Tag: chris carter

  • „Utraciłem wszystko. Chciałem odebrać sobie życie”. Rozmowa z Chrisem Carterem

    Zaczynamy od „Genesis” – najnowszej książki Chrisa Cartera. Jest w niej jednak tyle bólu, cierpienia i mroku, że nasza rozmowa schodzi na życie autora. Od jakiegoś czasu mówi w wywiadach, że w tragicznych okolicznościach stracił swoją partnerkę. Poruszamy więc też bardzo trudne tematy. Autor opowiada także o ludziach, którzy piszą do niego wiadomości, w których dziękują za uratowanie życia. Przeczytajcie „Genesis”, gdzie Robert Hunter znów musi zmierzyć się z seryjnym mordercą. Obejrzyjcie też naszą rozmowę, która momentami jest strasznie smutna, ale w ogólnym rozrachunku daje nadzieję. Mam nadzieję. 

  • Przedpremierowy fragment „Polowania na zło” Chrisa Cartera!

    Nie wiem jak Państwo, ale ja lubię ten okres oczekiwania na książki Chrisa Cartera. Niby już za moment, ale jednak jeszcze chwila. Na szczęście jest Internet i przy kawie możecie narobić sobie jeszcze większego smaka na „Polowanie na zło”. Poniżej macie przedpremierowy fragment, a premiera już 15 kwietnia. Pewnie wtedy też będziemy siedzieć w domach i rozmyślać nad tym, kiedy wirus sobie pójdzie. Książkę możecie kupić klikając w okładkę zamieszczoną w tekście, albo tutaj (klik). No to nie przeszkadzam, miłej lektury, uważajcie na siebie, oddaję Was w ręce Roberta Huntera. 

    Jeden

    Tego ranka Jordan Weaver potrzebował dokładnie dwudziestu ośmiu minut i trzydziestu jeden sekund, aby przebyć czternaście i pół kilometra dzielące jego dom od miejsca pracy, czyli o jakieś dwanaście minut więcej niż zwykle. Wszystko przez zepsutą ciężarówkę, która częściowo blokowała jeden ze zjazdów z autostrady numer 58. Zaparkowanie samochodu i dotarcie od parkingu do wejścia dla personelu kosztowało go następną minutę i dwadzieścia dwie sekundy. Przebrnięcie przez ochronę, odbicie karty, pozostawienie torby w szafce i szybka wizyta w toalecie zajęły osiem minut i czterdzieści dziewięć sekund. Nalanie kawy z ekspresu i spacer korytarzem prowadzącym do stróżówki to kolejna minuta i dwadzieścia siedem sekund. To oznaczało, że Jordan Weaver – strażnik skrzydła szpitalnego w więzieniu federalnym w Wirginii – potrzebował czterdziestu minut i ośmiu sekund, aby pokonać dystans dzielący jego dom od najgorszych chwil jego życia.

    Gdy Jordan wyszedł zza rogu i spojrzał na znajdującą się przed nim stróżówkę, poczuł ucisk w gardle, serce zaś zaczęło mu bić znacznie szybciej. Kwadratowe pomieszczenie z dużymi kuloodpornymi szybami nigdy, przenigdy, nie pozostawało bez nadzoru. Tymczasem teraz nie widział nikogo w środku. To pierwsza rzecz, która go zaniepokoiła. Druga to antywłamaniowe drzwi, które stały otworem, co stanowiło ogromne naruszenie regulaminu. Przeraził się jednak, upuścił kubek z kawą i zaczął się modlić do Boga, aby wszystko było tylko snem, dopiero na widok plam i smug krwi, które dostrzegł na jednej z szyb.

    – Nie, nie, nie… – Jego słowa stawały się coraz głośniejsze, gdy przechodził od marszu do najszybszego sprintu. Z każdym krokiem wielki pęk kluczy, wiszący u jego pasa, obijał się z brzękiem o prawe udo.

    Strażnik dopadł do wejścia w ciągu dwóch sekund. Wówczas koszmar stał się rzeczywistością.

    Na podłodze stróżówki w ogromnej kałuży krwi leżeli Vargas i Bates. Ich odrzucone do tyłu głowy ukazywały straszliwe rany: głębokie rozcięcia biegnące przez całą szerokość szyi. Zarówno żyła szyjna wewnętrzna, tętnica, jak i krtań zostały rozpłatane.

    – O kurwa!

    Na drugim końcu pomieszczenia znajdował się pielęgniarz Frank Wilson – dwudziestoczteroletni Azjata, który niedawno ukończył Uniwersytet Old Dominion w Norfolk. Jego ciało spoczywało na obrotowym fotelu. Gardło poderżnięto mu z taką gwałtownością, że niewiele brakowało, aby doszło do dekapitacji. W przeciwieństwie do dwóch martwych strażników, mężczyzna miał otwarte, pełne przerażenia oczy. Wydawało się, że wpatruje się prosto w Jordana i nawet po śmierci nadal błaga o pomoc. Cała trójka została rozebrana do bielizny. Broń funkcjonariuszy również zniknęła.

    – Jezu Chryste! Co się tutaj stało?

    Roztrzęsiony Weaver przeszedł nad ciałem Vargasa, aby dotrzeć do panelu kontrolnego i włącznika alarmu. Gdy uderzył w niego otwartą dłonią, całą placówkę wypełnił ogłuszający ryk syren.

    W zachodnim skrzydle szpitalnym znajdowało się osiem cel. Zgodnie z dokumentami obecnie zajęta była tylko ta z numerem jeden. Strażnik natychmiast spojrzał na ekrany zbryzganych krwią monitorów – dokładniej mówiąc, na ten znajdujący się na samym końcu po lewej.

    Cela była pusta. Drzwi otwarte na oścież.

    – Kurwa, kurwa, kurwa!

    Weaver poczuł, jak miękną mu nogi. Pracował jako strażnik w skrzydle szpitalnym od dziewięciu lat, w tym czasie nie uciekł ani jeden więzień.

    – Kurwa! – wrzasnął na całe gardło. – Jak to się stało, do ciężkiej cholery?

    Ponownie rozejrzał się po stróżówce. Nigdy jeszcze nie widział tyle krwi. To więzienie o zaostrzonym rygorze, ale w ciągu tych dziewięciu lat nie zginął żaden ze strażników.

    – Kuuuuurwa!

    Nagle Jordan zamilkł, jego mózg zarejestrował coś, co wcześniej mu umknęło.

    We wnętrzu uchylonej szuflady mrugało blade, białe światło.

    – Co jest?

    Ponownie musiał przestąpić nad ciałem Vargasa. Poślizgnął się w kałuży krwi, instynktownie wyciągnął przed siebie ręce, próbując się czegoś chwycić. Lewa dłoń nie napotkała nic na swojej drodze. Natomiast prawa zacisnęła się na uchylonej szufladzie. Starał się stanąć prosto, ale znowu się poślizgnął. Przytrzymał się szuflady, otwierając ją przy okazji do końca.

    Nawet przez głośny ryk syren do jego uszu doleciało dziwne kliknięcie.

    To ostatni dźwięk, jaki usłyszał, zanim jego głowa eksplodowała, stając się mieszaniną krwi, kości i substancji szarej.

    Dwa

    NCAVC, czyli Narodowe Centrum ds. Analizy Przestępstw z Użyciem Przemocy, to specjalistyczny departament FBI, powołany w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku, chociaż oficjalnie funkcjonował od czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego. Jego podstawowym zadaniem było wspieranie policji i pozostałych służb w dochodzeniach w niezwykłych lub powtarzających się przestępstwach, nie tylko w kraju, ale i na całym świecie.

    Adrian Kennedy, dyrektor tej jednostki, koordynował większość jej działań z kwatery głównej, mieszczącej się w akademii FBI niedaleko miasta Quantico w Wirginii, albo ze swojego przestronnego biura położonego na najwyższym piętrze słynnego budynku J. Edgara Hoovera w Waszyngtonie. Jednak zrządzeniem losu, gdy tego poranka zadzwoniła jego komórka, Adrian nie przebywał w żadnym z tych dwóch miejsc. Przyleciał do Los Angeles, aby zakończyć prowadzone wspólnie z lokalną policją śledztwo w sprawie seryjnego mordercy.

    – Pogrzeb agenta specjalnego Larry’ego Williamsa odbędzie się w Waszyngtonie za dwa dni – oznajmił Hunterowi i Garcii. Jego głos z natury był zachrypnięty, ale całe dekady palenia tytoniu jeszcze spotęgowały ten efekt. Teraz dodatkowo brzmiało w nim zmęczenie. – Pomyślałem, że może chcielibyście przyjechać.

    – Załatwimy co trzeba i stawimy się – odpowiedział Robert. Sprawiał wrażenie równie zmęczonego. Wyraźne worki pod oczami zdradzały, jak mało spał w ostatnich dniach.

    Carlos pokiwał głową.

    – Na pewno przyjedziemy. Williams był świetnym agentem.

    – Jednym z moich najlepszych – przytaknął smutno Adrian. – Przyjaźniliśmy się.

    – Praca z nim była zaszczytem – dodał Hunter.

    Dyrektor FBI zamilkł, wpatrując się w dal, jakby intensywnie nad czymś myślał. Wówczas poczuł telefon wibrujący w jego kieszeni. Uniósł palec wskazujący lewej dłoni, dając detektywom znak, żeby zaczekali chwilę, po czym odebrał połączenie.

    – Adrian Kennedy – rzucił do słuchawki, a następnie słuchał przez moment. Po chwili na jego twarzy odmalowało się kolejno zdziwienie, niedowierzanie, a na koniec osłupienie.

    – Co masz na myśli, mówiąc „zniknął”?

    Te słowa sprawiły, że obaj mężczyźni spojrzeli na niego z wyczekiwaniem.

    – Kiedy to się stało? – Cień obawy pojawił się w głosie Kennedy’ego.

    – Co się dzieje? – zapytał Garcia.

    Dyrektor na migi pokazał, aby mu nie przerywali.

    – Jak, do ciężkiej cholery, to w ogóle możliwe? – Mówiąc to, wzruszył ramionami. Niepokój w jego głosie zamienił się w gniew. – Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to miało być więzienie o zaostrzonym rygorze, prawda?

    – …

    – W jaki sposób więzień takiej placówki mógł sobie wyjść na wolność z pilnie strzeżonego budynku, przekroczyć bramy i wszystkie punkty kontrolne, i nikt go po drodze nie zatrzymał? Co to za cyrk?

    – …

    – Przepraszam, gdzie go przeniesiono? – Wściekłe spojrzenie Kennedy’ego napotkało zaniepokojony wzrok Huntera.

    – …

    – Mimo wszystko ochrona powinna… – Adrian urwał w pół zdania. – Ilu strażników zabił?

    Gdy usłyszał odpowiedź, przytknął dłoń do czoła i zaczął masować skronie kciukiem i palcem wskazującym.

    – Pułapka w stróżówce? – Otworzył szeroko oczy. – Jakim cudem ją tam umieścił? I z czego ją zrobił?

    – …

    – Jak, na litość boską, dostał…? – Ponownie przerwał, zdając sobie sprawę, że pytania „jak” nie mają już żadnego sensu. – Dobra. Natychmiast wydajcie ogólnokrajowy list gończy. Natychmiast, rozumiemy się? Ma dotrzeć do każdego komisariatu, nieważne jak małego. Wszyscy mają się tym zająć. Poinformujcie też Departament Sprawiedliwości, że poszukiwania zbiega będą koordynowane nie tylko przez szeryfów federalnych, ale także przez FBI. Chcę dostać nazwisko naczelnika więzienia. Ktoś beknie za tę niekompetencję. Możesz być pewien… Jest jeszcze coś? Co niby jeszcze może być?

    Słuchał w milczeniu przez dłuższą chwilę.

    – Czekaj, czekaj – przerwał w końcu rozmówcy. – Musisz mi to powtórzyć. Zrób głęboki wdech, uspokój się i powiedz jeszcze raz, ale powoli.

    Kennedy zerknął na Huntera, na jego twarzy odmalował się ból.

    – Jesteś pewny? – zapytał. – W porządku. – Wydawał się pokonany. – Wyślij mi zdjęcie, jako potwierdzenie. Teraz, słyszysz?

    – …

    – Tak, teraz.

    Adrian się rozłączył, żeby nie rzucić telefonem o ścianę, głęboko nabrał powietrza i trzymał je w płucach tak długo, jak tylko mógł.

    – Co się stało? – zapytał z niepokojem Robert.

    Brak odpowiedzi.

    – Adrian. Co, do cholery, się stało?

    Gdy mężczyzna w końcu na niego spojrzał, miał pustkę w oczach, wyglądał na zagubionego. Detektyw dostrzegł w nich coś jeszcze, ale nie potrafił tego zidentyfikować.

    – Zniknął – odpowiedział Kennedy. – Uciekł. Wyszedł z więzienia federalnego o zaostrzonym rygorze, zupełnie jakby nikt go nie pilnował. Zabił po drodze trzech strażników i dwóch sanitariuszy.

    – Kto uciekł? – dociekał Garcia. Był wyraźnie zdezorientowany. – Na pewno nie morderca, którego właśnie złapaliśmy. Nie został jeszcze skazany, zatem nie mógł trafić do więzienia federalnego, chociaż bez wątpienia to nastąpi.

    – Nie, to nie jest morderca, którego właśnie złapaliście – potwierdził Adrian.

    – No to kto to jest?

    Dyrektor FBI popatrzył na Huntera. Robert ponownie zauważył coś w jego spojrzeniu, tym razem udało mu się to jednak rozpoznać. Mężczyźnie było przykro. W jego oczach kryła się swego rodzaju prośba o wybaczenie.

    Detektyw poczuł ucisk w żołądku. Nie musiał pytać. Doskonale wiedział, czyje nazwisko zaraz padnie.

    Carlos z kolei nie miał zielonego pojęcia, o kim mówi Kennedy, ale uchwycił nieme porozumienie pomiędzy nim a swoim partnerem.

    – Kto uciekł? – naciskał dalej.

    – Lucien – oznajmił w końcu Adrian.

    – Lucien? – Garcia wodził wzrokiem po obu rozmówcach. – Jaki Lucien?

    Hunter otworzył oczy, ale się nie odezwał. Dyrektor podjął się wyjaśnienia.

    – Lucien Folter.

    Gdy wypowiedział te słowa, postawa Roberta uległa zmianie: teraz sprawiał wrażenie udręczonego.

    Carlos nigdy jeszcze nie widział swojego partnera w takim stanie. Gdyby nie znał go tak dobrze, uznałby, że ten się boi.

    – Kim, do jasnej cholery, jest Lucien Folter?

    Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Trzy

    Robert był jedynakiem, jego rodzice należeli do klasy średniej. Mieszkali w Compton, dość ubogiej dzielnicy w południowej części Los Angeles. Jego matka przegrała walkę z rakiem, kiedy miał zaledwie siedem lat. Ojciec nie ożenił się ponownie i musiał pracować na dwa etaty, żeby dać radę samotnie wychować syna. Od najmłodszych lat było oczywiste, że Hunter jest inny niż rówieśnicy. Wyciągał wnioski szybciej od pozostałych dzieci. Szkoła go nudziła i frustrowała. Rozwiązał wszystkie zadania z podręczników do szóstej klasy w mniej niż dwa miesiące, więc żeby się czymś zająć, przerobił następnie materiał siódmej, ósmej i dziewiątej klasy. Wówczas dyrektor szkoły skontaktował się z Komisją Edukacji w Los Angeles i po całym szeregu testów i egzaminów, w wieku dwunastu lat, Robert dostał stypendium w szkole dla uzdolnionych Mirman. Gdy miał czternaście lat, ukończył już program z angielskiego, historii, matematyki, biologii i chemii. Czteroletnie liceum udało mu się skończyć w dwa lata i w wieku piętnastu lat opuścił szkołę z wyróżnieniem. Otrzymawszy rekomendacje od wszystkich nauczycieli, Hunter został przyjęty „na szczególnych warunkach” na Uniwersytet Stanforda. Co prawda Robert był przystojnym chłopakiem, ale jego młody wiek, niezwykle szczupła budowa ciała i nietypowy styl sprawiły, że dziewczyny się nim w ogóle nie interesowały, natomiast stał się łatwym celem dla szkolnych osiłków. Nie garnął się do sportu, wolny czas wolał spędzać w bibliotece, niezwykle szybko pochłaniając książki z mnóstwa różnych dziedzin. Właśnie wtedy odkrył w sobie fascynację kryminologią i procesami myślowymi tych, których nazywamy „złymi”.

    Utrzymanie najwyższej średniej na studiach nie stanowiło dla niego problemu, w przeciwieństwie do nawiązywania relacji z innymi. Szybko miał dosyć tego, że silniejsi nim pomiatają, biją i nazywają „wykałaczką”. Za radą przyjaciela zapisał się na siłownię i na zajęcia walki wręcz. Nie przejmował się fizycznym wyczerpaniem, ćwiczył niczym profesjonalny kulturysta. Rok intensywnych treningów przyniósł widoczne efekty: jego ciało stało się znacznie bardziej umięśnione. „Wykałaczka” przeistoczył się w wysportowanego chłopaka, który w niecałe dwa lata uzyskał czarny pas w karate. Zaczepki osiłków ustały, przyciągnął też uwagę dziewcząt.

    W wieku dziewiętnastu lat Hunter uzyskał tytuł magistra psychologii – summa cum laude – cztery lata później został zaś doktorem kryminalnej analizy behawioralnej i biopsychologii. Dzięki jednemu z profesorów jego praca doktorska zatytułowana Zaawansowane badania psychologiczne nad działalnością kryminalną stała się materiałem obowiązkowym w akademii FBI w Quantico w Wirginii.

    Zaledwie dwa tygodnie po uzyskaniu doktoratu cały świat Roberta legł w gruzach po raz drugi.

    Od trzech i pół roku jego ojciec pracował jako ochroniarz w Bank of America na Avalon Boulevard. Podczas napadu został postrzelony w klatkę piersiową. Operowano go przez kilka godzin, po czym zapadł w śpiączkę. Nic więcej nie dało się zrobić. Można było tylko czekać.

    Zatem Robert czekał. Siedział u boku ojca i patrzył, jak jego stan stopniowo się pogarsza. Po dwunastu tygodniach zmarł. Ten czas odmienił Huntera. Mógł myśleć tylko o zemście. Kiedy policja powiedziała, że nie mają żadnego podejrzanego, do Roberta dotarło, że morderca ojca nie zostanie złapany. Poczuł się całkowicie bezsilny, to z kolei przepełniło go wściekłością. Po pogrzebie doszedł do wniosku, że studiowanie umysłów przestępców to za mało. Zawsze będzie za mało. Musiał zacząć ich ścigać osobiście.

    Po dołączeniu do policji Hunter błyskawicznie awansował: został najmłodszym detektywem w historii Los Angeles. Szybko przeniesiono go również do sekcji specjalnej wydziału zabójstw, która zajmowała się wyłącznie sprawami seryjnych morderców, wymagającymi znacznych nakładów pracy i wiedzy eksperckiej. Jeśli chodziło o morderstwa, Los Angeles to zupełnie niezwykłe miejsce. Nie ma drugiego takiego na całym świecie. Z jakiegoś powodu przyciągało, a być może nawet i rodziło szczególny rodzaj psychopatów, co z kolei skłoniło burmistrza i samą policję do stworzenia jeszcze bardziej elitarnej jednostki wewnątrz sekcji specjalnej. Przestępstwa, które cechowała przytłaczająca wprost dawka sadyzmu i brutalności, oznaczano jako „szczególnie okrutne”. Robert dowodził jednostką, która przejmowała takie właśnie sprawy. W swoim życiu widział więcej okropieństw niż jakikolwiek inny policjant… kiedykolwiek. Nic go nie przerażało ani nie szokowało. Dlatego Garcia był tak zaskoczony.

    – Kim, do cholery, jest Lucien Folter? – zapytał ponownie, zerkając na Kennedy’ego i Huntera.

    Żaden z nich nie spojrzał mu w oczy.

    – Robert. – Tym razem ton Carlosa przypominał ton ojca dyscyplinującego nieposłuszne dziecko. – Kim, do cholery, jest Lucien Folter?

    – Mówiąc w skrócie…

    Hunter popatrzył w końcu w oczy partnera, jednak odpowiedź nadeszła od Adriana. Jego głos brzmiał jeszcze bardziej złowieszczo niż przed chwilą.

    – Lucien Folter to…

    Garcia odwrócił się do niego.

    – …zło w ludzkiej postaci.

  • Czy Robert Hunter zginie? Możliwe!

    Tytuł może Was zaskakiwać, jednak taka jest prawda. Autor przyznał, że dopuszcza taką możliwość. Nie zdradził, w której książce, ani nawet, czy w ogóle to się stanie, ale sam fakt, że to rozważa, może być ciosem dla fanów detektywa. Jest też inna opcja, o wiele bardziej humanitarna. Jaka? Dowiecie się z rozmowy. Chris Carter opowiedział też, że przy pisaniu „Galerii umarłych” miał w głowie pewną scenę jeszcze z czasów, kiedy był psychologiem policyjnym. Łapcie naszą rozmowę, którą nagrywaliśmy w uroczej scenerii warszawskiej Pragi. Zostaliśmy też zaatakowani, ale na szczęście, wszystko dobrze się skończyło 😉

  • Obszerny fragment „Galerii umarłych” Chrisa Cartera!

    Emocje już powoli opadają. Chris Carter przyjechał, zrobił furorę, po czym poleciał dalej. Dwa spotkania, kilkaset autografów oraz zdjęć, dwa spadające z kamienicy na Pradze kamienie – to skrótowy bilans wizyty brazylijskiego pisarza w Polsce. Miałem przyjemność prowadzić warszawskie spotkanie, na którym, a właściwie, przed którym, wykupiliście wszystkie książki. Nie dla wszystkich starczyło, ale…Wtedy wchodzę ja, cały na biało 😉 Mam dla Was baaaaaaardzo obszerny fragment „Galerii umarłych”. Wystarczy tylko kliknąć i zatopić się w lekturze blisko czterdziestu stron. Książkę znajdziecie w księgarniach już od najbliższej środy, ale jeśli chcielibyście narobić sobie apetytu w trakcie świąt, to śmiało, częstujcie się. Zamiast sernika 😉 Kliknijcie TUTAJ 😉 Jeśli natomiast chcecie kupić, to kliknijcie w okładkę. Wiadomo, jedno nie wyklucza drugiego 🙂 

     

     

  • O liście, który może pomóc

    To będzie krótka historia pewnego listu, który najpierw wzbudzał kontrowersje, a finalnie może pomóc. Inaczej. Wy możecie pomóc. Pamiętacie list otwarty, który Jakub Ćwiek napisał do Remigiusza Mroza? Część z Was pewnie tak, ale jeśli jednak nie, to przeczytajcie (klik). Po tym tekście w sieci zawrzało, komentowali go obrońcy Mroza oraz sympatycy Ćwieka. O liście napisało sporo portali, temat żył jeszcze przez dłuższy czas. Dlaczego o tym przypominam?

    Dlatego, że później Remigiusz Mróz wysłał Kubie książkę z dedykacją. Tak, tę na zdjęciu poniżej.

    Dla Kuby z wyrazami miłości (raczej mroźnej niż gorącej)”. No i podpis Remka. Jak doskonale wiecie, zbliża się 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc Kuba zdecydował się przekazać tę książkę na aukcję. Mam nadzieję, że zarówno fani Mroza, jak i nienawidzący Ćwieka wzniosą się ponad podziały i tym razem ramię w ramię pomogą potrzebującym. Chcecie licytować? Kliknijcie tutaj.

    Przypomnę tylko, że wciąż trwają inne aukcję pod szyldem smakksiazki.pl. Cena tarczy z autografem Chrisa Cartera przekroczyła już 100 złotych (klik), książki „Opowiem Ci o zbrodni” z autografami autorów – 80 złotych (klik), a przekazanego przez Przemka Semczuka egzemplarza „Wampira z Zagłębia” z autografem i dedykacją dla zwycięzcy – 81 złotych (klik).

    To nie koniec, bo wkrótce pojawią się kolejne aukcje – gigantyczna okładka książki podpisana przez Cezarego Łazarewicza oraz…niech to na razie pozostanie tajemnicą.

  • Lepiej pisze niż strzela, rozmowa z Chrisem Carterem

    Po zaciągnięciu Robina Cooka do dentysty, a Kuby Małeckiego do opuszczonej kamienicy w Warszawie, czas na Chrisa Cartera na strzelnicy. Pewnie nadejdzie taki moment, że ktoś się nie zgodzi, ale nie zapeszajmy, na razie wszyscy chętnie (?) przystają na moje dziwne pomysły. Oby jak najdłużej. Poszliśmy więc z Chrisem pogadać o jego najnowszej  książce w dość nietypowych okolicznościach przyrody, ale jakże typowych dla kryminału. Fakty są takie, że ja lepiej strzelam, Chris za to pisze kapitalne książki. Nie tak dawno na polskim rynku ukazał się „Rozmówca” – po przeczytaniu już prawdopodobnie nigdy nie skorzystacie z telefonu prowadząc samochód, bo konsekwencje mogą być takie, jak w najnowszej książce brazylijskiego pisarza.

     

     

     

  • „Pracowałem z zabójcami, którzy mieli charyzmę gospodarza talk show”. Felieton Chrisa Cartera o seryjnych mordercach.

    Chrisa Cartera fanom kryminału przedstawiać nie trzeba. To on stworzył postać Roberta Huntera i nadał mu, jak to zwykle bywa, wiele swoich cech. Jak pewnie wiecie, zanim Chris wziął się za pisanie, zajmował się wieloma rzeczami. Przykłady? Grał w zespole, był striptizerem, sprzedawał pizzę, ale też, a może przede wszystkim, był psychologiem policyjnym w Stanach Zjednoczonych. Przeczytajcie felieton o seryjnych mordercach, bo Chris zetknął się w swojej pracy z wieloma.

    Kiedy wiadomo, że stoisz twarzą w twarz z seryjnym zabójcą?

    Nie mogę uwierzyć, że to był on”

    Wydawał się taki normalny”

    Wszyscy sąsiedzi tak go lubili”

    Zawsze był taki miły i grzeczny dla wszystkich” 

    To tylko niektóre stwierdzenia wypowiedziane przez sąsiadów seryjnych zabójców takich jak Jeffrey Dahmer, Ted Bundy i Dennis Rader. A powody takich uwag są proste.

    Psychopaci, którzy traktowani są przez psychologów jako najniebezpieczniejsi członkowie społeczeństwa, nie wyglądaja na szaleńców i tak się nie zachowują. Nie są chorzy psychicznie. Nie mają ataków, nie tracą kontaktu z rzeczywistością w związku ze swoja przypadłością. Tak naprawdę są nie tylko świetni w udawaniu normalnych, ale też świetni w zdobywaniu zaufania.

    Pozwólcie mi wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje.

    Glówną cechą charakterystyczną psychopaty jest skrajny chłód emocjonalny. Jest to jedna z najtrudniejszych do zdiagnozowani anomalii psychologicznych – trudniejsza niż schizofrenia czy choroba dwubiegunowa. Słowami laika – skrajny chłód emocjonalny oznacza, że psychopaci są niezdolni do odczuwania takich emocji jak miłość, współczucie, żal, przywiązanie, miłosierdzie, litość, empatia, skrucha, poczucie winy i tak dalej. Dosłownie nie odczuwają emocji, ale, co najważniejsze – zachowują się tak, jakby odczuwali. Głównie dlatego, że nie odróżniają dobra od zła i rozumieją, że nieodczuwanie żadnych emocji w stosunku do innych ludzi byłoby uznane jako złe przez społeczeństwo. Uzbrojeni w tą wiedzę udają uczucia by nie zostać odrzuconymi przez wszystkich dookoła. Prawda jest taka, że psychopata to patologiczny kłamca który uwielbia oszukiwać i manipulować innymi ludźmi.

    www.unsplash.com/Nico Beard

    Kiedy pracowałem jako psycholog behawioralny w Stanach Zjednoczonych, rozmawiałem z setkami zabójców, z których wielu było seryjnymi zabójcami. Rzadko było w nich coś nienormalnego. Pracowałem z zabójcami, którzy byli czarujący, dowcipni i mieli charyzmę gospodarza talk show. Inni wyglądali na tak przestraszonych i kruchych, że miałem ochotę ich przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Kilku wyglądało na dobrotliwych dziadków, z którymi bez namysłu napiłbyś się herbaty. Jakkolwiek przerażająco to brzmi, główną cechą wspólną łaczącą prawie wszystkich seryjnych zabójców, z którymi pracowałem jest fakt, że wszyscy wyglądali i zachowywali się jak większość ludzi, których spotykasz w codziennym życiu.

    Mimo tego, że w Stanach Zjednoczonych psychopaci stanowią trzydzieści pięć procent agresywnych więźniów, większość psychopatów nie jest przestępcami.

    Szacuje się, że około dwóch procent dorosłych na całym świecie to psychopaci. To oznacza, że w samej Wielkiej Brytanii ponad million psychopatów chodzi po ulicach. To może być twój sąsiad, sprzedawca w sklepiku na rogu, twój nauczyciel, pracownik społeczny, który odwiedza cię raz w miesiącu, twój kumpel z pub’u, twój szef, a nawet współmalżonek. Mają normalną pracę i angażują się w normalne zajęcia tak jak ty i ja. Większość z nich jest w stanie utrzymać normalne związki nie odczuwając żadnych emocji w stosunku do swoich współmałżonków i dzieci.

    Nie, psychopaci nie zachowują się inaczej niż osoba którą codziennie widzisz w lustrze. Zidentyfikowanie ich jedynie na podstawie wyglądu, lub nawet poprzez regularne i obszerne rozmowy jest niemożliwe.

    Prawda jest taka, że wykwalifikowanemu psychologowi kryminalnemu potrzeba kilku dogłebnych sesji, a może nawet całej gamy testów psychoanalitycznych żeby orzec, że badany wykazuje przestępcze, a w skrajnych przypadkach, mordercze tendencje. A nawet wtedy nie oznacza to, że badany jest, lub zostanie przestępcą w jakimkolwiek sensie.

    Większość seryjnych zabójców ma pełne pojęcie, że to co robią jest złe i to pojęcie każe im ukrywać swoje czyny najlepiej jak potrafią. Nie zachowują się podejrzanie, nie wyglądają podejrzanie i zdecydowanie nie ogłaszaja tego co robią.

    Więc skąd wiadomo, że stoisz twarzą w twarz z seryjnym zabójcą?

    Nie wiadomo. Okropna prawda jest taka, że możesz właśnie obok jednego siedzieć i nie będziesz o tym wiedzieć.

    Jeśli macie ochotę przeczytać dłuższy wywiad z Chrisem, to kliknijcie tutaj.

     

  • „W moich książkach ludzie nie giną od strzału w głowę. Ich śmierć jest o wiele bardziej spektakularna”. Długa rozmowa z Chrisem Carterem.

    Nigdy nie chciał być pisarzem, więc pisze kryminały. W międzyczasie był muzykiem rockowym, tancerzem, psychologiem kryminalnym. Rozmawiał z seryjnymi mordercami, co teraz wykorzystuje w swoich książkach. Przeczytajcie rozmowę z Chrisem Carterem. 

    Chris 2Chris, czy jest jeszcze w Twoim życiu coś, czego nie robiłeś?

    Generalnie, to nie robiłem wielu rzeczy, ale wiem, że moja historia jest trochę zabawna. Urodziłem się w Brazylii, potem wyjechałem do Ameryki, gdzie studiowałem psychologię kryminalistyczną, później zostałem gitarzystą i grałem w zespole rockowym w Los Angeles. Później był jeszcze taki etap, że zajmowałem się sprzedażą pizzy, przewracałem hamburgery, tańczyłem, zajmowałem się programowaniem komputerowym. To nie wszystko, bo potem wyjechałem do Londynu, gdzie pracowałem jako muzyk sesyjny, więc naprawdę zajmowałem się wieloma różnymi rzeczami, ale odkąd zostałem pisarzem, to zajmuję się już tylko tym i nie planuję nic zmieniać.

    Gdybyś mógł jednak wrócić do któregoś z poprzednich zajęć, które byś wybrał?

    Myślę, że jednak bym nie wrócił to żadnego. Kiedy się nimi zajmowałem, to były naprawdę super. Nadal bardzo ciepło myślę o muzyce, ale nie mogę tego samego powiedzieć o pracy psychologa w Stanach Zjednoczonych. Mam wrażenie, że jeśli chodzi o szalone przestępstwa, to numerem jeden jest Rosja, a numerem dwa, właśnie USA. Do tego bym na pewno nie chciał wrócić.

    Co więc urzekło Cię więc w pisarstwie, że rzuciłeś wszystko i zacząłeś tworzyć ?

    Od razu zaznaczam, że wcale nie chciałem być pisarzem jako dziecko, nigdy tego nie planowałem, nie marzyłem o tym, nie pisałem opowiadań. Po prostu tak wyszło, zostałem pisarzem. Dostaję teraz pieniądze za to, że siadam przy biurku i zatapiam się w szalonym świecie, który istnieje w mojej głowie, przelewam go na papier, a ludzie chcą to czytać.

    Przez wiele lat przesłuchiwałeś morderców w USA. Jest jakaś historia, która najbardziej utkwiła Ci w pamięci?

    Tych historii było tak dużo, że nie mogę wyróżnić jakiejś konkretnej, chociaż nie, jedną pamiętam doskonale. Prowadziłem kiedyś rozmowę z masowym mordercą. Ale najpierw muszę wyjaśnić, co dla FBI jest masowym, a co seryjnym morderstwem. Seryjny morderca to jest człowiek, który zabija trzy lub więcej osób, ale podczas osobnych incydentów. Między tymi zabójstwami mogą występować przerwy, to może być różnica dnia, tygodnia, miesiąca, a nawet kilkunastu lat. Morderca masowy natomiast, zabija trzy lub więcej osób naraz. Przykładem mogą być incydenty w szkołach amerykańskich, gdzie ktoś się wdziera z karabinem i zabija kilkanaście osób. Wracając do meritum, kiedyś przesłuchiwałem facet, który naraz zabił pięć osób. Był w barze, pił piwo, posprzeczał się z jakimś mężczyzną i wtedy podjął decyzję, że tego kogoś zabije. Nie wyszedł jednak z nim przed bar i go nie zabił, tylko poszedł za nim do jego domu. Zabił go, jego żonę, dwie córki oraz syna. Gdy go przesłuchiwałem, to powiedziałem mu, że OK, nawet rozumiem, że chciałeś się zemścić na tym facecie, ale dlaczego zabiłeś jego całą rodzinę? Wiecie co odpowiedział? Bo byli w domu. Większość z nas nie jest w stanie sobie takiej sytuacji wyobrazić. Kiedy już zostałem pisarzem, to zauważyłem ciekawą rzecz, a mianowicie, że różnica między fikcją a rzeczywistością polega na tym, że fikcja musi mieć sens, a rzeczywistość często tego sensu nie ma. Kiedy tworzę postać zabójcy, to on musi mieć naprawdę dobry powód, żeby kogoś zabić. Bo jeżeli wymyślę powód głupi, to się to nie spodoba ani wydawcy, ani redaktorowi, ani czytelnikom.

    Wspomniałeś, że Rosja to według Ciebie kraj przodujący w szalonych przestępstwach. Dlaczego tak uważasz?

    Nie wiem czy znacie historię „szachownicowego mordercy”? (chodzi o Aleksandra Piczuszkina, dop. smakksiazki.pl). Wymyślił sobie, że zabije tyle samo osób ile jest kwadratów na szachownicy, czy sześćdziesiąt cztery. Działał przy użyciu młotka, ukrywał ciała zamordowanych osób. Zanim został schwytany, to zabił już pięćdziesiąt sześć osób. Podczas przesłuchania, gdy zadano mu pytanie, dlaczego zabijał, odpowiedział, że chciał pobić rekord Andrieja Czikatiłowa, który zabił pięćdziesiąt trzy osoby. W trakcie procesu okazało się jednak, że udowodniono my tylko pięćdziesiąt jeden zabójstw, więc był nijako poniżej rekordu Czikatiłowa. On na sali sądowej po prostu oszalał, zaczął krzyczeć, że policja musi szukać kolejnych ciał, ponieważ on musi pobić ten rekord. Tak więc wygląda czasem rzeczywistość, która wydaje się bardziej szalona niż fikcja.

    Dużo ze swojej pracy psychologa kryminalnego przenosisz do swoich książek? Twoi bohaterowie giną w dość wyszukany sposób. Kobieta z zaszytymi ustami i kroczem, ksiądz bez głowy, skąd pomysły na takie morderstwa?

    Wszystkie pomysły na morderstwa biorą się z mojej szalonej głowy. Czasem ludzie mnie pytają, jak mogę stosować takie metody mordowania, więc im odpowiadam, że każdy może to wymyślić. Na tym polega teraz mój zawód i spędzam całe dnie, żeby znaleźć sposób zamordowania bohaterów. W książce „Nocny prześladowca”, morderca zaszywa materiały wybuchowe w ciałach kobiet. Jak to wymyśliłem? Byłem na plaży z moją byłą dziewczyną i mówię jej, że mam właśnie świetny pomysł. Wszystko więc rodzi się w głowie, ale z pracy psychologa powiem jedno, że zło, jakie potrafią czynić ludzie jest naprawdę wstrząsające, bo zdarzają się sytuacje, że dziecko jest wkładane do mikrofalówki i morderca tę mikrofalówkę włącza. Okazuje się więc, że rzeczywistość jest bardziej szalona niż fikcja.

    Są takie morderstwa, które powstały w Twojej głowie, ale nie przeniosłeś ich do książki, bo stwierdziłeś, że to by było już za dużo?

    Jest wręcz przeciwnie. Jak się jest autorem kryminałów i wpada do głowy jakiś nowy pomysł, to zazwyczaj reaguję z entuzjazmem, a nie ze strachem. Myślę często: o, to jest super, to mogę wykorzystać w kolejnej książce. Czasem jednak się zdarza, że piszę jakąś scenę i muszę zrobić przerwę. Idę wtedy na spacer, żeby się na chwilę od tego oderwać. Nie chodzi jednak o to, że scena mnie przerażała, ale o to, że piszę o rzeczach, które są dla mnie emocjonalnie bliskie. Pamiętam, że kiedy opisywałem scenę samobójstwa i to było dla mnie niebywale trudno, bo niektórzy moi przyjaciele popełnili samobójstwo.

    W jakich sytuacjach jeszcze wpadają Ci do głowy pomysły jak zamordować postacie z książek? Może siedzisz na fotelu dentystycznym i nagle dostajesz olśnienia?

    Ja o tym myślę przez cały czas, więc nie ma to znaczenia czy jestem w restauracji, w klubie, na basenie, na siłowni. Mówię często znajomym: o, mam super pomysł. Oni często nawet nie chcą tego już słuchać.

    Jak tworzyłaś postać Roberta Huntera? Wzorowałeś się na innych bohaterach kryminałów, Kurcie Wallanderze, Fabianie Risku, Malin Fors?

    Huntera stworzyłem tak naprawdę z niczego. W moich książkach występuje Hunter i Garcia, i oni mają moje cechy. Garcia ma długie włosy i urodził się w Brazylii, czyli zupełnie tak jak ja. Natomiast Hunter ma inne moje cechy: cierpi na bezsenność, pracował jako psycholog zajmujący się sprawami kryminalnymi, bardzo lubi whisky. Dałem im moje cechy dlatego, że najłatwiej jest mi pisać o rzeczach, które znam. Gdy piszę więc o bezsenności, to jest to dla mnie prosty temat, bo z bezsennością walczę na co dzień i wiem o czym mówię. Hunter jest więc moim pomysłem, i muszę zdradzić, że w mojej pierwszej książce go uśmierciłem. Gdy zobaczył to mój agent, powiedział, że nie ma mowy, Hunter musi żyć, bo będzie bohaterem serii książek.

    To prawda, że Twoją ulubioną autorką jest Tess Gerritsen?

    Czytałem jej książki jeszcze zanim pomyślałem, że zostanę pisarzem. Teraz wydaje mi się to dosyć zabawne, że spotkałem ją na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. To jest podobna sytuacja do tej, że gdy jesteś muzykiem i widzisz na scenie Marylina Mansona, a potem się okazuje, że występujecie w tym samym programie telewizyjnym. Podobną sytuację miałem podczas panelu literackiego w Dubaju, gdzie rozmawiałem z Ianem Rankinem, który książki pisze od dwudziestu lat, więc to jest dość zdumiewające, do jakich sytuacji prowadzi nas czasami życie.

    Twoje życie to jednak nie tylko wymyślanie morderstw. Angażujesz się też charytatywnie i na jednej z aukcji można było wylicytować zostanie jednym z bohaterów Twojej książki.

    To wszystko zaczęło się od mojego wydawnictwa, które wymyśliło konkurs i poprosiło czytelników, żeby przesyłali szalone pomysły na morderstwo. Później zwróciła się do mnie organizacja charytatywna, która działa dla dzieci z chorobami nowotworowymi. Oni wymyślili aukcję, której zwycięzca stanie się bohaterem książki. Jeśli ktoś wygrywa moją aukcję, to zostaje ofiarą. I okazuje się, że tym ludziom nie jest wszystko jedno jak zginą, nie chcą zginąć od strzału w głowę, tylko chcą zginąć jakąś potworną śmiercią.

    Jaką im więc zgotowałeś śmierć?

    Próbuję sobie to przypomnieć. Dziewczyna, która wygrała aukcję, została ukąszona przez osy. Nie takie normalne osy, ale takie gigantyczne, które zabijają nawet tarantule. Ta dziewczyna została zamknięta w pudle z tymi osami, one się jej dostawały do nosa, do mózgu. Wyobraźcie sobie, że zwyciężczyni aukcji była tym absolutnie zachwycona.

    Tatuaże są w jakiś sposób związane z Twoimi książkami, czy jest to pozostałość po byciu muzykiem rockowym?

    Tatuaże to jest taka zabawna rzecz, bo każdy ma do nich inne nastawienie. Na prawym ramieniu mam postać z „Krucyfiksu”, jeśli czytaliście książkę, to wiadomo do czego nawiązuje. Mam też wytatuowane serce, które pojawiło dlatego, bo byłem nieszczęśliwie zakochany. Bardzo lubię też czaszki, kwiatki.

     

    Zdjęcia: Wydawnictwo Sonia Draga