Tag: koronawirus

  • Jest data tegorocznych Warszawskich Targów Książki. Oświadczenie organizatora

    Szanowni Państwo,

    Z przyjemnością informujemy, że przygotowania do Warszawskich Targów Książki w roku 2021 już trwają. Przewidując, że dochodzenie do normalności i znoszenie obostrzeń pandemicznych będzie następowało stopniowo, wyjątkowo, w roku 2021, zaplanowaliśmy Targi nieco później niż dotąd – w dniach 17-20 czerwca.

    Spółka Targi Książki (właściciel marki WTK) zdecydowała, że ich organizatorem wykonawczym będzie Fundacja Historia i Kultura.

    Fundacja Historia i Kultura od 2004 roku wydaje publikacje historyczne, organizuje konkursy i przedsięwzięcia kulturalne. Sztandarowym elementem działalności Fundacji jest organizacja Targów Książki Historycznej w Warszawie oraz konkursu o Nagrodę Klio. Od ubiegłego roku organizuje także plenery literackie w Gdyni i Warszawie i liczne wydarzenia literackie w sieci.

    Więcej informacji już wkrótce.

    Zarząd Spółki
    Rafał Skąpski
    Prezes Zarządu

    Maciej Walczak
    Wiceprezes Zarządu

     

  • Wejścia w turach, mierzenie temperatury – jak będą wyglądały tegoroczne targi w Krakowie?

    Lato dla zespołu Targów w Krakowie to zawsze okres intensywnych przygotowań do jesiennych Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Nie inaczej jest tym razem. Chęć powrotu do normalności i moc energii do działania zaowocowały powstaniem nowej koncepcji Targów – wyjątkowej, nietypowej, mówiąc krótko: edycji specjalnej. Co to oznacza i czego można się spodziewać w dniach 22-25 października 2020 r. w EXPO Kraków?

    Wejście specjalne

    Mając na uwadze obowiązujące na ten moment ograniczenia liczby osób w przestrzeni targowej, liczba Zwiedzających musi być kontrolowana. Uczestnicy będą wchodzić na teren Targów w turach, na które będą sprzedawane bilety. Taki system wejść umożliwi wcześniejsze rozłożenie liczby przybywających osób na określone godziny. Wydłużenie godzin otwarcia 24.MTKwK sprawi, że do dyspozycji Zwiedzających będą trzy różne godziny wejścia: 9.00, 12.00 oraz 15.00. Aby zapobiec nadmiernemu kontaktowi, wejściówki mają być dostępne do zakupu jedynie online i tylko przy obowiązkowej rejestracji każdego biorącego udział w Targach. Wszyscy będą musieli zarejestrować swój udział w targach oraz wypełnić ankietę epidemiologiczną.

    Bilety będą sprzedawane na każdą z tur, to jest na konkretną godzinę w danym dniu Tragów. Ich całościowa pula będzie określona na podstawie oficjalnych wytycznych rządu. Dla miłośników Targów Książki mamy dobrą wiadomość: aby spędzić cały dzień na Targach, będzie można kupić bilet na kilka tur. Koszt jednej z nich wynosi 5 zł dla wszystkich Uczestników. W tym roku nie będzie możliwości skorzystania z bezpłatnego wstępu na Targi lub uzyskania zniżki. Dotyczy to nie tylko najmłodszych czy seniorów, lecz także wszystkich uprawnionych do zwyczajowych ulg, które w normalnych warunkach byłyby akceptowane. Dzięki takiemu systemowi wejścia oraz wyjścia możliwe będzie dokładne monitorowanie, ile osób przebywa w danym momencie w budynku oraz kim są nasi goście.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Specjalnie dla Autora

    Spotkania z autorami oraz podpisywanie książek na stoiskach nie będą w tym roku możliwe. Zostaną one jednak zastąpione nowym, komfortowym rozwiązaniem. Powstanie Strefa Autora, czyli specjalnie wydzielone miejsce w hali, w którym każdy Wystawca może zarezerwować czas dla swojego pisarza. To właśnie tam czytelnicy będą mogli zdobyć autograf swojego ulubionego twórcy, a także kupić jego dzieła. Będzie to możliwe dzięki małym punktom sprzedaży umieszczonym przy wejściu do Strefy, w których Wystawcy będą mogli sprzedawać książki zaproszonego gościa. Wszystko to z zachowaniem odpowiednich odległości oraz dodatkowych środków ostrożności: pisarz otrzyma własne stanowisko chronione osłoną z Plexi, a kolejka zwiedzających będzie regulowana przez ochronę, czuwającą nad przestrzeganiem wymogów sanitarnych. Po zakończeniu każdego spotkania stanowisko autorskie oraz punkty sprzedaży będą dezynfekowane i przygotowywane na kolejnych Uczestników. Nowa forma targowych spotkań to sposób na zorganizowanie dla czytelników oraz pisarzy bezpiecznej i wygodnej przestrzeni. Dzięki temu Zwiedzający będą mogli poczuć się pewnie i skorzystać z okazji do spotkania Autora na żywo.

    Specjalne zabezpieczenie

    Uczestnicy muszą przygotować się na zmiany w dotychczasowym sposobie funkcjonowania wydarzenia. Zapewnienie odpowiednich warunków podczas jego trwania jest nie tylko obowiązkiem, lecz także priorytetem dla Organizatora. Wypracowana na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy strategia bezpiecznych targów zakłada przede wszystkim dostosowanie obiektu do obostrzeń sanitarnych. Bezdotykowe mierzenie temperatury to istotny element wprowadzanych działań prewencyjnych, dlatego EXPO Kraków jest wyposażone w bramki ze specjalnymi czytnikami, które sprawdzają temperaturę osób wchodzących na teren Targów. Dodatkowe zabezpieczenie w postaci poszerzenia korytarzy zapewnia zwiększone odległości między stoiskami. Umożliwi to swobodne przemieszczanie się Zwiedzających przy zachowaniu odpowiedniego dystansu. Elementy często dotykane, czyli poręcze, klamki, a także elementy stoisk będą poddawane dokładnej i częstej dezynfekcji. Podajniki z płynem dezynfekującym będą dostępne w kilkunastu punktach wewnątrz budynku do dyspozycji każdego Uczestnika w trakcie trwania Wydarzenia.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Wszyscy Wystawcy zostaną wyposażeni w dodatkowe pakiety sanitarne, w których skład wejdą: komplet rękawiczek, maseczek oraz płynów dezynfekujących. Przy tak wyposażonych stoiskach znajdą się również specjalne kosze na maseczki i rękawiczki, a także zabezpieczenie osłoną z Plexi nad kasę.

    Oprócz dostosowania samego obiektu oraz stoisk do wymogów sanitarnych Organizator przygotowuje także i Uczestników do zachowania ostrożności. Będą obowiązywać środki ochrony osobistej, takie jak maseczki oraz rękawiczki, a ci, którzy zapomną przynieść je ze sobą, będą mieli możliwość zakupu niezbędnych elementów ochronnych w strefie wejścia.

    Po przymusowej kwarantannie i zamrożeniu wielu przejawów działalności, życie w kraju wraca do normy, oczywiście z uwzględnieniem wszelkich zalecanych środków ostrożności. Spotkania on-line są znakomitym sposobem na czas kwarantanny, ale nie zastąpią prawdziwych spotkań z ludźmi, nie stworzą niepowtarzalnej atmosfery czytelniczego święta. Nadchodzące Targi stanowią szansę na nadrobienie straconych spotkań literackich w odpowiednio przygotowanym do tego miejscu. Nadzwyczajna dbałość o zabezpieczenia sanitarne, nietuzinkowy system wejścia oraz wyjścia, a także wyjątkowe Strefy Autorów – oto jedyna taka, specjalna edycja 24. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie.

    Wprowadzane zmiany w tegorocznym sposobie funkcjonowania Targów to rozwiązania stworzone w oparciu o rządowe regulacje odnośnie do organizacji imprez targowych. Zaprezentowany system bezpieczeństwa oraz formy przeprowadzania spotkań zostały opracowane na podstawie obecnie obowiązujących przepisów, lecz będą korygowane stosownie do wszelkich zmian i nowych zapisów.

    Więcej szczegółów na temat Wydarzenia można znaleźć: https://ksiazka.krakow.pl/pl/ .

    Informacje na temat procedur związanych z funkcjonowaniem EXPO Kraków dostępne jest na stroniehttps://targi.krakow.pl/public/files/bezpieczne-targi-dokument.pdf .

    źródło: informacja prasowa Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie

  • Targi w koronie, czyli bądźmy mądrzy przed szkodą

    Byłem naiwny. Być może Państwo też, ale mogę się wypowiadać tylko w swoim imieniu. Kiedy? W marcu, kwietniu, maju – wtedy byłem, w czerwcu trochę mniej, w lipcu prawie wcale. U progu sierpnia stwierdzam, że naiwniakiem już nie jestem. Kim jestem teraz? Chyba realistą. W jakim temacie? Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie, które mają się odbyć, jak to one, w październiku.

    W marcu naprawdę targi były bardzo odległą perspektywą. Mówiłem wszystkim, że spokojnie, gdzie tam jesień, życie wróci do normy, trzeba się szykować na szereg imprez, które czekają nas od września do grudnia. Jak to ładnie powiedział ktoś z branży – wiosną suchary, jesienią kawior, tyle będzie roboty. Czy aby na pewno? Żeby była jasność, jestem pewnie jednym z ostatnich blogerów, którzy mogą narzekać. Na smaku odbyło się ponad 60 Kryzysowych Spotkań Autorskich, razem z Kubą Ćwiekiem zorganizowaliśmy Viralowe Targi Książki, wydawcy łaskawszym okiem zerkają na to co robię, mam na chleb, na coś do chleba też. Jednak jak doskonale wiecie, branża eventowa leży i kwiczy. Jesień była ratunkiem po chudej wiośnie, ale być może zamiast pas poluzować, będzie go trzeba zacisnąć jeszcze bardziej. Ministerstwo Zdrowia poinformowało dziś o nowych 615 zakażeniach koronawirusem. Od wczoraj. Tradycyjnie już najwięcej zakażeń odnotowano w województwie śląskim, ale dzielnie goni nas Małopolska. Na podium załapało się też Mazowsze. Czy już powinniśmy bić na alarm? Sądzę, że tak. Czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie powinny się w tym roku odbyć? Sądzę, że nie.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Możecie powiedzieć, że Szaja oszalał, ale przecież większość ekspertów sądzi, że jesienią liczba zakażonych będzie rosła. Skoro dziś jest 615, to ile będzie za miesiąc, a ile za dwa? Oczywiście, nie wiemy, ale umówmy się, że szczepionka to temat najwcześniej na wiosnę. Czy wcześniej? Chyba nikt takich informacji nie podaje, prócz Madonny. Żeby dowiedzieć się więcej, podzwoniłem tu i tam, czyli do wydawców, z niektórymi rozmawiałem przy kawie. I co? Kilka naprawdę dużych wydawnictw poważnie rozważa odpuszczenie sobie krakowskiej imprezy, kolejni zapowiadają, że nawet jeśli pojadą, to na pewno nie będą narażać swoich autorów, a jeszcze inni czekają na rozwój sytuacji, pewnie jeszcze z miesiąc. Organizatorzy robią co mogą, żeby jednak zachęcić wydawców, autorów oraz czytelników do odwiedzenia imprezy. Najnowszym pomysłem jest wprowadzenie Strefy Autora, czyli specjalnie wydzielonego miejsca na terenie hali, w którym czytelnicy będą mogli zdobyć autograf pisarki lub pisarza. Reporterka Ewa Winnicka uważa, że to rozwiązanie może się sprawdzić. „Na razie wygląda na to, że autor, jeśli będzie wchodził osobnym wejściem do swojej strefy, to przetrwa. Ale co z czytelnikami? Jak będzie regulowana przepustowość? Gdzie będą czekać czytelnicy? Jak będzie chronione ich zdrowie? Być może trzeba ograniczyć liczbę osób w hali i sprzedawać bilety na godziny i kilka razy dziennie odkażać salę? Czy na temat tych rozwiązań wypowiedział się ekspert? Czekamy”. Co ciekawe, o możliwości wprowadzenia biletów czasowych wspominała w trakcie czerwcowej rozmowy na żywo na facebookowym profilu smaku także Grażyna Grabowska, prezes Targów w Krakowie. W podobnym tonie jak Ewa Winnicka wypowiada się pisarz kryminałów,  Robert Małecki. „Mam wrażenie, że w przypadku sukcesu frekwencyjnego na targach proponowane działanie nie rozwiąże kluczowych problemów. Obawiam się tłumów przed wejściem do sal, w których autorzy będą podpisywali powieści, trudno będzie tam zagwarantować dystans. O tym organizatorzy milczą. Szkoda. Żeby wziąć udział w takiej imprezie wszyscy musimy mieć pełnię wiedzy. Bezpieczeństwo nade wszystko”. Pełny komunikat organizatorów o Strefie Autora znajdziecie tutaj

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: smakksiazki.pl

    Oczywiście – można ograniczyć liczbę ludzi, ale jeśli do tego dodamy ograniczoną liczbę autorów, a może i wydawców, to czy takie targi mają sens? Warszawskie Targi Książki się nie odbyły – tak, wtedy sytuacja była ciut inna, bo nikt nie wiedział, jak się sprawy potoczą, poza tym od marca żyliśmy w zamknięciu. Wiecie, ile było zakażeń w dniu, kiedy warszawska impreza miała wystartować? 404. Dziś 615. W październiku? Nie wiemy, ale bądźmy chociaż raz mądrzy przed szkodą, bo, pełna zgoda, spotkania w sieci są tylko protezą realnych targów, to chyba jednak lepsza proteza niż amputacja drugiej nogi?

    Adam Szaja

  • „Kryminał może paść ofiarą koronawirusa”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    584 nowe przypadki koronawirusa w Polsce, drugi największy wzrost dobowy, największy wynik od początku czerwca. Chyba możemy już powiedzieć, że epidemia wcale się nie skończyła i zacząć zastanawiać, co zrobić dalej.Piszę te słowa w sobotę 25 lipca. Podejrzewam, że w niedzielę wynik będzie niższy, tak jak zazwyczaj w niedzielę. W poniedziałek, kiedy Państwo będzie czytać ten tekst, również powinniśmy mieć mniej nowo odkrytych przypadków. Od początku epidemii bowiem w te dni obserwujemy spadki, co wynika z rytmu pracy laboratoriów, a wzrosty zaczynają się zazwyczaj od wtorku. Ale patrząc na liczby możemy już śmiało powiedzieć, że epidemiologicznie niewiele się w Polsce zmieniło od czerwca czy maja.

    Piszę o tym wszystkim w kontekście mojej aktywności pisarskiej oraz ogólnie pojętego życia festiwalowego w Polsce. Bo mam rozdarte serce. Z jednej strony chciałbym wyruszyć już w trasę, Spotkać się z Państwem, porozmawiać, opowiedzieć o książkach, które napisałem i o tych, które chcę napisać. Z drugiej strony, te ponad pięćset przypadków, w większości województw wskaźnik reprodukcji wirusa wynosi powyżej jednego (co oznacza, że epidemia jest ciągle w fazie wzrostowej), a zachorowało co najmniej siedemnaście osób, które brały udział w imprezie na katamaranie – a to są informacje tylko z tej nieszczęsnej soboty.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Sam postanowiłem już kilka tygodni temu, że zawieszam swoją aktywność spotkaniową do końca września. Wyjątkiem mogą być tylko spotkania na świeżym powietrzu (chociaż i tutaj mam pewne wątpliwości). Wydawało mi się, że do tego momentu sytuacja się wyjaśni i będę wiedział, na czym stoimy. W domyśle, będzie już na tyle bezpiecznie i na tyle spokojnie, że będzie można organizować spotkania. No cóż… Teraz, pod koniec lipca wszystko wskazuje na to, że bezpiecznie nie będzie. Jakoś nie potrafię znaleźć żadnego powodu, dla którego miałaby spać przez te dwa miesiące liczba nowych zachorowań. A do koronawirusa dojdzie jeszcze znana, swojska, ale przecież także niebezpieczna grypa.

    W tym momencie zadaję sobie pytanie nie tylko o swoje bezpieczeństwo, bo to uważam, mówiąc szczerze i grzesząc przy tym arogancją, za najmniej istotne. Jestem w miarę młodym, zdrowym facetem, który prawdopodobnie przejdzie tę chorobę w miarę łagodnie. Moje obawy dotyczą przede wszystkim Państwa. Oczywiście, wiem, że na spotkaniach organizatorzy zapewniają przestrzeganie wszystkich możliwych rygorów sanitarnych. Ale znowu, wiadomość z dzisiaj, żadne półtora metra nie gwarantuje bezpieczeństwa. Nawet dwa metry. Naukowcy z Niemiec opublikowali pracę, z której wynika, że jeden z chorych zarażał osoby, które stały nawet osiem metrów od niego. Czy w tej sytuacji mam w ogóle prawo ryzykować Państwa zdrowiem?

    A równocześnie mam poczucie pewnej hipokryzji. Bo odbyłem już dwie rozmowy z organizatorami festiwali kryminału, którym powiedziałem jedno i to samo – ja nie przyjadę, ale super, że robicie tę imprezę. Super, bo zdaję sobie sprawę, że ten syf z nami zostanie na długo, a najprawdopodobniej na zawsze. Musimy nauczyć się z nim żyć i tyle, a nie da się całego życia, szczególnie życia kulturalnego, przenieść do internetu. Ale czuję na sobie ciężar pewnej odpowiedzialności. Mam świadomość, że od moich wyborów może zależeć Państwa zdrowia. A równocześnie cały czas się zastanawiam, czy przesadnie nie panikuję. Być może powinienem machnąć na to wszystko ręką i po prostu robić swoje. Co będzie, to będzie. Ale chyba nie jestem jeszcze na to gotowy.

    fot: www.unsplash.com/Mika Baumeister

    I tak sobie myślę, że tak właśnie będzie wyglądało nasze życie w najbliższych miesiącach, a zapewne i latach. Cały czas będzie nam towarzyszył niepokój. Cały czas będziemy się zastanawiać, czy nie przyjdzie ktoś z wirusem na spotkanie autorskie, do sklepu, w którym robimy zakupy, na koncert czy nawet do pracy. Szczerze rzecz mówiąc, zastanawiam się, jak na to wszystko odpowie literatura. I postawię nieśmiałą hipotezę, że być może kolejną ofiarą koronawirusa będzie uprawiany właśnie przeze mnie gatunek. Bo kryminał rozkwita w społeczeństwach, która są bezpieczne i względnie zamożne. Co jest naturalne, bo lubimy się bać tylko wtedy, kiedy strach jest dla nas emocją niecodzienną i wiemy, że minie wtedy, kiedy odłożymy książkę lub wyłączymy telewizor. Nie potrzebujemy go, kiedy towarzyszy nam nieustannie, przy każdym wyjściu z domu. Co więc zamiast kryminału? Sam jestem ciekaw. Ja stawiam na fantastykę. Kiedy świat za oknem jest nieprzyjemnym miejscem, fajnie jest uciec do jakiegoś wymyślonego neverlandu, gdzie wszystko jest prostsze i łatwiejsze.

    Trzymajcie się Państwo zdrowo. Uważajcie na siebie. Noście maseczki. Trzymajcie dystans. I do zobaczenia, im szybciej, tym lepiej.

    Wojciech Chmielarz

  • „Muszę być jak ten bosman” – Robert Małecki o pisaniu na pełny etat

    Wkrótce minie pół roku, od kiedy porzuciłem pracę zawodową na rzecz pełnoetatowego powieściopisarstwa. Z tej okazji Adam Szaja ze smakksiazki.pl zapytał o bilans zysków i strat. Zamiast udzielić odpowiedzi, westchnąłem. Tak, westchnąłem, bo wszystko miało wyglądać inaczej. Kalendarz na wiosnę i lato wypełniał się spotkaniami w bibliotekach i wyjazdami na festiwale, a w ślad za tym mój szef (paskudny typ!) zacierał ręce, licząc przychody.

    Marcowe targi książki w Poznaniu miały zapoczątkować długi cykl imprez, na których miałem się pojawić z promocją wydanej w styczniu br. „Zadry” – trzeciej części serii kryminalnej z komisarzem Bernardem Grossem. Targi się odbyły, ale zaplanowane spotkanie w Gdańsku, na bliźniaczej imprezie, do skutku już nie doszło. I nastąpił lockdown. Część przychodów trafił szlag.

    Vis maior, powiedziałby Gross.

    Nie wiem jak będzie wyglądało półroczne rozliczenie sprzedaży książek, którego wyniki poznam w połowie czerwca, ale wiem jedno. Trzeba pozbyć się złudzeń. Istotne pozostaje natomiast pytanie o sprzedażowe tendencje. Czy zauważalne spadki będziemy notować w dłuższej perspektywie (rocznej, dwuletniej), czy krótszej? Co czeka rynek książki za kilkanaście miesięcy?

    Skłamałbym, gdybym uznał, że mam to głębiej niż dwunastnicę. Ale jednocześnie śmiało mogę się nazwać szczęściarzem.

    Staram się myśleć wyłącznie o plusach mojej decyzji dotyczącej przejścia na pełnoetatowe rzemiosło pisarskie. Kilkukrotnie byłem pytany o to, czy gdybym wiedział o nadchodzącej pandemii, nadal myślałbym o rezygnacji z etatu w spółce miejskiej? Odpowiedź jest jednoznaczna. Tak. Nie żałuję tego kroku, ani nie idealizuję realizacji marzeń. Nie jestem już nastolatkiem, nie odszedłem z pracy w przypływie rzutu endorfin do krwioobiegu. Mam rodzinę, codzienne i comiesięczne wydatki. Decyzja była przemyślana i poparta wysokiej jakości współpracą z moim Wydawcą, Czwartą Stroną, a także – a może przede wszystkim – umową podpisaną na kolejne powieści.

    Robert Małecki, fot: smakksiazki.pl

    Jasne. Może dziś pogoda nie jest najlepsza, może na horyzoncie zbierają się chmury, ale tafla morza wciąż jeszcze wydaje się spokojna. Płynę więc dalej, zgodnie z obranym wcześniej kursem. A jeśli zdarzy się sztorm, to będę jak ten bosman z piosenki Klenczona, co tylko zapina płaszcz i klnie, ale dalej robi swoje, bo wie, do którego portu chce zawinąć.

    Trzeba zachować spokój. A ja ten spokój zyskałem również dzięki temu, że dotychczasowy lockdown przeżywałem wspólnie z rodziną. Moja żona jest nauczycielką, więc nie musiałem się martwić o jej codzienne wyjazdy do pracy i narażanie zdrowia. Syn, jak wszyscy uczniowie w kraju, nie chodzi do szkoły. Sytuacja była i pozostaje dla nas komfortowa. A ten luksus przekułem w pracę nad nową powieścią, która ukaże się pod koniec sierpnia. I jestem zadowolony z tego, co udało mi się stworzyć. Mam tylko nadzieję, że opowieść przypadnie Wam do gustu. Wciąż nie mogę napisać o niej zbyt wiele. W każdym razie to książka zupełnie inna niż te, które napisałem dotychczas.

    I to także jest efekt przejścia na etat pisarski, efekt stukania w klawiaturę już nie po nocach, ale od samego rana, z kubkiem ulubionej kawy na blacie biurka; wtedy, gdy jestem wypoczęty i gdy mam w sobie niezbędną radość z przebywania oko w oko z laptopem i przelewania na wirtualną kartkę nowej opowieści. Słowo po słowie, zdanie po zdaniu. W spokoju, w swoim rytmie, ale z niezbędną intensywnością.

    Jestem szczęściarzem z jeszcze jednego powodu. Tak się złożyło, że „Zadra” ukazała się dwa miesiące przed pandemią i przed okresem zamknięcia sklepów i księgarń. Z kolei nowa powieść będzie miała premierę prawdopodobnie już po pełnym odmrożeniu gospodarki.

    Sporo spotkań zaplanowanych na wiosnę, udało się przenieść na jesień, więc jeśli tylko sytuacja pozwoli, szanse na dodatkowy zarobek wrócą, a ja będę miał wreszcie możliwość spotykania się z Czytelnikami. Bo tych spotkań i wyjazdów brakuje mi najbardziej. To najlepszy sposób ładowania akumulatorów.

    I jeszcze jedna sprawa. Mimo ewidentnie trudnej sytuacji w całej branży, na horyzoncie pojawiają się nowe wyzwania i nowe projekty. Nie udźwignąłbym ich, bez wolności jaką zapewnia etat pisarza. A to oznacza, że nie rozwijałbym się, gdybym uprawiał powieściopisarstwo wyłącznie hobbystycznie.

    Ostatni raz podkreślę, że jestem szczęściarzem.

    Bo co by się nie działo, to w kategorii „praca marzeń” wygrywam wszystkie konkursy.

    Robert Małecki

  • Organizator targów upadnie, a wydawcy zostaną bez pieniędzy?

    Wyobraźcie sobie, że jesteście małym wydawcą i zapłaciliście za stoisko na Warszawskich Targach Książki około pięciu tysięcy złotych, aż tu nagle organizator traci płynności finansową i wysyła Wam informację, że sorry, ale złożyliśmy w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości spółki. Śmiać się? A może płakać?

    W takiej sytuacji znalazła się Joanna Cichoń, szefowa Wydawnictwa Żwakowskiego z Tychów. – Boję się, że nigdy nie uda się odzyskać tych pieniędzy, które dla dużego wydawcy mogą być drobnymi, a dla nas to spory wydatek, mówi Cichoń. W oświadczeniu podpisanym przez Renatę Kraszewską, prezes Murator Expo Sp. z o.o. możemy przeczytać, że organizacja kolejnych wydarzeń w tym roku stoi pod dużym znakiem zapytania. Przypomnę tylko, że Murator Expo organizuje m.in. Śląskie Targi Książki, które są zaplanowane na ostatni weekend listopada. Jak Państwo doskonale wiedzą, w zeszłym miesiącu zostały odwołane Warszawskie Targi Książki, które miały się rozpocząć w najbliższy czwartek. Właścicielka Wydawnictwa Żwakowskiego dodaje, że o zwrot pieniędzy będzie walczyła w sądzie, ale zdaje sobie sprawę, że może to trwać przez kilka lat. Prezes Murator Expo podkreśla w oświadczeniu, że spółka znalazła się w niezwykle trudnej sytuacji ekonomiczno-finansowej ze względu na pandemię koronawirusa.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (45-48 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    1 maja 2020 (13105 zarażonych, 651 zmarłych)

    Pada deszcz. Taki porządny, z niebem w szare szmaty i zachodnim wiatrem, siekącym z ukosa. Beczki na deszczówkę w mig się napełniły. Gdybym na majówkę zaplanował przyjęcie z grillem w ogrodzie, tobym psioczył na czym świat stoi, że tyle czasu było pogodnie, a teraz akurat musi lać. Ale nie zaplanowałem i nie psioczę, przeciwnie, łażę po trawie na bosaka i moczę głowę wdychając mokre, liściaste powietrze. Rozładowanie napięcia. Zwilżenie suchych zmysłów. Nawodnienie wyschłego strumienia myśli. Deszcz potrafi być psychiczny, naprawdę.

    Może jednak przesadzałem z tymi biblijnymi plagami. Koronawirus jakoś przycichł, lęki i mroczne wizje zastąpiła nuda, po niedzieli otwieramy galerie i biegniemy znowu kupować. Już tłumy klęczą w starterach z napiętymi ścięgnami, w poniedziałek rano chorągiewka w górę i lecimy. Media obiecywały, że po pandemii będą jakieś straszliwe obniżki cen i wyprzedaże wszystkiego prawie za darmo, więc chętnych nie braknie. Oby nie doszło do rękoczynów. Susza również spuściła z tonu, pada deszcz, rzeki pewnie wkrótce się napełnią i dziennikarze przestaną się włóczyć z kamerami po wyschniętych korytach, biadoląc nad klimatyczną katastrofą. Pożary pogasły i podobno nie wyrządziły takich szkód, jakich się obawiano. Może faktycznie przesadzałem z tymi apokaliptycznymi wizjami. Bajania o końcu świata raz pasują do świata lepiej, raz gorzej. I tak jest od zarania dziejów.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Erik Kossakowski

    Wczoraj byłem na chwilę w mieście. Kraków pełen samochodów, a na weekendowych wylotówkach wręcz korki. Spragnieni normalności krakowianie wypełzli z dusznych mieszkań i ruszyli na powietrze. I dobrze. Wprawdzie ten i owa ostrzegają, że koronawirus przenosi się w powietrzu, ale powszechna świadomość banuje takie wieści. Nigdzie nie widać dżumy ani cholery, karetki na sygnałach nie krążą wściekle po mieście, żadne trupy na chodnikach nie zalegają – czego się bać? Natomiast w okolicach Rynku nadal upiorne pustki. Widać, co się stało z miastem pod wpływem rozpasanej turystyki i co się dzieje z nim teraz, kiedy tej turystyki zabrakło. Jak stadion po meczu. Albo Błonia po papieskiej mszy. Dopiero były tłumy, przejść się nie dało, nieprzebrane rzesze ludzi kręciły się w jakimś zapamiętałym flaneurowskim obrzędzie – a teraz pustka. Kubki po kawie turla wiatr. Paru ostatnich stałych mieszkańców Śródmieścia rozgląda się w zdumieniu po swojej-nieswojej okolicy, jakby nie do końca wierzyli w obudzenie po długim i dręczącym śnie. Trauma nagle opróżnionego kontenera.

    Intryguje mnie masowy wymiar informacji. Nikt nic nie wie, faktów za oknem nie widać, cokolwiek do nas dociera, jest zbiorem bitów w necie – a wszyscy śledzą z wypiekami na twarzach i potem wyciągają mądre wnioski oraz wygłaszają opinie. Sieć roi się od rozmaitych porad i instrukcji, jak przetrwać kwarantannę, jak sobie radzić ze stresem i lękiem, jak nie dać się nudzie i nie stracić formy fizycznej, jak podtrzymać relacje międzyludzkie, jak nie utyć… A ty siedź, człowieku, od rana do wieczora i zajmuj się swoim samopoczuciem, żebyś przypadkiem na chwilę nie poczuł grozy bytu. A co by się, kurde, stało, gdybyśmy na chwilę ją poczuli? Gdyby groza bytu walnęła nas po łbach i nieco przywołała do porządku w tym zapamiętałym przeciamkiwaniu swoich dni? Co jest złego w tym, że się trochę przestraszymy i przekonamy, że życie nie sprowadza się do kupowania żarcia w Macu i wywalania papierowych toreb przez okno pędzącego samochodu? Że tu nie chodzi o prowadzenie za rączkę od kołyski do trumny?

    Obawiam się, że niestety o to chodzi. Tworzenie powszechnej iluzji prawdy, faktu, wiedzy – nie służy informowaniu nas o czymkolwiek dla samej informacji, tylko utrzymaniu nas na smyczy mediów. Ich bez nas nie ma. A nas bez nich. Nie widzimy, nie słyszymy i nie mamy głosu, jak te trzy chińskie małpki. Koronawirus w fenomenalny sposób uaktywnił i wzmocnił media internetowe, a jednocześnie objawił ich par excellence wirtualny charakter. Oraz handlowy, ponieważ informacja stała się towarem. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale trzeba trochę krytycznego wysiłku, by sobie uświadomić cały ogrom konsekwencji. Na przykład taką, że w zasadzie każda wiadomość jest na sprzedaż, została kupiona bądź dopiero ma zostać kupiona. I nie chodzi tylko o tak zwane brukowce. Deklaracje rzetelności, służby prawdzie i uczciwości, misji społecznej – również mają w tle rachunek rynkowy. Albo zarobię na tym i się utrzymam, albo stracę i wypadnę z obiegu. Memowe szydery, przewrotne filmiki na youtube i wulgarne rapy popluwające na cośtam zmierzają do jednego: zdobyć poklask, publiczność i zarobić. Proste i brutalne.

    Brutalne dlatego, że wszechobecny klientyzm w tym układzie zmierza do zaspokojenia moich oczekiwań, a nie do ich zmiany. Że mam nie tyle się uspokoić zdobytą wiedzą, co podjarać wrzutką i natychmiast szukać następnych podobnych. Kręci się niekończona karuzela powierzchownych doznań, momentalnych drgnień, które się w żadną mapę poznawczą nie układają. Dużo mówią o pokręconej psychice konsumenckiej, ale o świecie – nic. Na początku pandemii żywiłem złudzenia, że izolacja oderwie nas od sieci, zrzuci z krzesełka na karuzeli i lądując tyłkami na trawie posmakujemy wreszcie prawdziwej ziemi. Ale nie. Przeciwnie, gdy tylko otrząsnęliśmy się z szoku, szybko biegiem do krzesełek i dalejże w ruch, jeszcze szybciej, wyżej, jeszcze więcej. Sieciowa kręcioła wiruje, byle uciec od realu. Internet święci triumfy. Czy my również – nie wiem.

    Wiem, internet jest jak świat. Zawiera wszystko, łącznie z przedustawnym chaosem i końcową apokalipsą. Każdy może z niego wziąć, co mu się podoba, nie ma ograniczeń. Ten potoczny mit ma jednak dosyć poważne mankamenty, na przykład taki, że ze wszystkich naszych zmysłów pielęgnowane tam są jedynie wzrok i słuch. Pozostałe – węch, smak, dotyk – są nieobecne w naszych doznaniach, a tym samym zepchnięte na margines. Nieużywane. Widoczek bez aromatu kwitnącej łąki i muśnięcia wiatru na policzkach jest tylko kolorowym maziajem o zapachu dusznego pokoju. Tworzy zastępczość, ale raczej udaje niż daje. Sorry, ale dwa zmysły zamiast pięciu, to jednak ograniczenie.

    Wyrzucam z siebie te antysieciowe diatryby na marginesie aktualnej lektury. U Kinga znalazłem dające do myślenia zdanie o tym, że większość ludzi nie zważa na istotne szczegóły wokół siebie i idzie dalej, zaprzątnięta „kolejnym dniem wyrzuconym na owo tajemnicze śmietnisko, na którym lądują przeżyte dni” (Jest krew, s. 143). Nagle ujrzałem mój dzień jako zmarnowany i wyrzucony na tajemnicze śmietnisko, gdzie leżą również wszystkie poprzednie. Jasna cholibka, wszystkie? Co miałem zrobić, żeby choć jeden z nich nie był zmarnowany? Przestać oglądać strony w necie? Ale wtedy w ogóle już nic nie będę wiedział! „Jutro dzień/ jeszcze jeden/ zrób co możesz” – mówi anioł w wierszu Miłosza, ale kto dzisiaj wierzy w anioły? I od razu telepka: zostaw to beznadziejne surfowanie i zrób coś ważnego. Nie marnuj dni, masz ich coraz mniej. Dramatycznie mniej. Być może już całkiem niewiele. Zrób coś ważnego!

    Zrobiłem. Polazłem na bosaka do ogrodu.

    Parę dni temu w moim dzienniku walnąłem się i umieściłem Antares w gwiazdozbiorze Raka, zamiast Skorpiona. Zwierzątka na oko podobne, ale inna grupa w ogóle. Skąd mi się to wzięło? Chyba stąd, że szukałem figury tego, co się teraz z nami dzieje. Idziemy do tyłu.

    3 maja 2020 (13693 zarażonych, 678 zmarłych)

    Dzisiaj wieczorem miałem wykład o najnowszym czteropaku opowiadań Stephena Kinga pt. Jest krew. Portal smakksiazki.pl i Jakub Ćwiek zorganizowali Viralowe Targi Książki w internecie, a ostatnim punktem dwudniowego programu był mój wykład. „Wykład” to zbyt wielkie słowo – raczej prelekcja, pogadanka o nowych tekstach ulubionego pisarza, z mocnym wątkiem autobiograficznym i autotematycznym, bo i o mnie, i o pisaniu trochę. Próbowałem przekonać słuchaczy i słuchaczki (nie wiem, na ile skutecznie), że Kinga od reszty producentów popkulturowej grozy różni to, iż jest prawdziwym pisarzem. Nie dostawcą popkultu na tony, byle wycisnąć kasę strasząc czym się da, ale właśnie pisarzem, czyli autorem tekstu z co najmniej podwójnym kodowaniem. Co dosłowne, jakimś zręcznym sposobem układa się zarazem w metaforę, czyli opowieść o każdym z nas. Niby dykteryjka o telefonie do nieboszczyka, a tak naprawdę wzruszająca historia o naszym pragnieniu utrzymania kontaktu z bliskimi zmarłymi. Niby opowiastka o szczurze podstępnie spełniającym życzenia, a właściwie studium niemocy twórczej i transgresji pisarza, który stoi przed dramatycznym wyborem: pisanie lub życie. Niby polowanie Holly Gibney na kolejnego outsidera, a w gruncie rzeczy moralitet o rytualnym zabijaniu odwiecznego Zła.

    Facet uwodzi mnie językiem (uuch, jak to brzmi). Najprostszą scenę potrafi napisać jak wyrafinowany poemacik, który chłonę z mieszaniną wysokiego zachwytu i niskiej zawiści. Rzadko zazdroszczę innym, każdy ma swoje życie, ale chciałbym choć raz sięgnąć jego warsztatu. Nie żeby od razu Ręka mistrza czy To, ale jedno takie opowiadanko jak Szczur. Powiedziałem w prelekcji, że King przestał uprawiać grozę za pięć groszy, rodem z tanich produkcji dla młodzieży, i pisze jak klasyk anglosaskiej prozy. Do pewnego stopnia zawsze tak pisał, to drugie dno można wyczuć wszędzie, tylko czytelnikom się nie chciało zwykle tam schodzić, bo wystarczy strach, ogryzanie paznokci i przegryzanie popkornem. Ponoć taki jest los wielkich – ludzkość dostępuje tylko cząstki ich niezmierzonego bogactwa. Tyle, ile udało jej się wyczytać. Reszta spoczywa w krypcie z inskrypcją: „Niewyrażone”.

    Myślę, że miał kompleks Prawdziwego Pisarza, bo tego tytułu przez całe życie krytycy mu odmawiali. Ja mu go przyznaję i podtrzymam w każdym starciu. Niech ktoś rzuci rękawicę.

    4 maja 2020 (14006 zarażonych, 698 zmarłych)

    Miałem nosa – ruszyli. Od rana sieć pełna zdjęć spod galerii handlowych i supermarketów. Pełne parkingi, tłumy pod drzwiami, kolejki na kilkaset metrów. Rzucili się jak horda wygłodniałych dzikusów na upolowanego mamuta. Dosyć mnie w tym zastanawia atrakcyjność Ikei po przymusowym siedzeniu naszego Narodu w domu. Z głodu porozbijali szafki w kuchni? Porysowali blaty stołów zębami połowic i pociech? Połamali łóżka w sypialniach od długiej i nieopanowanej chuci? W każdym razie masowa tęsknota do nowych mebli zdradza wezbraną w Narodzie pożądliwość nowych wystrojów wnętrz, powinienem zatem pogratulować mu gustu i schludności. Ciekawe, czy rzuci się również na te hotdogi za złotówkę przy wyjściu. Wtedy jeszcze musiałbym pogratulować kulinarnej finezji. Jacyś ryzykowni dowcipnisie zgłosili podłożenie bomb w Galerii Krakowskiej i w Solvayu, trzeba było ewakuować. Co za pech! Ledwieśmy przyszli i się rozejrzeli, co i jak, a tu trzeba wychodzić pod eskortą antyterrorystów. Masakra.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Sześć dni do pseudowyborów pocztowych i nadal nikt nic nie wie. Także rządzący. To są takie jaja, że nie pamiętam podobnych! Nawet komuniści, którzy robili cyrk z wyborów, jednak nad porządkiem i terminami panowali. Od lat powtarzam: nie chodzi o to, że prawica, katole i nacjonaliści, ale o to, że PiS po prostu nie umie rządzić. To są nieudacznicy i amatorzy, powyciągani z jakichś głębokich zapleczy partyjnych, daleko od szosy, którzy mają problemy z tak podstawowymi ludzkimi umiejętnościami, jak mówienie i zachowanie się w publicznym miejscu. Jak mają dobrze rządzić państwem! A teraz jeszcze koronawirus im dodatkowo we łbach pomieszał i nie wiedzą, czy udawać, że nic się stało, czy się barykadować. Czy może już uciekać. I nic w tym wypadku nie znaczy fakt, że ktoś tam ich wybrał. Absolutnie nic! Jak nie umiesz rządzić, człowieku, to idź do domu i najpierw się czegoś naucz. To takie proste! I takie trudne.

    Ech, szkoda nerwów, idę z Aksą na łąki.

    Byliśmy, pobiegaliśmy. Słońce zachodziło matowo, krwawo, na deszcz. Ulga. Biegam tak z moimi kolejnymi psami od pół wieku, od pacholęctwa niewinnego wiejskiego, z jedną Azą, drugą Azą, potem z Korą i jeszcze paroma innymi. Teraz jest Aksa. Zawsze suka. Czarna albo podpalana. „Dzieciństwo moje szło przez pola z psem”, pisał Tadeusz Nowak w jednym z wczesnych wierszy i powtarzam sobie te słowa kładąc się na trawie ot tak, po nic, żeby poleżeć i popatrzeć na niebo. Ksysio Marzyciel. Dużo się w dzisiejszej humanistyce gada o rozchwianej tożsamości, o dezintegracji podmiotu, redukcji osobowości i tym podobnych trudnościach identyfikacyjnych, sam zresztą również o nich nauczam biedną od tych rozchwiań młodzież. I faktycznie, z nosem w mądrych książkach odczuwam podobnie. Na łąkach jest jednak inaczej. Opada pancerz wiedzy i świadomości, jest tylko bieganie, oddychanie, patrzenie, wołanie psa. To samo od pół wieku. I ja jestem ten sam, na pewno, moje odczucia identyczne jak wtedy, i wtedy, i wtedy. Łąka i pies to wyznaczniki ciągłości mojej osoby, czymkolwiek by ona nie była. Piszę to zastrzeżenie dlatego, że na łące żadne pytania o definicje i znaczenia nie padają. Więcej, one w ogóle nie istnieją. Jestem i tyle, nieważne kim. Może biegam z psem na łąki właśnie po to: żeby przestać pytać o siebie i po prostu być. To takie proste. I takie trudne.

  • „Podróż do przyszłości”. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Koronawirus niewątpliwie zaskoczył świat bardziej niż zima drogowców. Ale czy w branży literackiej rzeczywiście przyniósł wstrząs, jakiego nikt się nie spodziewał, czy tylko przyspieszył nieuniknione?

    Na kryzysach finalnie zwykle wygrywają firmy wyznaczające lub wyprzedzające trendy oraz błyskawicznie adaptujące się do zmian. A te wszystkie nowatorskie pomysły, które uchodziły za ciekawostki, dziwactwa albo po prostu zawracanie dupy, często stają się nową rzeczywistość. To ogólna, ponadczasowa zasada. Bo kryzysy to przede wszystkim katalizatory zmian, które częściej uwypuklają zjawiska już istniejące, niż generują nowe. I nie ma powodów przypuszczać, żeby po koronawirusie miało być inaczej – bez względu na to, czy pandemia wygaśnie za miesiąc czy za dwa lata. Już teraz wiemy, że lekarz w internecie to dalej lekarz, że sprawy urzędowe da się załatwić na odległość, że mycie rąk po wizycie w toalecie wcale tak bardzo nie boli.

    Jeżeli zaś chodzi branżę literacką, wiele wskazuje na to, że przez kryzys najłagodniej przejdą firmy zaprzyjaźnione z internetem: dystrybuujące treści w sieci oraz stawiające na ebooki i audiobooki. Te, które starają się trzymać rękę na pulsie, zamiast bezrefleksyjnie bronić starego porządku. Bo jak zauważył na łamach „Financial Timesa” Stephen Page, szef londyńskiego wydawnictwa Faber and Faber, w ciągu najbliższych trzech do sześciu miesięcy możemy dostać się w miejsce, w którym prawdopodobnie znaleźlibyśmy się dopiero za kilka lat, gdyby nie przytrafił się koronawirus.

    A gdzie dokładnie? Tego oczywiście nikt nie wie na pewno. Ale na bazie danych i obserwacji można już trochę pogdybać. Łapcie więc moje postcovidowe prognozy dla rynku książki.

    1. Online wyraźnie wyprzedzi offline

    Sprzedaż od lat przesuwa się w stronę internetu. Nihil novi. Ale w dobie koronawirusa popędziła galopem w stronę online’u, często nie tyle redukując, co wręcz całkowicie wygaszając handel za pomocą kanałów stacjonarnych. I to stan, który może się utrzymać. Również w branży literackiej.

    Najdobitniej świadczą o tym decyzje największego gracza na rynku książki – Empiku (1,8 mld złotych przychodu w 2018 roku). To jeden z wielkich przegranych decyzji o zamknięciu centrów handlowych. Dziś Empik wcale się nie napala na odmrożenie gospodarki, tylko zakłada, że przez najbliższe kilkanaście miesięcy galerie będą zdecydowanie rzadziej odwiedzane niż przed pandemią. I dlatego postanowił odstąpić od ponad 40 umów najmu w takich punktach – także zanim wybierzecie się do swojej księgarni, sprawdźcie, czy nadal tam jest. Zamiast tego stawia na sprzedaż internetową, która już w 2019 roku odpowiadała za około 40 proc. obrotów całej grupy. A w tym roku Empik spodziewa się dalszego zdecydowanego wzrostu w tym segmencie.

    Ograniczenia handlowe, reżim sanitarny i zmiana zwyczajów zakupowych prowadzą do wielkiej rekalkulacji założeń biznesowych, której ostatecznym owocem może być zdominowanie handlu przez kanały internetowe. Summa summarum zyskają na tym gracze, którzy w porę zbudowali online’owe przyczółki, a w obliczu pandemii zdecydowanie na nie postawili, a także ci, którzy narodzili się w sieci – jak np. księgarnia internetowa Bonito. A kto nie umie w internety albo uparcie nie chce się przestawić, najprawdopodobniej zginie. Niestety wiele niezależnych księgarni czy bibliotek stacjonarnych może się nie doczekać nowej rzeczywistości. Jeszcze w pełni nie poznaliśmy koronawirusa, ale nie wydaje się sentymentalnym kolesiem.

    www.unsplash.com/Glenn Carstens-Peters

    2. Czas streamingu

    W ciągu pierwszych trzech miesięcy 2020 roku Netflix zyskał prawie 16 mln nowych subskrybentów. To oczywiście w dużej mierze zasługa koronawirusowej izolacji i odcięcia społeczeństwa od pozadomowych rozrywek, ale też kolejny sygnał świadczący o tym, że pokochaliśmy streaming. Taki czy inny. I nie ma w tym nic dziwnego. Płacisz niewygórowany miesięczny abonament i zyskujesz w zmian dostęp do dużego zbioru treści – albo filmowo-serialowych (dostępnych m.in. w Netliksie, HBO GO, Amazon Prime Video, Apple TV czy Disney Plus), albo muzycznych (Spotify, Tidal, Deezer, Apple Music).

    Te same trendy widoczne są w literaturze. Apostołem streamingu książkowego jest Legimi, od dawna określany jako „Spotify dla ebooków”, ale modele abonamentowe popularyzują się także za sprawą aplikacji Audioteki i Storytela (specjalizujących się w audiobookach) czy Empik Go (ebooki i audiobooki). Obstawiam, że jest tylko kwestią czasu, kiedy zobaczymy kolejne tego typu modele biznesowe. Może doczekamy się platform streamingowych poszczególnych wydawnictw? Albo grup wydawnictw? Może zobaczymy pierwszy abonament na książki papierowe? Może powstaną apki pozwalające budować całkowicie autorskie biblioteki w modelu abonamentowym? Możliwości jest multum.

    3. Ebooki i audiobooki to też książki

    Z badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że po ebooki i audiobooki sięga odpowiednio 2,5 proc. i 3 proc. Polaków. Wniosek? Książki w tej postaci nadal stanowią niszę i nijak nie konkurują z utworami papierowymi. Do tej pory czytelnicy często sięgali po ebooki i audiobooki dopiero w ostateczności – podczas dalekiej podróży samochodem albo przy okazji wyjazdu wakacyjnego, kiedy ograniczony bagaż uniemożliwiał wzięcie drukowanej knigi. Ale w czasie izolacji wielu czytelników mogło się przekonać, że sięga się po nie w sposób szybki, bezpieczny i dziecinnie prosty. Że w ten sposób też można przyjemnie obcować z literaturą. Że to dalej książki, tyle że zapisane na innych nośnikach. Jestem pewien, że dzięki temu ebooki i audiobooki zyskały nowych użytkowników, z których część zostanie z nimi na dłużej.

    A skoro tak, to może w nowej rzeczywistości więcej książek – również ze względu na oszczędności wydawnictw – będzie trafiać na rynek jedynie w postaci ebooków i audiobooków? Może wobec ich rosnącej popularności więcej autorów będzie się decydowało na self-publishing? Może (to wariant skrajny, ale łatwy do wyobrażenia) papierowa książka stanie się luksusem zarezerwowanym dla najpopularniejszych autorów, a większość publikacji ograniczy się do formy cyfrowej lub audio?

    4. Kanapowe targi

    Zamrożenie branży eventowej sprawiło, że z literackiego kalendarza wypadły targi książki i spotkania autorskie. To znaczy wypadły w fizycznej formie, bo wydawcy, blogerzy literaccy i autorzy rzucili się do organizowania ich w przestrzeni wirtualnej. W końcu współczesne wyzwania technologiczne tyczą się sztucznej inteligencji, nowych metod wytwarzania energii czy przetwarzania gigantycznych wolumenów danych, a nie montowania wywiadów i paneli dyskusyjnych na Facebooku czy Instagramie. Tutaj jedyną barierą była społeczna niechęć do takich rozwiązań. Ale koronawirus szybko się z nią rozprawił.

    Targi i imprezy kulturalne są więc masowo przenoszone ze stadionów i ciasnych alejek hal wystawienniczych na kanapy i przed monitory. Dopiero co jarałem się Viralowymi Targami Książki (zorganizowanymi przez twórcę smakksiazki.pl Adama Szaję i pisarza Jakuba Ćwieka), a teraz już napalam się na We Are One: A Global Film Festival, dziesięciodniową ucztę filmową online, która będzie połączeniem festiwali w Cannes, Berlinie, Wenecji i wielu innych (startuje 29 maja).

    Pytanie, czy uinternetowienie kultury utrzyma się w nowej normalności. Na dzisiaj najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: na początku tak. Rozmrażanie wszystkiego co masowe (koncertów, meczów, imprez literackich) będzie następowało powoli. Nie spodziewam się żadnych spektakularnych wydarzeń kulturowych offline w 2020 roku. Za to przypuszczam, że wojna o najlepsze, najfajniejsze, najbardziej napakowane merytoryką i gwiazdami imprezy literackie dopiero się rozpoczęła.

    5. Wydawnicza selektywność i nowe rozdziały

    W 2018 roku wydano w Polsce 33,9 tys. książek, a więc o 6 proc. mniej niż w 2017 r. (dane Biblioteki Narodowej). Ale i tak wydaje się nieporównywalnie więcej niż na początku XXI wieku – po raz ostatni mniej niż 30 tys. tytułów na rynku ukazało się w 2010 roku. Wydawcy sami twierdzą, że książek jest za dużo, że malejące średnie nakłady ich niepokoją, że wcale im się nie uśmiecha wydawanie byle czego, ale skoro wszyscy tak robią, to trzeba się dostosować.

    Nic tak dobrze nie zmienia zasad gry jak porządny kryzys. Może więc koronawirus sprawi, że zubożali wydawcy staną się bardziej selektywni? Może ucierpi na tym literatura ambitna i spoza głównego nurtu, a księgarnie zaleją biografie i poradniki celebryckie? Może największym wyzwaniem początkujących autorów nie będzie wyróżnienie się z tłumu tylko w ogóle znalezienie wydawcy? A może wydarzy się coś pozytywnego? Na przykład literaci zaczną się wznosić na wyżyny kreatywności, aby przekonać wydawców, że warto w nich zainwestować? Cholera wie.

    Pewna wydaje się tylko korekta trendów wydawniczych. Spodziewam się, że nastąpi wysyp książek covidowych i postcovidowych, a więc w ten czy inny sposób odnoszących się do naszej nowej, zamaskowanej, niepewnej rzeczywistości. Kto wie, czy nie zrodzi się z tego jakiś większy nurt, który za kilkadziesiąt lat literaturoznawcy będą rozkładać na atomy. Poza tym przypuszczam, że może wystrzelić literatura psychologiczna, ponieważ po pandemii koronawirusa zanosi się na kolejną pandemię – depresji i problemów mentalnych. Ale o tym opowiem Wam przy innej okazji.

    Krzysztof Domaradzki

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (41-44 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    27 kwietnia 2020 (11761 zarażonych, 539 zmarłych)

    Dzień minął jak poprzednie: zajęcia zdalne czyli gadanie do własnego laptopa (bo studenci się wycwanili i wyłączają kamerki; ciekawe, co tam robią), potem trochę grzebania w książkach i w ogrodzie (kupiłem nowy wózek na węża), wieczorem czytanie i granie. Czyli nic ciekawego. Wiadomości ze świata unikałem jak ognia. Dopiero nocą coś drgnęło w dniu świstaka. Z balkonu patrzyłem na gwiazdy. Robię to od zawsze, ale tym razem koronawirus zmienił mi oko. Patrzyłem na nie tak, jakby nas już nie było. Nikogo. Domy nadal stoją, ale puste. Latarnie świecą, migocze na czerwono wieża telekomunikacyjna, blada łuna od dalekiej zakopianki, która milczy, bo nie ma już samochodów. Cisza. Nocny ptak krzyknie, zaszeleści trawa pod brzuchem przemykającego jeża, w dolinie prychnie młody sarniak. Tylko ludzi nie ma. Czyli nie ma również ich hałasów, migotań reflektorów samochodowych, buczeń samolotów i całego tego cywilizacyjnego harmideru, którym uszczęśliwiamy na co dzień swoje zmysły. Mogę to sobie tym łatwiej wyobrazić, że kwarantanna trochę nas przystopowała i przymknęliśmy jadaczki na chwilę. Częściej jest cicho. A gdyby nas całkiem zabrakło, byłoby jeszcze ciszej.

    Patrzę w niebo słuchając, jak niszczeje świat. Czas z rozpędu jeszcze płynie i co trwało mocą ludzkiej krzątaniny, rozpada się dzień po dniu. Wysoce przetworzona materia pokonuje drogę odwrotną i rozkłada się w pierwotne surowce, wraca do źródła, do ziemi. Wyłączają się kolejne bloki energetyczne i świateł jest coraz mniej, gaśnie zakopianka, latarnie wzdłuż ulicy Świątnickiej, najdłużej migocze czerwona sygnalizacja wieży koło Wieliczki, bo ma własne zasilanie, ale i ona w końcu znika…

    www.unsplash.com/Kyle Gregory Devaras

    Ciemność. Absolutna cisza i ciemność. Po wielu latach, ale to bez znaczenia, nie ma nikogo, kto by je umiał policzyć. Z lasów wychodzą zwierzęta, najpierw ostrożnie, niepewne, bo nigdy nie wiadomo, co ten człowiek znowu wymyślił, ale w końcu się orientują, że naprawdę sobie poszedł. A może go ktoś zabrał siłą i uwolnił wreszcie ziemię od tego szalonego destruktora. Sarny, lisy, bażanty coraz śmielej buszują po opustoszałych siedliskach byłego człowieka, wyjadają zdatne do spożycia resztki z naszego konsumenckiego raju, śpią i rozmnażają się w betonowych mieszkaniach, biurach, kościołach… Bo wolno. Nareszcie wolno.

    A one patrzą. Widziały wzlot i upadek dinozaurów, ewolucyjne zwycięstwo ssaków, stawanie na tylne nogi małpy z dużą czaszką i jej pierwsze narzędzie zbrodni, którym była wyschnięta kość udowa pobratymca. Nieruchomym, szklanym wzrokiem obserwowały, jak dwunożna małpa rozłazi się po świecie z pożądliwością przekraczającą jej potrzeby i możliwości. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz patrzą na wilka swobodnie załatwiającego się na betonowym placu, w środku kamiennego gruzowiska zwanego niegdyś Krakowem, i widzą w tym nadzieję na nowe otwarcie. Widzą? Nie wiem, nas i tak to już nie dotyczy.

    Arktur przesunął się do zenitu i chowa się za krawędzią dachu, na południu gwiazdozbiór Skorpiona z piękną, czerwoną Antares, rzadko podziwianą z racji niskiego położenia tuż nad horyzontem. Oddycham pełną piersią, żeby poczuć życie. Pulsowanie krwi. Jeszcze na chwilę być tu i teraz człowiekiem, dopóki można. Patrzeć na gwiazdy i chłonąć obrazy nocnego nieba, póki jeszcze są dla mnie. Te same, co zawsze. Niewzruszone. Boże, to wszystko takie kruche!

    Zapisuję późną nocą słuchając Jaszczurki King Crimson. Pasuje jak ulał.

    28 kwietnia 2020 (12218 zarażonych, 596 zmarłych)

    Już myślałem, że do cna wyzuci zostaliśmy z naszego metafizycznego zmysłu, ale na szczęście nie. Przykościelne księgarnie ojca Rydzyka handlują dewocjonaliami na okoliczność pandemii. Krzyże modlitewne, teksty religijnych zaklęć, obrazki patronów i święcona woda to podstawowy asortyment duchowej apteki dla maluczkich. Maseczek nie trzeba nosić, rękawiczek można nie zakładać, ale modlitwę trzeba mieć. I pięć złotych na tacę. Ciekawe, czy gdyby poszło od głęboko wierzącego ludu poszeptywanie, że najlepsze na pomór jest smarowanie się krowim łajnem, też by sprzedawali. Właściwie czemu nie?

    Jerzy Sawka przedwczoraj sugestywnie i nie bez ironii dowodził, że pandemiczne wybory najlepiej byłoby zorganizować w kościołach. Wysoki poziom zaufania publicznego do księży, znakomita sieć placówek w całym kraju, do tego nadzór administracyjny i moralny instancji o najwyższym współczynniku wiarygodności (Jezus Chrystus Król Polski). To znakomity pomysł i w dodatku oferujący mnóstwo możliwości przywabiania wyborców. Można zanęcić lokale obietnicą natychmiastowej spowiedzi, gdyby ktoś głosował nienadudę. Można do każdej karty wyborczej dołączyć flakonik z wodą z Lourdes, albo oprawną w plastikowe srebro relikwią z odzienia, dajmy na to, błogosławionej siostry Faustyny. Obok urny oczywiście puszka na DOBROWOLNE datki, a przy wyjściu kramik z substancjami do duchowej dezynfekcji. Siedzibę komisji wyborczej wypełniają opary kadzidlanego dymu i chorały gregoriańskie nucone dyskretnie przez mnichów na galeryjce. Do takiego pomieszczenia wchodzą tylko prawdziwi Polacy, nie jakieś tam żydokomuchy czy gendery. Gdyby wtedy ktoś jeszcze nie wiedział, jak ma głosować, byłby skończonym głupcem.

    A tak poważnie, zastanawiam się coraz bardziej przerażony, czy oni naprawdę chcą przepchnąć te wybory 10 maja. Przecież to jest znacznie większa obelga dla tego kraju, niż humoreski o komisji wyborczej w kościele!

    29 kwietnia 2020 (12640 zarażonych, 624 zmarłych)

    Deszcz! Deszcz! Pada i pada! A ja jeszcze nie mam gotowego zbiornika na deszczówkę i łapię do beczek. Byle jak najwięcej nałapać. Kiedyś na Środkowym Zachodzie USA (Bogie, Przyjacielu, dzięki za pamiętną wyprawę!) z zainteresowaniem przyglądałem się starym drewnianym cysternom na rusztowaniach – wiecie, takie, co się do nich na westernach strzelało i sikała woda – i myślałem o dziwactwie dzikiego kapitalizmu, który nawet na wodzie po chamsku sknerzy. Podobne później widziałem w Australii, z czego wnioskowałem, że sknerstwo, jak kapitalizm anglosaski, jest globalne. Oczywiście, nie chodziło o sknerstwo, tylko o konieczność w warunkach klimatycznych, gdzie deszcze bywają obfite, ale rzadkie i zbieranie deszczówki stanowi czasem sposób na przeżycie. Dopiero teraz pojąłem, czym jest czekanie na deszcz. Teraz patrzę z zachwytem na mokre szyby i kombinuję, do czego by tu jeszcze nałapać: wiadra, wanienki na zaprawę z czasów remontu, miski, balie… Pada, co za ulga! Kto powiedział, że woda to życie? Jeżu, całym ciałem czuję brylantowość tej myśli! No i proszę, teza antropologiczna gotowa: wraz ze zmianą klimatu zmienia się człowiek. Taka sobie, nie jakaś wystrzałowa…

    Widziałem się dzisiaj z Adamem Szają, który dzielnie publikuje na smakksiazki.pl kolejne odcinki tego dziennika. Wręczył mi przedpremierowy egzemplarz najnowszej książki Stephena Kinga, zbiór czterech minipowieści pod tytułem Jest krew… Nie brzmi to najlepiej, ale angielski tytuł If It Bleeds koresponduje ze starą prawdą dziennikarską, że jak jest krew, to jest publiczność, oraz ze słynną kwestią z „Predatora”: If it bleeds, we can kill it (Jeśli to coś krwawi, możemy to zabić). Nie umiem się oprzeć wieloletniej fascynacji Kingiem. Zwykle u mnie to się szybko zmienia, ale ten facet trzyma mnie przy sobie wyjątkowo długo. Mody przemijają, nazwiska autorów bestsellerów przelatują przez księgarskie regały i znikają jak świetliki, a on się trzyma. Mnie trzyma. Nawet kiedy już znam na wylot wszystkie jego pomysły i po paru stronach domyślam się, co go tym razem zaciekawiło w konstrukcji fabuły, czytam z lubością jak nastolatek. Gdy tylko dostałem tom do ręki, natychmiast zacząłem wertować w poszukiwaniu ulubionych fraz, ale nie, nie da się. King uwodzi powoli, systematycznie. Opanowałem się i zacząłem od początku. Spokojnie. Nie za szybko. Wyluzuj. To jest wytrawna opowieść, a nie hamburger do wpieprzenia w dwie minuty i popicia zimną colą. Pierwsze opowiadanie – zwykła, prosta historyjka, a już wciąga. Chcesz dalej i dalej. Jak on to robi?

    To na razie, idę czytać.

    30 kwietnia 2020 (12781 zarażonych, 628 zmarłych)

    W styczniu 2019 roku zmarł mój starszy brat Janusz. Urodził się i prawie całe życie spędził w Oświęcimiu, ale był człowiekiem morza. Jako młody chłopak poszedł do marynarki, gdzie spędził 5 lat pływając na łodziach podwodnych i skąd powrócił z nieuleczalną miłością do wody i wszystkiego, co po niej pływa. Był zdolnym modelarzem, wygrywał ogólnopolskie zawody, specjalizował się w modelach jachtów, ale składał również okręty i samoloty. „Składał” to nie jest właściwe słowo; on je budował od zera, od wycinania sklejki na wręgi i gięcia drutu na elementy pokładu. Jeśli dodam, że robił to wszystko w malutkiej piwniczce o wymiarach metr na dwa, będziecie mieli nieco pełniejszy obraz jego talentu. Oprócz uzdolnień manualnych miał również niekiepski umysł, który pochłaniał mnóstwo marynistycznej literatury. Kiedy czytając Josepha Conrada albo Hermana Melville’a czegoś nie wiedziałem, pytałem Janusza i on zawsze wiedział. Zawsze! Morze i okręty to była jedyna dziedzina wiedzy, w której wolałem pytać brata niż encyklopedię.

    www.unsplash.com/Thomas Haas

    W pół roku po jego śmierci – nagłej, bezczelnie zaskakującej – byłem na Wakacyjnym Kiermaszu Książki w Gdyni i w wolne popołudnie pojechałem na Oksywie. Znałem tę nazwę z jego opowieści, setki razy powtarzał, jak z kumplami w marynarce na Oksywiu to, na Oksywiu tamto – a wszystko dlatego, że tam się mieściła jednostka marynarki, w której służył. Przyjechałem, ponieważ nigdy wcześniej tu nie byłem i pomyślałem, że oddam Januszowi taki drobny pośmiertny hołd. Zszedłem na plażę i ruszyłem na północ, rozglądając się za czymś, co by mogło choć odrobinę przypominać brata marynarza. Ot, całkiem wysoki i miejscami malowniczy klif, drobna fala, w wodzie jakieś zielone paskudztwo, więc od razu mi się przypomniała rybia zupa z początku Weisera Dawidka. Ogólnie jednak nudno i mało ciekawie.

    W pewnej chwili jakieś dwieście metrów od brzegu ujrzałem wielką betonową ruinę, do której wiódł podwójny rząd słupków. Wyglądała na stary poniemiecki bunkier, ale lokalizacja trochę mało bunkrowa mi się wydała. Jaką by miał pełnić funkcję? Do ostrzału przecież lepszy był klifowy brzeg – dalej widać i łatwiej celować. Przystanąłem z zaciekawieniem i zacząłem snuć rozmaite domysły, aż wreszcie zniecierpliwiony sięgnąłem po telefon. Chciałem sprawdzić w googlu, wtedy jednak uruchomił się we mnie dawny odruch i nagle pomyślałem, że lepiej byłoby zadzwonić do Janusza. Hej, przecież on nie żyje. No tak, ale… co z tego? Wierzcie lub nie, dokładnie taka myśl mi przeszła przez głowę: zadzwonić do nieżyjącego od pół roku brata i zapytać go o tę ruinę przy brzegu na Oksywiu. Gapiłem się na obmywane falami betonowe monstrum, ściskając w dłoni smartfona i ważąc jakieś całkiem absurdalne argumenty. Wreszcie kliknąłem w książkę adresową – numer Janusza nadal tam był. Po chwili wahania nacisnąłem zieloną ikonkę i przystawiłem aparat do ucha. „Przepraszamy, abonent ma wyłączoną komórkę lub jest poza zasięgiem”. No jasne, głupia babo, wiem, że jest poza zasięgiem. Ale… co z tego? Dyskretnie jak detektyw Marlowe rozejrzałem się wkoło i zacząłem: „Cześć, jak ci tam leci? Słuchaj, bo jestem na Oksywiu i tu stoi w wodzie taka betonowa rudera. Co to jest? Za czasów twojej służby też tak wyglądała, czy było coś więcej? Chyba jakaś wojenna konstrukcja, nie? No dobra, to na razie, trzymaj się.” Miałem ochotę mówić dłużej, ale jakaś pani z pieskiem przechodziła i pośpiesznie zakończyłem. Chyba się przestraszyłem, że ona zobaczy, że mówię do głuchego telefonu.

    Szedłem dalej z jakimś bliżej nieokreślonym ssaniem w dołku, które nie wiem na ile było smutkiem, na ile zaś wstydem czy wyrzutem sumienia. W języku ludu zwie się to „robieniem sobie jaj z pogrzebu”. Pewnym pocieszeniem dla mnie było to, że Janusz należał do ludzi z kapitalnym poczuciem humoru i gdybym mu podobną hecę opowiedział podczas kolejnego naszego spotkania (torpedownia), na pewno setnie by się ubawił. „Nie dzwoń do nieboszczyka, bo ci jeszcze odpowie” – tak mógłby brzmieć jego dowcipny komentarz. Bardzo cenił moje uniwersyteckie ambicje, ale i potrafił mnie potraktować z ironiczną wyższością, jak to starszy brat. Tak, młody.

    Torpedownia.

    Brnąc po piasku słyszałem raz po raz to słowo, z jego brzmieniem głosu. Tak, głosu Janusza, wyraźnie słyszałem, jak je mówi. Torpedownia. Ruina niemieckiej konstrukcji z czasów drugiej wojny światowej, jeden z solidnych militarnych projektów, które miały zbudować III Rzeszę na tysiąc lat. Chodziło o to, żeby można było zmontować i załadować torpedy na łodzie podwodne bez wchodzenia do portu, po prostu na wodzie, niejako w biegu. Wiesz, Niemcy w te klocki byli naprawdę dobrzy.

    Dlaczego to wszystko opowiadam? Ponieważ usiadłem do najnowszej książki Stephena Kinga i pierwsze opowiadanie jest o… dzwonieniu do nieboszczyka z prośbą o radę. I co? Ktoś powie, że nic. A ja mówię, że jednak coś.