Tag: Wydawnictwo Literackie

  • Kibicowanie Widzewowi było najważniejszą rzeczą w moim życiu. K.Domaradzki o „Konfidencie”

    Lekarze, prawnicy, ale też chłopaki z blokowisk. Trybuny piłkarskie to jedno z najbardziej demokratycznych miejsc na świecie, bo można spotkać tam przekrój całego społeczeństwa. Jedni chcą odreagować, dla innych to sposób na życie. Krzysztof Domaradzki w „Konfidencie” opisał historię człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie, a do tego zrobił coś, czego zrobić nie powinien. Potem wydarzenia pędzą jak lawina – półświatek, zbliżanie się do kibolskiej wierchuszki, wejścia na drogę, z której nie ma odwrotu. Przeczytajcie książkę, ale zobaczcie też naszą rozmowę. Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Literackim.

  • Uzależnienia, zazdrość i bohaterowie nad urwiskiem, również emocjonalnym. Rozmowa z Robertem Małeckim

    Dwoje głównych bohaterów, ale problemów znacznie więcej. Maria Herman i Olgierd Borewicz znów muszą rozwiązać nie tylko sprawę sprzed lat, ale też walczyć ze swoimi demonami. Oboje stoją nad urwiskiem, więc tytuł książki możemy odczytywać dwojako. Co się wydarzyło pewnego upalnego dnia w miejscu, w którym spotkałem się z Robertem Małeckim? Jak rozliczyć sprawy z przeszłości, których na pierwszy rzut oka rozliczyć się nie da? Zobaczcie naszą rozmowę o „Urwisku”.

    Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Literackim.

  • Oświadczenie PLL LOT w sprawie Martina Caparrosa

    Jest odpowiedź polskiego przewoźnika w sprawie wczorajszego incydentu na lotnisku w Madrycie, gdzie Martin Caprros nie został wpuszczony do samolotu lecącego do Warszawy. Więcej o całej sytuacji przeczytacie tutajPoniżej zamieszczam wiadomość, którą dostałem z biura prasowego PLL LOT w odpowiedzi na zadane pytania.

    Szanowny Panie, 

    na wstępie chcielibyśmy podkreślić, że jest nam bardzo nam przykro z powodu zaistniałej sytuacji. 

    Jesteśmy doświadczonym przewoźnikiem osób z niepełnosprawnościami, który rocznie przewozi blisko 30 tysięcy osób poruszających się na wózkach inwalidzkich.

    Zapewnienie komfortowej podróży naszym pasażerom, a także utrzymanie wysokich standardów dotyczących obsługi osób z niepełnosprawnościami pozostaje dla nas kwestią priorytetową. W tym przypadku błąd leżał po stronie agenta, który niewłaściwie zinterpretował pojemność akumulatora jako niekwalifikujący się do przewozu. 

    Po otrzymaniu informacji o zaistniałym zdarzeniu niezwłocznie podjęliśmy wszelkie możliwe środki, by wyjaśnić tę sytuację. Następnie skontaktowaliśmy się z Pasażerem, by znaleźć alternatywne połączenie – naszą propozycją był rejs innego przewoźnika w klasie biznes. Pasażer nie zaakceptował tej opcji, więc zaproponowaliśmy mu bezpłatny przelot na wybranej trasie europejskiej z naszej siatki połączeń oraz asystę na Lotnisku Chopina w Warszawie.

    Jeszcze raz przepraszamy za niedogodności. 

     

  • Przedpremierowy fragment „Wiatrołomów” Roberta Małeckiego na smakksiazki.pl!

    Jak mogłaś jej to powiedzieć? — Zero Siedem próbował zapiąć pas, ale nie mógł trafić zaczepem do slotu. — No, co jest, kurwa!

    Borewicz mruknął coś niezrozumiale, a potem uruchomił silnik. Wrzucił ze zgrzytem jedynkę i mocno nimi szarpnęło. Opony wżerały się w gruntową nawierzchnię, pełną dziur wypełnionych deszczówką. Trzeszczały plastiki, coś łupnęło w bagażniku, ale kierowca się tym nie przejął.

    Po jaką cholerę wygadywałaś te głupoty? — Zacisnął ręce na kierownicy.

    Rozmawialiśmy już o tym.

    I chuj, że rozmawialiśmy. Prawda jest taka, że gówno wiemy. — Gestykulował nerwowo, puszczając kierownicę. — Może Toboła porwał dzieciaka, a może nie. Nie wiesz tego i tyle. Nie mamy żadnej pewności! Żadnej, kurwa, pewności, rozumiesz? To tylko hipoteza. Nie musiałaś jej o tym mówić. Po co wywoływać demony?

    O co tak naprawdę się wściekasz, co? — Odwróciła się do niego, zirytowana połajankami.

    Równie dobrze mogłaś jej powiedzieć, że będziemy przesłuchiwali sanitariuszy z karetki, którzy ratowali Witberga. — Napięcie nie schodziło z twarzy policjanta.

    Ale przynajmniej wreszcie zamilkł.

    Wyjechali na drogę asfaltową, a nieco dalej Borewicz skręcił w zjazd na średnicówkę. Zamierzali dostać się do komendy szybszą trasą. Nie dojechali tam wcześniej, bo kiedy Herman odebrała połączenie od Lucyny Witberg, zdecydowali, że najpierw pojadą do niej na Irysową.

    Nie obstawiaj wyników tej sprawy jak w bukmacherce. Po prostu tego nie rób. To ci może zaszkodzić — ostrzegł Borewicz.

    Poczuła, że zalewa ją fala wściekłości. Zrobiło jej się gorąco i musiała odciągnąć wełniany golf od szyi, żeby nabrać powietrza. Potem zacisnęła pięści. Chciała zmieszać Borewicza z błotem, ale w porę ugryzła się w język. Panuj nad emocjami, nakazała sobie, jeśli wezmą nad tobą górę, będziesz w dupie. Nie mogła dać mu się sprowokować, bo wtedy już zawsze uderzałby w jej najczulszy punkt.

    Robert Małecki, materiały prasowe Wydawnictwa Literackiego

    Odczekała kilka chwil, wpatrując się w krajobraz za boczną szybą i licząc uderzenia serca.

    Nie obstawiam — odparła w końcu.

    Dokładnie to robisz. — Postukał palcem wskazującym w udo. — Obstawiasz, że nie było tak, jak jest zapisane w papierach, i przyjmujesz za pewnik, że wiesz, co zrobił Toboła, a czego nie zrobił! Otóż, kurwa, nie wiesz, co zrobił ten chory kutas. Nie wiesz i już!

    Herman wodziła wzrokiem po ciemniejszej zieleni drzew oddalonych od jezdni i jaskrawszym odcieniu łąk, powypalanych gdzieniegdzie przez niedawne upały.

    Wypierał się tego porwania za każdym razem — przypomniała.

    Ale jakoś tak się złożyło, że sąd go za to skazał, nie?

    Dobrze wiesz, jak działały wtedy policja, prokuratura i sądy. Przylepili mu tego niemowlaka, żeby mieć porządek w papierach, ład w statystykach i sukces w mediach. Mało było takich przykładów w historii? — broniła się.

    Znasz te akta czy nie, do cholery? — skrzywił się.

    Spędziłam z nimi więcej czasu niż ty — odgryzła się i oboje zamilkli.

    Mimowolnie wróciła pamięcią do opasłych teczek zawierających dokumenty ze śledztwa. Zgłoszenie o porwaniu niemowlęcia przyjęto dziesiątego lipca. Dokładnie tego samego dnia, w którym Hanna Suchocka jako pierwsza kobieta w historii Rzeczypospolitej stanęła na czele rządu.

    Do komendy policji, która wówczas znajdowała się przy Piłsudskiego, zgłosiła się zapłakana matka. Poinformowała dyżurnego o napaści w jej domu i porwaniu dziecka. Kobietę przywiózł do komendy polonezem jej sąsiad, Antoni Wyrwicki, a jego żona została w domu Witbergów. Mąż Lucyny był wówczas w drodze do Niemiec i nikt nie miał z nim kontaktu. Wrócił dwa dni później, w niedzielę, późnym popołudniem.

    Rok wcześniej Andrzej Witberg odszedł z Nadleśnictwa Jamy i założył firmę. Uruchomił komis samochodowy z warsztatem przy Szosie Toruńskiej. Wracał późno z pracy. Niemal w każdy weekend jeździł do kuzyna do byłej RFN i sprowadzał stamtąd używane samochody, a potem także sprzęt hi-fi, telewizory, miniwieże, magnetowidy i drobne AGD. Na polskim rynku wszystko szło jak leci. Cokolwiek przywiózł, znikało z placu i półek w pawilonie, w którym prezentował sprzęt elektroniczny. Później ściągał samochody na zamówienie. Notował wytyczne kupca w zielonym zeszycie, który żona kupiła mu w sklepie z dewocjonaliami i artykułami papierniczymi przy Kościelnej naprzeciwko fary. Nakreśliła na kartkach tabelę zgodnie z jego wymogami. Marka, model, pojemność, kolor, cena od–do oraz sporo miejsca na uwagi. Herman pamiętała ten notes, przeglądała go wiele razy, gdy sprawdzali, czy któryś z klientów Witberga mógł stać za porwaniem dziecka. Witberg był skrupulatny, notował w tym kajecie wszystkie uwagi kupujących, które zgłaszali w dniu odbioru samochodu, również tych niezadowolonych, a także szczegóły rozliczenia i ewentualne upusty od ustalonej ceny.

    Szło mu nieźle.

    Andrzej Witberg na handlu miesięcznie potrafił zarobić więcej niż w nadleśnictwie przez cały rok. A kiedy jego żona zaszła w ciążę, kupił dom na Irysowej. To ona zeznała, że w tamtym okresie mąż przywoził gotówkę — złotówki i marki niemieckie — upchaną w reklamówkach Marlboro. Wjeżdżał oplem asconą na teren działki i ukryty za krzakami wnosił kasę do korytarza. Część chował do sejfu, a część w specjalnie przygotowanych skrytkach. Nie trzymali pieniędzy w banku, a w każdym razie nie wszystkie, bo Witberg stale nimi obracał.

    Z zeznań Lucyny Witberg wynikało ponadto, że kobieta dobrze wspominała te czasy — chociaż inflacja galopowała, ceny rosły z tygodnia na tydzień, ona opływała w dostatki.

    Jednak Andrzej nagle się zmienił. Wciąż wracał późno do domu, często wpadał w gniew i szybko się irytował. Którejś nocy trząsł się i szczękał zębami. Wtedy po raz pierwszy powiedział jej o tym, że do komisu przyjechali ludzie Toboły.

    Alfred Tobołkowski, o którym w Grudziądzu krążyły legendy, miał prosty przepis na sukces. Zarabiał na tym, że wiedział, komu żyje się dobrze. Zatrudnił kilku mięśniaków i psuł krew restauratorom w centrum, a potem dobrał się do właścicieli komisów samochodowych, kantorów i stacji benzynowych. Trudnił się sutenerstwem, a jego żona podobno prowadziła burdel przy trasie na Dolną Grupę. Ludzie Toboły oferowali „ochronę” przed gangiem z Gdańska, który w dążeniu do osiągnięcia zysków nie przebierał w środkach.

    Ta „ochrona” Toboły oczywiście kosztowała i Andrzej nieopatrznie odrzucił propozycję. Wtedy mężczyźni się ukłonili i odjechali.

    Następnego dnia, krótko po szesnastej, kiedy plac ze lśniącymi w słońcu samochodami odwiedzały całe rodziny, pod bramą komisu zaparkowało czarne bmw. Wysiadło z niego trzech bandytów z kijami bejsbolowymi w rękach. Huk tłuczonych szyb i blach granatowego mercedesa, dopiero co ściągniętego z Niemiec dla prominentnego polityka z Bydgoszczy, sprawił, że Andrzej pobladł.

    Akcja trwała krótko, akurat tyle, żeby wszyscy klienci zdążyli w popłochu opuścić plac. Kiedy samochód został doszczętnie zdemolowany, jeden z bandytów obiecał Andrzejowi, że za tydzień wrócą do autokomisu z kanistrami benzyny. Przypomnieli mu, że znają adres jego domu. A także imię jego dziecka.

    Witbergowie zgłosili to na policję, ale obawiali się, że macki Toboły sięgają wszędzie, również — a może w szczególności — komendy. W tamtych latach policja rzadko podejmowała równorzędną walkę z gangami. Funkcjonariusze nie mieli odpowiednich narzędzi, byli przepracowani, słabo opłacani, a drobna przestępczość szalała.

    Dlatego Andrzej po rozmowie z żoną zrozumiał, że jeśli chce nadal żyć i zarabiać, musi Tobole odpalić część zarobku.

    Tylko że nie uratował w ten sposób syna.

    Okej, nie przepracowywałem się ostatnio, to fakt — przyznał Borewicz, przecierając twarz dłonią.

    Zjeżdżali właśnie z wiaduktu w pobliżu galerii handlowej z carrefourem, przy której po obszernym parkingu hulał wiatr.

    I nie powinienem podnosić głosu — dodał.

    Maria zrozumiała, że to ma jej wystarczyć za przeprosiny. Od chwili narodzin Amelii Borewicz chodził na rzęsach, z przemęczenia nieraz zasypiał w biurze nad papierami. W pracy się nie oszczędzał, w domu też czekały go obowiązki.

    Nie usprawiedliwiała go, ale przynajmniej starała się zrozumieć. Nie dosypiał, jadał byle co. W ciągu kilku ostatnich miesięcy sporo przybrał na wadze. Zrobił się drażliwy. Nie pamiętała go takiego.

    Znowu żona? — spytała, a kolega skinął głową. — O co poszło tym razem? Mała broi?

    Borewicz nadął policzki, po czym wypuścił powietrze.

    Na to wygląda — odezwał się, kiedy mijali castoramę.

    Skręcili w prawo i snuli się wzdłuż budynków zajmowanych przez hurtownie. Nieco dalej minęli halę sportową MKS-u Start.

    Ale wiesz, że jej też jest ciężko? — Herman wzięła stronę Kingi.

    Tylko na to czekałem, kurwa — jęknął. — Na tę waszą babską solidarność…

    Niedawno urodziła. Potrzebuje twojej pomocy i zainteresowania. Całe dnie jest w zasadzie sama z córką. To potrafi wykończyć — zapewniła, chociaż co ona mogła o tym wiedzieć? Nie miała rodziny, nigdy nie była w ciąży.

    No, jeśli chcesz mnie dalej wkurwiać, to brawo! Dobrze ci idzie — zezłościł się.

    Herman machnęła ręką i odwróciła twarz do bocznej szyby.

    Jej wzrok padł na wielki billboard ze zdjęciem Mateusza Borka, sprawozdawcy sportowego i gwiazdy mediów, reklamującego z uśmiechem zakłady bukmacherskie.

    Policjantka drgnęła i oblał ją zimny pot.

    Zacisnęła dłoń na plastikowym uchwycie przy drzwiach, przymknęła oczy.

    Pod powiekami zaczęły jej wirować liczby rozdzielone od siebie dwukropkiem. Dziesiątki, setki, tysiące wirujących zestawów liczb. Wyniki meczów sportowych.

    Ocknęła się, dopiero gdy Borewicz zatrzymał wóz i zgrzytnęła dźwignia hamulca ręcznego.

    Znajdowali się na parkingu Komendy Miejskiej Policji w Grudziądzu.

  • Skala trudności tłumaczenia „Pokory” na język śląski? W skali 1-10, to tak 7

    Pokora” to szumny rōman ô miyłości, wojnie i rewolucyji. Epickŏ gyszichta ô Berlinie i Ślōnsku, ô Niymcach i Polŏkach, ô społecznych i etnicznych podziałach. Ô pożōndaniu, władzy, usuchliwości i cynie, co sie jã płaci we walce ô godność.

    Brzmi znajomo, a może egzotycznie? „Pokora” Szczepana Twardocha ukaże się w języku śląskim już 27 lipca nakładem Wydawnictwa Literackiego. Za przekład odpowiada Grzegorz Kulik, z którym rozmawiam o historii jego rodziny, pracy nad tłumaczeniem „Pokory”, ale też o „Hobbicie” i „Kajś”, które jeszcze w tym roku będziecie mogli przeczytać po śląsku.

     

  • Śladami „Empuzjonu” Olgi Tokarczuk

    Ponad 500 przejechanych kilometrów, ale było warto. Sokołowsko to urokliwa miejscowość na Dolnym Śląsku, w której Olga Tokarczuk umieściła akcję „Empuzjonu”, pierwszej powieści po otrzymaniu literackiego Nobla. Jak wyglądają miejsca związane z książką? Jak prezentuje się Sokołowsko i czy widać już tam ślady „Empuzjonu”? Łapcie materiał z krótkiej wizyty, poczujcie klimat, może sięgnięcie po książkę?

  • Fragment monodramu „Byk” Szczepana Twardocha

    Pamiętasz, zanim nie dostałem się na prawo, to Pyjter zawsze wykablował, że spotykam się tam z jakąś dziouchōm. I jedyne o co pytałeś, to skōnd ôna je. I jo godoł: ze Glywic, a ty żeś pytoł: a ôjce ôd tyj dziouchy, to sōm stōnd, abo gorole?

    Może właśnie tak zrobiłeś ze mnie Ślązaka, ucząc mnie tej ksenofobii. I zażartości. I surowości. I gniewu płonącego do środka. Marek mi pomógł, bo też jest Ślązak. Polokowi by nie pomógł. Ja też nie. Jebać Polokōw.

    Może tylko w ten sposób da się być Ślązakiem, wypeł­niając się tą tchórzliwą nienawiścią do Polokōw. Poloki puloki, hehe…

    Ech.

    I po co mi to było, kurwa, całe życie udowadniania, że nie jestem małpą, że w ogóle jestem godzien miana człowieka, że nie jestem jakimś gnomem z kopalni, ładnie mówię po polsku… I potem, kurwa, to zdziwienie, jak im mówię, że nie jestem Polakiem.

    A oni już byli niemal gotowi przyznać, że jestem prawie tak dobrym Polakiem jak oni.

    A ja, że nie, nie, dzięki, w dupę se wsadźcie tę Polskę, sorry, ale, kurwa, mnie to wcale nie interesuje.

    A oni: Cooooooo? Jak tooooooo? Taki zdolny chłopiec, tak ładnie po polsku mówi i nie chce być Polakiem? Kto to widział? Kurwa.

    Hoho, ale żenada, Mamok znowu o Śląsku. Już to słyszę, kurwa. Nie ma innych tematów? Ale wy, kurwa, to możecie o tej waszej Polsce zasranej gadać cały czas.

    Robert Talarczyk, fot: smakksiazki.pl

    Taki ładny chłopiec, a tak brzydko mówi, powiedziała taka miła pani małemu Robercikowi, bo mały Robercik miał wyraźny akcent.

    A potem, kurwa, duży Robert niby bryluje, hoho, to tu, to tam, na bankietach, wygadany jak szcziga, na zewnątrz to wszystko pięknie wygląda, a w środku siedzi mu taki mały aktor, zbyt świadomy swojego ciała, cały czas nie wiem, kurwa, co zrobić z rękami, jak stanąć, co się odezwę, to mi się wydaje, że głupio, bez sensu, za głośno, w złym momencie, kurwa. Ech.

    Telefon odzywa się dźwiękiem przychodzącego e-maila. Robert podnosi, czyta, zadowolony. Pokazuje e-mail publiczności, potem czyta na głos.

    Szanowny panie, zgodnie z naszą rozmową telefoniczną na temat projektu, który pozwalam sobie roboczo nazwać Wyznaniami skandalisty, proponowałabym następujące warunki. Licencja na siedem lat, zaliczka trzysta tysięcy złotych netto, na poczet honorariów w wysokości czternastu procent od ceny detalicznej… Z poważaniem, Marianna Kuczyńska, Wydawnictwo Opera spółka z o.o.

    No i proszę, kurwa, nawet negocjować nie ma co, od razu widać, że wiedzą, z kim gadają, i nie próbują zaczynać od gównianych propozycji.

    No i, kurwa, co? Jestem nie do zajebania, mówiłem! Nie do zajebania, kurwa!

    Robert mówi niby do publiczności, ale nie zwraca się do nikogo konkretnie, tak jakby adresatem jego słów był ktoś wyimaginowany, kogo realnie tu nie ma.

    W końcu, kurwa, dwadzieścia lat pracy. Się, kurwa, wyrobiło jakąś pozycję. Pazurami wydarło. Drogę, kurwa, z Katowic do Warszawy mógłbym z zamkniętymi oczami przejechać, łącznie, kurwa, z tankowaniem na pierwszej stacji po zjeździe na S8, kartą, faktura, proszę NIP podać, i jeszcze hot dog z kabanosem. Zawsze, kurwa, tam, potem na S8 można pocisnąć, rzadko tam psy jeżdżą, niby jest ograniczenie do 120, ale tempomat na 180 i ciśniesz. A jak, kurwa,

    A1 otworzyli, to w dwie i pół godziny jestem.

    Jebana Warszawa. A czemu się pan nie przeprowadzi do Warszawy? Bo temu, kurwa. Bo temu. Bo w War­szawie ōpy nie było.

    Premiera „Byka” w formie książkowej 13 kwietnia nakładem Wydawnictwa Literackiego. 

     

     

  • Wszysko wy mie umarło, ōpa. Nic już wy mie niy ma. „Byk” wchodzi na scenę, w kwietniu do księgarń

    Robert Mamok to zmagający się z własną tożsamością pięćdziesięcioletni rozwodnik. Mężczyzna uwikłany jest w wizerunkowy skandal, z którego, jak się zdaje, nie ma dobrego wyjścia. Całości dopełnia rodzinna tajemnica i skomplikowane relacje z bliskimi wynikające z surowego śląskiego wychowania.

    Mamok wkracza na scenę i rozpoczyna intensywny monolog, słowo za słowem rozlicza się ze swoją przeszłością, z sobą i całym światem. Z siłą dzikiego zwierzęcia rzuca oskarżenia, zadaje pytania, chce odkryć, co się z nim dzieje. I kim jest.

    Yno tyś tak dō mie godoł, Roboczku, pamiyntosz? Nic niy pamiyntosz, nic już we tyj gowie niy mosz, nic. No i Roboczek pokazywał świadectwo, idiota. W liceum zaczęło się „taki zdolny, a taki leniwy”. Ale za świadectwo zawsze były pieniądze od ciebie. Ukradkiem, kiedy nikt nie widział. Yno ōmie niy godej. A potem przychodziła ōma Hilda, i też wciskała mi w dłoń banknoty. Yno ōpie niy godej, pra?”

    Premiera „Byka” już jutro w Teatrze Studio. Spektakl będzie też grany w najbliższym czasie w Teatrze Korez oraz Teatrze Łaźnia Nowa. Kamera Telewizji Wydawnictwa Literackiego zajrzała do próbę dla mediów, czego efektem jest poniższy materiał i rozmowa ze Szczepanem Twardochem i Robertem Talarczykiem.

  • Mercedes, który się psuje, niedziałający telefon i pieniądze na chałwę – rozmowa z Wojciechem Orlińskim o książce „Lem w PRL-u”

    Jakie filmy na podstawie książek Stanisława Lema mogły powstać, a jednak nie powstały? Do których tytułów miała zastrzeżenia cenzura? Jak Lem radził sobie ze zdobywaniem części do samochodów, a jak z wypłacaniem pieniędzy z konta? To tylko kilka pytań, na które znajdziecie odpowiedź w książce Wojciecha Orlińskiego „Lem w PRL-u, czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości”, która ukaże nakładem Wydawnictwa Literackiego (klik).

    Z autorem rozmawiałem w Centrum Nauki Kopernik, w którym działa Teatr Robotyczny, w którym możecie zobaczyć adaptację opowiadania Stanisława Lema „O Królewiczu Ferrycym i Królewnie Krystali” (klik).

    Rozmawiamy o zamożności Lema, motoryzacji, relacjach z wydawcami, źle działającej poczcie, a także o życiu w epoce PRL-u. Materiał powstał w ramach Telewizji Wydawnictwa Literackiego.