarstwo miejskie na Śląsku będzie się szybko rozwijać.

  • „Jest to opowieść bajkowa, a przecież bajki są bardzo ważne w naszym życiu”.

    Dotychczas pisała scenariusze, teraz przyszedł czas na debiut literacki. „Załatw pogodę, ja zajmę się resztą” to komedia romantyczna nie tylko dla kobiet. Dziś premiera książki, więc łapcie wywiad z Renatą Frydrych. Kamera smaku zastała autorkę w trakcie sesji zdjęciowej. 

     

    https://youtu.be/AD1_hUagPmg

  • Które książki zabrać na wakacje? Zobaczcie gorące nowości lipca.

    Sezon urlopowy właśnie wystartował. Pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą na wakacje dobrą książkę. Którą? Przejrzałem dla Was lipcowe propozycje wydawców. Poniżej najciekawsze nowości.

    nadia-wiezien-putina-b-iext37642014

    2009

    nemezis-o-czlowieku-z-faweli-i-bitwie-o-rio-b-iext37170519

    stasi-i-dziecko-b-iext37640454d_3691rebissekretne-zycie-drzew-b-iext370313681967

    stalker-b-iext37026815ojciec-44-b-iext376120792033051708beduinki-na-instagramie-moje-zycie-w-emiratach-b-iext37636357miasto-swietych-b-iext36095405

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    zdjęcie główne: Freeimages.pl/Jim Watson

  • „Literacki Nobel? Każdy pisarz ma w sobie dawkę próżności”. Lars Saabye Christensen dla smakksiazki.pl

     

    Zrzut ekranu 2016-05-24 o 16.50.23

    Chwilę po wywiadzie podszedł do mnie nastolatek i zapytał: przepraszam, czy to jest John Malkovich? Przedstawiam więc Malkovicha światowej literatury. Rozmawiamy o „Beatlesach”, muzyce, piłce nożnej i literackim Noblu. 

    Beatlesi zafascynowali Pana równie mocno jak bohaterów Pana książki?

    Oczywiście, nie napisałbym tej książki, gdyby sam nie był pełnym zachwytu, lojalnym fanem. Cała ich muzyka i mój zachwyt nad tym co reprezentowali to podstawa.

    Bohaterowie Pana powieści w dzisiejszych czasach Internetu, telefonów komórkowych, mogliby mieć równie ciekawe dzieciństwo?

    Ich dzieciństwo było zupełnie inne. Między innymi dlatego, że dostępność do przeżyć, do muzyki, była zupełnie inna. Właśnie z tego powodu rodziły się tam mocne związku z muzyką, która wtedy była dostępna. Wydaje mi się, że to były lepsze czasy, ponieważ człowiek miał więcej czasu dla siebie. Więcej czasu żeby marzyć i myśleć.

    Skoro już przy muzyce jesteśmy, czego słucha Lars Saabye Christensen? Czy uwielbienie do Beatlesów przetrwało próbę czasu?

    Muzyka ciągle jest dla mnie bardzo ważna. Jako pisarz wciąż współpracuję z muzykami. Uważam zresztą, że samo pisanie jest bardzo bliskie tworzeniu muzyki. Wciąż słucham Beatlesów, bo ich muzyka jest bardzo związana z moim życiem, ale słucham też jazzu, muzyki klasycznej, starego bluesa.

    Zgadza się Pan z częścią krytyków literackich, którzy uznają „Beatlesów” za Pana najlepszą powieść?

    Trudno na to odpowiedzieć pisarzowi, który skończył już 60 lat i mówić o książce, którą zaczął pisać, kiedy miał lat 25. W tej chwili patrzę na wszystko z zupełnie innej perspektywy. Faktem jest, że ta książka położyła fundamenty pod moje dalsze pisarstwo, określiła krajobraz literacki, w którym działam, bohaterów i język. Jest więc może tak jak z Beatlesami, Paul McCartney i John Lennon napisali swoje najlepsze teksty kiedy mieli 23 lata, więc być może ja napisałem swoją najlepszą książkę kiedy miałem lat 25.

    Christensen_Beatlesi_m

    Jak Pan reaguje na informacje, że znajduje się Pan w grupie pisarzy, których wymienia się w kontekście literackiego Nobla? Gdy rozmawiałem dwa lata temu z Amosem Ozem, powiedział wtedy, że nie umrze nieszczęśliwy, gdy tej nagrody nie dostanie. Jak jest z Panem?

    Ja się mogę tylko pod tym podpisać, z ręką na sercu mówię, że naprawdę o tym nie myślę. Ja jako pisarz myślę tylko o literaturze i pisaniu, nie myślę o nagrodach. Chociaż z drugiej strony, pisarze spędzają tyle czasu w samotności podczas pracy, to muszą mieć pewną dawkę próżności w sobie. Kiedy więc słyszę takie głosy, to jest mi bardzo przyjemnie.

    Na sam koniec chciałbym poruszyć temat nie związany z literaturą. Za moment rozpocznie się EURO 2016, komu będzie Pan kibicował?

    Będę śledził ten turniej, ale Norwegia niestety się nie zakwalifikowała. Muszę kibicować któremuś z zespołów skandynawskich, będę więc trzymał kciuki za Islandię.

    Może też za Polskę?

    Oczywiście, ale najpierw muszę zainteresować się sąsiadami. Islandia i Norwegia mają bliskie związki, również literackie, ale za Polaków również będę trzymał kciuki.

  • „Mam dylematy pisarskie, biorę je na klatę”. Andrzej Muszyński o „Podkrzywdziu” i nominacji do Paszportów Polityki.

    Swoje książki pisze dla siebie, zamiast chodzić na konferencje prasowe i bankiety, najchętniej zamknąłby się w pokoju i zaczął pisać. Jak dowiedział się o nominacji do Paszportów Polityki, kiedy zmienia stację radiową i dlaczego nie czytał nowej książki Łukasza Orbitowskiego? O tym wszystkim rozmawiam z Andrzejem Muszyńskim. Jego książkę „Podkrzywdzie” możecie kupić w tym miejscu.

    Po rozdaniu Paszportów Polityki pozostał niedosyt?

    Dla mnie literatura to nie zawody, to ważna sprawa, a takie nie pozwalają na poczucie niedosytu z takich powodów. Literatura i góry nie lubią wyścigów. Spadł śnieg, jest ładniej.

    Sama nominacja do nagrody była dla Ciebie zaskoczeniem?

    W ogóle zaskoczeniem był odzew, który nastąpił po publikacji tej książki. Pisałem ją raczej z myślą o czymś małym. Chciałem napisać dobrą książkę, ale nie spodziewałem się, że ona będzie tak szeroko odczytana. Nie spodziewałem się, że tylu ludzi będzie to komentować. Dla mnie pisanie jest pasją, jest autentycznym świętem. Nie do końca pasuje mi taka forma , bo czuję się trochę jak w teleturnieju, ale proszę nie odebrać tego tak, że narzekam. Tak po prostu musi być, bo inaczej się tego nie da rozwiązać. To jest bardzo ważna nagroda.

    W jakich okolicznościach się dowiedziałeś o nominacji?

    W okolicznościach mało filmowych (śmiech). Dostałem po prostu maila. Marzę o tym, żeby to całe zamieszanie się już skończyło, a stanie się tak pewnie dopiero z końcem stycznia. Chciałbym już usiąść, zamknąć się w ciszy i zacząć pisać nową powieść. Kiedy pisarz pisze i chce być sławny, to cieszy się z rozgłosu. Kiedy pisarz nie lubi się upubliczniać, to ma problem, bo pisanie to właśnie upublicznianie swoich światów.

    Dla kogo są Twoje książki?

    Piszę je najpierw dla siebie, choć z myślą o innych. Nigdy nie mam przed oczami jakiegoś abstrakcyjnego czytelnika. To moje wspomnienia, wizje, obsesje. Ostatnio pomyślałem, że moją jedyną ambicją jest, by moi czytelnicy do tych książek wracali. Zawsze było to dla mnie miarą literatury jako czytelnika. Wraca się zwykle do książek, które oferują coś więcej niż fabuła, ich lektura jest za każdym razem taką samą przyjemnością, jak patrzenie na ładny widok. Dobrze naśladują fizykę. Ale nie da się pisać wszystkich w ten sposób.

    Nie masz problemu z obnażaniem siebie w książce? Kiedy kończysz pisać, książka przecież przestaje być Twoja i każdy może odczytać ją różnie.

    Pisałem dotąd o wsi, jej mitach. Czyli o moim świecie. To jest niewdzięczna zabawa, znajdować się w środku i meldować. Pisarzowi jest łatwiej być w oddali, w samotności, ale życie się wtedy robi kwaśne, i potem zostaje się takim skwaszonym, smutnym pisarzem. Dlatego to ciągły balans.

    Sam tytuł książki jest dla mnie słowem magicznym. Podkrzywdzie było tylko moje, nasze, swojskie, a tu człowiek słucha radia i nagle słyszy to słowo wypowiadane przez lektora. To jest dziwne uczucie, trzeba wtedy zmienić stację (śmiech). No ale to są jednak stałe dylematy pisarskie, po prostu jak się pisze, to trzeba to wziąć na klatę.

    Czytałeś książki Weroniki Murek i Łukasza Orbitowskiego?

    Czytałem książkę Weroniki, z którą zresztą znamy się od dawna. Bardzo cenię jej pisanie, cieszę się, że daje coś nowego, nieprzewidywalnego. Oddaje niejednoznaczność świata, jak się rzeczywistość miesza z fikcją, nie wiem, czy może być w książkach coś cenniejszego. Całkiem niedawno skończyłem czytać, jak zwykle z opóźnieniem, poprzednią książkę Łukasza, czyli „Szczęśliwą ziemię”. Kiedy z piętnaście lat temu wpadły mi w ręce „Tekstylia”, wydany przez Ha-art zbiór o twórczości roczników siedemdziesiątych, znalazłem tam świetne opowiadanie Łukasza. Nie przyszło by mi wtedy do głowy, że też będę pisał.

    Nie miałem za bardzo czasu zabrać się za „Inną duszę” przez pracę nad książkami,

    potem przyszły święta, a w święta to ja ani nie czytam, ani nie piszę. Nie chciałem z tym gonić. Teraz na spokojnie to nadrobię. Przybiliśmy piątkę, Łukasz pewnie baluje do dziś, ja jadę w Tatry.

    Fot: Andrzej Banaś, fot. www.andrzejbanas.pl