Tag: dziennik Krzysztofa Zajasa

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (62-71 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 maja 2020 (21326 zarażonych, 996 zmarłych)

    Zapisuję słowo „ognisko” i czuję zapach dymu. Dopisuję drugie, „gitara”, i brzęczy akord a-moll. Działa, myślę sobie. Palce zawisają nad klawiaturą, w opuszkach wibrują możliwości. Mogę napisać wszystko i chwilę sycę się wszechmocą. Słowa wynurzają się z mroku wlokąc za sobą rzeczy, ludzi, zdarzenia. Wspaniałe. Idą. Wynurzają się z mroku. Na przedzie dwaj chłopcy z naręczem gałęzi, za nimi dziewczyna i jeszcze jeden chłopak, z gitarą na ramieniu. Idą. Siadają wokół ognia. Trzeba im dać imiona. Kiedyś już je mieli, ale czy te same? Nie jestem pewien. Pamiętam je, ale ich znaczenie wiąże, odbiera swobodę, drażni opuszki palców alergią prawdziwości. Musiałbym wtedy pisać wszystko tak, jak było. Prawdę. Cóż za dziwne słowo!

    Byli. Zeszli na groblę płytkim wąwozem, wyżłobionym kołami w gliniastym podłożu, które w czasie suszy zamieniało się w żółty popiół. Można było go nabierać w garść i podrzucać do góry, a wtedy spadał kaskadami dymu i grudek, ciągnących za sobą smugi jak zestrzelone samoloty. Kazek był w tym najlepszy, podobnie jak w wynajdywaniu grzybów w wysokiej trawie Figarni. Brał kurz w obie dłonie, jak spragniony nabiera wody ze strumienia, i rzucał pionowo nad ich głowy. Uciekaliśmy, a on się cieszył. Imię jednak nie do przyjęcia. Kazek – jak menel spod sklepu. Powinienem mu je odebrać i zapisać, powiedzmy, Łukasz. Chyba jednak tego nie zrobię.

    Ona była Anka. Zwyczajnie, najprościej jak można. Powinna być Julka, albo Weronika. Albo Iza, które bardzo lubię. Ale to Anka, pamiętam. Niech zostanie. Miała długie jasne włosy i kiedy opuszczała głowę, opadały po obu stronach twarzy pofalowanymi kurtynkami. Dźwięk gitary ożywiał w jej orzechowych oczach błyski napięcia. Słuchała wtedy z półotwartymi ustami i myślała o czymś bardzo dalekim i ważnym. Znacznie ważniejszym, niż ta grobla, ognisko i wieczór.

    Mirek, przypomnij mi, który to był rok? Ile wtedy mieliśmy?

    Mirek jest cały czas ze mną i w żadnym razie nie chce zgodzić się na zmianę imienia. Jest okropne, ale on się upiera. Mówi, że już za późno na wymyślanie mu nowych imion i może mieć rację. Mirek nie żyje od ośmiu lat.

    Pewnie siedemnaście. U ciebie wszystkie ważne rzeczy wydarzyły się, kiedy miałeś siedemnaście lat. Powtarzasz to przy każdej okazji.

    Fakt. Ale to nie jest żadna ważna rzecz. Po prostu ognisko na Tatarskiej Grobli.

    Mirek szczerzy zęby nieco czaszkowo i kościotrupowo.

    Jak nie, to po co o tym piszesz?

    Dobre pytanie, więc odrywam opuszki palców od klawiszy i chwilę gapię się w okno. Niebem płyną szmaciane chmury. Szczeka pies. Przeleciał ptak. Chwieją się gałęzie na wietrze. Parę drobiazgów, w żadnym nie ma słowa. Wracam do ogniska.

    Trzeci chłopak miał na imię Tadek i na prawym policzku nosił dużą bliznę po kopycie końskim. Był mały i ciekawy, podszedł od tyłu, a potem się obudził w szpitalu. Blizna ściągała skórę i Tadek wyglądał, jakby się ciągle uśmiechał.

    Tadek, z czego się śmiejesz?

    Nie śmieję się.

    Aha, to koń, przepraszam.

    Nigdy nie chciałbym mieć na imię Tadek, nie z powodu konia, tylko tak w ogóle. Sto lat temu mogło być, ale teraz? Zresztą, nie wiem, czy on tam wtedy był, jakoś go niespecjalnie widzę. Nie wyłania się z mroku.

    Tadek tam wtedy był?

    Mirek energicznie potrząsa głową, szczęka chwieje się na zawiasach. Wiedzę ma już niewątpliwą. Kiedy żył, w zasadzie go nie było. Jako dorośli prawie się nie widywaliśmy, on miał swoje życie, ja swoje, oba na swój sposób jedyne, niepowtarzalne i całkiem niewłaściwe. Nie wiem, dlaczego teraz przychodzi do mnie, siada za lewym ramieniem i gapi się na zapisywane zdania. Kiedyś go o to spytałem, ale wykręcił się paradoksem.

    Wszystko jedno, gdzie usiądę. Przecież mnie nie ma.

    Nie o to mi chodzi. Czemu chcesz widzieć moje słowa, skoro już wszystko wiesz? Bo wiesz, prawda?

    Niby tak – zgodził się niechętnie. – Ale co innego wiedzieć, a co innego pisać. Widzieć siebie zapisanego. Rozumiesz, to tak, jakbym dostał z powrotem kawałeczek ciała. I mógł nim czuć.

    A zapach tamtego ogniska czujesz?

    Jasne!

    To mnie trochę uspokoiło. Dlatego teraz siedzę przed oknem ze smutnym widokiem na chmury, gałęzie i psa, i piszę o ognisku na Tatarskiej Grobli w 1979 roku. Tak przynamniej twierdzi Mirek, a on teraz już wie, co mówi. Kiedyś gadał głupstwa. Teraz wie wszystko, tylko ciała mu brakuje, dlatego tak liczy na moje pisanie.

    Materia ginie, pleśnieje, rozkłada się. Zostaje słowo. I my w nim. Cienie własnych cieni.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    30 maja 2020 (23567 zarażonych, 1061 zmarłych)

    Wczoraj zmarł Jerzy Pilch. Nie na koronawirusa, tylko tak po prostu. Na siebie. Całe jego życie wyglądało trochę jak wielkie przygotowanie do śmierci – świadome siebie zabijanie, samobójcze do przerażenia. Potrafił sprawiać wrażenie sybaryty, używacza życia, dogadzacza sobie najlepszymi męskimi przyjemnościami: alkohol, seks, literatura. W środku był drżącym jak osika dekadentem, na kilometr węszącym śmierć przyczajoną w tętniących życiem i rozkoszą buduarach. Nawet tych najdowcipniejszych i najbardziej brawurowych ludycznie tekstów Pilcha nie umiałem czytać bez ciągłego oglądania się przez ramię, czy przypadkiem kostucha za mną nie stoi. Parskałem śmiechem i trząsłem się ze strachu. Potrafił uchwycić nagi i bezlitosny dramatyzm istnienia na samej krawędzi brzytwy, tam, gdzie Eros i Tanatos siedzą tuż obok siebie i wspólnie wychylają kielich gorzkiej ambrozji. Bo życie to miłość i śmierć. Nic więcej. Ach, i jeszcze literatura.

    Nazywano go kobieciarzem, koneserem damskiej urody, znawcą kobiet. Dla mnie był raczej znawcą męskich kłopotów z kobiecością. Tych naszych szarpnięć, napięć i rozpaczy, o których tylko blade mamy pojęcie, a które działają poza naszą wolą, jak alkohol we krwi. Po mistrzowsku potrafił oddać bezradność mężczyzny wobec kobiecego wdzięku, uwodzicielstwa i samej chuci, buszującej w facetach jak pijany demon. Ona idzie, ja patrzę. Ona tylko rzuca okiem i idzie dalej, ja rozwijam opowieść o miłości, przeznaczeniu i śmierci. Biegnę za nią, naprawdę albo tylko w marzeniach, co niewiele zmienia, bo dla człowieka literatury ta różnica istnieje w bladym zaledwie stopniu. Eros i Tanatos walą niedopitym kielichem o ścianę i biegną za mną dopełnić formalności. Można z tego zrobić romans, kryminał, horror, obyczajówkę, albo wykład – feministyczny czy antyfeministyczny. Pilch potrafił zrobić balladę o życiu i śmierci. Magiczną balladę.

    Powalał frazą. Olgę Tokarczuk kochamy za dar opowieści, Andrzeja Stasiuka za wierność Miłoszowi w dotykaniu słowem rzeczy, a Pilcha – za frazę. Parę jego figur weszło już na stałe do języka, na przykład że coś jest (lub nie jest) czymś „w sensie ścisłym”, albo „powiedzieć, że był (idiotą, geniuszem, pijakiem itd.) to nic nie powiedzieć”. Jestem pewien, że każdy polski czytelnik ma swoje ulubione Pilchowe frazy i całe akapity przepisane do kajecika, żeby były pod ręką. Ja mam mnóstwo. Na przykład tę o przepiciu przez bohatera Pod Mocnym Aniołem wszystkich pralek świata:

    Jaką duszę ma człowiek, który wie, że przepił wszystkie pralki świata? Odpowiadam: duszę ma uskrzydloną, a myśl jego wiruje jak bęben w ostatniej fazie odsączania. Kiedy czujesz na sercu ciężar miliarda przepitych pralek – jest nie do zniesienia. Ale kiedy unosisz udręczony wzrok i widzisz, jak ptasie ławice białoskrzydłych pralek szybują pod wodnistymi niebiosami niczym eskadry papieskich helikopterów, pojmujesz, iż jest ci dane więcej niż innym. Jest ci dany niekonwencjonalny dar i jeśli zdołasz przeżyć, jeśli przedtem nie umrzesz, możesz zacząć wędrówkę w poszukiwaniu wszystkich utraconych pralek, a nawet – tak jest – w poszukiwaniu wszystkich utraconych rzeczy.

    Jeśli przedtem nie umrzesz… Problem w tym, że każdy umiera przedtem. Zanim sięgnie tego, ku czemu się całe życie wychylał. Wychylał i wychylał… Pilch był majstrem frazy zręcznej, panem intelektualnego fajerwerku i laserowej ironii, którą ciął jak mistrz jedi świetlistym mieczem. Kto mu się nawinął pod rękę, cierpiał srodze i bezradnie, nie umiejąc się odciąć. Ale gdy zestawiam myśl jego – przepastnie śmiertelną i przewrotnie poważną – z formą zręczną i piorunowo błyskotliwą, wtedy myślę, że nie sięgnął. „Wędrówka w poszukiwaniu rzeczy utraconych” to stary i mocno już wydeptany szlak pisarski, z mnóstwem ścieżek bocznych i uroczysk, jeszcze nie tkniętych ludzką stopą. Pilch próbował. Wdrapywał się na urwiska, parł w górę skalnych osuwisk, a po obsunięciu nogi i zjechaniu w dół otrzepywał spodnie i lazł z powrotem. Żył i umierał straszliwie, jak na prawdziwego pisarza przystało. Doświadczył zła i cierpienia najczystszej próby, a kiedy mu było mało, sam siebie katował dla pogłębienia wymiaru. Bólu miał aż zanadto. Ale nie sięgnął. Słowo zbyt lekkie, „na fraszkę użyte”, nie uniosło ciężaru doświadczenia skrojonego na miarę prawdziwej epopei. Jego uporczywe powroty do ukochanej Wisły trącą sentymentem zaledwie, prowincjonalną apologią małej ojczyzny z Jerzykowym losem wpisanym w ckliwe wspomnienie. Powtórzenie, które jest solą literatury – tu powtarza samo siebie w obsesyjnych nawrotach. Chciałoby się powiedzieć – jest tylko powtórzeniem.

    Nie wiem, może taki jest los genialnych felietonistów, do których Jerzy Pilch z pewnością należał. Felieton pozwala szlifować styl, ale felietonowy. Niełatwo z niego wydobyć się na otwartą przestrzeń powieści, gdzie inne są geometrie i inne atmosferą targają porywy. Pewne rzeczy trzeba tam powiedzieć wprost, jeden do jeden, było tak a tak. U niego prawie nie ma takich sytuacji narracyjnych, każde zdanie jest figurą samą dla siebie, perełką, budulcem od razu z ozdobnikami, prawie nie ma prostych desek. Wiem, odpowiedziałby: proste deski są dla prostaków. I tak, i nie. Także w stylu bogactwo nadmiaru może się złamać w nadmiar bogactwa. Dlatego najlepsze jest Pod Mocnym Aniołem, gdzie sama rzeczywistość picia oraz szpitalnego odwyku wprowadza stany pośrednie, rozchwiane, mgliste i nieuchwytne. Króluje tam wymyślna i finezyjna fraza, ponieważ z założenia nie dostaje konkretnych przedmiotów.

    Całe życie lecisz w przepaść, od początku świadomości, od pierwszego spojrzenia. Patrzysz i widzisz przepaść. Spadasz. Pijesz, żeby złapać równowagę w tym stanie egzystencjalnej nieważkości. Na tym polega paradoks alkoholików. Wszystko spływa, gnie się i mięknie, osuwa w otchłań. Lecisz krzycząc aaa! i żeby jako tako się zorientować, przeciwstawiasz otchłani inną otchłań, alkoholową. Płynności się wyrównują, przez chwilę jest stabilniej. Ale tylko przez chwilę, więc trzeba ponawiać. To potrafi działać latami, wytwarza się ułuda porządku, sensu, harmonii. Dwie płynności po zderzeniu dają twardy grunt pod nogami. Złudzenie gruntu. Wtedy możesz pisać. Pisanie i alkohol zastępują życie. Nie – pisanie i alkohol likwidują życie. Na jedno wychodzi. Wychodzi na śmierć.

    Tym dla mnie jest pisarstwo Pilcha. Zawsze będę do niego wracał, ponieważ jest taki rodzaj ssania w duszy, które tylko on umiał uchwycić.

    Czyli jednak nie tylko fraza.

    Miał być jednym z bohaterów naszej Alei Pisarzy w Oświęcimiu, zaraz po Stasiuku i Bieńczyku. Za pierwszym podejściem już prawie się zgodził, ale wtedy wypadła mu poważna operacja i przełożyliśmy na później. Za drugim razem już był ciężko chory i przysłał tylko smsa mniej więcej takiego: „Panowie, odpuśćcie mi, nie dam rady. Pozdrawiam serdecznie”. Miałem już dla niego propozycję cytatu na mosiężną płytę alei, ostatnie zdanie z najlepszej powieści:

    Nasze dusze nigdy stąd nie odejdą i nigdy tu nie usną.

    Płyta w Alei Pisarzy musi być odsłonięta osobiście przez laureata/tkę, zatem siłą rzeczy pojawiają się tam wyłącznie pisarze żyjący. Jednakże siłą wyobraźni może się tam pojawić każdy. Panie Jurku, proszę spróbować. To nie jest takie trudne, trzeba się tylko lekko pochylić i unieść chustę zakrywającą fragment chodnika z płytą. Najpierw z jednej strony, potem z drugiej, powoli, nie za szybko, żeby publiczność zdążyła zrobić zdjęcia. Wszystko pójdzie gładko, w razie czego ja jestem obok. Później parę słów do zgromadzonych, krótka wypowiedź do lokalnych mediów i zapraszamy do auli na spotkanie z pisarzem.

    Wtedy pana dusza na pewno nigdy stąd nie odejdzie.

    Jerzy Pilch, fot: Jacek Poremba/Wydawnictwo Literackie

     

    2 czerwca 2020 (24395 zarażonych, 1092 zmarłych)

    Wirus się cofnął, brud został. Na światło dzienne wychodzą afery, przekręty, matactwa – całe to ludzkie śmieciowisko, które wyprodukowaliśmy pod przykrywką kwarantanny. Poluzowanie ram społecznego współżycia daje większą swobodę ruchów, a więc i odruchów. Odruchów bezkarności. Pochowali się, siedzą w domach, nikt nie pilnuje – można robić szwindle, myśli sobie szwindlarz, który – dajmy na to – ma dojścia do ministerstwa zdrowia i może sobie załatwić szybki zysk na opakowanym w sreberko guanie. A jeszcze jak jest góralem, wyposażonym w góralski zmysł do interesu, który rzadko liczy się z obowiązującym prawem, to już w ogóle. Podejrzewam, że minister Szumowski nawet nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co brat do spółki z góralami wyczynia w kwestii pandemicznych zakupów. Po prostu firmował to podpisami, bo taki był układ rodzinny. Ja załatwiam, ty przyklepujesz, pełna współpraca. I zaufanie. Kasą się podzielimy, jak już ucichnie.

    Wirus się cofnął, katastrofizm jakby też trochę. Wprawdzie pojawiają się zapowiedzi następnych kataklizmów i zagłady całej planety lub jej poszczególnych części, ale opowieści o końcu świata zbladły. Spowszedniały. Każdy sobie głosi swoją katastrofę i nie przejmuje się jej umotywowaniem, wystarczy, że jest katastrofalnie i za chwilę wszystko się zawali. Nie wiem, skąd się wzięło to powszechne czekanie na koniec. Wyglądanie końca. Ja sam też wyglądam i też nie wiem, skąd się to we mnie wzięło. Bo przecież nie z tego, że przez ileś lat pracowałem nad antologią poezji katastroficznej. A może jednak? Może tak wygląda bezpośredni wpływ literatury na życie? Jak się naczytasz o tym, że się zaraz wszystko rozleci w kibinimater, to ci odruchowo myśl i tęsknota w tym kierunku weksluje. Pragnienia ponoć wyprzedzają wszelkie nasze działania, w projekcie tkwi przecież potencjalna możliwość jego realizacji. Jak w spojrzeniu na pistolet tkwi zalążek morderstwa. A może po prostu zadziałał zwykły Hegel: było dobrze, teraz musi być źle, żeby świat poszedł do przodu. Teza, antyteza i synteza. Czyli nasze spaliny to odrzut dla silnika rakiety. My płoniemy, oni lecą. Katastrofizm, ale z lekką nutką optymizmu.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (58-61 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik roku pandemii cd.

    15 maja 2020 (18016 zarażonych, 907 zmarłych)

    Trochę się miotam w tym dzienniku. Od początku zgłaszałem problem z formą („Halo, Houston! Mamy problem z formą!”), której wymaga dobra narracja o epidemii, a której rzeczywistość nie chce podsunąć. Globalny dramat pandemiczny, wymagałby jednak patosu tragedii, tymczasem sprawnie acz niepostrzeżenie zmienił się on w polityczne farsy, operetki i dramaty absurdu. Na przykład organizuje się wybory, których nie ma, albo wypuszcza skazańca z więzienia, ponieważ koronawirus mu tam grozi (w USA właśnie wypuszczono Paula Manaforta, byłego doradcę prezydenta). Ludzkie osobiste tragedie również krążą wokół absurdów. Właśnie przeczytałem list Ślązaka chorego na COVID-19, któremu skończyła się kwarantanna i sanepid jej nie przedłużył. Czyli może iść na miasto, zrobić sobie zakupy w sklepie, zarazić pół dzielnicy i wrócić spokojnie do domu, a następnego dnia iść do pracy. Tam zarazi kolegów, po czym wyląduje w szpitalu, a tu wybór od oddziału zakaźnego, przez pulmonologiczny i ogólny oraz korytarze i klatki schodowe, aż do kostnicy. Co ma te pozytywne strony, że przynajmniej będzie ujęty w statystykach, czyli poprawi się relacja pomiędzy rzeczywistością a informacją o niej. Jednakże znając upór i niezależność duchową Ślązaków (facet twierdzi, że dzwonił do sanepidu 1743 razy!!!) należy raczej zakładać, że umrze w domu, wypinając się na cały ten pandemiczny hasiok. To jest tragedia, ale nie ma dla niej wysokiej formy. Satyra, ironia, dydaktyczna nowela, poemat heroikomiczny w najlepszym razie. A człowiek umrze naprawdę.

    U nas w zasadzie nie ma niczego innego poza polityczną jatką. Sam daję się w nią wciągnąć, gardłuję na to i tamto, trochę z obywatelskiego oburzenia, a trochę z bezradnej złości, ponieważ polityka niejako automatycznie przekierowuje mowę ku literackim gatunkom niższym. Śmieszność podszyta strasznością. Lub odwrotnie, co na jedno wychodzi, więc fraza godna uwagi. Płaskie, dlatego uciekam ku ptakom i psom, gwiazdom i wspomnieniom. Jednak i tu język niewiele głębszy, bo zmiękczony sentymentalizmem, osłabiony retoryką łatwej melancholii. Znowu utknąłem w kleszczach dychotomii: albo człowiek, czyli polityka – albo natura, czyli widoczki plus wspomnienia. Gdzie jest ten trzeci element? Gdzie synteza? Wejście w głąb?

    Zamiast syntezy, nieustanne analizy szczegółów i komentarze do ludzkiego targowiska próżności. Przez uchylone okienko internetu wpadają próbki z całego świata, bez umiaru i bez przerwy, a ty siedź, analizuj, składaj i komentuj do upadłego. No właśnie, upadłego, bo jest w tym jakiś upadek, regres, droga powrotna ludzkiego geniuszu ku debilizmowi. W opowiadaniu Kinga Telefon pana Harrigana jest takie fajne porównanie sieci do „pękniętej rury wodociągowej”, z której informacje „chlustają jak nieczystości”. Leci wszystko jak leci, cała rzeczywistość wpada w informacyjny wir i wylatuje z drugiej strony w postaci… no, wiadomo czego. Jak prymitywny beztlenowiec siedzę u wylotu rury i łykam to wszystko, próbując przetrawić.

    22 maja 2020 (20379 zarażonych, 973 zmarłych)

    Chyba to zbyt mętne ( z rury lecą substancje zasadniczo mętne), więc spieszę z przykładem. Obiegła media wypowiedź piosenkarki i celebrytki Edyty Górniak, że dopóki żyje, nie pozwoli się zaszczepić, ponieważ szczepionki są niepewne i w ogóle be. Nie dodała logicznie, że jak już nie będzie żyła, to również się nie zaszczepi, bo nie będzie po co. Cała wypowiedź pełna była bezsensów, ale za to zbudowanych na realnym odczuciu strachu, niepewności i podejrzliwości, że ktoś całym tym pandemicznym biznesem zarządza dla własnej korzyści. Tu również należałoby dodać logicznie, że podejrzany interes teorii spiskowej zawsze przynosi korzyści komuś innemu, bo gdyby przynosił mnie, nie byłoby spisku i wszystko byłoby w porządku. Wielu innych gigantów interpretacji wypowiadało się w podobnym duchu, na czele z naszymi antyszczepionkowcami. Kiedyś tu pisałem, że nieco przycichli, ale teraz, gdy poczucie zagrożenia osłabło, znowu podnieśli głowy i gardłują. Z faktami konfrontować się nie chcą, ale gardłują. Z pękniętej rury znów wali na całego.

    www.unsplash.com/Dimitri Houtteman

    Różne wali z rury. Właśnie czytam o niejakim „Turku” z Zatoki Sztuki w Sopocie, którego nie można wsadzić do aresztu, choć jest hersztem bandy, ciężkim przestępcą i dowodów prokuratura ma aż nadto. Nic się nie da zrobić. Dla kontrastu burmistrz Szprotawy od siedmiu miesięcy siedzi w areszcie bez żadnych dowodów, w każdym razie nikt ich obronie ani sądowi nie przedstawił. Na jakiej podstawie sąd znowu przedłużył areszt o dwa miesiące – nie wiadomo. Ktoś kiedyś mnie pytał, dlaczego policja i sądy mają w moich powieściach takie ponure i nieprzyjemne oblicze. Właśnie dlatego. Andrzej Krzycki ma problem nie tylko ze sobą, ale i ze światem, i żadne tłumaczenia w rodzaju „chłopie, zawsze tak było” do niego nie przemawiają. Było i nie było. A nawet jeśli było, to nie powinno być. Możesz brać udział w zawodach nurkowania w szambie, ale możesz się odwrócić i odejść, wcześniej wziąwszy prysznic. Są ludzie, którym brud przeszkadza dosłownie, fizycznie, budzi najzwyczajniej wstręt. Krzycki do nich należy.

    Można prościej. Wkurza go, że się używa policjantów do karania garstki protestujących, a na szczytach lecą przekręty na gigantyczną skalę. Że jeden minister wyciska z publicznych środków ciężkie miliony dla własnej rodziny, a drugi minister wysyła policję przeciwko obrońcom porządku prawnego w Polsce. Zresztą minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Obaj z dostojnymi minami i bez żenady plotą dęte komunały do mikrofonów, jakoby państwo, naród, obywatele, społeczeństwo… Szukam iskierek pogardy w ich oczach (jedne zimne, drugie przekrwione) i niestety znajduję. To już nie jest zwykły przekręt, to urąganie elementarnemu odczuciu przyzwoitości i człowieczeństwa. Obaj są zdeklarowanymi katolikami, jakby co.

    Wiem, wiem, „chłopie, zawsze tak było”. Ale wkurza. I co mam zrobić? Wracam do szukania dystansu. Tropię myśl, której mógłbym zaufać. Znajomy przysłał mi filmik z fragmentem rozmowy z księdzem profesorem Józefem Tischnerem, bodajże w Telewizji Kraków. Początek lat dziewięćdziesiątych. Porażające trafnością słowa z ust jednego z nielicznych przedstawicieli polskiego Kościoła, do którego żywię wielki szacunek. Posłuchajcie:

    Dzisiaj podnosi głowę, daje o sobie znać terroryzm prawicowy. I uważam, że to jest jakieś niebezpieczeństwo, bo ten prawicowy terroryzm ma bardzo często gębę pełną religii. On się legitymizuje szlachetnymi, pięknymi wartościami chrześcijańskimi. I kusi Kościół. To jest wielka pokusa pod adresem Kościoła. Ma bardzo piękne obietnice, a pech chce, że ja znam trochę historię, a szczególnie ten okres „romansu” Kościoła z hitleryzmem w Niemczech. I ostrzegam, ale nie po to, żeby obrazić, tylko po to, żeby przemyśleć.

    Nie wygląda na to, żeby ktoś w polskim Kościele to przemyślał. Chyba tylko ci, którzy z niego odeszli. Natomiast mamy fenomenalną okazję obserwować, jak z mrocznej strefy wyłaniają się mechanizmy łączące prawicę, Kościół i przemoc. Ksiądz Tischner w zasadzie nie powiedział niczego odkrywczego; po prostu głośno nazwał to, co widział. A wgląd w sprawę miał od środka.

    Chyba nie jestem prawdziwym ateistą. Gdybym był, sprawy Kościoła katolickiego w Polsce aż tak by mnie nie obchodziły. Jego brudne interesy wrzuciłbym w pojemny dyskurs polityki, władzy i żądzy posiadania, czym łatwiej uwolniłbym się od niego uciekając, dajmy na to, w dobrą literaturę. Niewierzącego nie denerwują przekręty kleru bardziej niż przekręty gangsterów, czy ministrów zdemoralizowanej władzy. Ale mnie obchodzą głębiej, do bólu, aż do rdzenia najprostszych odruchów moralnych, jak uczciwość, przyzwoitość, prawdomówność, szczerość. Tak jak to czuje człowiek oszukany przez przyjaciela, któremu zaufał. Chyba to boli najbardziej – że czuję się oszukany w całej tej pokrętnej gadce o Bogu i religii, która sprowadza się do gadki o pieniądzach i wpływach. Nie tak miało być. Kapłan to pośrednik w rytuale, przewodnik i pomocnik, a nie sprytny agent od nieruchomości. Dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której aby wytrzymać z polskim Kościołem, musisz pozbyć się pewnych odruchów moralnych, stępieć, znieczulić się na hipokryzję i cynizm specjalistów od wyłudzeń majątkowych, przebranych za kapłanów. Do tego dochodzi jeszcze głupota głoszonych poglądów i wtedy już jest całkiem rozpaczliwie. Boli mnie to okropnie, bo wychowałem się na polskiej wsi i niedzielna msza w kościele była dla mnie bardzo ważna.

    No i proszę, przez Tischnera wylądowałem w środku Opowieści o Wielkim Inkwizytorze Iwana Karamazowa…

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Skarżą się Czytelniczki, że ponurak jestem w tym dzienniku i wszystko widzę czarno. Optymizm, człowieku, optymizm! Rafał Trzaskowski zastąpił Małgorzatę Kidawę Błońską na pozycji kandydatki/ta KO na prezydentkę/ta! Nie znam gościa specjalnie, nie wiem, co właściwie wielkiego zrobił i w czym przebija Dudę, ale wygląda atrakcyjnie. Nienagannie. Tak nienagannie, że przypomina trochę lustrzane odbicie Morawieckiego. Oraz Dudy. Nosi identyczne garnitury i dłonie do zdjęć układa tak samo. I dobrze, bo znaczy że może zdoła dotrzymać pola. Ale i niedobrze, bo prosty lud będzie miał kłopot z odróżnieniem. Nie takie trudności nasz lud rozwiązywał przez zaniechanie myślenia i zdawanie się na odruch (bynajmniej nie moralny), więc i tu może machnąć ręką. Świadomy wybór zdecydowanie przekracza kompetencje intelektualne post-pańszczyźnianego narodu, w czym dostrzegam mur nie do przebicia dla demokracji obywatelskiej. Ten najbliższy wybór również będzie pozbawiony świadomości i zdany na odruchy. Wiem co mówię, wychowałem się na polskiej wsi. A jeśli tak, to podobieństwo kandydatów działa na korzyść Trzaskowskiego. Zatem – optymizm!

    23 maja (20838 zarażonych, 990 zmarłych)

    Komentowanie tekstów dziennikarskich nie należy do szczególnie wystrzałowych inicjatyw intelektualnych, na co sam tu nieraz burczę. Tym razem jednak jestem pod wrażeniem. Stanisław Skarżyński w „Wyborczej” porażająco trafnie zdiagnozował istotę problemu naszego kraju pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, a zwłaszcza Prezesa. Rzecz nie w błędnym rozpoznaniu takiego czy innego faktu, czyli w zwykłej niedoskonałości, ale w ignorowaniu faktów w ogóle. Rzeczywistości zewnętrznej można nie widzieć, nawet z niechęcią odwracać od niej głowę, wielu tak czyni. Do konfrontacji jednak prędzej czy później musi dojść. Jeśli pędząc samochodem ignorujesz mur, który przed tobą wyrasta, to się o niego rozwalisz. Proste do bólu. A mimo to psychotyk w rodzaju Kaczyńskiego zajadle broni się przed logiką faktów i pal licho, gdyby to były jego prywatne sprawy. Facet rządzi Polską, czyli nami. Wszyscy ponosimy konsekwencje jego urojeń, czego przykładem katastrofa smoleńska oraz ostatnie wybory/niewybory. Skarżyński przenikliwie łączy je w jedno:

    To, że 10 maja w Polsce były wybory, których tak naprawdę nie było, to dla Polski jako demokratycznego państwa prawa kompromitacja tego samego rzędu, co katastrofa smoleńska – oznaczają bowiem te niewybory, że w Polsce nie działają żadne bezpieczniki i że jako państwo nie jesteśmy w stanie reagować na rzeczywistość na poziomie najważniejszych jego instytucji. Rząd, Sejm, prezydent, większość parlamentarna – to są wszystko wydmuszki, skoro żadna z tych instancji nie ma punktu styku z rzeczywistością. W efekcie te miliony wydrukowanych bez żadnej podstawy prawnej kart wyborczych, na których jest wymyślona przez kogoś pieczęć, a które zalegają w jakimś magazynie Jacka Sasina, to jest część tej samej kolekcji polskiej głupoty, co leżące od dekady na lotnisku w Smoleńsku szczątki tupolewa.

    Dodałbym: i tej samej głupoty, która już nieraz doprowadziła Rzeczpospolitą do upadku. W tym sensie szczątki tupolewa to metafora dramatyczniejsza, niż się wydaje.

    Państwo-wydmuszka. Twoja ojczyzna. Czy może coś boleć bardziej? Zafundowaliśmy sobie kraj pozorny, iluzję państwa, którego władza wszelkimi sposobami dąży do wyeliminowania z jego mechanizmów wszelkiej normalności. I skuteczności, bo oni są rozpaczliwie nieskuteczni. Zwyczajnie nie umieją, choć krzyczą bez przerwy, że są we wszystkim najlepsi, a poprzednicy byli gorsi. Sorry, nie byli. Widać gołym okiem.

    Dalej Skarżyński:

    …nie ma takiej filozofii politycznej, która opiera się na ignorowaniu rzeczywistości jako całości. A to właśnie pokazały wybory 10 maja: prezes PiS-u nie ignoruje wybranych aspektów rzeczywistości, ale świat faktów w ogóle, jako taki: czy jest to Konstytucja RP, czy kodeks wyborczy, czy aerodynamika lotnicza, czy działanie takich instytucji jak Poczta Polska.

    Zderzenie ze światem należy do arsenału doświadczeń psychotyka. Nie widzi on różnicy między realnym a urojonym, co zakłóca mu odbiór podstawowych sygnałów napływających z zewnątrz. Jego rzeczywistość ograniczona jest do wewnętrznego monologu, niekończącej się, zapętlonej narracji: ja, moje, według mnie, o mnie, ja, dla mnie, uważam że, ja, moim zdaniem, mnie się wydaje – ja, ja, ja… Paniczny lęk przed konfrontacją z faktami daje poczucie złudnego komfortu. Mówiąc bez przerwy, nie muszę słuchać. Nie powinienem słuchać, bo mi zewnętrze jeszcze powie prawdę i będzie katastrofa. Gadać i gadać, starając się za wszelką cenę nie spojrzeć w lustro. A katastrofa i tak będzie, bo fakty do głosu dojść muszą. Samochód się roztrzaska o ścianę.

    Proste. I jednocześnie takie trudne! Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego Kaczyńskiemu tak skutecznie udaje się rozsiewać tę paranoję i zyskiwać poklask, doszedłem do wniosku jeszcze bardziej porażającego: ponieważ on nie jest sam. Wspieramy go wszyscy! Fakty w ogóle są w odwrocie. Króluje narracja wsobna typu „ja, ja, ja”, a media społecznościowe ciężko pracują na to, by jak najdłużej nie następowała konfrontacja z faktami (co jest zaprzeczeniem uczciwej informacji, nawiasem mówiąc). Każde najbardziej żenujące głupstwo i najwredniejsze kłamstwo są wygłaszane na równi z wiadomościami „normalnymi” (jest jeszcze coś takiego?) oraz wszelkiego rodzaju promocjami i reklamami. Twierdzenia rzeczowe i mądre przemykają gdzieś opłotkami jak nielegalni imigranci. Nowy Świat internetu – imperium współczesności! – jest królestwem bredni i bełkotu, gdzie wielkość mierzy się stopniem zbiorowej fascynacji, a nie stopniem logiki czy innej „zgodności rzeczy z intelektem”. Sprawdzamy internet nie po to, by się czegoś nauczyć, dostrzec zgodność, trafnie zinterpretować, ale by poszukać opinii podobnych do naszych i natychmiast się dołączyć. Gadać. Jarać. Ja, mnie, moje, według mnie. Nieważne, czy to prawda, czy sobie uroiłem, ważne, że inni podchwycili. Jeśli tak wygląda internetowość nasza codzienna, to dlaczego mielibyśmy nie podziwiać Kaczyńskiego, który jej podstawowe wyznaczniki opanował do perfekcji? On jest taki jak my wszyscy, tylko wyciągnął dalekosiężne wnioski. Nie ma nic, tylko ja! Ja! JA! Gadać, gadać, byle nie słuchać. Jak my wszyscy, którzy żyjemy w wirtualnej rzeczywistości psychotycznej i czerpiemy satysfakcję z bezkarności wobec faktów. A ściana coraz bliżej, i bliżej, i bliżej…

    Dlatego, Zajas, masz problem z formą. Chciałbyś się wyrwać z tej pajęczej sieci, ale tylko się szamoczesz i grzebiesz w niej jak menel w kontenerze. Natura? Owszem, to jakieś rozwiązanie, ale nie tak łatwe, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Literatura? Sięgam, czytam i odkładam. A natura i literatura razem? Na przykład Na wysokiej połoninie Vincenza, co zalecał Miłosz w sytuacjach podobnych do mojej. „Nie patrz tam, patrz tu”. Próbowaliście kiedyś? Jeśli nie, to poczytajcie na chwilę ze mną:

    Od pierwowieku, w wyroków noc. Piorun, las i wodospad, trzej szumni posłańcy, radeczkę radzą, jak począć trembitę. W rewaszach starowieku przekazane tak:

    Weź na trembitę suchar ze smereki, zdartej przez piorun, skruszonej piorunem. Wydrąż go w trąbę, szczelnie spleć i ściśnij łykiem z brzeziny spod wodospadu, z piany, z szumu”.

    (…)

    Z takim zamysłem sporządzona trembita, wyrzutnia dla grotów, co mają przeciąć dal, wyciąga się niezmiernie długo: trzy metry przeszło. A zbiera się, ściska w przekrój znikomy: w ustniku niespełna cal, w wydechu zaledwie trzy cale. Sucha, gładko spleciona łykiem, aż błyszcząca, leciutka, choć długa. Wytworna jak dziewczyna górska, a oporna jak gdyby niema. Człek nieświadomy gry nie wie co z nią począć, dopiero dla piersi mistrza, dla tchu wataha dostępna.

    (…)

    Gdy tam na górze, na dnie kotła skalnego, wyścielonego mchami, watah wymota z trembity nutę, co oplata dychanie jak pępowina, ogłaszając tym pierwszy wypęd na pastwiska, własność jest zawieszona. Kto dotknął trembity, ten oczyszczony, nie chce zagarnąć świata, ni mieć go dla siebie. Połonina czyja? Boga i owiec, Bóg i owce karmią wataha, pasterzy, gazdów. Watah czyj? Własny watah owiec, należą wzajemnie do siebie, boteje do wataha, watah do botejów. Wszystko wiąże trembita, ściąga struną wiatrową od nieba do ziemi.

    Trudne. Czytam jeszcze raz i wydaje mi się, że coś zaczyna się z czymś łączyć, jedno wskazywać zwiewną dłonią na drugie, jakbym był na niewyraźnym tropie do zrozumienia. Gra na trembicie jako metafora twórczości? Natchnienia? Innej ziemi, do której daremnie tęsknimy? Znowu czytam. „Oczyszczony, nie chce zagarnąć świata”. Pokora. Dystans. Powoli. Myśl i czucie w jednym, a razem z nimi słowo. Wąska, górska ścieżka ku formie innej – czystszej i trwalszej – jaką jest starożytna huculska epopeja.

    Proste, a tak cholernie trudne!

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (53-57 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    10 maja 2020 (15996 zarażonych, 800 zmarłych)

    Dzisiaj dzień wyborów, których nie ma. Ktoś zarządził, ktoś inny zaprotestował, ten się uparł, tamten nie odpuścił, ta zagroziła, tamta się spytała, co robić – skutki właśnie obserwujemy. Już pisałem w tym dzienniku, że koronawirus jest lustrem przystawionym przez naturę do gęby człowieka. Przy karcianym stoliku w melinie padło wreszcie „sprawdzam!” i ściema musi się skonfrontować z faktami. Karty na stół. Miało być wszystko, nie ma nic. Nie ma żadnego prawa, nie ma żadnej sprawiedliwości ani odpowiedzialności, nazwa rządzącej partii jest zarazem treścią aktu oskarżenia. Można kłamać w zaparte, do upadłego, zarzekać się i zapluwać w ukradzionej Polakom telewizji publicznej, ale głupia decyzja jest głupią decyzją, a jej głupotę właśnie oglądamy za oknami. To znaczy nie oglądamy, bo listonosz z „pakietem wyborczym” nie przyjedzie. Do tej głupoty można dopisywać kolejne uszczegółowienia (arogancja, tchórzostwo, prywata, warcholstwo itd.), ale nie będę się tym zajmował. Kto zna z grubsza historię Polski, sam sobie pokoloruje rysunek.

    Żal i smutek, bo walczyliśmy o niepodległość i wolne wybory, o nasze państwo, dom, w którym będziemy się rządzić po swojemu i to będzie dobre. A teraz się okazało, że walczyliśmy o to, by rządzili nami Kaczyński, Ziobro i ksiądz Rydzyk (bo jednak prezydent, premier i marszałek sejmu to tylko figuranci, co już samo w sobie brzmi jak zdrada narodowa). I pozwoliliśmy, żeby z wolnych wyborów zrobili pośmiewisko. Polsko moja nieszczęsna, co się dzieje? Czy najlepsze dzieci swoje musisz obrażać i opluwać, a całe podwórko oddawać najgorszym? Czy twoja wolność musi się zawsze kończyć narodową tragedią? Bo że brniemy ku tragedii, jakoś nie wątpię.

    13 maja 2020 (17062 zarażonych, 847 zmarłych)

    Zrobiłem przerwę w zapiskach, by odetchnąć. Złapać dystans i oprzytomnieć. Odreagować absurd niewyborów. Poszukać punktu zaczepienia dla nadziei na przyszłość (kiedyś nie musiałem, przychodziła sama, była ze mną). Rozkopałem ogródek i zamieniłem niepotrzebne już szambo na zbiornik na deszczówkę, żeby się jakoś przygotować na zmiany klimatyczne. Sympatyczny operator przyjechał małą, zgrabną koparką i pozwolił mi na chwilę usiąść za sterami tego cuda, więc miałem zabawę ryjąc łyżką własny trawnik. Dwie gąsienice pod butem przypomniały mi dawne czasy wojska, gdy jeździliśmy czołgami na poligonie. To dopiero była frajda! Czterdzieści ton, siedemset koni mechanicznych, armata 100 mm – było czym poszaleć. „Gaz do dechy i wypuszczam TAD” – śpiewaliśmy parodiując Franka Kimono. TAD to była Termiczna Aparatura Dymotwórcza, czyli dodatkowy wtrysk ropy do silnika, żeby zamaskować pojazd kłębami czarnych spalin. Tak, tak, armia jest bardzo przyjazna środowisku. Gdzieś jeszcze w starych papierach mam dokument uprawniający do prowadzenia wojskowych pojazdów gąsienicowych, czyli jakby prawo jazdy na czołg.

    www.unsplash.com/Gerold Hinzen

    Chciałem uciec, ochłonąć, ale życzliwi przyjaciele zniweczyli me próby i przysłali mi „list pasterski” nowego ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Oficjalne pismo rozpoczyna się mottem z Jana Pawła II, w środku jest przetykane cytatami z Jana Pawła II, a na końcu zawiera apel o godne uczczenie rocznicy urodzin Jana Pawła II. Nie wiadomo, do kogo jest dokładnie adresowane, ponieważ adresata brak, a inicjalny zwrot grzecznościowy brzmi: „Magnificencje, Szanowni Państwo Dyrektorzy”. Które magnificencje i jacy dyrektorzy – nie wyjaśniono, a z treści wynika, że chodzi raczej o całą społeczność akademicką. Na ile zdołałem się wczytać w to curiosum, pan minister mówi, że obejmuje urząd w trudnych czasach i liczy na współpracę środowisk naukowych w zwalczaniu pandemii. Przede wszystkim jednak liczy na wsparcie Ojca Świętego, którego mądre myśli będą dla pana ministra ważnym drogowskazem. Na przykład taka: „Społeczeństwo oczekuje od swych uniwersytetów ugruntowania własnej podmiotowości (…). Z tym też jest ściśle związany wymóg wolności akademickiej”. Ministrowi nauki nie przychodzi przy tym do głowy, że deklaruje wolność akademicką i szacunek dla „własnej podmiotowości”, a zarazem czyni to w jednym określonym dyskursie wyznaniowym, tak się składa, że w tym kraju zdecydowanie dominującym. Inaczej rzecz ujmując, w języku hegemona wypowiada się o wolności i swobodzie. Gdyby w swoim liście powołał się wyłącznie na Marksa, albo wyłącznie na Koran, byłby skandal, że się narzuca jeden światopogląd. Ale powołanie się na JP II nie jest skandalem ani żadnym narzucaniem poglądów, tylko szlachetnym wezwaniem do „zachowywania wierności akademickim ideałom”.

    Cała ta wzniosła gadka zmierza do finału: macie godnie uczcić rocznicę urodzin Jana Pawła II. Minister od nauki zachowuje się i przemawia do elit intelektualnych kraju nie jak naukowiec i profesor, ale jak parafianin wiszący na klamce u księdza proboszcza. Dla niego „wolnością akademicką” są obrzędy na cześć katolickich świętych, a „ugruntowanie własnej podmiotowości” polega na bezwstydnym podlizywaniu się biskupom. Trudno sobie wyobrazić większe zniewolenie i służalczość, nie mówiąc o obrażaniu wszystkich tych ludzi nauki polskiej, którzy katolikami nie są i których rocznica śmierci Jana Pawła II obchodzi dokładnie tyle samo, co rocznica śmierci Marcina Lutra czy szamana Pajutów Wovoki. Albo mniej. Jako żywo, przypominają się przedwojenne sanacyjne okólniki słane do urzędników w całym kraju z zaleceniami, jak obchodzić rocznicę śmierci Marszałka. Zresztą też JP.

    Jest gorzej. Człowiek kierujący ministerstwem nauki na wstępie rezygnuje z naukowego myślenia i radośnie deklaruje przywiązanie do swej religijności katolickiej. Albo jest to prostacki koniunkturalizm, formułka na pokaz, podobna do niegdysiejszych deklaracji światopoglądu socjalistycznego u PRL-owskich partyjniaków – albo fundamentalna niekonsekwencja logiczna. Jeżeli nauka ma być wolna i autonomiczna – jak chce pan minister – to nie można jej pętać przywiązaniem do wiary. Jakiejkolwiek. Albo jedno, albo drugie. Nie da się być wyznawcą takiej czy innej religii, wierzyć w Boga jako depozytariusza Prawdy, i jednocześnie być naukowcem poszukującym tejże prawdy w poważnych badaniach. Wszak odpowiedzi są gotowe i podane w słowach Chrystusa: „Ja jestem Prawdą i Życiem”. Mieszanie tych dwóch porządków jest i błędem, i wykroczeniem. Bynajmniej nie zabraniam prof. Murdzkowi wierzyć i praktykować taką czy inną wiarę, to jego prywatna sprawa. Natomiast jeśli deklaruje coś takiego głośno i oficjalnie jako obejmujący swój urząd minister, tym samym wprowadza czynnik religijny do paradygmatu naukowego. Inaczej mówiąc, na każdą trudną i niejednoznaczną kwestię musi odpowiadać za pomocą prawd wiary, a nie prawd nauki. A one często się kłócą, jak wiemy choćby z Romantyczności Mickiewicza. No, chyba że nie jest naprawdę wierzący, tylko na pokaz, co u katolików stanowi przypadłość nader częstą.

    www.unsplash.com/Jorge Zapata

    Jest jeszcze gorzej. Odbiorcy listu pasterskiego pana ministra, którzy dzielą się z natury rzeczy na katolików i niekatolików, zostaną w tym podziale umocnieni i skonfliktowani. Katolicy dostaną narzędzie do rozpychania się łokciami za pomocą cytatów z JP II, które – zgodnie z wolą ministra – są drogowskazem i skarbnicą wiedzy o tym, co i jak należy czynić. Natomiast niekatolicy nie będą mogli się bronić, dokładnie z tego samego powodu: ponieważ autorytet Ojca Świętego jest niepodważalny. Biorąc przykład z mojego podwórka: dyskusja wokół wielkości poezji Karola Wojtyły kończy się tam, gdzie się zaczyna, to znaczy na stwierdzeniu, że był Wielkim Polakiem i jest święty. Jakakolwiek rzeczowa krytyka tej twórczości prędzej czy później (raczej prędzej) zderzy się ze światopoglądem katolickim, który zabroni krytyki na mocy dekretu, że „był Wielkim Polakiem i jest święty”. Minister nauki właśnie dodał do tego dekretu jeszcze jeden paragraf, mianowicie rządowy nakaz czczenia.

    O tym, że przestaliśmy być państwem neutralnym światopoglądowo i zaczęliśmy być państwem religijnym, skrzeczą już wszystkie sroki w Grobianach i okolicy. Jeśli jednak wydawało nam się, że wystarczy oddać trochę Kościołowi i będziemy mieli spokój, to popełniliśmy błąd naiwności. Prawdziwy hegemon – a tak postrzegam dzisiaj pozycję Kościoła katolickiego w Polsce – nie zadowala się częścią. Chce mieć wszystko. Taka jest jego natura. Chodzi o naukę, pewnie, jest tam trochę pieniędzy do zgarnięcia na granty badające, dajmy na to, kolory witraży w katedrze przemyskiej, albo patriotyczne aspekty kaznodziejskiej działalności księdza Piotra Skargi. Albo poezję Karola Wojtyły. Bardziej jednak chodzi o władzę jako taką. Mieć uległego i służalczego ministra, takiego ministra–ministranta, którego głównym zadaniem będzie coniedzielne służenie do mszy, to umacniać władzę katolickiego dyskursu w rządzie. Zajmować terytorium. Rozszerzać wpływy. Których, jak doskonale wiadomo z historii, Kościół już dobrowolnie nie odda. I to jest najgorzej.

    No i tyle mojego dzisiejszego łapania dystansu…

    14 maja 2020 (17615 zarażonych, 883 zmarłych)

    Deszcz jak na zawołanie. Mogę od razu sprawdzić działanie mojego systemu gromadzenia deszczówki. Leci. Ciurka. Napełnia się. Nie myślałem, że tyle radości sprawi mi łapanie deszczu do podziemnego zbiornika! Zdecydowanie lepsze to niż łapanie dystansu. Dobra, jadę po pompę do brudnej wody.

    Wróciłem z centrum. Pamiętacie sceny z opuszczonego niemieckiego miasta w filmie Prawo i pięść? Trochę coś podobnego, tylko szyby niepowybijane (jeszcze?) i zamiast starych gazet po chodnikach walają się maseczki i foliowe rękawiczki. Jakieś sklepy otwarte, w księgarni na Podwalu kupiłem nawet książki, bo pusto było i przytulnie, poza tym chciałem dać chwilę radości przygnębionym sprzedawczyniom. Niektóre restauracje na Rynku czynne, tylko ludzi nie ma w środku. Smutny kelner przez ogromną szybę patrzy na pojedynczych przechodniów, z których żaden raczej na obiad nie wstąpi, bo i niebezpiecznie, i wszyscy oni tutejsi, obiad mają w domu. Piwogródki spiętrzone w piramidy ze stolików i krzeseł, i pospinane łańcuchami, też trochę jak wyrzucone przez okno mienie poniemieckie. No, tu raczej poaustriackie. Wolno i majestatycznie mija mnie policyjna furgonetka, dwaj funkcjonariusze pilnie przypatrują się obywatelom. Ciekawe, czego u nas szukali? Braku maseczek? Nieprzestrzegania odstępów? Po to drugie wystarczy pojechać do Castoramy, bo tam widziałem tłumek w środku i drugi tłumek w kolejce przed wejściem. Połowa ludzi bez masek. Strach popuścił, wróciło chojractwo.

    Te pustki nie wróżą dobrze. Otwarcie sklepów jeszcze nie przywróci normalności, w każdym razie nie wszędzie. Po jedzenie i ciuchy ludzie jeszcze pójdą, ale po książki to raczej nie. Łatwo je zamówić przez internet, bez narażania się. Ci od książek mają statystycznie odrobinę wyższy współczynnik inteligencji (jestem naiwny?)od przeciętnej narodowej, więc i ryzyko widzą trochę lepiej, dlatego nie przyjdą. Czyli księgarnie do zamknięcia. Wobec braku turystów cały restauracyjny kram wokół Rynku mógłby przetrwać tylko wówczas, gdyby Polacy się rzucili do jedzenia na mieście, ale tego również nie zrobią. Ci od 500 plus i tak tu nie chodzą, a ci lepsi albo z powodu kryzysu właśnie przestali być lepsi, albo siedzą po domach i praktykują „Gotowanie na ekranie”, czy inne „O kotlecie w internecie”. Czyli knajpy też do zamknięcia.

    Szczególnie zabolał mnie brak wózka z obwarzankami na rogu Grodzkiej i placu Wszystkich Świętych (pod Wydziałem Kultury UMK). Te były najlepsze, a sprzedawał je starszy pan z zagadkowym spojrzeniem, którego nigdy nie umiałem rozgryźć. Od lat się zatrzymuję i kupuję zawsze te same (z solą i sezamem), ale do dzisiaj nie wiem, czy mnie kojarzył, nie mówiąc o lubieniu. Ciekawe, czy wróci. Zresztą, nawet gdyby dzisiaj stał, i tak bym nie kupił…

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag

    Ciekawe, czy wróci. Wszystko. Czyli ciekawe, co nie wróci. Bo przecież ta odruchowa reakcja obronna, żeby nie kupować, w skali kraju przyniesie dramatyczne zniszczenia. Już słyszę od młodych ludzi, że stracili pracę, mieszkanie, że siedzą u rodziców w domu i zastanawiają się, czy i kiedy wrócą. I do czego.

    Ciekawe, czy wróci. Koronawirus. Na razie jakby odpuścił, cofnął się, choć może to być efekt osłabienia jego promocji w mediach. Coraz buńczuczniej pokrzykujemy, że to była jedna wielka ściema, mistyfikacja i brudna zagrywka wielkich tego świata, oczywiście żeby znowu nas oszukać i wycyckać z ostatnich pieniędzy. Ktoś gdzieś umiera, jak zawsze, nie ma tu żadnej wielkiej tragedii, o pandemii nie wspominając. Polacy, nic się nie stało. Chromolić te głupie maseczki, bierzemy się za imprezowanie, bo tu dużo do nadrobienia jest, pół wiosny już zmarnowane. Dwa kilo kiełbasy grillowej poproszę i zgrzewkę piwa. Nie, tą dużą, dwadzieścia cztery. Benek, kup jeszcze fajki!

    A on się przyczaił. Czeka. Kiedy siedzieli w domach, nie miał co robić. Ale wyjdą. Już wychodzą. Bez maseczek i zbici w ciasne stadka. Przepysznie. Dropsik, spokojnie, nie zacinaj za wcześnie. Jeszcze, jeszcze… już! do roboty!

    Pompy zanurzeniowej do brudnej wody nie kupiłem. Castorama pełna ludzi, w połowie parkingu nawróciłem. Zamówię przez internet.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (49-52 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    5 maja 2020 (14431 zarażonych, 716 zmarłych)

    Pandemia koronawirusa w zastanawiający sposób połączyła kilka aktualnych tematów w jeden. Ekologia, zmiany klimatyczne, rabunkowa eksploatacja planety, kryzys ekonomiczny, nadmierny przyrost populacji ludzi, migracje, podbój kosmosu – wszystko to zbiegło się w jedną solidną opozycję: człowiek – natura. Trochę zapomnieliśmy o tym fundamentalnym przeciwstawieniu, skupieni na podboju, postępie technologicznym i mnożeniem prywatnych stref komfortu, choć jest on mocno wpisany w założycielski tekst naszej cywilizacji zachodniej, czyli Biblię. Wydawało się, że trochę ruchów ekologicznych plus doraźne zbiórki na ratowanie ginących gatunków i protesty w obronie lasów wystarczą. Nie wystarczą. Natura to nie parę drzew i siedzących tam wśród gałęzi zwierzątek, tylko system. Zniszczenie ram zapewniających jego równowagę prowadzi do zmiany nieodwracalnej, a więc i dotychczas nieznanej. Stąd zaskoczenie z powodu przebiegłości koronawirusów, choć powinniśmy być na nie przygotowani od dawna, skoro pierwsze szczepy zostały opisane w latach 60. XX wieku. Zaskoczyła nas nie sama epidemia, tylko poczucie niepewności i braku rozeznania w czymś, co wydawało się już znajdować pod naszą całkowitą kontrolą.

    Kiedy o tym rozmyślam, wciąż dochodzę do tego samego wniosku, że problemem tu jest człowiek. Nie wiem za bardzo, co z tym wnioskiem zrobić, bo trudno apelować o globalne samobójstwo człowieka dla ratowania natury, trudno też stawiać na dalsze mordowanie natury w imię postępu człowieka. Trzeciego wyjścia nie widzę, bo pokojowe współistnienie nie wchodzi w grę. Z pokojowym współistnieniem zrobiliśmy mniej więcej to, co PiS z demokracją: wykorzystaliśmy dla zdobycia i utrzymania władzy. Tymczasem okazało się, że władza nad Ziemią wiąże się nie tylko z przyjemnością używania, ale i z odpowiedzialnością. Inaczej mówiąc, poszaleliśmy w knajpie, teraz trzeba zapłacić.

    7 maja 2020 (15047 zarażonych, 755 zmarłych)

    Obiecywałem sobie, że dam spokój, ale co się dzisiaj wydarzyło w polskiej polityce, jest ponad wszelką miarę. Porozumienie Gowina z Kaczyńskim w sprawie przesunięcia wyborów na lipiec wieńczy dzieło ośmieszania demokracji i praworządności w Polsce. Dwóch szeregowych posłów decyduje o całym porządku prawno-konstytucyjnym państwa, umawiając się jak mafiosi przy kolacji, rytualnie przy tym zwalając winę za wszystko na opozycję. Za pomocą prywatnego komunikatu dyktują, co mają robić najwyższe organy władzy państwowej: marszałek Sejmu RP, Sąd Najwyższy oraz rząd. Łojenie w meliniarskiego dupniaka trwa, noże latają, co uczciwsi chcieliby opuścić spelunę, ale wciągnięto ich w grę i siedzą z minami obrażonych ofiar (Kidawa-Błońska). Ścierają się ze sobą takie, śmakie i owakie interesy – brane są pod uwagę wszystkie, oprócz interesu publicznego. Bo koronawirus do lipca nie zniknie, groźba zarażenia przy powszechnym głosowaniu korespondencyjnym pozostanie, a twierdzenie, że Andrzej Duda musi zostać prezydentem na drugą kadencję, brzmi jak parodia interesu publicznego. Jakiś czas temu pisałem w tym dzienniku, że nie mam zaufania do teatralnego rozdzierania szat przez Gowina, który zaliczy parę lajków, a potem wstanie, zapnie guziki na piersi, otrzepie spodnie z kurzu i wszystko wróci do normy. Właśnie wraca. Przy czym tą normą jest dyktatura jednego narcystycznego psychola.

    Zapewnieniami o nieuchronności wyborów majowych władza zrobiła z siebie – całkiem zasłużenie – zespołowego kompletnego durnia. Marszałek Sejmu rozgląda się z lękiem, kogo by tu spytać, co ma robić. Prezydent (Prezydent RP!) o niczym nie wie i w pseudopublicznej pseudotelewizji bierze udział w pseudodebacie pseudokandydatów, którzy nie mają pojęcia, czy i kiedy wybory się odbędą. Premier rządu w ogóle udaje, że to nie jego interes i ma ważniejsze sprawy na głowie. Jeśli ktoś wciąż jeszcze będzie przywiązywał wagę do deklaracji i decyzji tej władzy, również wyjdzie na durnia i to na własne życzenie. Kompromitacja poszła na cały świat. Polska ma teraz gębę Sasina z fryzurą Witek. Ciekawi mnie, jak oni to wpiszą w narrację o wstawaniu z kolan. Proponuję następujący sylogizm: osioł, kiedy wstanie z kolan, nadal jest osłem, tylko jego ośle uszy lepiej widać.

    www.unsplash.com/Kate Macate

    Jakiś poseł od Gowina krzyczał, że „zwyciężyła Polska” i on chciałby za to podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu. A opozycja jego zdaniem znowu nie chciała przyłożyć ręki do jedynego dobrego rozwiązania, jakim będą „wolne i demokratyczne” wybory. Nie wiem, czy to bardziej bezwstydne lizusostwo, czy bezwstydna propaganda zidiocenia. Skąd on to w ogóle wie? Przecież wszystkie prawnicze autorytety głośno powtarzają, że jest dokładnie odwrotnie: takie wybory nie będą ani wolne, ani demokratyczne, ani powszechne. W ogóle nie będą wyborami. A konstytucja właśnie została po raz kolejny sponiewierana. Na jakiej podstawie on wygłasza takie twierdzenia? Czy bezwstyd władzy naprawdę już nie ma granic? Może coś tłumaczy fakt, że ten poseł nazywa się Wypij.

    Powszechne odchodzenie od rozsądku i krytycznego myślenia to klęska całego systemu edukacji w tym kraju, a więc i moja własna. Tak przynajmniej powinienem uważać, skoro zaliczam się do grupy zawodowej nauczycieli akademickich. Cóż, kiedy procesy erozji zachodzą w samej relacji nauczyciel – uczeń, która od sytuacji: ja mówię, ty słuchasz ewoluuje do sytuacji: ja mówię, ty dajesz lajka. Albo nie. Z punktu widzenia efektów dydaktycznych to niesłychanie trudna sprawa! Jesteś lajkowany nie za mądrość swoich twierdzeń, lecz za rodzaj i diapazon emocji, jakie twoje mówienie wywołuje. Uau, super! Błee, nuda. To są dwie podstawowe reakcje uczniów na płynącą do nich wiedzę. Dokładnie takie same, jakimi posługują się na co dzień w internecie. Ach, jeszcze lol. Czyli beka, polew, śmieszki heheszki, bo przecież życie to kupa śmiechu i odjazd total. Jak ktoś chce się posługiwać rozumem, to proszę bardzo, jego sprawa. Ja nie muszę, bo jest wolność. I proszę mi nie mówić, co jest mądre, a co głupie, bo mam internet i łatwo mogę sprawdzić. Uau, super! Błee, nuda.

    Tu wyczuwam jądro katastrofy, która nadchodzi.

    To wszystko się jakoś ze sobą łączy: pogarda władzy dla obywateli, pogarda obywateli dla myślenia, pogarda internautów dla realnego świata. Promowanie – w ramach swobody wypowiedzi – bezczelnej ignorancji, która ma tyle ważyć, co rozsądek i wiedza. Oddawanie pola durniowi tylko dlatego, że każdy ma prawo do swojego zdania. Samobójczo zupełnie brzmi niby-wolnościowa teza, że nie ma żadnych obowiązujących kryteriów prawdy, w związku z czym głupota stoi na równi z mądrością. Że nieuk ma tyle samo do powiedzenia, co intelektualista. Że bałwan może rządzić tylko dlatego, że się dorwał. A w tle to najgorsze: że chamowi trzeba się usunąć z drogi, bo może przywalić. Za tolerowanie takiej rzeczywistości politycznej się płaci. Właśnie dostajemy rachunek.

    W powieści Zdobycie władzy Czesław Miłosz umieścił postać profesora Gila, który na najkrwawszą wojnę w historii ludzkości reaguje tłumaczeniem Wojny peloponeskiej Tukidydesa. Przeżył osobisty dramat, apokalipsa wojenna odebrała mu najbliższych, został sam na gruzach byłego życia. Zamyka się w gabinecie i ślęczy nad starym greckim tekstem. Kiedyś nie rozumiałem tego pomysłu, wydawał mi się trochę sztuczny i taki artystowski. Poza intelektualisty wobec minionego i nadchodzącego barbarzyństwa. Teraz rozumiem to trochę lepiej – ten odruch dystansu, odsunięcia się gdzieś dalej, poza doraźność, na drugą stronę szerokiej doliny. Wytłumić jazgot aktualności i odejść w ciszę, gdzie będzie słychać dawne głosy, mądrzejsze od nas o śmierć i już dokonaną katastrofę. Stąd Grecy. Słowo odległe, oczyszczone przez dwa tysiąclecia wichrów, deszczów i pożóg, które tylko co najważniejsze ocalają w kamieniu. Biblioteki spłonęły, popioły po pergaminach rozproszył wiatr, piasek zasypał jaskinie przekształcone w skryptoria – a słowo zostało. Myśl wyskrobana na tabliczce i przemycona do następnej kultury, ponieważ dla jakiegoś arabskiego czy wizygockiego mędrca była ważna. Wydobył ją ze zmurszałej skrzyni, zdmuchnął kurz, przeczytał i przepisał po swojemu. Po nim następny i następny, a wszyscy oni widzieli w myśli coś znamienitszego od tego, co ich otaczało. Wszyscy oni uznali jej wyższość nad codziennością. I ja uznaję. Do niej, tej starej i sprawdzonej myśli, uciekam przed doraźnymi popisami rzezimieszków i błaznów dzisiejszych stolicy. Na nic mi nauka z ich bezeceństw płynąca. Tyle o ludziach już wiem. Wiem aż za dobrze.

    8 maja 2020 (15366 zarażonych, 776 zmarłych)

    Wczoraj wieczorem księżyc. Początek maja, chłodna i bezchmurna noc, pachną zioła. Tak było 41 lat temu, kiedy nagrałem z radiowej Trójki płytę Ricka Wrighta Wet Dream i z jej fragmentami w uszach poszedłem na wieczorny spacer na stawy. Brnąłem przez mokrą trawę i wdychałem trącone stopą kwiaty. Odurzały. To było jeszcze przed wielką przebudową zbiorników i mały staw był płytki, błotnisty, a starą groblę porastały drzewa, których gałęzie schodziły aż do wody. Pod księżycowym światłem tworzyły ciemny tunel. Na gładkiej powierzchni wody wił się złoty warkocz rusałki, wabiąc siedemnastolatka. Stałem na grobli w blasku mojej prywatnej magii – jakże sentymentalnej i lichej! A jednak tkwi we mnie do dzisiaj tamto, jak pieczęć i dowód na młodość. Na sens, który się później rozwiał.

    www.unsplash.com/Alex Blăjan

    Teraz będzie nieprawdopodobne, czyli literacko słabe, ale prawdziwe. Kiedy tak stałem na grobli zahipnotyzowany chwilą, w księżycowej ciszy i blasku złotego warkocza, z szuwarów wypłynęła łódka. Powolutku, majestatycznie, jakby czekała na widza, by wyjść z cienia na mdłe światło. Pusta. Czarna. W milczeniu sunęła przez staw, popychana nie wiem czym, ponieważ wiatru nie było. Usiadłem z wrażenia i śledziłem ją w napięciu godnym poetyckiego natchnienia, dopóki nie przemierzyła całego stawka i nie znikła wśród trzcin po przeciwnej stronie. Trwało to ze trzy kwadranse. Sam przedmiot nie był niczym dziwnym – takich smołowanych łódek używano tutaj do karmienia ryb – natomiast zdumiała mnie ostentacyjność tej parady. Performansu, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Wyruszyła z niewiadomych powodów właśnie wtedy, gdy przyszedłem i usiadłem, jakbym ją wywołał, a ona koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Obszedłem staw, chciałem do niej wsiąść, ale od tamtej strony zejście do wody było płaskie i okropnie błotniste. Poza tym była noc, a ja miałem siedemnaście lat i męska dzielność przegrywała z dziecięcym lękiem. Wracałem do domu późno i całą drogę myślałem, co łódka chciała mi przekazać. Myślę do dzisiaj. W pokoju przed zaśnięciem puściłem płytę jeszcze raz (miałem kaseciaka Thomsona i własny pokój!) i po chwili znalazłem się tam z powrotem, tylko już nie na grobli, a w łódce. Płynąłem przez staw w świetle księżyca. Obraz był mdły, blady, niewyraźny, ale widziałem – na brzegu siedział chłopiec.

    Moja angielszczyzna była wtedy bardzo słaba i nie wiedziałem, że „wet dream” można przetłumaczyć na polski jako „nocna polucja”.

    Richard Wright, legendarny klawiszowiec Pink Floyd, zmarł 15 września 2008 roku, w trzydzieści lat po premierze płyty Wet Dream. Dokładnie, co do dnia. Godna pozazdroszczenia synchronizacja. A ja od 41 lat staram się słuchać tej płyty dwa razy w roku: na początku maja i właśnie 15 września. Najlepiej kiedy w obu przypadkach świeci księżyc i jest ciepło, żebym mógł pójść gdzieś w pola po mokrej trawie, usiąść na odludziu i nałożyć słuchawki na uszy. Wrócić na łódkę zaplątaną w złoty warkocz rusałki i przepłynąć na drugi brzeg, gdzie zniknę wśród młodych trzcin. Tak po prostu.

    Chcecie morał? W 2014 roku Gilmour i Mason wydali „pośmiertną” płytę Pink Floyd pod tytułem Endless River. Takie różne ścinki z przeszłości, w tym kilka naprawdę fajnych kawałków Ricka na klawiszach. Na okładce jest chłopiec płynący łódką po morzu chmur, przed nim zachodzące słońce. Obejrzyjcie oficjalny teledysk Louder Than Words, gdzie można zobaczyć parę ujęć Wrighta. Na ostatnim macha do nas ręką na pożegnanie. Znika w trzcinach.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (45-48 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    1 maja 2020 (13105 zarażonych, 651 zmarłych)

    Pada deszcz. Taki porządny, z niebem w szare szmaty i zachodnim wiatrem, siekącym z ukosa. Beczki na deszczówkę w mig się napełniły. Gdybym na majówkę zaplanował przyjęcie z grillem w ogrodzie, tobym psioczył na czym świat stoi, że tyle czasu było pogodnie, a teraz akurat musi lać. Ale nie zaplanowałem i nie psioczę, przeciwnie, łażę po trawie na bosaka i moczę głowę wdychając mokre, liściaste powietrze. Rozładowanie napięcia. Zwilżenie suchych zmysłów. Nawodnienie wyschłego strumienia myśli. Deszcz potrafi być psychiczny, naprawdę.

    Może jednak przesadzałem z tymi biblijnymi plagami. Koronawirus jakoś przycichł, lęki i mroczne wizje zastąpiła nuda, po niedzieli otwieramy galerie i biegniemy znowu kupować. Już tłumy klęczą w starterach z napiętymi ścięgnami, w poniedziałek rano chorągiewka w górę i lecimy. Media obiecywały, że po pandemii będą jakieś straszliwe obniżki cen i wyprzedaże wszystkiego prawie za darmo, więc chętnych nie braknie. Oby nie doszło do rękoczynów. Susza również spuściła z tonu, pada deszcz, rzeki pewnie wkrótce się napełnią i dziennikarze przestaną się włóczyć z kamerami po wyschniętych korytach, biadoląc nad klimatyczną katastrofą. Pożary pogasły i podobno nie wyrządziły takich szkód, jakich się obawiano. Może faktycznie przesadzałem z tymi apokaliptycznymi wizjami. Bajania o końcu świata raz pasują do świata lepiej, raz gorzej. I tak jest od zarania dziejów.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Erik Kossakowski

    Wczoraj byłem na chwilę w mieście. Kraków pełen samochodów, a na weekendowych wylotówkach wręcz korki. Spragnieni normalności krakowianie wypełzli z dusznych mieszkań i ruszyli na powietrze. I dobrze. Wprawdzie ten i owa ostrzegają, że koronawirus przenosi się w powietrzu, ale powszechna świadomość banuje takie wieści. Nigdzie nie widać dżumy ani cholery, karetki na sygnałach nie krążą wściekle po mieście, żadne trupy na chodnikach nie zalegają – czego się bać? Natomiast w okolicach Rynku nadal upiorne pustki. Widać, co się stało z miastem pod wpływem rozpasanej turystyki i co się dzieje z nim teraz, kiedy tej turystyki zabrakło. Jak stadion po meczu. Albo Błonia po papieskiej mszy. Dopiero były tłumy, przejść się nie dało, nieprzebrane rzesze ludzi kręciły się w jakimś zapamiętałym flaneurowskim obrzędzie – a teraz pustka. Kubki po kawie turla wiatr. Paru ostatnich stałych mieszkańców Śródmieścia rozgląda się w zdumieniu po swojej-nieswojej okolicy, jakby nie do końca wierzyli w obudzenie po długim i dręczącym śnie. Trauma nagle opróżnionego kontenera.

    Intryguje mnie masowy wymiar informacji. Nikt nic nie wie, faktów za oknem nie widać, cokolwiek do nas dociera, jest zbiorem bitów w necie – a wszyscy śledzą z wypiekami na twarzach i potem wyciągają mądre wnioski oraz wygłaszają opinie. Sieć roi się od rozmaitych porad i instrukcji, jak przetrwać kwarantannę, jak sobie radzić ze stresem i lękiem, jak nie dać się nudzie i nie stracić formy fizycznej, jak podtrzymać relacje międzyludzkie, jak nie utyć… A ty siedź, człowieku, od rana do wieczora i zajmuj się swoim samopoczuciem, żebyś przypadkiem na chwilę nie poczuł grozy bytu. A co by się, kurde, stało, gdybyśmy na chwilę ją poczuli? Gdyby groza bytu walnęła nas po łbach i nieco przywołała do porządku w tym zapamiętałym przeciamkiwaniu swoich dni? Co jest złego w tym, że się trochę przestraszymy i przekonamy, że życie nie sprowadza się do kupowania żarcia w Macu i wywalania papierowych toreb przez okno pędzącego samochodu? Że tu nie chodzi o prowadzenie za rączkę od kołyski do trumny?

    Obawiam się, że niestety o to chodzi. Tworzenie powszechnej iluzji prawdy, faktu, wiedzy – nie służy informowaniu nas o czymkolwiek dla samej informacji, tylko utrzymaniu nas na smyczy mediów. Ich bez nas nie ma. A nas bez nich. Nie widzimy, nie słyszymy i nie mamy głosu, jak te trzy chińskie małpki. Koronawirus w fenomenalny sposób uaktywnił i wzmocnił media internetowe, a jednocześnie objawił ich par excellence wirtualny charakter. Oraz handlowy, ponieważ informacja stała się towarem. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale trzeba trochę krytycznego wysiłku, by sobie uświadomić cały ogrom konsekwencji. Na przykład taką, że w zasadzie każda wiadomość jest na sprzedaż, została kupiona bądź dopiero ma zostać kupiona. I nie chodzi tylko o tak zwane brukowce. Deklaracje rzetelności, służby prawdzie i uczciwości, misji społecznej – również mają w tle rachunek rynkowy. Albo zarobię na tym i się utrzymam, albo stracę i wypadnę z obiegu. Memowe szydery, przewrotne filmiki na youtube i wulgarne rapy popluwające na cośtam zmierzają do jednego: zdobyć poklask, publiczność i zarobić. Proste i brutalne.

    Brutalne dlatego, że wszechobecny klientyzm w tym układzie zmierza do zaspokojenia moich oczekiwań, a nie do ich zmiany. Że mam nie tyle się uspokoić zdobytą wiedzą, co podjarać wrzutką i natychmiast szukać następnych podobnych. Kręci się niekończona karuzela powierzchownych doznań, momentalnych drgnień, które się w żadną mapę poznawczą nie układają. Dużo mówią o pokręconej psychice konsumenckiej, ale o świecie – nic. Na początku pandemii żywiłem złudzenia, że izolacja oderwie nas od sieci, zrzuci z krzesełka na karuzeli i lądując tyłkami na trawie posmakujemy wreszcie prawdziwej ziemi. Ale nie. Przeciwnie, gdy tylko otrząsnęliśmy się z szoku, szybko biegiem do krzesełek i dalejże w ruch, jeszcze szybciej, wyżej, jeszcze więcej. Sieciowa kręcioła wiruje, byle uciec od realu. Internet święci triumfy. Czy my również – nie wiem.

    Wiem, internet jest jak świat. Zawiera wszystko, łącznie z przedustawnym chaosem i końcową apokalipsą. Każdy może z niego wziąć, co mu się podoba, nie ma ograniczeń. Ten potoczny mit ma jednak dosyć poważne mankamenty, na przykład taki, że ze wszystkich naszych zmysłów pielęgnowane tam są jedynie wzrok i słuch. Pozostałe – węch, smak, dotyk – są nieobecne w naszych doznaniach, a tym samym zepchnięte na margines. Nieużywane. Widoczek bez aromatu kwitnącej łąki i muśnięcia wiatru na policzkach jest tylko kolorowym maziajem o zapachu dusznego pokoju. Tworzy zastępczość, ale raczej udaje niż daje. Sorry, ale dwa zmysły zamiast pięciu, to jednak ograniczenie.

    Wyrzucam z siebie te antysieciowe diatryby na marginesie aktualnej lektury. U Kinga znalazłem dające do myślenia zdanie o tym, że większość ludzi nie zważa na istotne szczegóły wokół siebie i idzie dalej, zaprzątnięta „kolejnym dniem wyrzuconym na owo tajemnicze śmietnisko, na którym lądują przeżyte dni” (Jest krew, s. 143). Nagle ujrzałem mój dzień jako zmarnowany i wyrzucony na tajemnicze śmietnisko, gdzie leżą również wszystkie poprzednie. Jasna cholibka, wszystkie? Co miałem zrobić, żeby choć jeden z nich nie był zmarnowany? Przestać oglądać strony w necie? Ale wtedy w ogóle już nic nie będę wiedział! „Jutro dzień/ jeszcze jeden/ zrób co możesz” – mówi anioł w wierszu Miłosza, ale kto dzisiaj wierzy w anioły? I od razu telepka: zostaw to beznadziejne surfowanie i zrób coś ważnego. Nie marnuj dni, masz ich coraz mniej. Dramatycznie mniej. Być może już całkiem niewiele. Zrób coś ważnego!

    Zrobiłem. Polazłem na bosaka do ogrodu.

    Parę dni temu w moim dzienniku walnąłem się i umieściłem Antares w gwiazdozbiorze Raka, zamiast Skorpiona. Zwierzątka na oko podobne, ale inna grupa w ogóle. Skąd mi się to wzięło? Chyba stąd, że szukałem figury tego, co się teraz z nami dzieje. Idziemy do tyłu.

    3 maja 2020 (13693 zarażonych, 678 zmarłych)

    Dzisiaj wieczorem miałem wykład o najnowszym czteropaku opowiadań Stephena Kinga pt. Jest krew. Portal smakksiazki.pl i Jakub Ćwiek zorganizowali Viralowe Targi Książki w internecie, a ostatnim punktem dwudniowego programu był mój wykład. „Wykład” to zbyt wielkie słowo – raczej prelekcja, pogadanka o nowych tekstach ulubionego pisarza, z mocnym wątkiem autobiograficznym i autotematycznym, bo i o mnie, i o pisaniu trochę. Próbowałem przekonać słuchaczy i słuchaczki (nie wiem, na ile skutecznie), że Kinga od reszty producentów popkulturowej grozy różni to, iż jest prawdziwym pisarzem. Nie dostawcą popkultu na tony, byle wycisnąć kasę strasząc czym się da, ale właśnie pisarzem, czyli autorem tekstu z co najmniej podwójnym kodowaniem. Co dosłowne, jakimś zręcznym sposobem układa się zarazem w metaforę, czyli opowieść o każdym z nas. Niby dykteryjka o telefonie do nieboszczyka, a tak naprawdę wzruszająca historia o naszym pragnieniu utrzymania kontaktu z bliskimi zmarłymi. Niby opowiastka o szczurze podstępnie spełniającym życzenia, a właściwie studium niemocy twórczej i transgresji pisarza, który stoi przed dramatycznym wyborem: pisanie lub życie. Niby polowanie Holly Gibney na kolejnego outsidera, a w gruncie rzeczy moralitet o rytualnym zabijaniu odwiecznego Zła.

    Facet uwodzi mnie językiem (uuch, jak to brzmi). Najprostszą scenę potrafi napisać jak wyrafinowany poemacik, który chłonę z mieszaniną wysokiego zachwytu i niskiej zawiści. Rzadko zazdroszczę innym, każdy ma swoje życie, ale chciałbym choć raz sięgnąć jego warsztatu. Nie żeby od razu Ręka mistrza czy To, ale jedno takie opowiadanko jak Szczur. Powiedziałem w prelekcji, że King przestał uprawiać grozę za pięć groszy, rodem z tanich produkcji dla młodzieży, i pisze jak klasyk anglosaskiej prozy. Do pewnego stopnia zawsze tak pisał, to drugie dno można wyczuć wszędzie, tylko czytelnikom się nie chciało zwykle tam schodzić, bo wystarczy strach, ogryzanie paznokci i przegryzanie popkornem. Ponoć taki jest los wielkich – ludzkość dostępuje tylko cząstki ich niezmierzonego bogactwa. Tyle, ile udało jej się wyczytać. Reszta spoczywa w krypcie z inskrypcją: „Niewyrażone”.

    Myślę, że miał kompleks Prawdziwego Pisarza, bo tego tytułu przez całe życie krytycy mu odmawiali. Ja mu go przyznaję i podtrzymam w każdym starciu. Niech ktoś rzuci rękawicę.

    4 maja 2020 (14006 zarażonych, 698 zmarłych)

    Miałem nosa – ruszyli. Od rana sieć pełna zdjęć spod galerii handlowych i supermarketów. Pełne parkingi, tłumy pod drzwiami, kolejki na kilkaset metrów. Rzucili się jak horda wygłodniałych dzikusów na upolowanego mamuta. Dosyć mnie w tym zastanawia atrakcyjność Ikei po przymusowym siedzeniu naszego Narodu w domu. Z głodu porozbijali szafki w kuchni? Porysowali blaty stołów zębami połowic i pociech? Połamali łóżka w sypialniach od długiej i nieopanowanej chuci? W każdym razie masowa tęsknota do nowych mebli zdradza wezbraną w Narodzie pożądliwość nowych wystrojów wnętrz, powinienem zatem pogratulować mu gustu i schludności. Ciekawe, czy rzuci się również na te hotdogi za złotówkę przy wyjściu. Wtedy jeszcze musiałbym pogratulować kulinarnej finezji. Jacyś ryzykowni dowcipnisie zgłosili podłożenie bomb w Galerii Krakowskiej i w Solvayu, trzeba było ewakuować. Co za pech! Ledwieśmy przyszli i się rozejrzeli, co i jak, a tu trzeba wychodzić pod eskortą antyterrorystów. Masakra.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Sześć dni do pseudowyborów pocztowych i nadal nikt nic nie wie. Także rządzący. To są takie jaja, że nie pamiętam podobnych! Nawet komuniści, którzy robili cyrk z wyborów, jednak nad porządkiem i terminami panowali. Od lat powtarzam: nie chodzi o to, że prawica, katole i nacjonaliści, ale o to, że PiS po prostu nie umie rządzić. To są nieudacznicy i amatorzy, powyciągani z jakichś głębokich zapleczy partyjnych, daleko od szosy, którzy mają problemy z tak podstawowymi ludzkimi umiejętnościami, jak mówienie i zachowanie się w publicznym miejscu. Jak mają dobrze rządzić państwem! A teraz jeszcze koronawirus im dodatkowo we łbach pomieszał i nie wiedzą, czy udawać, że nic się stało, czy się barykadować. Czy może już uciekać. I nic w tym wypadku nie znaczy fakt, że ktoś tam ich wybrał. Absolutnie nic! Jak nie umiesz rządzić, człowieku, to idź do domu i najpierw się czegoś naucz. To takie proste! I takie trudne.

    Ech, szkoda nerwów, idę z Aksą na łąki.

    Byliśmy, pobiegaliśmy. Słońce zachodziło matowo, krwawo, na deszcz. Ulga. Biegam tak z moimi kolejnymi psami od pół wieku, od pacholęctwa niewinnego wiejskiego, z jedną Azą, drugą Azą, potem z Korą i jeszcze paroma innymi. Teraz jest Aksa. Zawsze suka. Czarna albo podpalana. „Dzieciństwo moje szło przez pola z psem”, pisał Tadeusz Nowak w jednym z wczesnych wierszy i powtarzam sobie te słowa kładąc się na trawie ot tak, po nic, żeby poleżeć i popatrzeć na niebo. Ksysio Marzyciel. Dużo się w dzisiejszej humanistyce gada o rozchwianej tożsamości, o dezintegracji podmiotu, redukcji osobowości i tym podobnych trudnościach identyfikacyjnych, sam zresztą również o nich nauczam biedną od tych rozchwiań młodzież. I faktycznie, z nosem w mądrych książkach odczuwam podobnie. Na łąkach jest jednak inaczej. Opada pancerz wiedzy i świadomości, jest tylko bieganie, oddychanie, patrzenie, wołanie psa. To samo od pół wieku. I ja jestem ten sam, na pewno, moje odczucia identyczne jak wtedy, i wtedy, i wtedy. Łąka i pies to wyznaczniki ciągłości mojej osoby, czymkolwiek by ona nie była. Piszę to zastrzeżenie dlatego, że na łące żadne pytania o definicje i znaczenia nie padają. Więcej, one w ogóle nie istnieją. Jestem i tyle, nieważne kim. Może biegam z psem na łąki właśnie po to: żeby przestać pytać o siebie i po prostu być. To takie proste. I takie trudne.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (41-44 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    27 kwietnia 2020 (11761 zarażonych, 539 zmarłych)

    Dzień minął jak poprzednie: zajęcia zdalne czyli gadanie do własnego laptopa (bo studenci się wycwanili i wyłączają kamerki; ciekawe, co tam robią), potem trochę grzebania w książkach i w ogrodzie (kupiłem nowy wózek na węża), wieczorem czytanie i granie. Czyli nic ciekawego. Wiadomości ze świata unikałem jak ognia. Dopiero nocą coś drgnęło w dniu świstaka. Z balkonu patrzyłem na gwiazdy. Robię to od zawsze, ale tym razem koronawirus zmienił mi oko. Patrzyłem na nie tak, jakby nas już nie było. Nikogo. Domy nadal stoją, ale puste. Latarnie świecą, migocze na czerwono wieża telekomunikacyjna, blada łuna od dalekiej zakopianki, która milczy, bo nie ma już samochodów. Cisza. Nocny ptak krzyknie, zaszeleści trawa pod brzuchem przemykającego jeża, w dolinie prychnie młody sarniak. Tylko ludzi nie ma. Czyli nie ma również ich hałasów, migotań reflektorów samochodowych, buczeń samolotów i całego tego cywilizacyjnego harmideru, którym uszczęśliwiamy na co dzień swoje zmysły. Mogę to sobie tym łatwiej wyobrazić, że kwarantanna trochę nas przystopowała i przymknęliśmy jadaczki na chwilę. Częściej jest cicho. A gdyby nas całkiem zabrakło, byłoby jeszcze ciszej.

    Patrzę w niebo słuchając, jak niszczeje świat. Czas z rozpędu jeszcze płynie i co trwało mocą ludzkiej krzątaniny, rozpada się dzień po dniu. Wysoce przetworzona materia pokonuje drogę odwrotną i rozkłada się w pierwotne surowce, wraca do źródła, do ziemi. Wyłączają się kolejne bloki energetyczne i świateł jest coraz mniej, gaśnie zakopianka, latarnie wzdłuż ulicy Świątnickiej, najdłużej migocze czerwona sygnalizacja wieży koło Wieliczki, bo ma własne zasilanie, ale i ona w końcu znika…

    www.unsplash.com/Kyle Gregory Devaras

    Ciemność. Absolutna cisza i ciemność. Po wielu latach, ale to bez znaczenia, nie ma nikogo, kto by je umiał policzyć. Z lasów wychodzą zwierzęta, najpierw ostrożnie, niepewne, bo nigdy nie wiadomo, co ten człowiek znowu wymyślił, ale w końcu się orientują, że naprawdę sobie poszedł. A może go ktoś zabrał siłą i uwolnił wreszcie ziemię od tego szalonego destruktora. Sarny, lisy, bażanty coraz śmielej buszują po opustoszałych siedliskach byłego człowieka, wyjadają zdatne do spożycia resztki z naszego konsumenckiego raju, śpią i rozmnażają się w betonowych mieszkaniach, biurach, kościołach… Bo wolno. Nareszcie wolno.

    A one patrzą. Widziały wzlot i upadek dinozaurów, ewolucyjne zwycięstwo ssaków, stawanie na tylne nogi małpy z dużą czaszką i jej pierwsze narzędzie zbrodni, którym była wyschnięta kość udowa pobratymca. Nieruchomym, szklanym wzrokiem obserwowały, jak dwunożna małpa rozłazi się po świecie z pożądliwością przekraczającą jej potrzeby i możliwości. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz patrzą na wilka swobodnie załatwiającego się na betonowym placu, w środku kamiennego gruzowiska zwanego niegdyś Krakowem, i widzą w tym nadzieję na nowe otwarcie. Widzą? Nie wiem, nas i tak to już nie dotyczy.

    Arktur przesunął się do zenitu i chowa się za krawędzią dachu, na południu gwiazdozbiór Skorpiona z piękną, czerwoną Antares, rzadko podziwianą z racji niskiego położenia tuż nad horyzontem. Oddycham pełną piersią, żeby poczuć życie. Pulsowanie krwi. Jeszcze na chwilę być tu i teraz człowiekiem, dopóki można. Patrzeć na gwiazdy i chłonąć obrazy nocnego nieba, póki jeszcze są dla mnie. Te same, co zawsze. Niewzruszone. Boże, to wszystko takie kruche!

    Zapisuję późną nocą słuchając Jaszczurki King Crimson. Pasuje jak ulał.

    28 kwietnia 2020 (12218 zarażonych, 596 zmarłych)

    Już myślałem, że do cna wyzuci zostaliśmy z naszego metafizycznego zmysłu, ale na szczęście nie. Przykościelne księgarnie ojca Rydzyka handlują dewocjonaliami na okoliczność pandemii. Krzyże modlitewne, teksty religijnych zaklęć, obrazki patronów i święcona woda to podstawowy asortyment duchowej apteki dla maluczkich. Maseczek nie trzeba nosić, rękawiczek można nie zakładać, ale modlitwę trzeba mieć. I pięć złotych na tacę. Ciekawe, czy gdyby poszło od głęboko wierzącego ludu poszeptywanie, że najlepsze na pomór jest smarowanie się krowim łajnem, też by sprzedawali. Właściwie czemu nie?

    Jerzy Sawka przedwczoraj sugestywnie i nie bez ironii dowodził, że pandemiczne wybory najlepiej byłoby zorganizować w kościołach. Wysoki poziom zaufania publicznego do księży, znakomita sieć placówek w całym kraju, do tego nadzór administracyjny i moralny instancji o najwyższym współczynniku wiarygodności (Jezus Chrystus Król Polski). To znakomity pomysł i w dodatku oferujący mnóstwo możliwości przywabiania wyborców. Można zanęcić lokale obietnicą natychmiastowej spowiedzi, gdyby ktoś głosował nienadudę. Można do każdej karty wyborczej dołączyć flakonik z wodą z Lourdes, albo oprawną w plastikowe srebro relikwią z odzienia, dajmy na to, błogosławionej siostry Faustyny. Obok urny oczywiście puszka na DOBROWOLNE datki, a przy wyjściu kramik z substancjami do duchowej dezynfekcji. Siedzibę komisji wyborczej wypełniają opary kadzidlanego dymu i chorały gregoriańskie nucone dyskretnie przez mnichów na galeryjce. Do takiego pomieszczenia wchodzą tylko prawdziwi Polacy, nie jakieś tam żydokomuchy czy gendery. Gdyby wtedy ktoś jeszcze nie wiedział, jak ma głosować, byłby skończonym głupcem.

    A tak poważnie, zastanawiam się coraz bardziej przerażony, czy oni naprawdę chcą przepchnąć te wybory 10 maja. Przecież to jest znacznie większa obelga dla tego kraju, niż humoreski o komisji wyborczej w kościele!

    29 kwietnia 2020 (12640 zarażonych, 624 zmarłych)

    Deszcz! Deszcz! Pada i pada! A ja jeszcze nie mam gotowego zbiornika na deszczówkę i łapię do beczek. Byle jak najwięcej nałapać. Kiedyś na Środkowym Zachodzie USA (Bogie, Przyjacielu, dzięki za pamiętną wyprawę!) z zainteresowaniem przyglądałem się starym drewnianym cysternom na rusztowaniach – wiecie, takie, co się do nich na westernach strzelało i sikała woda – i myślałem o dziwactwie dzikiego kapitalizmu, który nawet na wodzie po chamsku sknerzy. Podobne później widziałem w Australii, z czego wnioskowałem, że sknerstwo, jak kapitalizm anglosaski, jest globalne. Oczywiście, nie chodziło o sknerstwo, tylko o konieczność w warunkach klimatycznych, gdzie deszcze bywają obfite, ale rzadkie i zbieranie deszczówki stanowi czasem sposób na przeżycie. Dopiero teraz pojąłem, czym jest czekanie na deszcz. Teraz patrzę z zachwytem na mokre szyby i kombinuję, do czego by tu jeszcze nałapać: wiadra, wanienki na zaprawę z czasów remontu, miski, balie… Pada, co za ulga! Kto powiedział, że woda to życie? Jeżu, całym ciałem czuję brylantowość tej myśli! No i proszę, teza antropologiczna gotowa: wraz ze zmianą klimatu zmienia się człowiek. Taka sobie, nie jakaś wystrzałowa…

    Widziałem się dzisiaj z Adamem Szają, który dzielnie publikuje na smakksiazki.pl kolejne odcinki tego dziennika. Wręczył mi przedpremierowy egzemplarz najnowszej książki Stephena Kinga, zbiór czterech minipowieści pod tytułem Jest krew… Nie brzmi to najlepiej, ale angielski tytuł If It Bleeds koresponduje ze starą prawdą dziennikarską, że jak jest krew, to jest publiczność, oraz ze słynną kwestią z „Predatora”: If it bleeds, we can kill it (Jeśli to coś krwawi, możemy to zabić). Nie umiem się oprzeć wieloletniej fascynacji Kingiem. Zwykle u mnie to się szybko zmienia, ale ten facet trzyma mnie przy sobie wyjątkowo długo. Mody przemijają, nazwiska autorów bestsellerów przelatują przez księgarskie regały i znikają jak świetliki, a on się trzyma. Mnie trzyma. Nawet kiedy już znam na wylot wszystkie jego pomysły i po paru stronach domyślam się, co go tym razem zaciekawiło w konstrukcji fabuły, czytam z lubością jak nastolatek. Gdy tylko dostałem tom do ręki, natychmiast zacząłem wertować w poszukiwaniu ulubionych fraz, ale nie, nie da się. King uwodzi powoli, systematycznie. Opanowałem się i zacząłem od początku. Spokojnie. Nie za szybko. Wyluzuj. To jest wytrawna opowieść, a nie hamburger do wpieprzenia w dwie minuty i popicia zimną colą. Pierwsze opowiadanie – zwykła, prosta historyjka, a już wciąga. Chcesz dalej i dalej. Jak on to robi?

    To na razie, idę czytać.

    30 kwietnia 2020 (12781 zarażonych, 628 zmarłych)

    W styczniu 2019 roku zmarł mój starszy brat Janusz. Urodził się i prawie całe życie spędził w Oświęcimiu, ale był człowiekiem morza. Jako młody chłopak poszedł do marynarki, gdzie spędził 5 lat pływając na łodziach podwodnych i skąd powrócił z nieuleczalną miłością do wody i wszystkiego, co po niej pływa. Był zdolnym modelarzem, wygrywał ogólnopolskie zawody, specjalizował się w modelach jachtów, ale składał również okręty i samoloty. „Składał” to nie jest właściwe słowo; on je budował od zera, od wycinania sklejki na wręgi i gięcia drutu na elementy pokładu. Jeśli dodam, że robił to wszystko w malutkiej piwniczce o wymiarach metr na dwa, będziecie mieli nieco pełniejszy obraz jego talentu. Oprócz uzdolnień manualnych miał również niekiepski umysł, który pochłaniał mnóstwo marynistycznej literatury. Kiedy czytając Josepha Conrada albo Hermana Melville’a czegoś nie wiedziałem, pytałem Janusza i on zawsze wiedział. Zawsze! Morze i okręty to była jedyna dziedzina wiedzy, w której wolałem pytać brata niż encyklopedię.

    www.unsplash.com/Thomas Haas

    W pół roku po jego śmierci – nagłej, bezczelnie zaskakującej – byłem na Wakacyjnym Kiermaszu Książki w Gdyni i w wolne popołudnie pojechałem na Oksywie. Znałem tę nazwę z jego opowieści, setki razy powtarzał, jak z kumplami w marynarce na Oksywiu to, na Oksywiu tamto – a wszystko dlatego, że tam się mieściła jednostka marynarki, w której służył. Przyjechałem, ponieważ nigdy wcześniej tu nie byłem i pomyślałem, że oddam Januszowi taki drobny pośmiertny hołd. Zszedłem na plażę i ruszyłem na północ, rozglądając się za czymś, co by mogło choć odrobinę przypominać brata marynarza. Ot, całkiem wysoki i miejscami malowniczy klif, drobna fala, w wodzie jakieś zielone paskudztwo, więc od razu mi się przypomniała rybia zupa z początku Weisera Dawidka. Ogólnie jednak nudno i mało ciekawie.

    W pewnej chwili jakieś dwieście metrów od brzegu ujrzałem wielką betonową ruinę, do której wiódł podwójny rząd słupków. Wyglądała na stary poniemiecki bunkier, ale lokalizacja trochę mało bunkrowa mi się wydała. Jaką by miał pełnić funkcję? Do ostrzału przecież lepszy był klifowy brzeg – dalej widać i łatwiej celować. Przystanąłem z zaciekawieniem i zacząłem snuć rozmaite domysły, aż wreszcie zniecierpliwiony sięgnąłem po telefon. Chciałem sprawdzić w googlu, wtedy jednak uruchomił się we mnie dawny odruch i nagle pomyślałem, że lepiej byłoby zadzwonić do Janusza. Hej, przecież on nie żyje. No tak, ale… co z tego? Wierzcie lub nie, dokładnie taka myśl mi przeszła przez głowę: zadzwonić do nieżyjącego od pół roku brata i zapytać go o tę ruinę przy brzegu na Oksywiu. Gapiłem się na obmywane falami betonowe monstrum, ściskając w dłoni smartfona i ważąc jakieś całkiem absurdalne argumenty. Wreszcie kliknąłem w książkę adresową – numer Janusza nadal tam był. Po chwili wahania nacisnąłem zieloną ikonkę i przystawiłem aparat do ucha. „Przepraszamy, abonent ma wyłączoną komórkę lub jest poza zasięgiem”. No jasne, głupia babo, wiem, że jest poza zasięgiem. Ale… co z tego? Dyskretnie jak detektyw Marlowe rozejrzałem się wkoło i zacząłem: „Cześć, jak ci tam leci? Słuchaj, bo jestem na Oksywiu i tu stoi w wodzie taka betonowa rudera. Co to jest? Za czasów twojej służby też tak wyglądała, czy było coś więcej? Chyba jakaś wojenna konstrukcja, nie? No dobra, to na razie, trzymaj się.” Miałem ochotę mówić dłużej, ale jakaś pani z pieskiem przechodziła i pośpiesznie zakończyłem. Chyba się przestraszyłem, że ona zobaczy, że mówię do głuchego telefonu.

    Szedłem dalej z jakimś bliżej nieokreślonym ssaniem w dołku, które nie wiem na ile było smutkiem, na ile zaś wstydem czy wyrzutem sumienia. W języku ludu zwie się to „robieniem sobie jaj z pogrzebu”. Pewnym pocieszeniem dla mnie było to, że Janusz należał do ludzi z kapitalnym poczuciem humoru i gdybym mu podobną hecę opowiedział podczas kolejnego naszego spotkania (torpedownia), na pewno setnie by się ubawił. „Nie dzwoń do nieboszczyka, bo ci jeszcze odpowie” – tak mógłby brzmieć jego dowcipny komentarz. Bardzo cenił moje uniwersyteckie ambicje, ale i potrafił mnie potraktować z ironiczną wyższością, jak to starszy brat. Tak, młody.

    Torpedownia.

    Brnąc po piasku słyszałem raz po raz to słowo, z jego brzmieniem głosu. Tak, głosu Janusza, wyraźnie słyszałem, jak je mówi. Torpedownia. Ruina niemieckiej konstrukcji z czasów drugiej wojny światowej, jeden z solidnych militarnych projektów, które miały zbudować III Rzeszę na tysiąc lat. Chodziło o to, żeby można było zmontować i załadować torpedy na łodzie podwodne bez wchodzenia do portu, po prostu na wodzie, niejako w biegu. Wiesz, Niemcy w te klocki byli naprawdę dobrzy.

    Dlaczego to wszystko opowiadam? Ponieważ usiadłem do najnowszej książki Stephena Kinga i pierwsze opowiadanie jest o… dzwonieniu do nieboszczyka z prośbą o radę. I co? Ktoś powie, że nic. A ja mówię, że jednak coś.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (37-40 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 kwietnia 2020 (9593 zarażonych, 380 zmarłych)

    Susza. Jedna plaga nie wystarczy, natura szykuje drugą. Gorszą, samobójczą, bo zapłaci nie tylko człowiek. Przedwczoraj ryłem ogródek i z bólem serca patrzyłem na przesypujący się przez sztychówkę pył z nielicznymi, niemrawo wijącymi się dżdżownicami. Noszę wodę w konewkach na skarpę (wózek z wężem się rozleciał) i podlewam niedawno posadzone dzikie róże. Wypuściły pierwsze pączki i stanęły w miejscu, jakby się im odechciało walczyć w skrajnie niesprzyjających warunkach. Wilgoci jak na lekarstwo, a opadów na horyzoncie nie widać. Zaraza, susza – następny powinien być ogień, logicznie wynikający z prażenia ziemi przez słońce, koniecznie z silnym wiatrem. Na koniec woda, która spłucze popioły. A nad tym wszystkim Wenus, jasna i pewna swego bogini palącej miłości.

    Nad dolinę za moim domem powróciły myszołowy. Od lat rządzi tu ta sama para. Co roku wychowuje jedno młode, które uczy polować i potem wysyła gdzieś w szeroki świat, ponieważ następnej wiosny znowu jest dwójka. Latają powoli i jednostajnie, zataczając równe koła, coraz dalej i dalej, aż przeniosą się nad następną dolinę i znikają. Inne ptaki, które robią harmider od rana do nocy, milkną wtedy i chowają się po kątach udając nieistnienie. Co chyba nie wymaga od nich wielkiego wysiłku, bo nawet jak śpiewają, trudno je znaleźć. Wczoraj późnym wieczorem straszył nas puszczyk – mistrz dźwiękowego horroru. Boszsz, chciałbym tak umieć! Sikorka chyba już zbudowała gniazdo, bo przestała latać do ogródka, zresztą – właśnie go zryłem. Teraz się pojawiła para rudzików. Wygląda to trochę na romans, bo ona siedzi na gałęzi ketmii syryjskiej, on na płocie i niby patrzą w różne strony, ale jak jedno odleci, to drugie zaraz za nim. Kosior całymi godzinami grzebie w trawniku tym swoim żółtym dziobem, a o zmierzchu śpiewa jak wenecki mandoliniarz pod balkonem kochanki. Uwodzi na boku, bo stara koska gdzieś znikła, pewnie siedzi już na jajach.

    Córka, studentka weterynarii, zaleciła mi wywieszenie miseczek z wodą na płocie, czyli zmusiła humanistycznie ograniczony umysł do połączenia faktu suszy z faktem ogrodowej aktywności ptaków oraz z pozytywną strukturą afektywną obserwatora. Kwestia zmiany perspektywy z idealistycznej na praktyczną. Posłusznie uruchomiłem warsztat w szopie i miseczka już wisi. Z wodą. Czekam, aż pierwszy raz przylecą się napić, co pewnie trochę potrwa, bo one nieufne są.

    Tak wyglądają teraz moje wiadomości ze świata. Te drugie, z internetu, staram się ignorować, inaczej bym zwariował.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Problem moralny na dzisiaj: jak pogodzić ratowanie każdego ludzkiego życia z faktem, że właśnie nadmiar ludzi jest przyczyną katastrofy? Gołym okiem widać, że jest nas za dużo. W niespełna pół wieku liczba ludzi na Ziemi się podwoiła. Podwoiła! Gdzie w czasach mego pacholęctwa stał jeden człowiek, teraz stoi dwóch. Jest również inna zmiana. Ten jeden człowiek jadł wtedy znacznie mniej, niż je każdy z tych dwóch, którzy dzisiaj przyszli na jego miejsce. Potrzebują również więcej ubrań, lekarstw, pojazdów, narzędzi, zabawek – a wszystko to dostarcza im gigantyczna machina produkcyjna kapitalizmu, którego nadrzędną cnotą jest wzrost gospodarczy. Słowo „konsument” nabrało złowrogiego brzmienia: siedzi homo consumens i wtranżala po kawałku swój dom, jak termit ze słynnego odcinka psa Huckleberry. Tak to widzę w przypływie słodkich myśli. Nie oszukujmy się: nasza cywilizacja od jakiegoś czasu przypomina olbrzymi kopiec, z żarciem i wydalaniem na skalę niewyobrażalną jeszcze dla naszych dziadków i babek. W dodatku tego się nie da zatrzymać, bo nikt z własnej woli nie zrezygnuje z przyjemności, jeśli może ją mieć. Trzeba mu odebrać siłą. No i tu zaczynają się świetnie znane schody do nieba…

    W ciekawym tekście Powszechne prawo do oddychania (dostęp na www.ello.co) Achille Mbembe mądrze i przekonująco dowodzi, że musimy sobie narzucić pewne ograniczenia cywilizacyjne, w przeciwnym razie zginiemy. Na kilku przykładach pokazuje, że trzeba myśleć w kategoriach dobra całej planety i wszystkiego co żyje, a nie tylko w swoim wąskim interesie. Czyli że tytułowe prawo do oddychania ma każda żywa istota. Jego krytyczne wobec ludzkości argumenty do mnie przemawiają. Wszystkie oprócz końcowej „Kody”, gdzie możemy przeczytać:

    Jeśli koronawirus w spektakularny sposób wyraża globalny impas całej ludzkości, to rozwiązaniem jest ni mniej, ni więcej, tylko przywrócenie zdolnej do zamieszkania Ziemi, bo właśnie ona każdemu zaoferuje życie, w którym możliwe będzie oddychanie. Chodzi więc o nasze odnowienie ze źródeł świata, by wykuć nowe światy. Ludzkość i biosfera są ze sobą połączone. Jedno nie ma przyszłości bez drugiego. (tłum. Olga Byrska)

    Chwileczkę. Rzecz w tym, że na „zdolnej do zamieszkania Ziemi” człowiek nadal będzie się niepowstrzymanie rozwijał i rozmnażał. Równowaga w naszym rozumieniu służy człowiekowi, ale nie biosferze. Im nas więcej i fajniej nam się żyje, tym bardziej reszta przyrody jest zagrożona. Tu już nie ma szans na harmonię, homeostazę i zbalansowany rozwój. Przekroczyliśmy wszystkie granice harmonii i równowagi, świat przypomina dzisiaj jedną wielką nierównowagę, figurę dysproporcji i odchylenia od normy. To trzeba zastopować. Niestety, nikt nie wie jak, ponieważ każde humanitarne rozwiązanie jest nieskuteczne, a każde skuteczne – niehumanitarne. Żeby ratować planetę, trzeba powstrzymać człowieka. Powstrzymać, hmm…

    Człowiek dawno zrezygnował z życia w zgodzie z Naturą w duchu poczciwego Jana Jakuba Rousseau. Powrót jest niemożliwy, chyba że przez Apokalipsę, jak chce Biblia, albo inną kosmiczną katastrofę, jak snuli manichejczycy, gnostycy, kabaliści i inni magicy od metafizyki. To z naszego, arcyludzkiego punktu widzenia. Natomiast z perspektywy Natury da się kwestię załatwić znacznie prościej – za pomocą wirusa. Na przerost osobowości (przecież każdy z nas musi mieć osobowość!) najlepiej posłać coś bezosobowego.

    Pod warunkiem, że to ona, Natura, go wypuściła.

    No dobrze, dopowiem: to nie człowiek ma problem z wirusem – to świat ma problem z człowiekiem.

    21 kwietnia 2020 (9856 zarażonych, 401 zmarłych)

    Jedziemy wieczorem na zakupy. Najpierw powoli okrążamy samochodem Lidla by sprawdzić, ilu ludzi czeka przed wejściem. Potem ostrożny wjazd na parking, na sam koniec, jak najdalej od innych. Spokojne, profesjonalne przygotowanie: rękawiczki, maseczki, płyn do dezynfekcji, chusteczki. Gotowe? Aj aj, kapitan. No to wchodzimy. Normalnie jak para włamywaczy, Bony i Clyde u szczytu popularności. Zgarniamy zakupy do dwóch osobnych wózków, każdy ze swojej listy, żeby było szybciej i sprawniej. Pojedynczych klientów o podobnie podejrzanym wyglądzie oraz sprzedawczynie omijamy szerokim łukiem. Nikogo o nic nie pytam, skupiam się na datach przydatności, cenach (znowu wyższe niż ostatnio) i żeby nie tracić czasu. Do kasy podchodzimy osobno, z nakazanym odstępem, jakbyśmy się nie znali. Pach, pach, towar do toreb, przystawienie karty do terminalu, pin, dobranoc pani i wypad na parking. Im szybciej, tym lepiej. Tu strzelisty akt oddechu, jak mówi poeta. Patrzę w górę, gwiazdy. Nocny podmuch wywiewa z kosza na śmieci jednorazowe rękawiczki i sumiennie rozprowadza po okolicy. Żona wychodzi chwilę później, pakujemy się, wsiadamy, zdejmujemy maseczki i wymieniamy uśmiechy. Bingo! Wszystko jak trzeba. Nie popełniliśmy błędu. Ocean’s Two.

    www.unsplash.com/Claudio Schwarz | @purzlbaum

    Puenta? Mnie pani w kasie orżnęła na piętnaście złotych, żonę na jakieś dwadzieścia pięć. W bardzo prosty sposób: licząc podwójnie towar na wagę lub wklepując odręcznie inny kod. Piszę to na wypadek, gdyby ktoś pytał, o co mi chodzi z tą solidarnością w czasach zarazy.

    Druga puenta bardziej literacka: przebraliśmy się za włamywaczy i nas okradziono.

    23 kwietnia (10511 zarażonych, 454 zmarłych)

    Deszczu nadal nie widać. Dolewam wody do miseczek na płocie, ale ptaszki przylatują sporadycznie, widocznie mają gdzie pić. Ganiają się po drzewach całkiem raźno, świergolą na potęgę i susza im najwyraźniej nie doskwiera. Nie potrzebują mojej pańskiej łaskawości, która ma zrobić dobrze bardziej mnie samemu niż im. Krzywię się głupio i cofam do domu, jak ślimak.

    W „Wyborczej” ranking czytelnictwa w Polsce, na podstawie „badań Biblioteki Narodowej”. Na pierwszym miejscu Remigiusz Mróz. Jak McDonald’s. Która kuchnia jest najlepsza na świecie? Francuska. W której najwięcej ludzi jadło ostatniego roku? W McDonaldzie. Na drugim miejscu rankingu Olga Tokarczuk, na trzecim Stephen King. Co z tego wyniku ma niby wynikać? Chyba tyle, że czytamy nie pod wpływem własnych gustów czytelniczych, lecz promocji medialnej i „ogólnego trendu”. Albo o tym, że ankietowani wymieniają książki kupione lub wypożyczone, ale niekoniecznie przeczytane. Tokarczuk sama powiedziała o Księgach Jakubowych, że wszyscy je mają i nikt nie przeczytał. Może, nie wiem. „Stosunkowo młody, ale wyjątkowo płodny” Mróz ma trzydzieści trzy lata i wydał 43 powieści, czyli średnio 6 rocznie licząc od debiutu. Chciałoby się spytać, kiedy on śpi, je i udziela wywiadów. Nie mówiąc o czytaniu i myśleniu…

    I wciąż to rytualne narzekanie na „dramatycznie niski” poziom czytelnictwa w Polsce. Nie wiem, kiedy on był dramatycznie wysoki, wydaje mi się, że nigdy, ale zważywszy na ogrom i jakość polskiej produkcji literackiej powinniśmy się cieszyć, że ktoś w ogóle jeszcze czyta. Wszyscy piszą, klecą, wywodzą, chcą być Pisarzami i żeby ich Czytelnicy czytali i uwielbiali. I kupowali, wtedy się jeszcze zarobi, bo „pisorz to mo klawe życie”. W czasach ulicznej swobody wchodziłem czasem do księgarni, ze stolika NOWOŚCI albo BESTSELLERY brałem do ręki jedną książkę, drugą, piątą, dziesiątą – nie było na czym oka zaczepić. Całe regały z pseudoobyczajową kryptopornografią i parakryminalną nibysensacją. Tony papieru zadrukowane banalną paplaniną bez pomysłu i stylu. Ja jestem stary jaszczur, ogień namiętnej lektury zdarza mi się coraz sporadyczniej, ale wyobraziłem sobie mniej wyrobionego odbiorcę, który błąka się po tym targowisku literackiej próżności w bezradnych próbach rozeznania. Ogrom przytłacza, wszystko wygląda i brzmi tak samo – co wybrać? No więc bierze, co mu na wejściu ustawiają: Mróz, Tokarczuk, King. Czy to czyto – nie wiym.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Słuchajcie, pisarze! Jeśli chcemy podnieść poziom czytelnictwa w Polsce, może powinniśmy zacząć od siebie i pisać lepsze książki? Nie, ja wiem, że są również dobre, ale one giną w tym natłoku miernoty i księgarniany flȃneur ma kłopot z dotarciem do nich. Zmęczony kupuje byle co i potem w statystykach wychodzi, że Mróz. A jak nie umiemy pisać lepiej, to może powinniśmy odwrócić relacje? Gonzalo z Trans-Atlantyku Gombrowicza wybudował bibliotekę, ale nie miał czasu czytać, bo „za dużo, za dużo i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może”, więc najął czytelników, żeby czytali za niego, „bo już mnie wstyd, że tak wszystko Nieczytane leży”. Idźmy tropem przez Wieszcza Naszego Przewrotnego podrzuconym i najmijmy Czytelników, żeby te dzieła wiekopomne nasze czytali i statystyki poprawiali. Dlaczego oni mają płacić za czytanie pisania naszego? Co my im takiego oferujemy, czego by oni gdzie indziej nie znaleźli, w lepszej jakości i cenie? Powinniśmy dopłacić i nająć. To jest do zrobienia. Mróz najął.

    24 kwietnia (10892 zarażonych, 494 zmarłych)

    Koronawirus, który zjawił się jak prorok nowego porządku globalnego i jego główny wykonawca, rozwiązał również problem afrykańskich imigrantów. Właśnie madrycki „El Pais” doniósł, że przybysze z Maroka i Algierii płacą (znowu) wielkie pieniądze, żeby wrócić. Zamiast kupić normalny bilet pasażerski na wycieczkę do Europy, kładą ciężkie tysiące euro za przyjechanie, posiedzenie i wracanie. Jeśli – jak donoszą wścibskie media i organizacje humanitarne – mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością turystyczną na Morzu Śródziemnym, to może prościej byłoby zalegalizować działalność i uruchomić kursy wahadłowe tam i nazad. Zapaść w turystyce by się trochę spłyciła…

    Wiem, to nie jest śmieszne. Sytuacja na świecie jest nienormalna, ludzie reagują nerwowo, czasem panicznie, a inni ludzie świetnie to umieją wykorzystać. Bardziej interesuje mnie siła oddziaływania czynnika pozaludzkiego na nasze reakcje. Powszechna panika, irracjonalne odruchy, masowe działania, kupowania, sprzedawania, wyjeżdżania i zamykania w domach. Gdyby tak się udało tym sterować…

    Dobre. Mocne. Literackie. Siedzi taki Wujaszek Samo Zło w kapciach przy biurku, słucha Schulzego, gapi się za okno na taniec sikorek i snuje dywagacje o sterowaniu ludzkością. Szuka języka do opisu świata, który się wymknął. Milczy gderliwie, ponieważ nie znalazł właściwego słowa, a niewłaściwe go irytują. „Jak mówić? Jak rozedrzeć skórę słów?” – Czesław Miłosz.

    O polityce polskiej nic nie powiem. Szkoda słów, nawet tych niewłaściwych. Co mogę pozytywnie odnotować od siebie, to jakiś rodzaj równowagi w żalu i cierpieniu. Już się nie szarpię, nie miotam, nienawidzę spokojnie i systematycznie. Moja rozpacz jest stabilna. Niewzruszona.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (31-36 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    14 kwietnia 2020 (7202 zarażonych, 263 zmarłych)

    Zgłosiła pretensje wierna czytelniczka, że zbyt pesymistyczny ten mój dziennik i żebym napisał nieco optymistyczniej (podzieliło mi się na opty- i mistyczniej). Bardzo bym chciał, ale wystarczy rzucić okiem na program jutrzejszych głosowań w sejmie by stracić do reszty ochotę na optymizm. Wyjęli z kosza zakurzony projekt całkowitego zakazu aborcji i będą przepychać. Do tego dorzucili karanie za edukację seksualną i zgodę na zabieranie dzieci do lasu na polowania. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. To chodzi o to, żeby te dzieci chronić, czy żeby je stawiać pod lufy pijanych myśliweczków i smarować posoką w wojenne barwy? To jest ustanawianie prawa, czy jego likwidacja? Ręce opadają. Chcą przecisnąć przez maszynkę do głosowania wszystko to, co zostało wcześniej odrzucone wskutek szerokich protestów społecznych. Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, to przypominam; zabierają nam wolność. Wolność decydowania o sobie, co jest fundamentem obywatelskiego społeczeństwa. Po drugiej stronie, na horyzoncie, majaczy powrót do parafiańskiej ciemnoty rodem z „nocy saskiej”. I lawinowo rosnąca liczba noworodków topionych w szambach. Czy to jest ochrona życia? Ach, no i jeszcze dorzucili wątek żydowski, jak zwykle. Czas skończyć z tym odzyskiwaniem mienia przez ofiary i ich pełnomocników. Wszystko co nasze Polsce oddamy. I nie nasze też.

    Podobno wątek żydowski został usunięty. Jak to ktoś ujął – zagrożenie nie jest realne. Nie, jest nadnaturalne.

    www.unsplash.com/Billy Huynh

    Okej, wyłączam internet. Ma być pozytywnie. Wyłażę na taras, rozglądam się i szukam czegoś dobrego. Chmury są dobre. Płyną od zachodu i niosą opady, których wyschnięta ziemia łaknie jak kania dżdżu, choć niewiele tego dotychczas spadło. Ja mam z chmurami jak Dyzio Marzyciel. W dzieciństwie naprawdę lubiłem kłaść się na łące (tata zabierał mnie do pracy w polu i uczył rolniczego fachu), by patrzeć na płynące obłoki. Naprawdę chciałem usiąść na takiej miękkiej białej poduszce z waty i popłynąć hen daleko. Czyli nie zostać tu, gdzie byłem. Faktycznie, popłynąłem daleko, rolnikiem nie zostałem i całe szczęście, bo dzisiejsza gospodarka wiejska z rolnictwem w rozumieniu mojego ojca niewiele już ma wspólnego, natomiast miłość do chmur mi została. Prawie wszystkie zdjęcia na wycieczkach robię dlatego, że są fajne chmury w tle. Ilekroć lecę samolotem, zdumiewa mnie – wiem, całkiem naiwnie – ich nieuchwytność, ulotność, brak kształtu. Po prostu mokra mgła. A z ziemi wyglądają tak konkretnie! No więc patrzę teraz na nie i myślę sobie, że jednak są najtrwalsze ze wszystkiego. Świat się skończy, życie wymrze, wirus zdechnie razem z jego ostatnimi nosicielami – a one nadal będą tak lecieć z zachodu na wschód albo odwrotnie. Rozwiewać się i na powrót scalać w rozciągliwe ni to materie, ni to idee, rozszczepiane promieniami słońce we wszystkie kolory tęczy. Wyłaniać się zza horyzontu i znikać po drugiej stronie. Istnieć. Tylko już nie będzie oka patrzącego z zachwytem i głowy marzącej, by polecieć z nimi.

    Pozytywnie wyszło, nie ma co. To spróbuję inaczej. Dobrze mi się siedzi w pokoju. Cztery ściany, dwa skosy dachowe, w nich okna jak włazy do czołgu – można się poczuć bezpiecznie. Co złe, zostaje na zewnątrz (pesymizm podpowiada, że co dobre również, ale go uciszam), natomiast tu, w środku, siedzę jak w pudełku swojej cieplutkiej, umoszczonej czytaniem i pisaniem norki, z której właściwie nie ma potrzeby wychodzić. Kwarantanna do pewnego stopnia stanowi spełnienie marzeń humanisty, który chciałby mieć wreszcie spokój od świata i siedzieć sobie po uszy w tekstach, unikając konfrontacji. Książek mam całkiem sporo, wiele z nich nieprzeczytanych, czyli do przymusu siedzenia można jeszcze dopisać szlachetny cel, że się nadrabia intelektualne zaległości. Wszyscy teraz powtarzają: „nareszcie mogę nadrobić zaległości w czytaniu!”. Gdyby nie moje postanowienie o pozytywności, spytałbym: ale właściwie po co? Ile tych zaległości jest i kiedy zostanie nadgonione? I co???

    A najbardziej pozytywna jest lornetka. Pal licho czytanie i pisanie, ale jest wiosna, ptaki szaleją i można podglądać je godzinami, gospodarzące wokół domu. Ileż w tym ruchliwego konceptu! Na przykład jedna sikorka bogatka od kilku dni buduje gniazdo w dachu sąsiadów i regularnie sfruwa do naszego ogródka po gałązki. Bierze jedną, próbuje dziobem i odrzuca, bierze inną i układa równiutko, drugą, trzecią, a kiedy uzbiera jej się pełny luk bagażowy, łapie w dziób i leci. Wszędzie pełno patyków, suchych traw i wszelkiego budowlanego materiału, a ona sobie ubrdała, że te moje pasują najakuratniej i warto latać dwadzieścia metrów dalej. Próbuję pojąć, czym się kieruje w tych konstrukcyjnych ustaleniach: giętkością? Ciężarem? Wartościami izolacyjnymi? Podatnością na wstrząsy? Nigdy nie budowałem gniazda, wiadomo. Ale też nigdy się nie zastanawiałem, JAK ZBUDOWAĆ GNIAZDO! A teraz, dzięki pandemii, zaczynam. Pozytyw? Jak najbardziej!

    15 kwietnia 2020 (7582 zarażonych, 286 zmarłych)

    Kryzys i solidarność. Kapitalizm i wspólnota. Społeczne i prywatne. Znowu się nasiliły apele o pomoc dla drobnych przedsiębiorców, na których podobno spoczywa nasz dobrobyt i jeśli oni upadną, upadniemy wszyscy. Mamy być solidarni i zrzucić się na ratowanie ich interesów, ponieważ zastrzyk pieniędzy pomoże im przeżyć. Czyli nam również. Jak donoszą, córka naszej marszałek sejmu – trenerka personalna z siłowni – poprosiła nawet o wpłaty na konto, które pozwolą jej „przetrwać ten trudny czas”. Niemal doścignęła ojca Rydzyka – aż boję się powiedzieć, w czym. W każdym razie powinniśmy ją ratować, bo drobnej przedsiębiorczości na pewno jej nie brakuje i przyda się do odbudowania kraju z pandemicznych zniszczeń.

    Solidarność działa. Szkoda, że w jedną stronę. Byłem na zakupach uzupełniających i widziałem nowe ceny w warzywniaku i delikatesach. Zwyżka średnio o pięćdziesiąt procent. Czasami o sto i więcej. Może na liczi, awokado i cytrusach jeszcze jakoś uzasadniona, ale na ziemniakach i marchewce to już chyba nie. Ani orzechach laskowych (dodaję do jogurtu na śniadanie). To znaczy, że zasada solidarności społecznej i zwykłej międzyludzkiej pomocy ze strony drobnych przedsiębiorców już niespecjalnie działa. Jak można zarobić na kryzysie, to się zarabia. Na tym przecież polega wolny rynek, o czym zdajemy się czasem zapominać. Zatem przypominam: kapitalizm powstał na kulcie zysku i uznaniu sknerstwa za cnotę (patrz Opowieść wigilijna Dickensa). Nie mam specjalnie złudzeń, że obronimy się przed kryzysem dając pieniądze przedsiębiorcom i życząc im „przetrwania trudnych czasów”, a tym bardziej nie mam złudzeń, że oni nam się w jakimś hipotetycznym „później” odwdzięczą na przykład promocyjnymi cenami. Kto ma stracić, straci, a kto ma zarobić, zarobi. Brutalnie i po prostu. A solidarność w sensie sprawiedliwości społecznej nie sprawdza się w odniesieniu do drobnokapitalistycznej konkurencyjności, bo nie i tyle. Zysk jest wartością nadrzędną i wyklucza myślenie w kategoriach dobra publicznego, przedwojenni socjaliści porządnie już ten problem przedyskutowali. A „Solidarność” się na nieznajomości tych dyskusji przejechała, usiłując być formacją socjalistyczną w kapitalizmie, i skutkiem tego została przybudówką populistycznej władzy, zamieniając ideę robotniczej wolności na rządowy garnuszek.

    Z tą pomocą to naiwność. Wiem, bo czytałem bajkę Mickiewicza Chłop i żmija, a ponieważ to nasz wieszcz narodowy, zakładam, że wie co mówi.

    Któryś lekarz w przypływie rozpaczliwej determinacji krzyknął, że nie potrzebuje oklasków na balkonach, tylko odrobinę życzliwości w sklepie, kiedy po dwunastu godzinach dyżuru robi zakupy w drodze do domu. Może tam skierujmy nasze apele o solidarność. Do tych wszystkich, którzy mogą pomóc służbie zdrowia, gdyż tam się teraz rozgrywa najważniejsza walka. A personel medyczny jest daleki od kapitalizmu i nie ukąsi pomocnej dłoni. Raczej ją wyleczy.

    17 kwietnia 2020 (8379 zarażonych, 332 zmarłych)

    Z jakimś maniackim uporem piszę w nagłówkach te „oficjalne dane” o ofiarach, ale to jest pic na wodę. Lekarka mówi, że w jej szpitalu w ciągu doby zmarły 4 osoby, a oni podają na cały kraj liczbę zgonów 7. Nawet nie wiadomo dokładnie, kto podaje, ponieważ dane publikuje ministerstwo zdrowia, ale kneble są założone znacznie niżej, na poziomie poszczególnych jednostek medycznych, więc minister jakby jest kryty. Krótko mówiąc, rośnie zaufanie do rzeczników prasowych. Jeszcze trochę i każdy będzie sobie sam sporządzał gazetę na każdy dzień z tego, co gdzie wydłubie z internetu. A w internecie jest wszystko, jak na wysypisku, i każdy kleci kiosk z wiadomościami po swojemu, wedle pomyślunku, talentu i przyzwoitości. Mnie na ten przykład osobliwie cieszą filmiki dowodzące, że cała pandemia jest jedną wielką mistyfikacją, a szpitale są puste i funkcjonują normalnie, to znaczy żadnych chorych w nich nie ma. Niektórzy z nas uwielbiają teorie spiskowe i teraz mają używanie. Wszystko jest zmową, jakimś ukrytym „systemem”, działającym w interesie wąskiej grupy cwaniaków (miliarderzy, CIA, Żydzi, rosyjscy lub chińscy oligarchowie itd.), sycących swoje odrażające żądze nieszczęściem reszty ludzkości. Jak El Cuco z Outsidera, który musi odnawiać swoje siły szerząc zło. W obliczu globalnego zamieszania jedni tracą rozum, a inni go zyskują nad miarę i dochodzą do przekonania, że przeniknęli istotę rzeczy. Łatwe odpowiedzi kuszą, zwłaszcza gdy nie ma odpowiedzi prawdziwych.

    Ten upór w szukaniu odpowiedzi. Uważaliśmy go za przywilej, boski dar, dzięki któremu odróżnimy się od reszty Stworzenia i uczynimy je sobie poddanym. Teraz to już nie jest takie pewne. Im więcej otrzymujemy odpowiedzi, tym więcej rodzi się nowych pytań i ta zabawa zdaje się nie mieć końca. Trochę z tym jest jak z nieustannym wzrostem gospodarczym – nie może trwać w nieskończoność i kiedyś musi klapnąć. Im dłużej go pompujemy, tym klapnięcie głośniejsze i bardziej bolesne. Czasem kombinuję, że właśnie przeżywamy jedno z takich klapnięć, a że długo powstrzymywane, to dosyć głośne. Cofka jakaś planetarna.

    Może właśnie jesteśmy świadkami końca epoki postępu. Nie chodzi mi o to, że wszystko się nagle zatrzyma, nie, rozwijać będziemy dalej produkcję, usługi i wszystko to, co – chyba zbyt łatwowiernie – wzięliśmy za esencję naszej cywilizacji. Tylko wiara w potęgę postępu klapła. W szkole mieliśmy taką odzywkę na mędrków: „Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu braknie”. Jakby teraz trochę nam z tyłu brakuje, prawda?

    Jak mówił Miłosz, kiedy ktoś siedzi w brzuchu wieloryba, niekoniecznie musi wiedzieć, jak wieloryb wygląda. Ten, w którym siedzę, zaczął mieć właśnie jakieś wzdęcia, coś mu burczy po przewodzie pokarmowym i boję się myśleć, czym to się skończy. A przecież żadnych sepulek mu nie podawałem! Wskutek tych wzdęć i klapnięć mogę się ostatecznie wydostać na zewnątrz i poznać prawdziwy kształt naszego wieloryba… ale w jakiej atmosferze?

    www.unsplash.com/CDC

    Tak, dobrze się domyślacie, mówię o upartym poszukiwaniu formy dla naszych czasów. Wciąż jej nie znalazłem. Żywię jakieś anachroniczne i być może zupełnie fałszywe przekonanie, że kiedy zobaczę kształt naszego wieloryba, to i słowa przyjdą odpowiednie, czyli że istnieje realny związek pomiędzy światem i językiem. Wychodzę ze swojej epoki i oglądając się za siebie widzę postać. Czas zmienia dekoracje i automatycznie uruchamia się nowy styl. Arcyludzkie przekonanie.

    19 kwietnia 2020 (9287 zarażonych, 360 zmarłych)

    Rocznica powstania w getcie warszawskim. Mocna figura żydowskiego losu w czasie Holokaustu: garstka obrońców naprzeciw wrogiej ludzkości. To był moment ostatecznej kompromitacji idei narodowej, ponieważ obnażył jej cynizm i zakłamanie. Naród wielki, święty i wolny – ale tylko mój. Inne narody do wyniszczenia. Kult narodu jest w gruncie rzeczy uświęceniem partykularnych interesów jednej grupy kosztem innych i tak naprawdę u nacjonalistów wszelkiej maści wcale nie chodzi o naród. Wszak definiują go w sposób plemienny i wykluczają obcych, nawet jeśli są obywatelami tego samego kraju. Wtedy łatwiej ich zabić. A jeszcze łatwiej, kiedy się im odbierze człowieczeństwo („Żydzi, wszy, tyfus plamisty”). Nacjonalista jeśli chce budować, to tylko po to, żeby się bić. Dzisiaj niby oczywistości, ale jak widać z kwitnących wkoło agresji plemiennych, wciąż nie przyjmujemy ich do wiadomości. Nieraz mnie męczyło, dlaczego po Holokauście nadal możliwy jest antysemityzm? Przecież nie z rasowych doświadczeń, bo wielu dzisiejszych antysemitów z Żydami nie miało nigdy do czynienia i swoją nienawiść czerpie z mediów. Czy to Biblia zdefiniowała ich jako ofiary, a nas jako oprawców? Zwykle uważa się odwrotnie, ale to z powodu chrześcijańskiej propagandy. Spytam inaczej: czy Chrystus głosił swoje nauki do nas, czy do Żydów?

    Tamci w bunkrach i piwnicach getta ginęli już nie w imię tego czy innego narodu, ale po prostu jak ludzie. To było dla nich ważne – by nie umierać jak zwierzęta, którym my też najpierw odbieramy dusze, by potem móc ze spokojnym sumieniem zabić. Gdyby nacjonalistyczne kategorie miały jakikolwiek sens, młody Żyd z bunkra ŻOB-u mógłby zapytać Polaka z tamtej strony muru: co dla ciebie znaczy nasza tysiącletnia wspólna historia? Odpowiedź brzmi: nic. Jak bardzo obchodzi cię śmierć z obcej ręki twojego żydowskiego brata w waszym wspólnym domu? Odpowiedź: nie obchodzi. Ile jest warte dla ciebie życie człowieka, który był twoim sąsiadem? Odpowiedź: tyle, ile ukrywane przez niego złoto. Co możesz w ogóle dla mnie zrobić? Odpowiedź: niewiele. Mogę pomodlić się do Chrystusa, który też był Żydem.

    Popełniam ten sam błąd: mówię „my” i „oni”. A przecież oni byli nami. Razem budowaliśmy przez tysiąc lat Rzeczpospolitą i czas polsko-żydowskiej zgody pisze najlepsze karty naszej historii. A czas pogromów najgorsze. Konflikty między nami były zawsze jednokierunkowe, to znaczy my biliśmy ich. Tak zwane pogranicze polsko-żydowskie tym się charakteryzuje, że nie ma lokalizacji przestrzennej, ponieważ takiej granicy geograficznej nigdy nie było. Były inne, partykularne, nacjonalistyczne, i one powinny były odejść w przeszłość razem z koszmarem Holokaustu. Nie odeszły.

    Brak Żydów boli, ale i szkodzi. Polska bez nich jest jakaś uboższa, bardziej przaśna i parafialna. Umysłowo nudna. Partie polityczne budujące swoje programy z użyciem haseł antysemickich są jakieś niedowarzone intelektualnie, bardziej prostackie, zwyczajnie głupsze. I nie chodzi tylko o durniów w rodzaju Rybaka czy Międlara, ale o najważniejsze ugrupowania polityczne, z sejmową reprezentacją. Myśli żydowskiej im brakuje. Odrzucają akurat to, co mogłoby im pogłębić wymiar, nadać formę, o którą w Polsce tak trudno, podnieść trochę w oczach świata. A tak – bełkoczemy o wstawaniu z kolan pełzając na pańszczyźnianych czworakach. Niemców nie spolonizujemy, Rosjan też nie, ale Żydów mieliśmy spolonizowanych i pozwoliliśmy sobie ich zabrać. Przyłożyliśmy rękę do ich odejścia, zamiast o nich walczyć. Głupota nie polega na tym, że się nie wie wszystkiego, tylko na tym, że się nie umie słuchać mądrzejszych.

    Młody żydowski bojownik z getta nie daje mi spokoju. Podobno umierał w milczeniu, nie mając nic do powiedzenia światu za murem. Jego brat po tamtej stronie będzie ginąć kilkanaście miesięcy później z tą samą przeraźliwą samotnością i rozpaczą. Umierają osobno, choć gdyby umieli ze sobą rozmawiać, zginęliby razem. Jak na braci przystało. Poróżniła ich koncepcja narodu.

    Obchody dzisiaj też puste, bez ludzi. Samotne jak ich śmierć.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (26-30 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    9 kwietnia 2020 (5575 zarażonych, 174 zmarłych)

    Dmuchnął wiatr i zakręcił kurzem na nagrzanej słońcem polnej drodze. Sucho. Bardzo sucho. Niewielkie opady zimą i wysokie temperatury ostatnich miesięcy składają się na poważne niedobory wody. Zwierzęta błądzą po łąkach i lasach w poszukiwaniu źródeł lub choćby niewyschniętych kałuż. A te wyschły. Nawet najbardziej uporczywe błota i grzęzawiska stwardniały, można po nich przejść w półbutach. To dopełnia obrazu. Postapokaliptyczne scenerie zwykle bazują na wizjach pustynnych, martwocie wysuszonej ziemi i bielejących w słońcu kościach po uprzednim życiu, czyli że dostajemy bonus w postaci klimatycznego klimatu końca. Śmierć świata jest sucha, cywilizacja uległa spopieleniu. Wczoraj cieszyłem się z wybuchu wiosny, dzisiaj patrzę na słońce jak na przegrzany reflektor w teatrze. Natura funduje nam spektakl nie tylko dobrze wyreżyserowany, ale i z odpowiednią scenografią.

    Policja kupuje armatki wodne i kabaryny aresztanckie do rozpędzania zamieszek. Być może przewidują jakieś gwałtowne reakcje cofającego się koronawirusa, bo przecież chyba nie o Naród chodzi. Ten kocha władzę i popiera ją nawet korespondencyjnie. Ja nie wiem, boję się mówić głośno, ale to wszystko naprawdę śmierdzi zamachem stanu. Partyjna mafia przejęła państwo, bo może. Nikt jej w tym nie umiał przeszkodzić, i teraz PiS pokazuje nam faka codziennie, z coraz większą bezczelnością i pewnością siebie. Wymyślili specjalną poprawkę, według której im i ich rodzinom należy się wyjątkowa opieka medyczna. Urzędników zwalniają, służba zdrowia pada pod meteorytem pandemii, kraj rzęzi i blednie w obliczu nadchodzącego kryzysu – a oni sobie przywileje głosują! Nie wiem, głowa od tego pęka…

    To niby tylko takie stare powiedzonko, ale ja teraz naprawdę szczypię się w policzek przy czytaniu. Faktycznie to napisali, czy ktoś drwiny sobie urządza i odgrywa mi przed nosem moje zeszłoroczne paranoje? Jeszcze jeden spektakl? Ale kto i po co miałby się tak prymitywnie bawić moim kosztem? Zgoda, bałem się dyktatury w moim kraju. Naczytałem się ostatnio przedwojennych gazet i katastrofizm polityczny wzmógł we mnie jak gorączka. W połowie lat 30. faszyzm, nacjonalizm i antysemityzm widać było jak na dłoni, zło panoszyło się jak nie przymierzając zaraza, szanowani intelektualiści całkiem poważnie debatowali, jak zneutralizować „żydowską zarazę”, a ludzie udawali, że jest normalnie i spoko. Do czasu. Po lekturach starych gazet nabawiłem się lęków i najbliżsi tłumaczyli mi, że to tylko histeria. Teraz na mnie zerkają nieco inaczej, z jakąś niepewnością i prawie urazą. Musiałeś mieć rację? Znowu? A ja wzruszam ramionami i czytam sobie historyczne kawałki o starożytnej Grecji. Problem Kasandry dotyka mnie mocno, osobiście.

    www.unsplash.com/Mr Cup / Fabien Barral

    Tak, czytanie. Bardzo dobra ścieżka ucieczki. Im dalej, tym lepiej, więc sięgnąłem do Rozmyślań Marka Aureliusza, ale po dwudziestu stronach odłożyłem. Trochę nudziarstwo z tym niewzruszonym spokojem wobec nadchodzącej zagłady. Herbert miał rację, to nieludzkie, trudno dłużej wytrzymać w takim kamiennym napięciu. Sięgnąłem jeszcze dalej wstecz, do czasów heroicznych Grecji, by przypomnieć sobie trojańską wieszczkę. Najpiękniejsza z córek Priama, podczas rzezi Troi zdołała ukryć się w świątyni Ateny, skąd wywlókł ją Ajas z Lokrydy i świętokradczo zgwałcił. Jako branka wojenna przypadła królowi Agamemnonowi, który przywiózł ją do pałacu w Mykenach tylko po to, by tam razem z nią zginąć z rąk niewiernej żony i jej kochanka. Jak mówi Zygmunt Kubiak w Mitologii Greków i Rzymian, Kasandra w Mykenach „wzgardliwie milczy wobec królowej” i dopiero nocą przed gromadą starców wykrzykuje swoją straszną wróżbę o śmierci Agamemnona. Wtedy też przyznaje, że dar wieszczenia dał jej Apollo, który ją uwiódł. Czyli typowe fantazje gawędziarskie wokół dziewictwa i czystości. Ale jest wersja lepsza od seksualnej, dla mnie wręcz fascynująca! Otóż kiedy Kasandra była mała, rodzice zabrali ją z bratem Helenosem do świątyni Apollina w Tymbrze i tam zostawili na noc. Po prostu zapomnieli! Kiedy dzieci zasnęły, święte węże pilnujące wiecznego ognia polizały im uszy. Stąd dar słyszenia przyszłości, który w istocie jest przekleństwem, gdyż wywyższa i zabija zarazem.

    Próbuję to sobie wyobrazić. Ciepła, śródziemnomorska noc, jaką znamy z wakacyjnych wyjazdów, słabiutki powiew wiatru, cykady grzechoczą wśród pobliskich krzewów. W glinianych lampach oliwa spala się spokojnym światłem, które wśród kolumn rzuca długie cienie. Owady skwierczą w pełgającym płomieniu. Czasem szumią liście drzew porastających święty gaj. Dzieci są przerażone, przecież zostały same w zupełnie obcym i niesamowitym miejscu! Opieka bóstwa to jedno, a potwory, źli ludzie i dzikie zwierzęta to drugie. Drżąc ze strachu przytulają się do siebie, zaciskają na siłę powieki i pocieszają się nawzajem, że nic im się nie stanie. Żeby zagłuszyć straszne myśli nucą półgłosem pieśni, jakich uczyła je niania, i tak zasypiają. Posadzka jest chłodna, więc przysuwają się blisko lampy, żeby nie zmarznąć wraz z nadejściem chłodnego świtu. Głęboką nocą, kiedy już mocno śpią, zza kamiennej misy wyłania się dostojny wąż. Sunie powoli z lekko uniesionym płaskim łbem, który obraca raz w prawo, raz w lewo, bo święty wąż musi być czujny. Z jakiegoś powodu wiem, że jest zielony. Po chwili wypełza drugi i razem okrążają śpiące dzieci, bezgłośnie wyginając sprężyste ciała. Pochylają się nad maluchami. Dzieci pachną słońcem i niewinnością. Śpią na boku, zwarte w obronnym uścisku, a małżowiny ich uszu rozchylają się ku górze jak wejścia do maleńkich jamek. Węże widzą przed sobą miniaturki ich własnych domów, w których wylęgają się takie same maleńkie dzieci, ale wężowe. Jeden z nich próbuje musnąć rozdwojonym językiem półprzeźroczystą muszelkę, robi to bardzo delikatnie, by nie obudzić dziewczynki, która śpi z półotwartymi ustami i piąstką wciśniętą pod brodę. Drugi również zbiera się na odwagę i próbuje ucha chłopczyka. Muśnięcia są jak najlżejszy powiew wiatru, ledwie wyczuwalne, ale to wystarczy. Świętość wnika przez ucho do mózgu i przestawia ośrodki zmysłów tak, że dziewczynka rano po przebudzeniu wie już wszystko. I kiedy braciszek płacze za mamą, ona obejmuje go pewnym ramieniem, osłaniając drugą ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Choć jest młodsza od niego, słowa jej brzmią dorośle i tchną pełnym przekonania spokojem: „Nie martw się, już jadą. Widzę ich”.

    I potem już zawsze widzi. Ból wiedzy daremnej, niepotrzebnej, pogardzanej będzie się za nią ciągnął przez resztę życia. Podczas pogromu schroni się w świątyni bogini mądrości Ateny, czyli jakby adekwatnie, na niewiele się to jednak zda. Swoją hańbę pod chamskim Ajasem zapewne również zobaczy dużo wcześniej, zanim się wydarzyła. A także zagładę rodzinnego domu i całej Troi. I śmierć własną, co nie bolało tak, jak ujrzana wieszczymi oczami śmierć dwóch synów, których zdążyła urodzić Agamemnonowi. Mądra, piękna, jasnowidząca, gwałcona, uprowadzona z ojczyzny, nieszczęśliwa na wszystkie możliwe sposoby – wierzę, że śmierć przyjmowała z ulgą. Na widok wzniesionej ręki Klitajmestry, uzbrojonej w okrwawiony nóż, który przed chwilą zabił Agamemnona, może się tylko wzgardliwie uśmiechnąć. Powiedz mi coś, czego nie wiem, wielka królowo. A w nagrodę ja nie powiem ci tego, co wiem, mówi zerkając na kotarę, za którą chowają się przerażeni Elektra i Orestes, którzy później zabiją matkę-morderczynię. Ale Klitajmestrze jest to już obojętne. Swoje życie również przegrała, dawno temu, kiedy zmuszono ją do małżeństwa z okrutnym i znienawidzonym królem i od którego właśnie próbowała rozpaczliwie się uwolnić. Zresztą, może jej uszy również polizał święty wąż i też już wiedziała.

    Śmierć nagła, ale spodziewana. Raptem tyle satysfakcji dla tych, którzy widzą i słyszą.

    10 kwietnia 2020 (5955 zarażonych, 181 zmarłych)

    Nie będzie o zamachu, nie będzie o pandemii, nie będzie o smutnych świętach. Będzie o Jacku. Kiedy umierał szesnaście lat temu, byłem w jednym z ostatnich ciągów alkoholowych przed rozpoczętą latem terapią i słabo ten fakt odnotowałem. Pamiętam okładkę „Wyborczej” z jego twarzą na tle szyby z podoklejanymi do niej czarnymi ptakami i tytułem „Odszedł Jacek”. Trzy tygodnie później byłem w Warszawie na wielkiej imprezie z okazji wstępowania Polski do Unii Europejskiej i pojechałem na Cmentarz Wojskowy na Powązkach, żeby go odwiedzić. I tak już zostało do dzisiaj – ilekroć jestem w Warszawie, jadę do niego, żeby na chwilę przysiąść i pogadać. Opowiedzieć o kolejnym roku trzeźwości i poburczeć pod nosem strofki jego piosenek, których pamiętam więcej niż Baczyńskiego, Miłosza i Herberta razem wziętych. Złożyć raport z życia. Posłuchać śpiewu ptaków. Tak się składa, że zwykle jest wtedy wiosna.

    Był naprawdę bardem naszego pokolenia. Jeżeli młodzi spiskowcy z powstania listopadowego mówili językiem Mickiewicza, to my, studenci stanu wojennego, rozmawialiśmy językiem Kaczmarskiego. Nie chodzi tylko o sławetne Mury, które rozumieliśmy odwrotnie do intencji tekstu – to znaczy jako hasło narodowej solidarności, a nie pieśń o samotności poety – ale o cały świat, który jego wiersze przed nami otwierały. Chyba nigdy już później nie czułem tak wyraźnie, że poezja i wolność są ze sobą ściśle związane. Biedni, zagubieni, zostawieni samym sobie w przaśnej rzeczywistości dogorywającego PRL-u, mieliśmy w literaturze jedyne terytorium swobody, tym fajniejsze, że zakazane. Jak wybieg dla młodych źrebaków, który w jednym miejscu ma sekretny przesmyk ku otwartym łąkom.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Jeszcze w liceum usłyszałem Obławę i trampki spadły mi z nóg. To było coś radykalnie innego, tornado zmiatające ze sceny całe studenckie pobrzękiwanie do kiełbaski przy ognisku. Zjawisko jedyne w swoim rodzaju, nie do podrobienia ani powtórzenia. Jasne, śpiewali później wszyscy, ale takiego stylu nie potrafił podjąć nikt. Był poetą i śpiewakiem w zupełnie nowoczesnym, a zarazem jakimś archaicznym sensie, jak ten wajdelota, który umiał porwać słuchaczy i stare, dobrze znane historie opowiedzieć tak, że mówiły coś nowego. I mówiły wprost do ciebie, bez osłonek, bez całej tej scenicznej machiny snobizmu, która zabija autentyczność. Słuchając czułeś, że on tę piosenkę ułożył specjalnie dla ciebie, że śpiewa o tobie. Łamał wszystkie bariery i przesłony, wchodził wprost w środek duszy. Słuchaliśmy go na fatalnych kopiach dziesiątki razy przegrywanych z taśmy na taśmę, żeby uszczknąć choć trochę tej autentyczności i pasji, która tak nam była potrzebna. Wciąż mam przed oczyma ciasny pokoik w akademiku na miasteczku studenckim AGH, wielgachny magnetofon na stoliku i dwie kręcące się szpule, z których leci charkotliwie wykrzyczane: Dałeś mi, Panie, zbroję/ Dawny kuł płatnerz ją… Tak, Jacek dał nam wtedy zbroję na niedobry czas, daje ją również dzisiaj. I jeszcze wiele razy będzie dawał, bo na tym polega poezja wolności. Gdzieś w pudle na strychu mam jeszcze te kasety z głosem schrypniętym potrójnie: od pasji, alkoholu i powolnego rozpadu nylonowej taśmy.

    Miałem raz w życiu okazję z nim rozmawiać. Robiliśmy z kolegą film dokumentalny o powstającym właśnie Studium Literacko-Artystycznym (w którym teraz mam zajęcia!) i spotkaliśmy go przypadkowo na krakowskim Rynku. Zgodził się natychmiast na wypowiedź i spontanicznie palnął, że takie szkoły pisania trochę są potrzebne, a trochę nie, bo prawdziwego pisania nauczyć się nie można. Tak całkiem nam do scenariusza nie pasowało, ale to był Kaczmarski, nie mogliśmy nie zamieścić. Ileż razy później żałowałem, że nie zagadnąłem go jakoś bardziej osobiście, po ludzku! Że nie wyznałem bezwarunkowej miłości i nie poparłem wyznania wydeklamowaniem paru zwrotek z pamięci. Nie zdążyłem, wszystko przebiegło tak szybko, poza tym okropnie się wstydziłem. Taki wtedy byłem.

    Nic się nie kończy prostym „tak” lub „nie”.

    I nie na darmo giną wojownicy,

    Dlatego mówię: to początek końca,

    A lud pijany wspina się na mury,

    Bo pustką zieją szańce barbarzyńców…

    zapisuję z pamięci po czterdziestu latach. To z pieśni o Kasandrze.

    W genialny sposób stopiły się w nim dwie główne nici polskiego losu: sarmaty i Żyda. Tu hulanka, swawola i opętańczy galop za uniesieniem, a tam księga, pilne czytanie i mozół codziennego wykuwania słowa. Napisał tych wierszy chyba z tysiąc. Do tego układanie muzyki, ćwiczenie gitary, śpiew… cóż za tytaniczna praca! Kiedy próbuję coś takiego porównać z moją codzienną krzątaniną, to mnie w zasadzie nie ma.

    Wyśpiewał mnie całego. Czym bym się nie zaciekawił w moim rozwichrzonym życiu, zaraz się okazywało, że on o tym napisał wiersz. W dodatku napisał tak, jakby znał moje najskrytsze odczucia. Tak, zazdrościłem mu. Patrzyłem na niego jak na lepszą wersję siebie, jeden z tych przegapionych wariantów egzystencji, których nie wybrałem, bo wybrałem co innego. Myślałem nieraz, że moje frustracje i żale brały się z niewłaściwego wyboru i że tak naprawdę to miałem być Kaczmarskim. Nie jakimś tam politykiem czy wielkim dowódcą, bo to dla gruboskórnych, tylko trubadurem z gitarą na plecach i butelką wina za pazuchą, który włóczy się po świecie i śpiewa wszystko co widzi, słyszy, doznaje. Dotarł nawet do mojej ukochanej Australii, więc nawet tu jakieś porozumienie…

    W tym roku nie pojadę do niego. Nie wolno. Mam pilnować życia, żeby trwało, choć on całą młodość mi śpiewał, że warto krótko i mocno, a nie długo i byle jak. Nie wiem, Jacku, nie umiem jak ty. Życia, jak pisania, nie można się tak po prostu nauczyć.

    11 kwietnia 2020 (6356 zarażonych, 208 zmarłych)

    W „Wyborczej” obszerny wywiad z Olgą Tokarczuk. Mówi o naturze, która nas sprawdza, o czymś nieokreślonym i bezosobowym, przeorganizowującym nasze życie, o zwalnianiu w szalonym cywilizacyjnym biegu. I o Kasandrze. Czytam z satysfakcją.

    13 kwietnia 2020 (6934 zarażonych, 245 zmarłych)

    Wielkanoc. Zupełnie nic. Nie ma żadnych wiadomości ani żadnych myśli. Dzieje się jedzenie, posiadywanie i gadanie, a wieczorem granie. Zero metafizyki.

    Nasze najstraszniejsze opowieści zachowujemy dla dzieci” – powiedział Stephen King parę dni temu w wywiadzie dla radia NPR. Fajne, też o tym kiedyś myślałem. Bardzo dbamy o nasze pociechy i ich jak najlepsze wychowanie, dlatego kupujemy im plastikowe pistolety i gumowe potwory z czerwonymi naciekami na pyskach. Malucha trzeba czymś zapchać, więc dostaje hamburgera razem z nagrodami w postaci „figurek” i potem przez następne trzy dni słychać z dziecięcego pokoiku onomatopeiczne pomruki zagryzania, rozwalania, przebijania na wylot i dorzynania. Żeby wzbudzić miłość bliźniego, zgodnie z chrześcijańskim modelem wychowania. Albo islamskim, albo jakimś jeszcze innym. Bardzo dbamy o nasze pociechy…

    Znowu satysfakcja, że uwielbiany mistrz mówi jak ty. King nie przegapia okazji i bez ogródek wytyka Trumpowi pacaństwo i nieodpowiedzialność. Poszło o maseczki, że prezydent USA publicznie powiada mniej więcej w tym duchu: „maseczki można nosić, albo nie; ja nie noszę, ale jeśli ty lub ty chcesz, to proszę bardzo”. Wolność. Rozumiana zupełnie opacznie, bo nie chodzi o to, czy maseczka ciebie ochroni przed innymi, ale czy TY chronisz innych przed sobą! Egoista i bufon, który zawsze ma rację, nie potrafi myśleć w kategoriach empatii i zrozumienia. Amerykańskie media rozpisują się o tym od dawna. Stephen King skomentował to pacaństwo nie jak autor tanich popkulturowych straszydeł, ale jak odpowiedzialny obywatel, który myśli publicznie, a nie egoistycznie. Otóż właśnie – co innego mówić publicznie, a co innego publicznie myśleć!

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Poruszył też mój ulubiony problem papieru toaletowego. Supermarkety pełne, a półki z papierem puste. Co dowiozą, to zaraz znika. Nikt z obsługi sklepu (domyślam się, że na Florydzie, bo on zdaje się tam głównie teraz pomieszkuje) nie umiał mu wytłumaczyć, dlaczego akurat papier toaletowy. Było też o jego najnowszym zbiorze opowiadań If It Bleeds, który lada dzień ma mieć premierę. I o tym, co i ja zawsze powtarzam: najważniejszy w pisaniu jest JĘZYK.

    Punktem wyjścia do rozmowy była jego prorocza wizja sprzed czterdziestu lat o epidemii grypy, która zabija 99 procent ludzkości, a ten pozostały przy życiu jeden procent próbuje ułożyć świat na nowo. I wpada w stare koleiny. Chodzi o Bastion, którego obrazowaniu – jak już tu pisałem – nie umiem się oprzeć. Dziennikarka zaczęła od tego, jak wielki pisarz czuje się z tym, że cała Ameryka żyje teraz wewnątrz jego powieści. Odpowiedź: „Bardzo was przepraszam”. Znakomite.