Tag: cykl o Leopoldzie Tyrmandzie

  • Almanach kobiecy. Leopold Tyrmand: model do składania

    Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę – pisał do Tyrmanda Sławomir Mrożek. Zapraszam na dziewiąty felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.

    Almanach kobiecy. Co to takiego? Album, zbiór i kalejdoskop twarzy, które przemknęły przez życie Tyrmanda, a on postanowił je zatrzymać. Kim były? Czy pisarz faktycznie był amantem, jak pisano po latach? Co o tym sądzimy?

    Zdaniem pani Basi Hoff – jak widać na większości zdjęć – wokół Tyrmanda stali głównie mężczyźni. Uwielbiał męski sznyt, braterstwo i męską solidarność.

    Był chłopcem, który nie rozumiał samego siebiepisał w Życiu towarzyskim i uczuciowymo dzieciństwie Mikołaja Planka, swojego alter ego:– Gdy wszyscy tańczyli, stał oparty o fortepian albo siedział przy perkusji, w pozie oznaczającej ironiczną obojętność.

    Jak pisze dalej, zazdrościł im beztroski, ponieważ sam nieustannie chciał dbać o niezależność.

    Męczyła go obsesja godności, wykrzywiająca się łatwo w urażoną wrażliwość – podsumowuje. – Albowiem jak tu uwolnić się od warunkujących wszystko współzależności tylko dlatego, że właśnie jest zabawa?

    Janina Balukiewicz, wileńska miłość Leopolda. Fotografię podarowała mu w 1946 roku

    Nazywał ją jasnowłosym Elfem. Po wybuchu wojny wylądował w Wilnie i dopiero tam zaczął dorosły etap życia. W stolicy Litwy życie artystyczne kwitło. Tak poznał Jankę – siedział w pierwszym rzędzie w teatrze, a ona występowała na scenie. Gdy do miasta weszli Niemcy, romans szybko się zakończył. To ona widziała, jak Tyrmanda i Zawiszę pakują do wojskowego łazika Sowieci z NKWD i to jej ojciec zabronił widywania się z Żydem.

    Młodzieńcza miłość Tyrmanda zostaje brutalnie podeptana ciężkimi butami. Żydzi umieszczani są w getcie albo od biorą ich lasów w Ponarach. Każdy kontakt z nimi jest surowo karany. Wkrótce Tyrmand weźmie na nazistach odwet…

    Erni. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Gdy Lolek ucieka do Niemiec, pracuje we Frankfurcie nad Menem oraz Wiedniu, udaje tam Francuza z Warszawy. Tak mówią papiery. Spotyka się tam z Niemką, która wkrótce zostawia go… dla Niemca.

    Nigdy nie pojmę, jak ty mogłaś to zrobić? Jak mogłaś? – zapisze po latach w Filipie.Przecież niemożliwe jest, żebym nie przebiegł jej przez myśl, przez pamięć, moje oczy, moje usta lub tylko moje istnienie. I wybrała… (…) I oto znalazłem się w samym środku rezerwatu bolesnej, płaczliwej ironii, zamazującej serce pozytywnym rozżaleniem na własny los, do którego przez ten cały czas starałem się nie wpuścić nawet samego siebie.

    Sypiał z Niemkami, bo za to Polakom groziła kara śmierci – wspomina Matthew Tyrmand. – A on w dodatku był obrzezany. To musiała być niezła adrenalina.

    Jak mówi tytułowy bohater książki, „dla skrzywdzonych dwudziestotrzylatków miłość jest jedną z racji istnienia”. Może dlatego Tyrmand bierze odwet na Niemcach i na odwrocie fotografii Erni zapisuje dumnie: „zhańbienie rasy”.

    Rysia, lata 50. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Poznają się na gruzach wyzwolonej Warszawy. Rysia, nazywana też Czusią, jest córką działacza Józefa Stemlera – jednego z czterech uniewinnionych w „procesie szesnastu”. To ona namawia go na (ponowny?) chrzest i 29 czerwca 1951 roku – razem ze Stefanem Kisielewskim – są świadkami na ceremonii, którą prowadzi ksiądz Jan Zieja. Tyrmand z Rysią będą razem pięć lat – to wtedy Lolek odnisie największe dziennikarskie sukcesy. A potem wszystko się posypie. Jak zawsze, gdy odchodzi kobieta.

    Według wspomnień z Dziennika 1954 coś „po prostu nie wyszło”. Ale pisarz Jerzy Przeździecki, choć nie chce mówić o szczegółach, przyznaje, że to Tyrmand sam wpakował się w kłopoty i nie był w porządku wobec dziewczyny. Co przeskrobał? Rysia nieraz jeszcze Tyrmandowi się przyśni.

    MARYSIA

    Nie ma do czego wracać – mówi po latach Maria Iwaszkiewicz. Spędzieli ze sobą kilka miesięcy na przełomie 1951 i 1952 roku. Jak zapisze potem Tyrmand, „po rozstaniu się z Rysią zapragnąłem potępieńczo małżeństwa. Bałem się śmiertelnie zmarnowanego życia, bałem się, że jest już za późno…” Niektórzy będą zarzucać Lolkowi chęć wżenienia się w rodzinę Iwaszkiewiczów. Ale to nieprawda – do Jarosława nigdy nie pałał sympatią.

    Ślad po krótkim romansie wypływa na światło dzienne dość nieoczekiwanie, w 2016 roku. W Stawiskach odnaleziony zostaje rękopis opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza Trzydzieści godzin. Powieść detektywistyczna. Maszynopis liczy dziewięć stron formatu A4. Tyrmand jest jedną z postaci, występuje jako „Tyrmand”. Tekst można przeczytać w „Zeszytach Literackich”.

    Była akurat po rozwodzie, szukała pociechy po przejściach i tarapatach pierwszego małżeństwa– zapisał 20 lutego w Dzienniku 1954. – Ja byłem właśnie po rozstaniu z Rysią. Odetchnęliśmy po naszych przejściach przez paromiesięczną chwilę przy sobie. Potem poznałem ją z mym przyjacielem, Jankiem Wołosiukiem, nie wiedząc, że kroję romans.

    KRYSIA

    Zdjęcie Krystyny na basenie Legii. Archiwum Mary Elle Tyrmand

    Albo Bogna. Poznają się, gdy ona uczy się do matury. To ona jest słynną „lolitą” z Dziennika 1954. Po latach wcale nie będzie z tego wspomnienia dumna i zarzuci Tyrmandowi, że był despotyczny i próbował ją urobić według własnych potrzeb. Pewnym jest, że w literackiej przestrzeni dziennika dziewczyna ma „szesnaście i coś wiosen”, a podupadający na zdrowiu, biedny i bezrobotny Tyrmand żyje z udzielania jej korepetycji. Romans z nastolatką nie przeszkadza mu w spotykaniu się z innymi kobietami, co szczegółowo w diariuszu opisuje. Jedną z zabawniejszych jest historia kolacji w krakowskim hotelu, na którą jedzie mając w kieszeni ostatnie grosze. Obiecuje sobie, że zapłacą po połowie, ale w przypływie emocji, po burzliwej kłótni unosi się honorem i pokrywa sam rachunek, a później nie ma na powrotny bilet do Warszawy. Jednocześnie, wciąż myśli o Rysi. Wkrótce dowiaduje się, że wyszła za mąż.

    – Kiedyś, przed dekadą, wystarczyło trafnie włączyć kontakt myśli –zapisuje 18 lutego 1954.– Wystarczyło napięcie naskórka, rąk, ust, ud – aby to „coś” zaczynało wibrować jak prąd w całym organizmie, by zapaliło lampy rozsadzających doznań. A teraz czekam daremnie.

    Cała historia z Krysią kończy się wiosną 1954 roku. Ona zdaje maturę, on kończy pisać dziennik, bo podpisuje umowę na Złego. Podobno fotografię Krysi przez lata będzie trzymać na biurku.

    KOPIEJKA

    Małgorzata, pierwsza żona. Nazwisko – Żurowska, po pierwszym mężu matki, ale jej ojcem naprawdę jest Ludwik Rubel. Znany też, jako Ludwik Tyśmienicki, przeszedł z Andersem bojowy szlak aż pod Monte Cassino, redagował „Dziennik Żołnierza” wydawany przez 2 Korpus Polski w latach 1943–1946. W powojennej Polsce jest na cenzurowanym, mieszka w Londynie. O pochodzeniu Małgosi wiedzą nieliczni. Ci, jak na przykład Jan Kott, nazywają Rublównę po prostu Kopiejką. Lolek nazywa ją „cielątkiem”. Po plotkach o jej romansie z amerykańskim jazzmanem, ma powiedzieć „mnie się nie zdradza!” Ich małżeństwo przemyka, jak meteor. Małgosia jest dużo młodsza, zaczęła dopiero co studia na Akademii Sztuk Pięknych. Według niej, miała być pierwowzorem postaci Marty Majewskiej ze Złego. Ale nie zgadzają się daty. Gdy się poznawali, maszynopis książki był już gotowy.

    BASIA

    – Nie jestem byłą żoną Tyrmanda – mówi pani Basia Hoff, gdy pytam o przeszłość.

    Z początku się nie polubili. Pisała dla „Przekroju” artykuł o sopockim festiwalu jazzowym i Lolek nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Wbrew podejrzeniom Kopiejki, spotkali się dopiero po jego rozwodzie. Gdy się oświadczył, również nie zgodziła się od razu.

    Przeszli razem wiele. Telefony z pogróżkami, tajemnicza śmierć jej ojca, podsłuchy w ścianach, brak zgody na wydanie paszportu, gdy po ciężkiej chorobie chciała wyjechać na kurację. Widziała, jak zaciskał pięści na kołdrze, jak zaciskał usta ze złości i nie spał miesiącami ze stresów.

    Pożegnali się w 1965 roku, gdy wyjeżdzał z Polski. Nie wiedziała, że już nigdy nie wróci, choć wiedziała, że mają już swoje oddzielne życia. Rozwiedli się korespondencyjnie. Gdy Tyrmand miał odesłać z Ameryki papiery rozwodowe, miał czelność poprosiłć o wsadzenie do koperty znaczka na list zwrotny.

    Historia z Tyrmandem wydarzyła się pół wieku temu, podczas gdy od czterdziestu lat jest szczęśliwie zamężna. Mimo to, o Lolku nigdy nie dałaby powiedzieć złego słowa. Wie, że zawsze ją szanował i kochał. Po artykule pt Bokseł, pijak i dziwkarzwysmażyła do redakcji „Gazety Wyborczej” sprostowanie. Nie podobała się jej także książkaZły TyrmandMariusza Urbanka, ale jej uwagi do treści nie zostały uwzględnione w drugim wydaniu. Gdy Polskę odwiedziła kilka lat temu Mary Ellen Tyrmand, wdowa po Tyrmandzie, pani Basia nie chciała brać udziału w spotkaniu „byłych żon Tyrmanda”.

    BEVERLY

    To Beverly pomogła Tyrmandowi w zyskaniu sławy w USA. Wbrew namowom agenta literackiego, przetłumaczone na angielski zapiski z podróży po Ameryce wysłał do redakcji „The New Yorker” i gazeta przyjęła je entuzjastycznie. Ale to Beverly, niczym anioł stróż, czuwała nad Lolkiem tłumaczyła mu realia rynkowe amerykańskiej prasy. Niewykluczone, że pomogła mu też w transkrypcji rękopisu.

    Lolek i Beverly de Luscia, 1966. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    MARY ELLEN

    W starej, japońskiej komodzie odnalazła listy. W pamięci były zatarte, jak dawno temu wypowiedziane słowa. Aż do wtedy. Korespondencja przypomniała jej, jak się to zaczęło. Nie ona jedna była pod wrażeniem tekstów polskiego imigranta, dziennikarza piszącego na łamach „The New Yorker”. Ale na tyle uporczywie zabiegała o spotkanie, że w końcu do niego doszło, na Cooper Square. Nie spodobały mu się jej przesadnie umalowane usta. Usta dziewczyny młodszej o dwadzieścia pięć lat. Ona kończyła właśnie iberystykę na Yale, on był u szczytu popularności. A jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że to Tyrmand uwiódł młodą studentkę. Było odwotnie, a największą rolę odegrały tu właśnie listy. Podróżujący po ośrodkach naukowych Lolek korespondował z młodą Mary Ellen, a ta coraz bardziej, jak kropla, drążyła skałę jego serca. Była nią zafascynowany, ale bał się. Ona, wbrew sprzeciwowi rodziców, nie miała w sobie strachu.

    Państwo Tyrmandowie, lata 70. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    List Sławomira Mrożka do Tyrmanda. Paryż, 6.04.1969:

    (…) Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę. Tu naprawdę nie ma silnych, żeby przytoczyć zdanie ze „Złego”. (…) Zaryzykowałbym stwierdzenie, że masz odczucie tragiczne całej tej sprawy, w dosłownie wielkim wymiarze tragedii. Że jest coś nieodwracalne, nieuniknione, a jednak nie do przyjęcia przez człowieka. (…) Jest w tym żądaniu coś z tęsknoty do czystości i trwałości, bardzo ludzkie pożądanie, żeby coś nareszcie było takie, jakie chcemy, określone, trwałe, żeby to krzesło było z oparciem. Może i to jest element Twojego niezgadzania się na kobiety mistrzynie w nieokreślonym.

    Nie wiadomo, jaką moc sprawczą miał mentorski głos autora Tanga, ale kilka miesiecy później Tyrmand ożenił się po raz trzeci. I ostatni. Ślubu udzielał pijany ksiądz, a rodzina Mary Ellen decyzji córki nie akceptowała.

    Był to najszczęśliwszy i najdłuższy związek pisarza, który w swoim życiu tyle razy odtrącał, co bywał odtrącany. Wybudowali wspólnie dom i zamieszkali w nim na kilka miesięcy przed nieoczekiwaną śmiercią Leopolda. Mary Ellen również patrzyła na niego, gdy leżał na łóżku. Nie zaciskał już ze złości pięści. Żona miewała ataki paniki – jeden z lekarzy stwierdził, że chodzi o ich małżeństwo. Po czasie okazało się, że miał rację. Mary Ellen czuła, być może we śnie, że jej mąż oddycha inaczej, inaczej sypia, a może inaczej patrzy. Czuła, że nie jest sobą. Zmarł nieoczekiwanie na atak serca. Kolejne miesiąca to wyrwa w pamięci wdowy po nim – była tak rozbita jego śmiercią, że z pogrzebu, przeprowadzki i żałoby nie pamięta zupełnie nic.

    Dwadzieścia pięć lat później odnalazła ich wspólne listy. Przy pomocy Doroty Tuszyńskiej opracowała je i wydała. To wtedy przyjechała do Polski i – ostatecznie – nie spotkała się z Basią Hoff.

    Z resztą, to był wieczór Mary Ellen – wspomina pani Basia. – I jej książka. Po co tam ja w tym wszystkim?

    TAJEMNICZY LIST

    Kobiety Tyrmanda? Kochał je i walczył z nimi całe życie. W archiwum pisarza – raptem jeden, tajemniczy list, pełen wspomnień o pocałunkach i pieszczotach. Ale coś jakby ktoś tam grzebał w archiwum i wyciągnął kilka niewygodnych kartek. W komodzie – album ze zdjęciami. Osobliwy to album, bo pełen kobiet i dziewcząt zdobytych, ustrzelonych i pokochanych. Jest elf, esesmanka, dziennikarka, żony. Po co to trzymał? Po co kolekcjonował twarze? W 1981 roku, trzy dni przed narodzinami dziecka, spisał wspomnienia ze swojej młodości. Jedno z nich dotyczyło pokojówek, które przebierały się w mieszkaniu po drugiej stronie ulicy. Tak, jakby chciał zatrzymać swoją młodość w momencie nadchodzącej starości.

    Ostatnia refleksja Mrożka w liście do Tyrmanda z 6.04.1969:

    Z książki „Komu bije dzwon” najmądrzejszy dla mnie jest tytuł. Rzecz wyjaśniona w motto tejże książki: „Nie pytaj, komu bije dzwon. Zawsze bije dla Ciebie”.

    Marcel Woźniak

  • „Jak ten malowany ptak”. Leopold Tyrmand: model do składania

    Została po nim legenda „barwnego ptaka”, który ostentacyjnie nosił na szyi złoty krzyżyk. Jak pisał w Dzienniku 1954, padał krzyżem w kościele, ale tylko, by Bóg nie pozwolił mu skrzywdzić maturzystki, która sama pakowała mu się do łóżka. U kresu życia zaś miał nawrócić się na gorliwy judaizm i – po śmierci – spocząć na żydowskim cmentarzu. A jak było w rzeczywistości? Czy „inność” nie jest tematem aktualnym zwłaszcza dziś i zwłaszcza w Polsce? Zapraszam na koleny felieton o Tyrmandzie – pisarzu roku 2020.

    I ojciec Mieczysław, i matka Maryla pochodzili z rodzin warszawskich Żydów, ale w ich domu daleko było do ortodoksyjnej wiary. Paradoks polegał na tym, że o ile ojciec Mieczysława, Zelman, miał małą fabryczkę lin i kabli (jego bracia, tokarze, wyemigrowali do USA) i zasiadał w radzie Synagogi Nożyków na ulicy Twardej, tak Marylę wychowywał bogaty wuj, Jakób (tak jest, przez „ó”). Po śmierci brata postanowił zaopiekować się bratanicą, na co – jako bogatego handlarza skórą – było go stać.

    Fotografia ślubna Mieczysława i Maryli

    Gdy Maryla w roku 1920 urodziła dziecko Mieczysławowi, ten na Franciszkańskiej miał pracownię skór właśnie. Kolejny paradoks polegał na tym, że o ile pracownia ojca mieściła się w dzielnicy żydowskiej, o tyle dom Tyrmandów znajdował się na Trębackiej. Było to serce Starego Miasta: kilka metrów od studia filmowego, w którym w atelier gimnastykował się przed kamerą Eugeniusz Bodo; rzut beretem od cokołu Adama Mickiewicza i przede wszystkim, bezpośrednie sąsiedztwo Krakowskiego Przedmieścia, o którym Mietek Fogg śpiewał ballady.

    Na jakim poziomie żyli Tyrmandowie? Według opowieści Leopolda, nie było lekko i wielokrotnie musiał się w szkole wstydzić, że ojciec przychodził do Gimnazjum im. Kreczmara tłumaczyć się z nieuregulowanego czesnego. Zdaniem Tyrmanda, nie mieli w domu na Trębackiej 5 łazienki ani telefonu. A jednak i numer M. Tyrmunda (błąd w tym nazwisku zdarzał się wielokrotnie) znaleźć można w książkach telefonicznych, i z tą łazienką było nie do końca tak, że nie istniała.

    Pani Basia Hoff, druga żona Leopolda:

    – Oczywiście, że bzdura. Jego mama opowiadała mi, że kiedy Lolek nie chciał się myć, przekupywała go czekoladą, a potem zaganiała do wanny. No i trzeba wiedzieć, że Tyrmand był ochrzczony. Mówił, że sam wybrał, jaką wiarę chce wyznawać.

    Szkolni koledzy potwierdzali, że w jednym z pomieszczeń domu widzieli stertę zelówek i podeszw. Kazik Palicki, kolega ze szkolnej ławki, wspominał po latach słowa Lolka, że jego ojciec szył buty dla połowy polskiej armii.

    Według wspomnień wujka Tyrmanda, Ignacego, Tyrmandowie obchodzili w domu dwa-trzy święta rocznie. Tak wynika z zapisów w księdze genealogicznej, jaką od blisko dekady tworzy w Brukseli genealog, Isabelle Errera. Mówili po polsku, nie praktykowali judaizmu.

    Pani Basia Hoff:

    – Maryla była damą. Opowiadała mi, jak przesiadywała w Małej Ziemiańskiej, tej kawiarni, u Skamandrytów. Czasem brała tam Lolka.

    Gdy pytam czy sądzi, że to prawdziwa historia, dodaje:

    – Potwierdził mi to kiedyś Słonimski. Pamiętał małego brzdąca pałętajacego się pod stołem w atłasowym ubranku. To był Leopold.

    A więc w czasie, kiedy ojciec zajmował się rzemieślniczą robotą, jego żona, jako warszawska dama, chadzała na spacery do modnych lokali. Być może po niej Leopold odziedziczy ten sam szyk:

    – Zabierał mnie czasem do Bristolu – wspomina pani Basia. Słynny hotel z restauracją znajduje się na Krakowskim Przemieściu. – Gdy siedzieliśmy, opowiadał mi po kolei o każdej osobie, która wchodziła na salę. Wiedział wszystko.

    Z poprzednich felietonów poświęconych Tyrmandowi wiemy, że w roku 1938 wyjechał na studia do Paryża. W tym czasie po Krakowskim przechadzały się bojówki, okładające żydowskich obywateli miasta kijami nabijanymi ćwiekami. Z tamtego okresu pochodziło potworne hasło „Żydzi na Madagaskar”. Wydarzenia te w krzywym zwierciadle pokazał Munk w Zezowatym Szczęściu, gdy Piszczyk – przypadkowo wmieszany w tłum nacjonalistów – krzyczy:„Na Kowno!”

    Na uniwersytecie były getta ławkowe. Okładkę magazynu „Time” zdobił wizerunek Adolfa Hitlera – przyznano mu nagrodę „Człowieka roku”. Jak to pisał Gombrowicz, byli ludzie, którzy potrafią czytać gazety i do takich ludzi zaliczał się pewien Żyd, Jakub Lewitt, który wkrótce potem spakował swój dobytek, spieniężył nieruchomości i wraz z liczną rodziną wyjechał do Izraela.

    List od Jakuba Lewita, 1979. Archiwa Hoovera

    Zdaniem zmarłego niedawno profesora Richarda Pipesa, nie było w Gimnazjum Kreczmara nierówności rasowych. Jeśli komuś dopiekano, to najwyżej Rosjanom. To za to kilka lat wcześniej z murów tej samej szkoły wyrzucono Słonimskiego, który popełnił skromną, ale wymowną karykaturę rosyjskiego nauczyciela. Swoją drogą, to niesamowite, że w dobie internetu człowiek wysyła e-mail, jak list w butelce, a po kilku minutach nadchodzi z Cambridge odpowiedź od blisko stuletniego profesora Pipes’a, wybitnego sowietologa i byłego doradcy prezydenta Reagana.

    Mimo to, możemy wyobrazić sobie, jakie emocje targały młodym warszawiakiem w czasach, kiedy za kształt nosa można było na ulicy mieć „wymasowaną wątrobę” (kradnę to piękne określenie od Mariusza Czubaja) i rozstrojoną klawiaturę zębów. Tymczasem we Francji Lolek poznał inny świat. Olbrzymi i wyprzedzający epokę kampus Cite Universitaire zbudowano z myślą o żakach napływających do Paryża z całego świata, ze wszystkich krajów i kultur. Miasto tętniło multikulturowością, to tam zetknął się z wielkim jazzem i początkami czegoś, co dziś nazwalibyśmy hipsterstwem. Gdy wrócił na chwilę do kraju, wybuchła wojna.

    W trakcie wojny Lolek brutalnie przekonał się o niszczącej sile nienawiści rasowej wymierzonej we wszystkie nacje, a zwłaszcze tę żydowską. Już wtedy nie mógł i nie chciał się pogodzić z ułomną dziejowością świata, w której z jakiegoś irracjonalnego powodu jedni ludzie uważają się za lepszych od drugich. Czy temat nie wydaje nam się i dziś aktualny? Uciekł na Litwę, gdzie mając do wyboru ośrodki pomocy i stołówki, wybierał te dla Żydów. Bo były lepiej wyposażone. Aresztowany przez NKWD trafił do więzienia na Łukiszkach. Dziś budynek przyozdobiony jest muralem zrywającego się do lotu ptaka, ale wtedy panowała za murami epidemia tyfusu. Zbiegł z transportu – który pewnikiem wywiózłby go na daleki Wschód – i przez jakiś czas pałętał się po mieście. Od dziewczyny, z którą się umawiał, miał usłyszeć, że ojciec zabrania jej widywania się z nim, bo jest Żydem. A plakaty z informacjami, co grozi za kontakt z obywatelami tego pochodzenia, wisiały na całym mieście. Nie mogąc uciec do Japonii ani Anglii, Tyrmand wyrobił lewe papiery, w których wyrzekł się ostatecznie swoich korzeni. Do swojego pochodzenia nie przyznawał się już potem ani w Niemczech, ani na statkach, ani w obozie, ani po wojnie. Bo to kończyło się przecież śmiercią.

    Skrócony odpis aktu urodzenia Leopolda Tyrmanda

    Między 1939 a 1945 Maryla przeszła piekło – bombardowanie stolicy, a potem getto, w którym – podobno – Mieczysław po raz pierwszy zarobił sensowne pieniądze. Po brutalnym stłumieniu powstania, o którym Andrzejewski pisze w Wielkim tygodniu, wywieziono ich na Majdanek, z którego archiwów niewiele dziś zostało i stąd nie wiadomo, kiedy zginął Mieczysław. Wiadomo jednak, że Maryla nie trafiła ani do gazu, ani do jadącego wgłąb Niemiec transportu. Wysłano ją do fabryki amunicji. Tam, według hitlerowskich rozkazów, w przypadku nadciągania wojsk radzieckich miano dokonać egzekucji na wszystkich robotnikach fabryk. Rozkazu nie wykonano tylko w jednej – tej, gdzie pracowała matka Leopolda.

    Spotkali się po wojnie, gdy Lolek przyleciał z Norwegii. Była wciąż piękna. Pisarz Jerzy Przeździecki wspominał po latach, że z kolegami oblali się rumieńcami na jej widok. Jej drugi mąż szybko zmarł na zawał, a wtedy – za ostatnie oszczędności – wyjechała do Izraela. Trzeciego partnera poznała w biurze matrymonialnym. Nazywał się Jakub Lewitt i umiał czytać gazety. Gdy jego żona zmarła, synowie wysłali go do agencji matrymonialnej. Tak poznał Marylę. Tak spędził z nią kolejne trzydzieści lat.

    Tyrmand odnowił chrzest na początku lat 50. Potem dwukrotnie się żenił. Nosił na szyi złoty krzyżyk, co było obiektem drwin i rozmów w towarzystwie. Na szkolnym zjeździe spotkali się we czterech – absolwentów Gimnazjum Kreczmara. Reszta zginęła.

    Matkę i ojczyma zobaczył dopiero pod koniec lat 60. i wizytę w Izrealu opisał w Zapiskach dyletanta  (które niedawno wznowiono na naszym rynku). Czyniąc spostrzeżenia na temat kultury i historii tego miejsca nie wspomina jednak w tekście, jaki był cel jego wizyty. Według tekstu, jest po prostu przybyszem…

    Od tamtej pory odwiedzał ich kilka razy. W połowie lat 70., trzecia żona Mary Ellen Fox-Tyrmand zapamiętała, jak rodzina Jakuba Lewitta poprosiła Leopolda, by odczytał fragmenty Talmudu.

    – Wyszedł na środek, cały spocony. Ruszał chwilę bezgłośnie ustami, a potem… zaczął czytać. Byłam w szoku. Jak zapamiętał ten język przez 40 lat?

    – A skąd go znał? – pytam zdziwiony.

    – Miał bar micwę. Uczył się języka, inaczej nie przeczytałby Tory i nie stałby się pełnoletni.

    Wtedy zrozumiałem, że istniały dwie, równoległe historie. W jednej z nich, opowiadanej Basi Hoff, był katolikiem. W drugiej, opowiadanej w Ameryce, niepraktykującym Żydem.

    Jedyny list od matki Tyrmanda dotyczy odszkodowań wojennych. Lekko pochylone, okrągłe pismo Maryli pokrywa małą, białą kartkę cienkiego papieru kancelaryjnego. Więcej korespondencji pochodzi od Jakuba Lewitta. Gdy Leopold w ostatnich latach swojego życia pisuje z nim z nim listy, nazywa go „tato”.

    Maryla umiera w roku 1977. Wkrótce Tyrmand wysyła osobliwy list do Watykanu. Odpowiedź na niego znajduje się do dziś w archiwach.

    Nie jest prawdą, że powrócił do judaizmu. Prawdą jest za to, że ochoczo komentował wybór Jana Pawła II na papieża w amerykańskiej prasie. Jak napisze po latach syn, Matthew:

    – Nie słyszałem, żeby widziano go w synagodze.

    Gdy Lolek umiera, pogrzebem zajmuje się teściowa i Tyrmanda chowają na Long Island – tak, jak wszystkich przodków rodziny Fox. Na uroczystości przemawia pastor Richard John Neuhaus, który w przeszłości odprawiał pogrzeb Martina Luthera Kinga. Na nagrobku umieszczona jest inskrypcja in thy light do we see. Pochodzi z Biblii. W drzewie genealogicznym Tyrmandów pojawia się kolejny krzyżyk tym razem przy dacie 19.03.1985.

     

    Najwięcej krzyżyków jest między 1940 a 1943. Drzewo tworzy od lat nowojorczyk, Alan Thierman. Jego nazwisko brzmi znajomo? Alan dopytuje wciąż o różne detale i podsyła mi do tłumaczenia dokumenty z początków XIX wieku. Obaj wiemy, że ta historia to coś więcej, niż moja książka o Lolku. To historia rodziny, brutalnie przerwana po 1939 roku. Ze strzępków papierów i starych zdjęć układana jest na nowo. Jak pamiętamy, Zelman miał małą fabrykę sznurów i lin, był ojcem między innymi Ignacego i Mieczysława oraz dziadkiem Leopolda. Miał też dwóch braci, którzy wyjechali do Ameryki. Pracowali tam jako tokarze. Charles zmarł na pylicę tuż przed otrzymaniem amerykańskiego obywatelstwa. Więcej szczęścia miał Max. Alan jest jego wnukiem.

    Obecna na ceremonii aktorka Elżbieta Czyżewska wychodząc z cmentarza czuje nadciągającą wichurę. Spogląda w niebo i widzi naraz wzbijające się ku niebu klucze ptaków, które pojawiły się znikąd, bo nigdzie dookoła nie było drzew. Wśród nich, leci jeden kolorowy ptak. Na swoich skrzydłach niesie różne barwy, z których każda była tak samo prawdziwa i tak samo owiana legendą. Legendą kolorowego ptaka.

    Marcel Woźniak

  • Władca pierścienia, którego wolałby nie mieć. Leopold Tyrmand: model do składania.

    Dziś o sygnetach, rowerach i Skandynawach, na których stylu życiu tak bardzo byśmy chcieli się wzorować. Zapraszam na felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.

    W jednym z opowiadań Tyrmand opisuje, jak to spotyka w Sztokholmie człowieka reperującego rower. Rzeczony jednoślad porzucony został przez kogoś na ulicy i gdy na okoliczność jego serwisowania pojawił się na scenie Lolek, zapytuje o zamiary względem bicykla.

    – Zamierzam go zreperować, a potem odstawić na miejsce – odpiera bez namysłu mechanik rowerowy.

    Skądże pisarz ze Szwecji? Tyrmand uchodzi z Polski we wrześniu 1939 roku. Najpierw jest Litwa i areszt NKWD. Potem – ucieczka do Niemiec na lewych papierach. Podając się za Francuza, Lolek okrętuje się na – pływający po Bałtyku – statek. Wiemy również, że przybywa po wojnie do Polski… Skąd więc w jego archiwach papiery z Kopenhagi i Oslo, skoro na ten temat sam nigdy nie wspominał?

    Pewne szczątkowe i rozproszone informacje przewijały się przez jego notki biograficzne wielokrotnie. Pozostało je zweryfikować.

    Jego pierwsze opowiadanie na łamach „Przekroju” wskoczyło w rubryce zwolnionej przez Arkadego Fiedlera. W Niedzieli w Stavanger Tyrmand ze swadą opisywał nieudaną próbę ucieczki na ląd, zakończoną złapaniem bohatera i osadzeniem go w obozie jenieckim w Grini. Z kolei w „Błyskawicę” słychać w Oslofiordzie pisał:

    (…) W czasie najgorszych ćwiczeń karnych śmialiśmy się Niemcom w mordy. Warszawa biła się. Maszerowaliśmy godzinami po placu i doszliśmy do takiej wprawy w niemieckiej musztrze, że SS-mani spędzali Norwegów, aby ci uczyli się, jak należy maszerować. A my waliliśmy drewniakami w kilkugodzinnych paradach i ktoś w głębi czwórszeregu cichuteńko gwizdał „Warszawiankę”. Tak, abyśmy tylko my słyszeli…

    W książce Björna Bratbaka Losy niezagubione. Ścieżki Polaków w norweskich fiordachznajdujemy opis tego miejsca. Wśród wielu wspomnień, niespodziewanie pojawia się postać pewnego Polaka, który posługiwał się wyszukaną polszczyzną. W Wachcie lewej burtyJerzego Pańskie z kolei czytamy o losach Polaków, których koniec wojny zastał w norweskich obozach. By pomóc ich ściągnąć do kraju, polskie poselstwo wsadziło w samolot do Polski znającego oba języki dziennikarza…

    Muzeum obozu dość opieszale odpisuje na maila. Informacje są dość oszczędne, a jednak nadesłany krótki ciąg cyfr uderza w umysł falą gorąca. „Leopold Tyrmand: 13767”. Gdy pytam o szczegóły, nadawca, pan Rulf, pisze o Lolku „lucky one”. Pytam, skąd to wszystko wie.

    – Bo też tam siedziałem – odpowiada. Pytanie o szybkość obsługi mailowej skrzynki staje się głupie i bezzasadne. A potem muzeum nie odpisuje już nigdy.

    Pani Basia Hoff, druga żona Tyrmanda.

    – On tam w obozie poznał wielu polityków. Późniejszy premier Norwegii z nim siedział.

    – Mówił kiedyś o tym pani, opowiadał?

    – Nie musiał.

    – Czemu?

    – Całe życie nosił na palcu obozowy sygnet.

    Leopold Tyrmand, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    Jak to, „całe życie”? Nagranie z kroniki filmowej. Tyrmand podpisuje książki na spotkaniu autorskim. Coś miga w kadrze. Cofam. Play. Jeszcze raz. A potem są zdjęcia z lat 50., 60., 70. i 80. Eureka. Sygnet towarzyszy mu na wszystkich zdjęciach!

    Koncerty festiwalowe na stadionie Lechii Gdańsk, 1956. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Kiedy przychodzę do trzeciej żony, Mary Ellen Tyrmand, w progu drzwi mówi stanowczo:

    – Zdejmij buty. Bo jechałeś metrem.

    Mieszkanie wyłożone jest wykładziną. W trakcie rozmowy pytam o Norwegię i sygnet.

    – Nie pamiętam. Może jest gdzieś w bankowej skrytce?

    Próbuję podpytać czy jest szansa się tam wybrać. Odpowiedzią jest podziałka ze stopniami Fahrenheita za oknem. W Nowym Jorku dawno nie było takich mrozów, jak w lutym 2016. Gdy spotykamy się dwa dni później, przyjeżdżam oddać zeskanowane zdjęcia. Przed drzwiami stoję z butami w ręku.

    – Załóż te buty, daj spokój – mówi. Po mieszkaniu roznosi się zapach pieczeni. Mamy rozmawiać o ostatnich chwilach Leopolda – to tej niedzieli zrozumiem, dlaczego jego „śmierć była taka, jak jego życie”. Mary Ellen niespodziewanie wchodzi do pokoju z małym, metalowym przedmiotem, który kładzie na szklanym stoliku.

    – Czy tego szukałeś?

    Kiwam głową, jak Frodo.

    pierścień Tyrmanda, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    W archiwach MSZ odnajdują się dokumenty z pieczątką Tyrmanda: Polskie Poselstwo w Kopenhadze. Tyrmand pisał tam raporty prasowe. Niespodziewanie nadchodzi też list z Norweskich Archiwów Królewskich.

    Tylko, że zaraz: ja do nich nigdy nie pisałem!

    W odpowiedzi na prośbę przekazaną nam przez pana Rulfa z muzeum obozu w Grini, wykonaliśmy kwerendę w naszych zbiorach. Opłata zwyczajowo wynosi … koron, jednak z oczywistych względów jest pan z niej zwolniony. Oto wyniki kwerendy.

    Fala gorąca: załączniki. W nich – lista więźniów oraz pisma urzędowe, z których po przetłumaczeniu wyniknie, że poleca się, aby Leopold Tyrmand był wysłannikiem polskiego rządu.

    Tak oto wszystkie elementy złożyły się w całość. Biała plama w życiorysie została zapisana, choć i tu znaleźli się krytycy, twierdzący, że Tyrmand był „naganiaczem dipisów”* do kraju, z polecenia „komunistycznego rządu”. Lolek wsiadł do samolotu i przyleciał do Polski. Wkrótce spotkał matkę, zaczął pisać, na gruzach Warszawy poznał Stefana „Kisiela” Kisielewskiego.

    Wyjaśniła się geneza pierwszych, powojennych opowiadań Tyrmanda. Zawsze najlepiej wychodziło mu pisanie o sobie. Stało się też jasne, dlaczego całe życie nosił pierścień i dlaczego, im bardziej wspomnienie z nim związane paliło go w skórę, tym dłużej go nie zdejmował. Piętno przeszłości i przyszłości zapisane było, jak papilarna linia. Wiedzą to wszyscy, którzy kiedykolwiek siedzieli skazani na śmierć, a jemu zdarzyło się to podczas wojny dwukrotnie.

    Choć o Norwegii niemal nie wspominał, wspomnienie „Błyskawicy” i Stavanger towarzyszyło mu przez kolejne czterdzieści lat. Zmarł dziesięć dni po śmierci Arkadego Fiedlera – nawet do rubryki z nekrologami trafił znów po autorze Dywizjonu 303.

    Długo nie mogłem wyjść z podziwu dla skrupulatności, z jaką norweski archiwista przekopał dokumenty. Przecież wpisu z błędnie podanym nazwiskiem Tyrmanda nie odczytałbym nawet ja, mówiący i piszący po polsku researcher. Gdy zapytałem, dlaczego tak pieczołowicie przeszukali archiwa, odparł bez zastanowienia:

    – Bo nas pan o to poprosił.

    No tak! To przecież aż tak proste, czemu na to nie wpadłem! „Mówisz i masz”, to przecież codzienność w tym kraju. Na tę gorzką konstatację natychmiast nałożyła mi się anegdota z opowiadania Tyrmanda, kiedy to spotkał naprawiającego znaleziony rower Szweda.

    – Zamierzam go odstawić na miejsce – odparł bez namysłu mechanik rowerowy ze Sztokholmu.

    – Ale dlaczego? – dopytywał Tyrmand. Szwed uśmiechnął się na to i zupełnie szczerze rzekł z uśmiechem.

    – Bo ten rower nie jest mój!

    Ot, Skandynawia!

    Marcel Woźniak

    *dipis– „displaced person”. Osoba, która w wyniku działań wojennych znalazła się poza swoją ojczyzną.

  • Bo to zła książka była. Leopold Tyrmand: Model do składania

    Ogonek kolejki ciągnął się przez pół ulicy. Nie stano jednak ani za masłem, ani pastą do zębów – oblegano… księgarnię. Zimą 1956 roku bowiem to powieść o warszawskim superbohaterze była najchodliwszym towarem na rynku. A nosiła tytuł Zły.

    Gdy Henryk Sienkiewicz święcił triumfy, jego czytelnicy tak gorąco wierzyli w realizm odmalowanych przez niego wydarzeń, że za Podbipiętę dawali na mszę. Kilkadziesiąt lat później czytelnicy wyrywali sobie Złego. Czasem na dwa dni, czasem na jedną noc, bo na „czytanie” były zapisy. Ot, chętnych więcej, niż egzemplarzy.

    Zaczęło się od Tajemnic Paryża. Młody Tyrmand zaczytywał się w tej – kluczowej dla francuskiej kultury popularnej – powieści i pewnie nie przypuszczał, że podobnie, jak Eugeniusz Sue, tak i on zawładnie kiedyś wyobraźnią czytelników. Potem były teksty Egona Erwina Kischa – wybitnego reportera, zwanego „szalejącym”. Był też Zorro i uliczne ballady. Historie o zabijakach z Grochowa, Woli i Pragi. Ciężko powiedzieć, który z nich zabierał bogatym i oddawał biednym, ale jedno jest pewne. Mieszkającemu do 1938 roku na Trębackiej 5 w Warszawie Lolkowi długo kotłowało się pod kopułą i od najmłodszych lat ukochał swoje miasto tą miłością, z jaką pisarze i poeci patrzą na znajome szynki i esplanady. Gdy w 1945 wrócił do Polski, kolejne siedem lat przepracował, jako reporter. Reporter szalejący po Warszawie. Po jej zakątkach, melinach, stadionach, bazarach, jadłodajniach, autobusach.

    W pierwszych dniach stycznia 1954 roku odwiedził go Stefan Kisielewski – przyjaciel, pisarz, kompozytor. Poznali się na gruzach stolicy, polemizując na łamach „Ruchu Muzycznego”. Tyrmanda toczyły robaczywe rozstroje egzystencjalne. Wykopali go z kilku redakcji, do garnka nie było co włożyć. Przesiadywał u niego Zbyszek Herbert, dziennikarz Andrzej Roman, pisarz Jerzy Przeździecki. Albo Stefan. I Stefan właśnie, bo zawsze był dla Lolka drogowskazem, powiedział tak.

    – Musisz znaleźć dla siebie jakieś zajęcie.


    – Kiedy właśnie nie mam jak! – pomstował Lolek. – Nie mogę dostać pracy nawet, jako tragarz na Dworcu Głównym, bo blokuje mnie UB. Moje scenariusze filmowe giną w kolejnych biurach wytwórni filmowej. Wciąż jestem „młodym, zdolnym scenarzystą i dziennikarzem”, ale nie wiem, co mam robić, żeby nie zaprzedać swoich ideałów.

    – Może więc znajdź jakieś zajęcie, które pozwoli ci się spełnić, a jednocześnie, wykonując je, pozostaniesz w zgodzie ze swoimi przekonaniami?

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    Tyrmand przerabiał dziesiąty raz z rzędu scenariusz filmu o chuliganach. Była to plaga powojennej Warszawy i powojennego świata: całe pokolenie dzieciaków wychowanych na gruzach wojny, którzy weszli do powojennego świata z zaciśniętymi ustami. Formujące się struktury szkolnictwa, ekonomii czy prawa nie nadążały za galopującą młodością nowego pokolenia, które chciało brać wszystko, co wpadnie im w ręce.

    Dzienniku 1954 Tyrmand zapisuje, jak podróżując wiosną pociągiem na południu Polski, słyszy rozmowę o współczesnym Janosiku. Gość ma napadać bogatych i rozdawać pieniądze biednym… 2 kwietnia dziennik niespodziewanie się urywa. Podobno miał w tym udział Kazimierz Koźniewski – pisarz, autor Piątki z ulicy Barskiej. Tyrmand miał przyjść do redakcji „Dookoła świata” z pomysłem na „graphic novel”. Czyli po prostu gruby komiks z prawdziwego zdarzenia. Koźniewski miał powiedzieć:

    – Lolek, a może ty napiszesz po prostu powieść? Przecież w komiksie masz w dymkach same dialogi, a twoją najmocniejszą stroną są barwne opisy. W komiksie nie byłoby na nie miejsca!

    W przeeedytowanej po latach wersji Dziennika 1954 w USA Leopold zapisze, że podpisał wtedy umowę z wydawnictwem „Czytelnik”. Umowę na „powieść antychuligańską”.

    Od tego momentu wali w maszynę do pisania, jak oszalały. Jej terkot dudni po korytarzach budynku YMCA przy Konopnickiej 6. Koledzy wpadają do pokoju, czyta im co lepsze kawałki. Dostaje nawet specjalne zaświadczenie od Milicji Obywatelskiej, że takiego zadania pisarskiego się podjął. Na wypadek zatrzymania szwędającego się po podejrzanych rejonach okularnika z notesem w ręku.

    Książka drukuje się pod koniec 1955 roku. W tym czasie Tyrmand jada tanie zupy w stołówce „Czytelnika”. Siada też w ostatnim rzędzie na zebraniach Związku Literatów Polskich i nigdy nie zabiera głosu.

    Gdy w styczniu 1956 roku przechadza się Marszałkowską, natyka się na ogonek kolejki.

    – Co dają? – pyta.

    – Złego!– odkrzykuje niespodziewanie ostatni z ogonka. – Złego! Jeden egzemplarz na ryło!

    Warszawiacy książkę przyjmują, jak swoją. Druk szybko zostaje wykupiony, a wielki nakład daje Złemu tytuł bestsellera, detronizując na tronie trylogię Sienkiewicza. Tyrmand powtarza mit Dołęgi –Mostowicza, pisząc książkę na miarę Warszawy i jej tajemnic oraz tworząc „bohatera o białych oczach” na miarę Zorro. O książkę upominają się podobno nawet osadzeni w warszawskim areszcie. Niektórzy będą sugerować, że listy do prasy z tą plotką pisał… sam Tyrmand.

    Numer 565 „Przekroju” z przełomu lutego i marca 1956.

    Dzięki tej jednej książce, z „obiecującego scenarzysty” Leopold Tyrmand zostaje pisarzem przez duże „P”. Już na zawsze zapisuje się w świadomości czytelników i w krajobrazie stolicy, a jego łotrzykowska opowieść o warszawskim półświatku przez kolejne dekady mieni się wszystkimi kolorami Bazaru Różyckiego.

    Wkrótce po tym, jak Tyrmand w 1965 roku wyjeżdża z Polski, jego książki trafiają na czarną listę. Znikają z księgarń i bibliotek, ale czy oznacza to, że znikają z obiegu?

    Gdy siedziałem nad archiwami pisarza na Uniwersytecie Stanforda, podeszła do mnie bibliotekarka. Spojrzawszy na karton z fiszką „Tyrmand”, rzekła niespodziewanie:

    Zły… Czytałam, czytałam. – A w jej spojrzeniu widać było, że bez trudu odnalazła w pamięci wspomnienie lektury książki.

    Dyrektor Regionalnego Centrum Kultury w Pile opowiadał, jak lekturę Złego streszczał jemu i jego kolegom z podstawówki ksiądz. Biegali więc na rekolekcje z wypiekami na twarzy. Marcin Meller wspominał po latach jakiś rysunek z gazety, gdzie facet – zaczytany w lekturze powieści – wpadł do otwartego włazu kanału w chodniku.

    – Z czego był najbardziej dumny? – spytałem trzecią żonę Leopolda, Mary Ellen, gdy w lutym 2016 roku rozmawialiśmy w jej mieszkaniu na Brooklynie.

    – Ze Złego. O Dzienniku 1954 mówił, że będzie czytany, jako świadectwo komunizmu, ale Zły… – zawiesiła głos i spojrzała w okno tak, jakby prowadził za nią długi, świetlisty tunel. – Mówił, że Zły będzie zawsze.

    Man with the white eyes– przypomniałem angielski tytuł.

    – Tak.

    – Ale przecież tu w Ameryce książka nie była takim bestsellerem.

    – Powiem panu coś. Byliśmy kiedyś w polskiej restauracji w Chicago. Kelner rozpoznał Lolka i natychmiast zawołał kierownika. Nie pozwolili nam uregulować rachunku, tylko zastawiali stół polskimi daniami. Żeby uhonorować Leopolda. Bo wiedzieli, jaką książkę napisał. Wie pan, co mi wtedy Lolek powiedział na ucho?

    – Tak?

    – Powiedział: „I told you”.

    Kilka z obcojęzycznych wydań Złego. Archiwum Matthew Tyrmanda

    Książka doczekała się adaptacji teatralnych, znakomitego musicalu, wystaw, komiksu, murali, wlepek, słuchowisk, a wkrótce – być może – zostanie wreszcie zekranizowana.

    Dziś tytuł tej książki jest niemal tożsamy z pisarzem. Nie wiadomo do końca czy znał środowisko przestępcze Warszawy czy tylko podsłuchiwał, co mówiła ulica. Wiadomo, że ulice Warszawy odmalował, jak najlepszy pejzażysta.

    Po napisaniu biografii Tyrmanda odwiedziłem wiele miast w kraju. Ilekroć padał tytuł Zły, w gronie czytelników zawsze zapalały się spojrzenia tych, którzy książkę czytali pomimo tego, że była zakazana. Mógłbym przysiąc, że ludzie ci mieli białe oczy.

    Marcel Woźniak

  • Filipika z historią. Model do składania

    Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten.

    Tydzień temu zatrzymaliśmy się na wykopanej spod ziemi płycie Milesa Davisa „Dig” i historii, według której Leopold Tyrmand miał z niemieckim żołnierzem słuchać jazzu w ogarniętych wojną Niemczech. Drugi felieton warto zacząć w tym tygodniu od pytania: co polski Żyd robił podczas wojny w Niemczech?

    Tytułem wstępu. Czym właściwie jest dla nas historia? Niech pytanie towarzyszy nam aż do ostatniej linijki tego tekstu, swoistej filipiki z historią.

    Bez względu na to, ile dowodów mamy w ręku, zawsze korzystamy z „luksusu perspektywy dystansu”. Historia Tyrmanda zaczyna się w połowie lat 50. w takim samym sensie, w jakim historia Polski zaczęła się od Chrztu w 966. Oczywiście, że było coś wcześniej! Ale… co?

    Leopolda uważano wtedy za zdolnego dziennikarza i scenarzystę, animatora życia jazzowego i człowieka świata kultury. Dla gawiedzi był kimś na kształt celebryty, co nie dziwiło. Nosił eleganckie garnitury i (czasem) słynne, kolorowe skarpetki. Jego żoną była czołowa felietonistka „Przekroju” Barbara Hoff, ubierająca w drugiej połowie XX wieku kolejne pokolenia Polek. Tyrmanda jednym tchem wymieniano obok Hłaski, Komedy, Cybulskiego, Polańskiego czy Herberta, z którymi się znał i przyjaźnił. Był posiadaczem samochodu (gdy zatrzymywała go milicja, bajerował oficera z Cybulskim, podczas gdy Herbert chował się ze strachu pod kierownicą) i mistrzem ceremonii, rokrocznie otwierającym słynne festiwale jazzowe. A wreszcie: panem pisarzem. Powieść „Zły”, którą wciąż widać na empikowej topce (sprawdzałem dziś, wciąż pierwsza 50. w dziale kryminał!), okazała się hitem na miarę „Zorro” (z którego z resztą Tyrmand zainspirował się słynnymi białymi oczami – stąd tytuł angielskiego przekładu: „Man with white eyes”). Słynna anegdota głosi, że kiedy w styczniu 1956 roku zobaczył kolejkę pod sklepem, przystanął i spytał „co dają”. Ostatni z ogonka odparł:

    – Złego! Złego dają! Jeden egzemplarz na ryło!

    Spotkanie autorskie, kadr z filmu dokumentalnego

    Książka rozeszła się na pniu. Choć krytycy (jak Toeplitz) uważali ją za grafomanię, a inni (jak Czesław Miłosz) przez kolejne lata nazywali Tyrmanda pisarzem 2. kategorii („Balzaac dla gówniarzy”, napiszą w złośliwej recenzji), ludzie szaleli na jej punkcie. Łotrzykowska powieść o magicznej Warszawie – sztos, bratku! Strzał w dziesiątkę! Bo tętniła na kilkuset stronach rytmem Kercelaka, Bazaru Różyckiego, Grochowa, Pragi, Woli i wszystkich „warsziaskich” miejscówek – od melin po „aliganckie” kawiarnie. Była eposem na miarę odbudowującej się Warszawy, peanem na cześć bohaterów ulicy – od taksówkarzy, przez kioskarzy i „koników”, po szatniarki, bufetowe i szoferów z przegubowych autobusów. W „Złym” zaczytywała się Maria Dąbrowska, zaczytywał się Grombrowicz (nazywając Tyrmanda spadkobiercą romantycznej tradycji) i zaczytywał się Konwicki.

    Z autorem „Małej apokalipsy” przed 1956 relacje mieli chłodne. To ponoć przez to, że Konwicki napisał raz, jakoby Tyrmand – podczas wywijania na parkiecie w Jastarni – kopnął się… sam w głowę. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie strzeliłby focha z półobrotu?

    Aż spotkali się w windzie.

    – Dobra książka – wyszeptał wtedy cicho Konwicki.

    Poszli tedy do kawiarni „Czytelnik” i od tego dnia chadzali do niej codziennie przez kolejne dziewięć lat. We „Wniebowstąpieniu” jeden z bohaterów Konwickiego mówi:

    – Szkoda, że pan Lolo wyjechał.

    Bo Lolo wyjeżdża 16 marca 1965 roku.

    Tyrmand w latach 50. i 60., dla ówczesnych, był człowiekiem pełnym dwuznaczności. Nie do końca wiedziano, skąd pochodził, kim byli jego rodzice, co robił podczas wojny. Basia, żona, nie miała nawet pojęcia o… żyjącej ówcześnie, żydowskiej rodzinie męża! Ani o pogrzebie wuja, który Tyrmand wyprawił. Krążyły jakieś historie obozowe, jakieś pomówienia o współpracę z Rosjanami, coś o Skandynawii. Do tego pan Lolo nosił ostentacyjnie złoty krzyżyk na szyi, odnawiając sobie na początku lat 50. chrzest (będąc pod wpływem katolickiego „Tygodnika Powszechnego” i duchowych podróży Herberta). Jeśli miał już opowiadać, rzucał w towarzyskich rozmowach mitomańskie opowieści o kurlandzkim baronie o francuskim nazwisku. A jak było naprawdę? Tego ówcześni się nie dowiedzieli już nigdy.

    Gdy pan Lolo wyjechał w 1965 roku z Polski, jego książki ocenzurowano, a nazwisko wymazano z życia publicznego i historii literatury na lata. Co się działo z Tyrmandem w Ameryce, nie wiedziano (my dowiemy się w jednej z kolejnych części felietonów). Zostały artykuły w prasie, w których nazywano go „brudasem”, „szmoncesem”, „alkoholikiem” i „pseudopisarzem” oraz… została legenda. Krążący w drugim obiegu „Zły” zyskał miano „białego kruka” i „literatury zakazanej”, a „Dziennik 1954”, wydany w latach 80., okazał się błyskotliwym portretem stalinizmu, co na pokolenie KOR-u i „Solidarności” działało ze zdwojoną siłą.

    Gdy w latach 90. zaczęto Tyrmanda przypominać, na powrót wymieszano wspomnienia z fikcją, a anegdoty z dykteryjkami. Podstarzali pisarze wspominali „Złego”, inni wytykali współpracę z Rosjanami (o czym niebawem osobny felieton) i niestworzone historie wojenne. Sam zainteresowany nie mógł się do niczego odnieść, bo leżał w piachu na Long Island. I po cichu przeszedł do kronik, jako „barwny ptak PRL-u”, autor dwóch znanych książek i bohater towarzyskich skandali. Dzięki temu, w publikacjach o celebrytach czy alkoholikach minionej epoki bohater niniejszego tekstu zawsze grał pierwsze skrzypce.

    Tymczasem prawdziwa historia była na wyciągnięcie ręki. Oddajmy na początek głos tytułowemu bohaterowi „Filipa”, mało znanej powieści Leopolda Tyrmanda:

    „(…) Siedziałem przeto na plebanii w Cudzieniszkach nad czyściutkim blankietem, wklejałem fotografię, do której przezorny sołtys przybił prawidłową pieczątkę. (…) Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten (…) Tylko, że w razie najprostszej rewizji znajdą dwa paszporty, zarobisz z miejsca w czapę i cześć. Tak nie można. Stary paszport trzeba spalić, jest obciążony tym, co się wyczyniało w Wilnie, a potem więzieniem, jest odnotowane w najmniej potrzebnych kartotekach, na przykład w kancelarii więziennej, na Łukiszkach, którą ma teraz w łapach gestapo. Nie, tak nie można, trzeba spalić stary, a nowy wypełnić na nowe nazwisko, nową narodowość i obywatelstwo. Znasz francuski (…) A więc: Filip Vencel, urodzony w Warszawie, bez przynależności państwowej, narodowości francuskiej, z zawodu architekt, zamieszkały w Cudzieniszkach pod Oszmianą…”

    Zdaniem pisarza i kompozytora Stefana Kisielewskiego, „Filip” był najbardziej udaną z tyrmandowskich powieści. Książka była sprężysta, nie za długa, barwna i pełna autotematycznego pazura. W redakcji pomagała żona – wprawiona w krótkich tekstach dla „Przekroju” Basia Hoff. Gdy Tyrmand rozpędzał się z opisami rodem ze „Złego”, Basia skreślała całe akapity. – To niepotrzebne! – mówiła. A żony trzeba słuchać.

    Mały nakład przeszedł bez większego echa, a książka wznowiona została dopiero trzydzieści lat później. I umknęło wszystkim, że Leopold wszył w stronnice książki historię swojego życia.

    Filipowi na rehabilitację przyszło czekać ponad pół wieku. Tak, jak historii, przeciw której pozostało wytoczyć dziś tu najcięższe działa.

    Był ostatni dzień mojego pobytu w archiwach na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii, gdy z pewnej teczki wysunęła się drobna kartka. Spadła fotografią do dołu, toteż schyliwszy się po nią, najpierw przeczytałem zapisane po niemiecku daty. Później kartkę odwróciłem. I zobaczyłem na niej to, co poniżej:

    Fałszywy dowód osobisty Leopolda Tyrmanda, 1941. Archiwa Hoovera

    Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Kolejna lektura „Filipa”, a potem przeszukiwanie setek stron poświęconych historii Polaków na wschodzie, drzewa genealogiczne, wspomnienia, kroniki. Dwie stare strony internetowe wypluły wspomnienia polonusów, w których pojawiało się nazwisko „Tyrmand”. Adres mailowy był zaszyfrowany, znałem tylko alias oraz imię i nazwisko. Pozostało wysłać zapytanie na jakieś pięćdziesiąt wymyślonych adresów, licząc, że któryś okaże się trafiony. W międzyczasie trzeba było szukać dalej: bazy danych, fora polonijne, ambasady. Po kilkunastu tygodniach przyszła upragniona odpowiedź, list z Kanady od pana Aleksandra:

    „(…) Moja teściowa (studentka polonistyki Uniwersytetu Stefana Batorego) po ucieczce z ghetta w Wilno przechowywala sie u rodziny jej męża Klimowiczów (Polaka Katolika) w miasteczku Krewo pow. Oszmiany na Wilenszczyznie. Z nimi razem przebywał znany literat Leopold Tyrmand. Obawa przed szmalcownikami, którzy zdradzali Żydów gestapowcom i wydawali ich na niechybną śmierć, zmusiła ich do zgłoszenia sie na dobrowolne roboty w Rzeszy, gdzie mieli szansę uratować się przed śmiercią. Pisze z resztą o tym obszernie Tyrmand w swoich pamiętnikach, wspominając również nazwisko rodziny teścia: Klimowiczów. Spłacałem i w dalszym ciągu spłacam dozgonny dług wdzięczności Klimowiczom i Hryniewiczom i ich potomkom.”

    Rodzina Klimowiczów

    Najbezpieczniej jest podobno w oku cyklonu. Tak też Tyrmand, od tej pory narodowości francuskiej, zaczął swoją podróż przez zachodni front. We Frankfurcie nad Menem był kelnerem, gdzie pluł Niemcom do kawy. Gdy pytali, czemu taka wodnista, odpowiadał: – Wojna! Mamy małe zapasy!

    W latach 80. przyjechał do Frankfurtu na konferencję. Mając wolną chwilę, zaszedł do hotelu Park.

    – Mieszkałem w tym miejscu – rzekł do menadżerki.

    – Jako gość w którymś z pokojów? – spytała.

    – Nie. Jako kelner, w tym schowku pod schodami.

    Mimo braku blizny w kształcie błyskawicy na czole, z Harrym Potterem było coś na rzeczy.

    O losach Tyrmanda podczas wojny przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć. Pewnym jest jednak, że Tyrmandowi współczesnym, a także jego pierwszym czytelnikom i tym, którzy o Tyrmandzie opowiadali, pewne historie te były nieznane. A czym jest historia, jeśli nie ciągłą próbą sprawdzania pod światło szklanych paciorków i wciąż zadawanym pytaniem o to „jak było?” Niczym monetę pod światłem, obracamy w ręku paciorki historii, to powątpiewając w czyjeś pobudki w przeszłości, to heroizując inny nieistotny szczegół. Koło historii, niczym koło zamachowe, posiada liczne przekładnie i dlatego tak ważne jest, by biografowie, badacze historii, a wreszcie, my sami, abyśmy odpowiednio operowali jej zębatkami, powiększając i/lub pomniejszając kręcące się w niej – jak w kalejdoskopie – obrazy. Czy dziś nie wydaje się to aktualniejsze, niż wcześniej?

    Tyrmand w „Dzienniku 1954” zapisał:

    (…) Pamiętasz, stary, te szaleńcze eskapady z Frankfurtu do Badgastein, z Wiednia przez Karlsbad do Szczecina, ze Stavanger do Oslo? Pamiętasz pogonie za pociągami, akrobatyczne ucieczki przez dachy pędzących wagonów, (…) Pamiętasz ukochanego przyjaciela Piotrusia van Diggele i wielką zabawę na szynach całych, ogarniętych wojną, hitlerowskich Niemiec?

    My pamiętamy, Leopoldzie. I dzięki ci za te historię.

    Marcel Woźniak

     

    Przelew od Leopolda Tyrmanda dla Piotrusia po wydaniu Filipa, jako podziękowanie. Archiwum Hoovera

     

  • „Leopold Tyrmand. Model do składania”

    Zanim zacząłem przygodę w branży książkowej, to znajomi, którzy sporo książek w życiu przeczytali, mówili do mnie: Szaja – drań. Nie wiedziałem, czy się obrażać, a może lepiej po prostu się uśmiechnąć, bo nie wiedziałem o co chodzi. Gdy jednak dotarło do mnie, że Leopold Tyrmand w „Złym” stworzył Szaję, oczywiście, że drania, to oczywistym się stało, że muszę to przeczytać. Potem poszło już z górki i zacząłem przeczesywać portale aukcyjne i kupować pierwsze wydania książek Tyrmanda. Zafascynował mnie świat stworzony przez tego okularnika. Teraz już mi nie przeszkadza, że ktoś mówi do mnie po nazwisku. Bo przecież Szaja, to postać wymyślona przez Tyrmanda, to duma!

    Teraz do rzeczy. Przez najbliższe dziesięć tygodni, w każdy wtorkowy wieczór (zaczynając od następnego), na smakksiazki.pl będą ukazywały się teksty Marcela Woźniaka, biografa Leopolda Tyrmanda, autora książki „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”. Co więcej, będą to teksty, które nigdy wcześniej się nie ukazały. Aha, przyznajcie Państwo, że zdjęcia, które ma w archiwum autor, również są kapitalne. Czego możecie się spodziewać po cyklu „Leopold Tyrmand. Model do składania”?

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    Leopold Tyrmand przemknął jak meteor przez polską scenę literacką, znikając szybko za Antlantykiem. Autor „Złego” i „Dziennika 1954” nieoczekiwanie powrócił po latach. Dziś przeżywa swój pośmiertny benefis, mieniąc się całym spektrum pisarskiego pejzażu. Zapraszam na cykl reportażowy poświęcony Lolkowi. Choć pojawią się w nim Picasso, Nixon, czy Miles Davis, Tyrmand nie będzie grzał się w ich blasku. Jego własna historia jest wystarczająco nieprawdopodobna, by obdzielić jej epizodami dziesięciu scenarzystów. Będą znikające domy i szaleni kelnerzy. Fałszywki na wojennej granicy i ucieczki z obozów. Będą podsłuchy w ścianach i spotkanie z Rockerfellerami. Wizyta w slipkach u Giedroycia i futro Agnieszki Osieckiej. Będzie zgryzota Mrożka i ostatni list Gombrowicza. Będzie też „Zły” i Orwell na kartach „Dziennika 1954”. Przed Państwem Leopold Tyrmand, polski pisarz i mozaikowa historia jego życia: model do składania.

    Marcel Woźniak, biograf Leopolda Tyrmanda. Fot: Tomasz Palacz