Tag: Wydawnictwo WAB

  • „Pójdę do więzienia, bo o tym powiedziałem”. Zygmunt Miłoszewski o sprzedaży praw do ekranizacji książki

    Koniec II wojny światowej. Niemcy przegrywają, każdy myśli tylko o sobie. Generalny Gubernator Hans Frank ukrywa najcenniejsze łupy, a wraz z nimi bezcenny sekret, który ma zapewnić mu nietykalność po wojnie. Skarb ginie bez śladu w tajemniczych okolicznościach. Rok po wojnie. Do Polski powracają zrabowane dzieła sztuki z „Damą z gronostajem” Leonarda da Vinci na czele. Brakuje „Portretu Młodzieńca” Rafaela Santi, który od tej pory pozostaje najcenniejszym zaginionym na świecie dziełem sztuki i symbolem grabieży dokonanych w czasie II wojny światowej. W Muzeum Czartoryskich w Krakowie od ponad sześćdziesięciu lat na Rafaela czeka pusta rama. Brzmi znajomo?

    To opis „Bezcennego”, jednej z książek Zygmunta Miłoszewskiego. Fani pisarza doskonale wiedzą, że Zofia Lorentz pojawia się też w „Kwestii ceny”, która miała premierę kilkanaście dni temu. Dlaczego więc wracam do tytułu z 2013 roku? Ano dlatego, że w trakcie rozmowy ze mną i Wojciechem Chmielarzem Zygmunt Miłoszewski opowiedział o sprzedaży praw do ekranizacji. Jak się pewnie domyślacie, 99% informacji objętych jest tajemnicą, ale wiadomo, że nie będzie to serial, a film.

     

  • Wybrałem Śląsk, bo Zygmunt Miłoszewski zajął mi Warszawę

    Jest tutaj pewien paradoks, bo rozmowa przeleżała na dysku jakieś trzy miesiące, ale mimo to, nie straciła nic na aktualności. Przy Centrum Olimpijskim w Warszawie spotkaliśmy się nie przez przypadek, bo przecież tam Rudolf Heinz rozpoczął swoje pierwsze śledztwo. Było to w 2008 roku. Dwanaście lat później Mariusz Czubaj opowiada o tym, czy stawiając ostatnią kropkę w „Ciosie kończącym” się wzruszył, czy zatęskni za swoim bohaterem, a wreszcie o tym, dlaczego stał się Gustawem Morcinkiem kryminału. Kto był pierwowzorem Rudolfa? W oczekiwaniu na ostatnią część jego przygód zobaczcie rozmowę twórcą jednej z najbarwniejszych postaci w polskim kryminale.

  • „Kwestia ceny” już wkrótce! Premiera książki Zygmunta Miłoszewskiego za nieco ponad miesiąc

    „Pisałem Kwestię ceny w zupełnie absurdalnych warunkach. Zacząłem na statku handlowym, płynącym z ładunkiem holenderskiej stali przez Atlantyk, kończyłem w czasie pandemii, internowany w domu kultury w Olsztynie. Czytałem wiadomości i widziałem, jak świat bez przerwy dopisuje kontekst do mojej fabuły, której osią jest marzenie o zdrowiu i długowieczności. Bez względu na cenę”. Kliknijcie w okładkę żeby zamówić książkę! 

    Tam, gdzie autor pisał, tam też zaczyna się przygodowa fabuła: na morzu.

    Początek XX wieku. Sztorm. Benedykt Czerski żegna się z życiem. Przeklina patriotyczne uniesienia, które kilka dekad wcześniej doprowadziły do jego zesłania na Daleki Wschód, a teraz kazały mu wracać do ojczyzny. Czerski wraca jednak nie jako więzień, lecz jako wielki uczony, badacz dalekich plemion Syberii. Obsesyjnie pilnując skrzyń, zawierających bezcenne zabytki tajemniczego ludu Ajnów.

    Początek XXI wieku. Bogdan Smuga, chłodny naukowiec i wyznawca religii rozumu, wierzy, że wśród zbiorów Czerskiego kryje się prawdziwy skarb, mogący odmienić przyszłość ludzkości. Jego wysiłki nie przynoszą rezultatu. Decyduje się na desperacki krok.

    Zofia Lorentz, słynna historyczka sztuki i poszukiwaczka zaginionych arcydzieł, mierzy się ze stopniowym zanikiem pamięci męża. Gdy Smuga proponuje jej udział w odnalezieniu zbiorów, przywiezionych przez Czerskiego z Syberii – podkreślając, że kwestia ceny nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia – przyjmuje zlecenie. Tak zaczyna się niezwykła wyprawa, która zaprowadzi bohaterów między innymi na rosyjską Wyspę Przeklętą, do Paryża i na statek-widmo. Ich przygody okażą się decydujące dla dalszych losów cywilizacji. I jak to u Miłoszewskiego, wszystko okaże się nie tym, czym zdawało się na pierwszy i drugi rzut oka.

    „Kwestia ceny” to zuchwały, niepozostawiający nikogo obojętnym thriller o naszych największych marzeniach i o cenie, jaką jesteśmy gotowi zapłacić za spełnienie tych pragnień. O nauce, o religii, głodzie wiedzy, genie ryzyka, roli wspomnień i o wielkiej przygodzie ludzkości. Która być może właśnie dobiega końca.

    Dla fanów Miłoszewskiego kończy się więc bardzo długi czas posuchy, bo przecież jego poprzednia książka, czyli „Jak zawsze”, wylądowała na księgarskich półkach w sierpniu 2017 roku. Naszą rozmowę o niej znajdziecie tutaj. Co ciekawe, dziś pisarz obchodzi swoje urodziny, więc termin ujawnienia szczegółów dotyczących „Kwestii ceny” nie jest przypadkowy. Nie zmienia to faktu, że pisarz zrobił prezent zarówno sobie, jak i swoim czytelnikom.

    Książkowym debiutem Zygmunta Miłoszewskiego był „Domofon” (2005), ale sławę zyskał dzięki trylogii o prokuratorze Teodorze Szackim ( „Uwikłanie”, „Ziarno”, „Gniew”). W 2013 ukazał się thriller „Bezcenny”, który opowiada o odzyskiwaniu dzieł sztuki. Cztery lata później pojawiła się ostatnia, wspominana już tutaj książka Miłoszewskiego – „Jak zawsze”.

  • „Komedia jest wytrychem do trudnych tematów”. Rozmowa z Jackiem Galińskim

    Stało się to, co chyba było nieuniknione. Dziarska staruszka trafiła do Aresztu Śledczego Warszawa-Grochów. I co teraz? Dla niektórych osadzonych to mógłby być koniec, jednak dla Zofii Wilkońskiej to dopiero początek. Nowe wyzwania, przygody, cele, tylko ile można siedzieć za kratami? Czy ktoś pomoże pewnej siebie Zofii? Z Jackiem Galińskim spotkaliśmy się przed aresztem, w którym karę odbywa Wilkońska. Niestety, nie znalazła dla nas czasu, jakiś wirus, czy coś. Nie znam się. Pogadaliśmy więc w zimowej scenerii o szczęściu, roli komedii kryminalnej, Eduardo Mendozie i koronawirusie. Łapcie naszą rozmowę, a potem zajrzyjcie na internetowe strony księgarń, bo dziś premiera książki „Kratki się pani odbiły”.

  • Czubaj i Ostaszewski mordują w Świętochłowicach!

    Mam wrażenie, że Śląsk i okolice stają się coraz bardziej atrakcyjne dla piszących kryminały. Co ciekawe, większość twórców mieszka poza regionem, ale jednak ciągnie ich do stolicy Górnego Śląska, a także zapuszczają się do Zagłębia. Kolejnym miastem odkrytym przez pisarza z zewnątrz są Świętochłowice, które odegrają całkiem dużą rolę w „Ukochaj na śmierć” – kryminale Roberta Ostaszewskiego. Pojawią się garaże przy ulicy granitowej, stacja PKP, będą też rekonstrukcje historyczne…Premiera zaplanowana jest na czerwiec, a to jeszcze nie wszystko, bo Świętochłowice pojawią się w tym roku w jeszcze jednym kryminale – tym razem będą to Lipiny oraz pewne podwórko między familokami w centrum miasta. U kogo? U Mariusza Czubaja, który jako pierwszy odkrył kryminalny Śląsk dla reszty Polski. Tytuł ostatniej książki z Rudolfem Heinzem to „Cios kończący”. Jak tak dalej pójdzie, to Świętochłowice staną się światową stolicą kryminału 😉

  • „To jest dobry moment żeby rozstać się z Rudolfem Heinzem”

    Jeśli jesteście fanami Rudolfa Heinza, to mam dla Was dwie wiadomości. Jak się domyślacie, jedna jest dobra, ale ta druga jest jednak bardzo zła. W kwestii tej pierwszej, to „Cios kończący” ukaże się wiosną. Akcja będzie toczyła się na przełomie 2015 i 2016 roku na terenie Śląska i Warszawy. Jeśli chodzi o drugą wiadomość, to ja tego nie napiszę, żeby się nie narażać, ale powie Wam to Mariusz Czubaj. Będzie też trochę o jeszcze następnej książce, która na razie jest tylko w głowie autora.

  • „Kimkolwiek jesteś” – fragment najnowszej książki Jakuba Szamałka

    Aneta była sfrustrowana. Uważała się za inteligentną dziewczynę – i miała ku temu podstawy. Studia ukończone z wyróżnieniem. Świetne wyniki w pracy. Testy IQ, które kwalifikowałyby ją do Mensy. Ale jak obsługiwać klimatyzator w partyjnym biurze – tego za cholerę nie potrafiła rozgryźć. Był tu już, kiedy się wprowadzili do lokalu. Białe blaszane pudło podwieszone pod sufitem, pilot z wytartymi guzikami. Instrukcja oczywiście gdzieś się zgubiła, więc trzeba było to ustrojstwo rozpracować metodą prób i błędów. Na razie Anecie udało się odkryć dwa tryby: dmuchanie gorącym powietrzem oraz dmuchanie gorącym powietrzem i kapanie.

    Jak tam? – Artur wszedł do pokoju konferencyjnego, zamknął za sobą drzwi. – Gotowa?

    Tak, tylko… Cholera jasna… – Wciskała wszystkie guziki po kolei. – Wiesz, którym się ustawia temperaturę?

    Myślałem, że tym z góry? W kształcie strzałki?

    Nie, to regulacja kąta nawiewu…

    Dobra, nieważne. – Artur zdjął marynarkę, podwinął rękawy. Powyżej prawego nadgarstka miał tatuaż z wilczycą karmiącą Romulusa i Remusa. – Jakoś przeżyjemy. Pokaż, co tam dla mnie masz.

    A może otworzymy okno?

    Nie, nie, jest okej. Nie przejmuj się. No, lecisz, bo za godzinę muszę wychodzić.

    Aneta włączyła projektor: przynajmniej on działał bez zarzutu. Na ścianie naprzeciwko stołu wyświetlił się pierwszy slajd prezentacji. Był na nim człowiek gapiący się tępo w ekran.

    Zacznijmy od dobrych wieści – powiedziała. – Około osiemdziesiąt procent internautów czerpie wiadomości z mediów społecznościowych i na ich podstawie wyrabia sobie zdanie o bieżących wydarzeniach. Ponad dziewięćdziesiąt procent nie weryfikuje tych informacji. Jak możemy to wykorzystać? – Klik, następny slajd. – Zacznijmy od podstaw. Po pierwsze: wynajmuje się studenciaków, żeby pisali w sieci pochlebne komentarze i atakowali przeciwników. Widać to było podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Warszawie, podczas których najaktywniej udzielali się internauci z Sanoka. Po drugie: kupuje się followerów i fanów, żeby sztucznie podbić sobie statystyki. No i po trzecie: płaci się Facebookowi za wyświetlanie materiałów promocyjnych, używając podstawowego mikrotargetowania. Z tych metod korzystali wszyscy już w dwa tysiące szesnastym, w trakcie kampanii przed wcześniejszymi wyborami.

    Klimatyzator, nie wiedzieć czemu, zaczął nagle dmuchać lodowatym powietrzem, od którego cierpła skóra na karku. Aneta przeszła na drugą stronę pokoju.

    Oczywiście, my też to będziemy robić, tylko że lepiej. Jak wynajmiemy farmę trolli, to będziemy wymagali od nich maskowania adresu IP, żeby nie było widać, skąd piszą. Jak kupimy followerów, to nie z Indii i Bangladeszu. A jak będziemy robili mikrotarget, to z głową, nie tylko w oparciu o geografię. Ale, tak jak mówiłam, to absolutne podstawy. Przejdźmy do ciekawszych rozwiązań.

    Klik. Następny slajd. Polak przy grillu. Skwierczą kiełbaski, na stole puszki z piwem.

    Jak wiesz, nam, Polakom, nie chce się głosować. Przekonywać ludzi, którzy nie uczestniczą w życiu politycznym, żeby jednak poszli do urn, to orka na ugorze. Dużo łatwiej jest przekonać elektorat przeciwnika, żeby sobie odpuścił. To możemy osiągnąć niewielkimi kosztami, za pomocą tych trzech zagrań.

    Aneta rzuciła okiem na Artura. Siedział w skupieniu, nie wyjął nawet telefonu. Dobrze.

    Metoda pierwsza – ciągnęła – negatywne targetowanie. Do perfekcji opanował to sztab Trumpa w dwa tysiące szesnastym. Wiedzieli, że Afroamerykanie nigdy go nie poprą, więc zamiast przekonywać ich do siebie, zniechęcili ich do oddania głosu na Clinton. Jak? Zidentyfikowali czarnoskórych wyborców na Facebooku i przez cały miesiąc przed wyborami bombardowali ich nagraniami sprzed dwudziestu lat, gdzie Clinton mówi, że czarni to przestępcy. W Polsce używa się tej metody od jakichś dwóch lat, ale w ograniczonym stopniu, my możemy zrobić to lepiej: przypominać wyborcom PO o ośmiorniczkach, a zwolennikom PiS do znudzenia puszczać taśmy o Srebrnej. W efekcie i jedni, i drudzy będą mniej skłonni pofatygować się do urn.

    Metoda druga. – Aneta przewinęła slajd. – Wykolejenie debaty. Popularne na Zachodzie, ale na krajowym rynku się z tym jeszcze nie spotkałam. Kupujemy kilka tysięcy sztucznych profili na Facebooku, ale takich dobrze utuczonych, założonych kilka lat temu, aktywnych, ze zdjęciami i znajomymi. Na miesiąc przed wyborami nakładamy im na zdjęcie profilowe partyjną ramkę, a potem wrzucamy prowokacyjne wpisy. Na przykład fejkowy profil przypisany do Razem proponuje legalizację zoofilii, inny, z logo PiS, nawołuje do wyjścia z Unii Europejskiej, a ten od PO dowodzi, że eksmitowanie ludzi na bruk jest okej, bo służy gospodarce. W efekcie robi się gównoburza, ludzie skaczą sobie do oczu, a wyborcy danej partii mają problem, bo czują, że powinni jej bronić, ale nie zgadzają się z ekstremalnymi poglądami głoszonymi przez rzekomego współtowarzysza. Wtedy słabnie identyfikacja z własnym obozem politycznym i spada motywacja do jego poparcia.

    Metoda trzecia. – Robiło się coraz zimniej. Aneta próbowała wyłączyć klimatyzator, ale bez skutku, pilot chyba się zepsuł. No nic, pomyślała, rozcierając zgrabiałe palce, jakoś wytrzymam. – Fake newsy. Badania pokazują, że ludzie lajkują i udostępniają artykuły bez czytania treści, na podstawie samego nagłówka. A tam można wsadzić wszystko, największą bzdurę. Tak długo, jak długo będzie rezonować z poglądami użytkownika, będzie skłonny w nią uwierzyć. Przykład: parę lat temu ktoś założył fejkowy profil Morawieckiego, a potem wypisał peany na cześć premiera z tego samego konta. Wyglądało to tak, jakby Morawiecki sam siebie wychwalał, bo zapomniał się przelogować między profilami. Ściema ewidentna, ale to nikomu nie przeszkadzało, dziesiątki tysięcy ludzi dało się nabrać, bo chcieli w to wierzyć. Kancelaria premiera oczywiście wydała dementi, ale sprostowania docierają do jednej setnej odbiorców fałszywej wiadomości, no bo, umówmy się, są nudne. Więc co robimy? Zakładamy pięć portali informacyjnych, za kilka stów sztuka, i każdego dnia wypuszczamy jakiegoś fejka. A to, że prezydent wysłał swoje nagie zdjęcia Ruchadełku Leśnemu na Twitterze, a to, że prezes nie jest wcale chory, tylko przechodzi operację zmiany płci. Najlepsze jest to, że nawet jeśli ktoś się domyśli, że to wyssane z palca, to podminuje to jego zaufanie do mediów w ogóle, więc kiedy później pojawi się jakaś niekorzystna dla nas historia, zawsze możemy ją podważać jako…

    Oj, Aneta, Aneta… – Artur pokręcił głową, wstał od stołu.

    Tak?

    To wszystko jest bardzo ciekawe, no i jestem pod wielkim wrażeniem twojego otrzaskania w temacie, ale… Nie o to chodziło.

    Aneta skrzyżowała ręce na piersiach. Po trochu dlatego, że była urażona. A po trochu dlatego, że było jej cholernie zimno.

    Nie będziemy tak robić polityki – ciągnął. – To jest walenie się pałami po łbach.

    Do tego właśnie służy internet. I ten, kto wali mocniej, wygrywa.

  • Miłość w czasach wojny, czyli „Kontra” już w księgarniach

    Dożyliśmy czasów globalnego konfliktu, Rosja pod przywództwem cara Władimira Putina stała się znów imperium, a z założonymi rękami nie zamierzają tego obserwować Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, których prezydentem jest Mike Pence. Gdzieś w tym wszystkim jest oczywiście Polska, Ukraina, czyli sprawy jakże nam bliskie. Z Wojtkiem Miłoszewskim rozmawiamy o „Kontrze”, ale też o tak wielu sprawach, że wymienię tylko kilka. O ocenach na lubimyczytac.pl, które można sobie kupić, o Franku Underwoodzie, Pałacu Kultury i Nauki, ale o też o deprecjonowaniu własnej twórczości i tęsknotą, a właściwie jej braku, za swoimi bohaterami. Smacznego! Aha, zróbcie sobie większą kawę, byle nie latte. Dowiecie się, dlaczego 😉

  • Autorze, szacunek do twojej pracy to ja mam gdzieś

    Nie jestem święty. Zdarzało mi się ściągać z sieci filmy czy seriale, do których dostępu w legalny sposób nie miałem. Czy jestem z tego dumny? Nie. Czy robię to dalej? Też nie, a od kiedy korzystam z Netflix czy HBO GO, to już w ogóle nie mam pojęcia, co dzieje się po tej złej stronie Internetów. Książek nie ściągałem z nielegalnych źródeł nigdy, ale widać jestem wyjątkowy, bo dużo osób to robi, a autora ma po prostu w dupie.

    Serce”, moja ostatnia książka, zawitała do księgarń 13 lutego. Dzień przed Walentynkami, cudownym okresem, gdzie miłość pojawia się w każdej sklepowej witrynie i nawet osiedlowe nurki rzygają wtedy tęczą. No po prostu różowo do kwadratu. Szkoda tylko, że kilka dni po tym święcie dostałem maila, który dosadnie pokazał mi, że moja praca jest gówno warta. Przynajmniej dla niektórych.

    Ustawiłem Alert Google na interesującą mnie frazę, bo przecież może się zdarzyć, że jakiś ciekawy tekst do mnie nie trafi. Wiadomo, ktoś nie oznaczy, coś przegapię itd. I takiego maila dostaję raz w tygodniu, ale poważnie zastanawiam się nad tym, czy z funkcjonalności nie zrezygnować, bo jedyne co uzyskałem to wkurw. Wprawdzie Google napisało do mnie, że jest kilka recenzji czy zapowiedzi, ale dostarczyło mi także sporo linków do mojej książki. Torrenty, fora internetowe i portale, szumnie reklamujące się „darmowymi” e-bookami. Klikasz i masz.

    www.unsplash.com/rawpixel

    Co mam z tego ja? Egoistyczny, nastawiony na zysk autor? Mam wkurwa, ale to już zapewne wiecie. Wiem, że nie da się zapobiec rozpowszechnianiu e-booków. Serio, zdaję sobie z tego sprawę, bo przecież przez lata przyzwyczailiśmy się, że w Internecie to wszystko jest za darmo. Książki jak widać także, bo nikt na tym nie ucierpi, prawda? Tylko, że cierpi i to nie sam autor, któremu po ściągnięciu z Chomika, nie wpadnie na konto 1,50 zł, ale czytelnik.

    Każdy taki ściągnięty plik to mniejsza liczba w Excelu, która świadczy o opłacalności inwestycji. Inwestycji, którą jestem w tym wypadku ja. Wydawnictwo wykłada pieniądze na zaliczkę, korekty, redakcję, druk, wystawki w Empiku (szok, co nie?) i marketing. I te pieniądze zwrócić się powinny, jeżeli mam napisać kolejną książkę. Bo i po co inwestować w kogoś, kto nie przynosi zysków? Dla samej idei? Bądźmy realistami.

    Nie mam pojęcia, ile osób ściąga moje książki lub w ogóle jakiekolwiek powieści z nielegalnych źródeł. Podejrzewam jednak, że trochę ich może być, bo inaczej by się na nich nie pojawiały. Dostając Alert Google uderzyło mnie to, jak powszechnie dostępna jest moja książka i jak niewiele potrzeba, by mieć ją za darmo. Za to, żeby zniknęła z takich serwisów, to już droga przez jebaną mękę. Serio, spróbujcie sami. Na Chomiku trzeba zgłosić to samodzielnie, bo choć istnieje tam link do oficjalnego sklepu, to widocznie algorytmy nie wyszukują innych treści, które do niego nie prowadzą. Znaczy wiem, że wyszukują, tylko serwisowi się to nie opłaca.

    Ja, jako właściciel praw, muszę:

    – podać swój adres korespondencyjny

    – wkleić linki prowadzące do materiałów

    – napisać obszerne wyjaśnienie w tym określić, jaki to rodzaj pliku, bo przecież sam link tego nie weryfikuje (kurwa, serio?).

    A na koniec dostaje jeszcze taką oto notkę: „Zgodnie z przepisami dotyczącymi świadczenia usług drogą elektroniczną, możemy uniemożliwić dostęp do plików jedynie w reakcji na urzędowe zawiadomienie lub wiarygodne zgłoszenie. Prosimy wypełnić powyższe dane, by zgłoszenie spełniało warunek wiarygodności. Proszę pamiętać, że podane informacje mogą zostać przekazane osobie, która dostarczyła materiały podejrzane o łamanie zasad, w celu umożliwienia jej złożenia wyjaśnień.”

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Ciekawe tylko, czy moje dane kontaktowe także zostaną udostępnione użytkownikowi, który postanowił podjebać moją książkę, a następnie wrzucić ją do serwisu. Jakoś wątpię, żeby on musiał wypełniać tyle pól, by uwodnić swoje prawa do danego tytułu. Prędzej tylko odhaczył zapis w regulaminie, którego nie czytał, a który chroni go lepiej, niż mnie.

    Ja wiem, ja rozumiem, że to walka z wiatrakami, bo serwisów jak Chomikuj, jest więcej, niż ja miałem pryszczy na czole w liceum. I tak, książki są drogie. E-booki są drogie. Audiobooki są drogie. To nie są produkty pierwszej potrzeby, ale spokojnie, już niedługo nie będzie tego problemu. Zwyczajnie nikomu nie będzie opłacało się wydawać książek innych, niż te z Empikowej topki.

    Pora pogodzić się ze smutną rzeczywistością i uświadomić sobie jedno.

    Jakość nie zawsze idzie w parze z popularnością, a Excel jest bogiem.

    P.S. Tak, felieton zawierał przekleństwa, bo jestem zawiedziony tą sytuacją. A jak ktoś mi powie, że przecież książkę trzeba najpierw sprawdzić, zanim się ją kupi, to odsyłam go do Legimi, gdzie za niewielką opłatę miesięczną mamy nieograniczony dostęp do tysięcy książek. I niech nikt mi więcej nie mówi, że książki są drogie.

    Bartosz Szczygielski