Tag: Dziennik czasu pandemii

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (31-36 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    14 kwietnia 2020 (7202 zarażonych, 263 zmarłych)

    Zgłosiła pretensje wierna czytelniczka, że zbyt pesymistyczny ten mój dziennik i żebym napisał nieco optymistyczniej (podzieliło mi się na opty- i mistyczniej). Bardzo bym chciał, ale wystarczy rzucić okiem na program jutrzejszych głosowań w sejmie by stracić do reszty ochotę na optymizm. Wyjęli z kosza zakurzony projekt całkowitego zakazu aborcji i będą przepychać. Do tego dorzucili karanie za edukację seksualną i zgodę na zabieranie dzieci do lasu na polowania. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. To chodzi o to, żeby te dzieci chronić, czy żeby je stawiać pod lufy pijanych myśliweczków i smarować posoką w wojenne barwy? To jest ustanawianie prawa, czy jego likwidacja? Ręce opadają. Chcą przecisnąć przez maszynkę do głosowania wszystko to, co zostało wcześniej odrzucone wskutek szerokich protestów społecznych. Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, to przypominam; zabierają nam wolność. Wolność decydowania o sobie, co jest fundamentem obywatelskiego społeczeństwa. Po drugiej stronie, na horyzoncie, majaczy powrót do parafiańskiej ciemnoty rodem z „nocy saskiej”. I lawinowo rosnąca liczba noworodków topionych w szambach. Czy to jest ochrona życia? Ach, no i jeszcze dorzucili wątek żydowski, jak zwykle. Czas skończyć z tym odzyskiwaniem mienia przez ofiary i ich pełnomocników. Wszystko co nasze Polsce oddamy. I nie nasze też.

    Podobno wątek żydowski został usunięty. Jak to ktoś ujął – zagrożenie nie jest realne. Nie, jest nadnaturalne.

    www.unsplash.com/Billy Huynh

    Okej, wyłączam internet. Ma być pozytywnie. Wyłażę na taras, rozglądam się i szukam czegoś dobrego. Chmury są dobre. Płyną od zachodu i niosą opady, których wyschnięta ziemia łaknie jak kania dżdżu, choć niewiele tego dotychczas spadło. Ja mam z chmurami jak Dyzio Marzyciel. W dzieciństwie naprawdę lubiłem kłaść się na łące (tata zabierał mnie do pracy w polu i uczył rolniczego fachu), by patrzeć na płynące obłoki. Naprawdę chciałem usiąść na takiej miękkiej białej poduszce z waty i popłynąć hen daleko. Czyli nie zostać tu, gdzie byłem. Faktycznie, popłynąłem daleko, rolnikiem nie zostałem i całe szczęście, bo dzisiejsza gospodarka wiejska z rolnictwem w rozumieniu mojego ojca niewiele już ma wspólnego, natomiast miłość do chmur mi została. Prawie wszystkie zdjęcia na wycieczkach robię dlatego, że są fajne chmury w tle. Ilekroć lecę samolotem, zdumiewa mnie – wiem, całkiem naiwnie – ich nieuchwytność, ulotność, brak kształtu. Po prostu mokra mgła. A z ziemi wyglądają tak konkretnie! No więc patrzę teraz na nie i myślę sobie, że jednak są najtrwalsze ze wszystkiego. Świat się skończy, życie wymrze, wirus zdechnie razem z jego ostatnimi nosicielami – a one nadal będą tak lecieć z zachodu na wschód albo odwrotnie. Rozwiewać się i na powrót scalać w rozciągliwe ni to materie, ni to idee, rozszczepiane promieniami słońce we wszystkie kolory tęczy. Wyłaniać się zza horyzontu i znikać po drugiej stronie. Istnieć. Tylko już nie będzie oka patrzącego z zachwytem i głowy marzącej, by polecieć z nimi.

    Pozytywnie wyszło, nie ma co. To spróbuję inaczej. Dobrze mi się siedzi w pokoju. Cztery ściany, dwa skosy dachowe, w nich okna jak włazy do czołgu – można się poczuć bezpiecznie. Co złe, zostaje na zewnątrz (pesymizm podpowiada, że co dobre również, ale go uciszam), natomiast tu, w środku, siedzę jak w pudełku swojej cieplutkiej, umoszczonej czytaniem i pisaniem norki, z której właściwie nie ma potrzeby wychodzić. Kwarantanna do pewnego stopnia stanowi spełnienie marzeń humanisty, który chciałby mieć wreszcie spokój od świata i siedzieć sobie po uszy w tekstach, unikając konfrontacji. Książek mam całkiem sporo, wiele z nich nieprzeczytanych, czyli do przymusu siedzenia można jeszcze dopisać szlachetny cel, że się nadrabia intelektualne zaległości. Wszyscy teraz powtarzają: „nareszcie mogę nadrobić zaległości w czytaniu!”. Gdyby nie moje postanowienie o pozytywności, spytałbym: ale właściwie po co? Ile tych zaległości jest i kiedy zostanie nadgonione? I co???

    A najbardziej pozytywna jest lornetka. Pal licho czytanie i pisanie, ale jest wiosna, ptaki szaleją i można podglądać je godzinami, gospodarzące wokół domu. Ileż w tym ruchliwego konceptu! Na przykład jedna sikorka bogatka od kilku dni buduje gniazdo w dachu sąsiadów i regularnie sfruwa do naszego ogródka po gałązki. Bierze jedną, próbuje dziobem i odrzuca, bierze inną i układa równiutko, drugą, trzecią, a kiedy uzbiera jej się pełny luk bagażowy, łapie w dziób i leci. Wszędzie pełno patyków, suchych traw i wszelkiego budowlanego materiału, a ona sobie ubrdała, że te moje pasują najakuratniej i warto latać dwadzieścia metrów dalej. Próbuję pojąć, czym się kieruje w tych konstrukcyjnych ustaleniach: giętkością? Ciężarem? Wartościami izolacyjnymi? Podatnością na wstrząsy? Nigdy nie budowałem gniazda, wiadomo. Ale też nigdy się nie zastanawiałem, JAK ZBUDOWAĆ GNIAZDO! A teraz, dzięki pandemii, zaczynam. Pozytyw? Jak najbardziej!

    15 kwietnia 2020 (7582 zarażonych, 286 zmarłych)

    Kryzys i solidarność. Kapitalizm i wspólnota. Społeczne i prywatne. Znowu się nasiliły apele o pomoc dla drobnych przedsiębiorców, na których podobno spoczywa nasz dobrobyt i jeśli oni upadną, upadniemy wszyscy. Mamy być solidarni i zrzucić się na ratowanie ich interesów, ponieważ zastrzyk pieniędzy pomoże im przeżyć. Czyli nam również. Jak donoszą, córka naszej marszałek sejmu – trenerka personalna z siłowni – poprosiła nawet o wpłaty na konto, które pozwolą jej „przetrwać ten trudny czas”. Niemal doścignęła ojca Rydzyka – aż boję się powiedzieć, w czym. W każdym razie powinniśmy ją ratować, bo drobnej przedsiębiorczości na pewno jej nie brakuje i przyda się do odbudowania kraju z pandemicznych zniszczeń.

    Solidarność działa. Szkoda, że w jedną stronę. Byłem na zakupach uzupełniających i widziałem nowe ceny w warzywniaku i delikatesach. Zwyżka średnio o pięćdziesiąt procent. Czasami o sto i więcej. Może na liczi, awokado i cytrusach jeszcze jakoś uzasadniona, ale na ziemniakach i marchewce to już chyba nie. Ani orzechach laskowych (dodaję do jogurtu na śniadanie). To znaczy, że zasada solidarności społecznej i zwykłej międzyludzkiej pomocy ze strony drobnych przedsiębiorców już niespecjalnie działa. Jak można zarobić na kryzysie, to się zarabia. Na tym przecież polega wolny rynek, o czym zdajemy się czasem zapominać. Zatem przypominam: kapitalizm powstał na kulcie zysku i uznaniu sknerstwa za cnotę (patrz Opowieść wigilijna Dickensa). Nie mam specjalnie złudzeń, że obronimy się przed kryzysem dając pieniądze przedsiębiorcom i życząc im „przetrwania trudnych czasów”, a tym bardziej nie mam złudzeń, że oni nam się w jakimś hipotetycznym „później” odwdzięczą na przykład promocyjnymi cenami. Kto ma stracić, straci, a kto ma zarobić, zarobi. Brutalnie i po prostu. A solidarność w sensie sprawiedliwości społecznej nie sprawdza się w odniesieniu do drobnokapitalistycznej konkurencyjności, bo nie i tyle. Zysk jest wartością nadrzędną i wyklucza myślenie w kategoriach dobra publicznego, przedwojenni socjaliści porządnie już ten problem przedyskutowali. A „Solidarność” się na nieznajomości tych dyskusji przejechała, usiłując być formacją socjalistyczną w kapitalizmie, i skutkiem tego została przybudówką populistycznej władzy, zamieniając ideę robotniczej wolności na rządowy garnuszek.

    Z tą pomocą to naiwność. Wiem, bo czytałem bajkę Mickiewicza Chłop i żmija, a ponieważ to nasz wieszcz narodowy, zakładam, że wie co mówi.

    Któryś lekarz w przypływie rozpaczliwej determinacji krzyknął, że nie potrzebuje oklasków na balkonach, tylko odrobinę życzliwości w sklepie, kiedy po dwunastu godzinach dyżuru robi zakupy w drodze do domu. Może tam skierujmy nasze apele o solidarność. Do tych wszystkich, którzy mogą pomóc służbie zdrowia, gdyż tam się teraz rozgrywa najważniejsza walka. A personel medyczny jest daleki od kapitalizmu i nie ukąsi pomocnej dłoni. Raczej ją wyleczy.

    17 kwietnia 2020 (8379 zarażonych, 332 zmarłych)

    Z jakimś maniackim uporem piszę w nagłówkach te „oficjalne dane” o ofiarach, ale to jest pic na wodę. Lekarka mówi, że w jej szpitalu w ciągu doby zmarły 4 osoby, a oni podają na cały kraj liczbę zgonów 7. Nawet nie wiadomo dokładnie, kto podaje, ponieważ dane publikuje ministerstwo zdrowia, ale kneble są założone znacznie niżej, na poziomie poszczególnych jednostek medycznych, więc minister jakby jest kryty. Krótko mówiąc, rośnie zaufanie do rzeczników prasowych. Jeszcze trochę i każdy będzie sobie sam sporządzał gazetę na każdy dzień z tego, co gdzie wydłubie z internetu. A w internecie jest wszystko, jak na wysypisku, i każdy kleci kiosk z wiadomościami po swojemu, wedle pomyślunku, talentu i przyzwoitości. Mnie na ten przykład osobliwie cieszą filmiki dowodzące, że cała pandemia jest jedną wielką mistyfikacją, a szpitale są puste i funkcjonują normalnie, to znaczy żadnych chorych w nich nie ma. Niektórzy z nas uwielbiają teorie spiskowe i teraz mają używanie. Wszystko jest zmową, jakimś ukrytym „systemem”, działającym w interesie wąskiej grupy cwaniaków (miliarderzy, CIA, Żydzi, rosyjscy lub chińscy oligarchowie itd.), sycących swoje odrażające żądze nieszczęściem reszty ludzkości. Jak El Cuco z Outsidera, który musi odnawiać swoje siły szerząc zło. W obliczu globalnego zamieszania jedni tracą rozum, a inni go zyskują nad miarę i dochodzą do przekonania, że przeniknęli istotę rzeczy. Łatwe odpowiedzi kuszą, zwłaszcza gdy nie ma odpowiedzi prawdziwych.

    Ten upór w szukaniu odpowiedzi. Uważaliśmy go za przywilej, boski dar, dzięki któremu odróżnimy się od reszty Stworzenia i uczynimy je sobie poddanym. Teraz to już nie jest takie pewne. Im więcej otrzymujemy odpowiedzi, tym więcej rodzi się nowych pytań i ta zabawa zdaje się nie mieć końca. Trochę z tym jest jak z nieustannym wzrostem gospodarczym – nie może trwać w nieskończoność i kiedyś musi klapnąć. Im dłużej go pompujemy, tym klapnięcie głośniejsze i bardziej bolesne. Czasem kombinuję, że właśnie przeżywamy jedno z takich klapnięć, a że długo powstrzymywane, to dosyć głośne. Cofka jakaś planetarna.

    Może właśnie jesteśmy świadkami końca epoki postępu. Nie chodzi mi o to, że wszystko się nagle zatrzyma, nie, rozwijać będziemy dalej produkcję, usługi i wszystko to, co – chyba zbyt łatwowiernie – wzięliśmy za esencję naszej cywilizacji. Tylko wiara w potęgę postępu klapła. W szkole mieliśmy taką odzywkę na mędrków: „Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu braknie”. Jakby teraz trochę nam z tyłu brakuje, prawda?

    Jak mówił Miłosz, kiedy ktoś siedzi w brzuchu wieloryba, niekoniecznie musi wiedzieć, jak wieloryb wygląda. Ten, w którym siedzę, zaczął mieć właśnie jakieś wzdęcia, coś mu burczy po przewodzie pokarmowym i boję się myśleć, czym to się skończy. A przecież żadnych sepulek mu nie podawałem! Wskutek tych wzdęć i klapnięć mogę się ostatecznie wydostać na zewnątrz i poznać prawdziwy kształt naszego wieloryba… ale w jakiej atmosferze?

    www.unsplash.com/CDC

    Tak, dobrze się domyślacie, mówię o upartym poszukiwaniu formy dla naszych czasów. Wciąż jej nie znalazłem. Żywię jakieś anachroniczne i być może zupełnie fałszywe przekonanie, że kiedy zobaczę kształt naszego wieloryba, to i słowa przyjdą odpowiednie, czyli że istnieje realny związek pomiędzy światem i językiem. Wychodzę ze swojej epoki i oglądając się za siebie widzę postać. Czas zmienia dekoracje i automatycznie uruchamia się nowy styl. Arcyludzkie przekonanie.

    19 kwietnia 2020 (9287 zarażonych, 360 zmarłych)

    Rocznica powstania w getcie warszawskim. Mocna figura żydowskiego losu w czasie Holokaustu: garstka obrońców naprzeciw wrogiej ludzkości. To był moment ostatecznej kompromitacji idei narodowej, ponieważ obnażył jej cynizm i zakłamanie. Naród wielki, święty i wolny – ale tylko mój. Inne narody do wyniszczenia. Kult narodu jest w gruncie rzeczy uświęceniem partykularnych interesów jednej grupy kosztem innych i tak naprawdę u nacjonalistów wszelkiej maści wcale nie chodzi o naród. Wszak definiują go w sposób plemienny i wykluczają obcych, nawet jeśli są obywatelami tego samego kraju. Wtedy łatwiej ich zabić. A jeszcze łatwiej, kiedy się im odbierze człowieczeństwo („Żydzi, wszy, tyfus plamisty”). Nacjonalista jeśli chce budować, to tylko po to, żeby się bić. Dzisiaj niby oczywistości, ale jak widać z kwitnących wkoło agresji plemiennych, wciąż nie przyjmujemy ich do wiadomości. Nieraz mnie męczyło, dlaczego po Holokauście nadal możliwy jest antysemityzm? Przecież nie z rasowych doświadczeń, bo wielu dzisiejszych antysemitów z Żydami nie miało nigdy do czynienia i swoją nienawiść czerpie z mediów. Czy to Biblia zdefiniowała ich jako ofiary, a nas jako oprawców? Zwykle uważa się odwrotnie, ale to z powodu chrześcijańskiej propagandy. Spytam inaczej: czy Chrystus głosił swoje nauki do nas, czy do Żydów?

    Tamci w bunkrach i piwnicach getta ginęli już nie w imię tego czy innego narodu, ale po prostu jak ludzie. To było dla nich ważne – by nie umierać jak zwierzęta, którym my też najpierw odbieramy dusze, by potem móc ze spokojnym sumieniem zabić. Gdyby nacjonalistyczne kategorie miały jakikolwiek sens, młody Żyd z bunkra ŻOB-u mógłby zapytać Polaka z tamtej strony muru: co dla ciebie znaczy nasza tysiącletnia wspólna historia? Odpowiedź brzmi: nic. Jak bardzo obchodzi cię śmierć z obcej ręki twojego żydowskiego brata w waszym wspólnym domu? Odpowiedź: nie obchodzi. Ile jest warte dla ciebie życie człowieka, który był twoim sąsiadem? Odpowiedź: tyle, ile ukrywane przez niego złoto. Co możesz w ogóle dla mnie zrobić? Odpowiedź: niewiele. Mogę pomodlić się do Chrystusa, który też był Żydem.

    Popełniam ten sam błąd: mówię „my” i „oni”. A przecież oni byli nami. Razem budowaliśmy przez tysiąc lat Rzeczpospolitą i czas polsko-żydowskiej zgody pisze najlepsze karty naszej historii. A czas pogromów najgorsze. Konflikty między nami były zawsze jednokierunkowe, to znaczy my biliśmy ich. Tak zwane pogranicze polsko-żydowskie tym się charakteryzuje, że nie ma lokalizacji przestrzennej, ponieważ takiej granicy geograficznej nigdy nie było. Były inne, partykularne, nacjonalistyczne, i one powinny były odejść w przeszłość razem z koszmarem Holokaustu. Nie odeszły.

    Brak Żydów boli, ale i szkodzi. Polska bez nich jest jakaś uboższa, bardziej przaśna i parafialna. Umysłowo nudna. Partie polityczne budujące swoje programy z użyciem haseł antysemickich są jakieś niedowarzone intelektualnie, bardziej prostackie, zwyczajnie głupsze. I nie chodzi tylko o durniów w rodzaju Rybaka czy Międlara, ale o najważniejsze ugrupowania polityczne, z sejmową reprezentacją. Myśli żydowskiej im brakuje. Odrzucają akurat to, co mogłoby im pogłębić wymiar, nadać formę, o którą w Polsce tak trudno, podnieść trochę w oczach świata. A tak – bełkoczemy o wstawaniu z kolan pełzając na pańszczyźnianych czworakach. Niemców nie spolonizujemy, Rosjan też nie, ale Żydów mieliśmy spolonizowanych i pozwoliliśmy sobie ich zabrać. Przyłożyliśmy rękę do ich odejścia, zamiast o nich walczyć. Głupota nie polega na tym, że się nie wie wszystkiego, tylko na tym, że się nie umie słuchać mądrzejszych.

    Młody żydowski bojownik z getta nie daje mi spokoju. Podobno umierał w milczeniu, nie mając nic do powiedzenia światu za murem. Jego brat po tamtej stronie będzie ginąć kilkanaście miesięcy później z tą samą przeraźliwą samotnością i rozpaczą. Umierają osobno, choć gdyby umieli ze sobą rozmawiać, zginęliby razem. Jak na braci przystało. Poróżniła ich koncepcja narodu.

    Obchody dzisiaj też puste, bez ludzi. Samotne jak ich śmierć.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (17-20 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    31 marca 2020 (2311 zarażonych, 33 zmarłych)

    Czytam o nauczycielach i uczniach umęczonych zdalnym nauczaniem, i myślę sobie, że nic by się takiego nie stało, gdyby tej udawanej nauki w ogóle nie było. Ludzie i tak mają dosyć stresu, kryzys pogłębia się z dnia na dzień, a ministerstwo edukacji – które przez lata miało w nosie porządną naukę i odpowiadało na żądania nauczycieli telewizyjnym hejtem – nagle ciśnie i pohukuje, jakby chodziło o zbawienie. Nie, nikogo te kapralskie straszenia o niezaliczeniu roku i obcięciu pensji nie zbawią. Dwa miesiące łatwiej nadrobić niż rok. Niedawno PiS gorąco popierał antyedukacyjną rodzinę Elbanowskich, która zwalczała szkołę dla sześciolatków twierdząc, że dzieci powinny się bawić, a nie uczyć, co wprowadzono w życie zaraz po objęciu władzy i co wyda owoce dopiero za jakiś czas. Skrócono naukę o rok. Teraz się okazuje, że tamten utracony rok jest mniej ważny od dwóch miesięcy, które nagle szkoły muszą zapełniać katorżniczym e-learningiem, nie mając do tego ani warunków, ani sprzętu, ani umiejętności. No i weź tu, człowieku, przystawiaj logikę do polityki.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Włoscy lekarze zaapelowali do Polaków: „Jesteśmy narodem osłów! Uczcie się na naszych błędach!”. Jeszcze lepiej by brzmiało: „Jesteśmy osłami, uczcie się od nas!”. Zwłaszcza że eksperci twierdzą, iż idziemy włoską drogą. Problem w tym, że osłami w powyższym sensie ten świat jest zaludniony dosyć proporcjonalnie i można ich znaleźć pod każdą szerokością geograficzną. Jedni – ze strachu, posłuszeństwa bądź zwykłego rozsądku – siedzą w domach i minimalizują wyjście, drudzy za to kombinują, gdzie by tu jeszcze i po co wyskoczyć przy okazji, bo pusto i nie dość, że się fajnie jeździ autem, to jeszcze można kupić bez kolejki i zdjęcia wyludnionych ulic porobić. Uchwyciłem się tej myśli. Może koronawirus jest palcem bożym i przyszedł przetrzebić tę część ludzkości, o której wspomnieli włoscy lekarze? Oczyszczenie. Nowa forma naturalnej selekcji, w której przetrwają tylko osobniki najmocniejsze… umysłowo. Niezła myśl. Pomogło.

    W całym tym pandemicznym zamieszaniu, upolitycznianiu i się jaraniu najnowszymi niedokładnymi liczbami, całkiem cicho przesunęła się przez ekrany laptopów wiadomość o śmierci Krzysztofa Pendereckiego. Jeden z największych Polaków w takim sensie, w jakim byli nimi Czesław Miłosz czy Tadeusz Kantor, dzięki którym ludzie w dalekim świecie dowiadują się, że istnieje w ogóle coś takiego jak polska kultura. Penderecki tkwi we mnie mocno i niewzruszenie z wielu powodów, osobliwie jednak za sprawą muzyki do „Lśnienia” Stanleya Kubricka, na podstawie powieści Stephena Kinga. Wszyscy to znają, więc rzucam tylko na wszelki wypadek: zobaczcie czołówkę filmu. Mały garbusik pnie się drogą na szczyt, wkoło posępne, nieludzkie góry i niskie światło jesieni. Żółte maleństwo na nitce szosy faktycznie wygląda jak żuczek na ścieżce (volkswagen garbus to po angielsku buggy). Obraz startuje znad zimnego lustra jeziora, rzuconego między olbrzymie masywy skalne, mija kamienistą wysepkę z kępą roślin (życie to przenikliwa samotność w zimnej pustce), by następnie unieść się i pokazać nam całą okrutną niesprawiedliwość proporcji. Maleńki człowieczek i ogromny, złowrogi świat. Drobinki rodzinnych dramatów, mikroskopijne człowiecze problemy i huk niebotycznych śnieżnych szczytów. Kamera szybuje jednostajnie i nieludzko, jak oko górskiego jastrzębia, beznamiętnie rejestruje tylko to, co jest. A na obraz nakłada się muzyka Pendereckiego – basowy marsz pogrzebowy, powolny krok żałobników z chóru opłakującego nieunikniony i rychły koniec rodziny Torrance’ów. Procesja duchów, które zimą w górach nie mogą mieć litości dla słabego, roztrzęsionego człowieczka, bo takie tu panuje prawo. Wokół dudnią skalne rozpadliny, wśród których Dante umieścił bramę do piekieł z napisem: „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. Oni nie rozumieją, jadą. Garbusik pnie się pod górę. Dramat rusza.

    W tej scenie jest już wszystko, co przychodzi później. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego Stephen King tak znienawidził tę ekranizację. Sorry, ale ona naprawdę jest najlepsza.

    1 kwietnia 2020 (2420 zarażonych, 36 zmarłych)

    Adam Szaja z literackiego bloga smakksiazki.pl, u którego gościnnie publikuję te zapiski, ogłosił, że przechodzi na drugą stronę i kończy właśnie pisać biografię Jo Nesbo. Że niby też zostaje pisarzem. To był jedyny primaaprilisowy dowcip, jaki dzisiaj słyszałem, i wcale nie taki znowu śmieszny. Adam kiedyś napisze książkę. Dobrą książkę. Natomiast ma rację szydząc z literackiego światka, gdzie nobilitacja na „bycie pisarzem” bardziej przypomina przywdziewanie stroju na bal przebierańców i mizdrzenie się do lustra, niż poważną twórczość artystyczną. Jak oni pozują do tych zdjęć! Jak błyszczą szminkową zmysłowością, jak inteligentnie drapią przystrzyżone do milimetra bródki, jak stroszą pióra i straszą tatuażami! Nie oni, tylko my, bo ja też zamyśloną mordkę lepszym profilem do obiektywu aparatu nadstawiałem. Sorry, Adam.

    Jo Nesbø i Adam Szaja, fot: smakksiazki.pl

    2 kwietnia 2020 (2946 zarażonych, 57 zmarłych)

    No i mamy – ograniczenia swobód obywatelskich w związku ze stanem nadzwyczajnym, którego rząd nie ogłosił. Mamy również wyjątki: msze w kościołach i polowania. Cóż za wspaniałe odkrycie kart! Po co udawać, niech to wreszcie będzie jasno powiedziane: kościoła i myśliwych polskie prawo nie dotyczy! Niby wiemy o tym doskonale – od dawna proces sądowy kapłana i strzelca w tym kraju nie polega na podsumowaniu win i wymierzeniu stosownej kary, tylko na szukaniu uników i tworzeniu iluzji prawa – ale jednak. Imponuje mi takie publiczne i bezwstydne przyznanie przywilejów klerowi i zbrojnym, jak w feudalizmie. „Przeniesienie na inną placówkę” oraz „znikoma szkodliwość czynu” to pewniaki do wpisywania w dymkach memów. Widocznie władza uznała, że nasze zbiorowe poczucie praworządności oraz indywidualna przyzwoitość zostały już na tyle sponiewierane, że łykniemy wszystko. Jaka równość wobec prawa, jaka odpowiedzialność karna, o czym wy mówicie! My stanowimy prawo, my jesteśmy prawo. Być może chodzi oto, że księża i myśliwi należą do formacji mundurowych. A jak raz swoje wezmą, to już nie oddadzą. Widzę ich spacerujących we dwójkę leśną ścieżką, proboszcz i myśliweczek, pierwszy podejmuje drugiego pod rękę jak dostojnego małżonka, któremu nad ramieniem nieco obscenicznie sterczy fuzja, i z aprobującymi uśmiechami podziwiają piękną przyrodniczą okoliczność. Będą sobie ją czynić poddaną, pospołu, jeden języczkiem spustowym, drugi kropidełkiem. Żyć nie umierać. To znaczy oni, bo druga strona lufy już niekoniecznie.

    www.unsplash.com/Mateus Campos Felipe

    Rosną również teatralne ambicje obozu rządzącego. Właśnie Jarosław Gowin rozdarł koszulę na piersi w proteście przeciwko korespondencyjnym wyborom prezydenckim i powiedział, że zdania nie zmieni (to znaczy koszuli nie zapnie). Wszyscy się podjarali rozpadem koalicji rządzącej, co pewnie Prezes w swoich planach również przekalkulował i wyszło mu, że po wyborach będzie sobie rządził Polską bez Gowina. W końcu jest stan wyjątkowy (którego ciągle nie ma) i jakby co, to zawsze jeszcze można wziąć naród za pysk. Przy pomocy mundurowych. Działy się takie rzeczy w naszym kraju, nawet wcale nie tak dawno, więc wierność tradycji zostanie zachowana.

    Odsuwam ze wstrętem bzdurne doniesienia, poirytowany na siebie, że codziennie daję się wciągnąć w tę informacyjną grę. Próbuję się skupić. W piżamie, ziomali i domowych kapciach, przygarbiony nad komputerem, z kubkiem przestygłej kawy, usiłuję wydusić z globalnie dramatycznej sytuacji jakiś sens. Z marnym skutkiem, nie licząc dojmującego wrażenia (nie wiem, czy to można nazwać sensem), że kończy się jeden świat i zaczyna jakiś inny. Mój niepokój karmi się nie strachem przed śmiercią, bo ten jest dosyć prosty i towarzyszy mi w zasadzie od zawsze, lecz niepewnością jutra. „Nic już nie będzie takie samo”, słyszę wkoło i jestem skłonny myśleć podobnie. Ale w takim razie JAK będzie? I nie chodzi mi o to, czy Duda znowu będzie udawał prezydenta, a PiS demokrację, bo w szerszej perspektywie to bez znaczenia, tylko o nowe miary ludzkiej egzystencji. Nabrzmiewa w ludziach wspólnotowy irracjonalizm, nabiera rozpędu masowy pęd ku śmierci, najbardziej pożądane dzisiaj wizje artystyczne krążą wokół wszelkich odmian kataklizmu, zagłady, końca świata – i to nie z powodu zabójczego wirusa, bo on zadziałał jedynie jako detonator, lecz z powodu ogólnej kondycji duchowej ludzkości.

    Fantastyka tak dokumentnie miesza się z realizmem, że odróżnienie prawdziwego przedmiotu od iluzji staje się niemożliwe. Można chcieć być wziętym prawnikiem, poetą i podróżnikiem, ale i można chcieć być jednorożcem, rycerzem, smokiem, czarodziejką. Całe kontenery słów kiprowane codziennie do Internetu tracą znaczenie, bo nie do nazywania świata służą, ale do upuszczania nadmiaru afektów. Zgoda, zawsze służyły, ale dzisiaj to przyjęło jakieś par excellance apokaliptyczne rozmiary. „Więcej ludzi pisze niż czyta” powoli przestaje być poręcznym żartem z rynku księgarskiego, a zaczyna być faktem. A jak wiadomo, im więcej słów, tym mniej sensu. Gadanie, gadanie. Do imentu zagadaliśmy naszą rzeczywistość (nasze rzeczywistości, jak by powiedział M. P. Markowski) i straciliśmy z pola widzenia podstawowe przedmioty. I proszę, przyszedł mały przedmiot, niewidzialny i niesłyszalny, taki, którego nie ma – i nas zabija. Bezsens? Jeszcze jedna iluzja? Ale w takim razie gdzie jest materia?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Mój świat postapokaliptyczny tak właśnie wygląda. Jest niewidzialny i niesłyszalny jak ten rewelacyjny wirus. W moim apokaliptycznym świecie jest sama materia, bez żadnej zmysłowej czy umysłowej nadbudowy. Nie ma oka, które by to widziało ani ucha, które by słyszało. Nic nie leci nad zimnym górskim jeziorem wśród poszarpanych szczytów. Jest czyste zdarzenie, bez faktu. Czyli go nie ma. Choć w gruncie rzeczy to nas nie ma, a jest tylko świat. Cisza. Bezruch. Gładka woda. Słońce suszy zbielałe minerały, lekki wietrzyk powiewa i wznosi drobinki pyłu. Które kręcą się w lotnym piruecie i opadają na ubitą ziemię, która być może kiedyś była traktem do górskiego pensjonatu. Chciałem napisać „przez chwilę”, ale chwil nie ma, bo nikt nie mierzy czasu. Biblijne spełnienie wiecznego Jest. Już po wszystkim. Cisza. Bezruch. Ziemia z ulgą odpoczywa.

    I tylko osypujące się po zboczu kamienie dudnią jak muzyka Pendereckiego.

    3 kwietnia 2020 (3266 zarażonych, 65 zmarłych)

    Liczby rosną. Rządowa arytmetyka pandemiczna przeżywała w ostatnich dniach takie załamanie, że nawet analfabeci zaczęli się śmiać, więc wzięto się za porządniejsze liczenie. Teraz rachujemy bardziej jak Włosi, nie jak Białorusini, u których wszyscy nagle zaczęli umierać na serce i płuca, bez związku z epidemią. Tak wygląda liczenie POLITYCZNE. Po upolitycznieniu religii, edukacji, służby zdrowia, historii, literatury, moralności, wojska, policji, a także piłki nożnej, ruchu drogowego, festiwalu opolskiego i sylwestra w Zakopanem – przyszła pora na upolitycznienie arytmetyki. I to w dodatku nie takiej zwykłej, z elementarza, tylko nieco poważniejszej, bo z kostnicy.

    Problem jest ogólniejszy i właśnie czytam o raporcie CIA, z którego wynika, że Chiny celowo zaniżały liczbę ofiar koronawirusa, choć zostały zaatakowane pierwsze, są gęsto zaludnione i szczyt epidemii mają już za sobą (jak twierdzą). Podobne podejrzenia wysuwa się pod adresem Korei Północnej, Iranu i Rosji. My oczywiście dorzucamy parę przykładów z naszej Europy Środkowej (która według pewnych intelektualistów sama istnieje w sposób wysoce wątpliwy i nie da się dokładnie policzyć). Krótko mówiąc, oglądamy globalną planszówkę, na której politycy grają sobie trupami z pandemii jak w karty. Trzy dziewiątki, na wierzch as – i buda.

    Politycznej arytmetyce przejmujące świadectwo daje Józef Czapski w „Na nieludzkiej ziemi”, relacjonując swoje bezskuteczne poszukiwania paru tysięcy polskich jeńców na terenie ZSRR w latach 1942-43. Tu byli, załadowano, wywieziono i ślad po nich zaginął. Ilu? Gdzie tam, panie – nie wiadomo ilu! Dużo, ale nikt nie liczył. No, może i liczył, ale przecież nie po to, żeby teraz wszyscy wiedzieli. Tak, a niektórych załadowano na barki i popłynęli sobie Morzem Białym w jeszcze bielszą krainę. Może i parę tysięcy, bez znaczenia, u nas, panie, miliony zniknęły. Porażające. Jeden człowiek uparcie szuka tysięcy niepoliczonych. A przecież Pan Cogito mówi wyraźnie: „policzyć dokładnie/ zawołać po imieniu/ opatrzyć na drogę”. Wiem, inna sprawa i inna skala, ale przemocowy dyskurs polityki wobec arytmetyki jakby podobny.

    Każdy po swojemu konstatuje schyłek własnego świata. Z mieszaniną współczucia, zażenowania i rozbawienia obejrzałem relację pewnego nowojorczyka, który z samochodu nagrał na komórkę scenę ładowania zwłok do chłodni. Chyba z pięćdziesiąt razy w ciągu półtorej minuty powtórzył przy tym roztrzęsionym głosem: „This is for real! This is for real!”. „To jest naprawdę! Serio”! Nie mógł się uporać z faktem, że to, co widzi, rzeczywiście się dzieje. W zasadzie scena była całkiem sensowna: tyły szpitala zakaźnego w Nowym Jorku, wysoki wskaźnik śmiertelności dziennej – o czym media bębnią w kółko – i ciał jest tyle, że lepiej je ładować do jednej ciężarówki niż do dwudziestu karawanów, których zresztą nie ma. Powinno być zrozumiałe. Autorem filmiku do tego stopnia jednak wstrząsnęło (nie wiem, czy bardziej się przeraził, czy podniecił), że go zatkało, a właściwie odetkało i gadał bez przerwy to samo. Coś tam raz rzucił o opiece boskiej, ale w zasadzie tylko: „This is for real”. Przez półtorej minuty! Jakby mu się cały świat zawalił na głowę! Poniekąd tak musiało być i dlatego przytaczam ten przykład. Ludzie żyli przez całe dekady w przekonaniu, że co jest dzisiaj, musi być również jutro. Najmniejsze naruszenia tej błogiej konsumpcyjnej równowagi wywoływały panikę, krach na giełdach, recesję i bezrobocie – i to były zasadniczo największe katastrofy. Mijały po miesiącu, roku i wszyscy wracali do bezmyślnego przeżuwania dobrostanu. A teraz nagle – trupy w ciężarówce. Trochę jak nowa produkcja hollywoodzka, a trochę jak koniec świata. Gdyby ten biedny, wstrząśnięty człowiek choć przez chwilę pomyślał, co ma przed oczyma, rozsądek powinien by go szybko uspokoić. Nie, rozsądek to nie dzisiaj. Dzisiaj przerażenie, katastrofa, zagłada, śmierć i spustoszenie. Czyli najnowszy film. Który dzieje się naprawdę. Chociaż nie do końca, bo tylko w mediach. Nie, naprawdę, tu, na ulicy, pod szpitalem nowojorskim. Niby naprawdę, ale przez szybę samochodu i na ekraniku komórki, czyli jednak trochę jak w kinie samochodowym, bo kiedy uruchomię silnik i odjadę, obraz zniknie. I tak w koło Macieju, od prawdy do złudzenia i z powrotem, aż do skołowania całkowitego i nieodwracalnego, z którego już się samochodem wyjechać nie da. No chyba że Larry Underwood na harleyu, tunelem, z martwego Nowego Jorku na otwartą przestrzeń, gdzie tylko słońce, wiatr i cisza. Już nieludzka.

    Ten jęczący z wrażenia świadek miał jeszcze inny problem. Wiedział, że nagranie z komórki nie stanowi żadnego dowodu, bo internet pełen jest zmontowanych pseudosensacji i niełatwo odróżnić prawdę od ściemy. Powtarzał „this is for real” jak zaklęcie, które miało uwiarygodnić filmik, nadać mu rangę świadectwa. On sam siebie chciał utwierdzić w przekonaniu, że naprawdę widzi co widzi, bo w szoku człowiek ma zaburzoną percepcję. A że raz powiedziane szybko znika, powtarzał w kółko i półtoraminutowy film ma ścieżkę dźwiękową złożoną z jednego okrzyku. Ludzie, patrzcie! To niesłychane, ale dzieje się! A ja to widzę! Ludzie, ludzie! Oh, my God! To się dzieje! To się dzieje!

    Zakrzykiwał strach, jasne. Ale przed czym? Że lada dzień jego również mogą tak pakować na sztywno do chłodni? Że śmierć jednak może przyjść NAPRAWDĘ? Okej, każdy głupi to wie od dzieciństwa, co innego jednak zobaczyć ją w realu, po drugiej stronie mojej ulicy, pod szpitalem mijanym codziennie w drodze do pracy i z powrotem. Półtorej minuty na twoich oczach pracownicy szpitalnej kostnicy ostrożnie, z przesadnym wręcz namaszczeniem wsuwają w otwarte wrota chłodni ciało nieboszczyka na szpitalnych noszach, zakryte prześcieradłem i ściśle opięte pasami. Dwadzieścia metrów od ciebie. Czego się boisz, że musisz krzyczeć i bełkotać jak w malignie?

    Co było płaskie i bez wymiaru, pogłębiło się. Co nie miało siły i zniewalało wygodną nudą, zaczęło znowu szarpać i gryźć. Udawane komiksowe strachy i horrory z tanich kin, ociekające hektolitrami sztucznej krwi, zaczęły straszyć naprawdę. Człowiek pod nowojorskim szpitalem, z filmującą komórką w roztrzęsionej ręce, na otwartej ranie swego szoku przeżywał powrót z fikcji do rzeczywistości. Wracał z trudem, ale nieuchronnie. Dziura, wygnieciona tłustym tyłkiem w kanapie przed telewizorem, zmieniła się w egzystencjalną otchłań. Materiał, przez dziesięciolecia służący do lepienia monstrualnych bałwanów popkultury, wypełzł z magazynu surowy, nieobrobiony, taki, jaki był NAPRAWDĘ. Przewrotny i bezosobowy autor tego komiksu „for real” do samochodu naszego trzęsidupy dorysował dymek z napisem: „Dzisiaj on, jutro ty”.

    www.unsplash.com/Kate Macate

    Cały dzień media gotują się od nowego pomysłu PiS-u, by wybory prezydenckie odbyły się korespondencyjnie, za pośrednictwem poczty i listonoszy. Będziemy mieli prezydenta pocztowego, wesołego poczciarza w granatowym mundurku i czapeczce, co nawet do niego pasuje. Na międzynarodowych spotkaniach głów państw będzie stał pod ścianą w białych rękawiczkach i podawał ważne listy. Do Trumpa i Putina adresowane złotymi literami. I uśmiech, uśmiech, ten jest najważniejszy. Na razie stanęło na dwóch propozycjach: Gowina, by przedłużyć kadencję Dudy o 2 lata, oraz Kaczyńskiego, by głosować listownie 10 maja. Jedna lepsza od drugiej. Boję się myśleć co będzie, gdy nasza władza weźmie się, dajmy na to, za projektowanie respiratorów…

    Piąty dzień boli mnie głowa. To już nawet nie jest migrena, tylko gorący ćwiek wbity w potylicę, który ćmi i uwiera. Moja mroczna połowa.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dni 14-16)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    28 marca 2020 (1481 zarażonych, 17 zmarłych)

    Przycichły trochę inne spory. Prawa mniejszości, kobiet, zwierząt i planety w ogólności mniej się jakby teraz liczą. Wraca – obawiam się, tylko na chwilę – obrona sądownictwa w Polsce. A to za sprawą wyborów, ponieważ ostatniej nocy pisowski sejm przegłosował cały pakiet poprawek do specustawy na okoliczność koronawirusa, i przy okazji zmienił kodeks wyborczy, co jest niezgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pisowski, opozycyjna KO również była za, bo nie miała innego wyjścia, jako że pakiet zawierał cały program pomocowy dla zagrożonego narodu. To trochę jak w grze w durnia: pod spód trzy dziewiątki, a na wierzch asa – i buda. Bo ta cała polityka dosyć dawno już przestała być polityką w sensie negocjowania wspólnego stanowiska dla dobra całej społeczności i przypomina zadymioną szulernię, gdzie podejrzane towarzystwo ciupie w karty wzajemnie się oszukując. Co jakiś czas któryś ląduje w więzieniu, ale to tylko podkręca atmosferę gry, stawka rośnie i podnieca. Słowo uczciwość służy u nich do tego samego, co pochowane po kieszeniach noże, to znaczy do szantażowania przeciwnika.

    www.unsplash.com/Jack Hamilton

    Jak dla mnie, mogliby przestać udawać, że zależy im jeszcze na jakichkolwiek mechanizmach demokratycznych i po prostu przegłosować jedno uniwersalne prawo: robimy, co chcemy, a wy cicho. A jak się nie podoba, to wynocha (K. Pawłowicz). W zasadzie już tak jest, przegłosowanie tylko uprawomocniłoby stan rzeczy, nieprawomocny z założenia. Kategoria prawomocności straciła pierwotne znaczenie i obróciła się w swoje przeciwieństwo – głosowanie legitymizuje nieprawomocność. Chyba tylko zagorzali tropiciele spośród profesjonalnych prawników są w stanie rozróżnić, co tu jeszcze jest legalne, a co już nie. Najlepsze kłamstwo to takie, które pomieszano z prawdą.

    Ale ja nie o tym. Kryzys w polityce jest tak naprawdę kryzysem polityki, która – powtarzam za mądrzejszymi ode mnie – jest sztuką negocjowania, a nie przepychania swojego na siłę i zgarniania co się da, bez względu na koszty społeczne. To drugie bardziej przypomina mafijną dyktaturę i nie mówię tu niczego nowego. Politycy i z prawa, i z lewa forsują swoje „nienaruszalne wartości” i zdają się nie rozumieć, że demokracja nie polega na zmuszaniu innych do własnego światopoglądu (co to właściwie jest?), tylko na akceptowaniu faktu, że inni mogą myśleć i czuć inaczej.

    Ale ja o tym też nie. Walka z epidemią przybiera obrót, którego się obawiałem po przeczytaniu paru tekstów o dawnych epidemiach. Tragedie ludzkie stają się pretekstem do wzmocnionego politykowania, czyli ci na górze dalej grzmocą w karty, tylko mają nowy dopływ atutów. Związki pracodawców zamiast apelować o spokój, solidarność i zapewniać o swojej dobrej woli, już się licytują na temat wysokości pomocy finansowej i czemu tak mało. W tak zwanej „tarczy antykryzysowej”, jak alarmuje Adrian Zandberg, chronione są głównie interesy banków. Faktycznie, zajrzałem, jest tam powołany Fundusz Gwarancji Płynnościowych w BGK, który ma zabezpieczać poręczenia dla kredytobiorców, czyli de facto gwarantować bankom, że przynajmniej 80 proc. niespłaconego kredytu do nich wróci. Jedyny, jaki utworzono w pakiecie. Banki dostają dziesięć razy więcej niż cała służba zdrowia. Większość zarządzeń dotyczy odraczania spłat, przesuwania terminów i płacenia składek ubezpieczeniowych. To ostatnie to po prostu przelewanie dodatkowych pieniędzy z budżetu do ZUS. Krótko mówiąc, najważniejsze, żeby banki i ZUS nie straciły wpływów, bo jak cała ta nasza piramida kredytowa runie, to… i tak dalej, i tak dalej. Będziemy nadal płacić, tylko po paru miesiącach przerwy. Ciekawe, z jakimi odsetkami. Pracodawcy dostaną najwyżej 50 proc. płacy minimalnej na pracownika pod warunkiem, że go nie zwolnią i że nie będą mieli zbyt wysokich dochodów. Żeby dostać wsparcie, trzeba najpierw zbiednieć.

    www.unsplash.com/Dmitry Demidko

    Nie, o tym też nie chciałem. Tak naprawdę, to chciałem od tego wszystkiego uciec. Pandemia przywróciła nam myślenie w kategoriach zbiorowych i to należy uznać za plus. Znowu padają hasła solidarności, wzajemnej pomocy i ratowania bliźniego w biedzie. Mobilizujemy się jako społeczeństwo. Dobrze. Jednak po trzech godzinach kompulsywnego wertowania internetu wyłączam komputer i zamykam oczy. Dosyć. Nie mam siły. Jak długo można popędzać skołatane nerwy do przejmowania się człowiekiem? Czy on i ja to na pewno to samo? Czy nie za łatwo utożsamiłem się z tym, którego częściej krytykuję niż podziwiam? Do czego mi ta więź teraz, w samotnym zamknięciu, gdzie za całą ludzkość wystarcza żona i dwie córki (plus Aksa), a reszta to piksele na ekranie? Nie jest to kwestia wyłącznie epidemiczna, wcześniej też pytałem. Bez odpowiedzi.

    W przymusowym domowaniu ludzie robią remanenty po szufladach i folderach, i wrzucają do sieci dawne zdjęcia. Ściślej rzecz biorąc, dawne zdjęcia samych siebie, portrety sprzed lat, bo teraz jestem stary, a kiedyś byłem młody i zobaczcie, dosyć szczupły i nawet przystojny. Miałam piękne pofalowane włosy i różową sukienkę z koronką. A tu jestem z moim ukochanym psem, z tyłu na ganku babcia, która się uśmiecha, ale już nie żyje. Siedzimy nad albumami, grubymi kopertami i pudłami po butach, przerzucając wyblakłe obrazki z przeszłości i konstatując z nowym wzruszeniem stary poczciwy upływ czasu. Temu i owej spadnie z powieki łza. Ziarnistość papieru fotograficznego ma coś z piasku, który przesypuje się między palcami. Czy to również funkcja pandemicznego niepokoju? Boimy się o siebie i robimy egzystencjalny rachunek sumienia? Wpadamy w zbiorową melancholię z nudów, czy ze strachu przed śmiercią? Melancholia jest niepraktyczna, ponieważ mówi, że twoje życie już było, a to w strachu przed śmiercią nie pomaga. Podkopuje nadzieję, odbiera siłę w zmaganiach, wyłącza instynkt przetrwania.

    29 marca 2020 (1862 zarażonych, 22 zmarłych)

    Podobno Duda stwierdził, że wybory jednak mogą nie odbyć się 10 maja. To wspaniała wiadomość, że prezydent nie wszystkich Polaków rozejrzał się wkoło i zaczął kojarzyć, co się dzieje. Alleluja! Oczywiście zakładam wariant optymistyczny. Pesymistyczny podpowiada, że prezydent doskonale wie, co się dzieje i brnie w zaparte, bo mu Prezes kazał. Jego sprawa. Pod presją opozycji, prawników, opinii publicznej, Brukseli i wszystkich innych czynników, które systematycznie (i podle) naciskają naszą biedną władzę, wybory zostaną pewnie przesunięte, ale wrzutka do kodeksu wyborczego zostanie. Wyborcy w wieku 60+ mogą głosować zdalnie, a to jest głównie elektorat PiS. Mogą również głosować przez pełnomocników, czyli wyśle się sto tysięcy księży i zakonnic, żeby nosili głosy z domów opieki i przytułków do komisji wyborczych. Co się tam po drodze będzie działo z demokracją parlamentarną, wolę nie myśleć, ale co kogo obchodzi moje myślenie. Parę punktów procentowych wpadnie, akurat tyle, ile potrzeba, żeby Duda wygrał w pierwszej turze. Taki jest cel tej operacji. Od początku do końca podstępny i niecny, bo takie są reguły gry w durnia pod powałą zadymionej szulerni. Na spód trzy dziewiątki, na wierzch asa – i buda.

    Nie oburzam się. Zgłaszam tylko, że widzę i próbuję myśleć nad tym, co widzę.

    Wycieczkowce krążą po oceanach jak kolonie trędowatych, nikt nie chce ich przyjąć do portu. Bogaci emeryci Zachodu płaczą i narzekają. Sami są sobie winni, bo nie słuchali ostrzeżeń i popłynęli na rejs, a teraz nie mogą wrócić. Biura turystyczne uspokajały, że na statku jest bezpieczniej, a w Ameryce Południowej, dokąd płyną, nie ma jeszcze koronawirusa. I że „koronawirus może przeżyć tylko w niskich temperaturach, więc Karaiby są fantastycznym wyborem na najbliższą podróż”. Cudne. Pamiętajcie, że w epidemiach moralność zarazem rośnie i upada. Bądźmy solidarni i dajcie nam więcej, bo weźmiemy siłą. A zysk i uczciwość to dwie nogi kapitalistycznego społeczeństwa, stojące na dwóch krach. Rozjeżdżają się, a ty toniesz.

    www.unsplash.com/Alonso Reyes

    30 marca 2020 (2055 zarażonych, 31 zmarłych)

    Stało się. Polityka wlazła w sam środek walki z koronawirusem, rozpycha się łokciami i twierdzi, że jest najważniejsza. Zmarłych nie liczymy, tylko ukrywamy, natomiast liczymy skrupulatnie żywych, i to wyłącznie z jednej perspektywy – głosowania w wyborach prezydenckich. Wybory to główny fetysz demokracji, a także dyktatury udającej demokrację. Muszę przyznać, że jednak podziwiam tę władzę. Trzeba mieć jaja, żeby tak otwarcie zagrać szatańską kartą. Pal licho wolność, demokrację, prawa obywatelskie, konstytucję i co tam jeszcze opozycja ma na sztandarach, ale oni pogrywają z życiem Polaków! Przecież jeśli naprawdę przeforsują te wybory, to już odwrotu nie będzie i Trybunał Stanu na bank! Swoją drogą, jak się ma narażanie narodu do patriotyzmu? Mamy umierać za urnę wyborczą? Za Dudę na tronie w błazeńskiej koronie? Mamy rzucić swój życia los na kart wyborczych stos?

    Zaraza niepowstrzymywana wszelkimi dostępnymi środkami raczej się rozwija niż ginie. Zaraza zwyrodniałej władzy również. Rozumiem, że jest prosty ludek, który potrzebuje władcy w postaci Prawa i Sprawiedliwości, a nie prawdziwego prawa i sprawiedliwości. Rozumiem, że słuszny gniew mas wykluczonych osadza na tronie swój fantazmat i następnie bije mu pokłony aż do upadłego – ale dlaczego, do stu tysięcy nieważnych głosów, ma to być wiążące dla wszystkich?! I jeszcze ta hipokryzja. Jedni się poświęcają, wypruwają flaki, żeby coś zrobić przeciw pandemii, a drudzy bezwstydnie dalej kręcą swoje lody i śmieją się w twarz. Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić. Ten palec Lichockiej…

    Ech nerwy, moje nerwy, dajcież mi już spokój. Denerwowanie się na politykę to jak cyrkowa ekwilibrystyka. Nie dlatego że trudne, tylko że siedzisz na rachitycznym zydelku, a treser za pomocą pejcza i banana uczy cię, jak masz reagować. Raz wesoło, raz smutno, a to wolność, a to znowu solidarność, a to oburzenie, a to podziw… Kopnąć to krzesełko, pokazać treserowi palec Lichockiej i wyjść z cyrku na otwartą przestrzeń – jedyny ratunek.

    Wychodzę. Wącham wiatr. Jednak przyroda ma z nami kosę. Dzisiaj rano spadł śnieg i było pięć stopi mrozu, a na drzewach zaczyna się wiosenne kwitnienie, dosyć wczesne z powodu łagodnej zimy. Gapię się bezmyślnie na zachmurzone niebo i białą jak w styczniu okolicę, szukam jakichś innych, alternatywnych mądrości, ale słabo mi idzie. Przyroda nie jest po to, żeby Zajasowi podsuwać myśli, myślenie to jego przypadłość, nie jej. Zaglądam w obejścia sąsiadów, czy tam czego interesującego nie ma, ale tam podobny bezruch i cisza. Kwarantanna. Siedzenie i czekanie. Jedynie koty szwendają się swobodnie po okolicy, jak zwykle z tą swoją wyniosłą niezależnością. Wolnością mnie drażnią.

    Wracam, bo zimno, siadam na ławeczce do ćwiczeń, podnoszę parę razy ciężarki, rozciągam się – i odpadam. Nuda. Zamknięcie. Klaustrofobia. Wychodzę znowu na taras, i znowu wracam, bo chodzenie tam i z powrotem również zieje nudą, wzmocnioną dodatkowo irytacją, że chodzę i nic to nie daje. Postanawiam wrócić do komputera, ale nie czytać wiadomości, tylko napisać coś głębszego. O życiu, o sensie jednostkowego istnienia, jedynego, jakie mamy, które tak szybko i bezsensownie przemija, zwłaszcza kiedy się siedzi w domu i czeka nie wiadomo na co. Piszę jakieś dęte zdania, wymazuję i piszę inne, znowu wymazuję, i tak w kółko, aż do następnej irytacji, tym razem z powodu pustki i rozkojarzenia. Z irytacji coraz częściej składa się mój dzień świstaka. W końcu nie wytrzymuję i włażę na portale informacyjne, ale dla zachowania pozorów samokontroli postanawiam nie czytać najnowszych doniesień o przesuniętych i nieprzesuniętych wyborach, o protestach opozycji i co powiedział Szymon Hołownia, tylko wyszukiwać przypadki ciekawe. Indywidualne. Takie o jednostkowym istnieniu. Oto pewien Brytyjczyk pojechał z Covenrty do Salford po zakupione na eBayu okna (180 km w jedną stronę), a ponieważ w powrotnej drodze żona się nie zmieściła w kabinie, zamknął ją w bagażniku. Policja go skontrolowała i dostał parę mandatów: za nieuprawnione przemieszczanie się, za wożenie człowieka w przestrzeni bagażowej i za nieprawidłowy transport towaru. Okna nabył za 15 funtów i musiały być bardzo okazyjne (niestety, nie podano, ile ich było), skoro opłacało się taki kawał po nie jechać. Musiały również być wartościowe, w każdym razie znaczyły więcej niż żona, inaczej zamieniłby miejscami człowieka i rzecz. Mogły się nie mieścić w bagażniku, w przeciwieństwie do chudej (i zdominowanej, skoro dała się tam wepchnąć) małżonki, co mi się jednak wydaje dziwne, bo do kabiny jakoś weszły. Po przemyśleniu sprawy klepnąłem się w czoło uznając, że policja nie uwzględniła tutaj ważnego czynnika: kobieta chowała się przed koronawirusem. W kabinie człowieka przecież widać, wirus jak wiadomo atakuje tylko ludzi, więc zrobiła bardzo rozsądnie jadąc w bagażniku. (Na miejscu pasażera Dropsik natychmiast by ją wypatrzył!) Z pewnością siedzieliby w bagażniku oboje, gdyby nie przykra konieczność prowadzenia pojazdu. A okna z Salford niestety nie miały prawa jazdy. Policja nic nie zrozumiała.

    W Holandii ukradli van Gogha! W zamkniętym z powodu pandemii muzeum przechowywano wypożyczony z Groningen „Wiosenny ogród”, a włamywacze skorzystali z osłabionej ochrony i pustek na ulicach, i zrobili swoje. A nie mówiłem? Rozluźnia się, rozluźnia. Choć z drugiej strony można się pocieszać, że na razie kradną obrazy i do rabowania mąki z magazynów jeszcze daleko…

    O, mól! Sięgam po packę na muchy i pac! Już go nie ma. I to tyle w kwestii jednostkowego istnienia, które przemija. Panie molu.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 12 oraz 13)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    26 marca 2020 (1221 zarażonych, 16 zmarłych)

    No i wydało się. Mamy wyjątkowo niską liczbę zmarłych na koronawirusa, ponieważ to władze decydują, kto się do takiej śmierci kwalifikuje. Otóż kwalifikuje się tylko osoba zmarła na koronawirusa w szpitalu. Jeśli umarłeś w domu, nie liczysz się! Ten kierowca z Głogowa, o którym ostatnio pisałem, że skonał we własnym mieszkaniu podczas kwarantanny, nie doczekawszy testu – również się nie liczy. Sprawdźcie sami, nie ma go w statystykach. Dziennikarze wyszukali, że takich przypadków jest więcej, to znaczy że nasz kraj może być częściowo zaludniony obywatelami nieżywymi, tylko wolimy tego nie sprawdzać. Te ciała zwykle znajdują bliscy, kiedy przez dłuższy czas nie mogą nawiązać kontaktu. I wtedy lekarz wpisuje jako przyczynę śmierci „nagłe zatrzymanie serca”, a sekcji nikt nie robi, ponieważ nie ma znamion przestępstwa. Nie liczy się.

    Znamiona przestępstwa są, i to dosyć ewidentne. W dodatku wiemy, kto jest sprawcą: seryjny zabójca COVID-19 o ksywie „Koronawirus”, z którym nasze służby policyjne walczą znacznie energiczniej niż na przykład ze wspomnianym „Hossem”. Zatem należy robić sekcję zwłok ofiar i gromadzić dowody przeciwko mordercy. Kpię, ale tylko trochę, bo sprawa jest poważna. Statystyki ofiar epidemii to istotna wiedza historyczna oraz medyczna na przyszłość i fałszowanie ich również jest przestępstwem. A jeśli robi to władza, która podobno tak wielką wagę przywiązuje do prawdy historycznej, to już w ogóle…

    No właśnie. Było 15, a jest z powrotem 14, bo ministerstwo ogłosiło, że jeden zmarły przechodzi do innej rubryki. W karcie zgonu miał wpisaną niewydolność krążeniowo-oddechową, ale bez koronawirusa; leżał w szpitalu, zgon jednak nastąpił z innych powodów. Zostało to stwierdzone na podstawie wyników testu, które przyszły już po śmierci pacjenta. Dopóki żył, mógł mieć, ale jak umarł, to już nie ma. Jakaś logika w tym jest, choć trochę już zaświatowa. Pojawia się również gra sepsą. Chorują na koronawirusa, ale umierają na sepsę. Orwell nadchodzi: prawdą jest tylko to, co władza ogłosi, reszta z definicji nie istnieje, w związku z tym nie może zostać powiedziana. W moim przekonaniu chodzi o iluzję, że – jak się wyraził Prezes – „stan jest pod kontrolą” i wybory 10 maja mogą się odbyć. Potem liczby gwałtownie skoczą, lawina epidemii runie nam na łby, ale najpierw Duda wygra w pierwszej turze. A o to tu chodzi. Dlatego wczoraj nałożono kaganiec na wypowiedzi regionalnych konsultantów medycznych – żeby nie mogli swobodnie mówić, jak naprawdę jest. Decyduje głos z centrali. Wedle nomenklatury carskiej – wyższy czyn.

    www.unsplash.com/camilo jimenez

    I Trump, i Kaczyński mówią, że wszystko jest pod kontrolą. „Wszystko jest pod kontrolą” powtarzają alkoholicy, którzy pozorują trzeźwienie. Patrz: Jerzy Pilch, Żółty szalik. A do urn, przypominam, idziemy z portkami na głowach!

    W Wojnach nowoczesnych plemion Michała Pawła Markowskiego znalazłem celne i wieloznaczne określenie: „ochronna strefa fikcji” (s. 142). Chodzi o coś w rodzaju zagrody bezpieczeństwa na stepie chaosu, którą budujemy przy pomocy rozkosznych narracji, oddzielających nas od świata. W takich ochronnych strefach fikcji żyją wspólnoty skupione wokół własnych urojeń, projekcji, lęków, z którymi coś trzeba zrobić, a po imieniu nazwać nie można. To znaczy można, ale lepiej jednak nie. Te narracje w zasadzie nie kłamią – wspólnota nie dopuszcza do siebie prawdy, którą mogłaby sfałszować – tylko powtarzają frazy (naprawdę) uspokajające i (pozornie) wyjaśniające. Narracja wolnościowa wspólnoty narodowej stanowi klasyczny przykład generatora takich ochronnych stref fikcji, którą jeden z doradców naszego prezydenta nazwał Maszyną Bezpieczeństwa Narracyjnego. Zwracam na to uwagę dlatego, że informacje oficjalnych mediów rządowych na temat pandemii zaczynają przypominać taką MaBeNę, co faktom nie wróży najlepiej, nie mówiąc o prawdzie.

    Wolałbym wiedzieć, co jest, choćby z grubsza. A tak nadal nic nie wiem. Im więcej grzebię w stosach doniesień, tym mniej wiem. A gdzie jeszcze zrozumienie, wyjaśnienie i interpretacja? Totalny głowaból.

    Ech, znowu się spinam. Doniesienia, donoszenia, donosy… Dosyć. Reset.

    Zagłębiam się w sobie i słucham moich niepokojów. Parę dni temu zapisałem myśl, która napawa mnie i wytrąca, oraz inspiruje i skłania. Że te moje łąki, ptaszki i obłoczki na niebie pochodzą z tego samego porządku, co koronawirus. Hmm, cały jestem ulepiony z tej samej materii. Konsekwencje tego pozornie oczywistego faktu są fundamentalne. Ja jestem biologią i on jest biologią, stanowimy jedno i nie on zabija mnie, tylko natura robi swoje porządki. Jest w końcu gospodynią całego tego globalnego mieszkania i wzięła się za sprzątanie. Człowiek był jej najzdolniejszym, świetnie się zapowiadającym dzieckiem, więc pozwoliła mu się rozwijać samodzielnie, z rzadka tylko sprawdzając, czy ma czysto za uszami i sumiennie odrabia lekcje. Zdolny chłopak jednak szybko się wycwanił i w ciągu dnia grzecznie się uczył, a nocami grał po kryjomu w najokropniejsze horrory. Pół biedy, że w miejsce Matki wymyślił sobie Boga Ojca i jemu przysiągł lojalność, ale później powołując się na ojcowski autorytet wyczyniał najdziksze swawole, demolując kolejne kąty wspólnej chałupy i całego obejścia. Do tego bezczelnie twierdził, że to ojciec mu kazał „czynić sobie ziemię poddaną”. W dwudziestym wieku naszej ery przeszedł już samego siebie i uznał, że tylko on jest bogiem, więc będzie składał hołdy wyłącznie sobie, reszta wynocha. Po czym zabrał się do systematycznego rabowania domu i przetwarzania wspólnych naturalnych bogactw na własne przyjemności i zabawki. Nie ma takiego systemu moralnego, który by nie uznał tego za zwyrodnienie i kalanie własnego gniazda. Trudno się dziwić, że Matka straciła cierpliwość i postanowiła przywrócić jakąś naturalną homeostazę w tym coraz koszmarniejszym bajzlu. Nieco późno i pewne błędy w wychowaniu nie są już do naprawienia, ale jak widać jeszcze ma trochę krzepy. Z tymi debilowatymi mięśniakami dinozaurami sobie poradziła, to i z człowiekiem sobie poradzi. No, w każdym razie próbuje.

    27 marca 2020 (1389 zarażonych, 16 zmarłych)

    Chorują księża. Lubią się nazywać lekarzami dusz i tak jak lekarze są szczególnie narażeni z racji wykonywanej pracy. Ale jak tu twardemu radiomaryjnemu elektoratowi powiedzieć, że na mszy można się zarazić? A można, prędzej niż w sklepie, co wynika już z performatyki rytuału: maczanie palców w miseczce ze święconą wodą, pozdrowienia, podawanie rąk, komunia z ręki do ust… Z epidemiologicznego punktu widzenia katastrofa. I to już się stało, bo msze odbywały się jeszcze kilka dni temu. Nadmierne nagłaśnianie tych faktów mogłoby jednak zrujnować kościelne imperium w Polsce, a do tego obecna władza żadną miarą dopuścić nie może, bo to fundament jej istnienia. Ruszyła gra na zwłokę, pozory i udawanie, że tego akurat problemu nie ma. Nie, jest, i to spory. Żyjący w cieniu tajemnic i przemilczeń polski kościół katolicki zapewne boryka się z potężnym uderzeniem koronawirusa, o jego skali nigdy się jednak raczej nie dowiemy, bo nie jest to wiedza dla maluczkich. „Ja stwarzam Dobro i ja stwarzam Zło, jam jest Pan”.

    www.unsplash.com/Karl Fredrickson

    Zastanawiam się, czy tu nie bije jedno ze źródeł ksenofobicznych inicjatyw, zwłaszcza pogromów antysemickich, organizowanych w przeszłości przez nasz lud za poduszczeniem księży. Obrzędy kościelne stanowiły kapitalne ogniska zarazy, czego nie wolno było głośno stwierdzić i potrzebna była tak zwana informacja zastępcza, czyli kozioł ofiarny. Żydzi nadawali się znakomicie: dużo podróżowali, prowadzili odmienny tryb życia, jedli co innego – byli winni! Naziści doskonale to podchwycili na słynnym plakacie „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, gdzie twarz żydowskiego mędrca została skontaminowana z czaszką kościotrupa – ofiary epidemii. Jeśli ktoś zaoponuje, że to tylko dawna, patologiczna aberracja, polecam mu jaskrawożółtą okładkę czasopisma „Rolnik Polski” nr 4/2019, gdzie pomysł został powtórzony, tylko na miejscu Żyda jest dziewczyna z żółtą twarzą pokrytą czarnymi plamami i podpisem: „Ekoterroryzm – tyfus plamisty Polaków”. Na żółto hitlerowcy oznaczali Żydów w obozach koncentracyjnych…

    Spokojnie, na razie „wszystko jest pod kontrolą”, nic takiego się nie dzieje, walczymy z pandemią solidarnie i ofiarnie (oj, niezręczne słowo, fatalizmem podszyte), siedzimy w domach i czekamy na rozwój wydarzeń. A wydarzenia dzieją się ciekawe w hiszpańskiej Andaluzji naszej ukochanej turystycznej, gdzie grupa „wandali” obrzuciła kamieniami i materiałami wybuchowymi staruszków przewożonych z opuszczonego domu opieki do szpitala w mieście. Starców eskortowała policja. Biedni wandale założyli – na jakichś sobie tylko zrozumiałych podstawach – że zarażeni staruszkowie będą swobodnie chodzić po mieście i zarażać innych, dlatego spontanicznie wyrazili swój sprzeciw. Staruszków zamknięto w szpitalu i teraz służby pilnują, żeby nikt nie miał do nich dostępu. Oprócz koronawirusa, bo ten już tam jest. Hiszpania ma doświadczenie w temacie zarazy, przypominam Alpuharę Adama Mickiewicza. Któryś ze staruszków musiał niebezpiecznie przypominać podstępnego Almanzora, więc gmin andaluzyjski zareagował.

    W „Wyborczej” nowa akcja pod tytułem: „Ocalmy 300 tys. miejsc pracy!”. Chodzi o tak zwaną branżę beauty, czyli fryzjerów, kosmetyczki, depilatorki, tatuażystów – całą armię cyrulików od upiększania nas, czyli maskowania naszej brzydoty. Za pomocą czegoś o nazwie Booksy – co się definiuje jako start-up i ma szefa o patriotycznym nazwisku Stefan Batory – mamy wpłacać pieniądze i w ten sposób pomagać. Rozumiem, ważna sprawa, ludzie tracą pracę, bankrutują, zostają na lodzie i proszą o wsparcie, ponieważ stan jest nadzwyczajny. By uzmysłowić nam dramatyczność sytuacji, pewna pani od manikuru pyta: „A jak pielęgnować paznokcie klientek, stojąc dwa metry dalej?”.

    No jest problem, ale ja mam problem z tym problemem. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie tracą nie tylko pracę, ale zdrowie i życie. Rujnowana przez lata służba medyczna w Polsce nie wyrabia znacznie dramatyczniej niż manikurzystka, która ma za daleko do fotela klientki. Personel szpitali i przychodni gremialnie się zaraża, całe oddziały nie mogą pracować, obsługę dziesiątkuje kwarantanna. Pacjenci z problemami nowotworowymi są pozbawieni dostępu do zabiegów ratujących życie. Nauczyciele rzężą pod jarzmem zdalnego nauczania, za psie pieniądze, które rząd jeszcze planuje im obciąć. Kasjerki w sklepach, gdzie robimy gorączkowe (oby nie!) zakupy, są cały czas narażone i na zakażenie, i na agresję niespokojnych klientów, co mówię smutny i sam pełen winy. Kierowcy, służby porządkowe, dziennikarze, rolnicy, kolejarze, górnicy, straganiarze, leśnicy – sorry, ale wszyscy. Sytuacja jest trudna, dlatego wymaga rozwagi w dysponowaniu zarówno środkami pieniężnymi, jak i energią społeczną. Ludzie siedzą w domach i chcą pomagać, a wielu z nich swoją pomoc może ograniczyć jedynie do wpłacenia pieniędzy na jakiś szczytny cel. Widzę ten cel w kupowaniu sprzętu medycznego (chwała mojemu Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za akcję #ujdlaszpitala, która pozwoliła zebrać ponad 750 tys. zł na sprzęt medyczny), widzę w dofinansowaniu ludzi opiekujących się chorymi, niepełnosprawnymi, zniedołężniałymi, czyli wszędzie tam, gdzie chodzi o zdrowie i życie. Niespecjalnie widzę go w dofinansowywaniu salonów piękności. Inaczej mówiąc, nie jestem przekonany, że to, czego dzisiaj jako społeczeństwo najbardziej potrzebujemy, to wypielęgnowane paznokcie i fioletowe pasemka. Albo tatuaż.

    Wiem, bezczelne, ale wszyscy mamy trudniej. Walka o przetrwanie dopiero się zaczyna, takich sytuacji będzie więcej. I gorszych. To ma trwać rok i dłużej. Wszystkich nie zadowolimy zbiórkami pieniędzy, zwłaszcza że do jako tako uczciwej dystrybucji tych pieniędzy potrzeba kolejnej rzeszy ludzi, finansowanych zapewne z tychże zbiórek, bo skąd. Owszem, każdy może wpłacić pieniądze na swoją ulubioną kosmetyczkę, robienie z tego jednak ogólnonarodowej akcji pod hasłem solidarności, z dyskretnym podaniem operatora, który chętnie się tymi pieniędzmi zajmie, to już dla mnie jakby trochę za daleko idąca skwapliwość.

    Pandemia się jeszcze nie skończyła. Ci lepiej zorientowani mówią, że dopiero nadchodzi. Skupmy się na sprawach naprawdę ważnych, bo od tego będzie zależało zdrowie i życie wielu z nas. Na walkę z kryzysem na rynku pracy mamy czas po przejściu tsunami, kiedy policzymy straty, o rozmiarze których nic sensownego jeszcze dzisiaj powiedzieć się nie da. Mam swojego zaufanego trenera personalnego, chłopak siedzi teraz w domu i nagrywa filmiki dla klientów, żeby coś w ogóle robić. Umawiamy się zdalnie, on mi podrzuca zestawy ćwiczeń i koryguje błędy, ja walczę na znanej Wam już ławeczce, liczymy się normalnie – i tyle. Wspieram zwyczajnie, prywatnie, bez start-upu Booksy.

    Potrzebna ostrożność. Sytuacje kryzysowe generują warunki dla ludzkich dramatów, ale i okazje dla graczy. Na ludzkiej biedzie i strachu świetnie się zarabia, jeśli tylko komuś starczy cynizmu i podłości, a tej w dorzeczu Wisły i Odry nigdy nie brakowało, wbrew patriotycznej MaBeNie. Teraz znowu w górnych rejonach władzy odbywa się wielkie dzielenie publicznych pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla ekonomicznych ofiar pandemii. Nikt jeszcze nic nie wie o skali katastrofy, ale już trwają kłótnie komu, ile i na co. Aż się boję, co to będzie. No nie, o kościół się nie boję.

    Uff, pieniądze, pieniądze. Jest taki przejmujący fragment w Dzienniku roku zarazy, gdzie Defoe mówi o braku przygotowań miasta na nadchodzącą epidemię. Zarówno władze świeckie, jak i duchowne nic sobie nie robiły z ostrzeżeń:

    Działano w istocie tak, jak gdyby nie żywiono najlżejszych nawet obaw, a co za tym idzie, nie poczyniono nic i nic nie przewidziano dla dobra ogółu. (…) Miasto nie posiadało żadnych spichrzów ani składów na ziarno lub mąkę przeznaczonych dla biedaków, gdyby więc byli mogli poczynić zapasy, jak bywa w takich razach, wiele biednych rodzin doprowadzonych teraz do krańcowej nędzy, znalazłoby pomoc, i to znacznie skuteczniejszą, niż można by im obecnie okazać. [s. 87]

    W żywność zdołaliśmy się zaopatrzyć, z tym akurat nie mamy dzisiaj problemów (na razie), ale z zapleczem medycznym sprawy już nie wyglądają tak pięknie. W tle afery żywnościowej w opanowanym przez dżumę Londynie była oczywiście afera z dystrybucją pieniędzy publicznych, którą Defoe relacjonuje dosyć powściągliwie, mówiąc o skrupułach administratorów „gdy mieli naruszyć fundusze należące do sierot”. Tych skrupułów brakło w rok później, gdy Londyńska Izba Handlowa wyłożyła ogromne środki finansowe na odbudowę gmachów publicznych zniszczonych w pożarze, stawianie pomników i ogólne upiększanie miasta. Czyli gdy wydawali dla siebie.

    Teraz się zawahałem, ponieważ kawałek dalej Defoe wygłasza dramatyczny sąd o nędzy drobnych rzemieślników i usługodawców, co podkopuje wygłaszane powyżej filipiki Zajasa przeciwko ratowaniu salonów piękności:

    Niech ktokolwiek z tych, komu znane są liczne rzesze ludzi w tym mieście, zarabiających na chleb powszedni czy to jakimś kunsztownym rzemiosłem, czy wykonując najgrubsze roboty, niech ktokolwiek, powtarzam, rozważy, jaka nędza tu zapanuje, jeżeli nagle wszyscy ci ludzie będą usunięci z posad, jeżeli ustanie wszelka praca i wszelka za nią zapłata.

    Idzie wielka bieda, to raczej pewne. To co, może jednak spróbujmy im jakoś pomóc?

    We Włoszech dzisiaj rekordowa liczba zgonów: 969. Umierają ludzie w każdym wieku, nawet ci bez chorób towarzyszących. Podobno Polska jest obecnie na kursie włoskim. Idzie bieda, ale najpierw tsunami.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 8 oraz 9)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    22 marca 2020 (634 zarażonych, 7 zmarłych)

    Nadal nic nie wiem. Siedzenie w domu i czekanie na wiadomości. Ale jakie? Co miałoby się w nich pojawić takiego, co by zakończyło czekanie? Uświadomiłem sobie, że nie ma takiej informacji, po której moglibyśmy wstać od biurek, wyjść na zewnątrz, przeciągnąć się przeciągle i z ulgą stwierdzić: no, skończyło się, wracamy do normalności. Tej wiadomości wśród tysiąca doniesień nie znajdę, to jest po prostu niemożliwe. Zostaliśmy wkręceni w lawinę wydarzeń i emocji do tego stopnia, że nawet gdyby się taka wiadomość pojawiła, nikt by w nią nie uwierzył. Wykracza poza granice dopuszczalności. Jest niemożliwa, ponieważ nie mieści się w ramach globalnej narracji, w jakiej pławimy się od rana do nocy. Weszliśmy w coś, z czego nie możemy wyjść. W każdym razie nie dzisiaj. Musimy śledzić doniesienia, musimy się bać i żyć w niepewności, musimy ulegać liczbom, statystykom, wyliczeniom, musimy również budować wokół nich całe struktury emocji. Nie ma innego wyjścia. No więc siedzę i śledzę. I się boję. W zdalnej pracy to nie pomaga, ale trudno.

    Przestałem liczyć i zestawiać, bo to nie ma sensu. Wszelkie rachunki są oparte na tak nieprecyzyjnych danych, że równie dobrze mógłbym je sam wymyślać i układać w ciągi znaczeniowe. Bez znaczenia. I to nie jest brak zaufania do środków masowego przekazu, które wykonują gigantyczną i bardzo potrzebną robotę, ale do samej informacji. Ogrom danych przytłacza, jest nie do ogarnięcia. Bez przerwy ktoś coś mówi, wywodzi, udowadnia i prognozuje, a ty nie słyszysz, ślizgasz się po tym, węsząc za tą jedną ostateczną informacją, która ma wyjaśnić wszystko i zamknąć sprawę. Ale jej właśnie nie ma. To może mieć coś wspólnego z narkotycznym uzależnieniem, które podnieca i obiecuje, ale nigdy nie kończy. Wszyscy bez przerwy mówią i nic nie jest powiedziane.

    Żeby podsumować, cytuję słowa Bertolta Brechta o radiu: „Pojawiła się możliwość powiedzenia wszystkiego wszystkim, ale po zastanowieniu nie było nic do powiedzenia”.

    www.unsplash.com/Firdaus Roslan

    Jednakowoż są przypadki poszczególne. Uderzyła mnie historia kierowcy tira z Głogowa, który wrócił z podróży służbowej do Niemiec i tydzień temu w poniedziałek zgłosił się do sanepidu, bo kaszlał i gorączkował. Polecono mu kwarantannę domową i czekanie, aż przyjedzie „koronabus” i pobierze próbki. Człowiek posłusznie zamknął się w domu, nie wychodził, pogrążał się w chorobie aż umarł. Nie doczekał się, ponieważ przez pięć dni pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Może jakby wysłali kulawego psa, byłoby więcej pożytku. Oczywiście, facet miał koronawirusa. Znalazła go straż miejska, samotnego i martwego, we własnym mieszkaniu, gdzie jak odpowiedzialny obywatel wypełniał polecenia odpowiednich służb i dostosowywał się do surowo powtarzanych przez władze zarządzeń. Miał kwarantannę, więc nie wychodził z domu. Miał koronawirusa i zgłosił się, gdzie trzeba. Otrzymał polecenie i je wykonał. Gdyby przeżył, powinien by dostać medal od miasta za obywatelską postawę. Zamiast tego został porzucony i zapomniany. Przysłali nie ekipę do zbadania chorego, tylko straż miejską do kontrolowania podejrzanego. A nuż go nie ma i się wlepi mandat. 30 tysięcy piechotą nie chodzi.

    Nie piszę, by się oburzać na to czy tamto (choć i nie zabraniam), tylko żeby trochę jak Pan Cogito zastanowić się nad arytmetyką współczucia. Tu siedem miliardów w strachu, a tu samotna śmierć jednego kierowcy. Poczciwiec latami wykonywał swoją robotę, wożąc nam do kraju tony naszych konsumenckich przyjemnostek, tyrał jak każdy z nas, a kiedy w tej robocie zaraził się niejako dla naszego dobra (dla naszych dóbr) – zastosował zalecenia stanu epidemicznego i umarł, nie doczekawszy pomocy. Tu solidarność, akcje wsparcia i zbiorowe klaskania na balkonach, a tam samotna śmierć na podłodze własnego mieszkania. Bo koronabus nie dojechał. Bo co innego było ważniejsze. Bo zwyczajnie zapomniano w ferworze walki z pandemią.

    Dla porównania. Podhalański poseł Solidarnej Polski (to ta od Ziobry) też się źle poczuł. Szybko go zbadano i wynik miał pozytywny, więc natychmiast hospitalizowano w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie i poddano leczeniu. Jak donoszą media, czuje się dobrze. Pikanterii dodaje fakt, że w Krakowie nie robiono testów, ponieważ – budynek sanepidu jest w remoncie. Próbki wożono do Świętokrzyskiego. Dopiero kilka dni temu dwa szpitale uruchomiły własne laboratoria, by coś w ogóle robić. Wykonują 60 i 100 próbek dziennie. Przy okazji – to odpowiedź na moje pytanie sprzed tygodnia, dlaczego w Krakowie jest tak mało przypadków. Bo nie robili testów! Ale posłowi zrobili. Życzymy zdrowia, panie pośle!

    Wiem, nie powinienem porównywać. Każdy człowiek jest inny i los ma inny. Chyba jednak się trochę oburzam, choć jak poucza Poeta, „gniew i litość szkodzą równowadze stylu”.

    23 marca 2020 (749 zarażonych, 8 zmarłych)

    To się rozgrywa gdzieś bardzo głęboko w nas, na poziomie komórek, w najciemniejszych zakamarkach naszych ciał. Uzbrojony w wypustki drobny cwaniak pakuje się w krwiobieg, przepycha się do strategicznych rejonów, wczepia w zdrowe komórki i otwiera je chwytakiem jak kluczem do konserw. Następnie włazi tam i rozmnaża się, korzystając z naszego materiału genetycznego. To trochę tak, jakby ktoś włamał się do twojego domu i w sypialni zajął się prokreacją, wykorzystując do tego twoją żonę lub córkę. W obu przypadkach dochodzi do zrujnowania komórki, biologicznej czy społecznej. A ty nic nie możesz, bo dom jest obstawiony gangsterami, którzy cię izolują od normalnych funkcji życiowych i przy okazji stoją w kolejce, by też się trochę porozmnażać.

    www.unsplash.com/CDC

    Wirus to taki dziwny twór, który nie tyle żyje, ile pozoruje życie, korzystając z naszych funkcji witalnych. Kłębek kodu genetycznego, włamujący się do nas by sobie poużywać, ponieważ nasz organizm jest rozbudowany, bogaty i życiodajny, trudno się więc dziwić, że budzi takie zainteresowanie różnych darmozjadów, włamywaczy, rabusiów i gangsterów od przejmowania cudzego biznesu. Odwieczna walka dobra (ja) ze złem (on). Widzę koronawirusa jako dobrze zorganizowaną, agresywną mafię paliwową, która napada i przechwytuje całe koncerny z polami naftowymi i rafineriami. A kiedy jej się uda przejąć władzę nad którymś państwem, osadza na tronie jednego ze swoich i składa mu hołdy, bezwzględnie przy tym pilnując własnych przywilejów. Państwo zdycha, ale mafia kwitnie. A jak już przeżre, przepije i przekopuluje wszystko, porzuca martwe ciało i szuka nowego.

    Próbuję to sobie zwizualizować:

    Eskadra niebieskich kuleczek z czerwonymi trąbkami, o numerze bojowym dajmy na to CV 5312, leci nad Grobianami i mikroradarem namierza potencjalne ofiary. W pewnej chwili zataczają koło i zniżają lot. Jeden z nich mówi:

    O, tam siedzi gostek przy biurku i główkuje. Co wymyśli, wklepuje zaraz do lapka. Intelektualista w maseczkę kichany.

    Chyba nas właśnie obraził – dodaje drugi i pokazuje palcem to, co przed chwilą napisałem o mafii.

    Zarazimy go?

    No ba, ale jak? Zamknął się i nawet nosa nie wychynie na zewnątrz. Był niedawno na łąkach, ale się trzymał kilometr od innych.

    Poczekajmy, musi wyjść, skuryjer sterylizowany – dodaje trzeci, mniejszy i dlatego bardziej nerwowy. – Chociażby po jakąś przesyłkę z poczty czy co.

    Dobry pomysł, Dropsik. Weź się skontaktuj z centralą i dowiedz, czy czego ostatnio nie zamawiał.

    Dropsik robi odejście w górę, by złapać kontakt z dyspozytornią ruchu, reszta kołuje nad okolicą.

    Kurde, szefie, musimy coś znaleźć. Zaraz nam baterie padną – ośmiela się jeden z nich.

    Nażarłeś się rano w Świątnikach, na dzisiaj wystarczy. Nie czytałeś gazet? W powietrzu możemy przetrwać do kilku godzin.

    Fakt – potwierdza tamten i kuli się, by ukryć drżenie z zimna. – Tak tylko mówię.

    Po chwili Dropsik wraca z wieściami.

    Chupa Chups mówi, że ten papuć zamawiał jakąś ławeczkę do ćwiczeń – donosi z przekąsem. – Słyszeliście? Taka guma od majtek, syrop klanowy, przeterminowane nadzienie z zozola, i ćwiczył będzie! Jak mu wlezę w płuca, to se poćwiczy – chyba przewracanie oczami, hehe!

    Klonowy – rzuca dowódca eskadry.

    Co?

    Syrop klonowy, a nie klanowy, idioto! I przestań się zapluwać, tylko do roboty! Chłopaki słabną. Gdzie ta przesyłka?

    No, tego, przyjedzie kurierem.

    Dobra, zawracamy.

    Ostro zakręcają i tną morowe powietrze nad Grobianami w kierunku zachodnim, gdzie magazyny i biuro poczty. Dowódca rozdziela grupę na tych, co mają zająć paczkę oraz tych, co postarają się przemycić na „powierzchnię docelową” przez ubranie kuriera lub pokwitowanie do podpisu. Każdy z wirusów na własną rękę wybiera sposób na realizację zadania bojowego, więc po wylądowaniu i przedostaniu się do magazynu jedni wciskają się pod taśmy paczki, inni przełażą do pudła i szukają najcieplejszego miejsca, by przetrwać zimne godziny (na zewnątrz zero stopni i popaduje śnieg), jeszcze inni przywierają do kartki z potwierdzeniem odbioru. Dropsik przygląda się im i kombinuje. Przydzielono go do drugiej grupy, więc lustruje dokładnie postać kuriera (czapeczka z daszkiem, okulary, gruba kurtka zapięta pod szyję, z jednej kieszeni na piersi wystaje długopis, z drugiej komórka) i już ma pomysł. Może i jest idiotą, ale nie aż takim. Trzeba się znać na psychice ludzkiej. A on się zna.

    Dzwoni dzwonek do bramy, wyglądam przez okno, bus dostawczy z poczty. Zbiegam szybko na dół, wkładam kurtkę i buty, a na ręce foliowe rękawiczki.

    Dzień dobry! Pan Krzysztof?

    Dzień dobry. Tak, Zajas.

    Przesyłka do pana.

    Kurier wytaszcza z samochodu podłużne pudło spięte białymi taśmami i podsuwa mi karteluszek z potwierdzeniem.

    Podpisze mi pan? Wystarczy jakiś taki zawijas na dole.

    Aha, zawijas.

    W porządku – mówię sprawdzając, czy odległość prawidłowa i rękawiczki szczelnie przylegają. – Ale czym?

    Dropsik, przytwierdzony do końcówki wkładu długopisu, chichocze w kułak. Zna się na ludziach. Wie, że jak kurier dzwoni, to każdy szybko coś wrzuca na siebie, czasem porwie z szuflady portfel, ale na pewno nie będzie pamiętał o długopisie.

    Przez furtkę biorę od kuriera pisidło w dwa palce, kładę pokwitowanie na podjeździe i nisko się pochylając, naciskam sprężynkę, żeby podpisać. Dropsik w tym momencie wyskakuje i kiedy wciągam powietrze, katapultuje się do mojego nosa. Oddaję długopis sympatycznemu panu w okularach i czapeczce, biorę paczkę za białe taśmy i kładę na tarasie na całodobową kwarantannę. Może nawet otworzę dopiero pojutrze, na wszelki wypadek. Wyrzucam jednorazowe rękawiczki do kosza, przez minutę myję ręce, potem jeszcze dezynfekuję spirytusem ubranie, i dopiero wtedy oddycham z ulgą. Dropsik tymczasem wygodnie lokuje się w moich oskrzelach.

    Takie sobie, nie jakaś rewelacja. W każdym razie raczej na pewno nie jest to trafienie w odpowiedni ton, którego poszukuję od tygodnia, gdy zacząłem pisać ten dziennik. Patrzę za okno, słońce zza granatowych chmur przebija na czerwono tuż nad ziemią. Sceneria jest, ale wymiaru jakby ciągle nie dostawało. Tragedia, romans, farsa, ironia – czym to właściwie ma być?

    Idę na dół, bo żona mnie woła. Chyba przyjechał kurier z ławeczką do ćwiczeń.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 4 oraz 5)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    18 marca 2020 (287 zarażonych i 5 zmarłych + 1 samobójstwo)

    Tak, samobójstwo. Tyle w każdym razie zdołała dorzucić dziennikarka z Kielc do informacji o śmierci wybitnego świętokrzyskiego ginekologa, wojewódzkiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa, u którego stwierdzono zakażenie koronawirusem. Zmarł nad ranem w kieleckim szpitalu. Parę dni temu wrócił z urlopu za granicą. Był lekarzem. Pomyślałem, że gdy lekarz umiera w szpitalu o świcie, to musi wiedzieć, co robi. Sprawdziłem jego opinie na znanylekarz.pl – niemal wyłącznie pozytywne na maksa. Miły, uczynny, kompetentny, ludzki, zawsze znajdzie czas, potrafi pomóc, kiedy inny są bezradni… Sobie pomóc nie umiał.

    Najbardziej nurtuje, czy koronawirus miał z tym jakiś związek. Nie, odwrotnie – czy mogło tego związku nie być. Co ten człowiek zobaczył w wyobraźni, gdy się dowiedział o pozytywnym teście? Jaką nieodwracalną katastrofę? Swoje narastające męczarnie przez następny tydzień? Męczarnie najbliższych, którzy się od niego zarazili? Ale przecież był lekarzem i powinien mieć w sobie instynkt walki o życie ludzkie do końca. Zwłaszcza życie najbliższych. Czy może zobaczył coś więcej, co widzą właśnie ludzie w służbie zdrowia, która w istocie jest służbą choroby. Coś w nim dojrzewało od dawna, a teraz osiągnęło masę krytyczną i eksplodowało. Ginekolog, który pomaga ludzkiemu życiu przyjść na świata, zabiera się z tego świata. Czym go bardziej zniechęciliśmy – ilością czy jakością?

    Też o tym myślałem. Myśleliśmy, bo plan jest wspólny, mój i żony. Tu sobie żyjemy jakby nigdy nic, jeździmy do pracy, kochamy siebie i bliskich, pomagamy dzieciom – a jak przyjdzie co do czego, to wsiadamy do samochodu i na pełnym gazie w betonowy wiadukt. Albo kwas pruski w drinku z parasolką. Widzę cię, najlepszego, bach, bach. I odprężający marsz tunelem ku niebiańskim łąkom, gdzie woda wiecznie czysta a trawa zielona. Stamtąd wszystko widać i nic już nie jest ważne, ponieważ sama kategoria wagi tej czy innej sprawy zanika. Cisza i słońce. Coś jak teraz za oknem, tylko bez cienia.

    Fajna informacja napłynęła od policjantów, którzy w na poły żartobliwym tonie apelują do przestępców, by wykazali się zrozumieniem i zawiesili na chwilę swoje zbrodnicze popędy, ponieważ policja jest przeciążona i nie ma czasu ich ścigać. No proszę, a nie mówiłem? Ten wczorajszy prekursor z Koszyc stanowił jednak przypadek symptomatyczny. To jest na razie tylko zabawne, ale pierwszy rabuś, który wyczyta między wierszami policyjnego dowcipu zgłoszenie realnego problemu z porządkiem, zmieni zabawę w problem. Poważny problem, który będzie ewoluował w jeszcze poważniejsze problemy. Te w katastrofę. A na końcu drogi jest Droga

    W obliczu doniesień uspokajających i antypanikowych uczymy się czytać między wierszami. Premier Mateusz Morawiecki parę minut temu zaproponował pakiet pomocowy, który ma zapewnić płynność finansową i „służyć temu, żeby w bankomatach i bankach nie zabrakło pieniędzy”. Czytaj: w bankach i bankomatach może zabraknąć pieniędzy. Niby to przeczuwamy od paru dni, wiadomość brzmi jednak inaczej, gdy padnie – choć przez zaprzeczenie – z ust samego szefa rządu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w następnych godzinach rozpoczął się szturm na bankomaty i filie banków – powierników naszej finansowej chudoby. Gdyby nic nie powiedział, też by doszło do szturmu, tylko chwilę później. Jutro, pojutrze, za tydzień… Pamiętacie Kojota z kreskówek o Strusiu Pędziwiatrze? Miał taki desperacki odruch zatykania palcem pęknięć w tamie, która i tak na niego runęła. Albo pod spadającym mu na łeb głazem rozkładał parasol. No to coś takiego mi się kołacze teraz po zniechęconym umyśle.

    www.unsplash.com/Nick Pampoukidis

    Następna wiadomość na dzisiaj zawiera się między wierszami o zwalczaniu nieuczciwego handlu: „Rząd obiecuje walką ze sztucznym zawyżaniem cen”. W porządku, tylko dlaczego „sztucznym”? W czasach kryzysu zarabianie na podwyżkach cen towarów deficytowych jest jak najbardziej naturalne! Wręcz obowiązkowe. Po to jest kryzys w systemie wolnorynkowym, żeby jedni więcej stracili, a inni więcej zyskali. Restauracje upadają z braku klientów, hurtownie wyprzedają się z zapasów, małe punkty usługowe lamentują nad przymusowymi zamknięciami, ludziom nie wolno wychodzić z domów i handlować – co tu jeszcze jest naturalne? Rano cytryny w grobiańskim warzywniaku podrożały z 8 na 12 złotych. Tak po prostu, bo jest kryzys. To tylko nieznaczna ryska na murze, ale jak ich będzie przybywa i przybywać, tama z hukiem runie.

    Zamknij się, Zajas. Ludzie sobie pomagają, wykazują się solidarnością i myśleniem prospołecznym. To, że ci się to wszystko wydaje mało efektywne i jakby nie do końca liczące się z realiami prawdziwego kryzysu, to twój problem. Boisz się, dlatego twoje reakcje noszą znamiona histerii. Wszędzie widzisz podstęp i zło, bo zdychasz ze strachu przed podstępnym złem.

    No właśnie nie za bardzo. Powinienem się bać więcej, głębiej, jakoś bardziej fundamentalnie, w końcu chodzi o śmiertelne zagrożenie. A tu niewiele, prawie nic. Straszę sam siebie, żeby w ogóle poczuć choć słaby powiew morowego powietrza, a tymczasem całe zagrożenie sprowadza się do śledzenia wiadomości. Nie mam jak ich sprawdzić, zweryfikować. Właściwie to dobrze, chyba nie wolałbyś, Zajas, kaszleć, kichać i z przerażeniem mierzyć rosnącą gorączkę? Ciesz się, że możesz sobie siedzieć przy biurku, popijać kawę i przelewać na ekran laptopa swoje grymasy. Bo to zwykłe grymasy są. Szukasz wymiaru, a tu zwyczajność.

    Jak widzicie, jeszcze nie trafiłem we właściwy ton. Miotam się tak samo, jak ci wszyscy wróżbici, prognostycy i analitycy, którzy na wyprzódki starają się przewidzieć rozwój sytuacji. A przewidzieć się nie da, bo – jak słychać z różnych stron – nadal nic właściwie nie wiemy. Czekamy. Trawa się zieleni. Słońce świeci.

    We Włoszech w ciągu ostatniej doby zmarło 475 osób, najwięcej od początku epidemii. Łącznie tam to już prawie 3 tysiące osób. Kurcze, to przecież nie jest mało. Coś się jednak dzieje. Niewidzialny demon z kosą na ramieniu idzie górami, dolinami i kosi. Gdzie zaczną badać, tam wychodzi, czyli jest wszędzie. Zaczynając rano te zapiski, zanotowałem w nawiasie liczbę zarażonych w Polsce: 251. Teraz, o siódmej wieczorem, jest już 287. Powinienem się bać.

    Anglicy od piątku zamykają szkoły. Zmądrzeli jako ostatni w Europie, dotychczas premier Boris Johnson szedł pod prąd wszystkiego, łącznie z rozsądkiem. W dodatku twierdzi, że wyprzedzili innych w walce z wirusem. To u niego zresztą typowe, trumpizacja politycznych umysłów również jest odmianą zarazy szerzącej się po świecie. Sam Donald Trump stwierdził z kolei, że jest teraz jak prezydent w czasie wojny. Obawiam się, że wcale nie chodzi mu o powagę sytuacji i odpowiedzialność za decyzje, tylko o dęcie w dudy własnego ego. Ja, Wielki Prezydent Wielkiej Ameryki będę wydawał ogromne rozkazy i właśnie w tej chwili jeden z nich wydam: dwa potężne okręty-szpitale niech popłyną do pomocy Amerykanom! Jeden do Nowego Jorku, drugi na Zachodnie Wybrzeże. Wykonać! Aj aj, kapitan!

    Może by mu ktoś przypomniał, że nie jest prezydentem całej Ameryki, tylko połowy jej części północnej.

    Co ja mam z tym Trumpem? Pewnie zwalam na niego winę za całe zło, w nim widzę Wielkiego Demontera świata, który był taki fajny i właśnie się zawalił. Świat, nie Demonter. Jest dla mnie uosobieniem jakiegoś niebywale wybujałego i pozbawionego hamulców pacaństwa ludzkości, która gada do siebie o sobie i niczego innego nie ma zamiaru słuchać. Na takim podłożu lęgną się wojny nowoczesnych plemion, jak mówi Michał Paweł Markowski w swojej najnowszej książce. Nie ma prawdy, nie ma racji, nie ma dialogu. Jest tylko Ja. I nagle przychodzi wirus, bezosobowy, neutralny, obojętny, głuchy, milczący, który też nie ma zamiaru nikogo słuchać. I zabija. Pokrzykiwania wojenne różnych mentalnych trampów nie robią na nim najmniejszego wrażenia. Kosi równo, proporcjonalnie, bez emocji. Jest doskonałym i szatańsko przewrotnym spełnieniem naszej woli prawdy – pojawia się tam, gdzie go szukamy. Jest już nawet na Grenlandii.

    Ten ginekolog z Kielc ponoć popełnił samobójstwo z powodu wylanego na niego hejtu. Rodzina założyła sprawę w sądzie. Wobec powszechnej kwarantanny rozprawa odbędzie się zapewne zdalnie, przez internet, czyli narzędzie zbrodni wystąpi zarazem w roli miecza sprawiedliwości. Ciekawe. Coraz ciekawsze.

    Dzisiaj nie kicham, nie kaszlę, ale cały dzień migrena. Tabletki nie działają. Może już tak zostanie.

    Ławeczkę do ćwiczeń i hantle zamówiłem na allegro. Obiecali dostawę (darmową!) w ciągu dwóch dni.

    19 marca 2020 (355 zarażonych, 5 zmarłych)

    Liczę i zestawiam. Wirus pojawił się w grudniu 2019 roku w chińskiej prowincji Wuhan. W połowie miesiąca władze chińskie informowały o 27 przypadkach zakażenia. W ciągu 3 miesięcy rozprzestrzenił się po całej planecie, łącznie z tak odosobnionymi zakamarkami jak Grenlandia czy wyspy Fidżi, Guam i Francuska Polinezja na dalekim Pacyfiku. Z mapy zakażeń w USA wynika, że jest we wszystkich stanach, nawet tych najbardziej pustynnych i rolniczych. Przypadki mnożą się w miarę rozszerzania testów i ich liczba z dnia na dzień rośnie. Wirus jest dosłownie wszędzie.

    Tak fenomenalną dystrybucję zarazków można wytłumaczyć jedynie masową migracją ludzi, którzy w ostatnich czasach podróżują jak zwariowani, czy to jest potrzebne, czy nie. Tysiące samolotów pasażerskich codziennie tną niebo we wszystkich kierunkach, spalając miliony litrów paliwa i wożąc miliony ludzi tam i z powrotem, jakby samo przemieszczanie się stanowiło jakąś życiową wartość. Ludzie latali, oglądali, pstrykali zdjęcia i wracali szczęśliwi, że udało im się z sukcesem zrealizować własny, mały, mieszczański kolonializm. I’ve been there, done that, got the t-shirt. Rozmaitej maści gawędziarstwo podróżnicze rozwinęło się do tego stopnia, że wytworzyło osobną gałąź literatury faktu, która za całe przesłanie miała westchnienia podekscytowanego Ja: och, jak wspaniale, że tam byłam! (Używam rodzaju żeńskiego żeby nie było, że uwzględniam tylko męski punkt widzenia.) No więc lataliśmy, wzdychaliśmy i wracaliśmy, roznosząc po całym świecie nieprzewidziany rachunek za planetarną beztroskę. A teraz ten rachunek puka do naszych drzwi.

    A propos pukania. W ramach unikania kontaktów międzyludzkich dla kuriera wiesza się siatkę na płocie z prośbą, żeby w niej zostawił przesyłkę. Nie mam torby, w której zmieściłaby się mająca nadejść lada chwila ławeczka do ćwiczeń. Każę postawić pudło na podjeździe i poczekam, aż wirusy na powierzchni zdechną. Jak długo? Mówią, że do dwóch dni. Dzisiaj ma padać. Nie wiem, czy deszcz zmywa takiego wirusa? Utopią się te zarazki w nowo wyszykowanym w Grobianach rynsztoku? To by było dosyć głupie, gdyby taki pandemiczny potwór po prostu zginął w zwykłej kałuży. Nieco uwłaczające dla naszej ogólnoludzkiej tragedii. Nie, chyba taki cienki nie jest, skoro w 3 miesiące opanował całą Ziemię. Trzeba będzie pudło obmyć spirytusem… Poważnie?

    Takie myśli chodzą mi po głowie. By je przerwać, wychodzę na taras. Słońce świeci. Wącham wiatr. Skoro jest wszędzie, to tutaj też? W tym ciepłym, wiosennym wietrze, którym uwielbiam wypełniać płuca aż po szyję? Mam go już w sobie i powoli staję się nim, nic o tym jeszcze nie wiedząc? Wczorajszy ból głowy mógł nie być dobrze oswojoną migreną, tylko jego pierwszym, łagodnym do mnie zagajeniem. Hej, gościu, a ty co? Tak sobie siedzisz i myślisz, i myślisz że coś wymyślisz? To nic nie da. Wprawdzie masz grupę krwi zero, czyli trochę bardziej odporną niż na przykład B, ale jakoś poradzę. Nie z takimi już sobie radziłem. Wydaje ci się, że w pisaniu naprawdę zawiera się jakaś funkcja ocalająca, jak mądrowałeś w doktoracie? Okej, próbuj, ale jak cię teraz wszamię od środka w tydzień, to z całego twojego pisania zostanie raptem parę nieokrzesanych stron. Topornych i nerwowych, sam przyznasz. Nie znalazłeś jeszcze formy na ten dziennik, piszesz chaotycznie i bez rozeznania kierunków, w których rozwinie się tak zwana sytuacja. Co w sumie dobrze, bo przyszedłem robić chaos.

    Jaki chaos? Słońce, wiatr. Wiosna.

    Wracam do kompa. O, jest pięć minut dla moich ulubionych Austriaków. W szczycie sezonu narciarskiego szli w zaparte i udawali, że żadnego zakażenia u nich w kurortach nie ma. Teraz wyszło, że Finlandia alarmowała, Norwegia alarmowała, Szwecja alarmowała, Dania alarmowała, ponieważ większość narciarzy z austriackiego Ischgl wracała zarażona. Sugerowano zamknięcie ośrodków, ale nie, Austriacy głusi. Proszę tu płacić i nie gadać. A jak się zrobi afera, zwalimy na Włochów, to zwykle działa, bo die Italiener są nieodpowiedzialni i niepoważni. Nie to, co my. Przed laty sporo czasu spędziłem wśród tego sympatycznego i nieźle ksenofobicznego ludku alpejskiego, więc wyczuwam ten ich klimat tradycyjnej gościnności, dobrze skalkulowanej w euro. Nasi zakopiańscy górale w porównaniu z nimi to pikuś.

    www.unsplash.com/Pamela Saunders

    Następny ginekolog, tym razem z Poznania, leży w śpiączce farmakologicznej. Zanim w nią zapadł po zakażeniu koronawirusem, przez tydzień urzędował z rodziną i przyjmował pacjentki w prywatnym gabinecie. Wylicza mu się kontakt z 141 osobami. Teraz trzeba je odnaleźć, zapukać do drzwi i przekazać radosną wiadomość. Część z nich to zapewne kobiety ciężarne. Ucieszą się.

    Tak to leci wokół globu, jak ten mój wiosenny wiatr. Tu władze zabroniły mówić, tam geszefciarze chronili swoje dochody, gdzie indziej wódz polityczny wolał zlekceważyć problem i napompować swoje ego, niż myśleć publicznie. Ludzkość. Muszę ją kochać, bo innej i tak nie dostanę.

    We Włoszech dzisiaj zmarło 427 osób, znowu więcej. Ten kraj naprawdę został dotkliwie zaatakowany, już ma więcej zgonów niż Chiny. Wyborcza wrzuciła filmik nakręcony przez policję podczas interwencji. Dwóch pijanych i agresywnych kretynów wlazło do sklepu i zaatakowało sprzedawczynię. Jeden z nich ją opluł. Podobno krzyczeli, że są zarażeni wirusem. Akcja policji była szybka, sprawna i nagrywana na bieżąco. Nie wiem, czy prawdziwa wiadomość, czy policyjna reklama porządku publicznego, którego pod żadnym pozorem nie wolno naruszać, bo będziemy reagować bezwzględnie itd. Być może jest to stanowcza i jednoznaczna odpowiedź na wczorajszy żart z prośbą do przestępców o powstrzymanie się od łamania prawa. Że niby tamto było śmieszne, ale tak poważnie to nawet nie próbujcie, bo zakujemy w bransolety, wywleczemy przed sklep, powalimy na chodnik i postawimy podeszwę na twarzy. I bardzo dobrze. Oby pomogło, choć nie powiem, żebym się całkiem uspokoił.

    Dosyć tych wieści, idziemy do lasu na spacer. Pusto. Cicho. Ciepło. Słońce świeci. Opowiadam Toni stare wspomnienia z dzieciństwa, wywołuję z pamięci dawno zmarłych ludzi, psy, konie… Jakieś sytuacje błahe, mgliste, nieistniejące już dla nikogo oprócz mnie. Mam wrażenie, jakbym je wygrzebywał z mułu na dnie głębokiego stawu. Wraki zatopione przez czas. Tym bardziej odległe, że oddziela mnie od nich nowa granica – pandemii. Podobno nic już nie będzie takie jak dawniej. Tym bardziej nie będzie więc tego, czego i tak już nie ma, ale mnie boli jeszcze coś. Ja już nie będę taki jak dawniej. Dotychczas wspomnienia służyły podtrzymaniu więzi ze mną dawnym, potwierdzeniu, że w jakimś stopniu to nadal jestem ja. Ostrze pandemii przecina nitki mojej tożsamości. Jakbym stał na rufie odpływającego okrętu i patrzył na znikający dach rodzinnego domu. Jestem kimś innym, niż byłem jeszcze miesiąc temu. Widzę inny świat i mam inne myśli. Bezpowrotnie. To dokucza. Boli.

    Między nagimi jeszcze gałązkami rozwieszona delikatna pajęczyna, ledwie widoczna, jak utkana z powietrza. Prawie na nią włażę, w ostatniej chwili się zatrzymuję. Maleńki pajączek w środku znieruchomiał i popatruje krzywo. Hej, facet, uważaj trochę! Ja tu dziergam pajęczynę! To moja pierwsza, weź nie demoluj pająkowi życia na samym starcie! Gówniane miejsce sobie wybrałeś, mówię mu, na samym środku ścieżki. I tak za chwilę ktoś tu pójdzie i ci to zerwie. E, gadanie, odpowiada naburmuszony, a wirusa masz? Jak tak, to pal gumy, bo mnie zarazisz. Nie słyszałeś? Zwierzęta nie zarażają ludzi, ale ludzie mogą zarazić zwierzęta. Tak mi mówi.

    Faktycznie, coś takiego czytałem rano. Widocznie ten mały pająk też śledzi Wyborczą. W powrotnej drodze zagadałem się o modelach sklejanych przez mojego starszego brata, który zmarł rok temu, i wlazłem w tę pajęczynę. Szlag trafił misterną robótkę, a wraz z nią nić tożsamości pajączka. Wszystko na nic. Koniec. Starasz się, pracujesz, mozolnie supłasz węzełki, a prędzej czy później i tak ktoś się zagapi i wlezie w twoją pajęczynę.

    Hantle już przyszły. Rozpakowałem i zostawiłem na tarasie, żeby się przez noc wyjałowiły. Kwarantanna.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 2 oraz 3)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii

    16 marca 2020 (155 zarażonych, 4 zmarłych)

    Słońce i cisza. Wiosna i śmierć. Czekamy na jakieś pierwsze namacalne oznaki, ponieważ na razie cała nasza wiedza pochodzi z mediów. Coś idzie, ale jest niewidoczne i bezgłośne. Przenika rzeczywistość, ale go nie ma. Ta niewidzialność jest uspokajająca, więc ludzie trochę zwolnili z paniką. Kupują z rozsądkiem, ponieważ wszystko z powrotem na półkach jest. No, prawie wszystko, bo drożdży nadal nie ma. Ciekawe te drożdże. Mój sąsiad z Grobian, profesor Andrzej Zoll, również szukał po sklepach drożdży, podobno nawet w warzywniaku, jak mi z uśmiechem doniosła sprzedawczyni. Gotowe zapasy wkrótce się skończą, w przeciwieństwie do epidemii, i przejdziemy na tryb awaryjny. A wtedy mąka i drożdże. Akurat świat na przednówku i ziemniaki stare, zmurszałe, szybko puszczają pędy, a sałaty i rzodkiewki spod folii jeszcze nie ma.

    www.unsplash.com/Nadya Spetnitskaya

    Umiecie piec chleb? Jeśli nie, pora na ściąganie przepisów z internetu. Póki jeszcze działa.

    W ogóle jest dogłębne, horyzontalne myślenie, co by tu jeszcze kupić, skoro sklepy w poniedziałek rano nadal otwarte. Najpierw przyszła mi do głowy ławeczka do ćwiczeń i hantelki 10 kg, bo tego mi brakuje, a siłownie zamknięte. Potem napełniłem baki wszystkich czterech samochodów (obie córki u nas siedzą, podjazd pełen jak na imieninach u cioci). Na koniec pojechałem po sejf domowy, taki nieduży, z atestem na broń. Na wszelki wypadek, jak mawia Andrzej Krzycki. W pustym sklepie ze sprzedawcą trzymamy się na trzy metry od siebie, towar obmacuję przez foliowe rękawiczki, zwinięte wcześniej z dystrybutora na stacji benzynowej. Facet mówi, że od tygodnia ma żniwa na sejfy. Ździebko się zdumiałem, bo mój pomysł wydał mi się oryginalny, w dodatku stanowił zwieńczenie planów snutych od co najmniej dwóch lat: metalowa skrzyneczka zakotwiczona w piwnicznej ścianie, w środku glock 17 i sig sauer 1911 plus dwa pudełka amunicji 9 mm, pod spodem biżuteria, dolary i euro. Jak na filmie. Moim prywatnym filmie o mnie samym przygotowującym się na katastrofę. Nic nie poradzę, tak już mam. W zasadzie od dzieciństwa jestem katastrofistą. A tu proszę, nagle katastrofistów legion. I wszyscy kupują sejfy. Na kosztowności? Nie. Żeby zamknąć na klucz swoje małe lęki.

    Kupiłem, przywiozłem, leży bagażniku w charakterze kwarantanny. Przedmioty również jej potrzebują. Przypominam, że na powierzchniach metalowych i plastikowych ten bydlak koronawirus trzyma się ładnych parę godzin. Garść dolarów kupiłem wcześniej, zanim podrożały i znikły. Parę euro, przyoszczędzonych z ostatniego zagranicznego wyjazdu. Cieniutko. Kosztowności nie mam. Pistoletu również. Może kupię taki na wodę. Zakażoną wodę.

    O zmierzchu znowu z Aksą na łąkach. Tym razem ludzi mniej, zaledwie jeden pan z pieskiem o wdzięcznym, choć w kontekście katastrofy nieco ryzykownym imieniu Nero. Kundelek poszczekuje na Aksę, żeby się trzymała z daleka. Też ostrożny. Krew zachodzącego słońca leje się na pagórki, lasy, wsie rozrzucone w beskidzkich dolinach. Granatowa linia gór jak ostrze lancetu pod mikroskopem. Zmierzcha. Nastrój wręcz idealny.

    Obserwujemy Gwiazdę Wieczorną, czyli Wenus. Świeci wyjątkowo jasno, w tym tygodniu osiąga jasność -4,3 wielkości gwiazdowej. Kocham ją od zawsze, od szkolnych fascynacji astronomią i pierwszego teleskopu, budowanego z rury kanalizacyjnej i kupowanych u optyka soczewek. Planeta miłości. Nie bardzo pasuje do tego, co nas dzisiaj gnębi. Szukam jakichś dodatkowych tropów mitologicznych i znajduję, że starożytna nazwa jej wersji porannej brzmiała u Greków Phosphoros, czyli „niosący światło”. To łacińskie imię Lucyfera. Aha, więc jednak. Babilońska odpowiedniczka Wenus, bogini Isztar, była od miłości i wojny. Jeszcze lepiej. Bliżej tego, co mamy za oknem.

    Wieczorem gram z Olą i Tonią w Civilization V. Ponoć scenariusze można rozgrywać tygodniami. Mam imperium azteckie, co też nie wróży najlepiej.

    Właśnie znalazłem, że w Wyborczej były szef Wirtualnej Polski, Grzegorz Wysocki, również publikuje coś podobnego pod tytułem „Dziennik czasów zarazy”. Jak widać, trudno się oprzeć wpływom poczciwego Daniela Defoe. No cóż, dziennikujmy, zobaczymy, czy coś sensownego z tego wyniknie.

    17 marca 2020 (221 zarażonych, 5 zmarłych)

    Sejf, ciąg dalszy. Dzień rozpoczynam od drobnej i z pozoru tylko niezwiązanej z epidemią informacji. W małopolskich Koszycach rano młody mężczyzna wtargnął do banku z atrapą broni i sterroryzował pracownicę w celach rabunkowych. Spłoszony uciekł, porzuciwszy czapeczkę i plecak, rabunek się nie powiódł, policja poszukuje sprawcy i publikuje zdjęcia. Człowieka, czapeczki i plecaka. W nieodparty sposób błaha ta w istocie notka skojarzyła mi się z narzekaniami policjantów, że już nie dają rady, że są przemęczeni, narażeni, niedożywieni i niedoinwestowani, i w ogóle najchętniej też by się zamknęli w domach dla świętego spokoju. A tu porządku publicznego trzeba pilnować. Ten nieudolny napastnik z Koszyc pewnie pomyślał, że już nie pilnują i że już można. Trochę nieprecyzyjną synchronizację czasową wykonał i się wyrwał przed szereg, niemniej postrzegam go jako prekursora. Rozprzężenie związane z epidemią najpierw wyłącza poczucie solidarności, potem zakazy etyczne, przyzwoitość, a na końcu puszczają w ogóle wszelkie zahamowania i pozostaje naga przemoc. W skrajnych przypadkach przechodząca w ludobójstwo i kanibalizm, patrz przejmująca Droga Cormaca McCarthy’ego. Z całej ludzkości zostaje tylko ojciec i syn, i ten pierwszy robi wszystko, żeby ocalić tego drugiego. Tylko że już nie wiadomo, po co.

    Inna ciekawa wiadomość to 18 chasydów z Nowego Jorku, zamkniętych w hotelu w Leżajsku. Przyjechali na uroczyste modlitwy w rocznicę śmierci cadyka Elimelecha z Leżajska, który tego dnia schodzi na ziemię i zabiera ich prośby do nieba. Gdy przylatywali do Polski, wszystko działało jak należy, ale w tak zwanym międzyczasie świat ziemski się wykopyrtnął, wyłączono samoloty i biedni chasydzi nie mają jak wrócić. Dzisiaj pewnie cały dzień zanoszą modły do rabbiego i zakładam, że chociaż jedna z nich dotyczy przywrócenia połączeń lotniczych z Ameryką. Zatem jest nadzieja. Znacznie większą nadzieją napawa jednak to, że Elimelech z Leżajska był „lekarzem dusz i poskromicielem demonów”, jak go nazywa Martin Buber we wstępie do swych Opowieści chasydzkich, może zatem skutecznie rozprawić się z naszym podłym koronawirusem, który wszak posiada sporo cech demonicznych (niewidzialny i bezgłośny). Módlcie się, bracia chasydzi, także w naszym imieniu! I błagam – nie zważajcie na głupie wpisy w internecie, z powodu których nie chcą was wypuszczać na ulicę, „by nie wzbudzać niepotrzebnych emocji”, jak się wyraził wiceburmistrz Leżajska. Jakich emocji? Jak to jakich, przecież w naszej historii Żydzi zawsze odpowiadali za przywleczone ze świata zarazy. Tu nic się nie zmieniło. Dzielnie trzymamy się naszej polskiej tradycji.

    www.unsplash.com/Dave Herring

    Obie te wiadomości, razem wzięte, kruszą moje poczucie bezpieczeństwa jeszcze na inny sposób. Pandemia pandemią, ale największą zarazą w takich czasach bywa wyzwolone i hulające wśród ludzi zło. Wiem, jesteśmy cywilizowani, przyzwoici, będziemy się solidarnie wspierać – ale tylko do czasu. Prędzej czy później ktoś spróbuje wykorzystać nasze lęki i trudności dla własnych celów, i uruchomi mechanizm destrukcji. A potem już poleci, rozpędzi się tak, że długo i boleśnie będziemy go wyhamowywać. Zawsze tak było i nie ma powodu zakładać, że tym razem będzie inaczej. Tego się boję na przyszłość. Dzisiaj jest jeszcze stabilnie, świat siłą bezwładu toczy się jeszcze według utartych wzorów, ale to nie potrwa w nieskończoność.

    Bank federalny USA obniżył, a właściwie pierwszy raz w historii zniósł całkiem stopy procentowe. Któryś z ekspertów nazwał to „strzałem z bazooki”, ale i tak niewiele pomogło. Giełdy lecą na łeb na szyję, kursy walut w polskich bankach i kantorach rosną jak na drożdżach (których nadal nie ma), krótko mówiąc, mamy wystarczająco wiele przesłanek (umiejętnie i jak najbardziej słusznie tonowanych przez media), by zacząć się naprawdę bać. Nasz strach również jest na kursie wznoszącym i wkrótce może się okazać, że wszystkie sejfy świata nie wystarczą, by go w nich zamknąć. Wkrótce, ale jeszcze nie teraz. Na razie spokój. Siedzimy i czekamy. Nic nie widać, nic nie słychać.

    Koronawirus najskuteczniej atakuje ludzi starszych. Powtarzano to przekonanie tyle razy, że w końcu jedna radna hiszpańska nie wytrzymała i powiedziała, że to kara za nadmiar starców w naszej cywilizacji. Zaraz potem cofnęła i przepraszała. No cóż, jednak raz powiedziane nie znika, tylko brzmi. Tym głośniej, im silniej jest wyciszane. W starożytnej Sparcie niepotrzebnych starców strącano ze skały do morza, żeby zrobić miejsce młodszym. Koronawirus jako grecki bóg następstwa pokoleń? Władca czasu ludzkiego życia? Koronazeus?

    Spokojnie, Zajas. Nie daj się ponosić nerwom i błahym skojarzeniom. Potrzebne skupienie i wzmożona uwaga. Bez paniki. Wprawdzie brak paniki nie pomaga w epidemii, ale wspiera przestraszonych. Tłumaczę sobie na różne sposoby, że to jednak nie może być koniec tamtego świata, że to przejściowe kłopoty, głupi błąd wynikający z nieodpowiedzialnego spożycia przez paru Chińczyków zupy z nietoperza (nie wiem – to prawda z tym nietoperzem???), rozdystrybuowany po świecie przez masową turystykę. Pociesza, ale słabo. A co mam robić? Truchleć ze strachu? Też nie pomoże. Nic nie pomoże, trzeba siedzieć w domu i rozmyślać. I obserwować siebie jak okaz w izolatce.

    Właśnie kichnąłem. Czasem kicham alergicznie, albo z chłodu. Ale teraz to kichanie cieniem śmierci okryte. Kicham na śmierć. Gdyby nie ponury kontekst, dopisałbym: buchacha.

    Znowu piękny zmierzch. Wenus jak lampa, przewodniczka i gwiazda miłości. Światła domów w mroku, szczekanie psów. Hekate? Nie, zwykły wiosenny wieczór. Sycę się pięknem świata jakoś mocniej, dosadniej, z jeszcze większym zachłyśnięciem. Dopóki mogę się zachłysnąć. 

    Krzysztof A. Zajas

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii

    Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki! Było dobrze, spokojnie, stabilnie i się skończyło. Zawirował nagle świat na pandemicznej karuzeli, wytrącając nas z codziennej pewności siebie. Łapiemy się czego popadnie, żeby nie upaść. To nie są warunki do beztroskiego uprawiania literaturki rozrywkowej, zawieszam więc na razie „Audiobooka” na kołku i zaczynam pisać „Dziennik czasu pandemii”. Spróbuję na gorąco chwytać nici zdarzeń, opinii i atmosfery wokół tego, co się dzieje. Myślę, że częściej niż raz w tygodniu, ale nie zapewniam, że codziennie. Zapraszam Was do dzielenia się własnymi spostrzeżeniami związanymi z pandemią. W końcu przeżywamy ją na co dzień wszyscy. Choć, niestety, nie wszyscy przeżyjemy.

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii

    niedziela, 15 marca 2020 (125 zarażonych, 3 zmarłych)

    Regularne zapiski w formie dziennika. Planowałem je od dawna, trochę dla notowania ulotnych myśli, które mają to do siebie, że wydają się niezwykle przenikliwe i po kwadransie znikają, a trochę dla ćwiczenia sieci połączeń między palcami i mózgiem, zwanej pisaniem. Nie mogłem się zdecydować. Odstręczał mnie nieodłączny snobizm, pisarska poza z tym całym uroczystym zasiadaniem, poprawianiem laptopa, podwijaniem rękawów i mruczeniem do siebie: „No, teraz będę pisał, ponieważ jestem pisarzem”. Nie zdecydowałem aż do dzisiaj.

    Co się zmieniło? Przyszła epidemia koronawirusa. Nadano jej status pandemii, ponieważ zaledwie w miesiąc objęła całą planetę i nadal się rozwija, a ludzkość zrobiła to co zwykle, czyli najpierw zbagatelizowała i obsypała hiobową wieść anegdotami, potem zamilkła w niedowierzaniu i dopiero od trzech dni podchodzi do sprawy poważnie. Nakupiła produktów, zabarykadowała się w domach i siedzi. Nasłuchuje. Spokojem i skupieniem próbuje zamaskować lęk i niepewność. Nadchodzi, ale co? Naprawdę śmierć, czy tylko kolejny fajerwerk medialny? Chwilowe naruszenie normalności czy jej bezpowrotna utrata? Wróci wczorajszy przyjemny świat, czy nie?

    Nasłuchuję i ja. Najpierw cisza. Z wiekiem coraz bardziej potrzebna, teraz otuliła okolicę miękką poduszką bezruchu i bezgłosu. Nareszcie. Złościłem się na hałas samochodów z ulicy, na piłę w warsztacie sąsiada, huk lądujących samolotów, szczekanie psów – i doczekałem się. Zamilkli. Cisza. Nawet wiatr przestał wiać. Teraz powinno być dobrze. W tym nasłuchiwaniu odnajduję i swoje katastroficzne przeczucia ostatnich lat, i fascynację kruchością rzeczywistości, która udawała stabilną, i satysfakcję, że to wszystko nareszcie pierdutnie.

    Jak długo można wytrzymać w takiej ciszy? Po godzinie wstaję od biurka i idę zagadać rodzinę. Żeby usłyszeć jakiś dźwięk. Ludzki głos. Potrzeba ludzkiego głosu jako antidotum na epidemię – niezłe. Niemal filozoficzne. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka razem z jego gadaniem, marudzeniem, piłowaniem, koszeniem trawników, puszczaniem telewizora zbyt głośno. Z całym tym harmiderem, który świadczy o życiu. Zatem cisza to jednak nienajlepsze rozwiązanie.

    Na razie w Polsce odnotowano 125 przypadków zarażenia koronawirusem, trudno jednak te dane uznać za miarodajne. Testy wciąż są przeprowadzane, ale informacje spływają bardzo nieproporcjonalnie i na przykład w Krakowie – jednym z największych ośrodków turystycznych w tej części Europy – stwierdzono zaledwie jeden przypadek i to 9 marca, czyli sześć dni temu. Potem nic. Dla porównania we Wrocławiu, skąd dane napływają codziennie, stwierdzono dwanaście przypadków zarażenia i jeden zgon. Czyli z wiadomości głównie dowiadujemy się, że wiemy niewiele. Nie wiadomo również, ile mamy testów i ile ich dziennie robimy. We Włoszech przedwczoraj zmarło 250 osób, wczoraj 175. Puste kościoły zamienia się na kostnice. Pandemia przywraca należny honor zakładom pogrzebowym, z którymi lokalne władze odbywają poufne narady na temat zbliżającej się ponurej ewentualności. Jak to malowniczo określił pewien lekarz: „Na razie widzimy ciemną chmurę na horyzoncie. Tsunami dopiero nadchodzi”.

    www.unsplash.com/History in HD

    Podziwiam bezgraniczną dezynwolturę prezydenta Donalda Trumpa. Tydzień temu szydził z epidemii nazywając ją „rodzajem grypy”, a przedwczoraj zamknął USA i ogłosił stan wyjątkowy. Uwielbiam go słuchać, ponieważ destrukcję merytorycznej zawartości wypowiedzi doprowadził do mistrzostwa. Może stwierdzić w każdej chwili cokolwiek i nic mu za to nie grozi. Pięć minut później twierdzi coś zupełnie przeciwnego i wszelkie próby logicznego uporządkowania tych wypowiedzi skazane są na klęskę. Umysł jest skazany na klęskę. W tym gadaniu w ogóle nie chodzi o operacje umysłowe, tylko emocjonalne. Ameryka jest wielka i zawsze wygrywa. Aj aj, kapitan. Teraz Trump pertraktuje z Niemcami nad kupnem od nich szczepionki, wraz z pracującymi nad nią naukowcami i ich laboratorium. Helikopterami przetransportują niemiecką firmę na pustynię w Arizonie czy Newadzie, otoczą drutem kolczastym i nie wypuszczą nikogo, dopóki zmęczony, łysy okularnik w poplamionym kitlu nie zamelduje przez telekom: „Jawohl, Herr President! Wir haben es geschafft!”. Każdy Amerykanin zostanie wtedy zaszczepiony w pierwszej kolejności, żeby najpierw uratować Amerykanów, ponieważ ich życie jest ważniejsze od życia innych ludzi, i Ameryka znowu będzie wielka, bo znowu wygra. Aj aj, kapitan.

    Podobno Merkel się dowiedziała i wszczęła alarm. Już widzę te memy:

    „– Angela, sprzedaj.”

    „– Nein!”

    „– Weź się nie wygłupiaj. Kupię ci jacht, większy niż ma Putin.”

    „– Nein!”

    „– Dorzucę apartament w moim bunkrze atomowym.”

    „– Z orbitrekiem i sauną?”

    „– I salonem masażu, obsługiwanym przez marines.”

    W ostatniej scenie huk motorów jak w Czasie apokalipsy, tylko zamiast czołgów pod helikopterami zwisają budynki laboratoriów firmy CureVac.

    Zdjąłem palce z klawiatury. Cisza. Połowa marca i w ciepłym słońcu wirują pierwsze owady. Wczoraj widziałem stado szpaków. Wcześnie wróciły, jakby przeczuwały, że lada dzień zamkną granice. Wyglądały na dosyć zmarznięte, w nocy było minus pięć. Ciekawe, czy one wyczuwają takie epidemie? Podobno koronawirus atakuje również zwierzęta, głównie ptaki i ssaki. Czy te nastroszone, osowiałe szpaki na dębie za moim ogrodem o tym wiedzą?

    Dziwny stan. Nie boję się, odczuwam nawet coś w rodzaju luzu wewnętrznego, niemniej trudno mi z czystym sumieniem stwierdzić, że jestem spokojny. Nie jestem. Ledwie wyczuwalny ucisk w żołądku, nieco skurczony przełyk, uważne wchodzenie i schodzenie po schodach. Powolne. Każdy krok jest symptomatycznie ważny. Często wyglądam przez okno, sprawdzam, czy brzozy za kuchnią nadal stoją, czy niebo jest błękitne i trawa jednak postanowiła wypuszczać nowe pędy. Połowa marca, początek wiosny, tak zwane budzenie się życia. I śmierć. Dziwne. Trochę jak klimaty z obrazów Malczewskiego, na przykład ze Świętej Agnieszki.

    A może to nic takiego? Posiedzimy trochę w domach, wytchniemy, nareszcie porządnie sprzątniemy łazienkę, przeczytamy zaległe lektury, pogramy z córkami/ojcami na kompie, wyśpimy się – i wszystko wróci do normy. Taka krótka przerwa w nerwowym pośpiechu cywilizacji. Złapiemy oddech i kiedy czarne chmury przejdą, na powrót zajmiemy się naszą powszednią krzątaniną. Znowu będzie bieganie do pracy, nerwy w korkach, głupstwa w gazetach, hejty w necie, czyli stare, dobre, sprawdzone uciążliwości. Na chwilę się zaburzyło, wystarczy odczekać.

    A może jeszcze prościej? Paru wpływowych gości namówiło się i zorganizowało ogólnoświatową hucpę z epidemią, która na razie zabiła na całym świecie mniej ludzi, niż w ciągu roku ginie na drogach. Udało im się powtórzyć numer Orsona Wellesa z wojną światów. Daliśmy się wszyscy nabić w butelkę. Tyle już było gadania o katastrofach, nadciągającej apokalipsie, o różnych klimatycznych, ozonowych, plastikowych i jakich tam jeszcze zagładach, że wystarczyło puścić info w media i kula śnieżna raźno ruszyła po zboczu. Może to tylko tyle, pocieszam się. Bo przecież nie wiem.

    Na razie czekamy.

    Pisanie dziennika epidemii wymaga utrafienia w odpowiedni ton. Łatwo powiedzieć. Do prawdziwej zarazy, od której zginie, powiedzmy, dwa procent ludzkości, trzeba słowa dobierać jednak nieco inaczej niż do satyrycznej opowieści o tym, jak ze strachu przed grypą na miesiąc pozamykaliśmy się w domach z zapasami mąki, drożdży i papieru toaletowego. Ale o tym, jaka forma opowieści była stosowniejsza, dowiemy się dopiero później, po faktach, kiedy policzymy straty i nabierzemy dystansu. Na razie newsy o kolejnych ofiarach śmiertelnych i zakażonych przeplatają się z anegdotami o sprzedawczyniach, które resztę w sklepie podają na dziecięcych łopatkach do piaskownicy, czy o włoskich imprezach balkonowych rodem z komedii dell’arte. Świat jeszcze nie wie, czy się pocieszać, czy zamartwiać, czy panikować, więc stosuje jedno z drugim i trzecim na przemian.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ponoć wszyscy teraz czytają Dżumę Alberta Camusa. Ja ściągnąłem z półki zakurzony Dziennik roku zarazy Daniela Defoe, na którym Camus się wzorował. Autor Robinsona Cruzoe najzupełniej w stylu nowoczesnego dziennikarstwa zebrał informacje o dżumie, która pustoszyła Londyn w 1665 roku. Otwieram na chybił trafił stronę 75 (wydawnictwo PULS, Londyn 1993, tłum. Jadwigi Dmochowskiej):

    konieczność wychodzenia z domu po zakupy była w znacznym stopniu przyczyną zguby mieszkańców grodu, ludzie bowiem zarażali się przy tej sposobności jedni od drugich, a nawet żywność bywała często zapowietrzona; to znaczy, mam poważne podstawy, aby tak sądzić, dlatego też nie mogę potwierdzić tego, co jak wiem, bywa powtarzane z wielką stanowczością, iż kupcy na rynku, jak również ci, którzy dostarczali żywność do miasta, byli wolni od zarazy. Mam pewność, iż rzeźnicy z Whitechapel (…) zostali strasznie nawiedzeni, i to w takim stopniu, że niewiele było otwartych sklepów…

    Defoe już wiedział, w jaki uderzyć ton. Zbierał te historie wiele lat później, kiedy pamięć po dżumie i dołączonym do niej w następnym roku pożarze, który strawił dwie trzecie miasta, była jeszcze bolesna, ale już przeszła. Czytam dalej, bo wciąga, zwłaszcza dzisiaj. Są również próby pisania anegdotycznego:

    ludzie starali się zachować wszelkie możliwe środki ostrożności. Jeżeli ktoś kupował ćwiartkę mięsa na targu, nie chciał przyjąć jej z ręki rzeźnika, lecz własnoręcznie zdejmował z haka. Rzeźnik ze swej strony nie chciał dotknąć pieniędzy, lecz kazał je wrzucać do słoja napełnionego octem (…). Nabywca miał zawsze przy sobie drobne, by zapłacić należność co do grosza i nie brać reszty. Trzymali także w ręku buteleczki perfum albo wonnych olejków i używali wszelkich środków, jakie były w ich mocy; biedacy natomiast nie mogli robić nawet tego i ryzykowali życie.

    On już wiedział, że pisze historię wielkiej tragedii i tylko z przekory nazwał ją „dziennikiem”. Osobiście stanowiła dla niego co najwyżej mgliste wspomnienie z wczesnego dzieciństwa (w czasie zarazy Defoe miał pięć lat), na tyle wstrząsające, że postanowił nadać mu formę zapisywanej przez siebie kroniki. Utożsamił się z nią jak z własnym cieniem na zabłoconym londyńskim bruku. Zapisał formę, która już była.

    Ja na razie nic nie wiem. Czekam. Słońce świeci, pies mnie tyrpie nosem, żebym wreszcie dał sobie spokój z głupim stukaniem palcami po laptopie i poszedł z nim na spacer. Daję sobie spokój, choć nieco niespokojny. Mamy takie puste łąki po drugiej stronie Grobian, ryzyko zarażenia minimalne. Idziemy. Po drodze będziemy, jak mówi poeta, „śledzić postępy ciemności”.

    Na łąkach sielanka! Ludzi więcej niż na krakowskim Rynku! Całe rodziny z dziećmi, dziadkami, psami, zażywają spaceru w wiosennej aurze. Chodzę tam od lat i nigdy ich tylu nie widziałem. Moja Aksa baraszkuje z jakimś rozkosznym goldenem, na co wszyscy zgodnie reagują śmiechem, bo widok sielski i jakoś rozładowujący podskórne napięcie. Chwila ulgi w niespokojnym nasłuchiwaniu. Chodzimy dostojnie i z namaszczeniem, nie kwapiąc się z powrotem do domów, gdzie znowu będzie nerwowe przeglądanie wiadomości i liczenie zarażonych.

    Wracamy. Do domu dojechała druga córka i jesteśmy w komplecie. Aksa zachwycona, natychmiast kładzie się w środku między nami, zwija w kłębek i drzemie. My gadamy, relacjonujemy, potem siedzimy i czekamy. W komplecie. Na co? Żeby zarazić się i umrzeć w komplecie?