Tag: Wydawnictwo SQN

  • „Moja pierwsza lawina chciała dopaść mnie na Alasce”. Rafał Urbanelis o swojej książce „Poza trasą”.

    Miejsca tworzą ludzi, ludzie tworzą miejsca. Idealnie podsumowanie całej książki Rafała Urbanelisa. Każdy spotkany na jego trasie człowiek odciska w nim piętno, każdy tworzy wspomnienia, i każdy jest kolejnym krokiem na jego trasie przez świat. Jak przekraczać wewnętrzne bariery, czy można mieć podróżowanie wpisane w DNA, o tym rozmawiam z autorem książki „Poza trasą”. 

    Chyba nie potrafisz usiedzieć w domu, gdzie teraz jesteś i co robisz? 

    Odpowiadam teraz na Twoje pytania będąc w Iranie – wysoko w górach. Jest tu bardzo kiepski internet. Mam nadzieję, że uda mi się wysłać tekst odpowiedzi i przeprowadzić sensowną komunikację.  

    Ile dni w roku spędzasz poza domem?

    Na odpowiedź ma wpływ nie tylko życie prywatne ale i służbowe. Jestem konsultantem i praktycznie od 15 lat żyję na walizkach. Rocznie wsiadam do samolotu około 80 razy. Czasem sam sobie się dziwię, że po lataniu służbowo, mam ochotę wsiąść w samolot i z czterema przesiadkami lecieć na drugi koniec świata pojeździć na nartach. Może się po prostu przyzwyczaiłem? Może samolot to dla mnie już nie tylko środek transportu ale też miejsce gdzie potrafię się, nawet w najtańszych klasach podróży, zorganizować i poczuć w miarę komfortowo? A może to moje DNA, które ponoć w prostej linii pochodzi od lapońskiego plemienia Sami – nomadów prowadzących koczowniczy tryb życia? Kto wie…

    Jak się zaczęła Twoja fascynacja nartami? I to nie takimi, że jak normalny człowiek sobie zjeżdżasz spokojnie z górki, Ty musisz poza trasą, żeby trudniej, żeby bardziej męcząco, żeby ciekawiej…

    Każdy narciarz pozatrasowy, freerider zaczyna od jazdy po ubitych stokach. Jeździsz dużo, szybko, czujesz że osiągnąłeś już maksimum możliwości i masz parę dróg do wyboru: albo zaczynasz jeździć na tyczkach i rozwijasz się w kierunku zawodnika, albo wybierasz snow-park i fikasz koziołki, albo idziesz w góry poza trasę, albo zaczynasz jeździć na desce. Ja spróbowałem trochę koziołków – sprawa zakończyła się poważnym wypadkiem i złamaną ręką, spróbowałem też na krótko deski – ale to nie było to, i w końcu wygrała miłość do gór, do przyrody, do dziczy. Najpierw jakieś boczki, jakiś lasek, trochę pod wyciągiem. Potem coraz dalej i dalej od ubitych stoków, od tłumów. Zaczynasz na poważnie przygodę ze ski-touringiem, próbujesz heliski, szukasz coraz bardziej idealnych warunków i prawdziwego puchu, zaczyna cię to wciągać. Zgłębiasz tematy lawin i bezpieczeństwa. Do tego wszystkiego dochodzą pasjonujące podróże w bardzo egzotyczne i słabo zaludnione miejsca. I nim się obejrzysz okazuje się, że bez freeride ciężko ci sobie wyobrazić sezon narciarski. Tak to się zaczęło u mnie.

    To jest sport dla każdego, czy raczej dla tak pozytywnie zakręconych świrów jak Ty?

    Każdy narciarz, który bardzo dobrze radzi dobie na trasach w każdych warunkach może pomyśleć o tym, by zjechać poza trasę.

    www.unsplash.com/Tobias Christopher

    Oglądając filmiki na Youtubie wygląda to bardzo efektownie. To jest niebezpieczna i kontuzjogenna zabawa?

    Niebepieczeństwa i kontuzje się zdarzają – jak w wielu dyscyplinach sportu. Moja pierwsza lawina chciała dopaść mnie na Alasce. Przy którymś kolejnym zjeździe śnieg nagle zaczął mnie wyprzedzać i zrobiło się nieciekawie. Na szczęście udało mi się ustać, nabrać szybko prędkości i zanim lawina się rozpędziła – wyjechać z boku. Przestraszyłem się mocno. Po czymś takim dużo bardziej zaczynasz uważać. Oczywiście są też niebezpieczeństwa zależne od lokalizacji geograficznej w której jeździsz: na przykład Spitsbergen to jedyne miejsce na świecie, gdzie zjeżdżałem z karabinem strzelca wyborowego na plecach – na wypadek spotkania niedźwiedzia polarnego. W zupełnie odludnych miejscach są też niebezpieczeństwa związane z zabłądzeniem a w konsekwencji na przykład z hipotermią. Na szczęście nic podobnego mi się nie zdarzyło – niemal zawsze jeżdżę z mapą. Miałem jedną niezbyt ciekawą przygodę ze skuterem śnieżnym na wspomnianym Spitsbergenie, który zakopał się po ramę w kopnym śniegu na bardzo stromym stoku. Nie mieliśmy wtedy sprzętu alpinistycznego, nie było żadnego pogotowia ani pomocy po którą można było się zwrócić. Musieliśmy go wykopać sami. Reasumując, i odpowiadając na twoje pytanie, myślę sobie jednak, że wyznacznikiem klasy narciarza powinno być nie to jak wiele niebezpieczeństw spotkał, ale raczej jak długo bezpiecznie jeździ poza trasą.

     Twoja książka „Poza trasą” jest przede wszystkim o spotkaniach z ludźmi. Które najbardziej zapadło Ci w pamięci, o którym będziesz opowiadał wnukom?

    Każde zapadło w pamięć i każde było na swój sposób szczególne – stąd pewnie książka. Zapewne jednak Javier, od którego książka się zaczyna, zasługuje na wskazanie, bo to od niego zaczęły się moje książkowe plany. To o nim napisałem relację ze spotkania na blogu. I ta relacja bardzo spodobała się moim znajomym i czytelnikom. Pewnie dlatego napisałem kolejne historie. A po nich pojawiły sie plany wydawnicze. Pomysł, by narciarską książkę podróżniczą skoncentrować wkoło poznanych na całym świecie ludzi na początku niezbyt podobał się wydawcom. Na szczęście udało mi się znaleźć tego odpowiedniego. 

    Zawiodłeś się kiedyś na poznanych w trasie, a może lepiej, poza trasą ludziach?

    Oczywiście – rozczarowania się zdarzają. Ale póki nie są to znani dobrze ludzie, z którymi się zżyłeś – to nie jest coś co bardzo w ciebie uderza. Chyba dużo większy zawód, czy może dwa – spotkały mnie na przestrzeni ostatnich lat w pracy. Są ludzie, których znasz lata – wydaje się że dobrze, którym zaufałeś, których zapraszałeś wiele razy do domu na kolację, a którzy na końcu podkładają ci świnię i obrabiają tyłek za plecami. To jest dopiero coś z czym trudno ci się pogodzić. I przy tym fakt, że kirgiski taksówkarz oszuka cię na 10 dolców nie ma tak naprawdę wielkiego znaczenia. 

    Na koniec powiedz mi, jak zacząć? Załóżmy, że chciałbym spróbować, jakie cechy powinienem mieć, jaki budżet, ile wolnego czasu? 

    Przede wszystkim zaczynałbym z kimś, kto umie to robić. Dziś na rynku są firmy, które pomagają stawiać narciarzom pierwsze kroki poza trasami. Należy jednak bardzo pamiętać, aby była to firma, która zatrudnia przewodników z certyfikatami IVBV. Jak ognia należy unikać wszelkich firm które rzekomo gwarantują adrenalinę, przygodę i dobrą zabawę, ale organizują wyjazdy na zasadzie tzw. „wyjazdów partnerskich”, albo zatrudniają rzekomo doświadczonych ludzi (często używają podstępnie słowa „lider” zamiast „przewodnik”) bez certyfikatów. „Wyjazdy partnerskie” czy „lider wyprawy” to zwroty okupiony krwią i dotyczy nie tylko nart – ale również szerzej: gór w ogóle. Nie powinny nas kusić nawet znane nazwiska: w ciągu ostatnich lat kojarzę przynajmniej dwa wypadki śmiertelne, kiedy w góry prowadzili ludzie z pierwszych stron gazet związani z polskim alpinizmem, a jednak bez odpowiednich certyfikatów i uprawnień. Ci ludzie wciąż funkcjonują w środowisku i wciąż organizują „adrenalinowe wyprawy”. 

  • Fani „Wiedźmina”, szykujcie miejsce na półkach!

    Wszystko na to wskazuje, chociaż nie, to już pewne, że trzeba będzie wyłączyć konsole i wziąć się za czytanie. Współscenarzysta gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”, a także dodatku „Krew i wino”, czyli Tomasz Marchewka, pisze, a właściwie już napisał książkę. 

    „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” to historia młodego szulera, przez co spora część fabuły dotyczy hazardu, kuszenia losu i, co najważniejsze, karcianych numerów. Motyw kart nie jest jedynie dekoracją. Czytelnik ma możliwość podejrzenia od kuchni, w jaki sposób dokonuje się oszustw w grach hazardowych. W książce przedstawione zostały manipulacje przy tasowaniu, sztuka blefu, skomplikowane sposoby znaczenia kart i wiele innych. Jest to efekt wieloletniego researchu, a wszystkie „numery” oparte są na prawdziwych przekrętach, które po odpowiednim treningu można powtórzyć chociażby przy pokerze.

    Estetycznie jest to opowieść utrzymana w łotrzykowsko-gangsterskim klimacie. To z kolei owoc fascynacji autora „Wielkim Szu”, gangsterami czasów prohibicji i 20-lecia międzywojennego, „Ojcem Chrzestnym” i filmami Martina Scorsese. To wszystko będzie zabarwione lekko historycznym, steampunkowym sznytem. Akcja rozgrywa się się w świecie przypominającym przełom XIX i XX wieku, lecz zamiast rewolucji maszynowej, świat ogarnęła rewolucja alchemiczna. Wyścig rozgrywa się więc nie o to kto więcej zbuduje, ale o to kto szybciej odkryje zastosowania pierwiastków.

    Premiera książki już w maju, ale prapremiera na Pyrkonie, czyli w kwietniu. 

     

  • Tylko na smakksiazki.pl: Powstaje serial internetowy na podstawie scenariusza Kuby Ćwieka. [wideo].

    Wyobrażacie sobie połączenie”Zabójczej broni” i „Kłamcy”? Już wkrótce zobaczycie efekt tej mieszanki wybuchowej, bo autor tego drugiego tytułu napisał scenariusz serialu internetowego.  „Stróże”, bo taki będzie miał tytuł,  będą wrzucani do sieci raz w tygodniu, odcinki będą miały… albo nie, oddaję głos Kubie, który najlepiej opowie Wam o serialu. 

  • „Żeby napisać tę książkę, uczyłam się o londyńskich herbaciarniach i kursach pielęgniarskich”. Anna Lange opowiada o swoim debiucie literackim.

    Co sprawia, że naukowiec decyduje się napisać książkę o czarach, nekromancji i magii? Dlaczego pisze pod pseudonimem i jak to jest słyszeć o swoim debiucie „Harry Potter dla dorosłych”? O tym rozmawiamy z Anną Langę, która wyważyła drzwi polskiego rynku wydawniczego książką „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu”.

    clovis-la-fay-1500px-3dZnane są przypadki, że pracownicy naukowi, wykładowcy, nagle dostają olśnienia i zostają pisarzami najpierw na pół etatu, a później często przechodzą na zawodowstwo. Jak to jest w Pani przypadku, od dawno w głowie siedziała historia, która czytelnicy mogą przeczytać w Pani debiucie literackim?

    Historia rozumiana jako fabuła siedziała mi w głowie dosyć krótko. Pierwsi pojawili się bohaterowie i świat. Zaczęłam pisać pierwszy rozdział, później drugi, sama nie będąc jeszcze całkiem pewna, jak się to wszystko dalej rozwinie. Natomiast zamiar napisania jakiejś powieści fantastycznej miałam od bardzo dawna – pierwsze próby czyniłam w wieku chyba czternastu lat.

    Skąd fascynacja magią, czarami, nekromancją?

    Interesuję się literaturą fantasy od kiedy jako jedenastolatka przeczytałam „Władcę Pierścieni”, a magia w tej czy innej postaci na ogół w fantasy występuje. Zawsze też mi się wydawało, że magowie powinni mieć sporo wspólnego z naukowcami, a na tych ostatnich się znam (sam Clovis LaFay trochę wziął swojej osobowości od kilku młodych teoretyków, z którymi pracowałam). A sama koncepcja nekromancji jako magii z jednej strony szalenie użytecznej w medycynie, z drugiej traktowanej jako zakazane czarnoksięstwo wzięła się po części ze starego systemu Dungeons and Dragons. Kiedy zobaczyłam w poradniku, że leczące czary kapłańskie w Baldur’s Gate należą formalnie do tej samej szkoły magicznej, której przedstawicielem jest chaotyczny zły mag Xzar, stwierdzilam, że coś takiego ma niesamowity potencjał fabularny.

    Jak przebiegały przygotowania do napisania tej książki?

    Sporo czytałam o Anglii czasów średniowiktoriańskich. O powstaniu i organizacji Scotland Yardu (jeszcze tak nienazwanego), śledztwach, pochodzeniu detektywów, o dzielnicach Londynu, modzie, imigrantach irlandzkich, kursach pielęgniarskich, służbie, pierwszych herbaciarniach, kodeksie karnym…

    Londyn jest Pani ulubionym miastem, czy wybór scenerii do powieści jest uzasadniony inaczej?

    Lubię to miasto, ale w gruncie rzeczy mój wybór padł na Londyn z powodu Scotland Yardu. Mógłby być Paryż (Francja też miała wydziały detektywistyczne, nawet wcześniej), ale o Londynie po prostu więcej wiem.

    Książka została ciepło przyjęta przez czytelników, pojawiły się nawet takie sformułowania: „to Harry Potter dla dorosłych”. Co Pani na to?

    Ogromnie się cieszę, że książka się spodobała. Porównania do „Harry’ego Pottera” są pewnie nieuniknione w przypadku każdej powieści, w której jest magia i Anglia – jako „Harry’ego Pottera dla dorosłych” reklamowano też „Jonathana Strange’a i pana Norrella” Susanny Clarke, który ma jeszcze mniej wspólnego z książkami Rowling niż „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu”. U mnie przynajmniej pojawia się w retrospekcjach magiczna szkoła, choć Edgerton ma więcej wspólnego z Coll ze „Stalky’ego i Ska” Kiplinga niż z Hogwartem. Nie mogę jednak powiedzieć, by „Harry Potter” w ogóle nie miał wpływu na mnie – pomysł na społeczeństwo w mojej książce, gdzie magowie funkcjonują jawnie i zajmują najwyższe pozycje towarzyskie wziął się po części z tego, że to ukrywanie się przed mugolami u Rowling wydawało mi się zupełnie niemożliwe socjologicznie. Sądzę też, że dorosłemu (czy prawie dorosłemu) miłośnikowi „Harry’ego Pottera” „Clovis LaFay” powinien przypaść do gustu.

    Dlaczego zdecydowała się Pani na użycie pseudonimu? I dlaczego właśnie takiego?

    Nie chcialam używać nazwiska, pod którym publikuję naukowo, wzięłam zatem przykład z Marka Huberatha i zdecydowałam się użyć pseudonimu. „Anna Lange” nie ma żadnego specjalnego znaczenia, po prostu brzmiała mi dobrze.

    Co teraz? Pierwsza książka okazała się sukcesem. Na jak długo zostawi Pani czytelników bez nowych przygód Clovisa LaFaya?

    Konkretnych terminów nie mogę podać, ale za kilka miesięcy powinno się w ten czy inny sposób ukazać opowiadanie-prequel. Pracuję też nad drugą powieścią.

    Fot: Jethro Stebbings/unsplash.com

  • „Ciągle lecę ku słońcu, ale wszyscy znamy los Ikara”. Rozmówka z Łukaszem Orbitowskim [wideo].

    O nominacji do Nagrody NIKE, o najnowszej książce, o pisaniu, o telewizji. Praktycznie o wszystkim. Zapraszam do obejrzenia rozmowy z Łukaszem Orbitowskim. 

  • „Były sytuacje, w których milczeliśmy”. Marek Bobakowski opowiada o kulisach pisania biografii Andrzeja Niemczyka.

    niemczyk-front_1000px

    Czy sportowcy czytają książki? Z którym prezesem rozmawiał przez telefon przez 13 sekund, a potem napisał o nim książkę? Jak bardzo musiał cenzurować „Życiowy tie-break”? O tym wszystkim opowiada Marek Bobakowski, dziennikarz, a także autor i współautor książek sportowych.

    Marku, przebywanie w towarzystwie sportowców to Twoja praca. Jak jest z poziomem czytelnictwa w tej grupie zawodowej, czytają chętnie?

    Ktoś się może obrazić, albo poczuć urażonym, dlatego nazwisk nie będę wymieniał. Generalnie, musimy podzielić sportowców na dwie grupy: piłkarzy i resztę sportowców. Piłkarze nie czytają, grają na Play Station. Choć podkreślę jeszcze raz – w tym momencie mocno generalizuję. Najwięcej czytają zawodnicy, którzy uprawiają sporty indywidualne. Oni spędzają większość czasu na obozach, w miejscach oddalonych od cywilizacji i tak naprawdę wieczorami nie mają co robić. Na przykład w takiej Spale. Byłeś tam kiedyś?

    Byłem.

    To wiesz, że tam przecież nie ma nic. To znaczy jest… las. Można więc iść na spacer, pobiegać, albo posiedzieć w pokoju posłuchać muzyki i poczytać książkę.

    Ludzie ze środowiska siatkarskiego znaleźli czas na przeczytanie książki, którą napisałeś z trenerem Andrzejem Niemczykiem? Jakie były reakcje?

    Spotkałem się tylko z pozytywnymi opiniami, zarówno bezpośrednimi, jak i pośrednimi. Dla tej grupy czytelników część opisanych historii była znana. Spotkałem się też z opiniami początkujących trenerów (nie tylko siatkarskich), którzy po przeczytaniu książki bardzo chcieli się spotkać z Andrzejem Niemczykiem. Zafascynowała ich część mentalna, na którą dość mocno postawiliśmy w tej książce.

    Trener Niemczyk był łatwym rozmówcą przy pisaniu tej książki?

    Trudne pytanie. Generalnie tak, natomiast były sytuacje, gdzie milczeliśmy, i to dosyć długo. Chociażby sprawa opowieści o Agacie Mróz. Było widać, że trener naprawdę przeżył to, co się stało z Agatą. Dość pechowo wyszło, bo my rozmawialiśmy i na żywo, i przez telefon. Akurat opowieść o Agacie przypadła na rozmowę telefoniczną. Wtedy było, żeby nie skłamać, pół godziny ciszy w słuchawce. Przeraźliwej ciszy.

    Trener postawił jasne granice, że o tym i o tym nie piszemy absolutnie, czy miałeś pełną dowolność?

    Była tylko jedna granica. Nie piszemy o rzeczach, które mogą dotknąć i skrzywdzić innych ludzi. Jeśli trener chciał napisać o swojej młodzieńczej miłości z panią Wyspiańską, to wcześniej do niej zadzwonił i porozmawiali o tym. Co ciekawe, odnowili nawet dzięki temu kontakt, spotkali się po raz pierwszy po kilkudziesięciu latach przerwy.

    Gdy prowadziłem z wami spotkanie w Empiku w Katowicach, a było to kilka miesięcy temu, pytałem cię, czy po tej książce ktoś się odezwał, ktoś chce z tobą coś napisać. Odpowiedziałeś dość wymijająco. Teraz możesz powiedzieć o konkretach?

    Mam „rozgrzebane” dwa tematy: piłkarski i siatkarski. Ten drugi jest mi dużo bliższy, ale zdaję sobie sprawę, że mniej atrakcyjny dla wydawcy. Znam dobrze bohatera książki, wiem, czego się po nim spodziewać, jestem przekonany, że to byłaby naprawdę dobra książka, ale trzyma nas pewna kwestia „techniczna”, o której nie mogę mówić. Wyprzedzam pytanie: nie chodzi o finanse. Sprawa wygląda tak, że czekamy obaj na rozwiązanie tej sytuacji. Decyzja zapadła, chcemy napisać tę książkę, ale kiedy to się stanie, tego nie wiem. To może być kilka miesięcy, rok, dwa, pięć. Trudno teraz wyrokować. Jeśli chodzi o temat piłkarski, to tutaj jest potrzebna moja decyzja i możemy pisać. Cały czas studiuję ten temat, czytam wywiady, artykuły, rozmawiam niezobowiązująco z ludźmi. Jest już nawet wydawnictwo, które by to wydało, ale ciągle się waham. Mogę zdradzić jedynie, że mówimy o biografii polskiego trenera. Chodzi mi po głowie jeszcze jedna rzecz. Chciałbym napisać dobrą książkę o sporcie, ale z fabułą. Mam pewien oryginalny pomysł. Takiej książki w Polsce jeszcze nie było. Przy moim natężeniu pracy zawodowej potrzebowałbym jednak trzy, może nawet więcej, lata spokoju. Nie mogę sobie pozwolić, aby presja czasu zepsuła efekt końcowy. To zbyt ważny dla mnie projekt. Być może najważniejszy w życiu.

    Biografia Andrzeja Niemczyka nie jest twoją pierwszą książką. Gdybyś miał porównać, łatwiej było pisać o Grzegorzu Lacie?

    Powiem tak: z Grzegorzem Lato rozmawiałem przez 13 sekund. Albo coś koło tego. Zadzwoniłem do niego, przedstawiłem się, powiedziałem, że chciałbym porozmawiać, bo piszę książkę, a z drugiej strony padło: nie, nie, nie, dziękuję i trzask odkładanej słuchawki. Ja nawet nie wiem, czy mój rozmówca do końca zrozumiał, o co mi chodziło. Może pomyślał, że chodzi o kolejny wywiad. Po tej próbie już nie dzwoniłem. Skoro mnie tak potraktował, to przecież nie będę na kolanach błagał o chwilę rozmowy. To nie w moim stylu. Technicznie trudniej było pisać książkę o Lacie. Na całe szczęście jestem z tego pokolenia dziennikarzy, którzy pamiętają czasy, gdy internet dopiero raczkował. Potrafię więc sobie poradzić w sytuacji, gdy czegoś nie da się znaleźć w sieci. A o karierze piłkarskiej byłego prezesa PZPN w internecie jest niewiele. Z Niemczykiem było o tyle łatwiej, że miałem go przy sobie i mogłem o wiele rzeczy dopytać.

    Gdybyś złowił dwie złote rybki, to o kim chciałbyś napisać książki? Jeden bohater polski, drugi zagraniczny.

    Pewnie większość Czytelników będzie zdziwiona, że nie wymienię Roberta Lewandowskiego, Kamila Stocha czy Justyny Kowalczyk (choć akurat nasza mistrzyni olimpijska to byłby bardzo interesujący partner do napisania książki, ma charakter, a ja lubię niepokornych sportowców). Z drugiej strony ci, którzy mnie znają bliżej, wiedzą, że jest dyscyplina, którą stawiam ponad wszystkie inne. To kolarstwo. Jak mówił Marco Pantani: „kolarstwo to jedna z najtrudniejszych dyscyplin. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Widzę Twój uśmiech, chcesz mnie zapewne zapytać, czy chcę pisać książkę z Czesławem Langiem, czy Ryszardem Szurkowskim…

    Czytasz w moich myślach.

    No właśnie. Szanuję i podziwiam obu byłych kolarzy, są fantastycznymi rozmówcami, przegadałem z nimi wiele godzin. Jednak chciałbym napisać książkę z kimś z obecnego pokolenia. Głównie po to, aby poznać podejście do kolarstwa aktualnych zawodników. Chodzi zarówno o stronę mentalną, jak i sprawy technologiczne, ale także i aktywność w portalach społecznościowych. Krótko mówiąc marzę o książce z kolarzem XXI wieku, takim pełną gębą. Te warunki idealnie spełnia Michał Kwiatkowski, mistrz świata z 2014 roku.

    Sportowiec zagraniczny?

    Tutaj nie będę oryginalny. Wiem, że to nierealne, ale chciałbym napisać autobiografię Michaela Jordana. Można powiedzieć, że w jakiejś części dzięki niemu jestem w miejscu, w którym jestem. To dla niego w czasach licealnych zarywałem noce, aby śledzić finały NBA. Wtedy na poważnie zainteresowałem się sportem, zacząłem pisać amatorsko, przeszła mi przez głowę myśl: a może tak zostaniesz dziennikarzem sportowym?

    Ten temat zostawiłem celowo na sam koniec. Znów pogorszył się stan zdrowia trenera Niemczyka, macie ze sobą kontakt? Jak czuje się trener, jakie ma podejście do najprawdopodobniej nawrotu nowotworu?

    Przyznam, że teraz ciężko nam się rozmawia, bo trener bardzo szybko się męczy. Umysłowo i mentalnie jest cały czas na najwyższym poziomie, ale 10-minutowa rozmowa telefoniczna to dla niego ogromny wysiłek fizyczny. Rozmawiamy ze sobą dość często, głównie telefonicznie. Miesiąc temu mieliśmy OIOM i walkę o życie, teraz mamy postawioną diagnozę i już wprowadzone leczenie. To o wiele lepsza i korzystniejsza sytuacja. Trener do swojej choroby podchodzi spokojnie. Wiadomo, że nie jest wulkanem energii, nie jest szczęśliwy i radosny z tego powodu, że znów musi zmagać się z rakiem. Ale co najważniejsze, jest pozytywnie nastawiony, ma obok swoich przyjaciół, którzy go odwiedzają w szpitalu.

  • Morgi może wskoczyć na Waszą półkę!

    moja walka o kazdy metr1500px 3dJeśli macie ochotę zdobyć jeszcze ciepłą książkę Thomasa Morgensterna, to nie mogliście lepiej trafić. Książkę ufundowało Wydawnictwo SQN. Co musicie zrobić? 

    Sprawa jest prosta. Trzeba polubić profil smakksiazki.pl, możecie wejść na niego TUTAJ. Kolejna rzecz: udostępnijcie post o konkursie, napiszcie dlaczego do Was powinna trafić książka, zbierzcie najwięcej lajków pod swoim komentarzem i już. Morgi wyląduje u Was. Konkurs trwa do soboty (23/1), do godziny 12:00.

     

     

     

  • Nadchodzi książka dla prawdziwych twardzieli. Spowiedź Thomasa Morgensterna już wkrótce w księgarniach!

    thomas_okladka_front_DRUK

    Kiedy obudził się w szpitalu, nic nie pamiętał. Czuł tylko przeszywający ból i paraliżujące pieczenie twarzy. Kilka godzin wcześniej w Kulm przeżył dramatyczny upadek, po którym cały narciarski świat na moment wstrzymał oddech. Mimo że do igrzysk w Soczi pozostał niespełna miesiąc, zdecydował, że musi tam wystartować. Rehabilitacja, powrót do formy, ale przede wszystkim walka ze strachem. Z poczuciem, że może już nigdy nie zobaczyć swojej córeczki Lilly…

    W tej książce Thomas Morgenstern przypomina swoje zwycięskie skoki, opowiada o rywalizacji z Gregorem Schlierenzauerem, tłumaczy, dlaczego nienawidzi skoczni w Planicy, i wyjaśnia, czemu postanowił rozstać się z Kristiną.

    Po raz pierwszy zdradza też, co naprawdę czuje skoczek narciarski. Jakie myśli towarzyszą mu, gdy z ogromną siłą uderza o twardy zeskok. I co dzieje się w jego głowie, gdy po kolejnych upadkach ponownie siada na belce.

    Premiera książki już 13 stycznia, a cena, 35 złotych, bez 10 groszy. Wszystko wskazuje na to, że skoczek przyjedzie na promocję swojej tytułu do Polski. Spotkania autorskie z Morgensternem mają się odbyć w Warszawie, Krakowie i Zakopanem. „Moją walkę o każdy metr” można kupić tutaj.

    źródło: Wydawnictwo SQN/własne

    foto: DeathoStock/Wydawnictwo SQN