Tag: koronawirus

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (37-40 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 kwietnia 2020 (9593 zarażonych, 380 zmarłych)

    Susza. Jedna plaga nie wystarczy, natura szykuje drugą. Gorszą, samobójczą, bo zapłaci nie tylko człowiek. Przedwczoraj ryłem ogródek i z bólem serca patrzyłem na przesypujący się przez sztychówkę pył z nielicznymi, niemrawo wijącymi się dżdżownicami. Noszę wodę w konewkach na skarpę (wózek z wężem się rozleciał) i podlewam niedawno posadzone dzikie róże. Wypuściły pierwsze pączki i stanęły w miejscu, jakby się im odechciało walczyć w skrajnie niesprzyjających warunkach. Wilgoci jak na lekarstwo, a opadów na horyzoncie nie widać. Zaraza, susza – następny powinien być ogień, logicznie wynikający z prażenia ziemi przez słońce, koniecznie z silnym wiatrem. Na koniec woda, która spłucze popioły. A nad tym wszystkim Wenus, jasna i pewna swego bogini palącej miłości.

    Nad dolinę za moim domem powróciły myszołowy. Od lat rządzi tu ta sama para. Co roku wychowuje jedno młode, które uczy polować i potem wysyła gdzieś w szeroki świat, ponieważ następnej wiosny znowu jest dwójka. Latają powoli i jednostajnie, zataczając równe koła, coraz dalej i dalej, aż przeniosą się nad następną dolinę i znikają. Inne ptaki, które robią harmider od rana do nocy, milkną wtedy i chowają się po kątach udając nieistnienie. Co chyba nie wymaga od nich wielkiego wysiłku, bo nawet jak śpiewają, trudno je znaleźć. Wczoraj późnym wieczorem straszył nas puszczyk – mistrz dźwiękowego horroru. Boszsz, chciałbym tak umieć! Sikorka chyba już zbudowała gniazdo, bo przestała latać do ogródka, zresztą – właśnie go zryłem. Teraz się pojawiła para rudzików. Wygląda to trochę na romans, bo ona siedzi na gałęzi ketmii syryjskiej, on na płocie i niby patrzą w różne strony, ale jak jedno odleci, to drugie zaraz za nim. Kosior całymi godzinami grzebie w trawniku tym swoim żółtym dziobem, a o zmierzchu śpiewa jak wenecki mandoliniarz pod balkonem kochanki. Uwodzi na boku, bo stara koska gdzieś znikła, pewnie siedzi już na jajach.

    Córka, studentka weterynarii, zaleciła mi wywieszenie miseczek z wodą na płocie, czyli zmusiła humanistycznie ograniczony umysł do połączenia faktu suszy z faktem ogrodowej aktywności ptaków oraz z pozytywną strukturą afektywną obserwatora. Kwestia zmiany perspektywy z idealistycznej na praktyczną. Posłusznie uruchomiłem warsztat w szopie i miseczka już wisi. Z wodą. Czekam, aż pierwszy raz przylecą się napić, co pewnie trochę potrwa, bo one nieufne są.

    Tak wyglądają teraz moje wiadomości ze świata. Te drugie, z internetu, staram się ignorować, inaczej bym zwariował.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Problem moralny na dzisiaj: jak pogodzić ratowanie każdego ludzkiego życia z faktem, że właśnie nadmiar ludzi jest przyczyną katastrofy? Gołym okiem widać, że jest nas za dużo. W niespełna pół wieku liczba ludzi na Ziemi się podwoiła. Podwoiła! Gdzie w czasach mego pacholęctwa stał jeden człowiek, teraz stoi dwóch. Jest również inna zmiana. Ten jeden człowiek jadł wtedy znacznie mniej, niż je każdy z tych dwóch, którzy dzisiaj przyszli na jego miejsce. Potrzebują również więcej ubrań, lekarstw, pojazdów, narzędzi, zabawek – a wszystko to dostarcza im gigantyczna machina produkcyjna kapitalizmu, którego nadrzędną cnotą jest wzrost gospodarczy. Słowo „konsument” nabrało złowrogiego brzmienia: siedzi homo consumens i wtranżala po kawałku swój dom, jak termit ze słynnego odcinka psa Huckleberry. Tak to widzę w przypływie słodkich myśli. Nie oszukujmy się: nasza cywilizacja od jakiegoś czasu przypomina olbrzymi kopiec, z żarciem i wydalaniem na skalę niewyobrażalną jeszcze dla naszych dziadków i babek. W dodatku tego się nie da zatrzymać, bo nikt z własnej woli nie zrezygnuje z przyjemności, jeśli może ją mieć. Trzeba mu odebrać siłą. No i tu zaczynają się świetnie znane schody do nieba…

    W ciekawym tekście Powszechne prawo do oddychania (dostęp na www.ello.co) Achille Mbembe mądrze i przekonująco dowodzi, że musimy sobie narzucić pewne ograniczenia cywilizacyjne, w przeciwnym razie zginiemy. Na kilku przykładach pokazuje, że trzeba myśleć w kategoriach dobra całej planety i wszystkiego co żyje, a nie tylko w swoim wąskim interesie. Czyli że tytułowe prawo do oddychania ma każda żywa istota. Jego krytyczne wobec ludzkości argumenty do mnie przemawiają. Wszystkie oprócz końcowej „Kody”, gdzie możemy przeczytać:

    Jeśli koronawirus w spektakularny sposób wyraża globalny impas całej ludzkości, to rozwiązaniem jest ni mniej, ni więcej, tylko przywrócenie zdolnej do zamieszkania Ziemi, bo właśnie ona każdemu zaoferuje życie, w którym możliwe będzie oddychanie. Chodzi więc o nasze odnowienie ze źródeł świata, by wykuć nowe światy. Ludzkość i biosfera są ze sobą połączone. Jedno nie ma przyszłości bez drugiego. (tłum. Olga Byrska)

    Chwileczkę. Rzecz w tym, że na „zdolnej do zamieszkania Ziemi” człowiek nadal będzie się niepowstrzymanie rozwijał i rozmnażał. Równowaga w naszym rozumieniu służy człowiekowi, ale nie biosferze. Im nas więcej i fajniej nam się żyje, tym bardziej reszta przyrody jest zagrożona. Tu już nie ma szans na harmonię, homeostazę i zbalansowany rozwój. Przekroczyliśmy wszystkie granice harmonii i równowagi, świat przypomina dzisiaj jedną wielką nierównowagę, figurę dysproporcji i odchylenia od normy. To trzeba zastopować. Niestety, nikt nie wie jak, ponieważ każde humanitarne rozwiązanie jest nieskuteczne, a każde skuteczne – niehumanitarne. Żeby ratować planetę, trzeba powstrzymać człowieka. Powstrzymać, hmm…

    Człowiek dawno zrezygnował z życia w zgodzie z Naturą w duchu poczciwego Jana Jakuba Rousseau. Powrót jest niemożliwy, chyba że przez Apokalipsę, jak chce Biblia, albo inną kosmiczną katastrofę, jak snuli manichejczycy, gnostycy, kabaliści i inni magicy od metafizyki. To z naszego, arcyludzkiego punktu widzenia. Natomiast z perspektywy Natury da się kwestię załatwić znacznie prościej – za pomocą wirusa. Na przerost osobowości (przecież każdy z nas musi mieć osobowość!) najlepiej posłać coś bezosobowego.

    Pod warunkiem, że to ona, Natura, go wypuściła.

    No dobrze, dopowiem: to nie człowiek ma problem z wirusem – to świat ma problem z człowiekiem.

    21 kwietnia 2020 (9856 zarażonych, 401 zmarłych)

    Jedziemy wieczorem na zakupy. Najpierw powoli okrążamy samochodem Lidla by sprawdzić, ilu ludzi czeka przed wejściem. Potem ostrożny wjazd na parking, na sam koniec, jak najdalej od innych. Spokojne, profesjonalne przygotowanie: rękawiczki, maseczki, płyn do dezynfekcji, chusteczki. Gotowe? Aj aj, kapitan. No to wchodzimy. Normalnie jak para włamywaczy, Bony i Clyde u szczytu popularności. Zgarniamy zakupy do dwóch osobnych wózków, każdy ze swojej listy, żeby było szybciej i sprawniej. Pojedynczych klientów o podobnie podejrzanym wyglądzie oraz sprzedawczynie omijamy szerokim łukiem. Nikogo o nic nie pytam, skupiam się na datach przydatności, cenach (znowu wyższe niż ostatnio) i żeby nie tracić czasu. Do kasy podchodzimy osobno, z nakazanym odstępem, jakbyśmy się nie znali. Pach, pach, towar do toreb, przystawienie karty do terminalu, pin, dobranoc pani i wypad na parking. Im szybciej, tym lepiej. Tu strzelisty akt oddechu, jak mówi poeta. Patrzę w górę, gwiazdy. Nocny podmuch wywiewa z kosza na śmieci jednorazowe rękawiczki i sumiennie rozprowadza po okolicy. Żona wychodzi chwilę później, pakujemy się, wsiadamy, zdejmujemy maseczki i wymieniamy uśmiechy. Bingo! Wszystko jak trzeba. Nie popełniliśmy błędu. Ocean’s Two.

    www.unsplash.com/Claudio Schwarz | @purzlbaum

    Puenta? Mnie pani w kasie orżnęła na piętnaście złotych, żonę na jakieś dwadzieścia pięć. W bardzo prosty sposób: licząc podwójnie towar na wagę lub wklepując odręcznie inny kod. Piszę to na wypadek, gdyby ktoś pytał, o co mi chodzi z tą solidarnością w czasach zarazy.

    Druga puenta bardziej literacka: przebraliśmy się za włamywaczy i nas okradziono.

    23 kwietnia (10511 zarażonych, 454 zmarłych)

    Deszczu nadal nie widać. Dolewam wody do miseczek na płocie, ale ptaszki przylatują sporadycznie, widocznie mają gdzie pić. Ganiają się po drzewach całkiem raźno, świergolą na potęgę i susza im najwyraźniej nie doskwiera. Nie potrzebują mojej pańskiej łaskawości, która ma zrobić dobrze bardziej mnie samemu niż im. Krzywię się głupio i cofam do domu, jak ślimak.

    W „Wyborczej” ranking czytelnictwa w Polsce, na podstawie „badań Biblioteki Narodowej”. Na pierwszym miejscu Remigiusz Mróz. Jak McDonald’s. Która kuchnia jest najlepsza na świecie? Francuska. W której najwięcej ludzi jadło ostatniego roku? W McDonaldzie. Na drugim miejscu rankingu Olga Tokarczuk, na trzecim Stephen King. Co z tego wyniku ma niby wynikać? Chyba tyle, że czytamy nie pod wpływem własnych gustów czytelniczych, lecz promocji medialnej i „ogólnego trendu”. Albo o tym, że ankietowani wymieniają książki kupione lub wypożyczone, ale niekoniecznie przeczytane. Tokarczuk sama powiedziała o Księgach Jakubowych, że wszyscy je mają i nikt nie przeczytał. Może, nie wiem. „Stosunkowo młody, ale wyjątkowo płodny” Mróz ma trzydzieści trzy lata i wydał 43 powieści, czyli średnio 6 rocznie licząc od debiutu. Chciałoby się spytać, kiedy on śpi, je i udziela wywiadów. Nie mówiąc o czytaniu i myśleniu…

    I wciąż to rytualne narzekanie na „dramatycznie niski” poziom czytelnictwa w Polsce. Nie wiem, kiedy on był dramatycznie wysoki, wydaje mi się, że nigdy, ale zważywszy na ogrom i jakość polskiej produkcji literackiej powinniśmy się cieszyć, że ktoś w ogóle jeszcze czyta. Wszyscy piszą, klecą, wywodzą, chcą być Pisarzami i żeby ich Czytelnicy czytali i uwielbiali. I kupowali, wtedy się jeszcze zarobi, bo „pisorz to mo klawe życie”. W czasach ulicznej swobody wchodziłem czasem do księgarni, ze stolika NOWOŚCI albo BESTSELLERY brałem do ręki jedną książkę, drugą, piątą, dziesiątą – nie było na czym oka zaczepić. Całe regały z pseudoobyczajową kryptopornografią i parakryminalną nibysensacją. Tony papieru zadrukowane banalną paplaniną bez pomysłu i stylu. Ja jestem stary jaszczur, ogień namiętnej lektury zdarza mi się coraz sporadyczniej, ale wyobraziłem sobie mniej wyrobionego odbiorcę, który błąka się po tym targowisku literackiej próżności w bezradnych próbach rozeznania. Ogrom przytłacza, wszystko wygląda i brzmi tak samo – co wybrać? No więc bierze, co mu na wejściu ustawiają: Mróz, Tokarczuk, King. Czy to czyto – nie wiym.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Słuchajcie, pisarze! Jeśli chcemy podnieść poziom czytelnictwa w Polsce, może powinniśmy zacząć od siebie i pisać lepsze książki? Nie, ja wiem, że są również dobre, ale one giną w tym natłoku miernoty i księgarniany flȃneur ma kłopot z dotarciem do nich. Zmęczony kupuje byle co i potem w statystykach wychodzi, że Mróz. A jak nie umiemy pisać lepiej, to może powinniśmy odwrócić relacje? Gonzalo z Trans-Atlantyku Gombrowicza wybudował bibliotekę, ale nie miał czasu czytać, bo „za dużo, za dużo i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może”, więc najął czytelników, żeby czytali za niego, „bo już mnie wstyd, że tak wszystko Nieczytane leży”. Idźmy tropem przez Wieszcza Naszego Przewrotnego podrzuconym i najmijmy Czytelników, żeby te dzieła wiekopomne nasze czytali i statystyki poprawiali. Dlaczego oni mają płacić za czytanie pisania naszego? Co my im takiego oferujemy, czego by oni gdzie indziej nie znaleźli, w lepszej jakości i cenie? Powinniśmy dopłacić i nająć. To jest do zrobienia. Mróz najął.

    24 kwietnia (10892 zarażonych, 494 zmarłych)

    Koronawirus, który zjawił się jak prorok nowego porządku globalnego i jego główny wykonawca, rozwiązał również problem afrykańskich imigrantów. Właśnie madrycki „El Pais” doniósł, że przybysze z Maroka i Algierii płacą (znowu) wielkie pieniądze, żeby wrócić. Zamiast kupić normalny bilet pasażerski na wycieczkę do Europy, kładą ciężkie tysiące euro za przyjechanie, posiedzenie i wracanie. Jeśli – jak donoszą wścibskie media i organizacje humanitarne – mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością turystyczną na Morzu Śródziemnym, to może prościej byłoby zalegalizować działalność i uruchomić kursy wahadłowe tam i nazad. Zapaść w turystyce by się trochę spłyciła…

    Wiem, to nie jest śmieszne. Sytuacja na świecie jest nienormalna, ludzie reagują nerwowo, czasem panicznie, a inni ludzie świetnie to umieją wykorzystać. Bardziej interesuje mnie siła oddziaływania czynnika pozaludzkiego na nasze reakcje. Powszechna panika, irracjonalne odruchy, masowe działania, kupowania, sprzedawania, wyjeżdżania i zamykania w domach. Gdyby tak się udało tym sterować…

    Dobre. Mocne. Literackie. Siedzi taki Wujaszek Samo Zło w kapciach przy biurku, słucha Schulzego, gapi się za okno na taniec sikorek i snuje dywagacje o sterowaniu ludzkością. Szuka języka do opisu świata, który się wymknął. Milczy gderliwie, ponieważ nie znalazł właściwego słowa, a niewłaściwe go irytują. „Jak mówić? Jak rozedrzeć skórę słów?” – Czesław Miłosz.

    O polityce polskiej nic nie powiem. Szkoda słów, nawet tych niewłaściwych. Co mogę pozytywnie odnotować od siebie, to jakiś rodzaj równowagi w żalu i cierpieniu. Już się nie szarpię, nie miotam, nienawidzę spokojnie i systematycznie. Moja rozpacz jest stabilna. Niewzruszona.

  • Czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie się odbędą? Oświadczenie organizatora

    Szanowni Państwo,

    w związku z dużym zainteresowaniem Międzynarodowymi Targami Książki w Krakowie pragniemy zapewnić, że podobnie jak Messe Frankfurt GmbH – organizator Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie (Frankfurt Buchmesse), aktualnie nie planujemy zmiany terminu wydarzenia.

    Wszystkich miłośników książek zapraszamy w dniach 22-25 października do EXPO Kraków. Nasz zespół nie zwalnia tempa, przygotowuje plany, opracowuje program i każdego dnia przyjmuje zgłoszenia od Wystawców, którzy deklarują udział w targach.

    Z uwagą śledzimy wszelkie postanowienia Ministra Zdrowia oraz rekomendacje Głównego Inspektora Sanitarnego i na bieżąco reagujemy w przypadku konieczności przenoszenia wydarzeń firmy Targi w Krakowie. Oczywiście jeśli tylko sytuacja ulegnie zmianie, będziemy Państwa niezwłocznie informować o wszelkich nowych postanowieniach. Wszak jesteśmy tak samo spragnieni spotkań, jak i odpowiedzialni.

    Targi w Krakowie, organizator Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe
  • Autobus życia jednak dalej jedzie

    Kilkanaście dni temu na jednokierunkowej ulicy przy której mieszkam całkowicie zmieniono zasady ruchu samochodów. Załóżmy, że jechało się od lewa do prawa, więc teraz jedzie się od prawa do lewa. Efekt jest taki, że sporo kierowców pojechało na pamięć, czyli pod prąd. Byli też tacy, którzy nie tylko do błędu się nie przyznali, ale jeszcze starali się udowodnić swoje racje klaksonem, a czasem nawet środkowym palcem. Dziś praktycznie wszyscy jadą w dobrą stronę, co nie znaczy, że niektórzy mają jeszcze w głowie stare zasady. Co to ma wspólnego z obecną sytuacją na rynku książki? Wbrew pozorom całkiem sporo.

    Koronawirus również w znacznym stopniu zmienił pewne zasady oraz zachowania. Coś, co było nie do wyobrażenia dwa miesiące temu, teraz jest codziennością. Coś, co do niedawna wydawało się osobliwe, dziś podtrzymuje nas przy życiu. Tomasz Sekielski mówił w trakcie Kryzysowego Spotkania Autorskiego, że gdyby przed pandemią zaproponował Aleksandrowi Kwaśniewskiemu wywiad w wersji online, to byłaby duża szansa, że prezydent zaproszenie by odrzucił. Jak sprawy się mają teraz? Tak, dobrze myślicie, Tomek zrobił bardzo fajną rozmowę z Kwaśniewskim, a każdy siedział przy swoim domowym biurku. Czy warto się obrażać na rzeczywistość? Nie, po prostu trzeba jak najszybciej się w niej odnaleźć. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że w trakcie kryzysu zdarzają się bankructwa, ale rodzą się też fortuny. Ktoś inny dodał, że w trakcie odpływu doskonale widać, kto pływa bez majtek.

    www.unsplash.com/Markus Spiske

     

    Zauważcie, że przestrzeń literacka przez te kilkadziesiąt dni się całkowicie przeformatowała. Spotkania na żywo w Internecie organizują wydawcy, sieci księgarskie, blogerzy, dziennikarze, a także autorki i autorzy. Organizatorzy festiwali nie panikują, tylko przenoszą biznes do sieci. Wydawcy nie siedzą z założonymi rękami, tylko sprzedają książki elektroniczne w wersji czytnikowej i dźwiękowej, przesuwają premiery na lepsze czasy, albo jeśli już wydają, to raczej mocne nazwiska, które są gwarantem dobrej sprzedaży, czyli dobrego zarobku. Inna sprawa, co to dzisiaj znaczy dobra sprzedaż i dobry zarobek? Zdrowa konkurencja jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła, więc nie ma co narzekać, że niektóre spotkania w sieci się pokrywają. Przecież na targach książki też się pokrywały.

    Targi książki i festiwale to jednak osobny temat. Bardzo wątpię, że w tym roku spotkamy się jeszcze na jakiejś imprezie literackiej (nie mówię o Internecie). Pytanie, czy organizatorzy wielkich imprez, np. Warszawskich Targów Książki oraz Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie pójdą z prądem, czy jednak pojadą pod prąd na kolizję z rzeczywistością, bo w jednym chyba wszyscy jesteśmy zgodni – świat sprzed pandemii już nie wróci. Nie ma sensu siedzieć z założonymi rękami i czekać aż wróci minione. Nie wróci. Nie jedźmy więc na pamięć, tylko odnajdźmy się w tym nowym, pandemicznym, a wkrótce postpandemicznym świecie. Tylko bez trąbienia i środkowych palców w górze, proszę.

    Adam Szaja

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (31-36 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    14 kwietnia 2020 (7202 zarażonych, 263 zmarłych)

    Zgłosiła pretensje wierna czytelniczka, że zbyt pesymistyczny ten mój dziennik i żebym napisał nieco optymistyczniej (podzieliło mi się na opty- i mistyczniej). Bardzo bym chciał, ale wystarczy rzucić okiem na program jutrzejszych głosowań w sejmie by stracić do reszty ochotę na optymizm. Wyjęli z kosza zakurzony projekt całkowitego zakazu aborcji i będą przepychać. Do tego dorzucili karanie za edukację seksualną i zgodę na zabieranie dzieci do lasu na polowania. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. To chodzi o to, żeby te dzieci chronić, czy żeby je stawiać pod lufy pijanych myśliweczków i smarować posoką w wojenne barwy? To jest ustanawianie prawa, czy jego likwidacja? Ręce opadają. Chcą przecisnąć przez maszynkę do głosowania wszystko to, co zostało wcześniej odrzucone wskutek szerokich protestów społecznych. Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, to przypominam; zabierają nam wolność. Wolność decydowania o sobie, co jest fundamentem obywatelskiego społeczeństwa. Po drugiej stronie, na horyzoncie, majaczy powrót do parafiańskiej ciemnoty rodem z „nocy saskiej”. I lawinowo rosnąca liczba noworodków topionych w szambach. Czy to jest ochrona życia? Ach, no i jeszcze dorzucili wątek żydowski, jak zwykle. Czas skończyć z tym odzyskiwaniem mienia przez ofiary i ich pełnomocników. Wszystko co nasze Polsce oddamy. I nie nasze też.

    Podobno wątek żydowski został usunięty. Jak to ktoś ujął – zagrożenie nie jest realne. Nie, jest nadnaturalne.

    www.unsplash.com/Billy Huynh

    Okej, wyłączam internet. Ma być pozytywnie. Wyłażę na taras, rozglądam się i szukam czegoś dobrego. Chmury są dobre. Płyną od zachodu i niosą opady, których wyschnięta ziemia łaknie jak kania dżdżu, choć niewiele tego dotychczas spadło. Ja mam z chmurami jak Dyzio Marzyciel. W dzieciństwie naprawdę lubiłem kłaść się na łące (tata zabierał mnie do pracy w polu i uczył rolniczego fachu), by patrzeć na płynące obłoki. Naprawdę chciałem usiąść na takiej miękkiej białej poduszce z waty i popłynąć hen daleko. Czyli nie zostać tu, gdzie byłem. Faktycznie, popłynąłem daleko, rolnikiem nie zostałem i całe szczęście, bo dzisiejsza gospodarka wiejska z rolnictwem w rozumieniu mojego ojca niewiele już ma wspólnego, natomiast miłość do chmur mi została. Prawie wszystkie zdjęcia na wycieczkach robię dlatego, że są fajne chmury w tle. Ilekroć lecę samolotem, zdumiewa mnie – wiem, całkiem naiwnie – ich nieuchwytność, ulotność, brak kształtu. Po prostu mokra mgła. A z ziemi wyglądają tak konkretnie! No więc patrzę teraz na nie i myślę sobie, że jednak są najtrwalsze ze wszystkiego. Świat się skończy, życie wymrze, wirus zdechnie razem z jego ostatnimi nosicielami – a one nadal będą tak lecieć z zachodu na wschód albo odwrotnie. Rozwiewać się i na powrót scalać w rozciągliwe ni to materie, ni to idee, rozszczepiane promieniami słońce we wszystkie kolory tęczy. Wyłaniać się zza horyzontu i znikać po drugiej stronie. Istnieć. Tylko już nie będzie oka patrzącego z zachwytem i głowy marzącej, by polecieć z nimi.

    Pozytywnie wyszło, nie ma co. To spróbuję inaczej. Dobrze mi się siedzi w pokoju. Cztery ściany, dwa skosy dachowe, w nich okna jak włazy do czołgu – można się poczuć bezpiecznie. Co złe, zostaje na zewnątrz (pesymizm podpowiada, że co dobre również, ale go uciszam), natomiast tu, w środku, siedzę jak w pudełku swojej cieplutkiej, umoszczonej czytaniem i pisaniem norki, z której właściwie nie ma potrzeby wychodzić. Kwarantanna do pewnego stopnia stanowi spełnienie marzeń humanisty, który chciałby mieć wreszcie spokój od świata i siedzieć sobie po uszy w tekstach, unikając konfrontacji. Książek mam całkiem sporo, wiele z nich nieprzeczytanych, czyli do przymusu siedzenia można jeszcze dopisać szlachetny cel, że się nadrabia intelektualne zaległości. Wszyscy teraz powtarzają: „nareszcie mogę nadrobić zaległości w czytaniu!”. Gdyby nie moje postanowienie o pozytywności, spytałbym: ale właściwie po co? Ile tych zaległości jest i kiedy zostanie nadgonione? I co???

    A najbardziej pozytywna jest lornetka. Pal licho czytanie i pisanie, ale jest wiosna, ptaki szaleją i można podglądać je godzinami, gospodarzące wokół domu. Ileż w tym ruchliwego konceptu! Na przykład jedna sikorka bogatka od kilku dni buduje gniazdo w dachu sąsiadów i regularnie sfruwa do naszego ogródka po gałązki. Bierze jedną, próbuje dziobem i odrzuca, bierze inną i układa równiutko, drugą, trzecią, a kiedy uzbiera jej się pełny luk bagażowy, łapie w dziób i leci. Wszędzie pełno patyków, suchych traw i wszelkiego budowlanego materiału, a ona sobie ubrdała, że te moje pasują najakuratniej i warto latać dwadzieścia metrów dalej. Próbuję pojąć, czym się kieruje w tych konstrukcyjnych ustaleniach: giętkością? Ciężarem? Wartościami izolacyjnymi? Podatnością na wstrząsy? Nigdy nie budowałem gniazda, wiadomo. Ale też nigdy się nie zastanawiałem, JAK ZBUDOWAĆ GNIAZDO! A teraz, dzięki pandemii, zaczynam. Pozytyw? Jak najbardziej!

    15 kwietnia 2020 (7582 zarażonych, 286 zmarłych)

    Kryzys i solidarność. Kapitalizm i wspólnota. Społeczne i prywatne. Znowu się nasiliły apele o pomoc dla drobnych przedsiębiorców, na których podobno spoczywa nasz dobrobyt i jeśli oni upadną, upadniemy wszyscy. Mamy być solidarni i zrzucić się na ratowanie ich interesów, ponieważ zastrzyk pieniędzy pomoże im przeżyć. Czyli nam również. Jak donoszą, córka naszej marszałek sejmu – trenerka personalna z siłowni – poprosiła nawet o wpłaty na konto, które pozwolą jej „przetrwać ten trudny czas”. Niemal doścignęła ojca Rydzyka – aż boję się powiedzieć, w czym. W każdym razie powinniśmy ją ratować, bo drobnej przedsiębiorczości na pewno jej nie brakuje i przyda się do odbudowania kraju z pandemicznych zniszczeń.

    Solidarność działa. Szkoda, że w jedną stronę. Byłem na zakupach uzupełniających i widziałem nowe ceny w warzywniaku i delikatesach. Zwyżka średnio o pięćdziesiąt procent. Czasami o sto i więcej. Może na liczi, awokado i cytrusach jeszcze jakoś uzasadniona, ale na ziemniakach i marchewce to już chyba nie. Ani orzechach laskowych (dodaję do jogurtu na śniadanie). To znaczy, że zasada solidarności społecznej i zwykłej międzyludzkiej pomocy ze strony drobnych przedsiębiorców już niespecjalnie działa. Jak można zarobić na kryzysie, to się zarabia. Na tym przecież polega wolny rynek, o czym zdajemy się czasem zapominać. Zatem przypominam: kapitalizm powstał na kulcie zysku i uznaniu sknerstwa za cnotę (patrz Opowieść wigilijna Dickensa). Nie mam specjalnie złudzeń, że obronimy się przed kryzysem dając pieniądze przedsiębiorcom i życząc im „przetrwania trudnych czasów”, a tym bardziej nie mam złudzeń, że oni nam się w jakimś hipotetycznym „później” odwdzięczą na przykład promocyjnymi cenami. Kto ma stracić, straci, a kto ma zarobić, zarobi. Brutalnie i po prostu. A solidarność w sensie sprawiedliwości społecznej nie sprawdza się w odniesieniu do drobnokapitalistycznej konkurencyjności, bo nie i tyle. Zysk jest wartością nadrzędną i wyklucza myślenie w kategoriach dobra publicznego, przedwojenni socjaliści porządnie już ten problem przedyskutowali. A „Solidarność” się na nieznajomości tych dyskusji przejechała, usiłując być formacją socjalistyczną w kapitalizmie, i skutkiem tego została przybudówką populistycznej władzy, zamieniając ideę robotniczej wolności na rządowy garnuszek.

    Z tą pomocą to naiwność. Wiem, bo czytałem bajkę Mickiewicza Chłop i żmija, a ponieważ to nasz wieszcz narodowy, zakładam, że wie co mówi.

    Któryś lekarz w przypływie rozpaczliwej determinacji krzyknął, że nie potrzebuje oklasków na balkonach, tylko odrobinę życzliwości w sklepie, kiedy po dwunastu godzinach dyżuru robi zakupy w drodze do domu. Może tam skierujmy nasze apele o solidarność. Do tych wszystkich, którzy mogą pomóc służbie zdrowia, gdyż tam się teraz rozgrywa najważniejsza walka. A personel medyczny jest daleki od kapitalizmu i nie ukąsi pomocnej dłoni. Raczej ją wyleczy.

    17 kwietnia 2020 (8379 zarażonych, 332 zmarłych)

    Z jakimś maniackim uporem piszę w nagłówkach te „oficjalne dane” o ofiarach, ale to jest pic na wodę. Lekarka mówi, że w jej szpitalu w ciągu doby zmarły 4 osoby, a oni podają na cały kraj liczbę zgonów 7. Nawet nie wiadomo dokładnie, kto podaje, ponieważ dane publikuje ministerstwo zdrowia, ale kneble są założone znacznie niżej, na poziomie poszczególnych jednostek medycznych, więc minister jakby jest kryty. Krótko mówiąc, rośnie zaufanie do rzeczników prasowych. Jeszcze trochę i każdy będzie sobie sam sporządzał gazetę na każdy dzień z tego, co gdzie wydłubie z internetu. A w internecie jest wszystko, jak na wysypisku, i każdy kleci kiosk z wiadomościami po swojemu, wedle pomyślunku, talentu i przyzwoitości. Mnie na ten przykład osobliwie cieszą filmiki dowodzące, że cała pandemia jest jedną wielką mistyfikacją, a szpitale są puste i funkcjonują normalnie, to znaczy żadnych chorych w nich nie ma. Niektórzy z nas uwielbiają teorie spiskowe i teraz mają używanie. Wszystko jest zmową, jakimś ukrytym „systemem”, działającym w interesie wąskiej grupy cwaniaków (miliarderzy, CIA, Żydzi, rosyjscy lub chińscy oligarchowie itd.), sycących swoje odrażające żądze nieszczęściem reszty ludzkości. Jak El Cuco z Outsidera, który musi odnawiać swoje siły szerząc zło. W obliczu globalnego zamieszania jedni tracą rozum, a inni go zyskują nad miarę i dochodzą do przekonania, że przeniknęli istotę rzeczy. Łatwe odpowiedzi kuszą, zwłaszcza gdy nie ma odpowiedzi prawdziwych.

    Ten upór w szukaniu odpowiedzi. Uważaliśmy go za przywilej, boski dar, dzięki któremu odróżnimy się od reszty Stworzenia i uczynimy je sobie poddanym. Teraz to już nie jest takie pewne. Im więcej otrzymujemy odpowiedzi, tym więcej rodzi się nowych pytań i ta zabawa zdaje się nie mieć końca. Trochę z tym jest jak z nieustannym wzrostem gospodarczym – nie może trwać w nieskończoność i kiedyś musi klapnąć. Im dłużej go pompujemy, tym klapnięcie głośniejsze i bardziej bolesne. Czasem kombinuję, że właśnie przeżywamy jedno z takich klapnięć, a że długo powstrzymywane, to dosyć głośne. Cofka jakaś planetarna.

    Może właśnie jesteśmy świadkami końca epoki postępu. Nie chodzi mi o to, że wszystko się nagle zatrzyma, nie, rozwijać będziemy dalej produkcję, usługi i wszystko to, co – chyba zbyt łatwowiernie – wzięliśmy za esencję naszej cywilizacji. Tylko wiara w potęgę postępu klapła. W szkole mieliśmy taką odzywkę na mędrków: „Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu braknie”. Jakby teraz trochę nam z tyłu brakuje, prawda?

    Jak mówił Miłosz, kiedy ktoś siedzi w brzuchu wieloryba, niekoniecznie musi wiedzieć, jak wieloryb wygląda. Ten, w którym siedzę, zaczął mieć właśnie jakieś wzdęcia, coś mu burczy po przewodzie pokarmowym i boję się myśleć, czym to się skończy. A przecież żadnych sepulek mu nie podawałem! Wskutek tych wzdęć i klapnięć mogę się ostatecznie wydostać na zewnątrz i poznać prawdziwy kształt naszego wieloryba… ale w jakiej atmosferze?

    www.unsplash.com/CDC

    Tak, dobrze się domyślacie, mówię o upartym poszukiwaniu formy dla naszych czasów. Wciąż jej nie znalazłem. Żywię jakieś anachroniczne i być może zupełnie fałszywe przekonanie, że kiedy zobaczę kształt naszego wieloryba, to i słowa przyjdą odpowiednie, czyli że istnieje realny związek pomiędzy światem i językiem. Wychodzę ze swojej epoki i oglądając się za siebie widzę postać. Czas zmienia dekoracje i automatycznie uruchamia się nowy styl. Arcyludzkie przekonanie.

    19 kwietnia 2020 (9287 zarażonych, 360 zmarłych)

    Rocznica powstania w getcie warszawskim. Mocna figura żydowskiego losu w czasie Holokaustu: garstka obrońców naprzeciw wrogiej ludzkości. To był moment ostatecznej kompromitacji idei narodowej, ponieważ obnażył jej cynizm i zakłamanie. Naród wielki, święty i wolny – ale tylko mój. Inne narody do wyniszczenia. Kult narodu jest w gruncie rzeczy uświęceniem partykularnych interesów jednej grupy kosztem innych i tak naprawdę u nacjonalistów wszelkiej maści wcale nie chodzi o naród. Wszak definiują go w sposób plemienny i wykluczają obcych, nawet jeśli są obywatelami tego samego kraju. Wtedy łatwiej ich zabić. A jeszcze łatwiej, kiedy się im odbierze człowieczeństwo („Żydzi, wszy, tyfus plamisty”). Nacjonalista jeśli chce budować, to tylko po to, żeby się bić. Dzisiaj niby oczywistości, ale jak widać z kwitnących wkoło agresji plemiennych, wciąż nie przyjmujemy ich do wiadomości. Nieraz mnie męczyło, dlaczego po Holokauście nadal możliwy jest antysemityzm? Przecież nie z rasowych doświadczeń, bo wielu dzisiejszych antysemitów z Żydami nie miało nigdy do czynienia i swoją nienawiść czerpie z mediów. Czy to Biblia zdefiniowała ich jako ofiary, a nas jako oprawców? Zwykle uważa się odwrotnie, ale to z powodu chrześcijańskiej propagandy. Spytam inaczej: czy Chrystus głosił swoje nauki do nas, czy do Żydów?

    Tamci w bunkrach i piwnicach getta ginęli już nie w imię tego czy innego narodu, ale po prostu jak ludzie. To było dla nich ważne – by nie umierać jak zwierzęta, którym my też najpierw odbieramy dusze, by potem móc ze spokojnym sumieniem zabić. Gdyby nacjonalistyczne kategorie miały jakikolwiek sens, młody Żyd z bunkra ŻOB-u mógłby zapytać Polaka z tamtej strony muru: co dla ciebie znaczy nasza tysiącletnia wspólna historia? Odpowiedź brzmi: nic. Jak bardzo obchodzi cię śmierć z obcej ręki twojego żydowskiego brata w waszym wspólnym domu? Odpowiedź: nie obchodzi. Ile jest warte dla ciebie życie człowieka, który był twoim sąsiadem? Odpowiedź: tyle, ile ukrywane przez niego złoto. Co możesz w ogóle dla mnie zrobić? Odpowiedź: niewiele. Mogę pomodlić się do Chrystusa, który też był Żydem.

    Popełniam ten sam błąd: mówię „my” i „oni”. A przecież oni byli nami. Razem budowaliśmy przez tysiąc lat Rzeczpospolitą i czas polsko-żydowskiej zgody pisze najlepsze karty naszej historii. A czas pogromów najgorsze. Konflikty między nami były zawsze jednokierunkowe, to znaczy my biliśmy ich. Tak zwane pogranicze polsko-żydowskie tym się charakteryzuje, że nie ma lokalizacji przestrzennej, ponieważ takiej granicy geograficznej nigdy nie było. Były inne, partykularne, nacjonalistyczne, i one powinny były odejść w przeszłość razem z koszmarem Holokaustu. Nie odeszły.

    Brak Żydów boli, ale i szkodzi. Polska bez nich jest jakaś uboższa, bardziej przaśna i parafialna. Umysłowo nudna. Partie polityczne budujące swoje programy z użyciem haseł antysemickich są jakieś niedowarzone intelektualnie, bardziej prostackie, zwyczajnie głupsze. I nie chodzi tylko o durniów w rodzaju Rybaka czy Międlara, ale o najważniejsze ugrupowania polityczne, z sejmową reprezentacją. Myśli żydowskiej im brakuje. Odrzucają akurat to, co mogłoby im pogłębić wymiar, nadać formę, o którą w Polsce tak trudno, podnieść trochę w oczach świata. A tak – bełkoczemy o wstawaniu z kolan pełzając na pańszczyźnianych czworakach. Niemców nie spolonizujemy, Rosjan też nie, ale Żydów mieliśmy spolonizowanych i pozwoliliśmy sobie ich zabrać. Przyłożyliśmy rękę do ich odejścia, zamiast o nich walczyć. Głupota nie polega na tym, że się nie wie wszystkiego, tylko na tym, że się nie umie słuchać mądrzejszych.

    Młody żydowski bojownik z getta nie daje mi spokoju. Podobno umierał w milczeniu, nie mając nic do powiedzenia światu za murem. Jego brat po tamtej stronie będzie ginąć kilkanaście miesięcy później z tą samą przeraźliwą samotnością i rozpaczą. Umierają osobno, choć gdyby umieli ze sobą rozmawiać, zginęliby razem. Jak na braci przystało. Poróżniła ich koncepcja narodu.

    Obchody dzisiaj też puste, bez ludzi. Samotne jak ich śmierć.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (26-30 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    9 kwietnia 2020 (5575 zarażonych, 174 zmarłych)

    Dmuchnął wiatr i zakręcił kurzem na nagrzanej słońcem polnej drodze. Sucho. Bardzo sucho. Niewielkie opady zimą i wysokie temperatury ostatnich miesięcy składają się na poważne niedobory wody. Zwierzęta błądzą po łąkach i lasach w poszukiwaniu źródeł lub choćby niewyschniętych kałuż. A te wyschły. Nawet najbardziej uporczywe błota i grzęzawiska stwardniały, można po nich przejść w półbutach. To dopełnia obrazu. Postapokaliptyczne scenerie zwykle bazują na wizjach pustynnych, martwocie wysuszonej ziemi i bielejących w słońcu kościach po uprzednim życiu, czyli że dostajemy bonus w postaci klimatycznego klimatu końca. Śmierć świata jest sucha, cywilizacja uległa spopieleniu. Wczoraj cieszyłem się z wybuchu wiosny, dzisiaj patrzę na słońce jak na przegrzany reflektor w teatrze. Natura funduje nam spektakl nie tylko dobrze wyreżyserowany, ale i z odpowiednią scenografią.

    Policja kupuje armatki wodne i kabaryny aresztanckie do rozpędzania zamieszek. Być może przewidują jakieś gwałtowne reakcje cofającego się koronawirusa, bo przecież chyba nie o Naród chodzi. Ten kocha władzę i popiera ją nawet korespondencyjnie. Ja nie wiem, boję się mówić głośno, ale to wszystko naprawdę śmierdzi zamachem stanu. Partyjna mafia przejęła państwo, bo może. Nikt jej w tym nie umiał przeszkodzić, i teraz PiS pokazuje nam faka codziennie, z coraz większą bezczelnością i pewnością siebie. Wymyślili specjalną poprawkę, według której im i ich rodzinom należy się wyjątkowa opieka medyczna. Urzędników zwalniają, służba zdrowia pada pod meteorytem pandemii, kraj rzęzi i blednie w obliczu nadchodzącego kryzysu – a oni sobie przywileje głosują! Nie wiem, głowa od tego pęka…

    To niby tylko takie stare powiedzonko, ale ja teraz naprawdę szczypię się w policzek przy czytaniu. Faktycznie to napisali, czy ktoś drwiny sobie urządza i odgrywa mi przed nosem moje zeszłoroczne paranoje? Jeszcze jeden spektakl? Ale kto i po co miałby się tak prymitywnie bawić moim kosztem? Zgoda, bałem się dyktatury w moim kraju. Naczytałem się ostatnio przedwojennych gazet i katastrofizm polityczny wzmógł we mnie jak gorączka. W połowie lat 30. faszyzm, nacjonalizm i antysemityzm widać było jak na dłoni, zło panoszyło się jak nie przymierzając zaraza, szanowani intelektualiści całkiem poważnie debatowali, jak zneutralizować „żydowską zarazę”, a ludzie udawali, że jest normalnie i spoko. Do czasu. Po lekturach starych gazet nabawiłem się lęków i najbliżsi tłumaczyli mi, że to tylko histeria. Teraz na mnie zerkają nieco inaczej, z jakąś niepewnością i prawie urazą. Musiałeś mieć rację? Znowu? A ja wzruszam ramionami i czytam sobie historyczne kawałki o starożytnej Grecji. Problem Kasandry dotyka mnie mocno, osobiście.

    www.unsplash.com/Mr Cup / Fabien Barral

    Tak, czytanie. Bardzo dobra ścieżka ucieczki. Im dalej, tym lepiej, więc sięgnąłem do Rozmyślań Marka Aureliusza, ale po dwudziestu stronach odłożyłem. Trochę nudziarstwo z tym niewzruszonym spokojem wobec nadchodzącej zagłady. Herbert miał rację, to nieludzkie, trudno dłużej wytrzymać w takim kamiennym napięciu. Sięgnąłem jeszcze dalej wstecz, do czasów heroicznych Grecji, by przypomnieć sobie trojańską wieszczkę. Najpiękniejsza z córek Priama, podczas rzezi Troi zdołała ukryć się w świątyni Ateny, skąd wywlókł ją Ajas z Lokrydy i świętokradczo zgwałcił. Jako branka wojenna przypadła królowi Agamemnonowi, który przywiózł ją do pałacu w Mykenach tylko po to, by tam razem z nią zginąć z rąk niewiernej żony i jej kochanka. Jak mówi Zygmunt Kubiak w Mitologii Greków i Rzymian, Kasandra w Mykenach „wzgardliwie milczy wobec królowej” i dopiero nocą przed gromadą starców wykrzykuje swoją straszną wróżbę o śmierci Agamemnona. Wtedy też przyznaje, że dar wieszczenia dał jej Apollo, który ją uwiódł. Czyli typowe fantazje gawędziarskie wokół dziewictwa i czystości. Ale jest wersja lepsza od seksualnej, dla mnie wręcz fascynująca! Otóż kiedy Kasandra była mała, rodzice zabrali ją z bratem Helenosem do świątyni Apollina w Tymbrze i tam zostawili na noc. Po prostu zapomnieli! Kiedy dzieci zasnęły, święte węże pilnujące wiecznego ognia polizały im uszy. Stąd dar słyszenia przyszłości, który w istocie jest przekleństwem, gdyż wywyższa i zabija zarazem.

    Próbuję to sobie wyobrazić. Ciepła, śródziemnomorska noc, jaką znamy z wakacyjnych wyjazdów, słabiutki powiew wiatru, cykady grzechoczą wśród pobliskich krzewów. W glinianych lampach oliwa spala się spokojnym światłem, które wśród kolumn rzuca długie cienie. Owady skwierczą w pełgającym płomieniu. Czasem szumią liście drzew porastających święty gaj. Dzieci są przerażone, przecież zostały same w zupełnie obcym i niesamowitym miejscu! Opieka bóstwa to jedno, a potwory, źli ludzie i dzikie zwierzęta to drugie. Drżąc ze strachu przytulają się do siebie, zaciskają na siłę powieki i pocieszają się nawzajem, że nic im się nie stanie. Żeby zagłuszyć straszne myśli nucą półgłosem pieśni, jakich uczyła je niania, i tak zasypiają. Posadzka jest chłodna, więc przysuwają się blisko lampy, żeby nie zmarznąć wraz z nadejściem chłodnego świtu. Głęboką nocą, kiedy już mocno śpią, zza kamiennej misy wyłania się dostojny wąż. Sunie powoli z lekko uniesionym płaskim łbem, który obraca raz w prawo, raz w lewo, bo święty wąż musi być czujny. Z jakiegoś powodu wiem, że jest zielony. Po chwili wypełza drugi i razem okrążają śpiące dzieci, bezgłośnie wyginając sprężyste ciała. Pochylają się nad maluchami. Dzieci pachną słońcem i niewinnością. Śpią na boku, zwarte w obronnym uścisku, a małżowiny ich uszu rozchylają się ku górze jak wejścia do maleńkich jamek. Węże widzą przed sobą miniaturki ich własnych domów, w których wylęgają się takie same maleńkie dzieci, ale wężowe. Jeden z nich próbuje musnąć rozdwojonym językiem półprzeźroczystą muszelkę, robi to bardzo delikatnie, by nie obudzić dziewczynki, która śpi z półotwartymi ustami i piąstką wciśniętą pod brodę. Drugi również zbiera się na odwagę i próbuje ucha chłopczyka. Muśnięcia są jak najlżejszy powiew wiatru, ledwie wyczuwalne, ale to wystarczy. Świętość wnika przez ucho do mózgu i przestawia ośrodki zmysłów tak, że dziewczynka rano po przebudzeniu wie już wszystko. I kiedy braciszek płacze za mamą, ona obejmuje go pewnym ramieniem, osłaniając drugą ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Choć jest młodsza od niego, słowa jej brzmią dorośle i tchną pełnym przekonania spokojem: „Nie martw się, już jadą. Widzę ich”.

    I potem już zawsze widzi. Ból wiedzy daremnej, niepotrzebnej, pogardzanej będzie się za nią ciągnął przez resztę życia. Podczas pogromu schroni się w świątyni bogini mądrości Ateny, czyli jakby adekwatnie, na niewiele się to jednak zda. Swoją hańbę pod chamskim Ajasem zapewne również zobaczy dużo wcześniej, zanim się wydarzyła. A także zagładę rodzinnego domu i całej Troi. I śmierć własną, co nie bolało tak, jak ujrzana wieszczymi oczami śmierć dwóch synów, których zdążyła urodzić Agamemnonowi. Mądra, piękna, jasnowidząca, gwałcona, uprowadzona z ojczyzny, nieszczęśliwa na wszystkie możliwe sposoby – wierzę, że śmierć przyjmowała z ulgą. Na widok wzniesionej ręki Klitajmestry, uzbrojonej w okrwawiony nóż, który przed chwilą zabił Agamemnona, może się tylko wzgardliwie uśmiechnąć. Powiedz mi coś, czego nie wiem, wielka królowo. A w nagrodę ja nie powiem ci tego, co wiem, mówi zerkając na kotarę, za którą chowają się przerażeni Elektra i Orestes, którzy później zabiją matkę-morderczynię. Ale Klitajmestrze jest to już obojętne. Swoje życie również przegrała, dawno temu, kiedy zmuszono ją do małżeństwa z okrutnym i znienawidzonym królem i od którego właśnie próbowała rozpaczliwie się uwolnić. Zresztą, może jej uszy również polizał święty wąż i też już wiedziała.

    Śmierć nagła, ale spodziewana. Raptem tyle satysfakcji dla tych, którzy widzą i słyszą.

    10 kwietnia 2020 (5955 zarażonych, 181 zmarłych)

    Nie będzie o zamachu, nie będzie o pandemii, nie będzie o smutnych świętach. Będzie o Jacku. Kiedy umierał szesnaście lat temu, byłem w jednym z ostatnich ciągów alkoholowych przed rozpoczętą latem terapią i słabo ten fakt odnotowałem. Pamiętam okładkę „Wyborczej” z jego twarzą na tle szyby z podoklejanymi do niej czarnymi ptakami i tytułem „Odszedł Jacek”. Trzy tygodnie później byłem w Warszawie na wielkiej imprezie z okazji wstępowania Polski do Unii Europejskiej i pojechałem na Cmentarz Wojskowy na Powązkach, żeby go odwiedzić. I tak już zostało do dzisiaj – ilekroć jestem w Warszawie, jadę do niego, żeby na chwilę przysiąść i pogadać. Opowiedzieć o kolejnym roku trzeźwości i poburczeć pod nosem strofki jego piosenek, których pamiętam więcej niż Baczyńskiego, Miłosza i Herberta razem wziętych. Złożyć raport z życia. Posłuchać śpiewu ptaków. Tak się składa, że zwykle jest wtedy wiosna.

    Był naprawdę bardem naszego pokolenia. Jeżeli młodzi spiskowcy z powstania listopadowego mówili językiem Mickiewicza, to my, studenci stanu wojennego, rozmawialiśmy językiem Kaczmarskiego. Nie chodzi tylko o sławetne Mury, które rozumieliśmy odwrotnie do intencji tekstu – to znaczy jako hasło narodowej solidarności, a nie pieśń o samotności poety – ale o cały świat, który jego wiersze przed nami otwierały. Chyba nigdy już później nie czułem tak wyraźnie, że poezja i wolność są ze sobą ściśle związane. Biedni, zagubieni, zostawieni samym sobie w przaśnej rzeczywistości dogorywającego PRL-u, mieliśmy w literaturze jedyne terytorium swobody, tym fajniejsze, że zakazane. Jak wybieg dla młodych źrebaków, który w jednym miejscu ma sekretny przesmyk ku otwartym łąkom.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Jeszcze w liceum usłyszałem Obławę i trampki spadły mi z nóg. To było coś radykalnie innego, tornado zmiatające ze sceny całe studenckie pobrzękiwanie do kiełbaski przy ognisku. Zjawisko jedyne w swoim rodzaju, nie do podrobienia ani powtórzenia. Jasne, śpiewali później wszyscy, ale takiego stylu nie potrafił podjąć nikt. Był poetą i śpiewakiem w zupełnie nowoczesnym, a zarazem jakimś archaicznym sensie, jak ten wajdelota, który umiał porwać słuchaczy i stare, dobrze znane historie opowiedzieć tak, że mówiły coś nowego. I mówiły wprost do ciebie, bez osłonek, bez całej tej scenicznej machiny snobizmu, która zabija autentyczność. Słuchając czułeś, że on tę piosenkę ułożył specjalnie dla ciebie, że śpiewa o tobie. Łamał wszystkie bariery i przesłony, wchodził wprost w środek duszy. Słuchaliśmy go na fatalnych kopiach dziesiątki razy przegrywanych z taśmy na taśmę, żeby uszczknąć choć trochę tej autentyczności i pasji, która tak nam była potrzebna. Wciąż mam przed oczyma ciasny pokoik w akademiku na miasteczku studenckim AGH, wielgachny magnetofon na stoliku i dwie kręcące się szpule, z których leci charkotliwie wykrzyczane: Dałeś mi, Panie, zbroję/ Dawny kuł płatnerz ją… Tak, Jacek dał nam wtedy zbroję na niedobry czas, daje ją również dzisiaj. I jeszcze wiele razy będzie dawał, bo na tym polega poezja wolności. Gdzieś w pudle na strychu mam jeszcze te kasety z głosem schrypniętym potrójnie: od pasji, alkoholu i powolnego rozpadu nylonowej taśmy.

    Miałem raz w życiu okazję z nim rozmawiać. Robiliśmy z kolegą film dokumentalny o powstającym właśnie Studium Literacko-Artystycznym (w którym teraz mam zajęcia!) i spotkaliśmy go przypadkowo na krakowskim Rynku. Zgodził się natychmiast na wypowiedź i spontanicznie palnął, że takie szkoły pisania trochę są potrzebne, a trochę nie, bo prawdziwego pisania nauczyć się nie można. Tak całkiem nam do scenariusza nie pasowało, ale to był Kaczmarski, nie mogliśmy nie zamieścić. Ileż razy później żałowałem, że nie zagadnąłem go jakoś bardziej osobiście, po ludzku! Że nie wyznałem bezwarunkowej miłości i nie poparłem wyznania wydeklamowaniem paru zwrotek z pamięci. Nie zdążyłem, wszystko przebiegło tak szybko, poza tym okropnie się wstydziłem. Taki wtedy byłem.

    Nic się nie kończy prostym „tak” lub „nie”.

    I nie na darmo giną wojownicy,

    Dlatego mówię: to początek końca,

    A lud pijany wspina się na mury,

    Bo pustką zieją szańce barbarzyńców…

    zapisuję z pamięci po czterdziestu latach. To z pieśni o Kasandrze.

    W genialny sposób stopiły się w nim dwie główne nici polskiego losu: sarmaty i Żyda. Tu hulanka, swawola i opętańczy galop za uniesieniem, a tam księga, pilne czytanie i mozół codziennego wykuwania słowa. Napisał tych wierszy chyba z tysiąc. Do tego układanie muzyki, ćwiczenie gitary, śpiew… cóż za tytaniczna praca! Kiedy próbuję coś takiego porównać z moją codzienną krzątaniną, to mnie w zasadzie nie ma.

    Wyśpiewał mnie całego. Czym bym się nie zaciekawił w moim rozwichrzonym życiu, zaraz się okazywało, że on o tym napisał wiersz. W dodatku napisał tak, jakby znał moje najskrytsze odczucia. Tak, zazdrościłem mu. Patrzyłem na niego jak na lepszą wersję siebie, jeden z tych przegapionych wariantów egzystencji, których nie wybrałem, bo wybrałem co innego. Myślałem nieraz, że moje frustracje i żale brały się z niewłaściwego wyboru i że tak naprawdę to miałem być Kaczmarskim. Nie jakimś tam politykiem czy wielkim dowódcą, bo to dla gruboskórnych, tylko trubadurem z gitarą na plecach i butelką wina za pazuchą, który włóczy się po świecie i śpiewa wszystko co widzi, słyszy, doznaje. Dotarł nawet do mojej ukochanej Australii, więc nawet tu jakieś porozumienie…

    W tym roku nie pojadę do niego. Nie wolno. Mam pilnować życia, żeby trwało, choć on całą młodość mi śpiewał, że warto krótko i mocno, a nie długo i byle jak. Nie wiem, Jacku, nie umiem jak ty. Życia, jak pisania, nie można się tak po prostu nauczyć.

    11 kwietnia 2020 (6356 zarażonych, 208 zmarłych)

    W „Wyborczej” obszerny wywiad z Olgą Tokarczuk. Mówi o naturze, która nas sprawdza, o czymś nieokreślonym i bezosobowym, przeorganizowującym nasze życie, o zwalnianiu w szalonym cywilizacyjnym biegu. I o Kasandrze. Czytam z satysfakcją.

    13 kwietnia 2020 (6934 zarażonych, 245 zmarłych)

    Wielkanoc. Zupełnie nic. Nie ma żadnych wiadomości ani żadnych myśli. Dzieje się jedzenie, posiadywanie i gadanie, a wieczorem granie. Zero metafizyki.

    Nasze najstraszniejsze opowieści zachowujemy dla dzieci” – powiedział Stephen King parę dni temu w wywiadzie dla radia NPR. Fajne, też o tym kiedyś myślałem. Bardzo dbamy o nasze pociechy i ich jak najlepsze wychowanie, dlatego kupujemy im plastikowe pistolety i gumowe potwory z czerwonymi naciekami na pyskach. Malucha trzeba czymś zapchać, więc dostaje hamburgera razem z nagrodami w postaci „figurek” i potem przez następne trzy dni słychać z dziecięcego pokoiku onomatopeiczne pomruki zagryzania, rozwalania, przebijania na wylot i dorzynania. Żeby wzbudzić miłość bliźniego, zgodnie z chrześcijańskim modelem wychowania. Albo islamskim, albo jakimś jeszcze innym. Bardzo dbamy o nasze pociechy…

    Znowu satysfakcja, że uwielbiany mistrz mówi jak ty. King nie przegapia okazji i bez ogródek wytyka Trumpowi pacaństwo i nieodpowiedzialność. Poszło o maseczki, że prezydent USA publicznie powiada mniej więcej w tym duchu: „maseczki można nosić, albo nie; ja nie noszę, ale jeśli ty lub ty chcesz, to proszę bardzo”. Wolność. Rozumiana zupełnie opacznie, bo nie chodzi o to, czy maseczka ciebie ochroni przed innymi, ale czy TY chronisz innych przed sobą! Egoista i bufon, który zawsze ma rację, nie potrafi myśleć w kategoriach empatii i zrozumienia. Amerykańskie media rozpisują się o tym od dawna. Stephen King skomentował to pacaństwo nie jak autor tanich popkulturowych straszydeł, ale jak odpowiedzialny obywatel, który myśli publicznie, a nie egoistycznie. Otóż właśnie – co innego mówić publicznie, a co innego publicznie myśleć!

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Poruszył też mój ulubiony problem papieru toaletowego. Supermarkety pełne, a półki z papierem puste. Co dowiozą, to zaraz znika. Nikt z obsługi sklepu (domyślam się, że na Florydzie, bo on zdaje się tam głównie teraz pomieszkuje) nie umiał mu wytłumaczyć, dlaczego akurat papier toaletowy. Było też o jego najnowszym zbiorze opowiadań If It Bleeds, który lada dzień ma mieć premierę. I o tym, co i ja zawsze powtarzam: najważniejszy w pisaniu jest JĘZYK.

    Punktem wyjścia do rozmowy była jego prorocza wizja sprzed czterdziestu lat o epidemii grypy, która zabija 99 procent ludzkości, a ten pozostały przy życiu jeden procent próbuje ułożyć świat na nowo. I wpada w stare koleiny. Chodzi o Bastion, którego obrazowaniu – jak już tu pisałem – nie umiem się oprzeć. Dziennikarka zaczęła od tego, jak wielki pisarz czuje się z tym, że cała Ameryka żyje teraz wewnątrz jego powieści. Odpowiedź: „Bardzo was przepraszam”. Znakomite.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dni 14-16)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    28 marca 2020 (1481 zarażonych, 17 zmarłych)

    Przycichły trochę inne spory. Prawa mniejszości, kobiet, zwierząt i planety w ogólności mniej się jakby teraz liczą. Wraca – obawiam się, tylko na chwilę – obrona sądownictwa w Polsce. A to za sprawą wyborów, ponieważ ostatniej nocy pisowski sejm przegłosował cały pakiet poprawek do specustawy na okoliczność koronawirusa, i przy okazji zmienił kodeks wyborczy, co jest niezgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pisowski, opozycyjna KO również była za, bo nie miała innego wyjścia, jako że pakiet zawierał cały program pomocowy dla zagrożonego narodu. To trochę jak w grze w durnia: pod spód trzy dziewiątki, a na wierzch asa – i buda. Bo ta cała polityka dosyć dawno już przestała być polityką w sensie negocjowania wspólnego stanowiska dla dobra całej społeczności i przypomina zadymioną szulernię, gdzie podejrzane towarzystwo ciupie w karty wzajemnie się oszukując. Co jakiś czas któryś ląduje w więzieniu, ale to tylko podkręca atmosferę gry, stawka rośnie i podnieca. Słowo uczciwość służy u nich do tego samego, co pochowane po kieszeniach noże, to znaczy do szantażowania przeciwnika.

    www.unsplash.com/Jack Hamilton

    Jak dla mnie, mogliby przestać udawać, że zależy im jeszcze na jakichkolwiek mechanizmach demokratycznych i po prostu przegłosować jedno uniwersalne prawo: robimy, co chcemy, a wy cicho. A jak się nie podoba, to wynocha (K. Pawłowicz). W zasadzie już tak jest, przegłosowanie tylko uprawomocniłoby stan rzeczy, nieprawomocny z założenia. Kategoria prawomocności straciła pierwotne znaczenie i obróciła się w swoje przeciwieństwo – głosowanie legitymizuje nieprawomocność. Chyba tylko zagorzali tropiciele spośród profesjonalnych prawników są w stanie rozróżnić, co tu jeszcze jest legalne, a co już nie. Najlepsze kłamstwo to takie, które pomieszano z prawdą.

    Ale ja nie o tym. Kryzys w polityce jest tak naprawdę kryzysem polityki, która – powtarzam za mądrzejszymi ode mnie – jest sztuką negocjowania, a nie przepychania swojego na siłę i zgarniania co się da, bez względu na koszty społeczne. To drugie bardziej przypomina mafijną dyktaturę i nie mówię tu niczego nowego. Politycy i z prawa, i z lewa forsują swoje „nienaruszalne wartości” i zdają się nie rozumieć, że demokracja nie polega na zmuszaniu innych do własnego światopoglądu (co to właściwie jest?), tylko na akceptowaniu faktu, że inni mogą myśleć i czuć inaczej.

    Ale ja o tym też nie. Walka z epidemią przybiera obrót, którego się obawiałem po przeczytaniu paru tekstów o dawnych epidemiach. Tragedie ludzkie stają się pretekstem do wzmocnionego politykowania, czyli ci na górze dalej grzmocą w karty, tylko mają nowy dopływ atutów. Związki pracodawców zamiast apelować o spokój, solidarność i zapewniać o swojej dobrej woli, już się licytują na temat wysokości pomocy finansowej i czemu tak mało. W tak zwanej „tarczy antykryzysowej”, jak alarmuje Adrian Zandberg, chronione są głównie interesy banków. Faktycznie, zajrzałem, jest tam powołany Fundusz Gwarancji Płynnościowych w BGK, który ma zabezpieczać poręczenia dla kredytobiorców, czyli de facto gwarantować bankom, że przynajmniej 80 proc. niespłaconego kredytu do nich wróci. Jedyny, jaki utworzono w pakiecie. Banki dostają dziesięć razy więcej niż cała służba zdrowia. Większość zarządzeń dotyczy odraczania spłat, przesuwania terminów i płacenia składek ubezpieczeniowych. To ostatnie to po prostu przelewanie dodatkowych pieniędzy z budżetu do ZUS. Krótko mówiąc, najważniejsze, żeby banki i ZUS nie straciły wpływów, bo jak cała ta nasza piramida kredytowa runie, to… i tak dalej, i tak dalej. Będziemy nadal płacić, tylko po paru miesiącach przerwy. Ciekawe, z jakimi odsetkami. Pracodawcy dostaną najwyżej 50 proc. płacy minimalnej na pracownika pod warunkiem, że go nie zwolnią i że nie będą mieli zbyt wysokich dochodów. Żeby dostać wsparcie, trzeba najpierw zbiednieć.

    www.unsplash.com/Dmitry Demidko

    Nie, o tym też nie chciałem. Tak naprawdę, to chciałem od tego wszystkiego uciec. Pandemia przywróciła nam myślenie w kategoriach zbiorowych i to należy uznać za plus. Znowu padają hasła solidarności, wzajemnej pomocy i ratowania bliźniego w biedzie. Mobilizujemy się jako społeczeństwo. Dobrze. Jednak po trzech godzinach kompulsywnego wertowania internetu wyłączam komputer i zamykam oczy. Dosyć. Nie mam siły. Jak długo można popędzać skołatane nerwy do przejmowania się człowiekiem? Czy on i ja to na pewno to samo? Czy nie za łatwo utożsamiłem się z tym, którego częściej krytykuję niż podziwiam? Do czego mi ta więź teraz, w samotnym zamknięciu, gdzie za całą ludzkość wystarcza żona i dwie córki (plus Aksa), a reszta to piksele na ekranie? Nie jest to kwestia wyłącznie epidemiczna, wcześniej też pytałem. Bez odpowiedzi.

    W przymusowym domowaniu ludzie robią remanenty po szufladach i folderach, i wrzucają do sieci dawne zdjęcia. Ściślej rzecz biorąc, dawne zdjęcia samych siebie, portrety sprzed lat, bo teraz jestem stary, a kiedyś byłem młody i zobaczcie, dosyć szczupły i nawet przystojny. Miałam piękne pofalowane włosy i różową sukienkę z koronką. A tu jestem z moim ukochanym psem, z tyłu na ganku babcia, która się uśmiecha, ale już nie żyje. Siedzimy nad albumami, grubymi kopertami i pudłami po butach, przerzucając wyblakłe obrazki z przeszłości i konstatując z nowym wzruszeniem stary poczciwy upływ czasu. Temu i owej spadnie z powieki łza. Ziarnistość papieru fotograficznego ma coś z piasku, który przesypuje się między palcami. Czy to również funkcja pandemicznego niepokoju? Boimy się o siebie i robimy egzystencjalny rachunek sumienia? Wpadamy w zbiorową melancholię z nudów, czy ze strachu przed śmiercią? Melancholia jest niepraktyczna, ponieważ mówi, że twoje życie już było, a to w strachu przed śmiercią nie pomaga. Podkopuje nadzieję, odbiera siłę w zmaganiach, wyłącza instynkt przetrwania.

    29 marca 2020 (1862 zarażonych, 22 zmarłych)

    Podobno Duda stwierdził, że wybory jednak mogą nie odbyć się 10 maja. To wspaniała wiadomość, że prezydent nie wszystkich Polaków rozejrzał się wkoło i zaczął kojarzyć, co się dzieje. Alleluja! Oczywiście zakładam wariant optymistyczny. Pesymistyczny podpowiada, że prezydent doskonale wie, co się dzieje i brnie w zaparte, bo mu Prezes kazał. Jego sprawa. Pod presją opozycji, prawników, opinii publicznej, Brukseli i wszystkich innych czynników, które systematycznie (i podle) naciskają naszą biedną władzę, wybory zostaną pewnie przesunięte, ale wrzutka do kodeksu wyborczego zostanie. Wyborcy w wieku 60+ mogą głosować zdalnie, a to jest głównie elektorat PiS. Mogą również głosować przez pełnomocników, czyli wyśle się sto tysięcy księży i zakonnic, żeby nosili głosy z domów opieki i przytułków do komisji wyborczych. Co się tam po drodze będzie działo z demokracją parlamentarną, wolę nie myśleć, ale co kogo obchodzi moje myślenie. Parę punktów procentowych wpadnie, akurat tyle, ile potrzeba, żeby Duda wygrał w pierwszej turze. Taki jest cel tej operacji. Od początku do końca podstępny i niecny, bo takie są reguły gry w durnia pod powałą zadymionej szulerni. Na spód trzy dziewiątki, na wierzch asa – i buda.

    Nie oburzam się. Zgłaszam tylko, że widzę i próbuję myśleć nad tym, co widzę.

    Wycieczkowce krążą po oceanach jak kolonie trędowatych, nikt nie chce ich przyjąć do portu. Bogaci emeryci Zachodu płaczą i narzekają. Sami są sobie winni, bo nie słuchali ostrzeżeń i popłynęli na rejs, a teraz nie mogą wrócić. Biura turystyczne uspokajały, że na statku jest bezpieczniej, a w Ameryce Południowej, dokąd płyną, nie ma jeszcze koronawirusa. I że „koronawirus może przeżyć tylko w niskich temperaturach, więc Karaiby są fantastycznym wyborem na najbliższą podróż”. Cudne. Pamiętajcie, że w epidemiach moralność zarazem rośnie i upada. Bądźmy solidarni i dajcie nam więcej, bo weźmiemy siłą. A zysk i uczciwość to dwie nogi kapitalistycznego społeczeństwa, stojące na dwóch krach. Rozjeżdżają się, a ty toniesz.

    www.unsplash.com/Alonso Reyes

    30 marca 2020 (2055 zarażonych, 31 zmarłych)

    Stało się. Polityka wlazła w sam środek walki z koronawirusem, rozpycha się łokciami i twierdzi, że jest najważniejsza. Zmarłych nie liczymy, tylko ukrywamy, natomiast liczymy skrupulatnie żywych, i to wyłącznie z jednej perspektywy – głosowania w wyborach prezydenckich. Wybory to główny fetysz demokracji, a także dyktatury udającej demokrację. Muszę przyznać, że jednak podziwiam tę władzę. Trzeba mieć jaja, żeby tak otwarcie zagrać szatańską kartą. Pal licho wolność, demokrację, prawa obywatelskie, konstytucję i co tam jeszcze opozycja ma na sztandarach, ale oni pogrywają z życiem Polaków! Przecież jeśli naprawdę przeforsują te wybory, to już odwrotu nie będzie i Trybunał Stanu na bank! Swoją drogą, jak się ma narażanie narodu do patriotyzmu? Mamy umierać za urnę wyborczą? Za Dudę na tronie w błazeńskiej koronie? Mamy rzucić swój życia los na kart wyborczych stos?

    Zaraza niepowstrzymywana wszelkimi dostępnymi środkami raczej się rozwija niż ginie. Zaraza zwyrodniałej władzy również. Rozumiem, że jest prosty ludek, który potrzebuje władcy w postaci Prawa i Sprawiedliwości, a nie prawdziwego prawa i sprawiedliwości. Rozumiem, że słuszny gniew mas wykluczonych osadza na tronie swój fantazmat i następnie bije mu pokłony aż do upadłego – ale dlaczego, do stu tysięcy nieważnych głosów, ma to być wiążące dla wszystkich?! I jeszcze ta hipokryzja. Jedni się poświęcają, wypruwają flaki, żeby coś zrobić przeciw pandemii, a drudzy bezwstydnie dalej kręcą swoje lody i śmieją się w twarz. Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić. Ten palec Lichockiej…

    Ech nerwy, moje nerwy, dajcież mi już spokój. Denerwowanie się na politykę to jak cyrkowa ekwilibrystyka. Nie dlatego że trudne, tylko że siedzisz na rachitycznym zydelku, a treser za pomocą pejcza i banana uczy cię, jak masz reagować. Raz wesoło, raz smutno, a to wolność, a to znowu solidarność, a to oburzenie, a to podziw… Kopnąć to krzesełko, pokazać treserowi palec Lichockiej i wyjść z cyrku na otwartą przestrzeń – jedyny ratunek.

    Wychodzę. Wącham wiatr. Jednak przyroda ma z nami kosę. Dzisiaj rano spadł śnieg i było pięć stopi mrozu, a na drzewach zaczyna się wiosenne kwitnienie, dosyć wczesne z powodu łagodnej zimy. Gapię się bezmyślnie na zachmurzone niebo i białą jak w styczniu okolicę, szukam jakichś innych, alternatywnych mądrości, ale słabo mi idzie. Przyroda nie jest po to, żeby Zajasowi podsuwać myśli, myślenie to jego przypadłość, nie jej. Zaglądam w obejścia sąsiadów, czy tam czego interesującego nie ma, ale tam podobny bezruch i cisza. Kwarantanna. Siedzenie i czekanie. Jedynie koty szwendają się swobodnie po okolicy, jak zwykle z tą swoją wyniosłą niezależnością. Wolnością mnie drażnią.

    Wracam, bo zimno, siadam na ławeczce do ćwiczeń, podnoszę parę razy ciężarki, rozciągam się – i odpadam. Nuda. Zamknięcie. Klaustrofobia. Wychodzę znowu na taras, i znowu wracam, bo chodzenie tam i z powrotem również zieje nudą, wzmocnioną dodatkowo irytacją, że chodzę i nic to nie daje. Postanawiam wrócić do komputera, ale nie czytać wiadomości, tylko napisać coś głębszego. O życiu, o sensie jednostkowego istnienia, jedynego, jakie mamy, które tak szybko i bezsensownie przemija, zwłaszcza kiedy się siedzi w domu i czeka nie wiadomo na co. Piszę jakieś dęte zdania, wymazuję i piszę inne, znowu wymazuję, i tak w kółko, aż do następnej irytacji, tym razem z powodu pustki i rozkojarzenia. Z irytacji coraz częściej składa się mój dzień świstaka. W końcu nie wytrzymuję i włażę na portale informacyjne, ale dla zachowania pozorów samokontroli postanawiam nie czytać najnowszych doniesień o przesuniętych i nieprzesuniętych wyborach, o protestach opozycji i co powiedział Szymon Hołownia, tylko wyszukiwać przypadki ciekawe. Indywidualne. Takie o jednostkowym istnieniu. Oto pewien Brytyjczyk pojechał z Covenrty do Salford po zakupione na eBayu okna (180 km w jedną stronę), a ponieważ w powrotnej drodze żona się nie zmieściła w kabinie, zamknął ją w bagażniku. Policja go skontrolowała i dostał parę mandatów: za nieuprawnione przemieszczanie się, za wożenie człowieka w przestrzeni bagażowej i za nieprawidłowy transport towaru. Okna nabył za 15 funtów i musiały być bardzo okazyjne (niestety, nie podano, ile ich było), skoro opłacało się taki kawał po nie jechać. Musiały również być wartościowe, w każdym razie znaczyły więcej niż żona, inaczej zamieniłby miejscami człowieka i rzecz. Mogły się nie mieścić w bagażniku, w przeciwieństwie do chudej (i zdominowanej, skoro dała się tam wepchnąć) małżonki, co mi się jednak wydaje dziwne, bo do kabiny jakoś weszły. Po przemyśleniu sprawy klepnąłem się w czoło uznając, że policja nie uwzględniła tutaj ważnego czynnika: kobieta chowała się przed koronawirusem. W kabinie człowieka przecież widać, wirus jak wiadomo atakuje tylko ludzi, więc zrobiła bardzo rozsądnie jadąc w bagażniku. (Na miejscu pasażera Dropsik natychmiast by ją wypatrzył!) Z pewnością siedzieliby w bagażniku oboje, gdyby nie przykra konieczność prowadzenia pojazdu. A okna z Salford niestety nie miały prawa jazdy. Policja nic nie zrozumiała.

    W Holandii ukradli van Gogha! W zamkniętym z powodu pandemii muzeum przechowywano wypożyczony z Groningen „Wiosenny ogród”, a włamywacze skorzystali z osłabionej ochrony i pustek na ulicach, i zrobili swoje. A nie mówiłem? Rozluźnia się, rozluźnia. Choć z drugiej strony można się pocieszać, że na razie kradną obrazy i do rabowania mąki z magazynów jeszcze daleko…

    O, mól! Sięgam po packę na muchy i pac! Już go nie ma. I to tyle w kwestii jednostkowego istnienia, które przemija. Panie molu.

  • „Felieton pesymistyczny” Wojciecha Chmielarza

    Dobrze. Ustalmy to sobie na początku – po tyłku dostaniemy wszyscy. Niektórzy bardziej, niektórzy mniej, ale wszyscy odczujemy (oby tylko!) w swoich portfelach to, co się dzieje. Jest mnóstwo branż, które potrzebują teraz pomocy. Gastronomiczna, eventowa, hotelarska czy salony urody. Jeśli jednak czytacie Państwo ten felieton, to oznacza, że interesuje Państwa działka literacka. Wobec tego spróbuję teraz Państwu opowiedzieć, co się w branży dzieje i jakie to będzie miało skutki

    Zacznę od ważnej uwagi na samym początku, cokolwiek napiszę teraz, nie napiszę myśląc o sobie. Jeśli Państwo obserwujecie trochę moją literacką karierę, to wiecie, że przeżywałem bardzo dobry okres. Książki się dobrze sprzedają (na czele oczywiście ze „Żmijowiskiem”), doczekałem się ekranizacji, kolejne powieści ukazują się we Francji, zwiedziłem kawał Polski jeżdżąc na spotkania autorskie. Wszystko to sprawia, że z pewnym spokojem mogę patrzeć w najbliższą przyszłość. Mam ten cudowny komfort, że, mówiąc kolokwialnie, wiem, z czego będę płacić w przyszłości rachunki. Wielu moich kolegów i koleżanek po fachu tego komfortu po prostu nie ma.

    Wielokrotnie mówiłem na spotkania autorskich, że da się w Polsce żyć z bycia pisarzem, ale ciężko jest żyć z pisania. Życie z bycia pisarzem polega na tym, że z racji tego, że uprawiamy ten zawód, a nie inny, dostajemy różne fuchy do wykonania. To są jakieś teksty do napisania, warsztaty pisarskie do poprowadzenia i przede wszystkim – spotkania autorskie. Jak Państwo się domyślają, te dwie ostatnie aktywności gwałtownie się skończyły (sam jeszcze 11 marca rano potwierdzałem wyjazd do Łomży, żeby odwołać go tego samego dnia w południe). Nie wiadomo, kiedy powrócą. Odwołane zostały już przecież Warszawskie Targi Książki czy Międzynarodowy Festiwal Kryminału (obie decyzje bardzo słuszne!). Nagle w kalendarzach pisarzy i pisarek powstała wielka dziura, a to oznacza brak przychodów. Dla wielu literatów to będzie bardzo ciężki czas. I co najgorsze, to chyba właśnie im najtrudniej teraz pomóc. Kupowanie książek niewiele daje, bo po pierwsze z ceny okładkowej do twórcy trafia ułamek kwoty, a po drugie rozliczanie następuje w cyklach półrocznych bądź rocznych. A pomoc potrzebna jest tu i teraz. Dlatego Stowarzyszenie Unia Literacka ogłosiło zbiórkę funduszy na rzecz pisarzy i pisarek. Znajduje się pod tym adresem (klik). Z tych pieniędzy SUL będzie wypłacał zapomogi najbardziej potrzebującym. Jeśli ktoś z czytających te słowa chciałby dorzucić chociażby złotówkę, będę bardzo wdzięczny.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    Kolejnym ogniwem łańcucha są wydawcy. Tutaj dochodzą już mnie głosy o zawieszeniu premier i przełożeniu ich z wiosny na jesień. Możemy się tylko domyślać, jak to wpłynie na przepływy finansowe i jak bardzo dostaną po kieszeni. Szczególnie tutaj obawiam się o małe wydawnictwa, które często przecież wydają bardzo ciekawą prozę, ale które od lat utrzymywały się na progu rentowności. One mogą tego ciosu nie przetrwać. Ale myślę, że nawet najwięksi z obawą patrzą w przyszłość. Znowu, książki to nigdy nie był wielki biznes. To nie jest tak, że wydawcy spali na workach z kasą i teraz mogą z tych zaskórniaków skorzystać w ciężkich czasach. W najlepszym razie czeka nas mocno odchudzony kalendarz wydawniczy. W realistycznym, powinniśmy się szykować na kilka spektakularnych upadków. O pesymistycznym nawet boję się myśleć. Pewnym ratunkiem mogą być tutaj ebooki i audiobooki, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby te formy sprzedaży książki zastąpiły powstałą lukę. To zawsze był mały wycinek branżowego tortu. Ale mam nadzieję, że będę się tutaj mylił.

    No i wreszcie księgarnie. Szczególnie te małe, niezależne. Które utrzymywały się bardziej z serwowanej tam kawy i kanapek niż sprzedaży książek. Przestój nawet miesięczny może sprawić, że po zakończeniu pandemii nie będziemy mogli wrócić do swoich ulubionych miejsc. Bo ich po prostu już nie będzie. Jeśli takie miejsca Państwo posiadacie, wejdźcie koniecznie na ich strony internetowe czy facebookowe. Bardzo często pojawiają się tam ciekawe akcje promocyjne i sprzedażowe. Warto z nich skorzystać, jeśli tylko mamy na to wolne środki.

    Państwo na pewno już zauważyli, że nie wspomniałem jeszcze o hurtowniach, sieci dystrybucji czy wielkich sieciach księgarskich. Wynika to z tego, że po prostu najmniej wiem o ich problemach. Jeśli ktoś ma jakieś informacje, to bardzo chętnie przeczytam o nich w komentarzach.

    Ten felieton powinien się kończyć jakimś optymistycznym akcentem, ale, proszę mi wybaczyć, żadnego nie potrafię wymyślić. Cokolwiek byśmy nie zrobili w najbliższym okresie, ile książek nie kupili, ebooków, audiobooków czy w księgarniach stacjonarnych, czeka nas potężne trzęsienie ziemi. Branża kulturalna ma to do siebie, że jako pierwsza dostaje w czasie kryzysu i jako ostatnia z niego wychodzi. W ciężkich chwilach nie zrezygnujecie przecież Państwo z zakupu bochenka chleba czy ubrania dla dziecka. Ale z książki już tak. Piszę o tym bez żalu i pretensji. Po prostu tak było w przeszłości i tak będzie i tym razem.

    Wojciech Chmielarz

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 12 oraz 13)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    26 marca 2020 (1221 zarażonych, 16 zmarłych)

    No i wydało się. Mamy wyjątkowo niską liczbę zmarłych na koronawirusa, ponieważ to władze decydują, kto się do takiej śmierci kwalifikuje. Otóż kwalifikuje się tylko osoba zmarła na koronawirusa w szpitalu. Jeśli umarłeś w domu, nie liczysz się! Ten kierowca z Głogowa, o którym ostatnio pisałem, że skonał we własnym mieszkaniu podczas kwarantanny, nie doczekawszy testu – również się nie liczy. Sprawdźcie sami, nie ma go w statystykach. Dziennikarze wyszukali, że takich przypadków jest więcej, to znaczy że nasz kraj może być częściowo zaludniony obywatelami nieżywymi, tylko wolimy tego nie sprawdzać. Te ciała zwykle znajdują bliscy, kiedy przez dłuższy czas nie mogą nawiązać kontaktu. I wtedy lekarz wpisuje jako przyczynę śmierci „nagłe zatrzymanie serca”, a sekcji nikt nie robi, ponieważ nie ma znamion przestępstwa. Nie liczy się.

    Znamiona przestępstwa są, i to dosyć ewidentne. W dodatku wiemy, kto jest sprawcą: seryjny zabójca COVID-19 o ksywie „Koronawirus”, z którym nasze służby policyjne walczą znacznie energiczniej niż na przykład ze wspomnianym „Hossem”. Zatem należy robić sekcję zwłok ofiar i gromadzić dowody przeciwko mordercy. Kpię, ale tylko trochę, bo sprawa jest poważna. Statystyki ofiar epidemii to istotna wiedza historyczna oraz medyczna na przyszłość i fałszowanie ich również jest przestępstwem. A jeśli robi to władza, która podobno tak wielką wagę przywiązuje do prawdy historycznej, to już w ogóle…

    No właśnie. Było 15, a jest z powrotem 14, bo ministerstwo ogłosiło, że jeden zmarły przechodzi do innej rubryki. W karcie zgonu miał wpisaną niewydolność krążeniowo-oddechową, ale bez koronawirusa; leżał w szpitalu, zgon jednak nastąpił z innych powodów. Zostało to stwierdzone na podstawie wyników testu, które przyszły już po śmierci pacjenta. Dopóki żył, mógł mieć, ale jak umarł, to już nie ma. Jakaś logika w tym jest, choć trochę już zaświatowa. Pojawia się również gra sepsą. Chorują na koronawirusa, ale umierają na sepsę. Orwell nadchodzi: prawdą jest tylko to, co władza ogłosi, reszta z definicji nie istnieje, w związku z tym nie może zostać powiedziana. W moim przekonaniu chodzi o iluzję, że – jak się wyraził Prezes – „stan jest pod kontrolą” i wybory 10 maja mogą się odbyć. Potem liczby gwałtownie skoczą, lawina epidemii runie nam na łby, ale najpierw Duda wygra w pierwszej turze. A o to tu chodzi. Dlatego wczoraj nałożono kaganiec na wypowiedzi regionalnych konsultantów medycznych – żeby nie mogli swobodnie mówić, jak naprawdę jest. Decyduje głos z centrali. Wedle nomenklatury carskiej – wyższy czyn.

    www.unsplash.com/camilo jimenez

    I Trump, i Kaczyński mówią, że wszystko jest pod kontrolą. „Wszystko jest pod kontrolą” powtarzają alkoholicy, którzy pozorują trzeźwienie. Patrz: Jerzy Pilch, Żółty szalik. A do urn, przypominam, idziemy z portkami na głowach!

    W Wojnach nowoczesnych plemion Michała Pawła Markowskiego znalazłem celne i wieloznaczne określenie: „ochronna strefa fikcji” (s. 142). Chodzi o coś w rodzaju zagrody bezpieczeństwa na stepie chaosu, którą budujemy przy pomocy rozkosznych narracji, oddzielających nas od świata. W takich ochronnych strefach fikcji żyją wspólnoty skupione wokół własnych urojeń, projekcji, lęków, z którymi coś trzeba zrobić, a po imieniu nazwać nie można. To znaczy można, ale lepiej jednak nie. Te narracje w zasadzie nie kłamią – wspólnota nie dopuszcza do siebie prawdy, którą mogłaby sfałszować – tylko powtarzają frazy (naprawdę) uspokajające i (pozornie) wyjaśniające. Narracja wolnościowa wspólnoty narodowej stanowi klasyczny przykład generatora takich ochronnych stref fikcji, którą jeden z doradców naszego prezydenta nazwał Maszyną Bezpieczeństwa Narracyjnego. Zwracam na to uwagę dlatego, że informacje oficjalnych mediów rządowych na temat pandemii zaczynają przypominać taką MaBeNę, co faktom nie wróży najlepiej, nie mówiąc o prawdzie.

    Wolałbym wiedzieć, co jest, choćby z grubsza. A tak nadal nic nie wiem. Im więcej grzebię w stosach doniesień, tym mniej wiem. A gdzie jeszcze zrozumienie, wyjaśnienie i interpretacja? Totalny głowaból.

    Ech, znowu się spinam. Doniesienia, donoszenia, donosy… Dosyć. Reset.

    Zagłębiam się w sobie i słucham moich niepokojów. Parę dni temu zapisałem myśl, która napawa mnie i wytrąca, oraz inspiruje i skłania. Że te moje łąki, ptaszki i obłoczki na niebie pochodzą z tego samego porządku, co koronawirus. Hmm, cały jestem ulepiony z tej samej materii. Konsekwencje tego pozornie oczywistego faktu są fundamentalne. Ja jestem biologią i on jest biologią, stanowimy jedno i nie on zabija mnie, tylko natura robi swoje porządki. Jest w końcu gospodynią całego tego globalnego mieszkania i wzięła się za sprzątanie. Człowiek był jej najzdolniejszym, świetnie się zapowiadającym dzieckiem, więc pozwoliła mu się rozwijać samodzielnie, z rzadka tylko sprawdzając, czy ma czysto za uszami i sumiennie odrabia lekcje. Zdolny chłopak jednak szybko się wycwanił i w ciągu dnia grzecznie się uczył, a nocami grał po kryjomu w najokropniejsze horrory. Pół biedy, że w miejsce Matki wymyślił sobie Boga Ojca i jemu przysiągł lojalność, ale później powołując się na ojcowski autorytet wyczyniał najdziksze swawole, demolując kolejne kąty wspólnej chałupy i całego obejścia. Do tego bezczelnie twierdził, że to ojciec mu kazał „czynić sobie ziemię poddaną”. W dwudziestym wieku naszej ery przeszedł już samego siebie i uznał, że tylko on jest bogiem, więc będzie składał hołdy wyłącznie sobie, reszta wynocha. Po czym zabrał się do systematycznego rabowania domu i przetwarzania wspólnych naturalnych bogactw na własne przyjemności i zabawki. Nie ma takiego systemu moralnego, który by nie uznał tego za zwyrodnienie i kalanie własnego gniazda. Trudno się dziwić, że Matka straciła cierpliwość i postanowiła przywrócić jakąś naturalną homeostazę w tym coraz koszmarniejszym bajzlu. Nieco późno i pewne błędy w wychowaniu nie są już do naprawienia, ale jak widać jeszcze ma trochę krzepy. Z tymi debilowatymi mięśniakami dinozaurami sobie poradziła, to i z człowiekiem sobie poradzi. No, w każdym razie próbuje.

    27 marca 2020 (1389 zarażonych, 16 zmarłych)

    Chorują księża. Lubią się nazywać lekarzami dusz i tak jak lekarze są szczególnie narażeni z racji wykonywanej pracy. Ale jak tu twardemu radiomaryjnemu elektoratowi powiedzieć, że na mszy można się zarazić? A można, prędzej niż w sklepie, co wynika już z performatyki rytuału: maczanie palców w miseczce ze święconą wodą, pozdrowienia, podawanie rąk, komunia z ręki do ust… Z epidemiologicznego punktu widzenia katastrofa. I to już się stało, bo msze odbywały się jeszcze kilka dni temu. Nadmierne nagłaśnianie tych faktów mogłoby jednak zrujnować kościelne imperium w Polsce, a do tego obecna władza żadną miarą dopuścić nie może, bo to fundament jej istnienia. Ruszyła gra na zwłokę, pozory i udawanie, że tego akurat problemu nie ma. Nie, jest, i to spory. Żyjący w cieniu tajemnic i przemilczeń polski kościół katolicki zapewne boryka się z potężnym uderzeniem koronawirusa, o jego skali nigdy się jednak raczej nie dowiemy, bo nie jest to wiedza dla maluczkich. „Ja stwarzam Dobro i ja stwarzam Zło, jam jest Pan”.

    www.unsplash.com/Karl Fredrickson

    Zastanawiam się, czy tu nie bije jedno ze źródeł ksenofobicznych inicjatyw, zwłaszcza pogromów antysemickich, organizowanych w przeszłości przez nasz lud za poduszczeniem księży. Obrzędy kościelne stanowiły kapitalne ogniska zarazy, czego nie wolno było głośno stwierdzić i potrzebna była tak zwana informacja zastępcza, czyli kozioł ofiarny. Żydzi nadawali się znakomicie: dużo podróżowali, prowadzili odmienny tryb życia, jedli co innego – byli winni! Naziści doskonale to podchwycili na słynnym plakacie „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, gdzie twarz żydowskiego mędrca została skontaminowana z czaszką kościotrupa – ofiary epidemii. Jeśli ktoś zaoponuje, że to tylko dawna, patologiczna aberracja, polecam mu jaskrawożółtą okładkę czasopisma „Rolnik Polski” nr 4/2019, gdzie pomysł został powtórzony, tylko na miejscu Żyda jest dziewczyna z żółtą twarzą pokrytą czarnymi plamami i podpisem: „Ekoterroryzm – tyfus plamisty Polaków”. Na żółto hitlerowcy oznaczali Żydów w obozach koncentracyjnych…

    Spokojnie, na razie „wszystko jest pod kontrolą”, nic takiego się nie dzieje, walczymy z pandemią solidarnie i ofiarnie (oj, niezręczne słowo, fatalizmem podszyte), siedzimy w domach i czekamy na rozwój wydarzeń. A wydarzenia dzieją się ciekawe w hiszpańskiej Andaluzji naszej ukochanej turystycznej, gdzie grupa „wandali” obrzuciła kamieniami i materiałami wybuchowymi staruszków przewożonych z opuszczonego domu opieki do szpitala w mieście. Starców eskortowała policja. Biedni wandale założyli – na jakichś sobie tylko zrozumiałych podstawach – że zarażeni staruszkowie będą swobodnie chodzić po mieście i zarażać innych, dlatego spontanicznie wyrazili swój sprzeciw. Staruszków zamknięto w szpitalu i teraz służby pilnują, żeby nikt nie miał do nich dostępu. Oprócz koronawirusa, bo ten już tam jest. Hiszpania ma doświadczenie w temacie zarazy, przypominam Alpuharę Adama Mickiewicza. Któryś ze staruszków musiał niebezpiecznie przypominać podstępnego Almanzora, więc gmin andaluzyjski zareagował.

    W „Wyborczej” nowa akcja pod tytułem: „Ocalmy 300 tys. miejsc pracy!”. Chodzi o tak zwaną branżę beauty, czyli fryzjerów, kosmetyczki, depilatorki, tatuażystów – całą armię cyrulików od upiększania nas, czyli maskowania naszej brzydoty. Za pomocą czegoś o nazwie Booksy – co się definiuje jako start-up i ma szefa o patriotycznym nazwisku Stefan Batory – mamy wpłacać pieniądze i w ten sposób pomagać. Rozumiem, ważna sprawa, ludzie tracą pracę, bankrutują, zostają na lodzie i proszą o wsparcie, ponieważ stan jest nadzwyczajny. By uzmysłowić nam dramatyczność sytuacji, pewna pani od manikuru pyta: „A jak pielęgnować paznokcie klientek, stojąc dwa metry dalej?”.

    No jest problem, ale ja mam problem z tym problemem. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie tracą nie tylko pracę, ale zdrowie i życie. Rujnowana przez lata służba medyczna w Polsce nie wyrabia znacznie dramatyczniej niż manikurzystka, która ma za daleko do fotela klientki. Personel szpitali i przychodni gremialnie się zaraża, całe oddziały nie mogą pracować, obsługę dziesiątkuje kwarantanna. Pacjenci z problemami nowotworowymi są pozbawieni dostępu do zabiegów ratujących życie. Nauczyciele rzężą pod jarzmem zdalnego nauczania, za psie pieniądze, które rząd jeszcze planuje im obciąć. Kasjerki w sklepach, gdzie robimy gorączkowe (oby nie!) zakupy, są cały czas narażone i na zakażenie, i na agresję niespokojnych klientów, co mówię smutny i sam pełen winy. Kierowcy, służby porządkowe, dziennikarze, rolnicy, kolejarze, górnicy, straganiarze, leśnicy – sorry, ale wszyscy. Sytuacja jest trudna, dlatego wymaga rozwagi w dysponowaniu zarówno środkami pieniężnymi, jak i energią społeczną. Ludzie siedzą w domach i chcą pomagać, a wielu z nich swoją pomoc może ograniczyć jedynie do wpłacenia pieniędzy na jakiś szczytny cel. Widzę ten cel w kupowaniu sprzętu medycznego (chwała mojemu Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za akcję #ujdlaszpitala, która pozwoliła zebrać ponad 750 tys. zł na sprzęt medyczny), widzę w dofinansowaniu ludzi opiekujących się chorymi, niepełnosprawnymi, zniedołężniałymi, czyli wszędzie tam, gdzie chodzi o zdrowie i życie. Niespecjalnie widzę go w dofinansowywaniu salonów piękności. Inaczej mówiąc, nie jestem przekonany, że to, czego dzisiaj jako społeczeństwo najbardziej potrzebujemy, to wypielęgnowane paznokcie i fioletowe pasemka. Albo tatuaż.

    Wiem, bezczelne, ale wszyscy mamy trudniej. Walka o przetrwanie dopiero się zaczyna, takich sytuacji będzie więcej. I gorszych. To ma trwać rok i dłużej. Wszystkich nie zadowolimy zbiórkami pieniędzy, zwłaszcza że do jako tako uczciwej dystrybucji tych pieniędzy potrzeba kolejnej rzeszy ludzi, finansowanych zapewne z tychże zbiórek, bo skąd. Owszem, każdy może wpłacić pieniądze na swoją ulubioną kosmetyczkę, robienie z tego jednak ogólnonarodowej akcji pod hasłem solidarności, z dyskretnym podaniem operatora, który chętnie się tymi pieniędzmi zajmie, to już dla mnie jakby trochę za daleko idąca skwapliwość.

    Pandemia się jeszcze nie skończyła. Ci lepiej zorientowani mówią, że dopiero nadchodzi. Skupmy się na sprawach naprawdę ważnych, bo od tego będzie zależało zdrowie i życie wielu z nas. Na walkę z kryzysem na rynku pracy mamy czas po przejściu tsunami, kiedy policzymy straty, o rozmiarze których nic sensownego jeszcze dzisiaj powiedzieć się nie da. Mam swojego zaufanego trenera personalnego, chłopak siedzi teraz w domu i nagrywa filmiki dla klientów, żeby coś w ogóle robić. Umawiamy się zdalnie, on mi podrzuca zestawy ćwiczeń i koryguje błędy, ja walczę na znanej Wam już ławeczce, liczymy się normalnie – i tyle. Wspieram zwyczajnie, prywatnie, bez start-upu Booksy.

    Potrzebna ostrożność. Sytuacje kryzysowe generują warunki dla ludzkich dramatów, ale i okazje dla graczy. Na ludzkiej biedzie i strachu świetnie się zarabia, jeśli tylko komuś starczy cynizmu i podłości, a tej w dorzeczu Wisły i Odry nigdy nie brakowało, wbrew patriotycznej MaBeNie. Teraz znowu w górnych rejonach władzy odbywa się wielkie dzielenie publicznych pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla ekonomicznych ofiar pandemii. Nikt jeszcze nic nie wie o skali katastrofy, ale już trwają kłótnie komu, ile i na co. Aż się boję, co to będzie. No nie, o kościół się nie boję.

    Uff, pieniądze, pieniądze. Jest taki przejmujący fragment w Dzienniku roku zarazy, gdzie Defoe mówi o braku przygotowań miasta na nadchodzącą epidemię. Zarówno władze świeckie, jak i duchowne nic sobie nie robiły z ostrzeżeń:

    Działano w istocie tak, jak gdyby nie żywiono najlżejszych nawet obaw, a co za tym idzie, nie poczyniono nic i nic nie przewidziano dla dobra ogółu. (…) Miasto nie posiadało żadnych spichrzów ani składów na ziarno lub mąkę przeznaczonych dla biedaków, gdyby więc byli mogli poczynić zapasy, jak bywa w takich razach, wiele biednych rodzin doprowadzonych teraz do krańcowej nędzy, znalazłoby pomoc, i to znacznie skuteczniejszą, niż można by im obecnie okazać. [s. 87]

    W żywność zdołaliśmy się zaopatrzyć, z tym akurat nie mamy dzisiaj problemów (na razie), ale z zapleczem medycznym sprawy już nie wyglądają tak pięknie. W tle afery żywnościowej w opanowanym przez dżumę Londynie była oczywiście afera z dystrybucją pieniędzy publicznych, którą Defoe relacjonuje dosyć powściągliwie, mówiąc o skrupułach administratorów „gdy mieli naruszyć fundusze należące do sierot”. Tych skrupułów brakło w rok później, gdy Londyńska Izba Handlowa wyłożyła ogromne środki finansowe na odbudowę gmachów publicznych zniszczonych w pożarze, stawianie pomników i ogólne upiększanie miasta. Czyli gdy wydawali dla siebie.

    Teraz się zawahałem, ponieważ kawałek dalej Defoe wygłasza dramatyczny sąd o nędzy drobnych rzemieślników i usługodawców, co podkopuje wygłaszane powyżej filipiki Zajasa przeciwko ratowaniu salonów piękności:

    Niech ktokolwiek z tych, komu znane są liczne rzesze ludzi w tym mieście, zarabiających na chleb powszedni czy to jakimś kunsztownym rzemiosłem, czy wykonując najgrubsze roboty, niech ktokolwiek, powtarzam, rozważy, jaka nędza tu zapanuje, jeżeli nagle wszyscy ci ludzie będą usunięci z posad, jeżeli ustanie wszelka praca i wszelka za nią zapłata.

    Idzie wielka bieda, to raczej pewne. To co, może jednak spróbujmy im jakoś pomóc?

    We Włoszech dzisiaj rekordowa liczba zgonów: 969. Umierają ludzie w każdym wieku, nawet ci bez chorób towarzyszących. Podobno Polska jest obecnie na kursie włoskim. Idzie bieda, ale najpierw tsunami.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 10 oraz 11)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 marca 2020 (884 zarażonych, 10 zmarłych)

    Mnożą się obrazy pustych miast. Spośród licznych skojarzeń na pierwszy plan wybija się u mnie „Bastion” Stephena Kinga. W jednej z początkowych scen Larry Underwood – osuszony alkoholik i przyziemiony ćpun – przebija się przez zatłoczony i zarazem pusty Nowy Jork. Zatłoczony, ponieważ wskutek paniki wywołanej śmiertelną epidemią, wszyscy mieszkańcy naraz rzucają się do ucieczki z miasta. Pusty, ponieważ nikomu nie udało się uciec – wszyscy umarli i zalegają w samochodach, wagonach pociągów, na chodnikach i na ławkach nowojorskich parków. On jeden idzie jak we śnie, nie rozumiejąc, dlaczego żyje, i dotkliwie odczuwa nie rozpacz, bo ta jest banalna, ale dziwność istnienia. Przekracza granicę między normalnością i katastrofą, między pełnią zwyczajnej rzeczywistości i postapokaliptyczną pustką, między prawdą i fikcją. W ścielącym mu się do stóp martwym mieście jest doskonale wolny, może robić co chce, a zarazem nie jest mu ta wolność już do niczego potrzebna. Trzeba uciec od zdechłego miasta, trzeba uciec od okrutnej wolności. Sklepy przed Larrym stoją otworem. W sportowym wkłada wypasione ciuchy i zabiera torbę tenisową, którą w sklepie z bronią i amunicją pakuje do pełna, a następnie bierze z salonu nowiutkiego harleya i rusza tunelem pod zatoką, by wydostać się na otwartą przestrzeń. Scena i zachwycająca, i przerażająca. Esencja syndromu ocalenia.

    www.unsplash.com/Rahbek Media

    Ocalałeś – i nie wiesz po co. Uciekasz i nie wiesz dokąd. Byle dalej, ale od czego i do czego? Jest jeszcze lepiej. Czy uciekniesz, czy zostaniesz – i tak będziesz sam. Zupełnie, całkowicie i absolutnie, ponieważ wszyscy inni już nie żyją. Kwarantanna totalna. Pojedyncza cela o rozmiarach ziemskiego globu. Wolność wielkości pętli na szyję, akurat żeby wepchnąć głowę. Idziesz pustą ulicą, o jakiej zawsze marzyłeś przepychając się w tłumie, a kiedy twoje marzenie się spełnia, pustka na ulicy staje się tobą, ty stajesz się pustą ulicą.

    Później akcja się rozwija, pojawiają się inni ocaleńcy i rusza odwieczna opowieść o walce dobra ze złem, ale mnie już do końca nie opuszcza ten urzekający swoim horrorem obraz całkowitej wolności, która jest pusta i duszna.

    Nic takiego na razie mi nie grozi, ani chyba nikomu innemu, granica między fikcją a stanem faktycznym jeszcze jakoś się trzyma, ale kto wie. Jako urodzony katastrofista rozpatruję i taki scenariusz. Tego drugiego wariantu – gdy jedynym ocaleńcem jest ktoś inny, a ja należę do miliona truposzy – nie rozpatruję, bo nie ma sensu. To już nie moja historia.

    Wracam do mediów. W systemach penitencjarnych rozkwita nowa inicjatywa. Skazańcy i aresztanci domagają się zwolnienia do domu z obawy przed zakażeniem. W USA zainicjował temat Harvey Weinstein, prześladowca, który znakomicie potrafi przed kamerami zagrać ofiarę. Za samo paralityczne zwisanie na balkoniku rehabilitacyjnym w drodze na rozprawę, z miną nic nierozumiejącego półgłówka, powinien dostać Oskara. Nie był gorszy od Dustina Hoffmana w Rain Manie. W Polsce przedwczoraj wypuszczono gangstera od nielegalnego transferu pieniędzy za granicę, wczoraj wypuszczono niejakiego „Hossa”, który w ramach współpracy polsko-niemieckiej wyłudzał euro metodą „na wnuczka”. Dzisiaj do programu wolnościowego dołączył były senator PiS Stanisław Kogut, który też „cierpi na wiele chorób” i domaga się zwolnienia. Pomysł znakomity, można go rozszerzyć o tak zwany wariant latynoski, to znaczy w ogóle otworzyć bramy wszystkich zakładów karnych, niech sobie każdy radzi z wirusem indywidualnie.

    I wtedy większość więźniów powinna… pozostać w celach, gdyż odosobnienie i izolacja od świata zewnętrznego są właśnie tym, do czego się nas przymusza w walce z pandemią. Widzę tu pewną nielogiczność. Przecież wszyscy obecnie siedzimy w aresztach domowych. Skoro senator Kogut „cierpi na wiele chorób” i znalazł się grupie podwyższonego ryzyka, to powinien wnioskować o coś dokładnie przeciwnego – zamknięcie w pojedynczej celi, najlepiej w karcerze pod ziemią, bez kontaktu z kimkolwiek, aż do wygaśnięcia epidemii. Wniosek adwokata o wypuszczenie więźnia na ten niebezpieczny, zarażony świat jest działaniem na szkodę klienta. Ja bym takiego obrońcę odprawił. Bez honorarium.

    Po drugiej stronie muru rozmaici faktycznie lub prognostycznie z więziennictwem związani obywatele również nie zasypiają gruszek w popiele. Tworzą się inicjatywy niejako odwrotne, to znaczy potencjalni skazańcy, którzy jeszcze są na wolności, żądają natychmiastowego osądzenia, a następnie osadzenia w celi, oczywiście jednoosobowej, ze względu na zagrożenie wirusem. Dobrze już, dobrze, jestem winien, tylko mnie wreszcie odizolujcie od reszty społeczeństwa, tak, od wszystkich bez wyjątku. Rodzina? Tak, zwłaszcza od rodziny.

    Ci, którzy nagrabili sobie wystarczająco dużo, by siedzieć do końca życia, i ziemia im się pali pod nogami, rozwijają z kolei wariant epidemiczny. Wiedząc, że karzący miecz sprawiedliwości zwisa im tuż nad głową, lgną do zarażonych, by złączyć się z nimi drogą kropelkową. Kiedy już nabiorą pewności, że mają w sobie wystarczającą liczbę niebieskich kuleczek z białymi i czerwonymi trąbkami, wracają do domu i siedzą sobie spokojnie, popijając pinacoladę przez rurkę z ekologicznego bambusa. Kiedy policjanci po nich wpadną, unoszą ręce i mówią: „Chwileczkę, mam koronawirusa! Jak nie wierzycie, to proszę bardzo, możecie mi zrobić test. Tu, o, żona może zaświadczyć”. No i jest prawie pewne, że im ujdzie na sucho. W najgorszym razie wylądują w odosobnionej celi, skąd ich zaraz wypuszczą ze względu na „wiele innych groźnych schorzeń”. Jak tego „Hossa” (co za kretyńska ksywka!).

    Z pozostałych wiadomości niewiele rozumiem. Wczoraj pisali, że w Krakowie nie wykonywano testów z powodu remontu budynku sanepidu i próbki jeździły do województwa świętokrzyskiego, a dzisiaj piszą, że w Świętokrzyskiem zrobiono dotychczas zaledwie 364 testy, bo nie ma laboratoriów. Do tego dochodzą nieustanne skargi zarażonych i podejrzewających zarażenie, że nie mogą się doprosić badania. To w końcu robimy co możemy, czy wymyślamy ściemy, żeby przesłonić prawdziwą ciemność? Marzy mi się to pierwsze, ale boję się, że chodzi o to drugie. Jesteśmy jakimiś mistrzami Europy w walce z koronawirusem, mało zakażonych, kilka zaledwie ofiar, a tymczasem jak się trochę podrąży temat, to wychodzi, że wszystko z powodu braku testów. Ten i owa przebąkują, że dane są mocno zaniżone, ale nie widzę, żeby ktoś na to stanowczo reagował. Szpital w Starachowicach zamieniono na zakaźny, inni chorzy precz. Czyżby przewidywano tam wybuch choroby? Bo na razie jest tam zaledwie garstka zakażonych. Tych, którym zrobiono testy.

    Z burzą tak jest. Długo nad horyzontem wisi ciemna chmura, w powietrzu cicho i duszno, a ona trwa niby w bezruchu. Zbliża się powolutku, niepostrzeżenie, centymetr po centymetrze. Ale to pozory. Wkrótce uderzy z całą mocą, nagle, ledwie zdążysz się schować przed nawałnicą. Albo nie zdążysz… Kurczę, jak chciałbym się mylić!

    Blog smakksiazki.pl opatruje mój dziennik fotografią błękitnej kuleczki z kolorowymi wypustkami. Czy one naprawdę są białe i czerwone? Czy to jakaś aluzja, przepraszam? Że niby co, że my stoimy za całym tym koronawirusem? To, że koronujemy i zawierzamy, nie oznacza przecież, że naszą koronę można włożyć na byle niebieski łebek i domalować mu białe i czerwone wąsy! Niebieski pochodzi od nieba, ale to nie upoważnia do takich nadużyć! To skandal jakiś! A może chodzi o szaliki? Że nasza kibicowska brać w tym maczała palce? Jagiellonia Białystok za tym stoi, albo Arka Gdynia? No wypraszam sobie. I żądam zmiany tych kolorów. Nie, nie wystarczy, że niebieski, biały i czerwony to inna flaga. Powinny być zupełnie inne, jak najdalsze od bieli i czerwieni.

    Dosyć, idę zabijać smoki.

    25 marca 2020 (1051 zarażonych, 14 zmarłych)

    Właśnie wyczytałem, że wysłani po zwolnionego przedwczoraj z aresztu „Hossa” nie zastali go w domu i… wrócili do sądu z informacją, że trzeba wysłać list gończy. Najpierw go puścili, potem zmienili zdanie i postanowili go jednak z powrotem zamknąć, ale dla przyzwoitości odczekali dobę, żeby nie było, że tak od razu. Teraz rozkładają ręce i zamiast go po prostu łapać, jeżdżą tam i z powrotem z papierkiem sądowym, bo takie są procedury. Reforma sądownictwa w imię naprawiania świata trwa. Miał rację Michel Foucault – procedury służą dyskursowi władzy i pożądania, a właściwie władzy pożądania. Z prawdą i sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego.

    Powinienem następny akapit zacząć od stwierdzenia: „Ponieważ prawda i sprawiedliwość również nie istnieją, a jeśli, to tylko jako fantomy”. Ale nie napiszę, bo nie o tym jest ten dziennik (a właściwie dlaczego nie?). Miałem w nim na gorąco zapisywać siebie i świat, który do mnie dociera. Szybko wzrosła liczba zakażonych, są kolejne ofiary śmiertelne. Minister zdrowia, którego bez względu na wszystko podziwiam za siłę i ofiarność osobistą, zaapelował o poważne potraktowanie najbliższych trzech tygodni. Zrobił to na antenie Radia Maryja, czyli mówił do tych, którzy jeszcze kilka dni temu odprawiali normalne msze i udawali, że nic się nie dzieje. Odważny minister. Chyba stawiał na to, że wśród słuchaczy i słuchaczek dominują ludzie starsi – najbardziej narażeni i zarazem nie najlepiej zorientowani.

    Dzisiaj miałem pierwsze zajęcia zdalne ze studentami. Było fajnie, podłączyła się piętnastka, czyli prawie cała grupa. Pogadaliśmy o lekturach, powymienialiśmy opinie, ale wszyscy byliśmy trochę spięci. Trudno się skupić, myśl ucieka. Każdy siedzi u siebie w domu, więc jakby luz i bezpieczeństwo, ale tylko pozornie. Nie tragedia, ani katastrofa, ale niepokój. Tak, to wbrew pozorom całkiem mocne słowo: NIEPOKÓJ. Zalega pod skórą, nie eksploduje, nie wywraca wszystkiego do góry nogami, ale przeszkadza. Uwiera. Niepokoi. Zostaliśmy przy opowiadaniu, jak komu idzie odosobnienie i jakie środki wyrazu przychodzą mu do głowy na oddanie aktualnego stanu ducha. Nieokreśloność, niepewność, niepokój, z dnia na dzień coraz silniejsze – to dobry początek horroru. A zajęcia są z narracji w kryminale i horrorze. Pasuje. Myślę, że mimo utrudnień to będzie bardzo udany semestr. Jeśli dotrwamy do końca.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Ten niepokój zalega i we mnie. Wczoraj wieczorem byliśmy na zakupach w makro, godzinę zbieraliśmy pełny kosz i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami był jeden wózek, drugi przy kasie. Kasjerka obsługiwała go przez kwadrans, a kiedy przyszła nasza kolej na wykładanie towaru, postawiła nam przed nosem tabliczkę „Ostatni klient”. To był początek przerwy nocnej. W pierwszym zdaniu poprosiłem o obsłużenie, w drugim rzeczowo wyłożyłem, że czekamy i powinniśmy być obsłużeni, a trzecie zdanie było już niepotrzebne, bo niemiłe. Napięcie rosło parę minut, łącznie z wezwaniem głównej kasjerki. Wszystko skończyło się dobrze, ja grzecznie przeprosiłem, a pani nas obsłużyła w drodze wyjątku, niemniej całą drogę powrotną byliśmy skwaszeni i spięci. Myślałem o moich nerwach. Niby spokój, opanowanie, radzimy sobie i wszystko jest pod kontrolą, ale wystarczy drobiazg, błahostka, która nawet nie jest zagrożeniem, tylko mglistą ewentualnością zagrożenia dla twoich (faktycznych czy rzekomych) praw i od razu wpadasz w drżenie. W nerwy. Niepokój, przyczajony pod powierzchnią, natychmiast uruchamia mechanizmy agresji. Bo agresja jest reakcją na lęk. Nie powinieneś, ale zanim rozum zdąży zareagować, już rusza irracjonalna machina emocji.

    A to dopiero początek.

    Wprowadzono kolejne obostrzenia co do wychodzenia z domu. O zmierzchu pojechałem na łąki z Aksą. Agresją agresją, ale spacerować trzeba. Pusto, nikogo. Lubię zmierzch od zawsze, jest moim pejzażem katastroficznym, w którym – paradoksalnie – najlepiej się odprężam i uspokajam. Aksa lata beztrosko, ją pandemia nie rusza, z siedzenia w domu całej rodzinki ma tylko zyski, a koronawirus jej nie zabije. Ktoś dowcipkował w internecie, żeby się nie martwić, bo ten wirus zabija wyłącznie ludzi i to jest dobra wiadomość. Też katastrofizm, tylko jakby nieco bardziej radykalny. Aksa musiała usłyszeć i tym bardziej się wyluzowała. Pusto, nikogo. Niebo czyste, bez jednej samolotowej smugi, których skrzyżowane mleczne miecze dosyć nawet lubię. Stoję na środku wielkiej łąki, gaśnie światło. Zupełnie sam, jak Larry Underwood, mógłbym po prostu ruszyć przed siebie i iść, donikąd i po nic. Zbędna wolność. Życie jako totalna kwarantanna.

    Chodź, Aksa, wracamy.