Tag: Wydawnictwo SQN

  • „Szmata” jest w każdym z nas?

    Historia umiejscowiona w piłkarskiej szatni, ale nie oszukujmy się – wybory, przed którymi stoją bohaterowie „Szmaty” stoją przed każdym z nas. Czy sprawiedliwy gest wykonany w przeszłości może wrócić pod postacią napiętnowania? Owszem, może. Czy są pytania, na które w życiu bardzo trudno znaleźć odpowiedź i wybrać najlepszą drogę? Jak wiemy, były, są, będą. Co musi się stać, żeby z postaci niemal pomnikowej zrobić szmatę? Cześć osób zwraca uwagę na tę książkę, bo napisał ją były piłkarz, jednak powinniście ją przeczytać, bo to naprawdę dobrze napisana powieść. Nie ma znaczenia, czy byliście kiedyś w piłkarskiej szatni, a nawet na meczu. „Szmatę” ma w sobie każdy z nas, ale najważniejsze jest to, żeby nikt nie dał nam pretekstu do wyciągnięcia jej na światło dzienne. Przenieście się z Tomaszem Łapińskim w świat piłki nożnej, pokus, sprzedajnych kolegów z drużyny i powędrujcie z nim w głąb. Również siebie. 

     

  • „Rolę mordercy napisałem na jednym wydechu. Trochę mnie to martwi”

    Z Jakubem Małeckim rozmawiam przede wszystkim o jego najnowszej książce, chociaż lepszym określeniem jest serial audio. „Nowe życie” to 10 odcinków, który możecie odsłuchać na storytel.pl. Fabuła? Bardzo proszę.

    Pierwsze doniesienia o zaginięciach młodych kobiet Adam traktuje jako sensacyjną ciekawostkę. Do czasu, gdy jego dochodzący do siebie po przeszczepie ojciec nie zaczyna znikać na całe noce, by wracać nad radem, uwalany błotem, z rozdartym ubraniem. Młody mężczyzna z rosnącym przerażeniem składa w całość kolejne poszlaki i zaczyna zastanawiać się, czy żądzę mordu psychopaci mają we krwi, a jeżeli tak, to czy szaleństwo można komuś… przekazać. Serial audio „Nowe życie” to spojrzenie na świat oczami psychopaty, a także opowieść o synu, który może tylko bezsilnie przyglądać się, jak jego ojciec ulega przerażającej przemianie.

    Rozmawiamy o przeszczepach, podwożeniu ludzi samochodem, katach i ofiarach, ale także o jesiennej książce Kuby, czyli „Nikt nie idzie”.

  • „Mam swojego anioła stróża”

    Macie swojego anioła stróża? Część z Was się pewnie teraz uśmiechnie pod nosem. Jak to, anioła stróża? Ano, tak to. Z Jakubem Ćwiekiem spotkałem się na moście, a raczej mostku, bo właśnie tam, kilkanaście lat temu, Kuba spotkał faceta, który mógł być jego aniołem stróżem. Zobaczcie zresztą sami, bo okoliczności przyrody są wyjątkowe, a opowieść Kuby jest wyjątkowa jeszcze bardziej.

    Nie bierzcie autora „Stróżów” za wariata, bo opowiedziana przez niego historia naprawdę w Głuchołazach się wydarzyła. Spotkanie na moście było przyczynkiem do rozmowy o najnowszej książce Jakuba Ćwieka. Porozmawialiśmy o świecie Kłamcy, a także o tym, co Kuba planuje dalej w tym zagmatwanym, literackim świecie. 

  • „Też miałem złamany nos i piłeczkę antystresową”.

    Jak zobaczycie w pierwszych sekundach, łatwo nie było. Dwa płoty do przeskoczenia, wyciąganie krzesła z piwnicy, ale to nie wszystko. Były też straty w sprzęcie, czyli tak rozdarte spodnie, że po nagraniu natychmiast wylądowały w śmietniku. Na szczęście, kamera tej sceny hańby nie uchwyciła. Z Jakubem Małeckim spotkaliśmy się w ruinach przy ul. Chmielnej 128 w Warszawie. Dlaczego tam? Dowiecie się z rozmowy, ale jest to związane z książką.

    Dżozef” wraca po siedmiu latach. Odświeżony, skrócony, podrasowany, odpicowany. Kuba mówi, że gdy spojrzał na pierwotną wersję tej książki po latach, to czuł się, jakby oglądał kasetę VHS ze swojej studniówki. Delikatnie rzecz ujmując, dumny nie był. Weźcie jednak pod uwagę, że autor jest człowiekiem skromnym, momentami aż za skromnym. Przeczytajcie sobie „Dżozefa”, bo to bardzo fajna opowieść nie tylko o łamaniu nosów i wrzucaniu dwuzłotówek to szpitalnego telewizora. To historia o szukaniu własnej tożsamości. Aha, uważajcie w szpiatalach na pacjentów czytających książki Josepha Conrada, mogą być niebezpieczni 😉

     

     

  • Łukasz Orbitowski: „napiszę książkę o objawieniach maryjnych”

    Jest na świecie kilka rzeczy, które są bardzo prawdopodobne. Szczepan Twardoch będzie się kłócił na portalach społecznościowych z Andrzejem Saramonowiczem, Remigiusz Mróz wyda pięć książek w ciągu roku, a Łukasz Orbitowski pójdzie na siłownię. No, może i pójdzie, ale w tak zwanym międzyczasie napisze książkę o objawieniach maryjnych. Szok i niedowierzanie. Najnowsza powieść laureata Paszportu Polityki ukaże się w 2019 roku, a roboczym tytułem jest „Kult”. Rozmawiamy też o pisaniu książki w notesie oraz o próbie dorównania Józefowi Korzeniowskiemu. W trakcie rozmowy Łukasz delikatnie zdewastuje swój komputer i opowie o pracy na budowie. Generalnie rzecz ujmując, rozmowa odbyła się w miłej atmosferze, a ja do teraz nie mogę uwierzyć, że Orbitowski napisze taką książkę.

  • „Wszyscy obrastamy pnączami”, rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    O głównym bohaterze najnowszej książki „Exodus”, mieszkaniu w hotelach, siłowni, delikatności kobiet i facetów i tytułowym obrastaniu pnączami. O tym wszystkim Sylwia Chutnik Rozmawia z Łukaszem Orbitowskim.

    Główny bohater powieści „Exodus” cały czas ucieka: od siebie, od problemów, wreszcie z kraju. Myślałam, że lubisz twardych i odważnych bohaterów, a ten jest raczej w defensywie?

    Janek wziął się z obserwacji. Na pozór jest męskim typem, ale kojarzył mi się głownie z tymi czterdziestolatkami, którzy mieszkają z mamą, żeby mieć ciepły obiad pod nosem. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, jakim ja jestem typem faceta, dlatego też pomyślałem, że może na zasadzie kontrastu opiszę kogoś zupełnie innego.

    Zastanawiam się czy Janek w ogóle się zatrzymuje, ma autorefleksję. Jest przecież w nieustannym znoju. Dlaczego ty się tak nad nim znęcasz?

    To życie się nad nim znęca. On jest przede wszystkim maltretowany psychicznie. Sam się męczę, kiedy biegam po Warszawie. Męczę się na siłowni, a moi rówieśnicy i nawet o dwadzieścia lat młodsi, znają prawdziwy opór, katorgę, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa. Współcześnie obserwować można jakieś celebrowanie przykrości: że się zadrapałem i musiałem przykleić plasterek. Ze jestem głodny i muszę zjeść. Delikatność kobiet jest uzasadniona kulturowo. A ta delikatność u facetów raczej nie. Robią sobie maseczki, manicure. Chciałem, żeby Janek przypomniał sobie swoje ciało i to, czym jest prawdziwy ból i problem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Rozbierasz go jak cebulę. Ze strony na stronę ma coraz mniej: siły, pieniędzy, rzeczy. Chciałeś doprowadzić do momentu, kiedy będzie po prostu sam? Kiedy nie będzie miał niczego, oprócz swoich myśli?

    Oczywiście tak. Nie napisałem przecież traktatu przeciw posiadaniu, tylko chciałem wytrącić te okienka, które mamy w życiu. My mamy taką strukturę okien wokół siebie. Sam mam u siebie trzy okna: telewizor, komputer, telefon komórkowy. Ale to nie jest powieść o rzeczach. Chciałem mu tą całą elektronikę wyrwać z ręki. Powytrącać przedmioty. Wrócić do stanu sprzed ponowoczesności. Kiedy boli cię brzuch, bo nie masz co jeść. Kiedy spodnie są brudne, jest ci zimno.

    Na okładce jest serce, ale wcale nie czerwone, tylko niebieskie. Są też żyły. Czy to jest tak, że chciałeś tego bohatera oderwać od jego własnego ciała i zostawić w nim sam trzon, jądro? A jeśli tak, to po co?

    To jest tak piękna interpretacja, że ją sobie wezmę.

    Bierz w prezencie.

    Projekt okładki jest autorstwa Zbyszka Bielaka. Nie zawsze jest tak, że artysta niesie w sobie rzeczy subtelne. Żyły na rysunku układają się w rzeki. To sugeruje miejsca, które on odwiedza.

    Ustaliliśmy, że bohater jest w nieustannym znoju, a ty odzierasz go z kolejnych rzeczy, ale dlaczego każesz mu wciąż się przemieszczać i przewalać po tym świecie. Przecież wszyscy wiemy, że od własnego łba i dupy się nie ucieknie.

    On też to może i wie, ale jego serce nie. Targają nim emocje, to są straszne rzeczy. Jakby odebranie sobie właściwego przeżycia strachu. Janek jest na tyle mądry, że wie, że musi być kimś – nawet, jak jesteś bezdomnym to jesteś też kimś. Znajduje rolę, dużo ważniejszą i jeżeli to się sypie, wykorzystuje tą sytuację, żeby spróbować jeszcze raz, na świeżo, w innych okolicznościach. Żeby otworzyć nową stronę życia, przeskoczyć na jego inny poziom. Wydaje mi się, że tutaj może mieć trochę racji, z tego względu, że zmiana scenerii, nowi ludzie i miejsca dają nową nadzieję. Może myśleć: „cholera tu mi nie wyszło, to może na nowym teraz będzie lepiej”.

    Spala za sobą mosty.

    I wtedy nie ma wyjścia, musi szukać nowego miejsca.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Też dużo podróżujesz. Każdy hotel to jest twoje nowe życie lub odsłona? Czy czujesz ciągłość samego siebie?

    Czuję ciągłość mojego żywota. Bardzo mocno. Jestem mocno zakorzeniony w ludziach. Tego Janek nigdy nie miał, a ja mam. To, że gdzieś jadę to nie znaczy, że te korzonki opuszczają nagle ziemię. Mogę ci powiedzieć, że one są cały czas bardzo mocno. Te wszystkie pokoje hotelowe, w których jestem, są naprawdę jednym pokojem hotelowym. I nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Uwierz mi, że jak czasami trwa taki maraton wyjazdów to czasami otwieram oczka i myślę sobie: „gdzie jestem tym razem”?. Wyjeżdżałem cztery tygodnie, żeby promować książkę z małymi przerwami na przeprowadzkę. Obudziłem się pewnego dnia, rodziny nie było, w łóżku byłem sam. Moja pierwsza myśl: „ kurde, czy ja dzisiaj gdzieś jadę?”

    Powiedziałeś, że Jan nie jest zakorzeniony w żadnych ludziach. A jego syn, Mikołaj?

    Na pewno, on go naprawdę kochał, chociaż nie zawsze to okazywał. Bardzo często postrzegał ojcostwo jako udrękę, co jest chyba u wielu kochających rodziców. I na pewno rodzicielstwo uczyniło go dorosłym. Najpierw był dzieckiem, a potem został ojcem. Nie miał etapu przejściowego, młodzieńczego. Wszystko inne, na przykład małżeństwo, było pochodną Mikołaja. Próbował sobie znaleźć coś swojego i znalazł – drugą dziewuchę. Tylko, że zamiast się z tego cieszyć, to znowu przyjął to jako kolejny ciężar w życiu. A nie po to się ma kochanki.

    Żyły czy rzeki z okładki to są takie pnącza, które tego biednego bohatera przywalają.

    Ale to nie jest tylko jego sytuacja. My wszyscy obrastamy tymi pnączami. Nie można ich ucinać, ale nie można pozwolić również, żeby się rozrastały. Można przycinać, a jak za bardzo wpijają się w nóżkę, to trzeba wyrwać, żeby inne nie zostały uszkodzone.

    Jak z ogrodem, jak nie dbasz to ci zarośnie.

  • Przyjaźń, strata, tory kolejowe. Jakub Małecki opowiada o „Rdzy”

    Dygot”, „Ślady”, a teraz „Rdza”. Dziś premiera książki, która zaczyna się kilkanaście lat temu, ale fabuła przenosi nas też wstecz o lat kilkadziesiąt. Rzecz o przyjaźni, byciu w drodze, a także układaniu monet na torach kolejowych. „Rdza” jest w każdym z nas, czasem tylko trzeba spojrzeć bardzo głęboko.

     

  • „Mój bohater jest pierdołą i niezgułą”, rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    Exodus”, czyli najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego pojawi się za nieco ponad dwa miesiące, ale posłuchajcie o niej już dziś bo warto. Dowiecie się sporo o fabule, Łukasz przybliży Wam postać głównego bohatera, a także opowie, co w jego życiu zmienił Paszport Polityki. No i najważniejsze, dlaczego „Exodus” będzie zupełnie różny od „Innej duszy”. Spotkaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach przyrody jak na rozmowę o książkach, chociaż w przypadku Orbitowskiego…

     

  • „Jesteśmy ostatnim pokoleniem do odstrzału”, wywiad z Rafałem Cichowskim.

     

    Kto nie marzył o wyprawie na inną planetę, niech podniesie rękę. No właśnie, wszyscy, albo prawie wszyscy. Dajcie się więc zabrać w podróż poza Ziemię. Obiecuję, że wrócicie tu za kilkaset lat. Cali, zdrowi i nieśmiertelni. Zapnijcie pasy i zaczytajcie się w „Pyle Ziemi”. Przed Państwem Rafał Cichowski.

    Czym jeździsz?

    BMW.

    Skąd sentyment akurat do niemieckich samochodów?

    Interesuję się motoryzacja od dziecka. Przerobiłem dużo różnych marek. Jakoś tak się złożyło, że od jakiegoś czasu jeżdżę tą konkretną. Miałem już kilka aut, starszych, młodszych, nawet dwudziestoparoletnich, gdzie każde odpalenie silnika to było małe święto, bo nigdy nie wiedziałem czy ruszy. Każda przejażdżka to była niezła przygoda, musiałem się też nauczyć podstaw mechaniki. Może to kwestia designu, a może tej takiej dziwnej duszy, którą mają te „zjeżdżone graty”.

    Dużo zainwestowałeś w wydanie „2049”?

    W „2049” zainwestowałem przede wszystkim mnóstwo czasu i energii, bo promocję robiłem sobie sam. Wysyłałem tony maili. Jeździłem, spotykałem się z ludźmi. Zapukałem do każdych drzwi, żeby załatwić sobie jakieś recenzje. Żeby ta książka gdzieś tam zaistniała, a nie przepadła, bo wierzyłem w ten materiał. Własnoręcznie przetłumaczyłem ją na angielski i szukałem wydawcy za granicą, ale tam z perspektywy obcokrajowca jest jeszcze trudniej zadebiutować niż u nas. Chociaż było jedno wydawnictwo poważnie zainteresowane wydrukowaniem mnie, ale koniec końców stwierdzili, że współpraca z osobą z Europy będzie zbyt karkołomna. Książa za to bardzo im się podobała.

    A teraz z perspektywy czasu jakie jest Twoje zdanie o self- publishingu?

    Z perspektywy czasu wydaje mi się, że debiut literacki zależy głównie od szczęścia. Niektóre osoby trafią w gusta wydawnictwa i zadebiutują. Ale większość niestety nie. Ilość ludzi dobrze piszących mocno przekracza możliwości wydawnictw. Dlatego czemu nie spróbować samemu wyjść z szuflady? Nie widzę nic uwłaczającego w tym, że ktoś sam sobie wyda książkę, czy nawet zapłaci komuś, żeby mu tę książkę wydał. Jeżeli to będzie dobra literatura, to ona się sama obroni i ludzie będą ją czytać. Jest to sensowniejsze niż czekanie latami aż ktoś się zlituje, pochyli i z łaski swojej puści twoje dzieło do druku. Ja tak czekałem przez dziesięć lat. Wysyłałem różne moje książki do wszystkich wydawnictw w Polsce i nic się nie działo, a jednocześnie utrzymywałem się z pisania (praca w gazetach a później w reklamie), więc jakieś umiejętności literackie musiałem posiadać. Realia są jakie są. W Polsce większość ludzi nie czyta książek. Wydawcy prowadzą firmy, które muszą być rentowne i nie jest tak, jak w idealnym świecie, że dobra książka pójdzie do druku, a niedobra nie pójdzie. Często wydaje się rzeczy, dlatego, że zarobią pieniądze, niezależnie od ich jakości.

    Ale sam wiesz, że to są jednostkowe przypadki, że komuś udaje się z self-publishingu wybić.

    Jasne. Co nie zmienia faktu, że lepiej wydać, niż nie wydać wcale. Lepiej wyjść z tej szuflady i nawet mieć tych piętnastu czytelników, bo przynajmniej jest jakiś feedback, ktoś coś powie. Ktoś przeczyta tę książkę i będzie jakaś opinia o niej docierała do autora. To jest jakiś krok, żeby doskonalić warsztat.

    O czym są Twoje książki, które leżą w szufladzie i pewnie już ich nie wyciągniesz?

    O wszystkim tak naprawdę. Napisałem eksperymentalną opowieść o grupie artystycznej, która jeździ po wyimaginowanym świecie i gra koncerty. Miarą ich doskonałości jest to, ile osób dostanie zawału podczas występów. To jest totalnie abstrakcyjna i absurdalna rzecz z dużą dozą przewrotnego humoru. Napisałem też książkę o gościach z blokowisk sprowadzających samochody. Rzecz się dzieje zaraz po tym gdy otworzono granice i można było przywozić każdy szrot z Niemiec. To książka oparta na doświadczeniach moich znajomych z liceum i z osiedla. Tak więc tematycznie bardzo duży rozrzut jest w tym, co pisałem do tej pory. Czerpałem z różnych gatunków i to w „Pyle Ziemi” widać, bo od zawsze sięgałem w wielu kierunkach i próbowałem to lepić w jedną całość. W czytaniu i w pisaniu nie ograniczam się nigdy do jednego gatunku.

    W recenzji, która pojawiła się w katowickiej Gazecie Wyborczej napisałem, że to jest taki misz masz. Jakbyś po trochu wyciągał z różnych gatunków. Jak bardzo według Ciebie rozwinie się jeszcze technologia? Czy jest jakaś ściana, do której możemy dojść?

    Myślę, że Ziemia ma niestety datę ważności i zbliżamy się do momentu, kiedy wyeksploatujemy ją do tego stopnia, że będziemy musieli stąd uciekać. To nie jest tylko moje zdanie, bo wielu futurologów pokazuje, że jedynym słusznym kierunkiem jest góra czyli ucieczka do gwiazd, szukanie nowych miejsc, gdzie człowiek może się osiedlić, bo Ziemia nas nie wytrzyma w pewnym momencie. Ja bym chciał, żeby było inaczej. Żebyśmy naprawdę korzystali tylko z tego, czego potrzebujemy i nie eksploatowali Ziemi, ale nie sądzę, żeby nam się to udało, bo natura ludzka jest taka jaka jest. I chyba będziemy musieli stąd odlecieć.

    www.unsplash.com/NASA

    A jak jest z tą nieśmiertelnością, o której piszesz w „Pyle ziemi”?

    Sądzę, że to nie jest kwestia jakiejś tam odległej przyszłości, bo w tym momencie są prowadzone bardzo zaawansowane badania nad lekami, które zatrzymują proces starzenia. Wielu naukowców postrzega starzenie się jako chorobę, którą niebawem można będzie wyleczyć. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach i moim zdaniem jeszcze za naszego życia doświadczymy wielu rewolucji naukowych. Mam znajomego, który bardzo interesuje się tematem i jest przekonany, że to my jesteśmy ostatnim pokoleniem do odstrzału. Później już ludzie przestaną umierać.

    Ja natomiast przeczytałem, że w 2054 roku będziemy w stanie przeszczepić wątrobę, która będzie wydrukowana na drukarce 3D.

    Bardzo prawdopodobne. Wczoraj czytałem, że stworzono sztuczną synapsę. Zbliżamy się wielkimi krokami do stworzenia post-człowieka. W pewnym momencie organiczne ciało stanie się opcjonalne.

    Przeczytałeś wszystkie książki Lema?

    Nie. Jeśli chodzi o science fiction jestem bardzo cienki i przyznaję się do tego bez bicia. Czytam bardzo różne rzeczy. Sięgam oczywiście po S-F, ale bardziej leży mi literatura amerykańska i generalnie autorzy, którzy stoją na pograniczu gatunków. Szukam osób, które nie boją się wykraczać poza schematy.

    Kto nie wykracza?

    Mark Danielewski, na przykład. To jest gość, który napisał „Dom z liści”, który teraz został przetłumaczony i wydany przez MAGa w Polsce. On stoi rozkrokiem pomiędzy horrorem, science fiction, romansem, ale też trochę wymyśla książkę na nowo. Zaciera granice pomiędzy literaturą a designem. Trzeba zobaczyć jego książkę, żeby zrozumieć o co chodzi. Tam często tekst nie niesie znaczenia w sensie słów czy zdań, ale jest obrazem. Wizualna strona jego książek jest bardzo ważna.

    Kto jest Ci bliższy z bohaterów „Pyłu ziemi” Rez czy Lilo ?

    Oni są trochę jednym bohaterem. To są takie dwie połówki, które próbują się z powrotem skleić w całość.

    Wiesz z czym mi się skojarzyli od razu? Jesteśmy mniej więcej w podobnym wieku, więc z Pi i Sigmą. Oni też byli niby dwa osobne ciała, ale…

    Tak, tak. Jak za długo patrzysz na coś, to to coś zaczyna znikać. Rez i Lilo są przykładem osób, które są ze sobą już tak długo, że praktycznie dla siebie przestali istnieć. Oni by chcieli, żeby coś tam między nimi się wydarzyło i Rez walczy o to. To jest taka metafora długodystansowego związku. Sądzę, że można ich traktować jako całość, więc ciężko mi rozgraniczać i powiedzieć kogo lubię bardziej.

    A co byś powiedział, gdyby ktoś zaproponował odczytywanie „Pyłu ziemi”w podobny sposób jak „2049”? Tamta książka jest poniekąd satyrą na nasze współczesne czasy. I gdyby odczytać „Pył ziemi” jako taką, może nie satyrę, ale diagnozę?

    Myślę, że ta książka mówi sporo o tym, że człowiek niezależnie od technologii zawsze pozostanie człowiekiem. Ciężko mu będzie się zmienić, ciężko mu będzie pozbyć się pewnych cech, które są w nas zwierzęce. Możemy zbudować sobie super statek, ale dalej będziemy ludźmi i pokłócimy się na tym statku i doprowadzimy do wojny domowej na przykład. Jest taki epizod w „Pyle ziemi”. Nie pisałem tego jako przestrogi w żadnym wypadku, bo nie chcę moralizować. To jest po prostu wariacja na temat co mogłoby się stać gdybyśmy faktycznie doprowadzili do tego, że technologia, która posiadamy zacznie nas przerastać. W jaki sposób człowiek za tysiąc lat będzie obcował z ta technologią, jaki będzie jego stosunek do Ziemi i do świata.