Tag: komiksy

  • Ceny rosną, drukarnie drukują, ludzie kupują. Departament Smakomiksu

    Dziś w „Departamencie Smakomiksu” temat cen papieru, ale to nie jedyna sprawa, którą się zajmiemy. Państwa i moim gościem jest Bartłomiej Rabij z Wydawnictwa Mandioca, z którym rozmawiam o Noblu dla twórcy komiksów, popycie, podaży, pieniądzach, modzie na komiks oraz o cenach okładkowych. Jak zawsze zaznaczam, że jestem w tematyce powieści graficznych zielony, więc nie mędrkuję, pytam, a jak mi się coś spodoba, to o tym opowiadam. Smacznego!

  • „Trochę inne kryminały”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Słyszałem kiedyś opinię, że obecnie najciekawsze rzeczy w kryminale dzieją się w komiksie. Z przyczyn oczywistych nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić, jednak ta opinia zainspirowała mnie do zrobienia takiego super subiektywnego przeglądu kryminalnych historii komiksowych, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnich latach.

    Zacznę od trzech klasyków. Pierwszy to „Strażnicy” Alana Moore’a i Davida Gibbonsa. Tytuł, który w komiksie zrobił małą rewolucję totalnie demitologizując świat superbohaterów. Ale na pewnym poziomie to również historia kryminalna, która nota bene zaczyna się od jednej z najlepszych, najbardziej ikonicznych scen zabójstwa, jakie kiedykolwiek powstały. A że HBO za niedługo ma przedstawić serial, który będzie nawiązywał do tego tytułu, to warto sobie „Strażników” odświeżyć.

    Za drugi tytuł również odpowiada Alan Moore. Tym razem w parze z rysownikiem Eddiem Campbellem. Chodzi o „Prosto z piekła”. I niech tutaj Państwa nie zniechęca nienajlepszy film z Johny Deppem pod tym samym tytułem. To co prawda adaptacji pracy Moore’a, ale dość luźna. Sam zaś komiks to potężne dzieło i chyba najlepsza rzecz na temat Kuby Rozpruwacza, która kiedykolwiek powstała. A na pewno najlepsza, jaką ja widziałem/czytałem. Olśniewająca.

    Trzeci tytuł to dzieło duetu Jeph Loeb i Tim Sale, a ma tytuł „Długie Haloween”. To już klasyczna opowieść o Batmanie, z czasów kiedy jego najgroźniejszym przeciwnikiem nie był wcale Joker i spółka, ale mafia z Gotham. Loeb nawiązał tutaj do początków Człowieka Nietoperza. Teraz kojarzymy go jako czającego się w cieniu osiłka, który problemy rozwiązuje pięściami i kopniakami, ale kiedyś były to opowieści detektywistyczne. I tylko detektyw nosił dziwny kostium. W „Długim Haloween” Batman, żeby dowiedzieć się kto zabija najgroźniejszych przestępców w Gotham, bardziej będzie musiał pracować mózgiem niż mięśniami.

    A z rzeczy nowszych to zawsze warto śledzić co proponuje duet Ed Brubacker (scenariusz) i Sean Philips (rysunki). Są autorami m.in. całkiem fajnego i mrocznego „Zaćmienia”, a także serii „Criminal”, która właśnie debiutuje na polskim rynku. To zbiór niepowiązanych ze sobą kryminalnych historii. Pierwszą część „Tchórz” czytałem kilka lat temu w oryginale i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem ciekaw, co panowie zaproponują w kolejnych tomach.

    Kolejny tytuł wart polecenia to „Odrodzenie”. Tym razem to połączenie horroru i kryminału. Mamy małe miasteczko na amerykańskiej prowincji, w którym zmarli nagle powracają do życia. Ale nie, proszę się nie martwić, nie zmieniają się w żądne krwi zombie. Żyją i funkcjonują normalnie (przynajmniej do czasu), ale ich pojawienie się sprowadza sporo zamieszania. Z tym wszystkim zmaga się miejscowa policjantka, która równocześnie próbuje odkryć, kto zamordował jej siostrę. Rzecz w tym, że siostra również wróciła do życia i wcale nie jest zainteresowana rozwikłaniem tej zagadki własnej śmierci.

    www.unsplash.com/Miika Laaksonen

    Natomiast ostatnio zachwycam się serią „Grass Kings”. To mocno liryczna, poetycka opowieść, o społeczności wyrzutków, którzy stworzyli swoje własne królestwo, własne prawa i starają się trzymać z dala od normalnego życia. Zajmują się tylko własnymi sprawami i tego samego oczekują od innych. Wszystko się jednak zmienia, kiedy pojawia się podejrzenie, że jeden z tych romantycznych wyrzutków jest tak naprawdę seryjnym zabójcą, a całe królestwo zostało zbudowane na tajemnicach jego mieszkańców. Powiem tak, oprócz tego, że „Grass Kings” mają całkiem intrygujący scenariusz, to chyba najładniej narysowany komiks, jaki kiedykolwiek trzymałem w rękach. Po prostu prawdziwe dzieło sztuki.

    I wreszcie na koniec seria, która w ostatnich latach zrobiła na mnie największe wrażenie. „Skalp”, gdzie za scenariusz odpowiada Jason Aaron. Gęsta, mroczna i brutalna kryminalna saga, której akcja dzieje w indiańskim rezerwacie. Jakakolwiek, skrótowa próba opisania fabuły jest skazana na niepowodzenie. Za dużo się tu dzieje, zbyt wiele wątków, konfliktów, postaci, ale całość jest po prostu oszałamiająca. „Skalp” to pięć całkiem grubych tomów, ale jeśli kiedykolwiek wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się ani chwili. Naprawdę warto. Szczególnie, że coraz głośniej mówi się o planowanej ekranizacji.

    Wojciech Chmielarz

  • „Obrazki z imprezy”, kolejny odcinek komiksowego cyklu Jakuba Ćwieka

    Mieliście kiedyś tak, że zaproszono was na przyjęcie kompletnie nie w waszych klimatach i nie z waszej bajki i wy najpierw się nieopatrznie zgodziliście, a potem usilnie staraliście się albo wymigać, albo chociaż dowiedzieć, czy będzie tam ktoś ze znajomych, ktoś do kogo będziecie się mogli przykleić?

    Jeżeli zdarzyło wam się to choć raz, myślę, że szybko zrozumiecie, na czym dokładnie polega mój kolejny pomysł na zachęcenie was do czytania komiksów. Chodzi o komiksowe kontynuacje czy adaptacje dzieł znanych z innych obszarów kultury.

    W Stanach jest to praktyka bardzo częsta. Jeżeli jakaś produkcja, czy to telewizyjna, czy filmowa, czy growa, zdoła zbudować sobie fandom – lub ma w sobie zalążki, potencjał na stanie się silnym, zgranym fandomem – wówczas któryś z mniejszych lub większych komiksowych graczy decyduje się wykupić licencję i albo zaadaptować już gotową historię, albo poszerzyć uniwersum danej postaci o komiks właśnie. Jeżeli spojrzeć z punktu widzenia wyłączenie ekonomicznego, przewaga komiksu nad książką jest jasna – komiks to w dużej mierze obrazy, a więc komunikacja wizualna. Dużo łatwiej zrobić gadżet w oparciu o postać, którą mamy skonkretyzowaną niż w oparciu o ogólne, nigdy nie doprecyzowane wyobrażenie na bazie książkowego opisu. Ale my nie o ekonomii i nie o materialnych zyskach będziemy tutaj mówić. Dużo bardziej interesować nas będzie to, jak wykorzystać ową sytuację dla pogłębienia zainteresowania komiksami.

    Zacznijmy od komiksowych kontynuacji bądź rozwinięć światów. Niezwykle popularny serial amerykańskiego scenarzysty Jossa Whedona (później reżysera dwóch pierwszych części Avengers) czyli „Buffy postrach wampirów” doczekał się siedmiu telewizyjnych sezonów. Byłoby więcej, ale koszty produkcji rosły, oglądalność malała, więc zdecydowano się zakończyć produkcję. Fani jednak domagali się dalszych przygód Buffy. Zdecydowano się na komiks i eksperyment zwany komiksem ruchomym, który jest czymś pośrednim między animacją a komiksem właśnie. I choć to drugie się nie przyjęło, dzięki komiksom fani Buffy poznali kolejne pięć sezonów jej przygód, a nowy wydawca, który właśnie odkupił licencję do pogromczyni wampirów, zapowiada kolejne zeszyty w styczniu 2019.

    Buffy jednak, choć mogliście się spotkać z tą postacią za sprawą Polsatu, TV4 czy kto tam ją jeszcze puszczał, to postać w Polsce raczej mało znana.

    Co więc powiecie na Wiedźmina? Ten sam komiksowy wydawca, który do niedawna odpowiadał za Buffy, czyli Dark Horse, wykupił licencję do opowieści o Białym Wilku i od tego czasu zdążył wypuścić szereg historii Geralta w tej formie. Swoją drogą warto tu wspomnieć, że jedna z tych komiksowych historii jest adaptacją jednego z wątków „Sezonu burz” czyli napisanej po latach powieści o Wiedźminie autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Warto się tym opowieściom przyjrzeć chociażby dlatego, że dadzą nam ogląd, jakie podejście do postaci mają Amerykanie, a więc w jakiś sposób czego – w kwestii klimatu, nastroju, akcentów, bo nie fabuły – możemy się spodziewać w serialu. Zwłaszcza, że nie musimy się męczyć sprowadzaniem tej historii, bo jest wydana w Polsce.

    Oba wspomniane powyżej przykłady, myślę, całkiem nieźle nadają się do podstawienia pod metaforę od której zacząłem. Przychodzimy na nieznaną nam imprezę – świat komiksowy – przyklejeni do znajomego (Wiedźmina) lub znajomej (Buffy). Dawno się nie widzieliśmy, wiemy, że generalnie z nim lub nią jest fajnie niezależnie od tego, dokąd pójdziemy, więc jesteśmy skłonni zaryzykować. Najwyżej nie będzie to najlepszy wieczór w życiu.

    Trochę inaczej ma się sprawa z komiksowymi adaptacjami. Tu częstym argumentem przeciwników jest stwierdzenie: po co mam czytać komiks, skoro mogę książkę? Nie jestem w ogólniaku, nie potrzebuję streszczeń. I owszem, takie komiksy będące niepotrzebnymi streszczeniami się zdarzają. Są nim chociażby komiksowy „Percy Jackson” Riordana czy… Biblia w wersji komiksowej. Rysowane przeciętnie, niewnoszące do opowieści niczego od siebie – ot gadżety.

    Ale inaczej sprawa ma się na przykład z wyśmienitymi, wydanymi w Polsce opowieściami o Parkerze Richarda Starka zaadaptowanymi na komiks przez świetnego artystę Darwyna Cooke’a.

    Polski odbiorca nie miał zbyt wielu okazji, by poznać postać Parkera. Mógł go zobaczyć pod zmienionym nazwiskiem w kilku filmach z których najbardziej znane są dwie adaptacje powieści „The Hunter”: w „Zbiegu z Alcatraz” miał twarz Lee Marvina a w „Godzinie zemsty” wcielił się w niego Mel Gibson.

    Pod swoim nazwiskiem bezwzględny złodziej kierujący się nade wszystko bandyckim honorem pojawił się na ekranie raz, w filmie „Parker” (adaptacja powieści „Flashfire”) i zagrał go wtedy Jason Statham.

    Dlaczego piszę najpierw o filmach? Powód jest prozaiczny. W Polsce, jeśli się nie mylę – a mylić się mogę, nie czuję się na tym polu ekspertem i bardzo proszę o korektę jeśli rozmijam się tu z prawdą – wydano tylko jedną książkę Starka o Parkerze czyli wspomnianą już „The Hunter”. W antykwariatach szukajcie filmowej okładki i tytułu „Godzina zemsty”. Albo…

    I tu wracamy do komiksu. Wyśmienita adaptacja Cooke’a to cztery książki Starka. Pierwsza to znany nam już „Łowca”, a kolejne to dalsze losy Parkera. Pierwszym co rzuca się w oczy to dominujący kolor, inny dla każdego tomu. Drugim, że planszami z tego komiksu chciałoby się wyklejać ściany. To niezwykłe jak, wydawać by się mogło, łagodną, trochę karykaturalną kreską artysta buduje solidny, gęsty nastrój opowieści z gatunku hard boiled. Zaskakujące jest też to, jak bardzo to medium pasuje do małomównego Parkera. Kadr komiksu łatwiej jest uczynić nieprzegadanym, zwłaszcza jeśli ma się pomysły na to, jak w nietuzinkowy sposób przedstawiać sceny. Cooke miał tych pomysłów sporo, przez co jego wersje wychodzą daleko poza ramy obrazkowo-słownego streszczenia dzieła. I dlatego tę opowieść czyta się tak wyjątkowo, niezależnie od tego czy zna się książkowy pierwowzór, czy nie.

    A może zamiast ze złodziejem, chcielibyście na przyjęcie wejść z… agentem Jej Królewskiej Mości? Jeśli tak, również macie taką możliwość, bo Bond w wydaniu komiksowym to historia nie tylko dobra, ale wręcz dużo lepsza niż ta z ostatnich kilku filmów. W dwóch wydanych w Polsce tomach jest i dobrze prowadzona narracja, i świetne dialogi, a ponadto wszystko to, co lubicie w Bondzie i kilka nowych pomysłów. Nazwisko odpowiedzialnego za scenariusz Warrena Ellisa może wam jeszcze nic nie mówić, ale pozwólcie, że 007 zapozna was ze sobą, a myślę, że przypadniecie sobie do gustu. Zwłaszcza jeśli w pobliżu kręcić się będzie Spider Jerusalem, sztandarowa postać Ellisa z jego komiksu „Transmetropolitan”.

    Przykłady można by mnożyć, a ja pozwolę sobie na to, by wśród tych wszystkich wyśmienitych tytułów wspomnieć o historii komiksowej, którą sam napisałem czyli „Kłamcy Viva l’Arte”. O ile wiem, komiks nie jest już dostępny w sprzedaży, więc nie traktujcie tego proszę jako reklamy. Wspominam o tej historii z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, jak wiele moja historyjka zyskała na rozbieżności początkowej wizji mojej i Dawida Pochopienia, który ją zilustrował. Groteskowa oniryczność jego kreski nadała tej opowiastce złowieszczości i mroku, o której bym nawet nie pomyślał, a która była jej bardzo potrzebna. Gdy potem, na kolejnym etapie, doszedł do nas Grzegorz Nita z paletą kolorów, nastrój komiksu znowu zmienił się całkowicie. Niesamowite było patrzeć na ten kalejdoskop i powiem wam, nie byłbym w stanie, na tamtym etapie mojego pisania, osiągnąć takiego nastroju, klimatu samym tylko słowem. Nie wiem czy dzisiaj bym umiał.

    Powód drugi to wspomniane przyjęcie. Choć wielu moich czytelników odbiło się czy to od samego medium, czy też od specyficznej, charakterystycznej kreski Dawida, to kilkakrotnie spotkałem się już z takimi, co właśnie z Kłamcą wybrali się na nasze przyjęcie. I nie żałują. Bo dzięki temu, że się odważyli, poznali mnóstwo fantastycznych historii skrojonych pod opowieści obrazkowe.

    Bardzo jestem ciekaw z kim wy postanowicie się wybrać…

    PS. Wielkim nieobecnym tego felietonu jest dla mnie Conan Barbarzyńca. Pierwotnie chciałem go tu umieścić, ale raz, że w połączeniu z Wiedźminem zdominowaliby imprezę, a dwa, że jest to postać tak dla mnie ważna, a przy okazji z takimi komiksowymi tradycjami (i przyszłością), że pozwolę sobie poświęcić mu w przyszłości cały tekst.

    Jakub Ćwiek

  • „Getto Kaczora Donalda”, czyli początek cyklu komiksowego

    To pierwszy felieton z tej serii, muszę się więc, wybaczcie, przyasekurować wstępem.

    Bodaj najtrudniejszym pytaniem z jakim spotykam się przy okazji spotkań autorskich jest: „Panie Jakubie, czy mógłby mi pan polecić jakiś film/książkę/komiks/grę?” Może Was to zaskakiwać, wszak skoro tyle rzekomo czytam, oglądam, gram, wskazanie tytułu czy dwóch nie powinno stanowić dla mnie problemu. A jednak!

    Uważam, że odpowiadając na to pytanie wedle własnego gustu, mówiąc po prostu o rzeczach, które mi się podobają, idę na łatwiznę. Mój gust, jak każdy, kształtował się bowiem w określony sposób latami i coś, co dla mnie wielce satysfakcjonujące, innym wcale nie musi się podobać. Truizm? Być może. Jednak w tym konkretnym kontekście – truizm problematyczny.

    Zapytany więc o coś takiego, zwykle robię krótką sondę, by dowiedzieć się czegoś o guście rozmówcy i na podstawie tego krótkiego wywiadu staram się dać najuczciwszą rekomendację zgodną tak z moim gustem jak i, mam nadzieję, z gustem pytającego. Zwykle, na ile mogę to zweryfikować, jakoś się udaje.

    Najgorzej jest jednak z polecaniem komiksów, bo tak się składa, że najczęściej o jakąś polecajkę pytają mnie ludzie, którzy z tym medium za wiele wspólnego nie mieli, a pod wpływem czy to spotkania, czy prelekcji, chcieliby spróbować. Słyszysz coś takiego i nagle czujesz brzemię odpowiedzialności, bo to trochę jakbyś usłyszał: „Pokaż mi te wszystkie wspaniałości, ale bądź delikatny, dobrze? Jestem dziewicą.”

    Pytasz samego siebie, czy na pewno jesteś odpowiednią osobą, czy to nie za dużo. W końcu postanawiasz spróbować:

    – Dobra, a czy kiedykolwiek w życiu zdarzyło ci się czytać komiksy?

    – Tylko Donaldy za dzieciaka. Potem już nic.

    – No tak, mogłem się domyślić.

    Bo faktycznie mogłem. Czytałem kiedyś kilka tekstów na ten temat. O tym, jak to wydawany od lat Donald jest jednocześnie wielką szansą, jak i ogromnym przekleństwem komiksu w Polsce. Szansą, bo to właśnie dzięki historiom o Kaczogrodzie masa młodych ludzi w ogóle sięga po to konkretne medium, ale i przekleństwem, bo wyrastając z niego i nie przechodząc gładko na inne komiksy, Polak, nie będący mocno osadzony w komiksowej kulturze, już na zawsze zaczyna utożsamiać wszelkie opowieści obrazkowe w pierwszej kolejności jako coś banalnego, dziecięcego. Opowieści o antropomorficznych zwierzątkach – kto dorosły chciałby w ogóle po coś takiego sięgać?!

    By nie zostawiać niedomkniętego wątku, powiem, że zwykle w takiej rozmowie jak powyższa, zanim polecę medium, szukam z rozmówcą punktów styku w innych mediach, polecam komiksy na podstawie lubianych przez kogoś książek czy filmów. Dziś jednak spróbuję to zrobić inaczej i zamiast kluczyć, poszukam odpowiedzi na pytanie: Czy są komiksy, które przeprowadzą nas od komiksu dziecięcego do dorosłego wyłącznie szlakiem zwierzątek, którym nadano cechy ludzkie?

    Oczywiście nie gwarantuję, że fakt, iż kiedyś podobał Ci się Donald, dziś sprawi, że i tymi publikacjami będziesz zachwycony, ale hej, chociaż spróbuj! Kto wie?

    Zacznij może od Usagiego Yojimbo autorstwa Stana Sakai.

    Jeżeli słowo Yojimbo zadźwięczało Ci, drogi Czytelniku w głowie, to fantastycznie. Taki tytuł nosi bowiem wyśmienity film Kurosawy, znany u nas potem jako „Straż Przyboczna”. Samo słowo wywodzi się z języka japońskiego i oznacza ochroniarza. Nim właśnie jest tytułowy Usagi, królik ronin, samuraj bez pana, przemierzający pełen niebezpieczeństw kraj i oferujący swoje usługi tym, którzy ich potrzebują.

    Naprawdę trudno przecenić te opowiastki rysowane prostą na pozór kreską, ale jednocześnie pełne niuansów zawartych w tle, elementów obcej nam kultury przedstawionej w przejrzysty sposób dla zachodniego odbiorcy. Czytając poszczególne tomy, szybko zrozumiecie, dlaczego Stan Sakai – który wygląda jak pan Miyagi z filmowej serii o Karate Kidzie, serio, możecie to wygooglać! – zdecydował się na opowiedzenie swojej historii przy pomocy sympatycznie wyglądających zwierzątek. A przy okazji zrobicie sobie, czy też własnym nastoletnim dzieciom, doskonałe wprowadzenie do wyśmienitych filmów wspomnianego już Kurosawy.

    A może zamiast tego mroczny kryminał? Jeśli tak, poznajcie Johna Blacksada, prywatnego detektywa żyjącego w świecie, do którego jak raz pasuje wyświechtane określenie „betonowa dżungla”. Jeżeli podobał Wam się animowany „Zwierzogród”, to wyobraźcie sobie taką opowieść stworzoną jednak dla starszego odbiorcy, być może nawet takiego, który już na swej drodze spotkał Philipa Marlowe’a czy Sama Spade’a. Blacksad, nieco nieokrzesany, dobrze zbudowany, antropomorficzny kocur w nieodłącznym prochowcu, to w oczywisty sposób postać budowana na bazie tamtych dwóch, ale dzięki specyfice świata przedstawionego szybko zyskująca własną osobowość. I następuje jeszcze jedno bardzo ciekawe zjawisko, które, choć obecne również u Stana Sakai, w serii komiksowej Canalesa i Guarnido uderza ze zdwojoną mocą. Nagle, patrząc na łasicowatego kapusia, na nieokrzesanego osiłka nosorożca i im podobnych, i przyjmując ich z automatu jako takich właśnie, zdajemy sobie sprawę, że jeszcze łatwiej niż w życiu ulegamy zbudowanym w dzieciństwie stereotypom. Twórcy Blacksada, świadomi tego procesu, nieraz zabawią się w tej serii naszym kosztem. Ale zrobią to z takim wdziękiem i w takim stylu – serio, zobaczcie sobie malarskie kadry z komiksów tej serii! – że nie będziecie im mieli tego za złe.

     

    W tym miejscu chciałem nawiązać do zabawy w kotka i myszkę, by płynnie przejść od Blacksada do następnej propozycji, ale doszedłem do wniosku, że oszczędzę Wam podobnych czerstwych żartów. Zamiast tego zapytam czy znacie „Toma i Jerry’ego”? Bo jeśli tak, a obstawiam, że większość zna, to spróbujcie sobie wyobrazić sposób prezentowania w nim postaci. To, jak uroczo rysowano zaprezentowane tam zwierzątka i ludzi. Jak byli oni pocieszni, uroczy i nawet gdy straszni, to w sposób karykaturalny i przez to nieodmiennie śmieszni. Widzicie to? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie obsadzoną takimi właśnie postaciami… mroczną, przejmującą postapokaliptyczną opowieść w stylu Mad Maxa. Nie, nie parodię takowej. Mroczne, krwawe postapo. Powiecie, że niemożliwe? A jednak taki właśnie jest wydany niedawno w Polsce hiszpański „Solo: Świat kanibali” Oscara Martina. Przygody Toma i Jerry’ego przywołałem tu celowo, bo hiszpański artysta odpowiadający za „Solo” pracował kiedyś przy opowiastkach o słynnych kocie i myszce. I wykorzystuje teraz tamte doświadczenia, by wywołać w nas gamę kompletnie niespodziewanych emocji. Bo wbrew pozorom wcale nie jest tak trudno wniknąć w ten świat i zgrać się z jego bohaterem, a stopniowanie okrucieństwa świata, egoizmu zwierząt i ludzi walczących o przetrwanie następuje inną drogą niż ta, do której przywykliśmy. Jakbyśmy oglądali animację z dzieciństwa, która w którymś momencie poszła źle. Bohaterowie nie wykpią się już ze wszystkiego, nie ruszy ich sumienie. Takie a nie inne zachowanie wywoła całkiem dorosłe konsekwencje. Świetna rzecz, znakomicie opowiedziana i nie biorąca jeńców.

    A gdy już uporacie się z tą wyimaginowaną apokalipsą, możecie spróbować zmierzyć się z tą prawdziwą. To opowieść, która powinna być szkolną lekturą, bo z tematem Holocaustu radzi sobie jak mało która. Nade wszystko jednak to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka odpowiedzi na pytanie, jak sztuka w różnych mediach radzi sobie z próbą ogarniania świata.

    Pełna osobistych wątków opowieść Arta Spiegelmana o jego ojcu, który przeżył piekło wojny, byłaby, wierzę w to mocno, przejmująca niezależnie od przyjętej formy. Dlaczego więc artysta zdecydował się na opowiedzenie jej w formie komiksu o zwierzątkach, gdzie Żydzi to myszy, Niemcy koty, a pozostałe nacje przyjmują postaci świń czy psów? Odpowiedź kryje się między wzruszającymi i przerażającymi kartami „Maus. Opowieść ocalałego” komiksu słusznie nagrodzonego Pulitzerem.

     

     

    Taka to droga, moi kochani. Od Donalda po Oświęcim. Od feudalnej Japonii pełnej duchów i niezrozumiałych dla nas zasad po pustkowia jałowej ziemi, gdzie jedyną regułą jest „zabij lub zgiń”. Od każdej z tych zwierzątkowych opowieści możecie w każdej chwili odskoczyć w inne historie splecione ze słów i obrazów, bo ścieżek jest tak wiele, że wydają się niezliczone.

    Przygodę z komiksem można zacząć na wiele, wiele sposobów. Jeżeli jednak do tej pory trzymaliście w rękach tylko Donaldy, ta zaproponowana przeze mnie to, myślę, całkiem dobry punkt wyjścia. To co, próbujemy?

    Jakub Ćwiek

  • Nowy cykl Kuby Ćwieka na smakksiazki.pl

    Zapytany kiedyś o to, co daje mu jako twórcy komiks, czego nie daje książka, Neil Gaiman odpowiedział: pusty kadr. W książce zawsze trzeba tę pustkę opisać, w komiksie ona po prostu jest.

    O komiksie w Polsce mówi się dziś więcej niż jeszcze kilka lat temu, ale wciąż za mało. Wielu dzisiejszych trzydziesto i czterdziestolatków, ludzi wychowanych na Donaldach i comiesięcznej porcji amerykańskiego superbohaterstwa dostarczanego nam za pośrednictwem szwedzkiego wydawnictwa TM-Semic, dziś, jak sami twierdzą, trochę już z komiksów wyrosło.

    Tymczasem z komiksu nie da się wyrosnąć, tak jak nie sposób być zbyt dojrzałym na książkę czy film. Komiks to pełnoprawne medium równe tamtym dwóm, posiadające swój zestaw pomysłów na siebie i formalnych trików właściwych tylko jemu. To nie tylko pusty kadr o którym wspomniał Gaiman. To kolory, to umowność postaci, póz, dynamika poszatkowanego ramkami tańca w Sin City, drobne intertekstualne gry i zabawy z „Ligii Niezwykłych Gentlemanów” – cały czas obecne, a mimo to uciekające oku.

    Odrzucać komiks, to odrzucać świetne historie opowiedziane w sposób jaki był w nie wpisany.

    Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny

    Cykl felietonów, który chciałbym wkrótce rozpocząć dla smakksiazki.pl skierowany jest do ludzi, którzy mogą nie mieć z komiksem za wiele wspólnego, ale uwielbiają dobre historie. W publikowanych regularnie kolumnach będę się starał przybliżyć konkretne tytuły wpisane w ogólny czy to trend czy problem czy po prostu temat. Będę szukał porozumienia z tymi, którzy dotąd komiksów nie czytali, szukał powodów dlaczego nie i argumentów, by może jednak. Nade wszystko jednak zamierzam polecać dobre komiksowe historie, ciesząc się, że jest ich na naszym rynku coraz więcej. Teksty będą pojawiały się na stronie w każdą drugą środę miesiąca.

  • „Komiksowi synowie Eastwooda”, czyli Jakub Ćwiek bierze na warsztat opowieści rysunkowe

    Pamiętacie kiedy Johnny Cash ukradł Trentowi Raznorowi piosenkę „Hurt”? Nie, nie tylko nagrał swoją jej wersję , ale właśnie ukradł, zupełnie jakby zabrał z parkingu auto z umową sprzedaży podpisaną in blanco i wszystkimi papierami w schowku. Piosenka należała do swego twórcy, lidera Nine Inch Nails i nagle puff, przejął ją legendarny muzyk country u schyłku żywota. Jak to się w ogóle mogło stać?!

    Myślę, że dzieje się tak dlatego, że czasami opowieść i potencjalny wykonawca zestrajają się idealnie. Ten, kto opowiada, jego wrażliwość, doświadczenia, przemyślenia zgrywają się z materią wyjściową, z tekstem, z historią, z bohaterem i tak oto twór wirtualny nabiera realnego kształtu. Jak w tej ślicznej, romantycznej scenie z nowego Blade Runnera, gdzie hologramowa dziewczyna używa prawdziwej, by kochać się z głównym bohaterem. Coś stało się do bólu prawdziwe.

    Myślę o tym Hurt, a te moje rozmyślenia prostą drogą suną w stronę komiksowego Wolverine’a. Ścieżka skojarzeń jest tu dość prosta – w zwiastunie filmu Logan wieńczącego ekranowe przygody tego niezwykłego mutanta pojawiła się właśnie ta piosenka w jedynej, uważam, słusznej interpretacji Casha. Wolverine przefiltrowany przez te gorzkie słowa muzycznej spowiedzi Raznora/Casha nabrał ludzkiego, tragicznego wyrazu, rysów, uwydatniły się jego blizny, tak fizyczne, jak i psychiczne. Czy Hurt uczyniło film prawdziwym? Nie, ono tylko pokazało, za pomocą próbnika, czego możemy się spodziewać i co dostaniemy. I faktycznie dostaliśmy.

    To, co uczyniło film prawdziwym, to zgoda twórców, by pozwolili przefiltrować tę opowieść przez siebie. By skalibrowali swoje smutki, żale, lęki i gniew z tymi zapisanymi na kartach scenariusza. By swoje marzenia, plany i powinności zgrali z celami i ideałami bohaterów. Na tym, myślę, polega dobre opowiadanie historii. Dwóch doświadczonych autorów może wziąć na warsztat tę samą postać, ba!, tę samą opowieść i przedstawić ją skrajnie inaczej!

    www.unsplash.com/Ahmet Yalçınkaya

    Są autorzy, którzy zgrywają się z postaciami, zdają się je rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny. Zwykle ci ludzie nie są twórcami danych postaci, przejęli je kiedyś tak, jak Cash przechwycił utwór Raznora, ale nagle okazało się, że mają na ich temat coś nowego do powiedzenia. Że je czują. Takim kimś jest dla Punishera Garth Ennis, twórca kultowego Kaznodziei, który w przerwach między taplaniem się w perwersjach i krwawej jatce mówi nam o wojnie Franka Castle – i o nim samym – rzeczy, których nie spodziewaliśmy się wyczytać w opowieści o gościu, którego przecież mamy lubić. Publikowana właśnie przez Egmont seria Punisher Max to opowieść o człowieku opętanym, pozbawionym jakichkolwiek granic, prócz tych, które wyznacza sobie sam. I które w taki czy inny sposób ciągle przesuwa. To postać z dna piekła, żywy trup z rynsztoka ludzkiej podłości, który stał się celem, wojną. Który nie pamięta, jak być człowiekiem.

    Ennis wie coś o nim, ale wie też sporo o nas, czytelnikach. Zdaje się krzyczeć, niczym Maximus z Gladiatora po dokonaniu na arenie krwawej rzezi: Jesteście zadowoleni? A może jeszcze Wam mało?! Masa tego, co dostajemy na kolejnych stronach albumów, to przemoc groteskowa, wykoślawiona, karykaturalnie obrzydliwa niczym Opowieści z krypty w konwencji kontynuacji Życzenia śmierci, ale zdarzają się historie, ich fragmenty, pojedyncze kadry, którymi twórca zadaje nam pytanie: Ile plugawości jesteście w stanie znieść, by stać się takimi jak Frank? A może by przestać zupełnie się przejmować? I czy nie kusi Was, aby sprawiedliwość stawiać ponad prawem?

    Tym, kim dla Punishera jest dziś Ennis, dla wspomnianego już Wolverine’a stał się Jason Aaron. Ten rosły brodacz mentalnie mocno osadzony w południowo-amerykańskim etosie twardziela dał się już polskim czytelnikom poznać autorskimi opowieściami takimi jak Skalp czy Bękarty Południa, ale o ile w tamtych opowieściach widać kunszt i talent, o tyle w historiach o Loganie można też dostrzec serce. Fanowską miłość przelewaną na papier, objawiającą się czasem krwawą rozpierduchą w chińskiej dzielnicy, a czasem kameralnymi opowieściami o dobrych spotkaniach w złym miejscu i czasie. Myślę, że podobnie jak Ennis, tworzący swojego szalonego Castle’a, Aaron wielokrotnie podczas pisania jednym okiem zerkał na ostatnią podróż Eastwoodowskiego Williama Munny’ego z Bez przebaczenia. O ile jednak w Punisherze przymusowy powrót niegdysiejszego zabójcy do dawnego życia już na zawsze pozostawia go bestią, Aaron dla swojego bohatera szuka odkupienia. Jakby zdawał się mówić: tak, jak Munny, Logan już kiedyś odzyskał swój spokój. Może uda się jeszcze raz? I nawet jeśli on sam, jako scenarzysta, w to nie wierzy, karmi tą wizją-nadzieją tak bohatera, jak i nas. Przynajmniej ja tak mam, że nawet znając już koniec tej historii, czytając aaronowskie opowiesci o Rosomaku, wciąż, wbrew wszystkiemu, mam nadzieję, że mu się uda. Z ennisowskim Mścicielem już dawno się nie łudzę.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donell

    I na koniec jeszcze pozornie niezwiązana z tematem anegdota. Podobno, a tak się składa, że znam tę opowieść z pierwszej ręki, Neil Gaiman miał kiedyś w planach wycofanie się z pisania jednej opowieści o Sandmanie, a powodem miała być książka jego przyjaciela Jonathana Carrolla realizująca niezależnie ten sam w zasadzie pomysł. Gdy Carroll o tym usłyszał, zbeształ Gaimana, mówiąc, żeby się nie ważył odpuszczać. Nawet ta sama historia opowiedziana przez dwie różne osoby, to dwie skrajnie różne opowieści – powiedział wtedy. Zgadzam się z tym i dodam jeszcze, że niektóre historie po prostu pasują do konkretnych autorów. I cieszę się, że dwie spośród moich ulubionych postaci komiksowych trafiły na swoich kronikarzy. A jeszcze bardziej cieszę się, że polski czytelnik może te opowieści otrzymać w tak ładnej wydawniczo formie.

  • „Medium gorszego Boga”. Lipcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Czasem tak sobie myślę, jak bardzo łatwo i skutecznie dokonujemy naszych codziennych samoograniczeń. I jak ubodzy się przez to stajemy.

    Wróciłem właśnie ze swej corocznej pielgrzymki do mekki popkultury jaką jest San Diego Comic-Con. Ten czterodniowy festiwal mający swój początek w latach siedemdziesiątych – kiedy to był okazją do nerdowskich rozmów i wymiany komiksowych zeszytów – jest dziś gigantycznym wydarzeniem omawianym w najlepszym czasie antenowym najważniejszych amerykańskich stacji. To tu ogłaszane są kinowe, telewizyjne i komiksowe premiery, tu zjeżdżają się największe gwiazdy a setki tysięcy fanów wydają miliony dolarów na mniej lub bardziej ekskluzywne produkty związane z ich hobby.

    Wiem, że to wyjątkowe wydarzenie i miejsce. Że nie można go porównywać w zasadzie z żadnym innym, także w Ameryce (następny w kolejce Comic-con w Nowym Jorku to nawet nie połowa rangi imprezy w San Diego) ale i tak, gdy wracam do nas, do Polski, z miejsca robi mi się przykro. Bo Stany, a już SDCC w szczególności, uzmysławiają mi każdorazowo prawdziwość pierwszych dwóch zdań tego felietonu. Na zasadzie kontrastu uwypukla się problem.

    www.unsplash.com/Sebastian Spindler

    Bo nieważne, jak szybko będziemy mieli premiery w kinach i telewizji, jak mocno pod tym względem dorównamy fanom zza oceanu, wciąż zostaniemy wobec nich w tyle. Dlaczego? Bo wciąż, jako społeczeństwo, nie potrafimy należycie zaakceptować komiksu.

    Jasne, wiele się pod tym względem zmieniło w ciągu ostatniej dekady. Od kiedy na ekranach kinowych pojawił się Ironman, a potem kolejne produkcje Marvel Cinematic Universe, gdzieś tam coś drgnęło w świadomości jednego czy drugiego odbiorcy. Kilka wydawnictw, jak choćby Egmont, Mucha Komiks, Kultura Gniewu czy Timof i cisi wspólnicy, złapało nie tylko oddech, ale i wiatr w żagle, śmiało poszerzając oferty. Pojawiły się kioskowe serie wydawnicze, dzięki którym poznaliśmy co ważniejsze wydarzenia ze świata superbohaterów. Imprezy takie jak Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi czy Komiksowa Warszawa (ostatnio dźgnięta w plecy wycofaną dotacją z Ministerstwa) rok po roku zyskiwały na znaczeniu u przeciętnego odbiorcy. Nadal jednak w powszechnej opinii pokutuje przekonanie, że komiks to forma niedojrzała, dziecięca, a w najlepszym przypadku prosta i nieangażująca rozrywka.

    Ale jest jeszcze większy problem. My po prostu nie potrafimy komiksów czytać. Zaczynając od tak elementarnych kwestii, jak śledzenie fabuły i kolejność kadrów, przez uważne dzielenie uwagi na to, co w dymkach i co w narysowanym świecie przedstawionym, po brak umiejętności skupienia się na detalu i często gubieniu kontekstu. Jakże często zdarza mi się słyszeć w kontekście komiksu te same słowa, co w odniesieniu do audiobooka – ja się po prostu nie potrafię na tym skupić, rozprasza mnie forma. O ile jednak w przypadku książki mamy tej formy wybór, o tyle komiks jako osobne medium z bardzo konkretnymi, wyjątkowymi środkami wyrazu, nie ma alternatywy. Nie jest nią bowiem ani filmowa adaptacja, ani ewentualna wersja książkowa. Komiks to komiks. Powtarzając definicję znawcy medium Scotta McClouda, komiks to celowa sekwencja sąsiadujących ze sobą obrazów plastycznych i innych, służąca przekazywaniu informacji i/lub wywoływaniu reakcji estetycznej u odbiorcy.

    www.unsplash.com/Mitch Rosen

    Do dziś pamiętam, jak na jednym ze spotkań Neil Gaiman wyjaśniał wyjątkowość tego medium, mówiąc, że odnalazł w nim coś, czego nie mógł zastosować w książce. Pusty kadr. Miejsce, gdzie nikt nic nie mówi, nic się nie dzieje, czas zastyga. Żadne inne medium nie dało mu nigdy tej możliwości i to ona zachęciła go do eksplorowania tego obszaru. W wyniku tej eksploracji powstał między innymi Sandman – wielotomowe dzieło o istocie życia i opowieści, o Bogach, mitach, popkulturze i po prostu życiu. Rysowana charakterystyczną, oniryczną kreską opowieść przy której znani i doceniani powieściowi „Amerykańcy Bogowie” tego autora wydają się płytcy i zachowawczy.

    Albo taki, wznowiony właśnie przez Egmont „Kaznodzieja” duetu Ennis/Dillon – obrazoburcze, kontrowersyjne podsumowanie Ameryki, rozprawiające się z niemal każdym mitem czy legendą Stanów w sposób jednocześnie groteskowy, surrealistyczny co i po steinbeckowemu przejrzysty. Trudno to sobie wyobrazić w literaturze, ale w komiksie wypracowywany dekadami model, stopniowe przenoszenie narracji w obraz, a dialogu, także tego wewnętrznego, w słowo pisane, stopniowo wykształcił poetykę wpływającą także na inne media. To dlatego tak łatwo opowiada się producentom „The Walking Dead” ich opowieść o pogrążonej w chaosie Ameryce pełnej żywych trupów. Łatwo, ale i niekompletnie, bo telewizja to medium ograniczone na wiele sposobów i pewnych rzeczy zwyczajnie przeskoczyć nie sposób. Trudno też dokonać tego, co komiksowi udaje się za sprawą często dość umownej szaty graficznej – przeświadczenia, że w miejsce niewyraźnej twarzy czytelnik może sobie wstawić własną.

    Komiks małymi krokami zawłaszcza sobie też wyeksploatowane gatunki literackie, nadając im nowy sznyt i posmak nowości. Nie wyobrażam już sobie rozmowy o southern noir (czy w ogóle noir) bez odniesień do komiksów. Tak „Skalp”, „Bękarty południa” czy „Ludzie gniewu” (wszystkie trzy ze scenariuszami Jasona Aarona) to opowieści godne porównań do największych książkowych dokonań gatunku. A co powiecie na przypadek, gdy autor kultowej powieści stwierdza, że kontynuować może ją wyłącznie za pomocą komiksu, bo inaczej się nie da? To właśnie miało miejsce w przypadku „Fight Club” Chucka Palahniuka.

    W życiu codziennym, przetkanym facebookiem, komiksem komentujemy sobie rzeczywistość, tak wzniosłą jak i przyziemną, ubierając ją w gazetowe paski z często bardzo trafną puentą…

    Cholera, właśnie zdałem sobie sprawę, że trudno mi pisać ten tekst, nie mając nieustannego poczucia ocierania się o truizmy. Mam to szczęście, że na równi z pisarzami wychowywali mnie Christa czy Rosinski i Van Hamme, a potem scenarzyści z DC i Marvela, a i dziś obracam się w środowisku ludzi ceniących sobie komiks, znających się na nim dużo lepiej niż ja. Poszerzanie kręgów znajomych uzmysławia mi jednak, że ludzie zgłębiający to medium są niszą. Większość je bagatelizuje, czasem z niego drwi, a jednocześnie bezrefleksyjnie przyjmuje maskę Guya Fawkesa jako symbol anarchistycznej rewolucji.

    Alan Moore, twórca komiksu „V for Vendetta” , z którego pochodzi pomysł nadania współczesnemu anarchiście twarzy katolickiego terrorysty, to zresztą temat na osobny felieton, ale i zupełnie samodzielny, wystarczający powód, by sięgnąć po komiks jako wymagające, pełnowartościowe medium. I nie da się go poznać inaczej, bo żaden jego komiks nie został przełożony na film bez straty. Nawet stosunkowo udany „Watchmen” dokonujący już trzy dekady temu rozliczenia z tym, czego my nigdy nie pojęliśmy w pełni – z ideą superbohaterstwa – zatrzymuje się gdzieś w pół kroku.

    Zmierzam do tego, że samoograniczeniem, świadomym rezygnowaniem z jednego medium, robimy sobie krzywdę. Zaczynamy gubić konteksty, a coraz więcej dzieł staje się dla nas niezrozumiałych. Już teraz uczestniczymy w wielkim pochodzie superbohaterskiego kina tylko na pół gwizdka. A będzie jeszcze trudniej. Wyśmienity serial „Legion” zostawia w nas wrażenie, że czegoś w nim nie rozumiemy, jakbyśmy oglądali coś w języku, którego dopiero się uczymy i nie znamy jeszcze wszystkich słów.

    Tyle słów, a przecież cały ten felieton, sprawny komiksiarz zamknąłby w trzech kadrach i zakończył puentą: warto czytać komiksy. I może to jest argument ostateczny. Ponoć cechą naprawdę dobrej opowieści jest to, że nie ma w niej zbędnych słów. Uważam, że w komiksie zdarza się to częściej niż w książkach.

    Może to was przekona.

    Jakub Ćwiek