Tag: dziennik Krzysztofa Zajasa

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (21-25 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    4 kwietnia 2020 (3627 zarażonych, 79 zmarłych)

    Gry w durnia ciąg dalszy. Wicepremier postawił się i zagroził wyjściem z koalicji, jeśli PiS uprze się przy wyborach 10 maja, a Prezes na to zarządził głosowanie korespondencyjne i zmienił szefa Poczty Polskiej na jeszcze bardziej służalczego. Gowin na to stwierdził, że w takim razie popiera wybory na poczcie i pozostaje w koalicji. Inaczej mówiąc, wstał z progu, otrzepał spodnie i zapiął koszulę na piersi. Dosyć tego rejtanowania. Zresztą i tak niewielu się dało nabrać. Będziemy nadal grać w karty, tylko te do głosowania i z listonoszem z MON jako rozdającym.

    Gdyby komuś nie odpowiadała metafora gry karcianej, niech sobie wyobrazi grę w szachy, w której figury przestawia się kopniakami w zadek. Granic chamstwa i szulerstwa nie ma, a naród odwraca z zażenowaniem głowę i jednoczy się w walce z epidemią. Ten ich wielki Naród, który podobno tak ukochali i dla którego z takim poświęceniem przejęli w Polsce władzę. Żeby było lepiej. Okej. Niby rozumiem mechanizmy walki politycznej, niby wiem, że część ludzi woli taką władzę, która bierze za pysk, bo można na nią scedować trudne życiowe decyzje – ale jakoś przykro. Patrzę z bezradną złością i myślę, że wolałbym być ślepym głupcem, który nie widzi i nie rozumie, którego w ogóle nie ma. Podobno da się zrobić, tylko trzeba parę lat słuchać Radia Maryja. Chyba nie podołam.

    www.unsplash.com/Josh Calabrese

    Wyłączam i myślę o czym innym. Tak, myślę o śmierci. Widzę siebie na łóżku, z dłońmi splecionymi na brzuchu i wyciągniętymi nogami, z oczami w słup, ale już bez widoku na sufit. I zastanawiam się, czy zrobiłem to, co do mnie należało. „Do czego zostałem powołany”, jak lubił mówić Miłosz. Cofam się i myślę, skąd miałbym wiedzieć, kto i do czego mnie powołał. Gdzie jest ten zapis? Ten warunek dołączony do mojego aktu urodzenia, paragraf w umowie na życie? Dłuższy czas żyłem w przekonaniu, że tym zapisem jest mój uczuciowy elektrokardiogram; drgnienia duszy, od których serce szybciej bije i po krzyżu biegają dreszcze uniesienia. Że to są te szczególne momenty, ważne doznania, z którymi coś powinienem zrobić. I jeszcze pamięć – ciągłe oglądanie się za siebie, próba powrotu do czegoś, czego już nie ma i płacz, że to niesprawiedliwe. W tym widziałem istotne znaki mojego życia i kombinowałem, jak zmienić je w coś wartościowego. Jak stratę obrócić w zysk, minus zmienić na plus.

    Teraz już nie jestem pewien. To ślęczenie przed ekranem laptopa i pukanie palcami po klawiszach w poszukiwaniu właściwego słowa, godzinami, dniami, tygodniami, latami… czy na pewno o to chodziło? Nie miałem przypadkiem robić czegoś zupełnie innego, czego teraz brakło światu i dlatego upada? Bo że upada, raczej nie mam wątpliwości. Gdybym tak, nie wiem, został sekretarzem generalnym lub naczelnym dowódcą – może wtedy wszystko poszłoby lepiej i nie byłoby całej tej dzisiejszej katastrofy? Czyli to ja zawaliłem. No dobrze, ale jeśli tak, dlaczego nikt mi nie podpowiedział właściwego rozwiązania, tego mojego zaprogramowanego losu, od którego zależała nasza cywilizacja? Grecy mieli łatwiej: z ciemności wynurza się Fatum i po sprawie. Wszystko wiadomo. A nami rządzi przypadek, zbieg okoliczności i dojmująca niekonieczność istnienia. Jesteś i zaraz cię nie ma. Pstryk i świeci – pstryk i gaśnie.

    5 kwietnia 2020 (4102 zarażonych, 94 zmarłych)

    Niedziela Palmowa. Księża jeżdżą do wiernych samochodami, traktorami, furmankami, latają samolotami i pływają łódkami, żeby nieść swoją posługę. Z tyłu kościelny z tacą. Na Wielkanoc poluzowano obostrzenia antywirusowe i zezwolono na msze w głębokim przekonaniu, że wiernemu ludowi pod opieką Matki Boskiej Królowej Polski nic nie grozi. Zejdą się tłumy choćby z tego powodu, że ludzie wynudzili się w domach i potrzebują się przespacerować. Na ile znam elementarne mechanizmy rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, wirus nie przestraszy się tyrad z ambony i zaatakuje w dogodnym momencie, czego wierni nawet nie zauważą. Wśród statystyk i analiz powtarzano, że słabo zaludniona polska wieś w strefie B ma znacznie niższy procent zakażeń. Po Wielkanocy to się może zmienić.

    6 kwietnia 2020 (4413 zarażonych, 107 zmarłych)

    Mój minister od szkolnictwa wyższego, Jarosław Gowin, podał się do dymisji. W komentarzach powtarza się opinia, że został ograny przez własne stronnictwo, które za jego plecami dogadało się z partią rządzącą. Żeby przepchnąć swoją absurdalną ustawę o głosowaniu korespondencyjnym w czasie zarazy, PiS zarządził drugie głosowanie, bo pierwsze przegrał. Pod błyskawicznie przeformułowanym wnioskiem podpisali się również posłowie, których nie było w Warszawie. Na takim poziomie moralności i odpowiedzialności to się rozgrywa. Odrapany sufit, przyćmione światło, kłęby dymu i oklejone brudem karty z dziurami po nożu. Kto wygra, łupi państwo, przegrani na śmietnik. Tymczasem liczba zarażonych i zmarłych mocno rośnie, nie przejmując się etycznymi niuansami walki politycznej.

    Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wylądował ze swoim osobistym koronawirusem w szpitalu. Ten sam człowiek w pierwszej fazie epidemii lekceważył doniesienia i drwił z zagrożeń proponując Brytyjczykom powszechne zarażenie, które według jego prognoz szybko miało przejść w powszechną odporność. No to właśnie przechodzi. Po trupach.

    www.unsplash.com/Suzy Brooks

    Zoom w mapie google to jest fajna rzecz. Najeżdżasz na swój dom, sprawdzasz, czy rozkład roślin w ogródku i kształt podjazdu na zdjęciu odpowiadają tym prawdziwym (tak, tak, rzeczywistość potrzebuje oparcia w powtórzeniu), a potem leciutko paluszkiem cyk! – i odjeżdżasz w górę. Widać już cały Kraków i węzły komunikacyjne na obwodnicy, pasy lotniska w Balicach i dziwne podłużne baraki na miejscu dawnego kombinatu w Nowej Hucie, trochę jak teren dawnego obozu koncentracyjnego. Znowu cyk dwa razy paluszkiem i pojawia się pół Polski. Płasko w Łódzkiem i na Mazowszu, plama lasu między Starachowicami a Opocznem, wyrobisko w Kleszczowie większe od aglomeracji Częstochowy, zamglone zagłębie owocowe wokół Grójca. Warszawę tylko omiatam wzrokiem i dalej – cyk! – już Bory Tucholskie, moje ulubione Pomorze i Bałtyk. Jeszcze dwa razy i widzę całą Ziemię, z przewagą wody nad lądami, błękitną kulę rzuconą w puste czarne przestrzenie, które od wieków zapełniamy naszymi fanatazmatami, a od pół wieku również blaszanymi garnkami do przesyłania wiadomości. Sieć sygnałów, kokon upleciony z informacyjnych bitów; buczy toto i szumi, brzęczy, skrzeczy i mamrocze o miliardach spraw mających podobno dla nas jakieś znaczenie, a co poniektórzy twierdzą nawet, że zasadnicze. Patrzę na umęczoną ludzkim bzyczeniem planetę i myślę, czy to się da wyłączyć. Ostatnio jestem pod wrażeniem wizji zagłady z Bastionu, i wpadam w myślenie–niemyślenie, refleksję–nierefleksję, niekonstatującą konstatację, wniosek, który sam się siebie wstydzi – że może już dość tego człowieka.

    7 kwietnia 2020 (4848 zarażonych, 129 zmarłych)

    Wiosna się dzieje! Słońce daje na całego, niebo czyste i pastelowo błękitne jak maseczka antywirusowa, zero smutku i bólu! Wszystko stworzenie wyłazi z zimowych kryjówek, by zainicjować nowy rok według kalendarza natury. Tylko człowiek siedzi zamknięty w domu, z osobnym ludzkim kalendarzem, według którego za parę dni będzie świętował swoją ludzką śmierć. Ograniczony własnymi ograniczeniami, obostrzony własnymi obostrzeniami, spętany autozakazem, przestraszony uruchomionych przez siebie strachów i bojący się własnych lęków. Odizolowany. Ratujący się przed biologią opowieścią o Zmartwychwstaniu i jakby nie całkiem świadom, że w tej opowieści został również zdefiniowany jego koniec. A ściślej rzecz biorąc, faktyczny koniec i iluzoryczne życie wieczne. Fakt i urojenie. Bezlitosna śmierć i terapeutyczna wiara w działanie magicznych gestów. Pandemia i maseczka. Człowiek i Bóg.

    www.unsplash.com/Aniket Bhattacharya

    Forma się nie chce wykształcić. Styl niezdecydowany. W powietrzu wciąż wisi napięte oczekiwanie na coś, co dopiero ma przyjść. Wielki Tydzień również jest oczekiwaniem na wielkie Powtórzenie, Umocnienie i Potwierdzenie, że to Prawda. Nałożony na wypatrywanie czoła fali pandemicznego tsunami, nabiera nowych znaczeń. Przeczuwam, że namysł nad Jego śmiercią w piątkowy wieczór będzie miał w tym roku bogatszy i w jakimś sensie konkretniejszy charakter. Sprawdzian naszej wiary przyjmie kształt całkiem prostego pytania: czy On ma coś wspólnego z koronawirusem, czy nie? Dawniej epidemie, jak wszystkie kataklizmy, potęgowały nastroje apokaliptyczne, czyli religijne, zwłaszcza w ich proroczym i wróżbiarskim wymiarze, więc i tym razem powinny się pojawić okrzyki w rodzaju: „To kara za wasze grzechy! Żyliście w rozpuście i niecnocie, i myśleliście, że wam ujdzie na sucho? Deszcze ognia i siarki na was! Pan idzie sądzić żywych i umarłych! Drżyjcie władcy bez sumienia i politycy bez odpowiedzialności! Nierządnice bez wstydu i piosenkarki bez gustu! Bankierzy bez litości i dziennikarze bez oparcia w faktach! Kapłani bez Boga w sercu i sędziowie bez konstytucji! Idzie pomór na nieprawość i zło! A którzyście czekali przyjścia Zbawiciela, co oddzieli światło od ciemności, zajrzyjcie pierwej w serca wasze, czy się tam człowieczeństwa ostało choćby na pół arszyna. Inaczej zmiecie was z powierzchni karzące ramię Tego Który Jest”…

    Nie, Zajas, w takiej formie też nie pogadasz z czytelnikami. Dzisiaj proroctwo może być tylko zaprzeczone, a przewodnik chóru wiernych jest showmanem, za pomocą imienia Boga namawiającym do wpłaty na prywatne konto. To nie to, stary. Zostaje satyra, płaski dowcip, dożarty żart. Konwulsyjne wyrzucanie słów, by zaraz potem zamilknąć ze wstydem.

    Gdzie jest to jedno mocne, prawdziwe zdanie?

    8 kwietnia 2020 (5205 zarażonych, 159 zmarłych)

    Wróciła antyrowerowa obsesja policji. Oni mają jakiś problem z tym zakazem pedałowania. Zamknęli ścieżki rowerowe, parki, skwery i bulwary, i wzięli się do rozdzielania mandatów na prawo i lewo jak cepem. Ciężkie te razy, 12 tysięcy za jazdę krakowskim bulwarem wiślanym boli. Kierowców pełno, jeżdżą we wszystkie strony, motocykliści szaleją (dwóch się ostatnio rozfragmentowało na alei Powstania Warszawskiego, w środku nocy) – a ci łapią rowerzystów i wrotkarzy. Któryś z czytelników pytał mnie kiedyś, dlaczego w moich kryminałach policjanci są tacy niesympatyczni. No to tutaj ma jedną z odpowiedzi.

    Z polityki: posłowie głosują, a system informatyczny liczy głosy jak chce. Posłanka protestuje, ponieważ była przeciw, a maszyna uznała, że pani nie brała udziału w głosowaniu. Teraz nie ma nawet specjalnie na kogo zwalić, bo jak – na komputer? Że jest prorządowy i gardzi opozycją oraz demokracją? Nie, zwykła omyłka, zaraz wszystko wróci do normy. Jeszcze parę takich parodii parlamentaryzmu, a potem cofka do dziurawych pańszczyźnianych gaci. Nie ma co się obrażać na demokrację? Nie obrażam się, tylko pytam, gdzie w tym wszystkim w ogóle jest jeszcze jakaś demokracja.

    Demokracja, tromtadracja… Po grecku demokracja oznaczała władzę ludu, więc lud rządzi. A ponieważ lud nie ma swojej woli i nie tyle rządzi, co raczej jest rządzony – wszystko pasuje. Władza ludu polega na oddaniu władzy komu innemu. Nie ma się co pieklić.

    Słońce zaszło nad krainą pozoru. Wieczorny wiatr poruszał suchymi źdźbłami traw, nisko w dolinie szumiał wodospad. Ziemia stygła. Drogą od pól szedł człowiek zgarbiony pod ciężarem myśli, których nie umiał z siebie zrzucić, a które bardzo mu ciążyły. Z trudem podnosił stopy i potykał się o kamienie, ale szedł dalej, zamyślony i smutny. „Wszystko umarło, wszystko umarło”, powtarzał półgłosem. Nie patrzył w rozgwieżdżone niebo ani na trakt kamienisty pod nogami, tylko wbił wzrok w ciemność i szedł, ciężki od braku nadziei i bardzo niepewny miejsca do odpoczynku…

    Nie wiem, może tak?

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (17-20 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    31 marca 2020 (2311 zarażonych, 33 zmarłych)

    Czytam o nauczycielach i uczniach umęczonych zdalnym nauczaniem, i myślę sobie, że nic by się takiego nie stało, gdyby tej udawanej nauki w ogóle nie było. Ludzie i tak mają dosyć stresu, kryzys pogłębia się z dnia na dzień, a ministerstwo edukacji – które przez lata miało w nosie porządną naukę i odpowiadało na żądania nauczycieli telewizyjnym hejtem – nagle ciśnie i pohukuje, jakby chodziło o zbawienie. Nie, nikogo te kapralskie straszenia o niezaliczeniu roku i obcięciu pensji nie zbawią. Dwa miesiące łatwiej nadrobić niż rok. Niedawno PiS gorąco popierał antyedukacyjną rodzinę Elbanowskich, która zwalczała szkołę dla sześciolatków twierdząc, że dzieci powinny się bawić, a nie uczyć, co wprowadzono w życie zaraz po objęciu władzy i co wyda owoce dopiero za jakiś czas. Skrócono naukę o rok. Teraz się okazuje, że tamten utracony rok jest mniej ważny od dwóch miesięcy, które nagle szkoły muszą zapełniać katorżniczym e-learningiem, nie mając do tego ani warunków, ani sprzętu, ani umiejętności. No i weź tu, człowieku, przystawiaj logikę do polityki.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Włoscy lekarze zaapelowali do Polaków: „Jesteśmy narodem osłów! Uczcie się na naszych błędach!”. Jeszcze lepiej by brzmiało: „Jesteśmy osłami, uczcie się od nas!”. Zwłaszcza że eksperci twierdzą, iż idziemy włoską drogą. Problem w tym, że osłami w powyższym sensie ten świat jest zaludniony dosyć proporcjonalnie i można ich znaleźć pod każdą szerokością geograficzną. Jedni – ze strachu, posłuszeństwa bądź zwykłego rozsądku – siedzą w domach i minimalizują wyjście, drudzy za to kombinują, gdzie by tu jeszcze i po co wyskoczyć przy okazji, bo pusto i nie dość, że się fajnie jeździ autem, to jeszcze można kupić bez kolejki i zdjęcia wyludnionych ulic porobić. Uchwyciłem się tej myśli. Może koronawirus jest palcem bożym i przyszedł przetrzebić tę część ludzkości, o której wspomnieli włoscy lekarze? Oczyszczenie. Nowa forma naturalnej selekcji, w której przetrwają tylko osobniki najmocniejsze… umysłowo. Niezła myśl. Pomogło.

    W całym tym pandemicznym zamieszaniu, upolitycznianiu i się jaraniu najnowszymi niedokładnymi liczbami, całkiem cicho przesunęła się przez ekrany laptopów wiadomość o śmierci Krzysztofa Pendereckiego. Jeden z największych Polaków w takim sensie, w jakim byli nimi Czesław Miłosz czy Tadeusz Kantor, dzięki którym ludzie w dalekim świecie dowiadują się, że istnieje w ogóle coś takiego jak polska kultura. Penderecki tkwi we mnie mocno i niewzruszenie z wielu powodów, osobliwie jednak za sprawą muzyki do „Lśnienia” Stanleya Kubricka, na podstawie powieści Stephena Kinga. Wszyscy to znają, więc rzucam tylko na wszelki wypadek: zobaczcie czołówkę filmu. Mały garbusik pnie się drogą na szczyt, wkoło posępne, nieludzkie góry i niskie światło jesieni. Żółte maleństwo na nitce szosy faktycznie wygląda jak żuczek na ścieżce (volkswagen garbus to po angielsku buggy). Obraz startuje znad zimnego lustra jeziora, rzuconego między olbrzymie masywy skalne, mija kamienistą wysepkę z kępą roślin (życie to przenikliwa samotność w zimnej pustce), by następnie unieść się i pokazać nam całą okrutną niesprawiedliwość proporcji. Maleńki człowieczek i ogromny, złowrogi świat. Drobinki rodzinnych dramatów, mikroskopijne człowiecze problemy i huk niebotycznych śnieżnych szczytów. Kamera szybuje jednostajnie i nieludzko, jak oko górskiego jastrzębia, beznamiętnie rejestruje tylko to, co jest. A na obraz nakłada się muzyka Pendereckiego – basowy marsz pogrzebowy, powolny krok żałobników z chóru opłakującego nieunikniony i rychły koniec rodziny Torrance’ów. Procesja duchów, które zimą w górach nie mogą mieć litości dla słabego, roztrzęsionego człowieczka, bo takie tu panuje prawo. Wokół dudnią skalne rozpadliny, wśród których Dante umieścił bramę do piekieł z napisem: „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. Oni nie rozumieją, jadą. Garbusik pnie się pod górę. Dramat rusza.

    W tej scenie jest już wszystko, co przychodzi później. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego Stephen King tak znienawidził tę ekranizację. Sorry, ale ona naprawdę jest najlepsza.

    1 kwietnia 2020 (2420 zarażonych, 36 zmarłych)

    Adam Szaja z literackiego bloga smakksiazki.pl, u którego gościnnie publikuję te zapiski, ogłosił, że przechodzi na drugą stronę i kończy właśnie pisać biografię Jo Nesbo. Że niby też zostaje pisarzem. To był jedyny primaaprilisowy dowcip, jaki dzisiaj słyszałem, i wcale nie taki znowu śmieszny. Adam kiedyś napisze książkę. Dobrą książkę. Natomiast ma rację szydząc z literackiego światka, gdzie nobilitacja na „bycie pisarzem” bardziej przypomina przywdziewanie stroju na bal przebierańców i mizdrzenie się do lustra, niż poważną twórczość artystyczną. Jak oni pozują do tych zdjęć! Jak błyszczą szminkową zmysłowością, jak inteligentnie drapią przystrzyżone do milimetra bródki, jak stroszą pióra i straszą tatuażami! Nie oni, tylko my, bo ja też zamyśloną mordkę lepszym profilem do obiektywu aparatu nadstawiałem. Sorry, Adam.

    Jo Nesbø i Adam Szaja, fot: smakksiazki.pl

    2 kwietnia 2020 (2946 zarażonych, 57 zmarłych)

    No i mamy – ograniczenia swobód obywatelskich w związku ze stanem nadzwyczajnym, którego rząd nie ogłosił. Mamy również wyjątki: msze w kościołach i polowania. Cóż za wspaniałe odkrycie kart! Po co udawać, niech to wreszcie będzie jasno powiedziane: kościoła i myśliwych polskie prawo nie dotyczy! Niby wiemy o tym doskonale – od dawna proces sądowy kapłana i strzelca w tym kraju nie polega na podsumowaniu win i wymierzeniu stosownej kary, tylko na szukaniu uników i tworzeniu iluzji prawa – ale jednak. Imponuje mi takie publiczne i bezwstydne przyznanie przywilejów klerowi i zbrojnym, jak w feudalizmie. „Przeniesienie na inną placówkę” oraz „znikoma szkodliwość czynu” to pewniaki do wpisywania w dymkach memów. Widocznie władza uznała, że nasze zbiorowe poczucie praworządności oraz indywidualna przyzwoitość zostały już na tyle sponiewierane, że łykniemy wszystko. Jaka równość wobec prawa, jaka odpowiedzialność karna, o czym wy mówicie! My stanowimy prawo, my jesteśmy prawo. Być może chodzi oto, że księża i myśliwi należą do formacji mundurowych. A jak raz swoje wezmą, to już nie oddadzą. Widzę ich spacerujących we dwójkę leśną ścieżką, proboszcz i myśliweczek, pierwszy podejmuje drugiego pod rękę jak dostojnego małżonka, któremu nad ramieniem nieco obscenicznie sterczy fuzja, i z aprobującymi uśmiechami podziwiają piękną przyrodniczą okoliczność. Będą sobie ją czynić poddaną, pospołu, jeden języczkiem spustowym, drugi kropidełkiem. Żyć nie umierać. To znaczy oni, bo druga strona lufy już niekoniecznie.

    www.unsplash.com/Mateus Campos Felipe

    Rosną również teatralne ambicje obozu rządzącego. Właśnie Jarosław Gowin rozdarł koszulę na piersi w proteście przeciwko korespondencyjnym wyborom prezydenckim i powiedział, że zdania nie zmieni (to znaczy koszuli nie zapnie). Wszyscy się podjarali rozpadem koalicji rządzącej, co pewnie Prezes w swoich planach również przekalkulował i wyszło mu, że po wyborach będzie sobie rządził Polską bez Gowina. W końcu jest stan wyjątkowy (którego ciągle nie ma) i jakby co, to zawsze jeszcze można wziąć naród za pysk. Przy pomocy mundurowych. Działy się takie rzeczy w naszym kraju, nawet wcale nie tak dawno, więc wierność tradycji zostanie zachowana.

    Odsuwam ze wstrętem bzdurne doniesienia, poirytowany na siebie, że codziennie daję się wciągnąć w tę informacyjną grę. Próbuję się skupić. W piżamie, ziomali i domowych kapciach, przygarbiony nad komputerem, z kubkiem przestygłej kawy, usiłuję wydusić z globalnie dramatycznej sytuacji jakiś sens. Z marnym skutkiem, nie licząc dojmującego wrażenia (nie wiem, czy to można nazwać sensem), że kończy się jeden świat i zaczyna jakiś inny. Mój niepokój karmi się nie strachem przed śmiercią, bo ten jest dosyć prosty i towarzyszy mi w zasadzie od zawsze, lecz niepewnością jutra. „Nic już nie będzie takie samo”, słyszę wkoło i jestem skłonny myśleć podobnie. Ale w takim razie JAK będzie? I nie chodzi mi o to, czy Duda znowu będzie udawał prezydenta, a PiS demokrację, bo w szerszej perspektywie to bez znaczenia, tylko o nowe miary ludzkiej egzystencji. Nabrzmiewa w ludziach wspólnotowy irracjonalizm, nabiera rozpędu masowy pęd ku śmierci, najbardziej pożądane dzisiaj wizje artystyczne krążą wokół wszelkich odmian kataklizmu, zagłady, końca świata – i to nie z powodu zabójczego wirusa, bo on zadziałał jedynie jako detonator, lecz z powodu ogólnej kondycji duchowej ludzkości.

    Fantastyka tak dokumentnie miesza się z realizmem, że odróżnienie prawdziwego przedmiotu od iluzji staje się niemożliwe. Można chcieć być wziętym prawnikiem, poetą i podróżnikiem, ale i można chcieć być jednorożcem, rycerzem, smokiem, czarodziejką. Całe kontenery słów kiprowane codziennie do Internetu tracą znaczenie, bo nie do nazywania świata służą, ale do upuszczania nadmiaru afektów. Zgoda, zawsze służyły, ale dzisiaj to przyjęło jakieś par excellance apokaliptyczne rozmiary. „Więcej ludzi pisze niż czyta” powoli przestaje być poręcznym żartem z rynku księgarskiego, a zaczyna być faktem. A jak wiadomo, im więcej słów, tym mniej sensu. Gadanie, gadanie. Do imentu zagadaliśmy naszą rzeczywistość (nasze rzeczywistości, jak by powiedział M. P. Markowski) i straciliśmy z pola widzenia podstawowe przedmioty. I proszę, przyszedł mały przedmiot, niewidzialny i niesłyszalny, taki, którego nie ma – i nas zabija. Bezsens? Jeszcze jedna iluzja? Ale w takim razie gdzie jest materia?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Mój świat postapokaliptyczny tak właśnie wygląda. Jest niewidzialny i niesłyszalny jak ten rewelacyjny wirus. W moim apokaliptycznym świecie jest sama materia, bez żadnej zmysłowej czy umysłowej nadbudowy. Nie ma oka, które by to widziało ani ucha, które by słyszało. Nic nie leci nad zimnym górskim jeziorem wśród poszarpanych szczytów. Jest czyste zdarzenie, bez faktu. Czyli go nie ma. Choć w gruncie rzeczy to nas nie ma, a jest tylko świat. Cisza. Bezruch. Gładka woda. Słońce suszy zbielałe minerały, lekki wietrzyk powiewa i wznosi drobinki pyłu. Które kręcą się w lotnym piruecie i opadają na ubitą ziemię, która być może kiedyś była traktem do górskiego pensjonatu. Chciałem napisać „przez chwilę”, ale chwil nie ma, bo nikt nie mierzy czasu. Biblijne spełnienie wiecznego Jest. Już po wszystkim. Cisza. Bezruch. Ziemia z ulgą odpoczywa.

    I tylko osypujące się po zboczu kamienie dudnią jak muzyka Pendereckiego.

    3 kwietnia 2020 (3266 zarażonych, 65 zmarłych)

    Liczby rosną. Rządowa arytmetyka pandemiczna przeżywała w ostatnich dniach takie załamanie, że nawet analfabeci zaczęli się śmiać, więc wzięto się za porządniejsze liczenie. Teraz rachujemy bardziej jak Włosi, nie jak Białorusini, u których wszyscy nagle zaczęli umierać na serce i płuca, bez związku z epidemią. Tak wygląda liczenie POLITYCZNE. Po upolitycznieniu religii, edukacji, służby zdrowia, historii, literatury, moralności, wojska, policji, a także piłki nożnej, ruchu drogowego, festiwalu opolskiego i sylwestra w Zakopanem – przyszła pora na upolitycznienie arytmetyki. I to w dodatku nie takiej zwykłej, z elementarza, tylko nieco poważniejszej, bo z kostnicy.

    Problem jest ogólniejszy i właśnie czytam o raporcie CIA, z którego wynika, że Chiny celowo zaniżały liczbę ofiar koronawirusa, choć zostały zaatakowane pierwsze, są gęsto zaludnione i szczyt epidemii mają już za sobą (jak twierdzą). Podobne podejrzenia wysuwa się pod adresem Korei Północnej, Iranu i Rosji. My oczywiście dorzucamy parę przykładów z naszej Europy Środkowej (która według pewnych intelektualistów sama istnieje w sposób wysoce wątpliwy i nie da się dokładnie policzyć). Krótko mówiąc, oglądamy globalną planszówkę, na której politycy grają sobie trupami z pandemii jak w karty. Trzy dziewiątki, na wierzch as – i buda.

    Politycznej arytmetyce przejmujące świadectwo daje Józef Czapski w „Na nieludzkiej ziemi”, relacjonując swoje bezskuteczne poszukiwania paru tysięcy polskich jeńców na terenie ZSRR w latach 1942-43. Tu byli, załadowano, wywieziono i ślad po nich zaginął. Ilu? Gdzie tam, panie – nie wiadomo ilu! Dużo, ale nikt nie liczył. No, może i liczył, ale przecież nie po to, żeby teraz wszyscy wiedzieli. Tak, a niektórych załadowano na barki i popłynęli sobie Morzem Białym w jeszcze bielszą krainę. Może i parę tysięcy, bez znaczenia, u nas, panie, miliony zniknęły. Porażające. Jeden człowiek uparcie szuka tysięcy niepoliczonych. A przecież Pan Cogito mówi wyraźnie: „policzyć dokładnie/ zawołać po imieniu/ opatrzyć na drogę”. Wiem, inna sprawa i inna skala, ale przemocowy dyskurs polityki wobec arytmetyki jakby podobny.

    Każdy po swojemu konstatuje schyłek własnego świata. Z mieszaniną współczucia, zażenowania i rozbawienia obejrzałem relację pewnego nowojorczyka, który z samochodu nagrał na komórkę scenę ładowania zwłok do chłodni. Chyba z pięćdziesiąt razy w ciągu półtorej minuty powtórzył przy tym roztrzęsionym głosem: „This is for real! This is for real!”. „To jest naprawdę! Serio”! Nie mógł się uporać z faktem, że to, co widzi, rzeczywiście się dzieje. W zasadzie scena była całkiem sensowna: tyły szpitala zakaźnego w Nowym Jorku, wysoki wskaźnik śmiertelności dziennej – o czym media bębnią w kółko – i ciał jest tyle, że lepiej je ładować do jednej ciężarówki niż do dwudziestu karawanów, których zresztą nie ma. Powinno być zrozumiałe. Autorem filmiku do tego stopnia jednak wstrząsnęło (nie wiem, czy bardziej się przeraził, czy podniecił), że go zatkało, a właściwie odetkało i gadał bez przerwy to samo. Coś tam raz rzucił o opiece boskiej, ale w zasadzie tylko: „This is for real”. Przez półtorej minuty! Jakby mu się cały świat zawalił na głowę! Poniekąd tak musiało być i dlatego przytaczam ten przykład. Ludzie żyli przez całe dekady w przekonaniu, że co jest dzisiaj, musi być również jutro. Najmniejsze naruszenia tej błogiej konsumpcyjnej równowagi wywoływały panikę, krach na giełdach, recesję i bezrobocie – i to były zasadniczo największe katastrofy. Mijały po miesiącu, roku i wszyscy wracali do bezmyślnego przeżuwania dobrostanu. A teraz nagle – trupy w ciężarówce. Trochę jak nowa produkcja hollywoodzka, a trochę jak koniec świata. Gdyby ten biedny, wstrząśnięty człowiek choć przez chwilę pomyślał, co ma przed oczyma, rozsądek powinien by go szybko uspokoić. Nie, rozsądek to nie dzisiaj. Dzisiaj przerażenie, katastrofa, zagłada, śmierć i spustoszenie. Czyli najnowszy film. Który dzieje się naprawdę. Chociaż nie do końca, bo tylko w mediach. Nie, naprawdę, tu, na ulicy, pod szpitalem nowojorskim. Niby naprawdę, ale przez szybę samochodu i na ekraniku komórki, czyli jednak trochę jak w kinie samochodowym, bo kiedy uruchomię silnik i odjadę, obraz zniknie. I tak w koło Macieju, od prawdy do złudzenia i z powrotem, aż do skołowania całkowitego i nieodwracalnego, z którego już się samochodem wyjechać nie da. No chyba że Larry Underwood na harleyu, tunelem, z martwego Nowego Jorku na otwartą przestrzeń, gdzie tylko słońce, wiatr i cisza. Już nieludzka.

    Ten jęczący z wrażenia świadek miał jeszcze inny problem. Wiedział, że nagranie z komórki nie stanowi żadnego dowodu, bo internet pełen jest zmontowanych pseudosensacji i niełatwo odróżnić prawdę od ściemy. Powtarzał „this is for real” jak zaklęcie, które miało uwiarygodnić filmik, nadać mu rangę świadectwa. On sam siebie chciał utwierdzić w przekonaniu, że naprawdę widzi co widzi, bo w szoku człowiek ma zaburzoną percepcję. A że raz powiedziane szybko znika, powtarzał w kółko i półtoraminutowy film ma ścieżkę dźwiękową złożoną z jednego okrzyku. Ludzie, patrzcie! To niesłychane, ale dzieje się! A ja to widzę! Ludzie, ludzie! Oh, my God! To się dzieje! To się dzieje!

    Zakrzykiwał strach, jasne. Ale przed czym? Że lada dzień jego również mogą tak pakować na sztywno do chłodni? Że śmierć jednak może przyjść NAPRAWDĘ? Okej, każdy głupi to wie od dzieciństwa, co innego jednak zobaczyć ją w realu, po drugiej stronie mojej ulicy, pod szpitalem mijanym codziennie w drodze do pracy i z powrotem. Półtorej minuty na twoich oczach pracownicy szpitalnej kostnicy ostrożnie, z przesadnym wręcz namaszczeniem wsuwają w otwarte wrota chłodni ciało nieboszczyka na szpitalnych noszach, zakryte prześcieradłem i ściśle opięte pasami. Dwadzieścia metrów od ciebie. Czego się boisz, że musisz krzyczeć i bełkotać jak w malignie?

    Co było płaskie i bez wymiaru, pogłębiło się. Co nie miało siły i zniewalało wygodną nudą, zaczęło znowu szarpać i gryźć. Udawane komiksowe strachy i horrory z tanich kin, ociekające hektolitrami sztucznej krwi, zaczęły straszyć naprawdę. Człowiek pod nowojorskim szpitalem, z filmującą komórką w roztrzęsionej ręce, na otwartej ranie swego szoku przeżywał powrót z fikcji do rzeczywistości. Wracał z trudem, ale nieuchronnie. Dziura, wygnieciona tłustym tyłkiem w kanapie przed telewizorem, zmieniła się w egzystencjalną otchłań. Materiał, przez dziesięciolecia służący do lepienia monstrualnych bałwanów popkultury, wypełzł z magazynu surowy, nieobrobiony, taki, jaki był NAPRAWDĘ. Przewrotny i bezosobowy autor tego komiksu „for real” do samochodu naszego trzęsidupy dorysował dymek z napisem: „Dzisiaj on, jutro ty”.

    www.unsplash.com/Kate Macate

    Cały dzień media gotują się od nowego pomysłu PiS-u, by wybory prezydenckie odbyły się korespondencyjnie, za pośrednictwem poczty i listonoszy. Będziemy mieli prezydenta pocztowego, wesołego poczciarza w granatowym mundurku i czapeczce, co nawet do niego pasuje. Na międzynarodowych spotkaniach głów państw będzie stał pod ścianą w białych rękawiczkach i podawał ważne listy. Do Trumpa i Putina adresowane złotymi literami. I uśmiech, uśmiech, ten jest najważniejszy. Na razie stanęło na dwóch propozycjach: Gowina, by przedłużyć kadencję Dudy o 2 lata, oraz Kaczyńskiego, by głosować listownie 10 maja. Jedna lepsza od drugiej. Boję się myśleć co będzie, gdy nasza władza weźmie się, dajmy na to, za projektowanie respiratorów…

    Piąty dzień boli mnie głowa. To już nawet nie jest migrena, tylko gorący ćwiek wbity w potylicę, który ćmi i uwiera. Moja mroczna połowa.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dni 14-16)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    28 marca 2020 (1481 zarażonych, 17 zmarłych)

    Przycichły trochę inne spory. Prawa mniejszości, kobiet, zwierząt i planety w ogólności mniej się jakby teraz liczą. Wraca – obawiam się, tylko na chwilę – obrona sądownictwa w Polsce. A to za sprawą wyborów, ponieważ ostatniej nocy pisowski sejm przegłosował cały pakiet poprawek do specustawy na okoliczność koronawirusa, i przy okazji zmienił kodeks wyborczy, co jest niezgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pisowski, opozycyjna KO również była za, bo nie miała innego wyjścia, jako że pakiet zawierał cały program pomocowy dla zagrożonego narodu. To trochę jak w grze w durnia: pod spód trzy dziewiątki, a na wierzch asa – i buda. Bo ta cała polityka dosyć dawno już przestała być polityką w sensie negocjowania wspólnego stanowiska dla dobra całej społeczności i przypomina zadymioną szulernię, gdzie podejrzane towarzystwo ciupie w karty wzajemnie się oszukując. Co jakiś czas któryś ląduje w więzieniu, ale to tylko podkręca atmosferę gry, stawka rośnie i podnieca. Słowo uczciwość służy u nich do tego samego, co pochowane po kieszeniach noże, to znaczy do szantażowania przeciwnika.

    www.unsplash.com/Jack Hamilton

    Jak dla mnie, mogliby przestać udawać, że zależy im jeszcze na jakichkolwiek mechanizmach demokratycznych i po prostu przegłosować jedno uniwersalne prawo: robimy, co chcemy, a wy cicho. A jak się nie podoba, to wynocha (K. Pawłowicz). W zasadzie już tak jest, przegłosowanie tylko uprawomocniłoby stan rzeczy, nieprawomocny z założenia. Kategoria prawomocności straciła pierwotne znaczenie i obróciła się w swoje przeciwieństwo – głosowanie legitymizuje nieprawomocność. Chyba tylko zagorzali tropiciele spośród profesjonalnych prawników są w stanie rozróżnić, co tu jeszcze jest legalne, a co już nie. Najlepsze kłamstwo to takie, które pomieszano z prawdą.

    Ale ja nie o tym. Kryzys w polityce jest tak naprawdę kryzysem polityki, która – powtarzam za mądrzejszymi ode mnie – jest sztuką negocjowania, a nie przepychania swojego na siłę i zgarniania co się da, bez względu na koszty społeczne. To drugie bardziej przypomina mafijną dyktaturę i nie mówię tu niczego nowego. Politycy i z prawa, i z lewa forsują swoje „nienaruszalne wartości” i zdają się nie rozumieć, że demokracja nie polega na zmuszaniu innych do własnego światopoglądu (co to właściwie jest?), tylko na akceptowaniu faktu, że inni mogą myśleć i czuć inaczej.

    Ale ja o tym też nie. Walka z epidemią przybiera obrót, którego się obawiałem po przeczytaniu paru tekstów o dawnych epidemiach. Tragedie ludzkie stają się pretekstem do wzmocnionego politykowania, czyli ci na górze dalej grzmocą w karty, tylko mają nowy dopływ atutów. Związki pracodawców zamiast apelować o spokój, solidarność i zapewniać o swojej dobrej woli, już się licytują na temat wysokości pomocy finansowej i czemu tak mało. W tak zwanej „tarczy antykryzysowej”, jak alarmuje Adrian Zandberg, chronione są głównie interesy banków. Faktycznie, zajrzałem, jest tam powołany Fundusz Gwarancji Płynnościowych w BGK, który ma zabezpieczać poręczenia dla kredytobiorców, czyli de facto gwarantować bankom, że przynajmniej 80 proc. niespłaconego kredytu do nich wróci. Jedyny, jaki utworzono w pakiecie. Banki dostają dziesięć razy więcej niż cała służba zdrowia. Większość zarządzeń dotyczy odraczania spłat, przesuwania terminów i płacenia składek ubezpieczeniowych. To ostatnie to po prostu przelewanie dodatkowych pieniędzy z budżetu do ZUS. Krótko mówiąc, najważniejsze, żeby banki i ZUS nie straciły wpływów, bo jak cała ta nasza piramida kredytowa runie, to… i tak dalej, i tak dalej. Będziemy nadal płacić, tylko po paru miesiącach przerwy. Ciekawe, z jakimi odsetkami. Pracodawcy dostaną najwyżej 50 proc. płacy minimalnej na pracownika pod warunkiem, że go nie zwolnią i że nie będą mieli zbyt wysokich dochodów. Żeby dostać wsparcie, trzeba najpierw zbiednieć.

    www.unsplash.com/Dmitry Demidko

    Nie, o tym też nie chciałem. Tak naprawdę, to chciałem od tego wszystkiego uciec. Pandemia przywróciła nam myślenie w kategoriach zbiorowych i to należy uznać za plus. Znowu padają hasła solidarności, wzajemnej pomocy i ratowania bliźniego w biedzie. Mobilizujemy się jako społeczeństwo. Dobrze. Jednak po trzech godzinach kompulsywnego wertowania internetu wyłączam komputer i zamykam oczy. Dosyć. Nie mam siły. Jak długo można popędzać skołatane nerwy do przejmowania się człowiekiem? Czy on i ja to na pewno to samo? Czy nie za łatwo utożsamiłem się z tym, którego częściej krytykuję niż podziwiam? Do czego mi ta więź teraz, w samotnym zamknięciu, gdzie za całą ludzkość wystarcza żona i dwie córki (plus Aksa), a reszta to piksele na ekranie? Nie jest to kwestia wyłącznie epidemiczna, wcześniej też pytałem. Bez odpowiedzi.

    W przymusowym domowaniu ludzie robią remanenty po szufladach i folderach, i wrzucają do sieci dawne zdjęcia. Ściślej rzecz biorąc, dawne zdjęcia samych siebie, portrety sprzed lat, bo teraz jestem stary, a kiedyś byłem młody i zobaczcie, dosyć szczupły i nawet przystojny. Miałam piękne pofalowane włosy i różową sukienkę z koronką. A tu jestem z moim ukochanym psem, z tyłu na ganku babcia, która się uśmiecha, ale już nie żyje. Siedzimy nad albumami, grubymi kopertami i pudłami po butach, przerzucając wyblakłe obrazki z przeszłości i konstatując z nowym wzruszeniem stary poczciwy upływ czasu. Temu i owej spadnie z powieki łza. Ziarnistość papieru fotograficznego ma coś z piasku, który przesypuje się między palcami. Czy to również funkcja pandemicznego niepokoju? Boimy się o siebie i robimy egzystencjalny rachunek sumienia? Wpadamy w zbiorową melancholię z nudów, czy ze strachu przed śmiercią? Melancholia jest niepraktyczna, ponieważ mówi, że twoje życie już było, a to w strachu przed śmiercią nie pomaga. Podkopuje nadzieję, odbiera siłę w zmaganiach, wyłącza instynkt przetrwania.

    29 marca 2020 (1862 zarażonych, 22 zmarłych)

    Podobno Duda stwierdził, że wybory jednak mogą nie odbyć się 10 maja. To wspaniała wiadomość, że prezydent nie wszystkich Polaków rozejrzał się wkoło i zaczął kojarzyć, co się dzieje. Alleluja! Oczywiście zakładam wariant optymistyczny. Pesymistyczny podpowiada, że prezydent doskonale wie, co się dzieje i brnie w zaparte, bo mu Prezes kazał. Jego sprawa. Pod presją opozycji, prawników, opinii publicznej, Brukseli i wszystkich innych czynników, które systematycznie (i podle) naciskają naszą biedną władzę, wybory zostaną pewnie przesunięte, ale wrzutka do kodeksu wyborczego zostanie. Wyborcy w wieku 60+ mogą głosować zdalnie, a to jest głównie elektorat PiS. Mogą również głosować przez pełnomocników, czyli wyśle się sto tysięcy księży i zakonnic, żeby nosili głosy z domów opieki i przytułków do komisji wyborczych. Co się tam po drodze będzie działo z demokracją parlamentarną, wolę nie myśleć, ale co kogo obchodzi moje myślenie. Parę punktów procentowych wpadnie, akurat tyle, ile potrzeba, żeby Duda wygrał w pierwszej turze. Taki jest cel tej operacji. Od początku do końca podstępny i niecny, bo takie są reguły gry w durnia pod powałą zadymionej szulerni. Na spód trzy dziewiątki, na wierzch asa – i buda.

    Nie oburzam się. Zgłaszam tylko, że widzę i próbuję myśleć nad tym, co widzę.

    Wycieczkowce krążą po oceanach jak kolonie trędowatych, nikt nie chce ich przyjąć do portu. Bogaci emeryci Zachodu płaczą i narzekają. Sami są sobie winni, bo nie słuchali ostrzeżeń i popłynęli na rejs, a teraz nie mogą wrócić. Biura turystyczne uspokajały, że na statku jest bezpieczniej, a w Ameryce Południowej, dokąd płyną, nie ma jeszcze koronawirusa. I że „koronawirus może przeżyć tylko w niskich temperaturach, więc Karaiby są fantastycznym wyborem na najbliższą podróż”. Cudne. Pamiętajcie, że w epidemiach moralność zarazem rośnie i upada. Bądźmy solidarni i dajcie nam więcej, bo weźmiemy siłą. A zysk i uczciwość to dwie nogi kapitalistycznego społeczeństwa, stojące na dwóch krach. Rozjeżdżają się, a ty toniesz.

    www.unsplash.com/Alonso Reyes

    30 marca 2020 (2055 zarażonych, 31 zmarłych)

    Stało się. Polityka wlazła w sam środek walki z koronawirusem, rozpycha się łokciami i twierdzi, że jest najważniejsza. Zmarłych nie liczymy, tylko ukrywamy, natomiast liczymy skrupulatnie żywych, i to wyłącznie z jednej perspektywy – głosowania w wyborach prezydenckich. Wybory to główny fetysz demokracji, a także dyktatury udającej demokrację. Muszę przyznać, że jednak podziwiam tę władzę. Trzeba mieć jaja, żeby tak otwarcie zagrać szatańską kartą. Pal licho wolność, demokrację, prawa obywatelskie, konstytucję i co tam jeszcze opozycja ma na sztandarach, ale oni pogrywają z życiem Polaków! Przecież jeśli naprawdę przeforsują te wybory, to już odwrotu nie będzie i Trybunał Stanu na bank! Swoją drogą, jak się ma narażanie narodu do patriotyzmu? Mamy umierać za urnę wyborczą? Za Dudę na tronie w błazeńskiej koronie? Mamy rzucić swój życia los na kart wyborczych stos?

    Zaraza niepowstrzymywana wszelkimi dostępnymi środkami raczej się rozwija niż ginie. Zaraza zwyrodniałej władzy również. Rozumiem, że jest prosty ludek, który potrzebuje władcy w postaci Prawa i Sprawiedliwości, a nie prawdziwego prawa i sprawiedliwości. Rozumiem, że słuszny gniew mas wykluczonych osadza na tronie swój fantazmat i następnie bije mu pokłony aż do upadłego – ale dlaczego, do stu tysięcy nieważnych głosów, ma to być wiążące dla wszystkich?! I jeszcze ta hipokryzja. Jedni się poświęcają, wypruwają flaki, żeby coś zrobić przeciw pandemii, a drudzy bezwstydnie dalej kręcą swoje lody i śmieją się w twarz. Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić. Ten palec Lichockiej…

    Ech nerwy, moje nerwy, dajcież mi już spokój. Denerwowanie się na politykę to jak cyrkowa ekwilibrystyka. Nie dlatego że trudne, tylko że siedzisz na rachitycznym zydelku, a treser za pomocą pejcza i banana uczy cię, jak masz reagować. Raz wesoło, raz smutno, a to wolność, a to znowu solidarność, a to oburzenie, a to podziw… Kopnąć to krzesełko, pokazać treserowi palec Lichockiej i wyjść z cyrku na otwartą przestrzeń – jedyny ratunek.

    Wychodzę. Wącham wiatr. Jednak przyroda ma z nami kosę. Dzisiaj rano spadł śnieg i było pięć stopi mrozu, a na drzewach zaczyna się wiosenne kwitnienie, dosyć wczesne z powodu łagodnej zimy. Gapię się bezmyślnie na zachmurzone niebo i białą jak w styczniu okolicę, szukam jakichś innych, alternatywnych mądrości, ale słabo mi idzie. Przyroda nie jest po to, żeby Zajasowi podsuwać myśli, myślenie to jego przypadłość, nie jej. Zaglądam w obejścia sąsiadów, czy tam czego interesującego nie ma, ale tam podobny bezruch i cisza. Kwarantanna. Siedzenie i czekanie. Jedynie koty szwendają się swobodnie po okolicy, jak zwykle z tą swoją wyniosłą niezależnością. Wolnością mnie drażnią.

    Wracam, bo zimno, siadam na ławeczce do ćwiczeń, podnoszę parę razy ciężarki, rozciągam się – i odpadam. Nuda. Zamknięcie. Klaustrofobia. Wychodzę znowu na taras, i znowu wracam, bo chodzenie tam i z powrotem również zieje nudą, wzmocnioną dodatkowo irytacją, że chodzę i nic to nie daje. Postanawiam wrócić do komputera, ale nie czytać wiadomości, tylko napisać coś głębszego. O życiu, o sensie jednostkowego istnienia, jedynego, jakie mamy, które tak szybko i bezsensownie przemija, zwłaszcza kiedy się siedzi w domu i czeka nie wiadomo na co. Piszę jakieś dęte zdania, wymazuję i piszę inne, znowu wymazuję, i tak w kółko, aż do następnej irytacji, tym razem z powodu pustki i rozkojarzenia. Z irytacji coraz częściej składa się mój dzień świstaka. W końcu nie wytrzymuję i włażę na portale informacyjne, ale dla zachowania pozorów samokontroli postanawiam nie czytać najnowszych doniesień o przesuniętych i nieprzesuniętych wyborach, o protestach opozycji i co powiedział Szymon Hołownia, tylko wyszukiwać przypadki ciekawe. Indywidualne. Takie o jednostkowym istnieniu. Oto pewien Brytyjczyk pojechał z Covenrty do Salford po zakupione na eBayu okna (180 km w jedną stronę), a ponieważ w powrotnej drodze żona się nie zmieściła w kabinie, zamknął ją w bagażniku. Policja go skontrolowała i dostał parę mandatów: za nieuprawnione przemieszczanie się, za wożenie człowieka w przestrzeni bagażowej i za nieprawidłowy transport towaru. Okna nabył za 15 funtów i musiały być bardzo okazyjne (niestety, nie podano, ile ich było), skoro opłacało się taki kawał po nie jechać. Musiały również być wartościowe, w każdym razie znaczyły więcej niż żona, inaczej zamieniłby miejscami człowieka i rzecz. Mogły się nie mieścić w bagażniku, w przeciwieństwie do chudej (i zdominowanej, skoro dała się tam wepchnąć) małżonki, co mi się jednak wydaje dziwne, bo do kabiny jakoś weszły. Po przemyśleniu sprawy klepnąłem się w czoło uznając, że policja nie uwzględniła tutaj ważnego czynnika: kobieta chowała się przed koronawirusem. W kabinie człowieka przecież widać, wirus jak wiadomo atakuje tylko ludzi, więc zrobiła bardzo rozsądnie jadąc w bagażniku. (Na miejscu pasażera Dropsik natychmiast by ją wypatrzył!) Z pewnością siedzieliby w bagażniku oboje, gdyby nie przykra konieczność prowadzenia pojazdu. A okna z Salford niestety nie miały prawa jazdy. Policja nic nie zrozumiała.

    W Holandii ukradli van Gogha! W zamkniętym z powodu pandemii muzeum przechowywano wypożyczony z Groningen „Wiosenny ogród”, a włamywacze skorzystali z osłabionej ochrony i pustek na ulicach, i zrobili swoje. A nie mówiłem? Rozluźnia się, rozluźnia. Choć z drugiej strony można się pocieszać, że na razie kradną obrazy i do rabowania mąki z magazynów jeszcze daleko…

    O, mól! Sięgam po packę na muchy i pac! Już go nie ma. I to tyle w kwestii jednostkowego istnienia, które przemija. Panie molu.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 12 oraz 13)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    26 marca 2020 (1221 zarażonych, 16 zmarłych)

    No i wydało się. Mamy wyjątkowo niską liczbę zmarłych na koronawirusa, ponieważ to władze decydują, kto się do takiej śmierci kwalifikuje. Otóż kwalifikuje się tylko osoba zmarła na koronawirusa w szpitalu. Jeśli umarłeś w domu, nie liczysz się! Ten kierowca z Głogowa, o którym ostatnio pisałem, że skonał we własnym mieszkaniu podczas kwarantanny, nie doczekawszy testu – również się nie liczy. Sprawdźcie sami, nie ma go w statystykach. Dziennikarze wyszukali, że takich przypadków jest więcej, to znaczy że nasz kraj może być częściowo zaludniony obywatelami nieżywymi, tylko wolimy tego nie sprawdzać. Te ciała zwykle znajdują bliscy, kiedy przez dłuższy czas nie mogą nawiązać kontaktu. I wtedy lekarz wpisuje jako przyczynę śmierci „nagłe zatrzymanie serca”, a sekcji nikt nie robi, ponieważ nie ma znamion przestępstwa. Nie liczy się.

    Znamiona przestępstwa są, i to dosyć ewidentne. W dodatku wiemy, kto jest sprawcą: seryjny zabójca COVID-19 o ksywie „Koronawirus”, z którym nasze służby policyjne walczą znacznie energiczniej niż na przykład ze wspomnianym „Hossem”. Zatem należy robić sekcję zwłok ofiar i gromadzić dowody przeciwko mordercy. Kpię, ale tylko trochę, bo sprawa jest poważna. Statystyki ofiar epidemii to istotna wiedza historyczna oraz medyczna na przyszłość i fałszowanie ich również jest przestępstwem. A jeśli robi to władza, która podobno tak wielką wagę przywiązuje do prawdy historycznej, to już w ogóle…

    No właśnie. Było 15, a jest z powrotem 14, bo ministerstwo ogłosiło, że jeden zmarły przechodzi do innej rubryki. W karcie zgonu miał wpisaną niewydolność krążeniowo-oddechową, ale bez koronawirusa; leżał w szpitalu, zgon jednak nastąpił z innych powodów. Zostało to stwierdzone na podstawie wyników testu, które przyszły już po śmierci pacjenta. Dopóki żył, mógł mieć, ale jak umarł, to już nie ma. Jakaś logika w tym jest, choć trochę już zaświatowa. Pojawia się również gra sepsą. Chorują na koronawirusa, ale umierają na sepsę. Orwell nadchodzi: prawdą jest tylko to, co władza ogłosi, reszta z definicji nie istnieje, w związku z tym nie może zostać powiedziana. W moim przekonaniu chodzi o iluzję, że – jak się wyraził Prezes – „stan jest pod kontrolą” i wybory 10 maja mogą się odbyć. Potem liczby gwałtownie skoczą, lawina epidemii runie nam na łby, ale najpierw Duda wygra w pierwszej turze. A o to tu chodzi. Dlatego wczoraj nałożono kaganiec na wypowiedzi regionalnych konsultantów medycznych – żeby nie mogli swobodnie mówić, jak naprawdę jest. Decyduje głos z centrali. Wedle nomenklatury carskiej – wyższy czyn.

    www.unsplash.com/camilo jimenez

    I Trump, i Kaczyński mówią, że wszystko jest pod kontrolą. „Wszystko jest pod kontrolą” powtarzają alkoholicy, którzy pozorują trzeźwienie. Patrz: Jerzy Pilch, Żółty szalik. A do urn, przypominam, idziemy z portkami na głowach!

    W Wojnach nowoczesnych plemion Michała Pawła Markowskiego znalazłem celne i wieloznaczne określenie: „ochronna strefa fikcji” (s. 142). Chodzi o coś w rodzaju zagrody bezpieczeństwa na stepie chaosu, którą budujemy przy pomocy rozkosznych narracji, oddzielających nas od świata. W takich ochronnych strefach fikcji żyją wspólnoty skupione wokół własnych urojeń, projekcji, lęków, z którymi coś trzeba zrobić, a po imieniu nazwać nie można. To znaczy można, ale lepiej jednak nie. Te narracje w zasadzie nie kłamią – wspólnota nie dopuszcza do siebie prawdy, którą mogłaby sfałszować – tylko powtarzają frazy (naprawdę) uspokajające i (pozornie) wyjaśniające. Narracja wolnościowa wspólnoty narodowej stanowi klasyczny przykład generatora takich ochronnych stref fikcji, którą jeden z doradców naszego prezydenta nazwał Maszyną Bezpieczeństwa Narracyjnego. Zwracam na to uwagę dlatego, że informacje oficjalnych mediów rządowych na temat pandemii zaczynają przypominać taką MaBeNę, co faktom nie wróży najlepiej, nie mówiąc o prawdzie.

    Wolałbym wiedzieć, co jest, choćby z grubsza. A tak nadal nic nie wiem. Im więcej grzebię w stosach doniesień, tym mniej wiem. A gdzie jeszcze zrozumienie, wyjaśnienie i interpretacja? Totalny głowaból.

    Ech, znowu się spinam. Doniesienia, donoszenia, donosy… Dosyć. Reset.

    Zagłębiam się w sobie i słucham moich niepokojów. Parę dni temu zapisałem myśl, która napawa mnie i wytrąca, oraz inspiruje i skłania. Że te moje łąki, ptaszki i obłoczki na niebie pochodzą z tego samego porządku, co koronawirus. Hmm, cały jestem ulepiony z tej samej materii. Konsekwencje tego pozornie oczywistego faktu są fundamentalne. Ja jestem biologią i on jest biologią, stanowimy jedno i nie on zabija mnie, tylko natura robi swoje porządki. Jest w końcu gospodynią całego tego globalnego mieszkania i wzięła się za sprzątanie. Człowiek był jej najzdolniejszym, świetnie się zapowiadającym dzieckiem, więc pozwoliła mu się rozwijać samodzielnie, z rzadka tylko sprawdzając, czy ma czysto za uszami i sumiennie odrabia lekcje. Zdolny chłopak jednak szybko się wycwanił i w ciągu dnia grzecznie się uczył, a nocami grał po kryjomu w najokropniejsze horrory. Pół biedy, że w miejsce Matki wymyślił sobie Boga Ojca i jemu przysiągł lojalność, ale później powołując się na ojcowski autorytet wyczyniał najdziksze swawole, demolując kolejne kąty wspólnej chałupy i całego obejścia. Do tego bezczelnie twierdził, że to ojciec mu kazał „czynić sobie ziemię poddaną”. W dwudziestym wieku naszej ery przeszedł już samego siebie i uznał, że tylko on jest bogiem, więc będzie składał hołdy wyłącznie sobie, reszta wynocha. Po czym zabrał się do systematycznego rabowania domu i przetwarzania wspólnych naturalnych bogactw na własne przyjemności i zabawki. Nie ma takiego systemu moralnego, który by nie uznał tego za zwyrodnienie i kalanie własnego gniazda. Trudno się dziwić, że Matka straciła cierpliwość i postanowiła przywrócić jakąś naturalną homeostazę w tym coraz koszmarniejszym bajzlu. Nieco późno i pewne błędy w wychowaniu nie są już do naprawienia, ale jak widać jeszcze ma trochę krzepy. Z tymi debilowatymi mięśniakami dinozaurami sobie poradziła, to i z człowiekiem sobie poradzi. No, w każdym razie próbuje.

    27 marca 2020 (1389 zarażonych, 16 zmarłych)

    Chorują księża. Lubią się nazywać lekarzami dusz i tak jak lekarze są szczególnie narażeni z racji wykonywanej pracy. Ale jak tu twardemu radiomaryjnemu elektoratowi powiedzieć, że na mszy można się zarazić? A można, prędzej niż w sklepie, co wynika już z performatyki rytuału: maczanie palców w miseczce ze święconą wodą, pozdrowienia, podawanie rąk, komunia z ręki do ust… Z epidemiologicznego punktu widzenia katastrofa. I to już się stało, bo msze odbywały się jeszcze kilka dni temu. Nadmierne nagłaśnianie tych faktów mogłoby jednak zrujnować kościelne imperium w Polsce, a do tego obecna władza żadną miarą dopuścić nie może, bo to fundament jej istnienia. Ruszyła gra na zwłokę, pozory i udawanie, że tego akurat problemu nie ma. Nie, jest, i to spory. Żyjący w cieniu tajemnic i przemilczeń polski kościół katolicki zapewne boryka się z potężnym uderzeniem koronawirusa, o jego skali nigdy się jednak raczej nie dowiemy, bo nie jest to wiedza dla maluczkich. „Ja stwarzam Dobro i ja stwarzam Zło, jam jest Pan”.

    www.unsplash.com/Karl Fredrickson

    Zastanawiam się, czy tu nie bije jedno ze źródeł ksenofobicznych inicjatyw, zwłaszcza pogromów antysemickich, organizowanych w przeszłości przez nasz lud za poduszczeniem księży. Obrzędy kościelne stanowiły kapitalne ogniska zarazy, czego nie wolno było głośno stwierdzić i potrzebna była tak zwana informacja zastępcza, czyli kozioł ofiarny. Żydzi nadawali się znakomicie: dużo podróżowali, prowadzili odmienny tryb życia, jedli co innego – byli winni! Naziści doskonale to podchwycili na słynnym plakacie „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, gdzie twarz żydowskiego mędrca została skontaminowana z czaszką kościotrupa – ofiary epidemii. Jeśli ktoś zaoponuje, że to tylko dawna, patologiczna aberracja, polecam mu jaskrawożółtą okładkę czasopisma „Rolnik Polski” nr 4/2019, gdzie pomysł został powtórzony, tylko na miejscu Żyda jest dziewczyna z żółtą twarzą pokrytą czarnymi plamami i podpisem: „Ekoterroryzm – tyfus plamisty Polaków”. Na żółto hitlerowcy oznaczali Żydów w obozach koncentracyjnych…

    Spokojnie, na razie „wszystko jest pod kontrolą”, nic takiego się nie dzieje, walczymy z pandemią solidarnie i ofiarnie (oj, niezręczne słowo, fatalizmem podszyte), siedzimy w domach i czekamy na rozwój wydarzeń. A wydarzenia dzieją się ciekawe w hiszpańskiej Andaluzji naszej ukochanej turystycznej, gdzie grupa „wandali” obrzuciła kamieniami i materiałami wybuchowymi staruszków przewożonych z opuszczonego domu opieki do szpitala w mieście. Starców eskortowała policja. Biedni wandale założyli – na jakichś sobie tylko zrozumiałych podstawach – że zarażeni staruszkowie będą swobodnie chodzić po mieście i zarażać innych, dlatego spontanicznie wyrazili swój sprzeciw. Staruszków zamknięto w szpitalu i teraz służby pilnują, żeby nikt nie miał do nich dostępu. Oprócz koronawirusa, bo ten już tam jest. Hiszpania ma doświadczenie w temacie zarazy, przypominam Alpuharę Adama Mickiewicza. Któryś ze staruszków musiał niebezpiecznie przypominać podstępnego Almanzora, więc gmin andaluzyjski zareagował.

    W „Wyborczej” nowa akcja pod tytułem: „Ocalmy 300 tys. miejsc pracy!”. Chodzi o tak zwaną branżę beauty, czyli fryzjerów, kosmetyczki, depilatorki, tatuażystów – całą armię cyrulików od upiększania nas, czyli maskowania naszej brzydoty. Za pomocą czegoś o nazwie Booksy – co się definiuje jako start-up i ma szefa o patriotycznym nazwisku Stefan Batory – mamy wpłacać pieniądze i w ten sposób pomagać. Rozumiem, ważna sprawa, ludzie tracą pracę, bankrutują, zostają na lodzie i proszą o wsparcie, ponieważ stan jest nadzwyczajny. By uzmysłowić nam dramatyczność sytuacji, pewna pani od manikuru pyta: „A jak pielęgnować paznokcie klientek, stojąc dwa metry dalej?”.

    No jest problem, ale ja mam problem z tym problemem. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie tracą nie tylko pracę, ale zdrowie i życie. Rujnowana przez lata służba medyczna w Polsce nie wyrabia znacznie dramatyczniej niż manikurzystka, która ma za daleko do fotela klientki. Personel szpitali i przychodni gremialnie się zaraża, całe oddziały nie mogą pracować, obsługę dziesiątkuje kwarantanna. Pacjenci z problemami nowotworowymi są pozbawieni dostępu do zabiegów ratujących życie. Nauczyciele rzężą pod jarzmem zdalnego nauczania, za psie pieniądze, które rząd jeszcze planuje im obciąć. Kasjerki w sklepach, gdzie robimy gorączkowe (oby nie!) zakupy, są cały czas narażone i na zakażenie, i na agresję niespokojnych klientów, co mówię smutny i sam pełen winy. Kierowcy, służby porządkowe, dziennikarze, rolnicy, kolejarze, górnicy, straganiarze, leśnicy – sorry, ale wszyscy. Sytuacja jest trudna, dlatego wymaga rozwagi w dysponowaniu zarówno środkami pieniężnymi, jak i energią społeczną. Ludzie siedzą w domach i chcą pomagać, a wielu z nich swoją pomoc może ograniczyć jedynie do wpłacenia pieniędzy na jakiś szczytny cel. Widzę ten cel w kupowaniu sprzętu medycznego (chwała mojemu Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za akcję #ujdlaszpitala, która pozwoliła zebrać ponad 750 tys. zł na sprzęt medyczny), widzę w dofinansowaniu ludzi opiekujących się chorymi, niepełnosprawnymi, zniedołężniałymi, czyli wszędzie tam, gdzie chodzi o zdrowie i życie. Niespecjalnie widzę go w dofinansowywaniu salonów piękności. Inaczej mówiąc, nie jestem przekonany, że to, czego dzisiaj jako społeczeństwo najbardziej potrzebujemy, to wypielęgnowane paznokcie i fioletowe pasemka. Albo tatuaż.

    Wiem, bezczelne, ale wszyscy mamy trudniej. Walka o przetrwanie dopiero się zaczyna, takich sytuacji będzie więcej. I gorszych. To ma trwać rok i dłużej. Wszystkich nie zadowolimy zbiórkami pieniędzy, zwłaszcza że do jako tako uczciwej dystrybucji tych pieniędzy potrzeba kolejnej rzeszy ludzi, finansowanych zapewne z tychże zbiórek, bo skąd. Owszem, każdy może wpłacić pieniądze na swoją ulubioną kosmetyczkę, robienie z tego jednak ogólnonarodowej akcji pod hasłem solidarności, z dyskretnym podaniem operatora, który chętnie się tymi pieniędzmi zajmie, to już dla mnie jakby trochę za daleko idąca skwapliwość.

    Pandemia się jeszcze nie skończyła. Ci lepiej zorientowani mówią, że dopiero nadchodzi. Skupmy się na sprawach naprawdę ważnych, bo od tego będzie zależało zdrowie i życie wielu z nas. Na walkę z kryzysem na rynku pracy mamy czas po przejściu tsunami, kiedy policzymy straty, o rozmiarze których nic sensownego jeszcze dzisiaj powiedzieć się nie da. Mam swojego zaufanego trenera personalnego, chłopak siedzi teraz w domu i nagrywa filmiki dla klientów, żeby coś w ogóle robić. Umawiamy się zdalnie, on mi podrzuca zestawy ćwiczeń i koryguje błędy, ja walczę na znanej Wam już ławeczce, liczymy się normalnie – i tyle. Wspieram zwyczajnie, prywatnie, bez start-upu Booksy.

    Potrzebna ostrożność. Sytuacje kryzysowe generują warunki dla ludzkich dramatów, ale i okazje dla graczy. Na ludzkiej biedzie i strachu świetnie się zarabia, jeśli tylko komuś starczy cynizmu i podłości, a tej w dorzeczu Wisły i Odry nigdy nie brakowało, wbrew patriotycznej MaBeNie. Teraz znowu w górnych rejonach władzy odbywa się wielkie dzielenie publicznych pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla ekonomicznych ofiar pandemii. Nikt jeszcze nic nie wie o skali katastrofy, ale już trwają kłótnie komu, ile i na co. Aż się boję, co to będzie. No nie, o kościół się nie boję.

    Uff, pieniądze, pieniądze. Jest taki przejmujący fragment w Dzienniku roku zarazy, gdzie Defoe mówi o braku przygotowań miasta na nadchodzącą epidemię. Zarówno władze świeckie, jak i duchowne nic sobie nie robiły z ostrzeżeń:

    Działano w istocie tak, jak gdyby nie żywiono najlżejszych nawet obaw, a co za tym idzie, nie poczyniono nic i nic nie przewidziano dla dobra ogółu. (…) Miasto nie posiadało żadnych spichrzów ani składów na ziarno lub mąkę przeznaczonych dla biedaków, gdyby więc byli mogli poczynić zapasy, jak bywa w takich razach, wiele biednych rodzin doprowadzonych teraz do krańcowej nędzy, znalazłoby pomoc, i to znacznie skuteczniejszą, niż można by im obecnie okazać. [s. 87]

    W żywność zdołaliśmy się zaopatrzyć, z tym akurat nie mamy dzisiaj problemów (na razie), ale z zapleczem medycznym sprawy już nie wyglądają tak pięknie. W tle afery żywnościowej w opanowanym przez dżumę Londynie była oczywiście afera z dystrybucją pieniędzy publicznych, którą Defoe relacjonuje dosyć powściągliwie, mówiąc o skrupułach administratorów „gdy mieli naruszyć fundusze należące do sierot”. Tych skrupułów brakło w rok później, gdy Londyńska Izba Handlowa wyłożyła ogromne środki finansowe na odbudowę gmachów publicznych zniszczonych w pożarze, stawianie pomników i ogólne upiększanie miasta. Czyli gdy wydawali dla siebie.

    Teraz się zawahałem, ponieważ kawałek dalej Defoe wygłasza dramatyczny sąd o nędzy drobnych rzemieślników i usługodawców, co podkopuje wygłaszane powyżej filipiki Zajasa przeciwko ratowaniu salonów piękności:

    Niech ktokolwiek z tych, komu znane są liczne rzesze ludzi w tym mieście, zarabiających na chleb powszedni czy to jakimś kunsztownym rzemiosłem, czy wykonując najgrubsze roboty, niech ktokolwiek, powtarzam, rozważy, jaka nędza tu zapanuje, jeżeli nagle wszyscy ci ludzie będą usunięci z posad, jeżeli ustanie wszelka praca i wszelka za nią zapłata.

    Idzie wielka bieda, to raczej pewne. To co, może jednak spróbujmy im jakoś pomóc?

    We Włoszech dzisiaj rekordowa liczba zgonów: 969. Umierają ludzie w każdym wieku, nawet ci bez chorób towarzyszących. Podobno Polska jest obecnie na kursie włoskim. Idzie bieda, ale najpierw tsunami.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 10 oraz 11)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 marca 2020 (884 zarażonych, 10 zmarłych)

    Mnożą się obrazy pustych miast. Spośród licznych skojarzeń na pierwszy plan wybija się u mnie „Bastion” Stephena Kinga. W jednej z początkowych scen Larry Underwood – osuszony alkoholik i przyziemiony ćpun – przebija się przez zatłoczony i zarazem pusty Nowy Jork. Zatłoczony, ponieważ wskutek paniki wywołanej śmiertelną epidemią, wszyscy mieszkańcy naraz rzucają się do ucieczki z miasta. Pusty, ponieważ nikomu nie udało się uciec – wszyscy umarli i zalegają w samochodach, wagonach pociągów, na chodnikach i na ławkach nowojorskich parków. On jeden idzie jak we śnie, nie rozumiejąc, dlaczego żyje, i dotkliwie odczuwa nie rozpacz, bo ta jest banalna, ale dziwność istnienia. Przekracza granicę między normalnością i katastrofą, między pełnią zwyczajnej rzeczywistości i postapokaliptyczną pustką, między prawdą i fikcją. W ścielącym mu się do stóp martwym mieście jest doskonale wolny, może robić co chce, a zarazem nie jest mu ta wolność już do niczego potrzebna. Trzeba uciec od zdechłego miasta, trzeba uciec od okrutnej wolności. Sklepy przed Larrym stoją otworem. W sportowym wkłada wypasione ciuchy i zabiera torbę tenisową, którą w sklepie z bronią i amunicją pakuje do pełna, a następnie bierze z salonu nowiutkiego harleya i rusza tunelem pod zatoką, by wydostać się na otwartą przestrzeń. Scena i zachwycająca, i przerażająca. Esencja syndromu ocalenia.

    www.unsplash.com/Rahbek Media

    Ocalałeś – i nie wiesz po co. Uciekasz i nie wiesz dokąd. Byle dalej, ale od czego i do czego? Jest jeszcze lepiej. Czy uciekniesz, czy zostaniesz – i tak będziesz sam. Zupełnie, całkowicie i absolutnie, ponieważ wszyscy inni już nie żyją. Kwarantanna totalna. Pojedyncza cela o rozmiarach ziemskiego globu. Wolność wielkości pętli na szyję, akurat żeby wepchnąć głowę. Idziesz pustą ulicą, o jakiej zawsze marzyłeś przepychając się w tłumie, a kiedy twoje marzenie się spełnia, pustka na ulicy staje się tobą, ty stajesz się pustą ulicą.

    Później akcja się rozwija, pojawiają się inni ocaleńcy i rusza odwieczna opowieść o walce dobra ze złem, ale mnie już do końca nie opuszcza ten urzekający swoim horrorem obraz całkowitej wolności, która jest pusta i duszna.

    Nic takiego na razie mi nie grozi, ani chyba nikomu innemu, granica między fikcją a stanem faktycznym jeszcze jakoś się trzyma, ale kto wie. Jako urodzony katastrofista rozpatruję i taki scenariusz. Tego drugiego wariantu – gdy jedynym ocaleńcem jest ktoś inny, a ja należę do miliona truposzy – nie rozpatruję, bo nie ma sensu. To już nie moja historia.

    Wracam do mediów. W systemach penitencjarnych rozkwita nowa inicjatywa. Skazańcy i aresztanci domagają się zwolnienia do domu z obawy przed zakażeniem. W USA zainicjował temat Harvey Weinstein, prześladowca, który znakomicie potrafi przed kamerami zagrać ofiarę. Za samo paralityczne zwisanie na balkoniku rehabilitacyjnym w drodze na rozprawę, z miną nic nierozumiejącego półgłówka, powinien dostać Oskara. Nie był gorszy od Dustina Hoffmana w Rain Manie. W Polsce przedwczoraj wypuszczono gangstera od nielegalnego transferu pieniędzy za granicę, wczoraj wypuszczono niejakiego „Hossa”, który w ramach współpracy polsko-niemieckiej wyłudzał euro metodą „na wnuczka”. Dzisiaj do programu wolnościowego dołączył były senator PiS Stanisław Kogut, który też „cierpi na wiele chorób” i domaga się zwolnienia. Pomysł znakomity, można go rozszerzyć o tak zwany wariant latynoski, to znaczy w ogóle otworzyć bramy wszystkich zakładów karnych, niech sobie każdy radzi z wirusem indywidualnie.

    I wtedy większość więźniów powinna… pozostać w celach, gdyż odosobnienie i izolacja od świata zewnętrznego są właśnie tym, do czego się nas przymusza w walce z pandemią. Widzę tu pewną nielogiczność. Przecież wszyscy obecnie siedzimy w aresztach domowych. Skoro senator Kogut „cierpi na wiele chorób” i znalazł się grupie podwyższonego ryzyka, to powinien wnioskować o coś dokładnie przeciwnego – zamknięcie w pojedynczej celi, najlepiej w karcerze pod ziemią, bez kontaktu z kimkolwiek, aż do wygaśnięcia epidemii. Wniosek adwokata o wypuszczenie więźnia na ten niebezpieczny, zarażony świat jest działaniem na szkodę klienta. Ja bym takiego obrońcę odprawił. Bez honorarium.

    Po drugiej stronie muru rozmaici faktycznie lub prognostycznie z więziennictwem związani obywatele również nie zasypiają gruszek w popiele. Tworzą się inicjatywy niejako odwrotne, to znaczy potencjalni skazańcy, którzy jeszcze są na wolności, żądają natychmiastowego osądzenia, a następnie osadzenia w celi, oczywiście jednoosobowej, ze względu na zagrożenie wirusem. Dobrze już, dobrze, jestem winien, tylko mnie wreszcie odizolujcie od reszty społeczeństwa, tak, od wszystkich bez wyjątku. Rodzina? Tak, zwłaszcza od rodziny.

    Ci, którzy nagrabili sobie wystarczająco dużo, by siedzieć do końca życia, i ziemia im się pali pod nogami, rozwijają z kolei wariant epidemiczny. Wiedząc, że karzący miecz sprawiedliwości zwisa im tuż nad głową, lgną do zarażonych, by złączyć się z nimi drogą kropelkową. Kiedy już nabiorą pewności, że mają w sobie wystarczającą liczbę niebieskich kuleczek z białymi i czerwonymi trąbkami, wracają do domu i siedzą sobie spokojnie, popijając pinacoladę przez rurkę z ekologicznego bambusa. Kiedy policjanci po nich wpadną, unoszą ręce i mówią: „Chwileczkę, mam koronawirusa! Jak nie wierzycie, to proszę bardzo, możecie mi zrobić test. Tu, o, żona może zaświadczyć”. No i jest prawie pewne, że im ujdzie na sucho. W najgorszym razie wylądują w odosobnionej celi, skąd ich zaraz wypuszczą ze względu na „wiele innych groźnych schorzeń”. Jak tego „Hossa” (co za kretyńska ksywka!).

    Z pozostałych wiadomości niewiele rozumiem. Wczoraj pisali, że w Krakowie nie wykonywano testów z powodu remontu budynku sanepidu i próbki jeździły do województwa świętokrzyskiego, a dzisiaj piszą, że w Świętokrzyskiem zrobiono dotychczas zaledwie 364 testy, bo nie ma laboratoriów. Do tego dochodzą nieustanne skargi zarażonych i podejrzewających zarażenie, że nie mogą się doprosić badania. To w końcu robimy co możemy, czy wymyślamy ściemy, żeby przesłonić prawdziwą ciemność? Marzy mi się to pierwsze, ale boję się, że chodzi o to drugie. Jesteśmy jakimiś mistrzami Europy w walce z koronawirusem, mało zakażonych, kilka zaledwie ofiar, a tymczasem jak się trochę podrąży temat, to wychodzi, że wszystko z powodu braku testów. Ten i owa przebąkują, że dane są mocno zaniżone, ale nie widzę, żeby ktoś na to stanowczo reagował. Szpital w Starachowicach zamieniono na zakaźny, inni chorzy precz. Czyżby przewidywano tam wybuch choroby? Bo na razie jest tam zaledwie garstka zakażonych. Tych, którym zrobiono testy.

    Z burzą tak jest. Długo nad horyzontem wisi ciemna chmura, w powietrzu cicho i duszno, a ona trwa niby w bezruchu. Zbliża się powolutku, niepostrzeżenie, centymetr po centymetrze. Ale to pozory. Wkrótce uderzy z całą mocą, nagle, ledwie zdążysz się schować przed nawałnicą. Albo nie zdążysz… Kurczę, jak chciałbym się mylić!

    Blog smakksiazki.pl opatruje mój dziennik fotografią błękitnej kuleczki z kolorowymi wypustkami. Czy one naprawdę są białe i czerwone? Czy to jakaś aluzja, przepraszam? Że niby co, że my stoimy za całym tym koronawirusem? To, że koronujemy i zawierzamy, nie oznacza przecież, że naszą koronę można włożyć na byle niebieski łebek i domalować mu białe i czerwone wąsy! Niebieski pochodzi od nieba, ale to nie upoważnia do takich nadużyć! To skandal jakiś! A może chodzi o szaliki? Że nasza kibicowska brać w tym maczała palce? Jagiellonia Białystok za tym stoi, albo Arka Gdynia? No wypraszam sobie. I żądam zmiany tych kolorów. Nie, nie wystarczy, że niebieski, biały i czerwony to inna flaga. Powinny być zupełnie inne, jak najdalsze od bieli i czerwieni.

    Dosyć, idę zabijać smoki.

    25 marca 2020 (1051 zarażonych, 14 zmarłych)

    Właśnie wyczytałem, że wysłani po zwolnionego przedwczoraj z aresztu „Hossa” nie zastali go w domu i… wrócili do sądu z informacją, że trzeba wysłać list gończy. Najpierw go puścili, potem zmienili zdanie i postanowili go jednak z powrotem zamknąć, ale dla przyzwoitości odczekali dobę, żeby nie było, że tak od razu. Teraz rozkładają ręce i zamiast go po prostu łapać, jeżdżą tam i z powrotem z papierkiem sądowym, bo takie są procedury. Reforma sądownictwa w imię naprawiania świata trwa. Miał rację Michel Foucault – procedury służą dyskursowi władzy i pożądania, a właściwie władzy pożądania. Z prawdą i sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego.

    Powinienem następny akapit zacząć od stwierdzenia: „Ponieważ prawda i sprawiedliwość również nie istnieją, a jeśli, to tylko jako fantomy”. Ale nie napiszę, bo nie o tym jest ten dziennik (a właściwie dlaczego nie?). Miałem w nim na gorąco zapisywać siebie i świat, który do mnie dociera. Szybko wzrosła liczba zakażonych, są kolejne ofiary śmiertelne. Minister zdrowia, którego bez względu na wszystko podziwiam za siłę i ofiarność osobistą, zaapelował o poważne potraktowanie najbliższych trzech tygodni. Zrobił to na antenie Radia Maryja, czyli mówił do tych, którzy jeszcze kilka dni temu odprawiali normalne msze i udawali, że nic się nie dzieje. Odważny minister. Chyba stawiał na to, że wśród słuchaczy i słuchaczek dominują ludzie starsi – najbardziej narażeni i zarazem nie najlepiej zorientowani.

    Dzisiaj miałem pierwsze zajęcia zdalne ze studentami. Było fajnie, podłączyła się piętnastka, czyli prawie cała grupa. Pogadaliśmy o lekturach, powymienialiśmy opinie, ale wszyscy byliśmy trochę spięci. Trudno się skupić, myśl ucieka. Każdy siedzi u siebie w domu, więc jakby luz i bezpieczeństwo, ale tylko pozornie. Nie tragedia, ani katastrofa, ale niepokój. Tak, to wbrew pozorom całkiem mocne słowo: NIEPOKÓJ. Zalega pod skórą, nie eksploduje, nie wywraca wszystkiego do góry nogami, ale przeszkadza. Uwiera. Niepokoi. Zostaliśmy przy opowiadaniu, jak komu idzie odosobnienie i jakie środki wyrazu przychodzą mu do głowy na oddanie aktualnego stanu ducha. Nieokreśloność, niepewność, niepokój, z dnia na dzień coraz silniejsze – to dobry początek horroru. A zajęcia są z narracji w kryminale i horrorze. Pasuje. Myślę, że mimo utrudnień to będzie bardzo udany semestr. Jeśli dotrwamy do końca.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Ten niepokój zalega i we mnie. Wczoraj wieczorem byliśmy na zakupach w makro, godzinę zbieraliśmy pełny kosz i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami był jeden wózek, drugi przy kasie. Kasjerka obsługiwała go przez kwadrans, a kiedy przyszła nasza kolej na wykładanie towaru, postawiła nam przed nosem tabliczkę „Ostatni klient”. To był początek przerwy nocnej. W pierwszym zdaniu poprosiłem o obsłużenie, w drugim rzeczowo wyłożyłem, że czekamy i powinniśmy być obsłużeni, a trzecie zdanie było już niepotrzebne, bo niemiłe. Napięcie rosło parę minut, łącznie z wezwaniem głównej kasjerki. Wszystko skończyło się dobrze, ja grzecznie przeprosiłem, a pani nas obsłużyła w drodze wyjątku, niemniej całą drogę powrotną byliśmy skwaszeni i spięci. Myślałem o moich nerwach. Niby spokój, opanowanie, radzimy sobie i wszystko jest pod kontrolą, ale wystarczy drobiazg, błahostka, która nawet nie jest zagrożeniem, tylko mglistą ewentualnością zagrożenia dla twoich (faktycznych czy rzekomych) praw i od razu wpadasz w drżenie. W nerwy. Niepokój, przyczajony pod powierzchnią, natychmiast uruchamia mechanizmy agresji. Bo agresja jest reakcją na lęk. Nie powinieneś, ale zanim rozum zdąży zareagować, już rusza irracjonalna machina emocji.

    A to dopiero początek.

    Wprowadzono kolejne obostrzenia co do wychodzenia z domu. O zmierzchu pojechałem na łąki z Aksą. Agresją agresją, ale spacerować trzeba. Pusto, nikogo. Lubię zmierzch od zawsze, jest moim pejzażem katastroficznym, w którym – paradoksalnie – najlepiej się odprężam i uspokajam. Aksa lata beztrosko, ją pandemia nie rusza, z siedzenia w domu całej rodzinki ma tylko zyski, a koronawirus jej nie zabije. Ktoś dowcipkował w internecie, żeby się nie martwić, bo ten wirus zabija wyłącznie ludzi i to jest dobra wiadomość. Też katastrofizm, tylko jakby nieco bardziej radykalny. Aksa musiała usłyszeć i tym bardziej się wyluzowała. Pusto, nikogo. Niebo czyste, bez jednej samolotowej smugi, których skrzyżowane mleczne miecze dosyć nawet lubię. Stoję na środku wielkiej łąki, gaśnie światło. Zupełnie sam, jak Larry Underwood, mógłbym po prostu ruszyć przed siebie i iść, donikąd i po nic. Zbędna wolność. Życie jako totalna kwarantanna.

    Chodź, Aksa, wracamy.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 8 oraz 9)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    22 marca 2020 (634 zarażonych, 7 zmarłych)

    Nadal nic nie wiem. Siedzenie w domu i czekanie na wiadomości. Ale jakie? Co miałoby się w nich pojawić takiego, co by zakończyło czekanie? Uświadomiłem sobie, że nie ma takiej informacji, po której moglibyśmy wstać od biurek, wyjść na zewnątrz, przeciągnąć się przeciągle i z ulgą stwierdzić: no, skończyło się, wracamy do normalności. Tej wiadomości wśród tysiąca doniesień nie znajdę, to jest po prostu niemożliwe. Zostaliśmy wkręceni w lawinę wydarzeń i emocji do tego stopnia, że nawet gdyby się taka wiadomość pojawiła, nikt by w nią nie uwierzył. Wykracza poza granice dopuszczalności. Jest niemożliwa, ponieważ nie mieści się w ramach globalnej narracji, w jakiej pławimy się od rana do nocy. Weszliśmy w coś, z czego nie możemy wyjść. W każdym razie nie dzisiaj. Musimy śledzić doniesienia, musimy się bać i żyć w niepewności, musimy ulegać liczbom, statystykom, wyliczeniom, musimy również budować wokół nich całe struktury emocji. Nie ma innego wyjścia. No więc siedzę i śledzę. I się boję. W zdalnej pracy to nie pomaga, ale trudno.

    Przestałem liczyć i zestawiać, bo to nie ma sensu. Wszelkie rachunki są oparte na tak nieprecyzyjnych danych, że równie dobrze mógłbym je sam wymyślać i układać w ciągi znaczeniowe. Bez znaczenia. I to nie jest brak zaufania do środków masowego przekazu, które wykonują gigantyczną i bardzo potrzebną robotę, ale do samej informacji. Ogrom danych przytłacza, jest nie do ogarnięcia. Bez przerwy ktoś coś mówi, wywodzi, udowadnia i prognozuje, a ty nie słyszysz, ślizgasz się po tym, węsząc za tą jedną ostateczną informacją, która ma wyjaśnić wszystko i zamknąć sprawę. Ale jej właśnie nie ma. To może mieć coś wspólnego z narkotycznym uzależnieniem, które podnieca i obiecuje, ale nigdy nie kończy. Wszyscy bez przerwy mówią i nic nie jest powiedziane.

    Żeby podsumować, cytuję słowa Bertolta Brechta o radiu: „Pojawiła się możliwość powiedzenia wszystkiego wszystkim, ale po zastanowieniu nie było nic do powiedzenia”.

    www.unsplash.com/Firdaus Roslan

    Jednakowoż są przypadki poszczególne. Uderzyła mnie historia kierowcy tira z Głogowa, który wrócił z podróży służbowej do Niemiec i tydzień temu w poniedziałek zgłosił się do sanepidu, bo kaszlał i gorączkował. Polecono mu kwarantannę domową i czekanie, aż przyjedzie „koronabus” i pobierze próbki. Człowiek posłusznie zamknął się w domu, nie wychodził, pogrążał się w chorobie aż umarł. Nie doczekał się, ponieważ przez pięć dni pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Może jakby wysłali kulawego psa, byłoby więcej pożytku. Oczywiście, facet miał koronawirusa. Znalazła go straż miejska, samotnego i martwego, we własnym mieszkaniu, gdzie jak odpowiedzialny obywatel wypełniał polecenia odpowiednich służb i dostosowywał się do surowo powtarzanych przez władze zarządzeń. Miał kwarantannę, więc nie wychodził z domu. Miał koronawirusa i zgłosił się, gdzie trzeba. Otrzymał polecenie i je wykonał. Gdyby przeżył, powinien by dostać medal od miasta za obywatelską postawę. Zamiast tego został porzucony i zapomniany. Przysłali nie ekipę do zbadania chorego, tylko straż miejską do kontrolowania podejrzanego. A nuż go nie ma i się wlepi mandat. 30 tysięcy piechotą nie chodzi.

    Nie piszę, by się oburzać na to czy tamto (choć i nie zabraniam), tylko żeby trochę jak Pan Cogito zastanowić się nad arytmetyką współczucia. Tu siedem miliardów w strachu, a tu samotna śmierć jednego kierowcy. Poczciwiec latami wykonywał swoją robotę, wożąc nam do kraju tony naszych konsumenckich przyjemnostek, tyrał jak każdy z nas, a kiedy w tej robocie zaraził się niejako dla naszego dobra (dla naszych dóbr) – zastosował zalecenia stanu epidemicznego i umarł, nie doczekawszy pomocy. Tu solidarność, akcje wsparcia i zbiorowe klaskania na balkonach, a tam samotna śmierć na podłodze własnego mieszkania. Bo koronabus nie dojechał. Bo co innego było ważniejsze. Bo zwyczajnie zapomniano w ferworze walki z pandemią.

    Dla porównania. Podhalański poseł Solidarnej Polski (to ta od Ziobry) też się źle poczuł. Szybko go zbadano i wynik miał pozytywny, więc natychmiast hospitalizowano w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie i poddano leczeniu. Jak donoszą media, czuje się dobrze. Pikanterii dodaje fakt, że w Krakowie nie robiono testów, ponieważ – budynek sanepidu jest w remoncie. Próbki wożono do Świętokrzyskiego. Dopiero kilka dni temu dwa szpitale uruchomiły własne laboratoria, by coś w ogóle robić. Wykonują 60 i 100 próbek dziennie. Przy okazji – to odpowiedź na moje pytanie sprzed tygodnia, dlaczego w Krakowie jest tak mało przypadków. Bo nie robili testów! Ale posłowi zrobili. Życzymy zdrowia, panie pośle!

    Wiem, nie powinienem porównywać. Każdy człowiek jest inny i los ma inny. Chyba jednak się trochę oburzam, choć jak poucza Poeta, „gniew i litość szkodzą równowadze stylu”.

    23 marca 2020 (749 zarażonych, 8 zmarłych)

    To się rozgrywa gdzieś bardzo głęboko w nas, na poziomie komórek, w najciemniejszych zakamarkach naszych ciał. Uzbrojony w wypustki drobny cwaniak pakuje się w krwiobieg, przepycha się do strategicznych rejonów, wczepia w zdrowe komórki i otwiera je chwytakiem jak kluczem do konserw. Następnie włazi tam i rozmnaża się, korzystając z naszego materiału genetycznego. To trochę tak, jakby ktoś włamał się do twojego domu i w sypialni zajął się prokreacją, wykorzystując do tego twoją żonę lub córkę. W obu przypadkach dochodzi do zrujnowania komórki, biologicznej czy społecznej. A ty nic nie możesz, bo dom jest obstawiony gangsterami, którzy cię izolują od normalnych funkcji życiowych i przy okazji stoją w kolejce, by też się trochę porozmnażać.

    www.unsplash.com/CDC

    Wirus to taki dziwny twór, który nie tyle żyje, ile pozoruje życie, korzystając z naszych funkcji witalnych. Kłębek kodu genetycznego, włamujący się do nas by sobie poużywać, ponieważ nasz organizm jest rozbudowany, bogaty i życiodajny, trudno się więc dziwić, że budzi takie zainteresowanie różnych darmozjadów, włamywaczy, rabusiów i gangsterów od przejmowania cudzego biznesu. Odwieczna walka dobra (ja) ze złem (on). Widzę koronawirusa jako dobrze zorganizowaną, agresywną mafię paliwową, która napada i przechwytuje całe koncerny z polami naftowymi i rafineriami. A kiedy jej się uda przejąć władzę nad którymś państwem, osadza na tronie jednego ze swoich i składa mu hołdy, bezwzględnie przy tym pilnując własnych przywilejów. Państwo zdycha, ale mafia kwitnie. A jak już przeżre, przepije i przekopuluje wszystko, porzuca martwe ciało i szuka nowego.

    Próbuję to sobie zwizualizować:

    Eskadra niebieskich kuleczek z czerwonymi trąbkami, o numerze bojowym dajmy na to CV 5312, leci nad Grobianami i mikroradarem namierza potencjalne ofiary. W pewnej chwili zataczają koło i zniżają lot. Jeden z nich mówi:

    O, tam siedzi gostek przy biurku i główkuje. Co wymyśli, wklepuje zaraz do lapka. Intelektualista w maseczkę kichany.

    Chyba nas właśnie obraził – dodaje drugi i pokazuje palcem to, co przed chwilą napisałem o mafii.

    Zarazimy go?

    No ba, ale jak? Zamknął się i nawet nosa nie wychynie na zewnątrz. Był niedawno na łąkach, ale się trzymał kilometr od innych.

    Poczekajmy, musi wyjść, skuryjer sterylizowany – dodaje trzeci, mniejszy i dlatego bardziej nerwowy. – Chociażby po jakąś przesyłkę z poczty czy co.

    Dobry pomysł, Dropsik. Weź się skontaktuj z centralą i dowiedz, czy czego ostatnio nie zamawiał.

    Dropsik robi odejście w górę, by złapać kontakt z dyspozytornią ruchu, reszta kołuje nad okolicą.

    Kurde, szefie, musimy coś znaleźć. Zaraz nam baterie padną – ośmiela się jeden z nich.

    Nażarłeś się rano w Świątnikach, na dzisiaj wystarczy. Nie czytałeś gazet? W powietrzu możemy przetrwać do kilku godzin.

    Fakt – potwierdza tamten i kuli się, by ukryć drżenie z zimna. – Tak tylko mówię.

    Po chwili Dropsik wraca z wieściami.

    Chupa Chups mówi, że ten papuć zamawiał jakąś ławeczkę do ćwiczeń – donosi z przekąsem. – Słyszeliście? Taka guma od majtek, syrop klanowy, przeterminowane nadzienie z zozola, i ćwiczył będzie! Jak mu wlezę w płuca, to se poćwiczy – chyba przewracanie oczami, hehe!

    Klonowy – rzuca dowódca eskadry.

    Co?

    Syrop klonowy, a nie klanowy, idioto! I przestań się zapluwać, tylko do roboty! Chłopaki słabną. Gdzie ta przesyłka?

    No, tego, przyjedzie kurierem.

    Dobra, zawracamy.

    Ostro zakręcają i tną morowe powietrze nad Grobianami w kierunku zachodnim, gdzie magazyny i biuro poczty. Dowódca rozdziela grupę na tych, co mają zająć paczkę oraz tych, co postarają się przemycić na „powierzchnię docelową” przez ubranie kuriera lub pokwitowanie do podpisu. Każdy z wirusów na własną rękę wybiera sposób na realizację zadania bojowego, więc po wylądowaniu i przedostaniu się do magazynu jedni wciskają się pod taśmy paczki, inni przełażą do pudła i szukają najcieplejszego miejsca, by przetrwać zimne godziny (na zewnątrz zero stopni i popaduje śnieg), jeszcze inni przywierają do kartki z potwierdzeniem odbioru. Dropsik przygląda się im i kombinuje. Przydzielono go do drugiej grupy, więc lustruje dokładnie postać kuriera (czapeczka z daszkiem, okulary, gruba kurtka zapięta pod szyję, z jednej kieszeni na piersi wystaje długopis, z drugiej komórka) i już ma pomysł. Może i jest idiotą, ale nie aż takim. Trzeba się znać na psychice ludzkiej. A on się zna.

    Dzwoni dzwonek do bramy, wyglądam przez okno, bus dostawczy z poczty. Zbiegam szybko na dół, wkładam kurtkę i buty, a na ręce foliowe rękawiczki.

    Dzień dobry! Pan Krzysztof?

    Dzień dobry. Tak, Zajas.

    Przesyłka do pana.

    Kurier wytaszcza z samochodu podłużne pudło spięte białymi taśmami i podsuwa mi karteluszek z potwierdzeniem.

    Podpisze mi pan? Wystarczy jakiś taki zawijas na dole.

    Aha, zawijas.

    W porządku – mówię sprawdzając, czy odległość prawidłowa i rękawiczki szczelnie przylegają. – Ale czym?

    Dropsik, przytwierdzony do końcówki wkładu długopisu, chichocze w kułak. Zna się na ludziach. Wie, że jak kurier dzwoni, to każdy szybko coś wrzuca na siebie, czasem porwie z szuflady portfel, ale na pewno nie będzie pamiętał o długopisie.

    Przez furtkę biorę od kuriera pisidło w dwa palce, kładę pokwitowanie na podjeździe i nisko się pochylając, naciskam sprężynkę, żeby podpisać. Dropsik w tym momencie wyskakuje i kiedy wciągam powietrze, katapultuje się do mojego nosa. Oddaję długopis sympatycznemu panu w okularach i czapeczce, biorę paczkę za białe taśmy i kładę na tarasie na całodobową kwarantannę. Może nawet otworzę dopiero pojutrze, na wszelki wypadek. Wyrzucam jednorazowe rękawiczki do kosza, przez minutę myję ręce, potem jeszcze dezynfekuję spirytusem ubranie, i dopiero wtedy oddycham z ulgą. Dropsik tymczasem wygodnie lokuje się w moich oskrzelach.

    Takie sobie, nie jakaś rewelacja. W każdym razie raczej na pewno nie jest to trafienie w odpowiedni ton, którego poszukuję od tygodnia, gdy zacząłem pisać ten dziennik. Patrzę za okno, słońce zza granatowych chmur przebija na czerwono tuż nad ziemią. Sceneria jest, ale wymiaru jakby ciągle nie dostawało. Tragedia, romans, farsa, ironia – czym to właściwie ma być?

    Idę na dół, bo żona mnie woła. Chyba przyjechał kurier z ławeczką do ćwiczeń.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 6 oraz 7)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 marca 2020 (425 zarażonych, 5 zmarłych)

    Wsłuchuję się w ciszę. Czy usłyszę szum niewidzialnych skrzydeł? Świst powietrza przecinanego koszącym lotem śmierci? Szatańskiego wirusa w masce Jokera i rozpostartym na wietrze wampirzym płaszczu? Chyba nie. Fascynuje mnie jego niewidzialność i bezgłośność. Jest wszędzie i nie ma go nigdzie. Przeniknął nas do szpiku kości i staje się nami, stąd wrażenie, jakby go wcale nie było. I w jakimś sensie nie ma, ponieważ do większości z nas docierają tylko doniesienia medialne. Ogólnoplanetarne larum, podszyte nieco perwersyjnym podnieceniem, że wreszcie się dzieje i że ten zmanierowany, do cna zepsuty komfortem świat dostaje zasłużonego kopa w tyłek. Nieco zapomnieliśmy o takich tworach metafizycznych jak Duch Ziemi i Duch Dziejów, kto by tam dzisiaj czytał Fausta Goethego czy Wykłady o filozofii dziejów Hegla, a tu proszę. Przyszła Natura i solidnie przytarła nam nosa. Bo przecież ten wirus, słońce, wiatr i moje ptaszki za oknem należą do tego samego porządku.

    Nie, ona się nie mści. Jest neutralna i wykonuje swoje obowiązki z całkowitą, nieludzką obojętnością. To my chcemy w tym widzieć jakiś palec: boży, losu czy innej nadnaturalnej interwencji, ponieważ już dawno uwierzyliśmy, że nic nie dzieje się bez celu i sensu. Zatem wojny, zarazy i katastrofy również. Sens jako przekleństwo – niezłe. Prawie filozoficzne.

    Liczba ofiar w Polsce spadła, ponieważ szósta osoba wprawdzie była zarażona koronawirusem, zmarła jednak na sepsę. Nie wiem, jak oni to rozróżniają, skoro kłopot pojawia się już na poziomie wykrycia wirusa, no ale takie są oficjalne ustalenia. Wprawdzie niczego w tych oficjalnych ustaleniach nie ma poza czyjąś stanowczą deklaracją, niemniej dostosowujemy się i redukujemy liczbę ofiar do 5. Ulga. Częściowa.

    Z drugiej strony, wszyscy prześcigają się w poszukiwaniu ogólnoludzkiej tragedii. W zasadzie ja też. Chcemy głębszego wymiaru, szerszej perspektywy, apokalipsy naszych czasów, nie do końca zdając sobie sprawę, czym to naprawdę będzie. Byle coś było, byleśmy na jeszcze jeden sposób poczuli metafizyczny dreszcz Dziwności Istnienia, jak mawiał Witkacy. Dawki muszą być coraz większe, wstrząs coraz silniejszy, jeśli w ogóle ma wstrząsnąć, zwykła zbrodnia już nie wystarczy. Jako autor powieści kryminalnych należę do grona tych, którzy takiego zwiększania dawek ciągle poszukują. Czym by tu jeszcze oszołomić, jaką oryginalną masakrę jeszcze opisać, żeby czytelnik w ogóle zechciał się zainteresować? A teraz proszę, pandemia z wizją zagłady całej ludzkości. Nic, tylko pisać.

    Zamiast pisać, znowu liczę. Ilu ludzi umiera rocznie i na co? Wychodzi mi, że boimy się nie tego, co jest, ale tego, co dopiero ma nadejść. W tej chwili koronawirus na liście zabójców lokuje się na szarym końcu, przodują choroby serca, nowotwory, głód, a w takich krajach jak Polska również – alkohol. No i oczywiście wojny. Ich ofiary liczy się w wielu milionach rocznie. Jednakże w zwalczanie tamtych źródeł masowej śmierci wkładamy – mam wrażenie – znacznie mniej serca, energii i środków, niż w zagłuszanie szumu skrzydeł lecącej zarazy. Czyli jednak głównie strach. I medialna podjarka. Wokół nich kręci się nasza pandemiczna uwaga, co mnie utwierdza w przekonaniu o zupełnie subiektywnych miarach przykładanych do globalnych zjawisk.

    www.unsplash.com/Fey Marin

    Może jeszcze pamięć genetyczna. Mamy w niej odciśnięty strach przodków przed dżumą, cholerą i czarną ospą, które dziesiątkowały Europę w poprzednich wiekach. Atawistyczny lęk przed bezosobowym zabójcą, który co jakiś czas przychodzi znikąd i pobiera swój śmiertelny haracz. Dawno nie płaciliśmy i wyglądamy tego rachunku trochę już niecierpliwie. Wyczuwałem tę niecierpliwość wśród tłumów zwiedzających Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jądro perwersji: bać się czegoś i zarazem bardzo tego pragnąć.

    Teraz trochę poważnie. Chylmy głowy przed naszą polską służbą zdrowia. Armia cichych bohaterów, do których teraz wszyscy się uciekamy z błaganiami o pomoc i wytrwałość, choć jeszcze niedawno psy na nich wieszaliśmy. Nie znam nikogo, kto by nie marudził na polską służbę zdrowia. Ze mną włącznie. Poczekalnie w publicznych lecznicach od lat stanowią wielki zdrowotny Hyde Park, gdzie każdy pacjent – mając mnóstwo wolnego czasu w kolejce i audytorium obok siebie – wygaduje co mu ślina na obolały z przeziębienia język przyniesie, byle sobie ulżyć. Zauważyłem, że nawet nie bardzo ten katastrofalny stan naszego lecznictwa lud kojarzy z decyzjami polityków. Bardziej skupia się na tych, którzy są pod ręką: lekarzach, pielęgniarkach, ratownikach medycznych. Tak działa ludowa sprawiedliwość. Może teraz coś się zmieni i zaczniemy na nich patrzeć uważniej, z większym szacunkiem, bo wykonują bardzo ciężką pracę – zawsze, nie tylko dzisiaj – a otrzymują od nas wdzięczności jak na lekarstwo. To wśród nich jest największy procent zarażonych! Nie dlatego, że są nieodpowiedzialni, ale przeciwnie – ponieważ odpowiedzialnie wykonują nadal swoje obowiązki. Politycy, którzy przez lata ignorowali ich potrzeby, nagle zaczęli ich dostrzegać i wychwalać pod niebiosa. Niedawne strajki w służbie zdrowia, które organizowano w imieniu nas wszystkich i dla naszego dobra, władze konsekwentnie ignorowały. A teraz – pracujcie, poświęcajcie się, ratujcie nasze tyłki!

    Ratują. Robią co mogą. Jednakże wieloletniego rujnowania całego systemu lecznictwa w Polsce (niedoinwestowanie, umowy śmieciowe, roczne kolejki do specjalistów itd.) nie da się tak nagle z dnia na dzień załatać ludzką ofiarnością. Mądrzy ostrzegali, głupi ignorowali – cierpią wszyscy.

    Za to antyszczepionkowcy coś przycichli. Trochę spuścili z tonu i udają, że wcale nie są antyszczepionkowcami, tylko zwolennikami wolności wyboru. Każdy szwindlarz przepycha swoje szwindle powołując się na wolność. Rzuciłem okiem na ich strony i profile fb – ani słowa o szkodliwości szczepionek. Apelują, żeby myć ręce, nie wychodzić z domu (chociaż organizują jakąś demonstrację w Warszawie), słuchać zaleceń służb i w ogóle być ostrożnym i rozsądnym. No to bądźcie!

    Ksiądz Rydzyk z kolei apeluje na twitterze o niezwlekanie z wpłatami na Radio Maryja i TV Trwam, ponieważ dotychczas „ofiary składane na te media, przy bardzo oszczędnym gospodarowaniu starczały skromnie od pierwszego do pierwszego”. Proboszcz parafii św. Jacka w Legnicy w ramach walki z epidemią codziennie z grupką wiernych obnosi po ulicach monstrancję. Jakiś radny zaleca wystawianie w oknach obrazków świętych. Postrzegam te działania jako zasadniczo trafnie ukierunkowane, ponieważ w obliczu zagrożenia jakiś przesąd jest potrzebny, jednak niewystarczające. Mam lepszy pomysł. W estońskim filmie Listopad (reż. Rainer Sarnet, polecam) w obliczu zbliżającej się zarazy starszy wioski zarządza: „Naciągnijmy wszyscy portki na głowy. Zaraza pomyśli, że mamy dwie dupy i nas ominie”. Gmin posłusznie wykonuje polecenie i zalega w stodole, stodoła bowiem to tradycyjny w tej części Europy obiekt do organizowania zbiorowych performansów. Jakoż istotnie, zaraza wchodzi, wolnym i uważnym krokiem przemierza klepisko wyłożone ludzkimi ciałami z portkami po obu stronach tułowi, i wychodzi. Po przejmującej chwili ciszy (zarazie nieodłącznie towarzyszy cisza) wszyscy wstają, otrzepują się z kurzu i z ulgą ściągają ineksprymable z mrocznych łbów. Zatem, Drodzy Wierni, do dzieła! Wpłata na Radio, procesja z monstrancją, a potem gacie na głowę i kładziemy się!

    21 marca 2020 (536 zarażonych, 5 zmarło)

    Sobota. Pierwszy dzień wiosny. Media trochę się uspokoiły i wyluzowały w pogoni za widmowym potworem. Może dlatego, że weekend i nawet takiemu celebrycie jak wirus należy się odpoczynek, a może z powodu zbyt wolno nadciągającej apokalipsy. Dudni po polach, grzmi za lasem, pohukuje opłotkami, ale u nas ciągle spokój i bzyczenie obudzonych wczorajszym słońcem owadów. Sielsko. Wprawdzie premier Morawiecki wspomina coś o czekającym nas trzęsieniu ziemi, ale po angielsku i tylko do Amerykanów, czyli całkiem daleko.

    Rano dzięcioł narobił hałasu jakimiś swoimi robotami stolarskimi na dębie. Kosy przetrząsają ogródek w poszukiwaniu ciekawostek i przekomarzają się z sikorkami, nic sobie nie robiąc z kwarantanny. Zaczął padać deszcz. Dobrze, bo ziemia sucha, a ja muszę posadzić róże na skarpie. Pachnie pękającymi pączkami na gałęziach i wschodzącą trawą. „Szepcze wiosna kropelkami deszczu” – pisałem w wierszu dokładnie czterdzieści jeden lat temu. Tak mi się przypomniało…

    Wielki Prezes dał głos. Jest bardzo niebezpiecznie, wszyscy surowej poddani kwarantannie, ale wybory się odbędą w wyznaczonym terminie 10 maja. Nie ma dyskusji. Czyli jest źle, ale i bardzo dobrze. Interes polityczny przecież jest ważniejszy od interesu publicznego, ta władza nigdy nie pozostawiała złudzeń co do swoich motywów, więc nie powinniśmy się dziwić. Kalkulacja jest prosta. Ludzie bardziej rozgarnięci, odpowiedzialni i świadomi zagrożeń zostaną w domach, a ludek boży pójdzie i zagłosuje na PiS. Przewaga ze znacznej zmieni się w miażdżącą. Nie ma w tym żadnej odpowiedzialności za państwo, nie ma w tym krztyny zrozumienia dla epidemicznych zagrożeń społeczeństwa, ale jest polityczny zysk. Jak podczas głosowania w sali kolumnowej sejmu, po uprzednim wykluczeniu opozycji. Zamiast demokracji – odgrywanie jej pozorów.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Piszą, że przez polskie sieci handlowe idzie tsunami. Upadnie wiele polskich (i nie tylko) marek odzieżowych, trzeba się liczyć ze zniknięciem z rynku Croppa, Reserved, CCC, Sinsay i czegoś tam jeszcze. Liczę się i jakoś mnie to nawet specjalnie nie boli. Sądząc z zawartości szaf jeszcze przez długi czas będę miał co na siebie włożyć, donoszę trochę starych i całkiem dobrych ubrań, przeproszę się z wyekspediowanymi na strych kurtkami, marynarkami i butami. Na pewno znajdą się i jakieś portki do wciągania na głowę, na wszelki wypadek. Będzie ekologicznie, recyklingowo i do tego fajnie, bo wiele z tych ciuchów lubiłem. Same korzyści. Upadek jako początek wzlotu. Zawsze jest coś za coś. „Jedno drugiemu płaci karą i pokutą za niesprawiedliwość w porządku czasu” – Anaksymander.

    Szukam jakichś pewniejszych informacji, ale wszędzie tylko gdybania i powtarzanie w kółko, że sytuacja jest nie do przewidzenia. Fajne słowo: nieprzewidywalność. Przywraca odpowiednie proporcje między tym, co wiemy, i tym, o czym nie mamy pojęcia. A tego drugiego jest znacznie więcej, niż nam się na co dzień wydaje, a o czym z lubą beztroską zapominamy. Chcemy wszystko przewidzieć dla samej egoistycznej potrzeby utwierdzania się w przewadze nad resztą Stworzenia. Damy radę. Przetworzymy wszystko na nasze doczesne przyjemności, a jak już zmienimy Ziemię w jedno wielkie pobojowisko po globalnym karnawale, to polecimy na Marsa i zabawa zacznie się na nowo. Elon Musk już szykuje rakiety.

    Niewykluczone, że nadepnęliśmy Naturze zbyt mocno na odcisk i postanowiła nam przypomnieć, żebyśmy nie przeginali, bo nie jesteśmy tu sami. Ten i owa próbowali ostrzegać, wrzucano do sieci zdjęcia uduszonych plastikiem kormoranów, ale niespecjalne to na władcach świata robiło wrażenie. Nie? Tacy jesteście mądrzy i pewni siebie? No to macie wirusa, królewskiego, w koronie. Kombinujcie.

    Kombinujemy. Laboratoria idą pełną parą. Równolegle do działań zbożnych podejmowane są działania dyskretne i znacznie mniej zbożne, choć zrozumiałe z rynkowego punktu widzenia. Cztery dni temu nasi strategiczni sojusznicy Amerykanie kupili od Włochów pół miliona testów na koronawirusa, nocnym samolotem przetransportowali do Memphis i z zadowoleniem mówią o międzynarodowej solidarności. Włoskie społeczeństwo rzęzi pod naporem epidemii, a Jankesi obkupują ich z testów, żeby badać własne wydepilowane tyłki, które mają być great again. Jakby dotychczas były za małe. Postrzegam to jako kolejny odcinek serialu o przywracaniu Ameryce należnego jej miejsca. Poprzedni był, jak pamiętacie, o wykupywaniu laboratoriów firmy CureVac od Niemców. Te sytuacje nieco bardziej realistycznie ilustrują wartość militarnych sojuszy na wypadek zagrożenia. „Każdy sobie rzepkę skrobie” w tym kontekście ujmuje rzecz delikatnie. Niemal sympatycznie. Podobnie jak uśmiechnięty Wielki Prezydent W Czasie Wojny, który musi teraz codziennie wydawać Ogromne Rozkazy. Za rogiem czai się stara dobra walka o byt. Wygra najsilniejszy. Bezwzględnie. Twarz Trumpa mówi to całemu światu codziennie, kiedy się nie uśmiecha.

    Wciąż nie czuję tej formy. Ciągle nie tak. Ślizgam się po łatwych skojarzeniach, a w środku drąży mnie poczucie mijania się z tym, co naprawdę ważne. Zauważyłem, że uciekam w liczbę mnogą, czyli tchórzę i udaję, że mówię o sprawach ważnych, bo dotyczących nas wszystkich. Nie, to nie tak. Łatwo, zbyt łatwo. Aksa milczy i patrzy z wyrzutem, bo dzisiaj znowu nie poszliśmy na łąki. Padał deszcz, a samiec alfa z palcami na czarnej płytce znowu ma migrenę. Nudno i depresyjnie. Można pogonić dzikie gołębie z drutów elektrycznych, ale to też głupie. No nic, przedrzemię jakoś tę noc, a jutro może będzie lepiej.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 4 oraz 5)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    18 marca 2020 (287 zarażonych i 5 zmarłych + 1 samobójstwo)

    Tak, samobójstwo. Tyle w każdym razie zdołała dorzucić dziennikarka z Kielc do informacji o śmierci wybitnego świętokrzyskiego ginekologa, wojewódzkiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa, u którego stwierdzono zakażenie koronawirusem. Zmarł nad ranem w kieleckim szpitalu. Parę dni temu wrócił z urlopu za granicą. Był lekarzem. Pomyślałem, że gdy lekarz umiera w szpitalu o świcie, to musi wiedzieć, co robi. Sprawdziłem jego opinie na znanylekarz.pl – niemal wyłącznie pozytywne na maksa. Miły, uczynny, kompetentny, ludzki, zawsze znajdzie czas, potrafi pomóc, kiedy inny są bezradni… Sobie pomóc nie umiał.

    Najbardziej nurtuje, czy koronawirus miał z tym jakiś związek. Nie, odwrotnie – czy mogło tego związku nie być. Co ten człowiek zobaczył w wyobraźni, gdy się dowiedział o pozytywnym teście? Jaką nieodwracalną katastrofę? Swoje narastające męczarnie przez następny tydzień? Męczarnie najbliższych, którzy się od niego zarazili? Ale przecież był lekarzem i powinien mieć w sobie instynkt walki o życie ludzkie do końca. Zwłaszcza życie najbliższych. Czy może zobaczył coś więcej, co widzą właśnie ludzie w służbie zdrowia, która w istocie jest służbą choroby. Coś w nim dojrzewało od dawna, a teraz osiągnęło masę krytyczną i eksplodowało. Ginekolog, który pomaga ludzkiemu życiu przyjść na świata, zabiera się z tego świata. Czym go bardziej zniechęciliśmy – ilością czy jakością?

    Też o tym myślałem. Myśleliśmy, bo plan jest wspólny, mój i żony. Tu sobie żyjemy jakby nigdy nic, jeździmy do pracy, kochamy siebie i bliskich, pomagamy dzieciom – a jak przyjdzie co do czego, to wsiadamy do samochodu i na pełnym gazie w betonowy wiadukt. Albo kwas pruski w drinku z parasolką. Widzę cię, najlepszego, bach, bach. I odprężający marsz tunelem ku niebiańskim łąkom, gdzie woda wiecznie czysta a trawa zielona. Stamtąd wszystko widać i nic już nie jest ważne, ponieważ sama kategoria wagi tej czy innej sprawy zanika. Cisza i słońce. Coś jak teraz za oknem, tylko bez cienia.

    Fajna informacja napłynęła od policjantów, którzy w na poły żartobliwym tonie apelują do przestępców, by wykazali się zrozumieniem i zawiesili na chwilę swoje zbrodnicze popędy, ponieważ policja jest przeciążona i nie ma czasu ich ścigać. No proszę, a nie mówiłem? Ten wczorajszy prekursor z Koszyc stanowił jednak przypadek symptomatyczny. To jest na razie tylko zabawne, ale pierwszy rabuś, który wyczyta między wierszami policyjnego dowcipu zgłoszenie realnego problemu z porządkiem, zmieni zabawę w problem. Poważny problem, który będzie ewoluował w jeszcze poważniejsze problemy. Te w katastrofę. A na końcu drogi jest Droga

    W obliczu doniesień uspokajających i antypanikowych uczymy się czytać między wierszami. Premier Mateusz Morawiecki parę minut temu zaproponował pakiet pomocowy, który ma zapewnić płynność finansową i „służyć temu, żeby w bankomatach i bankach nie zabrakło pieniędzy”. Czytaj: w bankach i bankomatach może zabraknąć pieniędzy. Niby to przeczuwamy od paru dni, wiadomość brzmi jednak inaczej, gdy padnie – choć przez zaprzeczenie – z ust samego szefa rządu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w następnych godzinach rozpoczął się szturm na bankomaty i filie banków – powierników naszej finansowej chudoby. Gdyby nic nie powiedział, też by doszło do szturmu, tylko chwilę później. Jutro, pojutrze, za tydzień… Pamiętacie Kojota z kreskówek o Strusiu Pędziwiatrze? Miał taki desperacki odruch zatykania palcem pęknięć w tamie, która i tak na niego runęła. Albo pod spadającym mu na łeb głazem rozkładał parasol. No to coś takiego mi się kołacze teraz po zniechęconym umyśle.

    www.unsplash.com/Nick Pampoukidis

    Następna wiadomość na dzisiaj zawiera się między wierszami o zwalczaniu nieuczciwego handlu: „Rząd obiecuje walką ze sztucznym zawyżaniem cen”. W porządku, tylko dlaczego „sztucznym”? W czasach kryzysu zarabianie na podwyżkach cen towarów deficytowych jest jak najbardziej naturalne! Wręcz obowiązkowe. Po to jest kryzys w systemie wolnorynkowym, żeby jedni więcej stracili, a inni więcej zyskali. Restauracje upadają z braku klientów, hurtownie wyprzedają się z zapasów, małe punkty usługowe lamentują nad przymusowymi zamknięciami, ludziom nie wolno wychodzić z domów i handlować – co tu jeszcze jest naturalne? Rano cytryny w grobiańskim warzywniaku podrożały z 8 na 12 złotych. Tak po prostu, bo jest kryzys. To tylko nieznaczna ryska na murze, ale jak ich będzie przybywa i przybywać, tama z hukiem runie.

    Zamknij się, Zajas. Ludzie sobie pomagają, wykazują się solidarnością i myśleniem prospołecznym. To, że ci się to wszystko wydaje mało efektywne i jakby nie do końca liczące się z realiami prawdziwego kryzysu, to twój problem. Boisz się, dlatego twoje reakcje noszą znamiona histerii. Wszędzie widzisz podstęp i zło, bo zdychasz ze strachu przed podstępnym złem.

    No właśnie nie za bardzo. Powinienem się bać więcej, głębiej, jakoś bardziej fundamentalnie, w końcu chodzi o śmiertelne zagrożenie. A tu niewiele, prawie nic. Straszę sam siebie, żeby w ogóle poczuć choć słaby powiew morowego powietrza, a tymczasem całe zagrożenie sprowadza się do śledzenia wiadomości. Nie mam jak ich sprawdzić, zweryfikować. Właściwie to dobrze, chyba nie wolałbyś, Zajas, kaszleć, kichać i z przerażeniem mierzyć rosnącą gorączkę? Ciesz się, że możesz sobie siedzieć przy biurku, popijać kawę i przelewać na ekran laptopa swoje grymasy. Bo to zwykłe grymasy są. Szukasz wymiaru, a tu zwyczajność.

    Jak widzicie, jeszcze nie trafiłem we właściwy ton. Miotam się tak samo, jak ci wszyscy wróżbici, prognostycy i analitycy, którzy na wyprzódki starają się przewidzieć rozwój sytuacji. A przewidzieć się nie da, bo – jak słychać z różnych stron – nadal nic właściwie nie wiemy. Czekamy. Trawa się zieleni. Słońce świeci.

    We Włoszech w ciągu ostatniej doby zmarło 475 osób, najwięcej od początku epidemii. Łącznie tam to już prawie 3 tysiące osób. Kurcze, to przecież nie jest mało. Coś się jednak dzieje. Niewidzialny demon z kosą na ramieniu idzie górami, dolinami i kosi. Gdzie zaczną badać, tam wychodzi, czyli jest wszędzie. Zaczynając rano te zapiski, zanotowałem w nawiasie liczbę zarażonych w Polsce: 251. Teraz, o siódmej wieczorem, jest już 287. Powinienem się bać.

    Anglicy od piątku zamykają szkoły. Zmądrzeli jako ostatni w Europie, dotychczas premier Boris Johnson szedł pod prąd wszystkiego, łącznie z rozsądkiem. W dodatku twierdzi, że wyprzedzili innych w walce z wirusem. To u niego zresztą typowe, trumpizacja politycznych umysłów również jest odmianą zarazy szerzącej się po świecie. Sam Donald Trump stwierdził z kolei, że jest teraz jak prezydent w czasie wojny. Obawiam się, że wcale nie chodzi mu o powagę sytuacji i odpowiedzialność za decyzje, tylko o dęcie w dudy własnego ego. Ja, Wielki Prezydent Wielkiej Ameryki będę wydawał ogromne rozkazy i właśnie w tej chwili jeden z nich wydam: dwa potężne okręty-szpitale niech popłyną do pomocy Amerykanom! Jeden do Nowego Jorku, drugi na Zachodnie Wybrzeże. Wykonać! Aj aj, kapitan!

    Może by mu ktoś przypomniał, że nie jest prezydentem całej Ameryki, tylko połowy jej części północnej.

    Co ja mam z tym Trumpem? Pewnie zwalam na niego winę za całe zło, w nim widzę Wielkiego Demontera świata, który był taki fajny i właśnie się zawalił. Świat, nie Demonter. Jest dla mnie uosobieniem jakiegoś niebywale wybujałego i pozbawionego hamulców pacaństwa ludzkości, która gada do siebie o sobie i niczego innego nie ma zamiaru słuchać. Na takim podłożu lęgną się wojny nowoczesnych plemion, jak mówi Michał Paweł Markowski w swojej najnowszej książce. Nie ma prawdy, nie ma racji, nie ma dialogu. Jest tylko Ja. I nagle przychodzi wirus, bezosobowy, neutralny, obojętny, głuchy, milczący, który też nie ma zamiaru nikogo słuchać. I zabija. Pokrzykiwania wojenne różnych mentalnych trampów nie robią na nim najmniejszego wrażenia. Kosi równo, proporcjonalnie, bez emocji. Jest doskonałym i szatańsko przewrotnym spełnieniem naszej woli prawdy – pojawia się tam, gdzie go szukamy. Jest już nawet na Grenlandii.

    Ten ginekolog z Kielc ponoć popełnił samobójstwo z powodu wylanego na niego hejtu. Rodzina założyła sprawę w sądzie. Wobec powszechnej kwarantanny rozprawa odbędzie się zapewne zdalnie, przez internet, czyli narzędzie zbrodni wystąpi zarazem w roli miecza sprawiedliwości. Ciekawe. Coraz ciekawsze.

    Dzisiaj nie kicham, nie kaszlę, ale cały dzień migrena. Tabletki nie działają. Może już tak zostanie.

    Ławeczkę do ćwiczeń i hantle zamówiłem na allegro. Obiecali dostawę (darmową!) w ciągu dwóch dni.

    19 marca 2020 (355 zarażonych, 5 zmarłych)

    Liczę i zestawiam. Wirus pojawił się w grudniu 2019 roku w chińskiej prowincji Wuhan. W połowie miesiąca władze chińskie informowały o 27 przypadkach zakażenia. W ciągu 3 miesięcy rozprzestrzenił się po całej planecie, łącznie z tak odosobnionymi zakamarkami jak Grenlandia czy wyspy Fidżi, Guam i Francuska Polinezja na dalekim Pacyfiku. Z mapy zakażeń w USA wynika, że jest we wszystkich stanach, nawet tych najbardziej pustynnych i rolniczych. Przypadki mnożą się w miarę rozszerzania testów i ich liczba z dnia na dzień rośnie. Wirus jest dosłownie wszędzie.

    Tak fenomenalną dystrybucję zarazków można wytłumaczyć jedynie masową migracją ludzi, którzy w ostatnich czasach podróżują jak zwariowani, czy to jest potrzebne, czy nie. Tysiące samolotów pasażerskich codziennie tną niebo we wszystkich kierunkach, spalając miliony litrów paliwa i wożąc miliony ludzi tam i z powrotem, jakby samo przemieszczanie się stanowiło jakąś życiową wartość. Ludzie latali, oglądali, pstrykali zdjęcia i wracali szczęśliwi, że udało im się z sukcesem zrealizować własny, mały, mieszczański kolonializm. I’ve been there, done that, got the t-shirt. Rozmaitej maści gawędziarstwo podróżnicze rozwinęło się do tego stopnia, że wytworzyło osobną gałąź literatury faktu, która za całe przesłanie miała westchnienia podekscytowanego Ja: och, jak wspaniale, że tam byłam! (Używam rodzaju żeńskiego żeby nie było, że uwzględniam tylko męski punkt widzenia.) No więc lataliśmy, wzdychaliśmy i wracaliśmy, roznosząc po całym świecie nieprzewidziany rachunek za planetarną beztroskę. A teraz ten rachunek puka do naszych drzwi.

    A propos pukania. W ramach unikania kontaktów międzyludzkich dla kuriera wiesza się siatkę na płocie z prośbą, żeby w niej zostawił przesyłkę. Nie mam torby, w której zmieściłaby się mająca nadejść lada chwila ławeczka do ćwiczeń. Każę postawić pudło na podjeździe i poczekam, aż wirusy na powierzchni zdechną. Jak długo? Mówią, że do dwóch dni. Dzisiaj ma padać. Nie wiem, czy deszcz zmywa takiego wirusa? Utopią się te zarazki w nowo wyszykowanym w Grobianach rynsztoku? To by było dosyć głupie, gdyby taki pandemiczny potwór po prostu zginął w zwykłej kałuży. Nieco uwłaczające dla naszej ogólnoludzkiej tragedii. Nie, chyba taki cienki nie jest, skoro w 3 miesiące opanował całą Ziemię. Trzeba będzie pudło obmyć spirytusem… Poważnie?

    Takie myśli chodzą mi po głowie. By je przerwać, wychodzę na taras. Słońce świeci. Wącham wiatr. Skoro jest wszędzie, to tutaj też? W tym ciepłym, wiosennym wietrze, którym uwielbiam wypełniać płuca aż po szyję? Mam go już w sobie i powoli staję się nim, nic o tym jeszcze nie wiedząc? Wczorajszy ból głowy mógł nie być dobrze oswojoną migreną, tylko jego pierwszym, łagodnym do mnie zagajeniem. Hej, gościu, a ty co? Tak sobie siedzisz i myślisz, i myślisz że coś wymyślisz? To nic nie da. Wprawdzie masz grupę krwi zero, czyli trochę bardziej odporną niż na przykład B, ale jakoś poradzę. Nie z takimi już sobie radziłem. Wydaje ci się, że w pisaniu naprawdę zawiera się jakaś funkcja ocalająca, jak mądrowałeś w doktoracie? Okej, próbuj, ale jak cię teraz wszamię od środka w tydzień, to z całego twojego pisania zostanie raptem parę nieokrzesanych stron. Topornych i nerwowych, sam przyznasz. Nie znalazłeś jeszcze formy na ten dziennik, piszesz chaotycznie i bez rozeznania kierunków, w których rozwinie się tak zwana sytuacja. Co w sumie dobrze, bo przyszedłem robić chaos.

    Jaki chaos? Słońce, wiatr. Wiosna.

    Wracam do kompa. O, jest pięć minut dla moich ulubionych Austriaków. W szczycie sezonu narciarskiego szli w zaparte i udawali, że żadnego zakażenia u nich w kurortach nie ma. Teraz wyszło, że Finlandia alarmowała, Norwegia alarmowała, Szwecja alarmowała, Dania alarmowała, ponieważ większość narciarzy z austriackiego Ischgl wracała zarażona. Sugerowano zamknięcie ośrodków, ale nie, Austriacy głusi. Proszę tu płacić i nie gadać. A jak się zrobi afera, zwalimy na Włochów, to zwykle działa, bo die Italiener są nieodpowiedzialni i niepoważni. Nie to, co my. Przed laty sporo czasu spędziłem wśród tego sympatycznego i nieźle ksenofobicznego ludku alpejskiego, więc wyczuwam ten ich klimat tradycyjnej gościnności, dobrze skalkulowanej w euro. Nasi zakopiańscy górale w porównaniu z nimi to pikuś.

    www.unsplash.com/Pamela Saunders

    Następny ginekolog, tym razem z Poznania, leży w śpiączce farmakologicznej. Zanim w nią zapadł po zakażeniu koronawirusem, przez tydzień urzędował z rodziną i przyjmował pacjentki w prywatnym gabinecie. Wylicza mu się kontakt z 141 osobami. Teraz trzeba je odnaleźć, zapukać do drzwi i przekazać radosną wiadomość. Część z nich to zapewne kobiety ciężarne. Ucieszą się.

    Tak to leci wokół globu, jak ten mój wiosenny wiatr. Tu władze zabroniły mówić, tam geszefciarze chronili swoje dochody, gdzie indziej wódz polityczny wolał zlekceważyć problem i napompować swoje ego, niż myśleć publicznie. Ludzkość. Muszę ją kochać, bo innej i tak nie dostanę.

    We Włoszech dzisiaj zmarło 427 osób, znowu więcej. Ten kraj naprawdę został dotkliwie zaatakowany, już ma więcej zgonów niż Chiny. Wyborcza wrzuciła filmik nakręcony przez policję podczas interwencji. Dwóch pijanych i agresywnych kretynów wlazło do sklepu i zaatakowało sprzedawczynię. Jeden z nich ją opluł. Podobno krzyczeli, że są zarażeni wirusem. Akcja policji była szybka, sprawna i nagrywana na bieżąco. Nie wiem, czy prawdziwa wiadomość, czy policyjna reklama porządku publicznego, którego pod żadnym pozorem nie wolno naruszać, bo będziemy reagować bezwzględnie itd. Być może jest to stanowcza i jednoznaczna odpowiedź na wczorajszy żart z prośbą do przestępców o powstrzymanie się od łamania prawa. Że niby tamto było śmieszne, ale tak poważnie to nawet nie próbujcie, bo zakujemy w bransolety, wywleczemy przed sklep, powalimy na chodnik i postawimy podeszwę na twarzy. I bardzo dobrze. Oby pomogło, choć nie powiem, żebym się całkiem uspokoił.

    Dosyć tych wieści, idziemy do lasu na spacer. Pusto. Cicho. Ciepło. Słońce świeci. Opowiadam Toni stare wspomnienia z dzieciństwa, wywołuję z pamięci dawno zmarłych ludzi, psy, konie… Jakieś sytuacje błahe, mgliste, nieistniejące już dla nikogo oprócz mnie. Mam wrażenie, jakbym je wygrzebywał z mułu na dnie głębokiego stawu. Wraki zatopione przez czas. Tym bardziej odległe, że oddziela mnie od nich nowa granica – pandemii. Podobno nic już nie będzie takie jak dawniej. Tym bardziej nie będzie więc tego, czego i tak już nie ma, ale mnie boli jeszcze coś. Ja już nie będę taki jak dawniej. Dotychczas wspomnienia służyły podtrzymaniu więzi ze mną dawnym, potwierdzeniu, że w jakimś stopniu to nadal jestem ja. Ostrze pandemii przecina nitki mojej tożsamości. Jakbym stał na rufie odpływającego okrętu i patrzył na znikający dach rodzinnego domu. Jestem kimś innym, niż byłem jeszcze miesiąc temu. Widzę inny świat i mam inne myśli. Bezpowrotnie. To dokucza. Boli.

    Między nagimi jeszcze gałązkami rozwieszona delikatna pajęczyna, ledwie widoczna, jak utkana z powietrza. Prawie na nią włażę, w ostatniej chwili się zatrzymuję. Maleńki pajączek w środku znieruchomiał i popatruje krzywo. Hej, facet, uważaj trochę! Ja tu dziergam pajęczynę! To moja pierwsza, weź nie demoluj pająkowi życia na samym starcie! Gówniane miejsce sobie wybrałeś, mówię mu, na samym środku ścieżki. I tak za chwilę ktoś tu pójdzie i ci to zerwie. E, gadanie, odpowiada naburmuszony, a wirusa masz? Jak tak, to pal gumy, bo mnie zarazisz. Nie słyszałeś? Zwierzęta nie zarażają ludzi, ale ludzie mogą zarazić zwierzęta. Tak mi mówi.

    Faktycznie, coś takiego czytałem rano. Widocznie ten mały pająk też śledzi Wyborczą. W powrotnej drodze zagadałem się o modelach sklejanych przez mojego starszego brata, który zmarł rok temu, i wlazłem w tę pajęczynę. Szlag trafił misterną robótkę, a wraz z nią nić tożsamości pajączka. Wszystko na nic. Koniec. Starasz się, pracujesz, mozolnie supłasz węzełki, a prędzej czy później i tak ktoś się zagapi i wlezie w twoją pajęczynę.

    Hantle już przyszły. Rozpakowałem i zostawiłem na tarasie, żeby się przez noc wyjałowiły. Kwarantanna.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 2 oraz 3)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii

    16 marca 2020 (155 zarażonych, 4 zmarłych)

    Słońce i cisza. Wiosna i śmierć. Czekamy na jakieś pierwsze namacalne oznaki, ponieważ na razie cała nasza wiedza pochodzi z mediów. Coś idzie, ale jest niewidoczne i bezgłośne. Przenika rzeczywistość, ale go nie ma. Ta niewidzialność jest uspokajająca, więc ludzie trochę zwolnili z paniką. Kupują z rozsądkiem, ponieważ wszystko z powrotem na półkach jest. No, prawie wszystko, bo drożdży nadal nie ma. Ciekawe te drożdże. Mój sąsiad z Grobian, profesor Andrzej Zoll, również szukał po sklepach drożdży, podobno nawet w warzywniaku, jak mi z uśmiechem doniosła sprzedawczyni. Gotowe zapasy wkrótce się skończą, w przeciwieństwie do epidemii, i przejdziemy na tryb awaryjny. A wtedy mąka i drożdże. Akurat świat na przednówku i ziemniaki stare, zmurszałe, szybko puszczają pędy, a sałaty i rzodkiewki spod folii jeszcze nie ma.

    www.unsplash.com/Nadya Spetnitskaya

    Umiecie piec chleb? Jeśli nie, pora na ściąganie przepisów z internetu. Póki jeszcze działa.

    W ogóle jest dogłębne, horyzontalne myślenie, co by tu jeszcze kupić, skoro sklepy w poniedziałek rano nadal otwarte. Najpierw przyszła mi do głowy ławeczka do ćwiczeń i hantelki 10 kg, bo tego mi brakuje, a siłownie zamknięte. Potem napełniłem baki wszystkich czterech samochodów (obie córki u nas siedzą, podjazd pełen jak na imieninach u cioci). Na koniec pojechałem po sejf domowy, taki nieduży, z atestem na broń. Na wszelki wypadek, jak mawia Andrzej Krzycki. W pustym sklepie ze sprzedawcą trzymamy się na trzy metry od siebie, towar obmacuję przez foliowe rękawiczki, zwinięte wcześniej z dystrybutora na stacji benzynowej. Facet mówi, że od tygodnia ma żniwa na sejfy. Ździebko się zdumiałem, bo mój pomysł wydał mi się oryginalny, w dodatku stanowił zwieńczenie planów snutych od co najmniej dwóch lat: metalowa skrzyneczka zakotwiczona w piwnicznej ścianie, w środku glock 17 i sig sauer 1911 plus dwa pudełka amunicji 9 mm, pod spodem biżuteria, dolary i euro. Jak na filmie. Moim prywatnym filmie o mnie samym przygotowującym się na katastrofę. Nic nie poradzę, tak już mam. W zasadzie od dzieciństwa jestem katastrofistą. A tu proszę, nagle katastrofistów legion. I wszyscy kupują sejfy. Na kosztowności? Nie. Żeby zamknąć na klucz swoje małe lęki.

    Kupiłem, przywiozłem, leży bagażniku w charakterze kwarantanny. Przedmioty również jej potrzebują. Przypominam, że na powierzchniach metalowych i plastikowych ten bydlak koronawirus trzyma się ładnych parę godzin. Garść dolarów kupiłem wcześniej, zanim podrożały i znikły. Parę euro, przyoszczędzonych z ostatniego zagranicznego wyjazdu. Cieniutko. Kosztowności nie mam. Pistoletu również. Może kupię taki na wodę. Zakażoną wodę.

    O zmierzchu znowu z Aksą na łąkach. Tym razem ludzi mniej, zaledwie jeden pan z pieskiem o wdzięcznym, choć w kontekście katastrofy nieco ryzykownym imieniu Nero. Kundelek poszczekuje na Aksę, żeby się trzymała z daleka. Też ostrożny. Krew zachodzącego słońca leje się na pagórki, lasy, wsie rozrzucone w beskidzkich dolinach. Granatowa linia gór jak ostrze lancetu pod mikroskopem. Zmierzcha. Nastrój wręcz idealny.

    Obserwujemy Gwiazdę Wieczorną, czyli Wenus. Świeci wyjątkowo jasno, w tym tygodniu osiąga jasność -4,3 wielkości gwiazdowej. Kocham ją od zawsze, od szkolnych fascynacji astronomią i pierwszego teleskopu, budowanego z rury kanalizacyjnej i kupowanych u optyka soczewek. Planeta miłości. Nie bardzo pasuje do tego, co nas dzisiaj gnębi. Szukam jakichś dodatkowych tropów mitologicznych i znajduję, że starożytna nazwa jej wersji porannej brzmiała u Greków Phosphoros, czyli „niosący światło”. To łacińskie imię Lucyfera. Aha, więc jednak. Babilońska odpowiedniczka Wenus, bogini Isztar, była od miłości i wojny. Jeszcze lepiej. Bliżej tego, co mamy za oknem.

    Wieczorem gram z Olą i Tonią w Civilization V. Ponoć scenariusze można rozgrywać tygodniami. Mam imperium azteckie, co też nie wróży najlepiej.

    Właśnie znalazłem, że w Wyborczej były szef Wirtualnej Polski, Grzegorz Wysocki, również publikuje coś podobnego pod tytułem „Dziennik czasów zarazy”. Jak widać, trudno się oprzeć wpływom poczciwego Daniela Defoe. No cóż, dziennikujmy, zobaczymy, czy coś sensownego z tego wyniknie.

    17 marca 2020 (221 zarażonych, 5 zmarłych)

    Sejf, ciąg dalszy. Dzień rozpoczynam od drobnej i z pozoru tylko niezwiązanej z epidemią informacji. W małopolskich Koszycach rano młody mężczyzna wtargnął do banku z atrapą broni i sterroryzował pracownicę w celach rabunkowych. Spłoszony uciekł, porzuciwszy czapeczkę i plecak, rabunek się nie powiódł, policja poszukuje sprawcy i publikuje zdjęcia. Człowieka, czapeczki i plecaka. W nieodparty sposób błaha ta w istocie notka skojarzyła mi się z narzekaniami policjantów, że już nie dają rady, że są przemęczeni, narażeni, niedożywieni i niedoinwestowani, i w ogóle najchętniej też by się zamknęli w domach dla świętego spokoju. A tu porządku publicznego trzeba pilnować. Ten nieudolny napastnik z Koszyc pewnie pomyślał, że już nie pilnują i że już można. Trochę nieprecyzyjną synchronizację czasową wykonał i się wyrwał przed szereg, niemniej postrzegam go jako prekursora. Rozprzężenie związane z epidemią najpierw wyłącza poczucie solidarności, potem zakazy etyczne, przyzwoitość, a na końcu puszczają w ogóle wszelkie zahamowania i pozostaje naga przemoc. W skrajnych przypadkach przechodząca w ludobójstwo i kanibalizm, patrz przejmująca Droga Cormaca McCarthy’ego. Z całej ludzkości zostaje tylko ojciec i syn, i ten pierwszy robi wszystko, żeby ocalić tego drugiego. Tylko że już nie wiadomo, po co.

    Inna ciekawa wiadomość to 18 chasydów z Nowego Jorku, zamkniętych w hotelu w Leżajsku. Przyjechali na uroczyste modlitwy w rocznicę śmierci cadyka Elimelecha z Leżajska, który tego dnia schodzi na ziemię i zabiera ich prośby do nieba. Gdy przylatywali do Polski, wszystko działało jak należy, ale w tak zwanym międzyczasie świat ziemski się wykopyrtnął, wyłączono samoloty i biedni chasydzi nie mają jak wrócić. Dzisiaj pewnie cały dzień zanoszą modły do rabbiego i zakładam, że chociaż jedna z nich dotyczy przywrócenia połączeń lotniczych z Ameryką. Zatem jest nadzieja. Znacznie większą nadzieją napawa jednak to, że Elimelech z Leżajska był „lekarzem dusz i poskromicielem demonów”, jak go nazywa Martin Buber we wstępie do swych Opowieści chasydzkich, może zatem skutecznie rozprawić się z naszym podłym koronawirusem, który wszak posiada sporo cech demonicznych (niewidzialny i bezgłośny). Módlcie się, bracia chasydzi, także w naszym imieniu! I błagam – nie zważajcie na głupie wpisy w internecie, z powodu których nie chcą was wypuszczać na ulicę, „by nie wzbudzać niepotrzebnych emocji”, jak się wyraził wiceburmistrz Leżajska. Jakich emocji? Jak to jakich, przecież w naszej historii Żydzi zawsze odpowiadali za przywleczone ze świata zarazy. Tu nic się nie zmieniło. Dzielnie trzymamy się naszej polskiej tradycji.

    www.unsplash.com/Dave Herring

    Obie te wiadomości, razem wzięte, kruszą moje poczucie bezpieczeństwa jeszcze na inny sposób. Pandemia pandemią, ale największą zarazą w takich czasach bywa wyzwolone i hulające wśród ludzi zło. Wiem, jesteśmy cywilizowani, przyzwoici, będziemy się solidarnie wspierać – ale tylko do czasu. Prędzej czy później ktoś spróbuje wykorzystać nasze lęki i trudności dla własnych celów, i uruchomi mechanizm destrukcji. A potem już poleci, rozpędzi się tak, że długo i boleśnie będziemy go wyhamowywać. Zawsze tak było i nie ma powodu zakładać, że tym razem będzie inaczej. Tego się boję na przyszłość. Dzisiaj jest jeszcze stabilnie, świat siłą bezwładu toczy się jeszcze według utartych wzorów, ale to nie potrwa w nieskończoność.

    Bank federalny USA obniżył, a właściwie pierwszy raz w historii zniósł całkiem stopy procentowe. Któryś z ekspertów nazwał to „strzałem z bazooki”, ale i tak niewiele pomogło. Giełdy lecą na łeb na szyję, kursy walut w polskich bankach i kantorach rosną jak na drożdżach (których nadal nie ma), krótko mówiąc, mamy wystarczająco wiele przesłanek (umiejętnie i jak najbardziej słusznie tonowanych przez media), by zacząć się naprawdę bać. Nasz strach również jest na kursie wznoszącym i wkrótce może się okazać, że wszystkie sejfy świata nie wystarczą, by go w nich zamknąć. Wkrótce, ale jeszcze nie teraz. Na razie spokój. Siedzimy i czekamy. Nic nie widać, nic nie słychać.

    Koronawirus najskuteczniej atakuje ludzi starszych. Powtarzano to przekonanie tyle razy, że w końcu jedna radna hiszpańska nie wytrzymała i powiedziała, że to kara za nadmiar starców w naszej cywilizacji. Zaraz potem cofnęła i przepraszała. No cóż, jednak raz powiedziane nie znika, tylko brzmi. Tym głośniej, im silniej jest wyciszane. W starożytnej Sparcie niepotrzebnych starców strącano ze skały do morza, żeby zrobić miejsce młodszym. Koronawirus jako grecki bóg następstwa pokoleń? Władca czasu ludzkiego życia? Koronazeus?

    Spokojnie, Zajas. Nie daj się ponosić nerwom i błahym skojarzeniom. Potrzebne skupienie i wzmożona uwaga. Bez paniki. Wprawdzie brak paniki nie pomaga w epidemii, ale wspiera przestraszonych. Tłumaczę sobie na różne sposoby, że to jednak nie może być koniec tamtego świata, że to przejściowe kłopoty, głupi błąd wynikający z nieodpowiedzialnego spożycia przez paru Chińczyków zupy z nietoperza (nie wiem – to prawda z tym nietoperzem???), rozdystrybuowany po świecie przez masową turystykę. Pociesza, ale słabo. A co mam robić? Truchleć ze strachu? Też nie pomoże. Nic nie pomoże, trzeba siedzieć w domu i rozmyślać. I obserwować siebie jak okaz w izolatce.

    Właśnie kichnąłem. Czasem kicham alergicznie, albo z chłodu. Ale teraz to kichanie cieniem śmierci okryte. Kicham na śmierć. Gdyby nie ponury kontekst, dopisałbym: buchacha.

    Znowu piękny zmierzch. Wenus jak lampa, przewodniczka i gwiazda miłości. Światła domów w mroku, szczekanie psów. Hekate? Nie, zwykły wiosenny wieczór. Sycę się pięknem świata jakoś mocniej, dosadniej, z jeszcze większym zachłyśnięciem. Dopóki mogę się zachłysnąć. 

    Krzysztof A. Zajas