Tag: covid19

  • „Mój osobisty covid”. Krzysztof Zajas o przechodzeniu koronawirusa

    Zaczęło się jak w dreszczowcu – od nocnych dreszczy. Do niedzieli wieczór żyłem w przekonaniu, że ta epidemia istnieje tylko w mediach, czyli daleko i nie całkiem realnie. Że mnie osobiście nie dotyczy. W poniedziałek rano miałem 38 stopni i dreszczy ciąg dalszy, i już wiedziałem, że dotyczy. Było mi na przemian zimno i gorąco, straciłem cały zapach i połowę smaku, a do toalety i z powrotem wlokłem się jak na Babią Górę po zimowej przerwie. Zajęcia odwołałem i przez zamglone gorączką oczy zacząłem szukać po internecie, co właściwie mam dalej robić.

    Intuicyjnie chciałem za wszelką cenę uniknąć szpitala. Testy musiałem jednak wykonać, więc we wtorek rano, nafaszerowany paracetamolem i groprinosinem (polecam!) wybrałem się do Szpitala Uniwersyteckiego UJ w Prokocimiu, gdzie liczyłem na nieco mniejszą liczbę chętnych. Przeliczyłem się. Pięć stopni, wiatr i deszcz, a ja stoję na chodniku pod gołym niebem, w kolejce ludzi podobnie jak ja zarażonych, kaszlących i z gorączką. Za rejestrację robiło coś w rozmiarze szaletu miejskiego, stojące na trawniku przed wejściem. Po godzinie naszego marznięcia wyszedł stamtąd człowiek i oświadczył, że zaraz zamyka, a w ogóle dla tych, co prywatnie, punkt przyjęć jest po drugiej stronie. Sporą grupą udaliśmy się więc na rzeczoną drugą stronę i znowu staliśmy na wolnym powietrzu, czekając na przyjęcie. Ponieważ pora otwarcia dawno minęła, a tu nic, ktoś nieco przytomniejszy poszedł spytać, co jest grane. Usłyszał, że „system się nie uruchomił” i nie wiadomo, czy dzisiaj w ogóle będą przyjmować. Przemoczony i zmarznięty wróciłem do domu rozmyślając po drodze, co to znaczy, że system próbował się uruchomić sam i dlaczego nikt mu w tym nie pomógł.

    W domu zastałem rozgorączkowaną żonę, więc w przeciwieństwie do szpitalnego systemu nie byłem już sam i mogliśmy sobie chorować razem. Dwa dni później dołączyły córki. Na szczęście przeszły covida szybko i dosyć łagodnie. A co z nami. Szpital odpada, ale coś trzeba było robić. Zadzwoniliśmy do naszej lokalnej przychodni w Grobianach (moich domowych Mogilanach) i umówiliśmy się na następny dzień na konsultacje. Lekarz w środę zadzwonił zgodnie z umową i bardzo uprzejmie a zarazem fachowo odpytał nas z objawów, po czym nakazał koniecznie testy i obiecał zadzwonić za dwa dni. Mnie już dreszcze trochę odpuściły, ale gorączka się jeszcze utrzymywała. Żona nieco gorzej.

    Z objawami jest bardzo różnie, ale dominuje ból. Obojgu nam głowy pękały, a końskie dawki paracetamolu z kofeiną działały ledwo ledwo. Do tego okropny ból w krzyżu, żonie znany doskonale od lat, mnie w ogóle. Po raz pierwszy w życiu miałem momenty, kiedy nie mogłem ani leżeć, ani siedzieć, ani chodzić. A jeśli tak, to co właściwie mam robić? Beata całymi dniami leżała na łóżku, kompletnie osłabiona.

    No i kaszel, podstępny gracz. Kładziesz się, w plecach łupie jak nieusunięty odłamek granatu, za oknem ciemność, spać nie możesz, więc patrzysz w sufit i myślisz. Niby przeziębienie, a jednak coś więcej. Znacznie więcej. Rano z większą pilnością śledzisz dane o zarażonych i zmarłych, badając tendencję. Rośnie. Jeszcze sobie powtarzasz, że nie, ciebie to dotyczy tylko w niewielkim stopniu, coraz mniej jednak sobie wierzysz. No dobrze, ale jeśli dotyczy, to co? Do cholery, CO? Wierzcie lub nie, ale jedną z moich pierwszych myśli było, że nie zdążyłem napisać trzeciego tomu trylogii pomorskiej i czytelnicy mi nie darują. Na pogrzeb nie przyjdą, nawet oklapłego tulipana na świeży grób nie rzucą. Cofną polubienia strony. Nie, kurde, zaraz po ozdrowieniu zabieram się do pisania. Tak myślałem przed świtem, gdy trupia flegma podchodziła mi pod gardło, a ja nie mogłem odkaszlnąć. Teraz to jest może trochę śmieszne, śmiechem próbuję oswoić tamte lęki, ale dwa tygodnie temu moje poczucie humoru pukało w dno od spodu.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Testy szczęśliwie zrobiliśmy w Gdowie, po zaledwie trzech godzinach stania, ale już nie na deszczu, tylko w słońcu, co od razu poprawiło nastrój pokasłującym kolejkowiczom. Załapaliśmy się z żoną w ostatniej piątce, tuż przed zamknięciem. Pozostało czekać na wyniki. Otrzymaliśmy je w niedzielę – oba pozytywne. Może głupio zabrzmi, ale w jakimś sensie ulżyło. Przynajmniej wiadomo, na czym stoimy. Lekarz również się ucieszył i hojną ręką sypnął nam izolację domową do końca miesiąca. Łącznie trzy tygodnie. Rzutem na taśmę kupiłem pieczywo i jarzyny, po czym zamknęliśmy się w domu. Zostaliśmy zamknięci. Zamknęło nas.

    Oglądasz świat przez szybę, dosłownie i metaforycznie. Wszystko jest tam, a ty tu. Może inni potrafią sobie takie zamknięcie zrekompensować internetem czy telewizją, ale ja nie. Muszę na łąki, do lasu, w ostateczności drogą do miasta i z powrotem. Żeby poczuć ruch, bo ruch to życie, a bezruch to śmierć. Chory, obolały i unieruchomiony leżysz i myślisz o śmierci. Nie żeby jakoś strasznie, ale trochę, niewiele, przy okazji czytania, gadania, grania na kompie. Myślisz. Jest w tym myśleniu coś z rachunku za życie, coś z niepewności i poczucia winy wobec bliskich, a coś z czekania. Przyszło mi do głowy, że podobnie muszą umierać starcy – że to jest takie czekanie.

    Czekaliśmy też bardziej konkretnie, na pogorszenie stanu. Przyszło pod koniec pierwszego tygodnia u żony, która zaczęła się dusić. Jakby ktoś nagle przyciemnił światło. Ona kaszle i dyszy z wybałuszonymi oczyma, a mnie rusza w obolałej głowie kaskada obrazów: nerwowy telefon, czekanie na karetkę, która przyjeżdża po zbyt długim czasie, bo nie wyrabiają, godziny na trawniku przed szpitalem, bo SOR zapchany, szukanie kogoś, kto ją podepnie do respiratora… Nie wiem, czy wiecie, jak to w praktyce wygląda. Otóż nacina się krtań, wpycha rurę i pilnuje, żeby przerażona pacjentka tego nie wyrwała. Od samej wyobraźni znowu mi się pogorszyło. Żona zachowała rozsądek i mimo wieczornej pory zadzwoniła do naszej grobiańskiej przychodni. Lekarz na całodobowym dyżurze natychmiast przepisał sterydy, wysłał e-receptę, którą szwagier zdążył wykupić tuż przed zamknięciem apteki, i żona wzięła na noc końską dawkę. Rano poprawiła i brała jeszcze przez trzy dni. Uff, pomogło. Ktoś znowu rozjaśnił trochę światło. Nie wiem dokładnie kto, ale z pewnością duży w tym udział miała nasza grobiańska przychodnia „Serce sercu”, która w tym okropnym czasie pilotowała nasze chorowanie z wielką starannością i profesjonalizmem. Niniejszym przyznaję jej tu OGROMNE SERDUCHO. Drugie wielkie serducho dla przyjaciół i sąsiadów, którzy oferowali się z pomocą i chętnie ją realizowali. Dobrze, że jesteście!

    Tak, miałem okazję sprawdzić w realu. To naprawdę tak wygląda. Z tej strony przyjaciele, rodzina, służba zdrowia, wykonująca tytaniczną robotę w czasie pandemii. Z tamtej – katastrofalny stan techniczny i organizacyjny polskiego lecznictwa, wynikający wyłącznie z indolencji lub złej woli władz. Żeby przez pół roku nie przygotować nawet szpitali polowych na drugą falę pandemii? Nie mówiąc o zwiększeniu punktów testowych, liczby anestezjologów, niezbędnych do obsługi respiratora, zespołów ratunkowych do karetek… Nie wiem, czy ci rządowi ignoranci przypuszczali, że pandemia już nie przyjdzie? Że nas akurat ominie, bo ksiądz Rydzyk klepie zdrowaśki w radiu? Chciałbym myśleć, że to tylko ich głupota i krótkowzroczność, ale obawiam się znacznie gorszych rzeczy. W każdym razie mnie ich pandemiczne wykręty nie biorą. A zwalanie winy na służbę zdrowia to zwykłe chamstwo. Rwali się do tej władzy jak głodomory, a nie umieją jej sprawować.

    Krzysztof Zajas

    Nie o to chodzi. Przeżyliśmy. Jeszcze trochę kaszlemy i chrząkamy, bóle jednak zasadniczo ustąpiły i możemy pracować. Natychmiast zabrałem się za pisanie trzeciego tomu trylogii. Izolacja, którą mili policjanci sumiennie sprawdzali każdego dnia, skończyła się przedwczoraj. Zaraz rano pojechaliśmy z żoną i Lalą (czyli Axą) na grobiańskie łąki. Ważne, żeby znowu poczuć ziemię pod nogami.

    Cóż za ulga! Idę, oddycham, patrzę w niebo i macam bladymi palcami ostatnie jesienne liście. Z krzewu dzikiej róży zrywam kwaśny owoc i żuję z perwersyjną rozkoszą. Najprostsze rzeczy, a takie piękne! Ściskam Beatę za rękę. Jesteśmy. Lala szczeka i też się cieszy jak szczeniak, chociaż właśnie 1 listopada ma dziesiąte urodziny. Wrócił mi zapach. Od Babiej Góry wieje bukową wilgocią. Jak tylko będę miał wolny dzień, znowu na nią wlezę. Taki jeszcze jeden covidowy test.

    Chcecie puentę? Jasne że tak, bez niej szkoda strzępić klawiaturę. Tylko że puenty nie zawsze są przyjemne. Kiedy już nabraliśmy przekonania, że wszystko jest dobrze, nadeszła wiadomość o śmierci Giovanny’ego Castellanosa. Zdrowy, pogodny, zawsze uśmiechnięty czterdziestoletni Kolumbijczyk, reżyser, był uczniem mojej żony w szkole teatralnej. Zmarł na covid.

    Pewnie kiedy już wiedział, że jest zakażony i flegma śmierci podchodziła pod gardło, również leżał na łóżku i patrzył w sufit. Myślał, że ma nieskończony spektakl w teatrze. I że jak tylko wyzdrowieje, weźmie się do roboty…

    Pisz, Zajas, pisz.

    Krzysztof Zajas

  • Targi w koronie, czyli bądźmy mądrzy przed szkodą

    Byłem naiwny. Być może Państwo też, ale mogę się wypowiadać tylko w swoim imieniu. Kiedy? W marcu, kwietniu, maju – wtedy byłem, w czerwcu trochę mniej, w lipcu prawie wcale. U progu sierpnia stwierdzam, że naiwniakiem już nie jestem. Kim jestem teraz? Chyba realistą. W jakim temacie? Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie, które mają się odbyć, jak to one, w październiku.

    W marcu naprawdę targi były bardzo odległą perspektywą. Mówiłem wszystkim, że spokojnie, gdzie tam jesień, życie wróci do normy, trzeba się szykować na szereg imprez, które czekają nas od września do grudnia. Jak to ładnie powiedział ktoś z branży – wiosną suchary, jesienią kawior, tyle będzie roboty. Czy aby na pewno? Żeby była jasność, jestem pewnie jednym z ostatnich blogerów, którzy mogą narzekać. Na smaku odbyło się ponad 60 Kryzysowych Spotkań Autorskich, razem z Kubą Ćwiekiem zorganizowaliśmy Viralowe Targi Książki, wydawcy łaskawszym okiem zerkają na to co robię, mam na chleb, na coś do chleba też. Jednak jak doskonale wiecie, branża eventowa leży i kwiczy. Jesień była ratunkiem po chudej wiośnie, ale być może zamiast pas poluzować, będzie go trzeba zacisnąć jeszcze bardziej. Ministerstwo Zdrowia poinformowało dziś o nowych 615 zakażeniach koronawirusem. Od wczoraj. Tradycyjnie już najwięcej zakażeń odnotowano w województwie śląskim, ale dzielnie goni nas Małopolska. Na podium załapało się też Mazowsze. Czy już powinniśmy bić na alarm? Sądzę, że tak. Czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie powinny się w tym roku odbyć? Sądzę, że nie.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Możecie powiedzieć, że Szaja oszalał, ale przecież większość ekspertów sądzi, że jesienią liczba zakażonych będzie rosła. Skoro dziś jest 615, to ile będzie za miesiąc, a ile za dwa? Oczywiście, nie wiemy, ale umówmy się, że szczepionka to temat najwcześniej na wiosnę. Czy wcześniej? Chyba nikt takich informacji nie podaje, prócz Madonny. Żeby dowiedzieć się więcej, podzwoniłem tu i tam, czyli do wydawców, z niektórymi rozmawiałem przy kawie. I co? Kilka naprawdę dużych wydawnictw poważnie rozważa odpuszczenie sobie krakowskiej imprezy, kolejni zapowiadają, że nawet jeśli pojadą, to na pewno nie będą narażać swoich autorów, a jeszcze inni czekają na rozwój sytuacji, pewnie jeszcze z miesiąc. Organizatorzy robią co mogą, żeby jednak zachęcić wydawców, autorów oraz czytelników do odwiedzenia imprezy. Najnowszym pomysłem jest wprowadzenie Strefy Autora, czyli specjalnie wydzielonego miejsca na terenie hali, w którym czytelnicy będą mogli zdobyć autograf pisarki lub pisarza. Reporterka Ewa Winnicka uważa, że to rozwiązanie może się sprawdzić. „Na razie wygląda na to, że autor, jeśli będzie wchodził osobnym wejściem do swojej strefy, to przetrwa. Ale co z czytelnikami? Jak będzie regulowana przepustowość? Gdzie będą czekać czytelnicy? Jak będzie chronione ich zdrowie? Być może trzeba ograniczyć liczbę osób w hali i sprzedawać bilety na godziny i kilka razy dziennie odkażać salę? Czy na temat tych rozwiązań wypowiedział się ekspert? Czekamy”. Co ciekawe, o możliwości wprowadzenia biletów czasowych wspominała w trakcie czerwcowej rozmowy na żywo na facebookowym profilu smaku także Grażyna Grabowska, prezes Targów w Krakowie. W podobnym tonie jak Ewa Winnicka wypowiada się pisarz kryminałów,  Robert Małecki. „Mam wrażenie, że w przypadku sukcesu frekwencyjnego na targach proponowane działanie nie rozwiąże kluczowych problemów. Obawiam się tłumów przed wejściem do sal, w których autorzy będą podpisywali powieści, trudno będzie tam zagwarantować dystans. O tym organizatorzy milczą. Szkoda. Żeby wziąć udział w takiej imprezie wszyscy musimy mieć pełnię wiedzy. Bezpieczeństwo nade wszystko”. Pełny komunikat organizatorów o Strefie Autora znajdziecie tutaj

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: smakksiazki.pl

    Oczywiście – można ograniczyć liczbę ludzi, ale jeśli do tego dodamy ograniczoną liczbę autorów, a może i wydawców, to czy takie targi mają sens? Warszawskie Targi Książki się nie odbyły – tak, wtedy sytuacja była ciut inna, bo nikt nie wiedział, jak się sprawy potoczą, poza tym od marca żyliśmy w zamknięciu. Wiecie, ile było zakażeń w dniu, kiedy warszawska impreza miała wystartować? 404. Dziś 615. W październiku? Nie wiemy, ale bądźmy chociaż raz mądrzy przed szkodą, bo, pełna zgoda, spotkania w sieci są tylko protezą realnych targów, to chyba jednak lepsza proteza niż amputacja drugiej nogi?

    Adam Szaja

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (41-44 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    27 kwietnia 2020 (11761 zarażonych, 539 zmarłych)

    Dzień minął jak poprzednie: zajęcia zdalne czyli gadanie do własnego laptopa (bo studenci się wycwanili i wyłączają kamerki; ciekawe, co tam robią), potem trochę grzebania w książkach i w ogrodzie (kupiłem nowy wózek na węża), wieczorem czytanie i granie. Czyli nic ciekawego. Wiadomości ze świata unikałem jak ognia. Dopiero nocą coś drgnęło w dniu świstaka. Z balkonu patrzyłem na gwiazdy. Robię to od zawsze, ale tym razem koronawirus zmienił mi oko. Patrzyłem na nie tak, jakby nas już nie było. Nikogo. Domy nadal stoją, ale puste. Latarnie świecą, migocze na czerwono wieża telekomunikacyjna, blada łuna od dalekiej zakopianki, która milczy, bo nie ma już samochodów. Cisza. Nocny ptak krzyknie, zaszeleści trawa pod brzuchem przemykającego jeża, w dolinie prychnie młody sarniak. Tylko ludzi nie ma. Czyli nie ma również ich hałasów, migotań reflektorów samochodowych, buczeń samolotów i całego tego cywilizacyjnego harmideru, którym uszczęśliwiamy na co dzień swoje zmysły. Mogę to sobie tym łatwiej wyobrazić, że kwarantanna trochę nas przystopowała i przymknęliśmy jadaczki na chwilę. Częściej jest cicho. A gdyby nas całkiem zabrakło, byłoby jeszcze ciszej.

    Patrzę w niebo słuchając, jak niszczeje świat. Czas z rozpędu jeszcze płynie i co trwało mocą ludzkiej krzątaniny, rozpada się dzień po dniu. Wysoce przetworzona materia pokonuje drogę odwrotną i rozkłada się w pierwotne surowce, wraca do źródła, do ziemi. Wyłączają się kolejne bloki energetyczne i świateł jest coraz mniej, gaśnie zakopianka, latarnie wzdłuż ulicy Świątnickiej, najdłużej migocze czerwona sygnalizacja wieży koło Wieliczki, bo ma własne zasilanie, ale i ona w końcu znika…

    www.unsplash.com/Kyle Gregory Devaras

    Ciemność. Absolutna cisza i ciemność. Po wielu latach, ale to bez znaczenia, nie ma nikogo, kto by je umiał policzyć. Z lasów wychodzą zwierzęta, najpierw ostrożnie, niepewne, bo nigdy nie wiadomo, co ten człowiek znowu wymyślił, ale w końcu się orientują, że naprawdę sobie poszedł. A może go ktoś zabrał siłą i uwolnił wreszcie ziemię od tego szalonego destruktora. Sarny, lisy, bażanty coraz śmielej buszują po opustoszałych siedliskach byłego człowieka, wyjadają zdatne do spożycia resztki z naszego konsumenckiego raju, śpią i rozmnażają się w betonowych mieszkaniach, biurach, kościołach… Bo wolno. Nareszcie wolno.

    A one patrzą. Widziały wzlot i upadek dinozaurów, ewolucyjne zwycięstwo ssaków, stawanie na tylne nogi małpy z dużą czaszką i jej pierwsze narzędzie zbrodni, którym była wyschnięta kość udowa pobratymca. Nieruchomym, szklanym wzrokiem obserwowały, jak dwunożna małpa rozłazi się po świecie z pożądliwością przekraczającą jej potrzeby i możliwości. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz patrzą na wilka swobodnie załatwiającego się na betonowym placu, w środku kamiennego gruzowiska zwanego niegdyś Krakowem, i widzą w tym nadzieję na nowe otwarcie. Widzą? Nie wiem, nas i tak to już nie dotyczy.

    Arktur przesunął się do zenitu i chowa się za krawędzią dachu, na południu gwiazdozbiór Skorpiona z piękną, czerwoną Antares, rzadko podziwianą z racji niskiego położenia tuż nad horyzontem. Oddycham pełną piersią, żeby poczuć życie. Pulsowanie krwi. Jeszcze na chwilę być tu i teraz człowiekiem, dopóki można. Patrzeć na gwiazdy i chłonąć obrazy nocnego nieba, póki jeszcze są dla mnie. Te same, co zawsze. Niewzruszone. Boże, to wszystko takie kruche!

    Zapisuję późną nocą słuchając Jaszczurki King Crimson. Pasuje jak ulał.

    28 kwietnia 2020 (12218 zarażonych, 596 zmarłych)

    Już myślałem, że do cna wyzuci zostaliśmy z naszego metafizycznego zmysłu, ale na szczęście nie. Przykościelne księgarnie ojca Rydzyka handlują dewocjonaliami na okoliczność pandemii. Krzyże modlitewne, teksty religijnych zaklęć, obrazki patronów i święcona woda to podstawowy asortyment duchowej apteki dla maluczkich. Maseczek nie trzeba nosić, rękawiczek można nie zakładać, ale modlitwę trzeba mieć. I pięć złotych na tacę. Ciekawe, czy gdyby poszło od głęboko wierzącego ludu poszeptywanie, że najlepsze na pomór jest smarowanie się krowim łajnem, też by sprzedawali. Właściwie czemu nie?

    Jerzy Sawka przedwczoraj sugestywnie i nie bez ironii dowodził, że pandemiczne wybory najlepiej byłoby zorganizować w kościołach. Wysoki poziom zaufania publicznego do księży, znakomita sieć placówek w całym kraju, do tego nadzór administracyjny i moralny instancji o najwyższym współczynniku wiarygodności (Jezus Chrystus Król Polski). To znakomity pomysł i w dodatku oferujący mnóstwo możliwości przywabiania wyborców. Można zanęcić lokale obietnicą natychmiastowej spowiedzi, gdyby ktoś głosował nienadudę. Można do każdej karty wyborczej dołączyć flakonik z wodą z Lourdes, albo oprawną w plastikowe srebro relikwią z odzienia, dajmy na to, błogosławionej siostry Faustyny. Obok urny oczywiście puszka na DOBROWOLNE datki, a przy wyjściu kramik z substancjami do duchowej dezynfekcji. Siedzibę komisji wyborczej wypełniają opary kadzidlanego dymu i chorały gregoriańskie nucone dyskretnie przez mnichów na galeryjce. Do takiego pomieszczenia wchodzą tylko prawdziwi Polacy, nie jakieś tam żydokomuchy czy gendery. Gdyby wtedy ktoś jeszcze nie wiedział, jak ma głosować, byłby skończonym głupcem.

    A tak poważnie, zastanawiam się coraz bardziej przerażony, czy oni naprawdę chcą przepchnąć te wybory 10 maja. Przecież to jest znacznie większa obelga dla tego kraju, niż humoreski o komisji wyborczej w kościele!

    29 kwietnia 2020 (12640 zarażonych, 624 zmarłych)

    Deszcz! Deszcz! Pada i pada! A ja jeszcze nie mam gotowego zbiornika na deszczówkę i łapię do beczek. Byle jak najwięcej nałapać. Kiedyś na Środkowym Zachodzie USA (Bogie, Przyjacielu, dzięki za pamiętną wyprawę!) z zainteresowaniem przyglądałem się starym drewnianym cysternom na rusztowaniach – wiecie, takie, co się do nich na westernach strzelało i sikała woda – i myślałem o dziwactwie dzikiego kapitalizmu, który nawet na wodzie po chamsku sknerzy. Podobne później widziałem w Australii, z czego wnioskowałem, że sknerstwo, jak kapitalizm anglosaski, jest globalne. Oczywiście, nie chodziło o sknerstwo, tylko o konieczność w warunkach klimatycznych, gdzie deszcze bywają obfite, ale rzadkie i zbieranie deszczówki stanowi czasem sposób na przeżycie. Dopiero teraz pojąłem, czym jest czekanie na deszcz. Teraz patrzę z zachwytem na mokre szyby i kombinuję, do czego by tu jeszcze nałapać: wiadra, wanienki na zaprawę z czasów remontu, miski, balie… Pada, co za ulga! Kto powiedział, że woda to życie? Jeżu, całym ciałem czuję brylantowość tej myśli! No i proszę, teza antropologiczna gotowa: wraz ze zmianą klimatu zmienia się człowiek. Taka sobie, nie jakaś wystrzałowa…

    Widziałem się dzisiaj z Adamem Szają, który dzielnie publikuje na smakksiazki.pl kolejne odcinki tego dziennika. Wręczył mi przedpremierowy egzemplarz najnowszej książki Stephena Kinga, zbiór czterech minipowieści pod tytułem Jest krew… Nie brzmi to najlepiej, ale angielski tytuł If It Bleeds koresponduje ze starą prawdą dziennikarską, że jak jest krew, to jest publiczność, oraz ze słynną kwestią z „Predatora”: If it bleeds, we can kill it (Jeśli to coś krwawi, możemy to zabić). Nie umiem się oprzeć wieloletniej fascynacji Kingiem. Zwykle u mnie to się szybko zmienia, ale ten facet trzyma mnie przy sobie wyjątkowo długo. Mody przemijają, nazwiska autorów bestsellerów przelatują przez księgarskie regały i znikają jak świetliki, a on się trzyma. Mnie trzyma. Nawet kiedy już znam na wylot wszystkie jego pomysły i po paru stronach domyślam się, co go tym razem zaciekawiło w konstrukcji fabuły, czytam z lubością jak nastolatek. Gdy tylko dostałem tom do ręki, natychmiast zacząłem wertować w poszukiwaniu ulubionych fraz, ale nie, nie da się. King uwodzi powoli, systematycznie. Opanowałem się i zacząłem od początku. Spokojnie. Nie za szybko. Wyluzuj. To jest wytrawna opowieść, a nie hamburger do wpieprzenia w dwie minuty i popicia zimną colą. Pierwsze opowiadanie – zwykła, prosta historyjka, a już wciąga. Chcesz dalej i dalej. Jak on to robi?

    To na razie, idę czytać.

    30 kwietnia 2020 (12781 zarażonych, 628 zmarłych)

    W styczniu 2019 roku zmarł mój starszy brat Janusz. Urodził się i prawie całe życie spędził w Oświęcimiu, ale był człowiekiem morza. Jako młody chłopak poszedł do marynarki, gdzie spędził 5 lat pływając na łodziach podwodnych i skąd powrócił z nieuleczalną miłością do wody i wszystkiego, co po niej pływa. Był zdolnym modelarzem, wygrywał ogólnopolskie zawody, specjalizował się w modelach jachtów, ale składał również okręty i samoloty. „Składał” to nie jest właściwe słowo; on je budował od zera, od wycinania sklejki na wręgi i gięcia drutu na elementy pokładu. Jeśli dodam, że robił to wszystko w malutkiej piwniczce o wymiarach metr na dwa, będziecie mieli nieco pełniejszy obraz jego talentu. Oprócz uzdolnień manualnych miał również niekiepski umysł, który pochłaniał mnóstwo marynistycznej literatury. Kiedy czytając Josepha Conrada albo Hermana Melville’a czegoś nie wiedziałem, pytałem Janusza i on zawsze wiedział. Zawsze! Morze i okręty to była jedyna dziedzina wiedzy, w której wolałem pytać brata niż encyklopedię.

    www.unsplash.com/Thomas Haas

    W pół roku po jego śmierci – nagłej, bezczelnie zaskakującej – byłem na Wakacyjnym Kiermaszu Książki w Gdyni i w wolne popołudnie pojechałem na Oksywie. Znałem tę nazwę z jego opowieści, setki razy powtarzał, jak z kumplami w marynarce na Oksywiu to, na Oksywiu tamto – a wszystko dlatego, że tam się mieściła jednostka marynarki, w której służył. Przyjechałem, ponieważ nigdy wcześniej tu nie byłem i pomyślałem, że oddam Januszowi taki drobny pośmiertny hołd. Zszedłem na plażę i ruszyłem na północ, rozglądając się za czymś, co by mogło choć odrobinę przypominać brata marynarza. Ot, całkiem wysoki i miejscami malowniczy klif, drobna fala, w wodzie jakieś zielone paskudztwo, więc od razu mi się przypomniała rybia zupa z początku Weisera Dawidka. Ogólnie jednak nudno i mało ciekawie.

    W pewnej chwili jakieś dwieście metrów od brzegu ujrzałem wielką betonową ruinę, do której wiódł podwójny rząd słupków. Wyglądała na stary poniemiecki bunkier, ale lokalizacja trochę mało bunkrowa mi się wydała. Jaką by miał pełnić funkcję? Do ostrzału przecież lepszy był klifowy brzeg – dalej widać i łatwiej celować. Przystanąłem z zaciekawieniem i zacząłem snuć rozmaite domysły, aż wreszcie zniecierpliwiony sięgnąłem po telefon. Chciałem sprawdzić w googlu, wtedy jednak uruchomił się we mnie dawny odruch i nagle pomyślałem, że lepiej byłoby zadzwonić do Janusza. Hej, przecież on nie żyje. No tak, ale… co z tego? Wierzcie lub nie, dokładnie taka myśl mi przeszła przez głowę: zadzwonić do nieżyjącego od pół roku brata i zapytać go o tę ruinę przy brzegu na Oksywiu. Gapiłem się na obmywane falami betonowe monstrum, ściskając w dłoni smartfona i ważąc jakieś całkiem absurdalne argumenty. Wreszcie kliknąłem w książkę adresową – numer Janusza nadal tam był. Po chwili wahania nacisnąłem zieloną ikonkę i przystawiłem aparat do ucha. „Przepraszamy, abonent ma wyłączoną komórkę lub jest poza zasięgiem”. No jasne, głupia babo, wiem, że jest poza zasięgiem. Ale… co z tego? Dyskretnie jak detektyw Marlowe rozejrzałem się wkoło i zacząłem: „Cześć, jak ci tam leci? Słuchaj, bo jestem na Oksywiu i tu stoi w wodzie taka betonowa rudera. Co to jest? Za czasów twojej służby też tak wyglądała, czy było coś więcej? Chyba jakaś wojenna konstrukcja, nie? No dobra, to na razie, trzymaj się.” Miałem ochotę mówić dłużej, ale jakaś pani z pieskiem przechodziła i pośpiesznie zakończyłem. Chyba się przestraszyłem, że ona zobaczy, że mówię do głuchego telefonu.

    Szedłem dalej z jakimś bliżej nieokreślonym ssaniem w dołku, które nie wiem na ile było smutkiem, na ile zaś wstydem czy wyrzutem sumienia. W języku ludu zwie się to „robieniem sobie jaj z pogrzebu”. Pewnym pocieszeniem dla mnie było to, że Janusz należał do ludzi z kapitalnym poczuciem humoru i gdybym mu podobną hecę opowiedział podczas kolejnego naszego spotkania (torpedownia), na pewno setnie by się ubawił. „Nie dzwoń do nieboszczyka, bo ci jeszcze odpowie” – tak mógłby brzmieć jego dowcipny komentarz. Bardzo cenił moje uniwersyteckie ambicje, ale i potrafił mnie potraktować z ironiczną wyższością, jak to starszy brat. Tak, młody.

    Torpedownia.

    Brnąc po piasku słyszałem raz po raz to słowo, z jego brzmieniem głosu. Tak, głosu Janusza, wyraźnie słyszałem, jak je mówi. Torpedownia. Ruina niemieckiej konstrukcji z czasów drugiej wojny światowej, jeden z solidnych militarnych projektów, które miały zbudować III Rzeszę na tysiąc lat. Chodziło o to, żeby można było zmontować i załadować torpedy na łodzie podwodne bez wchodzenia do portu, po prostu na wodzie, niejako w biegu. Wiesz, Niemcy w te klocki byli naprawdę dobrzy.

    Dlaczego to wszystko opowiadam? Ponieważ usiadłem do najnowszej książki Stephena Kinga i pierwsze opowiadanie jest o… dzwonieniu do nieboszczyka z prośbą o radę. I co? Ktoś powie, że nic. A ja mówię, że jednak coś.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (37-40 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 kwietnia 2020 (9593 zarażonych, 380 zmarłych)

    Susza. Jedna plaga nie wystarczy, natura szykuje drugą. Gorszą, samobójczą, bo zapłaci nie tylko człowiek. Przedwczoraj ryłem ogródek i z bólem serca patrzyłem na przesypujący się przez sztychówkę pył z nielicznymi, niemrawo wijącymi się dżdżownicami. Noszę wodę w konewkach na skarpę (wózek z wężem się rozleciał) i podlewam niedawno posadzone dzikie róże. Wypuściły pierwsze pączki i stanęły w miejscu, jakby się im odechciało walczyć w skrajnie niesprzyjających warunkach. Wilgoci jak na lekarstwo, a opadów na horyzoncie nie widać. Zaraza, susza – następny powinien być ogień, logicznie wynikający z prażenia ziemi przez słońce, koniecznie z silnym wiatrem. Na koniec woda, która spłucze popioły. A nad tym wszystkim Wenus, jasna i pewna swego bogini palącej miłości.

    Nad dolinę za moim domem powróciły myszołowy. Od lat rządzi tu ta sama para. Co roku wychowuje jedno młode, które uczy polować i potem wysyła gdzieś w szeroki świat, ponieważ następnej wiosny znowu jest dwójka. Latają powoli i jednostajnie, zataczając równe koła, coraz dalej i dalej, aż przeniosą się nad następną dolinę i znikają. Inne ptaki, które robią harmider od rana do nocy, milkną wtedy i chowają się po kątach udając nieistnienie. Co chyba nie wymaga od nich wielkiego wysiłku, bo nawet jak śpiewają, trudno je znaleźć. Wczoraj późnym wieczorem straszył nas puszczyk – mistrz dźwiękowego horroru. Boszsz, chciałbym tak umieć! Sikorka chyba już zbudowała gniazdo, bo przestała latać do ogródka, zresztą – właśnie go zryłem. Teraz się pojawiła para rudzików. Wygląda to trochę na romans, bo ona siedzi na gałęzi ketmii syryjskiej, on na płocie i niby patrzą w różne strony, ale jak jedno odleci, to drugie zaraz za nim. Kosior całymi godzinami grzebie w trawniku tym swoim żółtym dziobem, a o zmierzchu śpiewa jak wenecki mandoliniarz pod balkonem kochanki. Uwodzi na boku, bo stara koska gdzieś znikła, pewnie siedzi już na jajach.

    Córka, studentka weterynarii, zaleciła mi wywieszenie miseczek z wodą na płocie, czyli zmusiła humanistycznie ograniczony umysł do połączenia faktu suszy z faktem ogrodowej aktywności ptaków oraz z pozytywną strukturą afektywną obserwatora. Kwestia zmiany perspektywy z idealistycznej na praktyczną. Posłusznie uruchomiłem warsztat w szopie i miseczka już wisi. Z wodą. Czekam, aż pierwszy raz przylecą się napić, co pewnie trochę potrwa, bo one nieufne są.

    Tak wyglądają teraz moje wiadomości ze świata. Te drugie, z internetu, staram się ignorować, inaczej bym zwariował.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Problem moralny na dzisiaj: jak pogodzić ratowanie każdego ludzkiego życia z faktem, że właśnie nadmiar ludzi jest przyczyną katastrofy? Gołym okiem widać, że jest nas za dużo. W niespełna pół wieku liczba ludzi na Ziemi się podwoiła. Podwoiła! Gdzie w czasach mego pacholęctwa stał jeden człowiek, teraz stoi dwóch. Jest również inna zmiana. Ten jeden człowiek jadł wtedy znacznie mniej, niż je każdy z tych dwóch, którzy dzisiaj przyszli na jego miejsce. Potrzebują również więcej ubrań, lekarstw, pojazdów, narzędzi, zabawek – a wszystko to dostarcza im gigantyczna machina produkcyjna kapitalizmu, którego nadrzędną cnotą jest wzrost gospodarczy. Słowo „konsument” nabrało złowrogiego brzmienia: siedzi homo consumens i wtranżala po kawałku swój dom, jak termit ze słynnego odcinka psa Huckleberry. Tak to widzę w przypływie słodkich myśli. Nie oszukujmy się: nasza cywilizacja od jakiegoś czasu przypomina olbrzymi kopiec, z żarciem i wydalaniem na skalę niewyobrażalną jeszcze dla naszych dziadków i babek. W dodatku tego się nie da zatrzymać, bo nikt z własnej woli nie zrezygnuje z przyjemności, jeśli może ją mieć. Trzeba mu odebrać siłą. No i tu zaczynają się świetnie znane schody do nieba…

    W ciekawym tekście Powszechne prawo do oddychania (dostęp na www.ello.co) Achille Mbembe mądrze i przekonująco dowodzi, że musimy sobie narzucić pewne ograniczenia cywilizacyjne, w przeciwnym razie zginiemy. Na kilku przykładach pokazuje, że trzeba myśleć w kategoriach dobra całej planety i wszystkiego co żyje, a nie tylko w swoim wąskim interesie. Czyli że tytułowe prawo do oddychania ma każda żywa istota. Jego krytyczne wobec ludzkości argumenty do mnie przemawiają. Wszystkie oprócz końcowej „Kody”, gdzie możemy przeczytać:

    Jeśli koronawirus w spektakularny sposób wyraża globalny impas całej ludzkości, to rozwiązaniem jest ni mniej, ni więcej, tylko przywrócenie zdolnej do zamieszkania Ziemi, bo właśnie ona każdemu zaoferuje życie, w którym możliwe będzie oddychanie. Chodzi więc o nasze odnowienie ze źródeł świata, by wykuć nowe światy. Ludzkość i biosfera są ze sobą połączone. Jedno nie ma przyszłości bez drugiego. (tłum. Olga Byrska)

    Chwileczkę. Rzecz w tym, że na „zdolnej do zamieszkania Ziemi” człowiek nadal będzie się niepowstrzymanie rozwijał i rozmnażał. Równowaga w naszym rozumieniu służy człowiekowi, ale nie biosferze. Im nas więcej i fajniej nam się żyje, tym bardziej reszta przyrody jest zagrożona. Tu już nie ma szans na harmonię, homeostazę i zbalansowany rozwój. Przekroczyliśmy wszystkie granice harmonii i równowagi, świat przypomina dzisiaj jedną wielką nierównowagę, figurę dysproporcji i odchylenia od normy. To trzeba zastopować. Niestety, nikt nie wie jak, ponieważ każde humanitarne rozwiązanie jest nieskuteczne, a każde skuteczne – niehumanitarne. Żeby ratować planetę, trzeba powstrzymać człowieka. Powstrzymać, hmm…

    Człowiek dawno zrezygnował z życia w zgodzie z Naturą w duchu poczciwego Jana Jakuba Rousseau. Powrót jest niemożliwy, chyba że przez Apokalipsę, jak chce Biblia, albo inną kosmiczną katastrofę, jak snuli manichejczycy, gnostycy, kabaliści i inni magicy od metafizyki. To z naszego, arcyludzkiego punktu widzenia. Natomiast z perspektywy Natury da się kwestię załatwić znacznie prościej – za pomocą wirusa. Na przerost osobowości (przecież każdy z nas musi mieć osobowość!) najlepiej posłać coś bezosobowego.

    Pod warunkiem, że to ona, Natura, go wypuściła.

    No dobrze, dopowiem: to nie człowiek ma problem z wirusem – to świat ma problem z człowiekiem.

    21 kwietnia 2020 (9856 zarażonych, 401 zmarłych)

    Jedziemy wieczorem na zakupy. Najpierw powoli okrążamy samochodem Lidla by sprawdzić, ilu ludzi czeka przed wejściem. Potem ostrożny wjazd na parking, na sam koniec, jak najdalej od innych. Spokojne, profesjonalne przygotowanie: rękawiczki, maseczki, płyn do dezynfekcji, chusteczki. Gotowe? Aj aj, kapitan. No to wchodzimy. Normalnie jak para włamywaczy, Bony i Clyde u szczytu popularności. Zgarniamy zakupy do dwóch osobnych wózków, każdy ze swojej listy, żeby było szybciej i sprawniej. Pojedynczych klientów o podobnie podejrzanym wyglądzie oraz sprzedawczynie omijamy szerokim łukiem. Nikogo o nic nie pytam, skupiam się na datach przydatności, cenach (znowu wyższe niż ostatnio) i żeby nie tracić czasu. Do kasy podchodzimy osobno, z nakazanym odstępem, jakbyśmy się nie znali. Pach, pach, towar do toreb, przystawienie karty do terminalu, pin, dobranoc pani i wypad na parking. Im szybciej, tym lepiej. Tu strzelisty akt oddechu, jak mówi poeta. Patrzę w górę, gwiazdy. Nocny podmuch wywiewa z kosza na śmieci jednorazowe rękawiczki i sumiennie rozprowadza po okolicy. Żona wychodzi chwilę później, pakujemy się, wsiadamy, zdejmujemy maseczki i wymieniamy uśmiechy. Bingo! Wszystko jak trzeba. Nie popełniliśmy błędu. Ocean’s Two.

    www.unsplash.com/Claudio Schwarz | @purzlbaum

    Puenta? Mnie pani w kasie orżnęła na piętnaście złotych, żonę na jakieś dwadzieścia pięć. W bardzo prosty sposób: licząc podwójnie towar na wagę lub wklepując odręcznie inny kod. Piszę to na wypadek, gdyby ktoś pytał, o co mi chodzi z tą solidarnością w czasach zarazy.

    Druga puenta bardziej literacka: przebraliśmy się za włamywaczy i nas okradziono.

    23 kwietnia (10511 zarażonych, 454 zmarłych)

    Deszczu nadal nie widać. Dolewam wody do miseczek na płocie, ale ptaszki przylatują sporadycznie, widocznie mają gdzie pić. Ganiają się po drzewach całkiem raźno, świergolą na potęgę i susza im najwyraźniej nie doskwiera. Nie potrzebują mojej pańskiej łaskawości, która ma zrobić dobrze bardziej mnie samemu niż im. Krzywię się głupio i cofam do domu, jak ślimak.

    W „Wyborczej” ranking czytelnictwa w Polsce, na podstawie „badań Biblioteki Narodowej”. Na pierwszym miejscu Remigiusz Mróz. Jak McDonald’s. Która kuchnia jest najlepsza na świecie? Francuska. W której najwięcej ludzi jadło ostatniego roku? W McDonaldzie. Na drugim miejscu rankingu Olga Tokarczuk, na trzecim Stephen King. Co z tego wyniku ma niby wynikać? Chyba tyle, że czytamy nie pod wpływem własnych gustów czytelniczych, lecz promocji medialnej i „ogólnego trendu”. Albo o tym, że ankietowani wymieniają książki kupione lub wypożyczone, ale niekoniecznie przeczytane. Tokarczuk sama powiedziała o Księgach Jakubowych, że wszyscy je mają i nikt nie przeczytał. Może, nie wiem. „Stosunkowo młody, ale wyjątkowo płodny” Mróz ma trzydzieści trzy lata i wydał 43 powieści, czyli średnio 6 rocznie licząc od debiutu. Chciałoby się spytać, kiedy on śpi, je i udziela wywiadów. Nie mówiąc o czytaniu i myśleniu…

    I wciąż to rytualne narzekanie na „dramatycznie niski” poziom czytelnictwa w Polsce. Nie wiem, kiedy on był dramatycznie wysoki, wydaje mi się, że nigdy, ale zważywszy na ogrom i jakość polskiej produkcji literackiej powinniśmy się cieszyć, że ktoś w ogóle jeszcze czyta. Wszyscy piszą, klecą, wywodzą, chcą być Pisarzami i żeby ich Czytelnicy czytali i uwielbiali. I kupowali, wtedy się jeszcze zarobi, bo „pisorz to mo klawe życie”. W czasach ulicznej swobody wchodziłem czasem do księgarni, ze stolika NOWOŚCI albo BESTSELLERY brałem do ręki jedną książkę, drugą, piątą, dziesiątą – nie było na czym oka zaczepić. Całe regały z pseudoobyczajową kryptopornografią i parakryminalną nibysensacją. Tony papieru zadrukowane banalną paplaniną bez pomysłu i stylu. Ja jestem stary jaszczur, ogień namiętnej lektury zdarza mi się coraz sporadyczniej, ale wyobraziłem sobie mniej wyrobionego odbiorcę, który błąka się po tym targowisku literackiej próżności w bezradnych próbach rozeznania. Ogrom przytłacza, wszystko wygląda i brzmi tak samo – co wybrać? No więc bierze, co mu na wejściu ustawiają: Mróz, Tokarczuk, King. Czy to czyto – nie wiym.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Słuchajcie, pisarze! Jeśli chcemy podnieść poziom czytelnictwa w Polsce, może powinniśmy zacząć od siebie i pisać lepsze książki? Nie, ja wiem, że są również dobre, ale one giną w tym natłoku miernoty i księgarniany flȃneur ma kłopot z dotarciem do nich. Zmęczony kupuje byle co i potem w statystykach wychodzi, że Mróz. A jak nie umiemy pisać lepiej, to może powinniśmy odwrócić relacje? Gonzalo z Trans-Atlantyku Gombrowicza wybudował bibliotekę, ale nie miał czasu czytać, bo „za dużo, za dużo i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może”, więc najął czytelników, żeby czytali za niego, „bo już mnie wstyd, że tak wszystko Nieczytane leży”. Idźmy tropem przez Wieszcza Naszego Przewrotnego podrzuconym i najmijmy Czytelników, żeby te dzieła wiekopomne nasze czytali i statystyki poprawiali. Dlaczego oni mają płacić za czytanie pisania naszego? Co my im takiego oferujemy, czego by oni gdzie indziej nie znaleźli, w lepszej jakości i cenie? Powinniśmy dopłacić i nająć. To jest do zrobienia. Mróz najął.

    24 kwietnia (10892 zarażonych, 494 zmarłych)

    Koronawirus, który zjawił się jak prorok nowego porządku globalnego i jego główny wykonawca, rozwiązał również problem afrykańskich imigrantów. Właśnie madrycki „El Pais” doniósł, że przybysze z Maroka i Algierii płacą (znowu) wielkie pieniądze, żeby wrócić. Zamiast kupić normalny bilet pasażerski na wycieczkę do Europy, kładą ciężkie tysiące euro za przyjechanie, posiedzenie i wracanie. Jeśli – jak donoszą wścibskie media i organizacje humanitarne – mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością turystyczną na Morzu Śródziemnym, to może prościej byłoby zalegalizować działalność i uruchomić kursy wahadłowe tam i nazad. Zapaść w turystyce by się trochę spłyciła…

    Wiem, to nie jest śmieszne. Sytuacja na świecie jest nienormalna, ludzie reagują nerwowo, czasem panicznie, a inni ludzie świetnie to umieją wykorzystać. Bardziej interesuje mnie siła oddziaływania czynnika pozaludzkiego na nasze reakcje. Powszechna panika, irracjonalne odruchy, masowe działania, kupowania, sprzedawania, wyjeżdżania i zamykania w domach. Gdyby tak się udało tym sterować…

    Dobre. Mocne. Literackie. Siedzi taki Wujaszek Samo Zło w kapciach przy biurku, słucha Schulzego, gapi się za okno na taniec sikorek i snuje dywagacje o sterowaniu ludzkością. Szuka języka do opisu świata, który się wymknął. Milczy gderliwie, ponieważ nie znalazł właściwego słowa, a niewłaściwe go irytują. „Jak mówić? Jak rozedrzeć skórę słów?” – Czesław Miłosz.

    O polityce polskiej nic nie powiem. Szkoda słów, nawet tych niewłaściwych. Co mogę pozytywnie odnotować od siebie, to jakiś rodzaj równowagi w żalu i cierpieniu. Już się nie szarpię, nie miotam, nienawidzę spokojnie i systematycznie. Moja rozpacz jest stabilna. Niewzruszona.

  • Czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie się odbędą? Oświadczenie organizatora

    Szanowni Państwo,

    w związku z dużym zainteresowaniem Międzynarodowymi Targami Książki w Krakowie pragniemy zapewnić, że podobnie jak Messe Frankfurt GmbH – organizator Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie (Frankfurt Buchmesse), aktualnie nie planujemy zmiany terminu wydarzenia.

    Wszystkich miłośników książek zapraszamy w dniach 22-25 października do EXPO Kraków. Nasz zespół nie zwalnia tempa, przygotowuje plany, opracowuje program i każdego dnia przyjmuje zgłoszenia od Wystawców, którzy deklarują udział w targach.

    Z uwagą śledzimy wszelkie postanowienia Ministra Zdrowia oraz rekomendacje Głównego Inspektora Sanitarnego i na bieżąco reagujemy w przypadku konieczności przenoszenia wydarzeń firmy Targi w Krakowie. Oczywiście jeśli tylko sytuacja ulegnie zmianie, będziemy Państwa niezwłocznie informować o wszelkich nowych postanowieniach. Wszak jesteśmy tak samo spragnieni spotkań, jak i odpowiedzialni.

    Targi w Krakowie, organizator Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe
  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (31-36 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    14 kwietnia 2020 (7202 zarażonych, 263 zmarłych)

    Zgłosiła pretensje wierna czytelniczka, że zbyt pesymistyczny ten mój dziennik i żebym napisał nieco optymistyczniej (podzieliło mi się na opty- i mistyczniej). Bardzo bym chciał, ale wystarczy rzucić okiem na program jutrzejszych głosowań w sejmie by stracić do reszty ochotę na optymizm. Wyjęli z kosza zakurzony projekt całkowitego zakazu aborcji i będą przepychać. Do tego dorzucili karanie za edukację seksualną i zgodę na zabieranie dzieci do lasu na polowania. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. To chodzi o to, żeby te dzieci chronić, czy żeby je stawiać pod lufy pijanych myśliweczków i smarować posoką w wojenne barwy? To jest ustanawianie prawa, czy jego likwidacja? Ręce opadają. Chcą przecisnąć przez maszynkę do głosowania wszystko to, co zostało wcześniej odrzucone wskutek szerokich protestów społecznych. Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, to przypominam; zabierają nam wolność. Wolność decydowania o sobie, co jest fundamentem obywatelskiego społeczeństwa. Po drugiej stronie, na horyzoncie, majaczy powrót do parafiańskiej ciemnoty rodem z „nocy saskiej”. I lawinowo rosnąca liczba noworodków topionych w szambach. Czy to jest ochrona życia? Ach, no i jeszcze dorzucili wątek żydowski, jak zwykle. Czas skończyć z tym odzyskiwaniem mienia przez ofiary i ich pełnomocników. Wszystko co nasze Polsce oddamy. I nie nasze też.

    Podobno wątek żydowski został usunięty. Jak to ktoś ujął – zagrożenie nie jest realne. Nie, jest nadnaturalne.

    www.unsplash.com/Billy Huynh

    Okej, wyłączam internet. Ma być pozytywnie. Wyłażę na taras, rozglądam się i szukam czegoś dobrego. Chmury są dobre. Płyną od zachodu i niosą opady, których wyschnięta ziemia łaknie jak kania dżdżu, choć niewiele tego dotychczas spadło. Ja mam z chmurami jak Dyzio Marzyciel. W dzieciństwie naprawdę lubiłem kłaść się na łące (tata zabierał mnie do pracy w polu i uczył rolniczego fachu), by patrzeć na płynące obłoki. Naprawdę chciałem usiąść na takiej miękkiej białej poduszce z waty i popłynąć hen daleko. Czyli nie zostać tu, gdzie byłem. Faktycznie, popłynąłem daleko, rolnikiem nie zostałem i całe szczęście, bo dzisiejsza gospodarka wiejska z rolnictwem w rozumieniu mojego ojca niewiele już ma wspólnego, natomiast miłość do chmur mi została. Prawie wszystkie zdjęcia na wycieczkach robię dlatego, że są fajne chmury w tle. Ilekroć lecę samolotem, zdumiewa mnie – wiem, całkiem naiwnie – ich nieuchwytność, ulotność, brak kształtu. Po prostu mokra mgła. A z ziemi wyglądają tak konkretnie! No więc patrzę teraz na nie i myślę sobie, że jednak są najtrwalsze ze wszystkiego. Świat się skończy, życie wymrze, wirus zdechnie razem z jego ostatnimi nosicielami – a one nadal będą tak lecieć z zachodu na wschód albo odwrotnie. Rozwiewać się i na powrót scalać w rozciągliwe ni to materie, ni to idee, rozszczepiane promieniami słońce we wszystkie kolory tęczy. Wyłaniać się zza horyzontu i znikać po drugiej stronie. Istnieć. Tylko już nie będzie oka patrzącego z zachwytem i głowy marzącej, by polecieć z nimi.

    Pozytywnie wyszło, nie ma co. To spróbuję inaczej. Dobrze mi się siedzi w pokoju. Cztery ściany, dwa skosy dachowe, w nich okna jak włazy do czołgu – można się poczuć bezpiecznie. Co złe, zostaje na zewnątrz (pesymizm podpowiada, że co dobre również, ale go uciszam), natomiast tu, w środku, siedzę jak w pudełku swojej cieplutkiej, umoszczonej czytaniem i pisaniem norki, z której właściwie nie ma potrzeby wychodzić. Kwarantanna do pewnego stopnia stanowi spełnienie marzeń humanisty, który chciałby mieć wreszcie spokój od świata i siedzieć sobie po uszy w tekstach, unikając konfrontacji. Książek mam całkiem sporo, wiele z nich nieprzeczytanych, czyli do przymusu siedzenia można jeszcze dopisać szlachetny cel, że się nadrabia intelektualne zaległości. Wszyscy teraz powtarzają: „nareszcie mogę nadrobić zaległości w czytaniu!”. Gdyby nie moje postanowienie o pozytywności, spytałbym: ale właściwie po co? Ile tych zaległości jest i kiedy zostanie nadgonione? I co???

    A najbardziej pozytywna jest lornetka. Pal licho czytanie i pisanie, ale jest wiosna, ptaki szaleją i można podglądać je godzinami, gospodarzące wokół domu. Ileż w tym ruchliwego konceptu! Na przykład jedna sikorka bogatka od kilku dni buduje gniazdo w dachu sąsiadów i regularnie sfruwa do naszego ogródka po gałązki. Bierze jedną, próbuje dziobem i odrzuca, bierze inną i układa równiutko, drugą, trzecią, a kiedy uzbiera jej się pełny luk bagażowy, łapie w dziób i leci. Wszędzie pełno patyków, suchych traw i wszelkiego budowlanego materiału, a ona sobie ubrdała, że te moje pasują najakuratniej i warto latać dwadzieścia metrów dalej. Próbuję pojąć, czym się kieruje w tych konstrukcyjnych ustaleniach: giętkością? Ciężarem? Wartościami izolacyjnymi? Podatnością na wstrząsy? Nigdy nie budowałem gniazda, wiadomo. Ale też nigdy się nie zastanawiałem, JAK ZBUDOWAĆ GNIAZDO! A teraz, dzięki pandemii, zaczynam. Pozytyw? Jak najbardziej!

    15 kwietnia 2020 (7582 zarażonych, 286 zmarłych)

    Kryzys i solidarność. Kapitalizm i wspólnota. Społeczne i prywatne. Znowu się nasiliły apele o pomoc dla drobnych przedsiębiorców, na których podobno spoczywa nasz dobrobyt i jeśli oni upadną, upadniemy wszyscy. Mamy być solidarni i zrzucić się na ratowanie ich interesów, ponieważ zastrzyk pieniędzy pomoże im przeżyć. Czyli nam również. Jak donoszą, córka naszej marszałek sejmu – trenerka personalna z siłowni – poprosiła nawet o wpłaty na konto, które pozwolą jej „przetrwać ten trudny czas”. Niemal doścignęła ojca Rydzyka – aż boję się powiedzieć, w czym. W każdym razie powinniśmy ją ratować, bo drobnej przedsiębiorczości na pewno jej nie brakuje i przyda się do odbudowania kraju z pandemicznych zniszczeń.

    Solidarność działa. Szkoda, że w jedną stronę. Byłem na zakupach uzupełniających i widziałem nowe ceny w warzywniaku i delikatesach. Zwyżka średnio o pięćdziesiąt procent. Czasami o sto i więcej. Może na liczi, awokado i cytrusach jeszcze jakoś uzasadniona, ale na ziemniakach i marchewce to już chyba nie. Ani orzechach laskowych (dodaję do jogurtu na śniadanie). To znaczy, że zasada solidarności społecznej i zwykłej międzyludzkiej pomocy ze strony drobnych przedsiębiorców już niespecjalnie działa. Jak można zarobić na kryzysie, to się zarabia. Na tym przecież polega wolny rynek, o czym zdajemy się czasem zapominać. Zatem przypominam: kapitalizm powstał na kulcie zysku i uznaniu sknerstwa za cnotę (patrz Opowieść wigilijna Dickensa). Nie mam specjalnie złudzeń, że obronimy się przed kryzysem dając pieniądze przedsiębiorcom i życząc im „przetrwania trudnych czasów”, a tym bardziej nie mam złudzeń, że oni nam się w jakimś hipotetycznym „później” odwdzięczą na przykład promocyjnymi cenami. Kto ma stracić, straci, a kto ma zarobić, zarobi. Brutalnie i po prostu. A solidarność w sensie sprawiedliwości społecznej nie sprawdza się w odniesieniu do drobnokapitalistycznej konkurencyjności, bo nie i tyle. Zysk jest wartością nadrzędną i wyklucza myślenie w kategoriach dobra publicznego, przedwojenni socjaliści porządnie już ten problem przedyskutowali. A „Solidarność” się na nieznajomości tych dyskusji przejechała, usiłując być formacją socjalistyczną w kapitalizmie, i skutkiem tego została przybudówką populistycznej władzy, zamieniając ideę robotniczej wolności na rządowy garnuszek.

    Z tą pomocą to naiwność. Wiem, bo czytałem bajkę Mickiewicza Chłop i żmija, a ponieważ to nasz wieszcz narodowy, zakładam, że wie co mówi.

    Któryś lekarz w przypływie rozpaczliwej determinacji krzyknął, że nie potrzebuje oklasków na balkonach, tylko odrobinę życzliwości w sklepie, kiedy po dwunastu godzinach dyżuru robi zakupy w drodze do domu. Może tam skierujmy nasze apele o solidarność. Do tych wszystkich, którzy mogą pomóc służbie zdrowia, gdyż tam się teraz rozgrywa najważniejsza walka. A personel medyczny jest daleki od kapitalizmu i nie ukąsi pomocnej dłoni. Raczej ją wyleczy.

    17 kwietnia 2020 (8379 zarażonych, 332 zmarłych)

    Z jakimś maniackim uporem piszę w nagłówkach te „oficjalne dane” o ofiarach, ale to jest pic na wodę. Lekarka mówi, że w jej szpitalu w ciągu doby zmarły 4 osoby, a oni podają na cały kraj liczbę zgonów 7. Nawet nie wiadomo dokładnie, kto podaje, ponieważ dane publikuje ministerstwo zdrowia, ale kneble są założone znacznie niżej, na poziomie poszczególnych jednostek medycznych, więc minister jakby jest kryty. Krótko mówiąc, rośnie zaufanie do rzeczników prasowych. Jeszcze trochę i każdy będzie sobie sam sporządzał gazetę na każdy dzień z tego, co gdzie wydłubie z internetu. A w internecie jest wszystko, jak na wysypisku, i każdy kleci kiosk z wiadomościami po swojemu, wedle pomyślunku, talentu i przyzwoitości. Mnie na ten przykład osobliwie cieszą filmiki dowodzące, że cała pandemia jest jedną wielką mistyfikacją, a szpitale są puste i funkcjonują normalnie, to znaczy żadnych chorych w nich nie ma. Niektórzy z nas uwielbiają teorie spiskowe i teraz mają używanie. Wszystko jest zmową, jakimś ukrytym „systemem”, działającym w interesie wąskiej grupy cwaniaków (miliarderzy, CIA, Żydzi, rosyjscy lub chińscy oligarchowie itd.), sycących swoje odrażające żądze nieszczęściem reszty ludzkości. Jak El Cuco z Outsidera, który musi odnawiać swoje siły szerząc zło. W obliczu globalnego zamieszania jedni tracą rozum, a inni go zyskują nad miarę i dochodzą do przekonania, że przeniknęli istotę rzeczy. Łatwe odpowiedzi kuszą, zwłaszcza gdy nie ma odpowiedzi prawdziwych.

    Ten upór w szukaniu odpowiedzi. Uważaliśmy go za przywilej, boski dar, dzięki któremu odróżnimy się od reszty Stworzenia i uczynimy je sobie poddanym. Teraz to już nie jest takie pewne. Im więcej otrzymujemy odpowiedzi, tym więcej rodzi się nowych pytań i ta zabawa zdaje się nie mieć końca. Trochę z tym jest jak z nieustannym wzrostem gospodarczym – nie może trwać w nieskończoność i kiedyś musi klapnąć. Im dłużej go pompujemy, tym klapnięcie głośniejsze i bardziej bolesne. Czasem kombinuję, że właśnie przeżywamy jedno z takich klapnięć, a że długo powstrzymywane, to dosyć głośne. Cofka jakaś planetarna.

    Może właśnie jesteśmy świadkami końca epoki postępu. Nie chodzi mi o to, że wszystko się nagle zatrzyma, nie, rozwijać będziemy dalej produkcję, usługi i wszystko to, co – chyba zbyt łatwowiernie – wzięliśmy za esencję naszej cywilizacji. Tylko wiara w potęgę postępu klapła. W szkole mieliśmy taką odzywkę na mędrków: „Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu braknie”. Jakby teraz trochę nam z tyłu brakuje, prawda?

    Jak mówił Miłosz, kiedy ktoś siedzi w brzuchu wieloryba, niekoniecznie musi wiedzieć, jak wieloryb wygląda. Ten, w którym siedzę, zaczął mieć właśnie jakieś wzdęcia, coś mu burczy po przewodzie pokarmowym i boję się myśleć, czym to się skończy. A przecież żadnych sepulek mu nie podawałem! Wskutek tych wzdęć i klapnięć mogę się ostatecznie wydostać na zewnątrz i poznać prawdziwy kształt naszego wieloryba… ale w jakiej atmosferze?

    www.unsplash.com/CDC

    Tak, dobrze się domyślacie, mówię o upartym poszukiwaniu formy dla naszych czasów. Wciąż jej nie znalazłem. Żywię jakieś anachroniczne i być może zupełnie fałszywe przekonanie, że kiedy zobaczę kształt naszego wieloryba, to i słowa przyjdą odpowiednie, czyli że istnieje realny związek pomiędzy światem i językiem. Wychodzę ze swojej epoki i oglądając się za siebie widzę postać. Czas zmienia dekoracje i automatycznie uruchamia się nowy styl. Arcyludzkie przekonanie.

    19 kwietnia 2020 (9287 zarażonych, 360 zmarłych)

    Rocznica powstania w getcie warszawskim. Mocna figura żydowskiego losu w czasie Holokaustu: garstka obrońców naprzeciw wrogiej ludzkości. To był moment ostatecznej kompromitacji idei narodowej, ponieważ obnażył jej cynizm i zakłamanie. Naród wielki, święty i wolny – ale tylko mój. Inne narody do wyniszczenia. Kult narodu jest w gruncie rzeczy uświęceniem partykularnych interesów jednej grupy kosztem innych i tak naprawdę u nacjonalistów wszelkiej maści wcale nie chodzi o naród. Wszak definiują go w sposób plemienny i wykluczają obcych, nawet jeśli są obywatelami tego samego kraju. Wtedy łatwiej ich zabić. A jeszcze łatwiej, kiedy się im odbierze człowieczeństwo („Żydzi, wszy, tyfus plamisty”). Nacjonalista jeśli chce budować, to tylko po to, żeby się bić. Dzisiaj niby oczywistości, ale jak widać z kwitnących wkoło agresji plemiennych, wciąż nie przyjmujemy ich do wiadomości. Nieraz mnie męczyło, dlaczego po Holokauście nadal możliwy jest antysemityzm? Przecież nie z rasowych doświadczeń, bo wielu dzisiejszych antysemitów z Żydami nie miało nigdy do czynienia i swoją nienawiść czerpie z mediów. Czy to Biblia zdefiniowała ich jako ofiary, a nas jako oprawców? Zwykle uważa się odwrotnie, ale to z powodu chrześcijańskiej propagandy. Spytam inaczej: czy Chrystus głosił swoje nauki do nas, czy do Żydów?

    Tamci w bunkrach i piwnicach getta ginęli już nie w imię tego czy innego narodu, ale po prostu jak ludzie. To było dla nich ważne – by nie umierać jak zwierzęta, którym my też najpierw odbieramy dusze, by potem móc ze spokojnym sumieniem zabić. Gdyby nacjonalistyczne kategorie miały jakikolwiek sens, młody Żyd z bunkra ŻOB-u mógłby zapytać Polaka z tamtej strony muru: co dla ciebie znaczy nasza tysiącletnia wspólna historia? Odpowiedź brzmi: nic. Jak bardzo obchodzi cię śmierć z obcej ręki twojego żydowskiego brata w waszym wspólnym domu? Odpowiedź: nie obchodzi. Ile jest warte dla ciebie życie człowieka, który był twoim sąsiadem? Odpowiedź: tyle, ile ukrywane przez niego złoto. Co możesz w ogóle dla mnie zrobić? Odpowiedź: niewiele. Mogę pomodlić się do Chrystusa, który też był Żydem.

    Popełniam ten sam błąd: mówię „my” i „oni”. A przecież oni byli nami. Razem budowaliśmy przez tysiąc lat Rzeczpospolitą i czas polsko-żydowskiej zgody pisze najlepsze karty naszej historii. A czas pogromów najgorsze. Konflikty między nami były zawsze jednokierunkowe, to znaczy my biliśmy ich. Tak zwane pogranicze polsko-żydowskie tym się charakteryzuje, że nie ma lokalizacji przestrzennej, ponieważ takiej granicy geograficznej nigdy nie było. Były inne, partykularne, nacjonalistyczne, i one powinny były odejść w przeszłość razem z koszmarem Holokaustu. Nie odeszły.

    Brak Żydów boli, ale i szkodzi. Polska bez nich jest jakaś uboższa, bardziej przaśna i parafialna. Umysłowo nudna. Partie polityczne budujące swoje programy z użyciem haseł antysemickich są jakieś niedowarzone intelektualnie, bardziej prostackie, zwyczajnie głupsze. I nie chodzi tylko o durniów w rodzaju Rybaka czy Międlara, ale o najważniejsze ugrupowania polityczne, z sejmową reprezentacją. Myśli żydowskiej im brakuje. Odrzucają akurat to, co mogłoby im pogłębić wymiar, nadać formę, o którą w Polsce tak trudno, podnieść trochę w oczach świata. A tak – bełkoczemy o wstawaniu z kolan pełzając na pańszczyźnianych czworakach. Niemców nie spolonizujemy, Rosjan też nie, ale Żydów mieliśmy spolonizowanych i pozwoliliśmy sobie ich zabrać. Przyłożyliśmy rękę do ich odejścia, zamiast o nich walczyć. Głupota nie polega na tym, że się nie wie wszystkiego, tylko na tym, że się nie umie słuchać mądrzejszych.

    Młody żydowski bojownik z getta nie daje mi spokoju. Podobno umierał w milczeniu, nie mając nic do powiedzenia światu za murem. Jego brat po tamtej stronie będzie ginąć kilkanaście miesięcy później z tą samą przeraźliwą samotnością i rozpaczą. Umierają osobno, choć gdyby umieli ze sobą rozmawiać, zginęliby razem. Jak na braci przystało. Poróżniła ich koncepcja narodu.

    Obchody dzisiaj też puste, bez ludzi. Samotne jak ich śmierć.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 12 oraz 13)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    26 marca 2020 (1221 zarażonych, 16 zmarłych)

    No i wydało się. Mamy wyjątkowo niską liczbę zmarłych na koronawirusa, ponieważ to władze decydują, kto się do takiej śmierci kwalifikuje. Otóż kwalifikuje się tylko osoba zmarła na koronawirusa w szpitalu. Jeśli umarłeś w domu, nie liczysz się! Ten kierowca z Głogowa, o którym ostatnio pisałem, że skonał we własnym mieszkaniu podczas kwarantanny, nie doczekawszy testu – również się nie liczy. Sprawdźcie sami, nie ma go w statystykach. Dziennikarze wyszukali, że takich przypadków jest więcej, to znaczy że nasz kraj może być częściowo zaludniony obywatelami nieżywymi, tylko wolimy tego nie sprawdzać. Te ciała zwykle znajdują bliscy, kiedy przez dłuższy czas nie mogą nawiązać kontaktu. I wtedy lekarz wpisuje jako przyczynę śmierci „nagłe zatrzymanie serca”, a sekcji nikt nie robi, ponieważ nie ma znamion przestępstwa. Nie liczy się.

    Znamiona przestępstwa są, i to dosyć ewidentne. W dodatku wiemy, kto jest sprawcą: seryjny zabójca COVID-19 o ksywie „Koronawirus”, z którym nasze służby policyjne walczą znacznie energiczniej niż na przykład ze wspomnianym „Hossem”. Zatem należy robić sekcję zwłok ofiar i gromadzić dowody przeciwko mordercy. Kpię, ale tylko trochę, bo sprawa jest poważna. Statystyki ofiar epidemii to istotna wiedza historyczna oraz medyczna na przyszłość i fałszowanie ich również jest przestępstwem. A jeśli robi to władza, która podobno tak wielką wagę przywiązuje do prawdy historycznej, to już w ogóle…

    No właśnie. Było 15, a jest z powrotem 14, bo ministerstwo ogłosiło, że jeden zmarły przechodzi do innej rubryki. W karcie zgonu miał wpisaną niewydolność krążeniowo-oddechową, ale bez koronawirusa; leżał w szpitalu, zgon jednak nastąpił z innych powodów. Zostało to stwierdzone na podstawie wyników testu, które przyszły już po śmierci pacjenta. Dopóki żył, mógł mieć, ale jak umarł, to już nie ma. Jakaś logika w tym jest, choć trochę już zaświatowa. Pojawia się również gra sepsą. Chorują na koronawirusa, ale umierają na sepsę. Orwell nadchodzi: prawdą jest tylko to, co władza ogłosi, reszta z definicji nie istnieje, w związku z tym nie może zostać powiedziana. W moim przekonaniu chodzi o iluzję, że – jak się wyraził Prezes – „stan jest pod kontrolą” i wybory 10 maja mogą się odbyć. Potem liczby gwałtownie skoczą, lawina epidemii runie nam na łby, ale najpierw Duda wygra w pierwszej turze. A o to tu chodzi. Dlatego wczoraj nałożono kaganiec na wypowiedzi regionalnych konsultantów medycznych – żeby nie mogli swobodnie mówić, jak naprawdę jest. Decyduje głos z centrali. Wedle nomenklatury carskiej – wyższy czyn.

    www.unsplash.com/camilo jimenez

    I Trump, i Kaczyński mówią, że wszystko jest pod kontrolą. „Wszystko jest pod kontrolą” powtarzają alkoholicy, którzy pozorują trzeźwienie. Patrz: Jerzy Pilch, Żółty szalik. A do urn, przypominam, idziemy z portkami na głowach!

    W Wojnach nowoczesnych plemion Michała Pawła Markowskiego znalazłem celne i wieloznaczne określenie: „ochronna strefa fikcji” (s. 142). Chodzi o coś w rodzaju zagrody bezpieczeństwa na stepie chaosu, którą budujemy przy pomocy rozkosznych narracji, oddzielających nas od świata. W takich ochronnych strefach fikcji żyją wspólnoty skupione wokół własnych urojeń, projekcji, lęków, z którymi coś trzeba zrobić, a po imieniu nazwać nie można. To znaczy można, ale lepiej jednak nie. Te narracje w zasadzie nie kłamią – wspólnota nie dopuszcza do siebie prawdy, którą mogłaby sfałszować – tylko powtarzają frazy (naprawdę) uspokajające i (pozornie) wyjaśniające. Narracja wolnościowa wspólnoty narodowej stanowi klasyczny przykład generatora takich ochronnych stref fikcji, którą jeden z doradców naszego prezydenta nazwał Maszyną Bezpieczeństwa Narracyjnego. Zwracam na to uwagę dlatego, że informacje oficjalnych mediów rządowych na temat pandemii zaczynają przypominać taką MaBeNę, co faktom nie wróży najlepiej, nie mówiąc o prawdzie.

    Wolałbym wiedzieć, co jest, choćby z grubsza. A tak nadal nic nie wiem. Im więcej grzebię w stosach doniesień, tym mniej wiem. A gdzie jeszcze zrozumienie, wyjaśnienie i interpretacja? Totalny głowaból.

    Ech, znowu się spinam. Doniesienia, donoszenia, donosy… Dosyć. Reset.

    Zagłębiam się w sobie i słucham moich niepokojów. Parę dni temu zapisałem myśl, która napawa mnie i wytrąca, oraz inspiruje i skłania. Że te moje łąki, ptaszki i obłoczki na niebie pochodzą z tego samego porządku, co koronawirus. Hmm, cały jestem ulepiony z tej samej materii. Konsekwencje tego pozornie oczywistego faktu są fundamentalne. Ja jestem biologią i on jest biologią, stanowimy jedno i nie on zabija mnie, tylko natura robi swoje porządki. Jest w końcu gospodynią całego tego globalnego mieszkania i wzięła się za sprzątanie. Człowiek był jej najzdolniejszym, świetnie się zapowiadającym dzieckiem, więc pozwoliła mu się rozwijać samodzielnie, z rzadka tylko sprawdzając, czy ma czysto za uszami i sumiennie odrabia lekcje. Zdolny chłopak jednak szybko się wycwanił i w ciągu dnia grzecznie się uczył, a nocami grał po kryjomu w najokropniejsze horrory. Pół biedy, że w miejsce Matki wymyślił sobie Boga Ojca i jemu przysiągł lojalność, ale później powołując się na ojcowski autorytet wyczyniał najdziksze swawole, demolując kolejne kąty wspólnej chałupy i całego obejścia. Do tego bezczelnie twierdził, że to ojciec mu kazał „czynić sobie ziemię poddaną”. W dwudziestym wieku naszej ery przeszedł już samego siebie i uznał, że tylko on jest bogiem, więc będzie składał hołdy wyłącznie sobie, reszta wynocha. Po czym zabrał się do systematycznego rabowania domu i przetwarzania wspólnych naturalnych bogactw na własne przyjemności i zabawki. Nie ma takiego systemu moralnego, który by nie uznał tego za zwyrodnienie i kalanie własnego gniazda. Trudno się dziwić, że Matka straciła cierpliwość i postanowiła przywrócić jakąś naturalną homeostazę w tym coraz koszmarniejszym bajzlu. Nieco późno i pewne błędy w wychowaniu nie są już do naprawienia, ale jak widać jeszcze ma trochę krzepy. Z tymi debilowatymi mięśniakami dinozaurami sobie poradziła, to i z człowiekiem sobie poradzi. No, w każdym razie próbuje.

    27 marca 2020 (1389 zarażonych, 16 zmarłych)

    Chorują księża. Lubią się nazywać lekarzami dusz i tak jak lekarze są szczególnie narażeni z racji wykonywanej pracy. Ale jak tu twardemu radiomaryjnemu elektoratowi powiedzieć, że na mszy można się zarazić? A można, prędzej niż w sklepie, co wynika już z performatyki rytuału: maczanie palców w miseczce ze święconą wodą, pozdrowienia, podawanie rąk, komunia z ręki do ust… Z epidemiologicznego punktu widzenia katastrofa. I to już się stało, bo msze odbywały się jeszcze kilka dni temu. Nadmierne nagłaśnianie tych faktów mogłoby jednak zrujnować kościelne imperium w Polsce, a do tego obecna władza żadną miarą dopuścić nie może, bo to fundament jej istnienia. Ruszyła gra na zwłokę, pozory i udawanie, że tego akurat problemu nie ma. Nie, jest, i to spory. Żyjący w cieniu tajemnic i przemilczeń polski kościół katolicki zapewne boryka się z potężnym uderzeniem koronawirusa, o jego skali nigdy się jednak raczej nie dowiemy, bo nie jest to wiedza dla maluczkich. „Ja stwarzam Dobro i ja stwarzam Zło, jam jest Pan”.

    www.unsplash.com/Karl Fredrickson

    Zastanawiam się, czy tu nie bije jedno ze źródeł ksenofobicznych inicjatyw, zwłaszcza pogromów antysemickich, organizowanych w przeszłości przez nasz lud za poduszczeniem księży. Obrzędy kościelne stanowiły kapitalne ogniska zarazy, czego nie wolno było głośno stwierdzić i potrzebna była tak zwana informacja zastępcza, czyli kozioł ofiarny. Żydzi nadawali się znakomicie: dużo podróżowali, prowadzili odmienny tryb życia, jedli co innego – byli winni! Naziści doskonale to podchwycili na słynnym plakacie „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, gdzie twarz żydowskiego mędrca została skontaminowana z czaszką kościotrupa – ofiary epidemii. Jeśli ktoś zaoponuje, że to tylko dawna, patologiczna aberracja, polecam mu jaskrawożółtą okładkę czasopisma „Rolnik Polski” nr 4/2019, gdzie pomysł został powtórzony, tylko na miejscu Żyda jest dziewczyna z żółtą twarzą pokrytą czarnymi plamami i podpisem: „Ekoterroryzm – tyfus plamisty Polaków”. Na żółto hitlerowcy oznaczali Żydów w obozach koncentracyjnych…

    Spokojnie, na razie „wszystko jest pod kontrolą”, nic takiego się nie dzieje, walczymy z pandemią solidarnie i ofiarnie (oj, niezręczne słowo, fatalizmem podszyte), siedzimy w domach i czekamy na rozwój wydarzeń. A wydarzenia dzieją się ciekawe w hiszpańskiej Andaluzji naszej ukochanej turystycznej, gdzie grupa „wandali” obrzuciła kamieniami i materiałami wybuchowymi staruszków przewożonych z opuszczonego domu opieki do szpitala w mieście. Starców eskortowała policja. Biedni wandale założyli – na jakichś sobie tylko zrozumiałych podstawach – że zarażeni staruszkowie będą swobodnie chodzić po mieście i zarażać innych, dlatego spontanicznie wyrazili swój sprzeciw. Staruszków zamknięto w szpitalu i teraz służby pilnują, żeby nikt nie miał do nich dostępu. Oprócz koronawirusa, bo ten już tam jest. Hiszpania ma doświadczenie w temacie zarazy, przypominam Alpuharę Adama Mickiewicza. Któryś ze staruszków musiał niebezpiecznie przypominać podstępnego Almanzora, więc gmin andaluzyjski zareagował.

    W „Wyborczej” nowa akcja pod tytułem: „Ocalmy 300 tys. miejsc pracy!”. Chodzi o tak zwaną branżę beauty, czyli fryzjerów, kosmetyczki, depilatorki, tatuażystów – całą armię cyrulików od upiększania nas, czyli maskowania naszej brzydoty. Za pomocą czegoś o nazwie Booksy – co się definiuje jako start-up i ma szefa o patriotycznym nazwisku Stefan Batory – mamy wpłacać pieniądze i w ten sposób pomagać. Rozumiem, ważna sprawa, ludzie tracą pracę, bankrutują, zostają na lodzie i proszą o wsparcie, ponieważ stan jest nadzwyczajny. By uzmysłowić nam dramatyczność sytuacji, pewna pani od manikuru pyta: „A jak pielęgnować paznokcie klientek, stojąc dwa metry dalej?”.

    No jest problem, ale ja mam problem z tym problemem. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie tracą nie tylko pracę, ale zdrowie i życie. Rujnowana przez lata służba medyczna w Polsce nie wyrabia znacznie dramatyczniej niż manikurzystka, która ma za daleko do fotela klientki. Personel szpitali i przychodni gremialnie się zaraża, całe oddziały nie mogą pracować, obsługę dziesiątkuje kwarantanna. Pacjenci z problemami nowotworowymi są pozbawieni dostępu do zabiegów ratujących życie. Nauczyciele rzężą pod jarzmem zdalnego nauczania, za psie pieniądze, które rząd jeszcze planuje im obciąć. Kasjerki w sklepach, gdzie robimy gorączkowe (oby nie!) zakupy, są cały czas narażone i na zakażenie, i na agresję niespokojnych klientów, co mówię smutny i sam pełen winy. Kierowcy, służby porządkowe, dziennikarze, rolnicy, kolejarze, górnicy, straganiarze, leśnicy – sorry, ale wszyscy. Sytuacja jest trudna, dlatego wymaga rozwagi w dysponowaniu zarówno środkami pieniężnymi, jak i energią społeczną. Ludzie siedzą w domach i chcą pomagać, a wielu z nich swoją pomoc może ograniczyć jedynie do wpłacenia pieniędzy na jakiś szczytny cel. Widzę ten cel w kupowaniu sprzętu medycznego (chwała mojemu Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za akcję #ujdlaszpitala, która pozwoliła zebrać ponad 750 tys. zł na sprzęt medyczny), widzę w dofinansowaniu ludzi opiekujących się chorymi, niepełnosprawnymi, zniedołężniałymi, czyli wszędzie tam, gdzie chodzi o zdrowie i życie. Niespecjalnie widzę go w dofinansowywaniu salonów piękności. Inaczej mówiąc, nie jestem przekonany, że to, czego dzisiaj jako społeczeństwo najbardziej potrzebujemy, to wypielęgnowane paznokcie i fioletowe pasemka. Albo tatuaż.

    Wiem, bezczelne, ale wszyscy mamy trudniej. Walka o przetrwanie dopiero się zaczyna, takich sytuacji będzie więcej. I gorszych. To ma trwać rok i dłużej. Wszystkich nie zadowolimy zbiórkami pieniędzy, zwłaszcza że do jako tako uczciwej dystrybucji tych pieniędzy potrzeba kolejnej rzeszy ludzi, finansowanych zapewne z tychże zbiórek, bo skąd. Owszem, każdy może wpłacić pieniądze na swoją ulubioną kosmetyczkę, robienie z tego jednak ogólnonarodowej akcji pod hasłem solidarności, z dyskretnym podaniem operatora, który chętnie się tymi pieniędzmi zajmie, to już dla mnie jakby trochę za daleko idąca skwapliwość.

    Pandemia się jeszcze nie skończyła. Ci lepiej zorientowani mówią, że dopiero nadchodzi. Skupmy się na sprawach naprawdę ważnych, bo od tego będzie zależało zdrowie i życie wielu z nas. Na walkę z kryzysem na rynku pracy mamy czas po przejściu tsunami, kiedy policzymy straty, o rozmiarze których nic sensownego jeszcze dzisiaj powiedzieć się nie da. Mam swojego zaufanego trenera personalnego, chłopak siedzi teraz w domu i nagrywa filmiki dla klientów, żeby coś w ogóle robić. Umawiamy się zdalnie, on mi podrzuca zestawy ćwiczeń i koryguje błędy, ja walczę na znanej Wam już ławeczce, liczymy się normalnie – i tyle. Wspieram zwyczajnie, prywatnie, bez start-upu Booksy.

    Potrzebna ostrożność. Sytuacje kryzysowe generują warunki dla ludzkich dramatów, ale i okazje dla graczy. Na ludzkiej biedzie i strachu świetnie się zarabia, jeśli tylko komuś starczy cynizmu i podłości, a tej w dorzeczu Wisły i Odry nigdy nie brakowało, wbrew patriotycznej MaBeNie. Teraz znowu w górnych rejonach władzy odbywa się wielkie dzielenie publicznych pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla ekonomicznych ofiar pandemii. Nikt jeszcze nic nie wie o skali katastrofy, ale już trwają kłótnie komu, ile i na co. Aż się boję, co to będzie. No nie, o kościół się nie boję.

    Uff, pieniądze, pieniądze. Jest taki przejmujący fragment w Dzienniku roku zarazy, gdzie Defoe mówi o braku przygotowań miasta na nadchodzącą epidemię. Zarówno władze świeckie, jak i duchowne nic sobie nie robiły z ostrzeżeń:

    Działano w istocie tak, jak gdyby nie żywiono najlżejszych nawet obaw, a co za tym idzie, nie poczyniono nic i nic nie przewidziano dla dobra ogółu. (…) Miasto nie posiadało żadnych spichrzów ani składów na ziarno lub mąkę przeznaczonych dla biedaków, gdyby więc byli mogli poczynić zapasy, jak bywa w takich razach, wiele biednych rodzin doprowadzonych teraz do krańcowej nędzy, znalazłoby pomoc, i to znacznie skuteczniejszą, niż można by im obecnie okazać. [s. 87]

    W żywność zdołaliśmy się zaopatrzyć, z tym akurat nie mamy dzisiaj problemów (na razie), ale z zapleczem medycznym sprawy już nie wyglądają tak pięknie. W tle afery żywnościowej w opanowanym przez dżumę Londynie była oczywiście afera z dystrybucją pieniędzy publicznych, którą Defoe relacjonuje dosyć powściągliwie, mówiąc o skrupułach administratorów „gdy mieli naruszyć fundusze należące do sierot”. Tych skrupułów brakło w rok później, gdy Londyńska Izba Handlowa wyłożyła ogromne środki finansowe na odbudowę gmachów publicznych zniszczonych w pożarze, stawianie pomników i ogólne upiększanie miasta. Czyli gdy wydawali dla siebie.

    Teraz się zawahałem, ponieważ kawałek dalej Defoe wygłasza dramatyczny sąd o nędzy drobnych rzemieślników i usługodawców, co podkopuje wygłaszane powyżej filipiki Zajasa przeciwko ratowaniu salonów piękności:

    Niech ktokolwiek z tych, komu znane są liczne rzesze ludzi w tym mieście, zarabiających na chleb powszedni czy to jakimś kunsztownym rzemiosłem, czy wykonując najgrubsze roboty, niech ktokolwiek, powtarzam, rozważy, jaka nędza tu zapanuje, jeżeli nagle wszyscy ci ludzie będą usunięci z posad, jeżeli ustanie wszelka praca i wszelka za nią zapłata.

    Idzie wielka bieda, to raczej pewne. To co, może jednak spróbujmy im jakoś pomóc?

    We Włoszech dzisiaj rekordowa liczba zgonów: 969. Umierają ludzie w każdym wieku, nawet ci bez chorób towarzyszących. Podobno Polska jest obecnie na kursie włoskim. Idzie bieda, ale najpierw tsunami.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 8 oraz 9)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    22 marca 2020 (634 zarażonych, 7 zmarłych)

    Nadal nic nie wiem. Siedzenie w domu i czekanie na wiadomości. Ale jakie? Co miałoby się w nich pojawić takiego, co by zakończyło czekanie? Uświadomiłem sobie, że nie ma takiej informacji, po której moglibyśmy wstać od biurek, wyjść na zewnątrz, przeciągnąć się przeciągle i z ulgą stwierdzić: no, skończyło się, wracamy do normalności. Tej wiadomości wśród tysiąca doniesień nie znajdę, to jest po prostu niemożliwe. Zostaliśmy wkręceni w lawinę wydarzeń i emocji do tego stopnia, że nawet gdyby się taka wiadomość pojawiła, nikt by w nią nie uwierzył. Wykracza poza granice dopuszczalności. Jest niemożliwa, ponieważ nie mieści się w ramach globalnej narracji, w jakiej pławimy się od rana do nocy. Weszliśmy w coś, z czego nie możemy wyjść. W każdym razie nie dzisiaj. Musimy śledzić doniesienia, musimy się bać i żyć w niepewności, musimy ulegać liczbom, statystykom, wyliczeniom, musimy również budować wokół nich całe struktury emocji. Nie ma innego wyjścia. No więc siedzę i śledzę. I się boję. W zdalnej pracy to nie pomaga, ale trudno.

    Przestałem liczyć i zestawiać, bo to nie ma sensu. Wszelkie rachunki są oparte na tak nieprecyzyjnych danych, że równie dobrze mógłbym je sam wymyślać i układać w ciągi znaczeniowe. Bez znaczenia. I to nie jest brak zaufania do środków masowego przekazu, które wykonują gigantyczną i bardzo potrzebną robotę, ale do samej informacji. Ogrom danych przytłacza, jest nie do ogarnięcia. Bez przerwy ktoś coś mówi, wywodzi, udowadnia i prognozuje, a ty nie słyszysz, ślizgasz się po tym, węsząc za tą jedną ostateczną informacją, która ma wyjaśnić wszystko i zamknąć sprawę. Ale jej właśnie nie ma. To może mieć coś wspólnego z narkotycznym uzależnieniem, które podnieca i obiecuje, ale nigdy nie kończy. Wszyscy bez przerwy mówią i nic nie jest powiedziane.

    Żeby podsumować, cytuję słowa Bertolta Brechta o radiu: „Pojawiła się możliwość powiedzenia wszystkiego wszystkim, ale po zastanowieniu nie było nic do powiedzenia”.

    www.unsplash.com/Firdaus Roslan

    Jednakowoż są przypadki poszczególne. Uderzyła mnie historia kierowcy tira z Głogowa, który wrócił z podróży służbowej do Niemiec i tydzień temu w poniedziałek zgłosił się do sanepidu, bo kaszlał i gorączkował. Polecono mu kwarantannę domową i czekanie, aż przyjedzie „koronabus” i pobierze próbki. Człowiek posłusznie zamknął się w domu, nie wychodził, pogrążał się w chorobie aż umarł. Nie doczekał się, ponieważ przez pięć dni pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Może jakby wysłali kulawego psa, byłoby więcej pożytku. Oczywiście, facet miał koronawirusa. Znalazła go straż miejska, samotnego i martwego, we własnym mieszkaniu, gdzie jak odpowiedzialny obywatel wypełniał polecenia odpowiednich służb i dostosowywał się do surowo powtarzanych przez władze zarządzeń. Miał kwarantannę, więc nie wychodził z domu. Miał koronawirusa i zgłosił się, gdzie trzeba. Otrzymał polecenie i je wykonał. Gdyby przeżył, powinien by dostać medal od miasta za obywatelską postawę. Zamiast tego został porzucony i zapomniany. Przysłali nie ekipę do zbadania chorego, tylko straż miejską do kontrolowania podejrzanego. A nuż go nie ma i się wlepi mandat. 30 tysięcy piechotą nie chodzi.

    Nie piszę, by się oburzać na to czy tamto (choć i nie zabraniam), tylko żeby trochę jak Pan Cogito zastanowić się nad arytmetyką współczucia. Tu siedem miliardów w strachu, a tu samotna śmierć jednego kierowcy. Poczciwiec latami wykonywał swoją robotę, wożąc nam do kraju tony naszych konsumenckich przyjemnostek, tyrał jak każdy z nas, a kiedy w tej robocie zaraził się niejako dla naszego dobra (dla naszych dóbr) – zastosował zalecenia stanu epidemicznego i umarł, nie doczekawszy pomocy. Tu solidarność, akcje wsparcia i zbiorowe klaskania na balkonach, a tam samotna śmierć na podłodze własnego mieszkania. Bo koronabus nie dojechał. Bo co innego było ważniejsze. Bo zwyczajnie zapomniano w ferworze walki z pandemią.

    Dla porównania. Podhalański poseł Solidarnej Polski (to ta od Ziobry) też się źle poczuł. Szybko go zbadano i wynik miał pozytywny, więc natychmiast hospitalizowano w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie i poddano leczeniu. Jak donoszą media, czuje się dobrze. Pikanterii dodaje fakt, że w Krakowie nie robiono testów, ponieważ – budynek sanepidu jest w remoncie. Próbki wożono do Świętokrzyskiego. Dopiero kilka dni temu dwa szpitale uruchomiły własne laboratoria, by coś w ogóle robić. Wykonują 60 i 100 próbek dziennie. Przy okazji – to odpowiedź na moje pytanie sprzed tygodnia, dlaczego w Krakowie jest tak mało przypadków. Bo nie robili testów! Ale posłowi zrobili. Życzymy zdrowia, panie pośle!

    Wiem, nie powinienem porównywać. Każdy człowiek jest inny i los ma inny. Chyba jednak się trochę oburzam, choć jak poucza Poeta, „gniew i litość szkodzą równowadze stylu”.

    23 marca 2020 (749 zarażonych, 8 zmarłych)

    To się rozgrywa gdzieś bardzo głęboko w nas, na poziomie komórek, w najciemniejszych zakamarkach naszych ciał. Uzbrojony w wypustki drobny cwaniak pakuje się w krwiobieg, przepycha się do strategicznych rejonów, wczepia w zdrowe komórki i otwiera je chwytakiem jak kluczem do konserw. Następnie włazi tam i rozmnaża się, korzystając z naszego materiału genetycznego. To trochę tak, jakby ktoś włamał się do twojego domu i w sypialni zajął się prokreacją, wykorzystując do tego twoją żonę lub córkę. W obu przypadkach dochodzi do zrujnowania komórki, biologicznej czy społecznej. A ty nic nie możesz, bo dom jest obstawiony gangsterami, którzy cię izolują od normalnych funkcji życiowych i przy okazji stoją w kolejce, by też się trochę porozmnażać.

    www.unsplash.com/CDC

    Wirus to taki dziwny twór, który nie tyle żyje, ile pozoruje życie, korzystając z naszych funkcji witalnych. Kłębek kodu genetycznego, włamujący się do nas by sobie poużywać, ponieważ nasz organizm jest rozbudowany, bogaty i życiodajny, trudno się więc dziwić, że budzi takie zainteresowanie różnych darmozjadów, włamywaczy, rabusiów i gangsterów od przejmowania cudzego biznesu. Odwieczna walka dobra (ja) ze złem (on). Widzę koronawirusa jako dobrze zorganizowaną, agresywną mafię paliwową, która napada i przechwytuje całe koncerny z polami naftowymi i rafineriami. A kiedy jej się uda przejąć władzę nad którymś państwem, osadza na tronie jednego ze swoich i składa mu hołdy, bezwzględnie przy tym pilnując własnych przywilejów. Państwo zdycha, ale mafia kwitnie. A jak już przeżre, przepije i przekopuluje wszystko, porzuca martwe ciało i szuka nowego.

    Próbuję to sobie zwizualizować:

    Eskadra niebieskich kuleczek z czerwonymi trąbkami, o numerze bojowym dajmy na to CV 5312, leci nad Grobianami i mikroradarem namierza potencjalne ofiary. W pewnej chwili zataczają koło i zniżają lot. Jeden z nich mówi:

    O, tam siedzi gostek przy biurku i główkuje. Co wymyśli, wklepuje zaraz do lapka. Intelektualista w maseczkę kichany.

    Chyba nas właśnie obraził – dodaje drugi i pokazuje palcem to, co przed chwilą napisałem o mafii.

    Zarazimy go?

    No ba, ale jak? Zamknął się i nawet nosa nie wychynie na zewnątrz. Był niedawno na łąkach, ale się trzymał kilometr od innych.

    Poczekajmy, musi wyjść, skuryjer sterylizowany – dodaje trzeci, mniejszy i dlatego bardziej nerwowy. – Chociażby po jakąś przesyłkę z poczty czy co.

    Dobry pomysł, Dropsik. Weź się skontaktuj z centralą i dowiedz, czy czego ostatnio nie zamawiał.

    Dropsik robi odejście w górę, by złapać kontakt z dyspozytornią ruchu, reszta kołuje nad okolicą.

    Kurde, szefie, musimy coś znaleźć. Zaraz nam baterie padną – ośmiela się jeden z nich.

    Nażarłeś się rano w Świątnikach, na dzisiaj wystarczy. Nie czytałeś gazet? W powietrzu możemy przetrwać do kilku godzin.

    Fakt – potwierdza tamten i kuli się, by ukryć drżenie z zimna. – Tak tylko mówię.

    Po chwili Dropsik wraca z wieściami.

    Chupa Chups mówi, że ten papuć zamawiał jakąś ławeczkę do ćwiczeń – donosi z przekąsem. – Słyszeliście? Taka guma od majtek, syrop klanowy, przeterminowane nadzienie z zozola, i ćwiczył będzie! Jak mu wlezę w płuca, to se poćwiczy – chyba przewracanie oczami, hehe!

    Klonowy – rzuca dowódca eskadry.

    Co?

    Syrop klonowy, a nie klanowy, idioto! I przestań się zapluwać, tylko do roboty! Chłopaki słabną. Gdzie ta przesyłka?

    No, tego, przyjedzie kurierem.

    Dobra, zawracamy.

    Ostro zakręcają i tną morowe powietrze nad Grobianami w kierunku zachodnim, gdzie magazyny i biuro poczty. Dowódca rozdziela grupę na tych, co mają zająć paczkę oraz tych, co postarają się przemycić na „powierzchnię docelową” przez ubranie kuriera lub pokwitowanie do podpisu. Każdy z wirusów na własną rękę wybiera sposób na realizację zadania bojowego, więc po wylądowaniu i przedostaniu się do magazynu jedni wciskają się pod taśmy paczki, inni przełażą do pudła i szukają najcieplejszego miejsca, by przetrwać zimne godziny (na zewnątrz zero stopni i popaduje śnieg), jeszcze inni przywierają do kartki z potwierdzeniem odbioru. Dropsik przygląda się im i kombinuje. Przydzielono go do drugiej grupy, więc lustruje dokładnie postać kuriera (czapeczka z daszkiem, okulary, gruba kurtka zapięta pod szyję, z jednej kieszeni na piersi wystaje długopis, z drugiej komórka) i już ma pomysł. Może i jest idiotą, ale nie aż takim. Trzeba się znać na psychice ludzkiej. A on się zna.

    Dzwoni dzwonek do bramy, wyglądam przez okno, bus dostawczy z poczty. Zbiegam szybko na dół, wkładam kurtkę i buty, a na ręce foliowe rękawiczki.

    Dzień dobry! Pan Krzysztof?

    Dzień dobry. Tak, Zajas.

    Przesyłka do pana.

    Kurier wytaszcza z samochodu podłużne pudło spięte białymi taśmami i podsuwa mi karteluszek z potwierdzeniem.

    Podpisze mi pan? Wystarczy jakiś taki zawijas na dole.

    Aha, zawijas.

    W porządku – mówię sprawdzając, czy odległość prawidłowa i rękawiczki szczelnie przylegają. – Ale czym?

    Dropsik, przytwierdzony do końcówki wkładu długopisu, chichocze w kułak. Zna się na ludziach. Wie, że jak kurier dzwoni, to każdy szybko coś wrzuca na siebie, czasem porwie z szuflady portfel, ale na pewno nie będzie pamiętał o długopisie.

    Przez furtkę biorę od kuriera pisidło w dwa palce, kładę pokwitowanie na podjeździe i nisko się pochylając, naciskam sprężynkę, żeby podpisać. Dropsik w tym momencie wyskakuje i kiedy wciągam powietrze, katapultuje się do mojego nosa. Oddaję długopis sympatycznemu panu w okularach i czapeczce, biorę paczkę za białe taśmy i kładę na tarasie na całodobową kwarantannę. Może nawet otworzę dopiero pojutrze, na wszelki wypadek. Wyrzucam jednorazowe rękawiczki do kosza, przez minutę myję ręce, potem jeszcze dezynfekuję spirytusem ubranie, i dopiero wtedy oddycham z ulgą. Dropsik tymczasem wygodnie lokuje się w moich oskrzelach.

    Takie sobie, nie jakaś rewelacja. W każdym razie raczej na pewno nie jest to trafienie w odpowiedni ton, którego poszukuję od tygodnia, gdy zacząłem pisać ten dziennik. Patrzę za okno, słońce zza granatowych chmur przebija na czerwono tuż nad ziemią. Sceneria jest, ale wymiaru jakby ciągle nie dostawało. Tragedia, romans, farsa, ironia – czym to właściwie ma być?

    Idę na dół, bo żona mnie woła. Chyba przyjechał kurier z ławeczką do ćwiczeń.

  • PILNE! Warszawskie Targi Książki odwołane!

    Szanowni Państwo,

    Tegoroczna majowa edycja Warszawskich Targów Książki zostaje odwołana. Kolejne Targi odbędą się w maju 2021 r.

    Organizatorzy, w zależności od rozwoju sytuacji epidemiologicznej oraz sytuacji ekonomicznej branży wydawniczej, rozważą  w ciągu najbliższych kilku tygodni zorganizowanie jesiennych, krajowych targów w Warszawie. Będziemy Państwa o tym informować.

    Życzymy wszystkim dobrego zdrowia mając nadzieję, że książka towarzyszy nam także w tych trudnych dniach.

    Z poważaniem:

    Rafał Skąpski, Prezes Zarządu Targi Książki, Sonia Draga, Członek Zarządu, Renata Krzewska, Prezes Zarządu Murator EXPO