Tag: Zły

  • Podsłuchana rozmowa w pociągu inspiracją do napisania „Złego”?

    O „Złym” napisano już wiele, a jeszcze więcej powiedziano. Powoli kończy się rok Leopolda Tyrmanda, ale to nie znaczy, że ten pisarz zniknie z przestrzeni medialnej. Mam wrażenie, że zainteresowanie „Lolkiem” oraz jego twórczością wzrasta, do czego przyczynia się w dużym stopniu jego biograf, czyli Marcel Woźniak. Przed chwilą ukazała się jego najnowsza książka „Tyrmand. Pisarz o białych oczach”. Na tle katowickiego Spodka Marcel opowiada o tym, że pomysł na złego mógł narodzić się właśnie na Śląsku. Jak do tego doszło? Obejrzyjcie.

  • 16 maja 1920 roku urodził się Leopold Tyrmand. Przedpremierowy fragment książki o „Lolku”

    Urodził się dokładnie sto lat temu w Warszawie. Miłośnik jazzu, autor „Złego”, człowiek w kolorowych skarpetkach. Jeszcze w tym roku, roku Leopolda Tyrmanda, ukaże się nowa książka Marcela Woźniaka o„Lolku”. Jej tytuł zostanie ujawniony wkrótce, ale dziś, w dzień urodzin wybitnego pisarza, możecie przeczytać fragment. Zachęcam też do obejrzenia mojej rozmowy z Marcelem, którą nagraliśmy w Darłowie. Miejscu, w którym toczy się akcja „Siedmiu dalekich rejsów”. Żeby ją zobaczyć, kliknijcie po prostu tutaj. 

     

    3 października. Brooklyn. Mary Ellen nic się nie zmieniła. Elegancka, szczupła, o wielkich ciemnozielonych oczach.

    Wzięłam Mr. Magica do wyczyszczenia płyty. Widziałam zdjęcia z cmentarza i coś chyba na tej płycie rośnie.

    Mary Ellen przygotowała notatki ze wskazówkami, dokąd jechać i jak znaleźć grób.

    Tu jest dokładnie napisane, Rebeko – mówi do córki.

    Mamo, teraz uważaj, coś ci pokażę. To jest nawigacja GPS, która – mówi wklepując adres – doprowadzi nas – poprawia literówkę – na miejsce!

    Dotrzesz do celu – podaje nawigacja – za 1 godzinę i 34 minuty.

    Widzisz, mamo?

    It’s wonderful! – mówi Mary Ellen. – A skąd będziesz wiedziała, gdzie skręcić?

    Mamo, to jest właśnie najlepsze! – mówi, uśmiechając się do nas. – On mi wszystko podpowie!

    To wspaniałe!

    Dzielnicę zamieszkują ortodoksyjni Żydzi, Mary Ellen nie jest praktykująca. Ale mieszkała tu jako dziecko i wróciła tu, kiedy minęła jej młodość.

    Na cmentarzu Westwood na Long Island jesteśmy po godzinie.

    *

    3 października 2019. Long Island. Niemiłosierny skwar i rozległe, niekończące się zielone pola z rozsypanymi płytami nagrobnymi.

    Alejka trzydziesta.

    Skwar leje się z nieba. Powietrze naładowane jest iskrami, każdy wdech to jak łykanie łyżki podgrzanej mazi.

    Pytamy sympatycznego kierowcę kosiarki o lokalizację kwatery. Antonio ma latynoskie rysy, jest bardzo uczynny.

    Wy czekacie, ja jadę – mówi, po czym rusza swoim pojazdem jak bohater Prostej historii.

    Zawrotna prędkość pojazdu sprawia, że ten jakby wcale się nie oddalał. Po dziesięciu minutach kierowca zawraca na końcu alejki i skręca nieopodal wysepki drzew. Kiedy chcemy ruszyć w jego stronę, macha, żebyśmy zostali tam, gdzie stoimy. Wreszcie wraca do nas.

    Tak, to tam.

    Uśmiechamy się, dziękujemy i ruszamy. Biorę od Mary Ellen siatkę z chemikaliami i rękawicami gumowymi.

    Nie musisz tego robić – mówi Rebecca.

    Jesteśmy na miejscu. To grób rodzinny. Od lewej ciągną się jasne płyty z wyrytymi imionami członków rodziny Foxów.

    Nie byłyśmy tu ponad dwadziescia lat! – mówi Mary Ellen.

    Tak, od pogrzebu wujka Alviego.

    He was so lovely man.

    Trzecia od końca płyta z prawej to kamień Leopolda Tyrmanda.

    Kiedy dochodzę do niej, coś ściska mi gardło. Trochę wzruszenie, a trochę sens tego wszystkiego zmieniają gwałtownie mieszankę we krwi, wrzucając do krwiobiegu trochę adrenaliny, a trochę oksytocyn. Przybycie w to miejsce jest symboliczne.

    Tu leży Leopold Tyrmand. Autor Złego. Chłopak z Trębackiej. Były jeniec. Imciarz skaczący z drzew. Tygodniak, przyjaciel Kisiela. Liberał, konserwatysta. Apostoł jazzu. Ojciec, mąż. Wszyscy razem leżą pod tym kamieniem, na którym napis mówi:

    Leopold Tyrmand

    BELOVED HUSBAND

    DEVOTED FATHER

    MAY 16, 1920

    MAR 19, 1985

    IN THY LIGHT

    DO WE SEE LIGHT

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Mary Ellen kładzie na jego płycie zebrane z ziemi kamienie. To zwyczaj jeszcze z czasów biblijnych – skały miały chronić miejsce pochówku przed hienami, a kapłanów przed płynącą ze śmierci nieczystością. Tu jest to jednak zastosowane tylko symbolicznie. Dlatego też kwiaty, uważane niegdyś za symbol pogański, nikogo tu nie rażą.

    Kładzie je Rebecca.

    Mary Ellen zaczyna czyścić płytę, którą porasta mech, Agnieszka bierze od niej gąbkę.

    Świetnie, powoli schodzi – mówi Mary Ellen.

    Chyba już jest okej, chyba wystarczy – przekonuje Rebecca.

    Cały czas trzyma torebkę. Choć uśmiecha się, jest przejęta najbardziej z nas wszystkich. Nie pojechali z Matthew na pogrzeb, bo byli za mali.

    Mary Ellen wyciąga z torebki kartki, wręcza nam po jednej.

    A teraz – mówi – chciałabym, żebyśmy coś przeczytali. Poprosiłam sąsiadkę, Żydówkę, żeby przygotowała mi kilka rzeczy. Jest lesbijką, wspaniała kobieta. To tekst z hebrajskiego.

    Staje przed płytą nagrobną Tyrmanda i zaczyna czytać. Najpierw po hebrajsku, fonetycznie. Potem po angielsku. Ostatnie zdanie każdego wersu powtarzamy we czwórkę:

    In the rising of the sun and in its going down, we remember him

    In the blowing of the wind and in the chill of winter, we remember him

    In the opening of buds and in the rebirth of spring, we remember him

    In the blueness of the sky and in the warmth of summer, we remember him

    When we have achievements that are based on his, we remember him

    So long as we live, he too shall live because he is a part of us –

    We remember him

    Zbieramy się do drogi powrotnej. Rozglądam się jeszcze raz po okolicy. Tysiące płyt, pomiędzy nimi równo skoszona trawa. Gdzieś w oddali słychać kosiarkę pana Antonia. Temperatura – nieznośna. Patrzę ostatni raz na płytę. Dotykam jej – parzy.

    W głowie kołacze mi pytanie: „Czy tak miało być, Lolek? Miałeś umrzeć w wieku 65 lat gdzieś na Florydzie, spocząć z dala od Polski i z dala od domu, każdego, który miałeś? Tu, na Long Island? Czy zdążyłeś przed śmiercią odszukać swoje przeznaczenie?”.

  • „Przyszły rok będzie pośmiertnym benefisem Tyrmanda”. Rozmowa z biografem pisarza, Marcelem Woźniakiem

    „W Darłowie, przed małym dworcem w stylu pruskiej prowincji, kończyła się kariera pociągu. Krótkiego pociągu o starych, rozklekotanych wagonach”. Tak rozpoczyna się „Siedem dalekich rejsów” Leopolda Tyrmanda. Piszę o tym dlatego, że właśnie w Darłowie porozmawiałem z Marcelem Woźniakiem, biografem „Lolka”. O czym? Ano o tym, że rok 2020 będzie poświęcony właśnie Tyrmandowi. Autor książki „Moja śmierć  będzie taka, jak moje życie” opowiedział też o tym, dlaczego zapanowała moda na autora „Złego”, jak to się stało, że znów zachwycamy się twórczością faceta w kolorowych skarpetkach? A może nie znów, tylko dopiero teraz Tyrmand ma swoje pięć minut sławy? Niech Was nie zmyli pogoda, bo rozmawialiśmy w lipcu 🙂

     

     

  • #Tyrmand

    Co pisaliby na instagramie dawni pisarze? O czym – pomijając oczywistość postępu technologicznego – klikałby w swoich czasach Tyrmand? O tym czy wgląd w pisarskie śniadania zmienia nasz pogląd na mityczne „pisarskie życie”, opowiada Marcel Woźniak.

    Tego dnia lekko wieje. Jest 18 marca 2019 roku i jest zimno, ale tylko na zewnątrz. Pisarze – jak wiadomo – skrywają się we wnętrzach przytulnych kawiarni. Jeden z nich właśnie tam, na miękkiej kanapie, postanawia napisać teskt w przededniu 34. rocznicy śmierci Leopolda Tyrmanda. Jaką obierze taktykę? Będzie popularnonaukowo czy może da coś o siebie? #coffeetime #warszawa

    Przez prawe ramię widzę Plac Trzech Krzyży. Nie jest to moje ramię, a pana na sąsiedniej kanapie. Zagarnia ją i – przy okazji – mój widok naplacowy, oferując w sytuacyjnym barterze woń hugo boss.

    Najważniejsze jest jednak odpowiednie miejsce akcji: właśnie tam, za oknem, rozpoczyna się akcja tyrmandowego Złego, tędy szusuje autobiograf w Dzienniku 1954. Tu – obok Teatru IMKA – jest Pasaż Tyrmanda, mural ze „Złym”, tablica na domu obok Studia BUFFO. Teraz wyobrażam sobie stukot pisarskiej maszyny, Tyrmanda spacerujące gdzieś w okolicach kościoła Świętego Aleksandra. Odpalam komputer. Ma rozbudowaną baterią, można pracować cały dzień. Jeśli się rozładuje, w pogotowiu czekają telefon z podpórką, bezprzewodowa klawiatura, powerbank. W dawnych czasach literaci mieli utrudnione zadanie. Chociażby ctrl+F – nie działało. Jest też kubek termiczny na kawę. Tyrmand pijał czarną, o ile w ogóle miał kawę. W obozie na przykład, w Norwegii, gotował zupę na wygrzebanych ze śmietnika ościach. #foodporn #dipis

    Mural ze Złym na Placu Trzech Krzyży, fot: Marcel Woźniak

    Teraz zastanawiam się, jak zacząć. Jak opisać tę supremację znaczeń nad faktami, zwycięstwo wizerunku nad tym, co naprawdę przymykają pod sobą pisarskie powieki. Myślę, co przetrwało z tyrmandowej aury, ile w nim było prawdy, a ile przeciekło przez sitko cenzury i historii. Autor bestsellera, mistrz ubioru i król sytuacji, guru jazzmanów, antykomunista. Podszewkę pisarskiego płaszcza opisał wDzienniku 1954, ale zarzucano mu autokreację. W roku 2019 jest to zarzut równy wobec nas wszystkich. #influence

    Myślę chwilę nad formą. Legendą obrósł Zły – książka wciąż jest na topce, a rok 2020 ma być w Polsce oficjalnie rokiem Tyrmanda. Jak to opisać? Walnąć popularnonaukowo czy z wątroby? Po prawdzie myślę, że Szaja i tak puści, w końcu rocznica. #szaja #smakksiazki

    Trochę się boję, że dziś człowiek w centrum, to norma. Ale nie taki człowiek witruwiański, tylko człowiek–algorytm. Że książki dogoniły trend zapoczątkowany przez Coca–Colę: by docierać przez emocje. Sądziłem, że to domena tylko kultury popularnej, ale patrząc na rankingi… Wiemy, że dziś nikt nie powie głośno: „w popie jest pewne niebezpieczeństwo, kryjcie się, to Gargamel!” Bo pop napędza sprzedaż, empikowe gale i zasięgi. Wydawcy naginają się na popularne tytuły, książki dostają okładki z plakatem filmowej ekranizacji i aktorami wcielającymi się w bohaterów, których dopiero miałem sobie dowyobrazić. „Nie trzeba, Truman, wszystko już dowyobrażono!” Nawet znajomy pisarz stwierdził niedawno, że „swojego sierściucha toleruje tylko przez jego zasięgi na instagramie”. Ostatecznie, wszystko się kręci. Tyrmand napisał kiedyś: „życie przypomina gówno na kole – raz jest na górze, a raz na dole”. #fame #cat #smellycat

    To samo miałem przy książce Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Chciałem napisać o nim szczery, prawdziwy tekst. Siebie usunąłem w cień, nawet tam, gdzie relacjonuję spotkanie Matthew i Rebeccą Tyrmandami, piszę bezosobowo. Nie wiedziałem czy biografowie tak robią, bo wszystkie inne biografie wpakowałem do kartonów i schowałem w piwnicy. Potem rozmawiałem z Przemkiem Semczukiem, tym, co „przyjaźni się” z seryjnymi zabójcami. Mówił, że uczestnictwo, to sól reportażu, że w pierwszej osobie zabierasz czytelników do środka. To samo Mariusz Szczygieł. Kiedy staliśmy na stoisku w Krakowie, przewertował przy mnie książkę Nie mai pokazał narracyjne sztuczki. Poczułem wrzenie pod czaszką. Czyli może jednak trzeba było inaczej? #inspiration #biopic

    Trębacka 5 – tu Tyrmandowie mieszkali przed wojną. Fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Przerwa w pisaniu. Dzwoni Szaja, że „na spokojnie, tekst na popołudnie”. Mamy się spotkać za kilka dni w Toruniu, ma przelotkę na targi w Gdańsku. Po prawdzie, muszę w końcu zapisać jego numer. Szczerze, po prostu zapominam! Wybacz, Adam, ale… #nieogarniam! A Tyrmand miał tylko stacjonarny i notes z numerami przy aparacie. Kiedy ktoś nie przychodził na umówione spotkanie, to skreślał jego nazwisko. #friends #celebra

    Forma tekstu się krystalizuje. Chajzer napisał dziś na Facebooku, że poprowadzi show Big Brothera. Wciąż lubimy podglądać? Sam nie wiem. Myślę o tym, w jakie narracje dziś wchodzimy i na ilu płaszczyznach. Na ubiegłorocznym festiwalu Granda poznałem Marcina Wrońskiego. Rozmowa szła na temat przyszłości gatunku. Gdy spytałem, w co przeewoluuje kryminał, odparł, że „będzie czymś innym, jakimś nowym otwarciem”. #orwell #innowacja

    Za radą Semczuka zabieram czytelników do środka. Mamy XXI wiek, może tak trzeba?

    Tyrmand podczytywał dzienniki Prousta i Tajemnice Paryża w czytelni na ulicy Niecałej. Jako dzieciak zaczytywał się we „Wiadomościach Literackich”. Na studia w Paryżu dostał się jednak nie dzięki pisaniu, a genialnym rysunkom. Dorabiał długo, jako dziennikarz. Pierwszą powieść wydał dopiero w wieku 35 lat i był to Zły. Mówili mu zawsze, że jest zdolnym dziennikarzem i się nie przeliczył. Pierwsza książka okazała się bestsellerem. #złyRLZ #debiut #wydawnictwoczytelnik

    Cofnijmy się do roku 2015. Miałem lat 31 i kilka lat w zawodzie dziennikarza za sobą. Pomysł biografii podsunął mi Bartek Janiszewski, który walczył podówczas z książką o Grzesiuku (Król życia).#ferajnaUsłuchałem go i z wydawcą dogadałem się w trymiga. „Jak zacząć?” – myślałem. #umowaO książce nie powiedziałem prawie nikomu i dłubałem ją długimi wieczorami, jak krzywe freski. Pisanie kosztowało dużo pokory wobec słowa. By tekst oddać na czas, zarwałem ostatnie kilkanaście nocy i odsprzedałem bilety na Polska–Niemcy na Euro 2016.#euro2016 #FIFA #nawałka Sądziłem, że jeśli nie wyrobię się przed terminem, biologicznie rzecz ujmując umrę. Stało się to dopiero, kiedy oddałem tekst, pisząc ostatnią partię od 6 rano w niedzielę do 11 w dzień w poniedziałek. Kawę zastąpiła adrenalina, gdy o 4 rano microsoft office wywalił plik i było blisko utraty 30 stron rozdziału. Po wysłaniu maszynopisu spałem dobę. Obudził mnie dźwięk Gmaila, pisał wydawca: „wszystko świetnie, ale zamiast pdf–a ze zdjęciami, poprosimy plik tekstowy bez fotografii”. Miałem wrażenie, że dostanę zaraz udaru. Kiedy się już wyspałem, a wydawca powiedział, że „dobra robota”, zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy. #warsztat #storytelling

    Pisząc książkę o Tyrmandzie, przewertowałem tony notatek i zapisków. Czymś, co przyszło do mnie z zaskoczenia, była bliskość czyjegoś, pisarskiego życia, gdy, jak w soczewce, zobaczyłem zmaganie tego faceta z losem. Walkę o swoje teksty i wyrywanie kawałka tortu, choć nie za wszelką cenę. Jego pierwsze artykuły sportowe. Nieudane wiersze spisane we Frankfurcie i powrót do Frankfurtu na łamach Filipa.Złegoz kolorytem Warszawy, którą kochał. Dziennik 1954, napisany w duchu orwellowskiego Roku 1984. Odwrót od obiecującego homary i dolary nowojorskiego establishmentu. Walkę o epikureizm w swojej publicystyce. W archiwach po Tyrmandzie są setki, tysiące tekstów. Codziennie wstawał o 6 rano i pisał, redagował, pisał i redagował – mimo, że Ameryka za zielone czeki chciała coś w zamian. Polityczną lojalność, którą odrzucił. #usa #fromherotozero Dbał o wizerunek, jedna z moich rozmówczyń nazywała go 'arbitrum eleganciarium’, ale na instragramie nie miałby zasięgów. Jego marynarka, koszula i skarpetki nie były bowiem facebookowym wcieleniem ani diariuszem przemian na talerzu. Ubierał się dla własnego poczucia godności.#fashion #ciuchy #różyc #bikiniarze #dżolerBywał, a i owszem, ale nie oznaczał się w postach, a jedynie zbierał skrzętnie bileciki i zaproszenia, potem gryzdał na nich notatki, sporo z nich przetrwało pół wieku w tyrmandowych pudłach.#notebook #dyletant Branża? Przyjaźnił się z pisarzami, z tymi, których szanował. Wielu przychodziło z nieetycznymi propozycjami, tłumaczyli się z życiowych wyborów, ich czoło pokrywał pot. Jest piękna scena w Dzienniku 1954,gdy siedzi na kolacji u Koźniewskich. I ci mówią mu, że chyba nie jest mu tak źle w tej komunie: ma koszulę przecież, marynarkę, coś tam pisze… W rzeczywistości wykrawał materiał z pleców koszuli i dosztukowywał u krawca kołnierzyk. Ubranie wciąż wyglądało, jak nowe, mimo, że dziura na plecach rosła. Gdyby Lolek miał w połowie lat 50. jakiś lemowski opton czy inny teleekran, napisałby na Facebooku, że „taka sytuacja”. #takasytuacja#tyrmand #prl #bida.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Podobnie Herbert. W latach 50. dorabia jako chronometrażysta w spółdzielni produkującej… budziki. #poezja#toughlife #pancogito

    Konwicki działa w zespole filmowym. Z Tyrmandem obaj wstają o świcie, piszą do 10, potem spotykają się na kawę, dyskutują o sztuce.#wniebowstapienie Są literatami, zgodnie ze słownikową definicją. Obaj pisywali sportowe kolumny, obaj do starości oglądać będą w telewizji tenisowe mecze, bo tylka ta dyscyplina przywoła im w pamięci olimpizm i ducha fair play. Piszą reportaże i scenariusze filmowe. To Konwicki pomaga Lolkowi w realizacji Naprawdę wczoraj, główne role zagrają Tyszkiewicz i Łapicki. #cinemagram

    Tyrmand albo Konwicki wiedzieli, że piszą, by ich czytano. Nie wiedzieli, co przyniesie przyszłość, tak, jak Baczyński nie wiedział czy wojna się skończy, a Tyrmand – czy komuna w Polsce upadnie. Pisali, bo tak im podpowiadało serce. Nie roili sobie nadziei, że kiedyś ktoś się dowie, jak to było naprawdę, a wtedy ich uhonoruje, nazwie ich imieniem jakiś pasaż czy ulicę. Nie liczyli na to – i na tym właśnie ich pisarskie życie polegało. Nie dzielili się swoją niedolą w trybie live. Żyli z tą niedolą, starali się ją akceptować i ubogacać nią duszę swoją oraz te czytelnicze. Była to, w gruncie rzeczy, bardzo samotna droga. Pozostawały tylko maszyny do pisania, cholernie ciężkie i bez baterii. Albo notesy i pióra, bez powerbanków. #reallife

    Leopold Tyrmand zmarł 19 marca 1985 roku w nieswoim domu, w Fort Myers na Florydzie. Złapał się za serce i runął na ziemię jak długi. Kilka lat później jego syn przechadzał się po Central Parku i zobaczył na straganie książkę ze swoim nazwiskiem. Był to Zły.#deathatflorida

    Badanie życia pisarza skłoniło mnie do zostania pisarzem. A jak zostać pisarzem?

    Po pierwsze, pisania nauczyć się trzeba tak, jak chodzenia. To drugie następuje mniej więcej po roku, a pisanie?.. Są podręczniki, które obiecują stworzenie książki w miesiąc. Ciasto z paczki też można wypiec w kwadrans, posypać brokatem i podać na złotej paterze… Pisarstwo nie obiecuje niczego, prócz bólu. Serca, wątroby lub mózgu – zależnie od usytuowania najwrażliwszych na egzystencję ośrodków nerwowych. I żadna aktywność na instagramie tego bólu nie uśpi. #nopainnogame

    Po drugie, życie pisarza nie jest usłane różami, a rachunkami, które wpycha pod drzwi nieprzychylny, niepisarski świat. Nikt pisarzowi nie powie, jak negocjować, jak niepodpalać się gonitwą, w którą wrzucają go społecznościowe media i wydawcy. „Czy da pan radę cztery książki w roku?”, pytają. Ale dlaczego miałbym „dać radę”? Dlaczego rzecz rozchodzi się wokół dawania rady, a nie dawania światu możliwie najlepszych, książkowych wypieków? Wokół pisarza wciąż toczy się wydawnicza gonitwa. Na rynek wchodzą nowi pisarze, wychodzą nowe książki. Gdzie wydać, kiedy wydać? Sami pisarze nawet mają problem z rozróżnieniem, co jest prawdą, a co nie. Siedzieliśmy swego czasu z Robertem Małeckim, dzieląc się swoimi perypetiami, aż w końcu obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

      • Żartujesz? – mówił. – U mnie było jeszcze gorzej!

      • Nieprawda, u mnie! – przekonywałem.

    Słupki, zasięgi, promocje, opinie, recenzje. Żeby wejść w rynek, trzeba wiedzieć dużo więcej, niż kiedyś. Brać na klatę, nie marudzić, przetrzymać. Nie wystarczy talent i miłość do książek. Choć bardzo bym chciał, żeby tak było. Nie obraziłbym się za powrót do czasów terkoczących maszyn do pisania. #publishers #share

    Po trzecie, życie pisarza nie polega na kawie z pianką każdego dnia, choć zasięgi to lubią. To raczej prokrastynacja, znana większości z nas albo desperacka próba wyrwania się z zaklętego kręgu domowizmy. Zaliczyłem wszystkie kawiarnie w moim Toruniu i wiem, że nie ma lepszego miejsca, niż biblioteka albo dom. Dom z wysłużonym fotelem, na którym napisałem trzy książki. Oparcie się siepie, kot zostawia kłaki. Na parapecie po roku hibernacji zakwitł nam hiacynt. Jest bliższy mojemu sercu, niż kwiaty ze wszystkich kawiarni świata. #workplace

    Po czwartek, życie pisarza nie polega też na ciągnięciu rozmów na Facebooku, bo nie z ich powodu pisarz jest pisarzem, choć bardzo to lubi robić, bo nie musi wtedy pisać. Ci, co ich stać, mają swoich ludzi od social mediów, ale się do tego nie przyznają. Czemu nie piszemy do swojego fryzjera czy hydraulika. Powinniśmy! Jestem przekonany, że ci majstrzy mają o wiele więcej do powiedzenia o życiu, niż niejeden z nas. Oni znają sól życia! #lifeislife

    Pasaż Tyrmanda w Warszawie, fot: Marcel Woźniak

    Miało być o Tyrmandzie, a zrobiłem jak Kapuściński. Był w tym jednak pewien trick. Czy gdyby dziś konta w mediach społecznościowych miał Leopold Tyrmand, wrzucałby zdjęcie z Kawiarni u Literatów, oznaczając na fotce Konwickiego i Herberta? #writerslife

    W ich czasach pisarskie życie wpozostało niedostępne dla czytelników. Był zatem nimb wielkiej pani autor i pana autora, obiektów szacunku i westchnień. I był też samotny pan autor i pani autorka klepiący biedę, kruszący ostatne suchary na stosie niesprzedanch rękopisów. Pisarskie życie objawiało się więc po prostu w obranej przez pisarza drodze. Ta droga nie skadała obietnic, prócz tej jednej, że będzie się przed pisarzem wiła i spływała atramentem. Widać to bardzo na łamach Dziennika 1954.#journey #pisanie #dziennik1954

    Siedzę dziś w tej kawiarni z premedytacją, za oknem już pociemniało, sąsiad z wielkim łokciem zniknął. Chciałem patrzeć na Plac Trzech Krzyży i myśleć o Tyrmandzie, wyobrażać sobie, że przechodzi za oknem. Co by powiedział na darmowe wifi? #hotspot

    Przed wyjściem, wyjmuję z plecaka biografię Tyrmanda i piszę dedykację dla tych, którzy tu kiedyś wejdą i usiądą nad kawą z pianką. W środku jest wskazówka, jak trafić do Pasażu Tyrmanda i czemu Plac Trzech Krzyży. Obsługa lokalu jest zaskoczona. Dodaję pytanie o media społecznościowe, może jakiś pościk… Niestety, fanpage idzie centralnie, to sieciówka. Zostawiam książkę na półce.#nerocoffee #plactrzechkrzyzy

    Szaja dzwoni. Obejrzał nagranie z kawiarni, wrzuci zapowiedź na Facebooka. Żaden z nas nie jest kotem akceptowanym za robienie zasięgów, ale jaramy się książkami. #PR

    Do Torunia dojeżdżam o 23:01.

    Co tak patrzysz? – pyta moja narzeczona, gdy od pół godziny wlampiam się bez ruchu w ekran.

    A wiesz, chciałem mieć taki pisarski look. Ja, zamyślony nad książką…

    Acha, acha. Myślałam, że po–pro-stu myślisz nad czymś, niepisarsko – mówi z uroczą kpiną. – Teraz mam pełen obraz.

    Śmiejemy się chwilę. Bliskie osoby najlepiej wiedzą, jak się żyje z pisarką czy pisarzem. Mają też wpływ na jego głowę, temperują go. Mogłyby powiedzieć „wziąłbyś się do jakiejś roboty”. Ale zamiast tego wspierają i wierzą. Jak czytelnicy, tylko, że bardziej. No i czytają, jako pierwsi.#koszmar #misery

    Idę ze śmieciami. Po napisaniu tego zdania nie wierzę, że napisałem je w felietonie. No więc, śmietnik. Ostatni łyk powietrza przed powrotem nad klawiaturę. Mam opowiadanie do wykończenia. A może ono ma mnie?..

    Wracam. Siadam. Już 19 marca, rocznica śmierci Lolka. Jego syn, Matthew, przesłał pozdrowienia z plaży na Florydzie. Fort Myers jest niedaleko stamtąd.

    Kawa grzeje się w termicznym kubku. Dysk szumi. Hiacynt rośnie. Kot przejmuje kontrolę nad światem. Jeszcze tysiąc znaków i spać, jeszcze tylko jeden trup na kartce. Żeby być pisarzem bowiem – jak mówi mistrz Stephen King – trzeba czytać i pisać. Tylko czemu doba jest tak krótka? #read #write

    #autor

  • Jestem Matthew, syn Leopolda Tyrmanda

    Gdy pisałem biografię Leopolda Tyrmanda, cały czs powtarzał: pisz jak było. Przed państwem Matthew, syn Leopolda, który najwięcej o ojcu dowiedział się z Dziennika 1954.

    Znaleźliśmy się na Facebooku w 2008 roku. Czytałem wtedy Złego, gdy Matt mignął mi w sieci.

    – Hej. Jestem wielkim fanem książek twojego ojca – napisałem.

    – To wspaniale! – odpisał.

    Nie przypuszczałem wtedy, że osiem lat później będziemy w zaśnieżonym Nowym Jorku wertować papiery jego ojca. Gdy powstawała książka Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie, zawsze był pomocny. Nic dziwnego – to dzięki jego aktywności wznowiono książki i uregulowano kwestię zagranicznych wydań. Trochę bałem się jednak tej zażyłości – bo co, jeśli znajdę coś niewygodnego w historii Leopolda?

    – Pisz, jak było – odparł bez wahania.

    W dwa lata od wydania książki, zgodził się na szybką rozmowę dla smakksiazki.pl.

    Marcel Woźniak: Kiedy się zorientowałeś, że twój ojciec, no wiesz, był znanym gościem?

    Matthew Tyrmand: Miałem wtedy z 10 lat, chodziłem do czwartej klasy podstawówki. Przyjechała do nas polska telewizja, na Brooklyn.

    Tam, gdzie dorastałeś, gdy wyjechaliście z Rockford. To był film dokumentalny o Leopoldzie Tyrmandzie?

    Tak. Rozmawiali dość szczegółowo z moją mamą (Mary Ellen Tyrmand – przyp. M.W.). Moja siostra (bliźniaczka Rebecca – przyp. M.W.) i ja znaleźliśmy się w czołówce nagrania. Kazali mi grać na trąbce…

    Wyszło ci całkiem nieźle!

    Żartujesz? Wyszło potwornie! (śmiech) Na szczęście, ten materiał przepadł w odmętach przeszłości (śmiech). Po tej historii zakiełkowała mi jednak myśl, że gdzieś tam w Polsce faktycznie mają mojego ojca za intelektualistę, artystę i człowieka, który pisał o polityce.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Wspominałeś mi raz, jak na ulicznym straganie wypatrzyłeś książkę ojca. Pamiętasz tytuł?

    To były Zapiski dyletanta. Znałem już wtedy trochę, sporo tytułów mieliśmy na półkach w domu. Ale tak, to było naprawdę cool… Oczywiście, w jakimś małym wymiarze. To było miłe pomyśleć, że wciąż ma jakichś odbiorców. To było niedługo przed tym, jak wróciła moda na niego.

    Wkrótce „Tyrmand przyjechał do Polski”, to było dekadę temu. Wiele osób napisało wtedy do ciebie, zapychając ci skrzynkę na Facebooku. Byłem jedną z nich! (śmiech)

    Social media! (śmiech) To była naturalna kolej rzeczy. Wiesz, to ten wspaniały potencjał social mediów, że możesz dotrzeć po prostu do kogokolwiek na świecie. A ja bardzo przeżywałem te wszystkie rozmowy z nowymi ludźmi, cieszyłem się. Inna sprawa, że to chyba ja więcej się dowiedziałem od nich, niż odwrotnie.

    O ojcu?

    O Polsce! Do dziś wielu z poznanych wówczas ludzi, to moi przyjaciele. Niektórzy opowiadają mi, co się dzieje w Polsce zza kulis. Zobaczyłem z bliska politykę i też rozumiem teraz więcej. I… o, kurde (ten zwrot mówi po polsku – przyp. M.W.).

    Co się zmieniło przez te lata? Mam na myśli to, co mówimy o Tyrmandzie.

    Tyrmand przeszedł długą drogę. Od lat 50., gdy po tym, jak był znany i wydawany, ocenzurowano go. Następnie jego książki krążyły po czarnym rynku. Potem przyszły lata 90. i ta popularność rosła – aż do teraz. Myślę, że byłby podekscytowany tym, jak jego książki radzą sobie na wolnym rynku. Na przełomie stuleci o Tyrmandzie mówiło się głównie od lewicowej strony, jako o liberale i rewolucjoniście. O jego etapie życie w USA, gdy był konserwatywnym antykomunistą, milczano. Dziś się to zmienia. Myślę, że miałem w tym udział, by zaczęto dostrzegać także jego filozofię i sposób myślenia z Ameryki. Teraz obraz jest spójny.

    Istotnie, Leopold Tyrmand przestał być tylko „barwnym ptakiem PRL”.

    Dziś jest rozpoznawalny, jako niezwykły intelektualista i pisarz, który opowiadał o systemie i rozterkach egzystencjalnych. O wolności jako takiej, o cenzurze, możliwościach życia. Ilu pisarzy z XX wieku było na tyle nieustępliwych?

    Widać to zwłaszcza w Dzienniku 1954.

    Czytając jego zapiski widzimy bardzo wyraźnie, z czym zmagali się emocjonalnie wolnomyśliciele i intelektualiści w tamtych czasach. To nauczka dla nas wszystkich, by nigdy ponownie nie stworzyć takiego świata, jaki – bardzo dokładnie – opisywał. Myślę, że Polacy, tak jak inne narody ze środkowo-wschodniej Europy, wyciągnęły lekcje z przeszłości.

    Matthew Tyrmand

    CzyDziennik 1954,to twoja ulubiona książka? Pamiętam, że widziałem cały stos u ciebie w mieszkaniu. Powiedziałeś wtedy, że dajesz ją często ludziom, by zrozumieli, jak wyglądał komunizm.

    To w niej najbardziej odkryłem i zrozumiałem mojego tatę, czytając jego rozważania i monologi. Książka poruszyła mnie tak mocno, jak tylko książka może poruszyć. Zrozumiałem też, czego od niego mogę się uczyć. Tak, spotkanie z dziennikiem,to niezwykłe dla mnie doświadczenie.

    Jest wciąż wiele jego anglojęzycznych tekstów nieznanych polskiemu czytelnikowi.

    Tak, przede wszystkimThe Media Shangri-La, teksty dla „The New Yorker” z końca lat 60., artykuły na temat polityki, społeczeństwa i kultury z „Chronicles of Culture”, gdy był redaktorem magazynu, aż do śmierci w 1985 roku. Okazuje się, że miał trafne diagnozy na temat komunizmu, kapitalizmu i popkultury.

    Nie tylko zająłeś uporządkowaniem spraw wydawniczych. Masz też udział w ekranizacji Złego. Kiedy zobaczymy ten film?

    W setną rocznicę urodzin mojego ojca czyli roku 2020, roku Leopolda Tyrmanda oczywiście! (Sejm w styczniu tego roku uchwalił rok 2020 oficjalnym rokiem L. Tyrmanda – przyp. M.W.). To dobry moment na to. I będzie zrobione z rozmachem. Zły, to niesamowita historia, porywająca dla każdego. A zwłaszcza dla Polaków.

    Jeśli o książkach Tyrmandów mowa… Masz na koncie dwie pozycje: Jestem Tyrmand, syn Leopolda oraz Patrzeć jak świat płonie. Szykujesz coś?

    Może coś w rodzaju abecadła? Abecadła Tyrmanda. Ten pomysł będzie musiał jednak trochę poczekać. Gdybym napisał wszystko, co myślę na temat ludzi, których poznałem, zwłaszcza polskich polityków… Szczerze? Książka chyba byłaby ciężka, niż Abecadło Kisiela(Stefana Kisielewskiego – przyp. M. W.).Przysporzyłbym sobie o wiele więcej wrogów, niż mam teraz. Póki co, powinienem chyba trzymać język za zębami! (śmiech)

    Dzięki za rozmowę!

    Dziękuję również. Pozdrawiam czytelników smakksiazki.pl!

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    —-

    Podróżowaliśmy z Leopoldem Tyrmandem przez ostatnie dziesięć tygodni. Jego życie przeglądaliśmy, jak mgnienia z kalejdoskopu. Stąd nazwa: model do składania. Życzę nam wszystkim wielu powrotów do tej barwnej biografii. Jawi się ona, niczym barwny album życia – życia o smaku książek.

    Marcel Woźniak