Tag: Krzysztof Domaradzki

  • „Pierwsze pięćdziesiąt stron” – lutowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Autorzy często fetyszyzują pierwsze zdanie w książce. Dmuchają na nie, chuchają, zmieniają po wielokroć. Uporczywie powtarzają na głos, dopóki nie zabrzmi tak, jak sobie wymarzyli. Tymczasem otwierające zdanie jest bez znaczenia. Liczy się pierwsze pięćdziesiąt stron.

    Jedno z tegorocznych postanowień literackich, którymi przed miesiącem podzieliłem się na smakksiazki.pl, dotyczyło doczytywania/dosłuchiwania książek. Chciałem przezwyciężyć moją konsumencką zmorę, polegającą na tym, że mnóstwo utworów zaczynam, ale niewiele kończę. Niestety, po miesiącu już wiem, że nic z tego nie będzie. Z dziesięciu książek, do których podszedłem w styczniu, ukończyłem zaledwie dwie.

    Trzymam się natomiast w innym postanowieniu – ewidencji utworów. A dzięki temu, że się w nią zagłębiłem, lepiej rozumiem, dlaczego tylko co piątą książkę udaje mi się przeczytać w całości.

    Jeszcze chwilę temu podejrzewałem, że problemem musi być odtrącający styl danego autora albo trudna do poskromienia pokusa testowania ciągle nowych smaków. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, niejednoznaczna i martwiąca – przynajmniej dla mnie, człowieka żyjącego z pisania. Okazuje się, że twórca może w bardzo krótkim czasie podpaść czytelnikowi na bardzo wiele sposobów. Raczej nie na przestrzeni inauguracyjnego zdania czy kilku wstępnych akapitów, ale już na dystansie pierwszych pięćdziesięciu stron – jak najbardziej.

    Dlaczego akurat tylu? Ponieważ mniej więcej tyle Audioteka pozwala połknąć bezkosztowo, a od jakiegoś czasu większość moich pierwszych styczności z literaturą odbywa się właśnie poprzez łykane w trakcie biegu audiobooki (świetny sposób na uniknięcie zakupu kota w worku).

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Poniżej przedstawiam owoc mojej wewnętrznej analizy trudnych książkowych początków. Bez strzelania tytułami, ponieważ publiczne linczowanie autorów po zapoznaniu się z ich utworami zaledwie w jednej dziesiątej byłoby niesprawiedliwością i draństwem. Mimo wszystko uważam, że nie należy oceniać nas po tym, jak zaczynamy, ale po sposobie, w jaki kończymy. Nawet jeśli zdarza nam się na wstępie spieprzyć sprawę tak bardzo, że niektórzy czytelnicy nie mają ochoty na dalszy ciąg.

    Złe proporcje, zła selekcja treści

    Zabrałem się za quasibiograficzny poradnik całkiem popularnego człowieka, który postanowił podzielić się spostrzeżeniami na temat swojej kariery i dziedziny zawodowej. Wystartował po bożemu – od syntezy ogólnych spostrzeżeń i zapowiedzi tego, o czym będzie książka. Wyszło nawet nieźle, obiecująco. Ale potem zaserwował ciągnącą się jak flaki z olejem opowieść o potwornie nudnym dzieciństwie, w którym nie wydarzyło się nic ciekawego, śmiesznego czy zaskakującego. W efekcie na przestrzeni kilkudziesięciu stron nie dowiedziałem się niczego o temacie, dla którego sięgnąłem po tę pozycję. Absolutnie niczego. I choć moja ciekawość nie została zaspokojona, byłem zbyt zirytowanym niepotrzebnym osobistym rozbiegiem, aby dokonać zakupu.

    Niedźwiedzia przysługa

    Przeciągnięcie opowieści z dzieciństwa to jednak nic przy tym, z czym zetknąłem się w wychwalanym na prawo i lewo poradniku pewnego psychologa. Tytuł zaczyna się od absurdalnie długiego wstępu (nawet nie wiem czyjego, ponieważ nie dobrnąłem do końca), którego celem jest zbudowanie autorytetu autora. I jest to niewątpliwie słuszny cel, ale wykonanie okazało się fatalne. Ciąg niezbyt porywających anegdot dowodzących tego samego. Historyczne odniesienia, które dla osoby zainteresowanej tematyką książki są kompletnie bez znaczenia. Szczegółowa charakterystyka autora, jakby to on miał być bohaterem poradnika, a nie jego twórcą. Krótko mówiąc, kumpel psychologa zaserwował czytelnikom ciężkostrawny aperitif, całkowicie odbierając ochotę na danie główne.

    Kryminał bez intrygi

    Ceniony polski autor, nagradzana książka, zachęcający opis. Wszystko było na swoim miejscu. Aż zacząłem słuchać. Kilkudziesięciostronicowa ekspozycja powiedziała mi sporo o bohaterce i jej osobistych perypetiach, ale nie dowiedziałem się niczego o intrydze, mającej być lejtmotywem powieści i głównym powodem, dla którego po nią sięgnąłem. Oczywiście nie ma przymusu wprowadzania trupa w pierwszym rozdziale kryminału, ale gdy na dzień dobry dostaje się bardzo szczegółowe, wręcz wikipedyjne wprowadzenie w dzieje osoby, która – jak wnoszę z wydawniczej zapowiedzi – nawet nie jest pierwszoplanową postacią, to można wymięknąć.

    Sztampa do kwadratu

    I dla odmiany: książka zaczyna się od trzęsienia ziemi. Gangsterzy, narkotyki, mordobicia, strzelaniny, zamachy. Fajerwerk na fajerwerku. Tyle że to wszystko już było. Już to wszystko czytałem. Już zdążyło mi zbrzydnąć. Przynajmniej podane w takiej formie – bez zachwycającego stylu, bez oryginalnej narracji, scenerii albo bohaterów, bez jakichkolwiek wyróżników. Jeżeli jest w tej powieści coś, dlaczego warto po nią sięgnąć (a zakładam, że jest, skoro ktoś ją wydał i zainwestował w promocję), to albo zostało starannie ukryte, albo umiejscowione po przekroczeniu granicy czytelniczego bólu – za pięćdziesiątą stroną.

    Przepraszam, ale o co chodzi?

    Wpadła mi w uszy druga część pewnego popularnego brytyjskiego cyklu kryminalnego, podobno najlepsza i podobno możliwa do wchłonięcia bez znajomości pierwszej. Może i tak. Ale przez pierwsze pięćdziesiąt stron czułem się jak dziecko we mgle, mimo że – umówmy się – kryminały to nie rocket science. Niedopowiedzenia, skróty myślowe, niezrozumiałe odniesienia do zdarzeń i postaci, których nie czytając jedynki, nie miałem prawa znać. Ogólnie rzecz biorąc, coś tam widziałem, ale nie na tyle, aby móc to opisać. I nie na tyle, aby chcieć obejrzeć w całości.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Postanowienia całoroczne”. Styczniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Rzucane wraz z nadejściem nowego roku obietnice – uprawiania sportu, zdrowego odżywiania albo regularnego czytania – często są podlanymi drwiną i chciejstwem efemerydami, które padają jeszcze w styczniu. A gdyby tak potraktować je śmiertelnie poważnie?

    Kilka lat temu, tuż po Nowym Roku, wybrałem się do mojego ulubionego sklepu – Decathlonu. Musiałem kupić nowe buty do biegania, do siatkówki i do tenisa. I choć przed nabyciem tych ostatnich powstrzymał mnie wąż w kieszeni, słusznie zauważając, że jak na amatora zasadzam się na irracjonalny jednorazowy wydatek, zameldowałem się przy kasie z pokaźną porcją sprzętu sportowego (w trakcie wędrówki decathlonowymi alejkami zawsze coś ekstra wpada do koszyka). Czułem się z tym trochę nieswojo, to fakt. Ale dopiero szyderczy uśmiech sprzedawcy uświadomił mi, że wpisałem się do grupy typowych noworocznych klientów. Mistrzów słomianego zapału. Kolekcjonerów nieużywanych gadżetów. Lekkoduchów i marzycieli.

    Moje decathlonowe zbrojenia nie miały nic wspólnego z noworocznymi postanowieniami – konieczność uzupełnienia sportowej garderoby akurat zbiegła się w czasie z nastaniem kolejnego roku. Nigdy nie przemawiało do mnie tworzenie osobistych zobowiązań w czasie wielkiego świątecznego obżarstwa czy w obliczu sylwestrowego kaca. Nie wierzyłem w skuteczność postanowień dietetycznych tworzonych w chwili pierogowego przesytu ani w wyznaczanie celów sportowych z poziomu kanapy. Ale przede wszystkim mierziła mnie masowość tego zjawiska. Nieprzypadkowo na początku stycznia siłownie i szkoły językowe pękają w szwach, a w internecie roi się od podpowiedzi, co w danym roku warto sobie postanowić (od „ograniczę słodycze” i „rzucę palenie” po „wyjadę w podróż marzeń’ i „znajdę miłość swojego życia”).

    www.unsplash.com/Jude Beck

    Jednak w tym roku postanowiłem zadziałać inaczej. Zamiast drwić z obietnic noworocznych, opracowałem rozbudowaną i usystematyzowaną listę postanowień całorocznych. Założenia podzieliłem na kilka głównych grup (zawodowe, osobiste, zdrowotne, hobbystyczne) i wiele podgrup. Niektóre cele mieszczą się w więcej niż jednym zbiorze. Jedne wydają się trywialne i proste, a inne wysublimowane, złożone i trudne do zrealizowania.

    To lista dziesiątek mniejszych i większych usprawnień. Mniejszych i większych apgrejdów systemu, które mają uczynić moje życie przyjemniejszym, bardziej satysfakcjonującym, lepiej ustrukturyzowanym (spontaniczność jest przereklamowana). Wyszedłem z założenia, że nawet jeśli uda mi się zrealizować tylko kilka z nich, i tak odczuję istotny postęp. A sprzedawcy ze sklepu sportowego nie będę musiał się wstydzić – w końcu kupuję online.

    Oczywiście wiele planowanych udoskonaleń ma związek z literaturą. Niektóre są zbyt intymne, aby się nimi dzielić, ale pozostałe, jak sądzę, mają całkiem uniwersalny charakter. Jeżeli uznacie, że warto je pożyczyć i zaadaptować do swoich potrzeb – nie pogniewam się. Wręcz przeciwnie. Będę trzymał za Was kciuki, równie mocno jak za siebie.

    Starannie dobieraj lektury

    To coś, o co często apeluję i z czym sam mam problem. Ze względu na brak czasu nie mogę czytać tyle, ile bym chciał, więc staram się skrupulatnie wybierać lektury. Ale jednocześnie przez brak czasu zdarza mi się sięgnąć po pierwszy z brzegu utwór – na przykład tuż przed wyjściem na trening biegowy. W efekcie zamiast poświęcić kilka minut na research, tracę godzinę, dwie, a czasem więcej na obcowanie z czymś, co zupełnie mi nie leży.

    Doczytuj/dosłuchuj

    Bieganie to dla mnie literacki poligon doświadczalny. Audioteka pozwala odsłuchać za darmo fragment dowolnego utworu, więc często wykorzystuję tę furtkę, aby w trakcie półtoragodzinnego treningu zapoznać się z głośnymi premierami albo autorami, których nie wypada nie znać. Niestety, rzadko idę za ciosem. Wiele utworów znam tylko w jednej dziesiątej. Czasem styl autora bywa tak odtrącający, że po przesłuchaniu zaledwie fragmentu mam ochotę wziąć dożywotni rozwód z jego twórczością, ale częściej przegrywam z pokusą nieustannego sprawdzania nowych smaków. I tym samym skazuję się na czytelniczą powierzchowność.

    Prowadź ewidencję

    Spisywanie przeczytanych książek wyłącznie po to, aby na koniec roku móc się pochwalić czytelniczym urobkiem, nie ma większego sensu. Ale rejestry literackie potrafią być przydatne. Pozwalają usystematyzować plany czytelnicze, ułatwiają dobór lektur, pomagają nadrabiać zaległości gatunkowe, mobilizują do czytania i myślenia o książkach. W dodatku prowadzenie ewidencji jest tak dziecinnie proste i praktycznie bezwysiłkowe, że trudno mi zrozumieć, dlaczego do tej pory zabierałem się do tego jak pies do jeża.

    Czytaj polskich autorów

    Za każdym razem, gdy zachęcam do czytania rodzimych kryminalistów, aktywuje się we mnie pierwiastek hipokryzji. Nie mam bowiem pojęcia o ich twórczości. Kojarzę nazwiska, tytuły czy tematykę utworów moich konkurentów, ale ich style, sposoby budowania narracji czy techniki pisarskie są dla mnie wielką niewiadomą. Dopiero w minionym roku zacząłem nadrabiać braki, aby mieć przynajmniej mgliste pojęcie, z kim rywalizuję o gusta odbiorców. I żeby poznać inny wymiar literackiego świata, który do tej pory kojarzyłem głównie z kart skandynawskich i anglosaskich kryminałów.

    Wiedź bardziej literackie życie

    Dla każdego może to oznaczać coś innego. W moim przypadku chodzi o śledzenie serwisów i blogów książkowych, aktywniejsze uczestnictwo w życiu kulturowym, częstsze publikowanie treści literackich w mediach społecznościowych, interesowanie się dokonaniami rodzimych pisarzy, szukanie powieściowych trendów. Dzięki temu powinienem stać się bardziej uświadomionym autorem. Poza tym jeśli chciałbym kiedyś ponarzekać na nędzną jakość dyskusji o kulturze w przestrzeni publicznej, przydałoby się mieć alibi.

    Pisz więcej

    Autor często żyje trzema książkami jednocześnie: tą, którą wydaje i promuje, tą, którą pisze, oraz tą, którą zamierza się zająć w następnej kolejności – i na przykład zbiera do niej materiały. Oprócz tego często musi godzić życie literackie z tym, które stanowi jego podstawowe źródło dochodu. Przerabiam to od kilku lat i chyba całkiem nieźle mi wychodzi. Dlatego nie zamierzam tego trybu zmieniać, a jedynie podłubać w proporcjach – wzmacniając nadrzędność tworzenia książek nad pozostałymi aktywnościami. Jest na to tylko jeden sposób: pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Jak najmądrzej, jak najcelniej, jak najwięcej. Najlepiej w takiej kolejności.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Ten ostatni poniedziałek” – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Nie spotkało nas w tym roku nic śmiesznego – chciałoby się powiedzieć, parafrazując Adasia Miauczyńskiego. Jednak choć łatwo można tę tezę bezrefleksyjnie przyjąć i powtarzać, bezproblemowo da się ją także obalić.Mijający rok był do dupy. Po prostu. To fakt, który można uargumentować na tysiące sposobów, ale najprościej sprowadzić go do trzech katastrof – zdrowotnej, gospodarczej i polityczno-społecznej. Wszystkie będą się za nami ciągnąć najpewniej przez sporą część 2021 roku, więc robiąc résumé ostatnich miesięcy i siląc się na prognozowanie, co nas czeka w przyszłości, trudno być optymistą.

    Ale ponieważ głupio wieńczyć rok smuty jeszcze jednym dołującym tekstem, przypominającym o zakażeniach, zgonach, problemach psychicznych czy upadających firmach, w ostatnim tegorocznym felietonie dla smakksiazki.pl postanowiłem się skupić na rzeczach miłych, śmiesznych, wręcz budujących – także dla literatury. Bo nawet w czasach koronawirusa można dostrzec pozytywy. Trzeba tylko założyć odpowiednią soczewkę.

    I tak na przykład fajnie, że pisarze wciąż mają głos. Mocny, wyrazisty, docierający do mas. Widzieliśmy to w kulminacyjnym momencie protestów przeciwko zaostrzeniu przepisów aborcyjnych, kiedy sprzeciw wobec zmian wyrażali m.in. Olga Tokarczuk, Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk, Mariusz Szczygieł czy Zygmunt Miłoszewski. Niektórzy robili to na tyle wyraziście, że znaleźli się na czołówkach największych serwisów informacyjnych w kraju. Jestem daleki od zachęcania autorów do politykowania czy namawiania do słuchania ludzi, którzy nie są ekspertami w dziedzinie funkcjonowania państwa i instytucji publicznych, ale w przypadku ważkich społecznie tematów warto się kierować opinią bacznych obserwatorów naszej rzeczywistości. Zwłaszcza gdy chodzi o coś, co dotyczy nas wszystkich.

    Fajnie, że w tej chwili najlepiej sprzedającą się książką w Empiku jest „Czuły narrator” Olgi Tokarczuk (a przynajmniej był jeszcze chwilę dni temu). Wiem, że to dowód żywotności noblowskiego ducha, a nie świadectwo nagłego zwrotu Polaków w kierunku ambitnej literatury, ale i tak dostrzegam w tym duży pozytyw. Żeby go nie stłamsić, lepiej nie sprawdzać, jakie książki sprzedawały się najlepiej na przestrzeni całego 2020 r. Podpowiem: jaki rok, taka lista bestsellerów.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Fajnie, że nie zostaliśmy zasypani koronawirusową literaturą. W marcu obawiałem się, że stado autorów rzuci się do wymyślania lockdownowych fabuł i gdy tylko nastąpi odmrożenie gospodarki, sklepy zaleją sklecone naprędce towary o pandemicznej tematyce. Podejrzewam, że gdyby do tego doszło (choć może lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca), liczba księgarń, które padły w 2020 roku, byłaby jeszcze większa – Instytut Książki i tak doliczył się niemal 120.

    Fajnie, że literatura wciąż jest chętnie tłumaczona na język filmu. Canal + wypuścił niedawno ekranizację „Króla” (Szczepan Twardoch), na TVN-owskim Playerze można obejrzeć „Żywioły Saszy” (Katarzyna Bonda), Sony Pictures Television i Polsat kręcą serial kryminalny na podstawie „Rysy” i „Układu” (Igor Brejdygant). Pandemia na szczęście nie zatrzymała widocznego od kilku lat trendu, który ewidentnie wspiera rynek książki. Choć oczywiście nie jest to prosty mechanizm – nie każda ekranizacja (filmowa czy serialowa) powoduje kosmiczny wystrzał popularności literackiego pierwowzoru. Gdyby tak było, nie musielibyśmy googlować, kim był Walter Tevis.

    Fajnie, że świat książki się scyfryzował. To był niezły rok dla księgarń internetowych, audiobooków, ebooków czy literackich rozmów online. Te ostatnie stały się wartościowym substytutem spotkań w empikach, bibliotekach czy na targach książki, które wybił nam z głowy koronawirus. Gdyby nie pandemia, prawdopodobnie nigdy nie wyszłyby z niszy. A z dziennikarskiego doświadczenia wiem, że dzięki uinternetowieniu świata można ściągnąć przed ekran gwiazdy, których nie dałoby się namówić na spotkanie w fizycznej przestrzeni.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Fajnie, że kolejne firmy farmaceutyczne chwalą się szczepionkami, a rządy przedstawiają konkretne plany szczepień. To daje realną szansę na powrót normalności – również literackiej – w 2021 roku. Nie widzę powodu, dla którego zaszczepieni ludzie nie mogliby uczestniczyć w targach, tłumnie wchodzić do księgarń albo brać udziału w spotkaniach autorskich. Jeżeli nic się nie wysypie w procesie wyszczepiania, spodziewam się, że w maju znów kilkadziesiąt tysięcy wyposzczonych fanów książki spotka się z autorami i wydawcami na Warszawskich Targach Książki. Oby na Stadionie Narodowym.

    Wreszcie fajnie, że ludzie wzięli się w garść. Pewien mądry człowiek przekonywał mnie ostatnio, że ludzkość pracuje ledwie na ułamek swoich możliwości. I że musi dojść do katastrofy (na przykład klimatycznej, bo koronawirus to za mało), aby coś się zmieniło. Mam jednak wrażenie, że choć w pandemii nie walczyliśmy o przetrwanie, pokazaliśmy się – i jako ludzkość, i jako Polacy – z całkiem przyzwoitej strony. Kiedy trzeba było sobie pomagać – pomagaliśmy. Kiedy należało siedzieć w domu – siedzieliśmy. Kiedy mimo pandemii wypadało wyjść na ulice i krzyczeć – zrobiliśmy to.

    A w tym wszystkim najfajniejsze jest to, że choć jako społeczeństwo jesteśmy potwornie spolaryzowani, a do tego fizycznie, psychicznie i gospodarczo poobijani, to w tak fatalnym roku się nie pozagryzaliśmy. Złożyliśmy nieformalną, choć jasną deklarację, że chcemy żyć – wciąż na tej planecie, wciąż z tymi sami ludźmi. I obyśmy się nie rozmyślili. Tego sobie i Wam życzę w nowym roku.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Niemoc”, październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca zamierzałem podzielić się z Wami jakąś wyczytaną mądrością, opowiedzieć anegdotę literacką, błysnąć spostrzeżeniem albo chociaż dowcipem. Nic z tego. W głowie mam pustkę. Jakbym rozwiódł się z kulturą. W dodatku bez orzeczenia o winie.

    Kilka dni temu zacząłem oglądać serial „Ratched”, netfliksowy prequel „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Spodziewałem się fajerwerków, ponieważ jestem fanem świetnej powieści Kena Keseya i jeszcze lepszej – a to bardzo rzadkie – ekranizacji Miloša Formana. Założyłem, że nieźle sfinansowana opowieść o dawnych dziejach psychotycznej siostry Mildred Ratched nie może się nie udać. I sądząc po ocenach czy opiniach w sieci, wyszło całkiem znośnie. Ale ja wymiękłem przy trzecim odcinku.

    Oczywiście mógłbym zrzucić winę na reżysera Ryana Murphy’ego, który chyba zbyt mocno ugrzązł w swojej campowej estetyce, ale wtedy zorientowałem się, że nowa powieść Jo Nesbø także mi nie wchodzi. Albo inaczej: wchodzi, ale bardzo powoli, w porcjach nieprzekraczających paru stron dziennie, jakbym miał problemy ze zrozumieniem treści albo z akceptacją stylu autora. A to raczej nie jest możliwe, ponieważ z dużą przyjemnością przeczytałem wszystko, co napisał – z wyjątkiem jego powieści dla dzieci.

    Zacząłem więc wchodzić głębiej w problem. I uświadomiłem sobie, że od kilku tygodni nie przeczytałem i nie obejrzałem niczego, co by mi się podobało. Żadnego filmu, serialu, książki, choćby artykułu. I raczej nie jest to wina złej selekcji, ponieważ z reguły nie kupuję kota w worku. W dodatku w ostatnim czasie nie sięgałem po nic eksperymentalnego. Schylałem się po sprawdzone motywy, przyzwoicie oceniane utwory albo – jak w przypadku Nesbø – po towar od ulubionych dilerów.

    I nic. Żadnej frajdy z lektury czy oglądania. Żadnej intelektualnej uczty.

    Utknąłem.

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Przypomniałem sobie, że biegając po Instagramie, parokrotnie zetknąłem się z terminem „blokada czytelnicza”. Bookstagramerzy tłumaczyli nią to, że nie mogą dokończyć powieści (nawet jeśli im się podoba), że nuży ich czytanie, że męczą się na samą myśl o przewracaniu kolejnych kartek. Szczerze mówiąc, myślałem, że to ściema. Że wrzucają posty zapchajdziury, aby wymusić interakcję i wygenerować aktywność wtedy, kiedy nie mają nic ciekawego do opublikowania. Byłem blokadosceptykiem. Ale w końcu też mnie dopadło. I to od razu w wersji rozszerzonej, ponieważ blokada zainfekowała cały kulturowy układ umysłowy.

    Dobra wiadomość jest taka, że nie rozciągnęła się na moje życie autorskie. Nowa książka się redaguje (może nawet ciut szybciej, niż zakładałem), a na etapie tworzenia brzydzę się nią tak samo jak czterema poprzednimi. Teksty do gazety wyrzucam jak z katapulty – w ostatnim „Forbesie” zapisałem rekordowe 75 stron. Ten felieton też wychodzi ze mnie bez bólu, więc zakładam, że dobrnę do końca.

    Martwi mnie jednak to, że nie mam pojęcia, skąd ta blokada się wzięła. Z przepracowania? Chyba nie, od dawna jestem w zawodowym gazie i jeszcze nie czuję palącej potrzeby, żeby zwolnić. Ze złej diety albo z kiepskiego prowadzenia się? Wątpię. Od ponad pół roku nie jem mięsa, schudłem kilka kilogramów, trenuję prawie codziennie, biję rekordy biegowe. Z nabywanej z wiekiem zrzędliwości, postępującego skapcanienia i większej kulturowej wybredności? Może. Choć nie wydaje mi się, żeby przeskok mógł być aż tak gwałtowny.

    Krótko mówiąc: cholera wie. Mam tylko nadzieję, że blokada puści, zanim doświadczę dotkliwego zubożenia kulturowego. Bez literackiego paliwa żaden autor daleko nie zajdzie. Ale też żaden (chyba) nie będzie się codziennie zmuszał do pociągania wachy prosto z dystrybutora. Trzeba lubić ten fetysz.

    A dlaczego w ogóle o tym piszę? Z trzech powodów.

    Po pierwsze: o czymś muszę. Na Smaku staram się pisać o tym, co chodzi po mojej literacko-kulturowej głowie, a ostatnio nie szwenda się tam nic ciekawego. Blokada wygrała walkowerem.

    Po drugie: strzeżcie się. Nie znacie dnia ani godziny. Też możecie wpaść na zaporę, nawet jeśli nie wierzycie w jej istnienie.

    A po trzecie: dzięki blokadzie w końcu zrozumiałem nieczytających. Poczułem, jak to jest, kiedy zmuszasz się do czytania w przededniu kartkówki z polskiego. Kiedy szukasz wymówek, aby nie czytać. Kiedy mając dziesięć minut wolnego, zamiast złapać za książkę, wolisz włączyć telewizor i pooglądać nastolatków grających w „Counter Strike’a”.

    Gdybym musiał wybrać docelowy i nieodwołalny sposób bycia, a moje doświadczenia kulturowe ograniczałyby się jedynie do ostatnich kilku tygodni, prawdopodobnie zabrakłoby w nim miejsca na książki.

    Wyobrażam sobie, że od takich osób – startujących od zera i dopiero wybierających swoje pasje, niemających wyrobionego gustu rozrywkowo-kulturowego, a do tego podatnych na trendy i zachowania rówieśników – w największym stopniu zależy przyszłość branży wydawniczej. I wyobrażam sobie, że przy obecnym zalewie rozrywek trudno będzie przekonać młode pokolenie, czytanie to najfajniejszy sposób spędzania wolnego czasu. Może więc należy budować w nim poczucie, że nieczytanie to wstyd – jak, dajmy na to, niemycie rąk po sikaniu? Może trzeba całkowicie przemodelować listę lektur, wypychając ją najbardziej kontrowersyjnymi i chwytliwymi tytułami? Może młodzi złapaliby bakcyla, gdyby lektury podawano im w inny sposób – pod postacią audiobooków, skrojonych pod uczniów audioseriali, gier?

    Nie wiem. Może edukatorzy i wyjadacze rynku literackiego mają na to jakieś lekarstwo (choć bardziej przydałaby się szczepionka). Mnie w tej chwili trudno być optymistą. Zakładam, że skoro facet, który żyje z pisania, nabawił się książkowstrętu, mogą się nim zarazić także ci, którzy jeszcze nie zdążyli się skalać literaturą.

    Krzysztof Domaradzki

  • Osobista instrukcja czytania – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jako człowiek żyjący z pisania – w większym stopniu do gazety, w mniejszym książek – doskonale rozumiem, że czytelnik to mój pan, klient i chlebodawca. Ale gdyby tak spróbować trochę pogrzebać w jego guście?

    Wielu autorów – w tym niżej podpisany – utrzymuje, że pisze takie książki, jakie sami chcieliby przeczytać. Oczywiście nie można tych deklaracji traktować zbyt dosłownie. Żaden z nas nie żyje w próżni. Tworzymy powieści, które są oceniane i recenzowane. Widzimy, co się czytelnikom podoba, a co ich odtrąca. Mamy osobistych recenzentów, obeznanych w literaturze wydawców i porządnych redaktorów, którzy weryfikują nasze fabularne i językowe fikołki, zanim trafią do druku. Więc choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli się wybić na niezależność, nigdy nie będzie dla nas w pełni osiągalna.

    Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest wielu autorów, którzy chętnie tworzyliby inaczej – może wolniej, może bardziej wysublimowanie, może w ogóle dryfowaliby wokół innych tematów – ale prawa ekonomiczne są główną determinantą ich działań. Sprawiają, że piszą pod dyktando swojej bazy fanów albo grasujących tu i ówdzie trendów. Ale przyjmijmy na chwilę, że jednak większość autorów – w tym niżej podpisany – stara się pisać tak, żeby usatysfakcjonować przede wszystkim siebie, swojego najważniejszego czytelnika.

    Z tej okazji przygotowałem ściągę – dla tych, którym nie chce się mnie czytać albo którzy z jakiegoś powodu są ciekawi, dlaczego piszę tak, a nie inaczej. Wyjaśniam pokrótce, jak wygląda mój czytelniczy – a więc też pisarski – świat. Co mi się podoba, a co mnie mierzi w kryminałach, które zabiegi fabularne kupuję, a przy których czuję się tak, jakby ktoś próbował wcisnąć mi odkurzacz przez telefon.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Być może odniesiecie wrażenie, że to rodzaj polemiki z niektórymi czytelnikami moich książek (zwłaszcza „Sprzedawcy”) i nie będę się tego wypierał. Być może uznacie, że wpisuję się tem tekstem w toczoną w mediach społecznościowych dyskusję o tym, czy autorzy powinni krytycznie oceniać innych autorów. Tego też się nie wyprę. Ale prawda jest taka, że podobnie jak każdy uważam, że moja racja jest mojsza niż twojsza. I jeżeli zdołam przekonać choćby jednego czytelnika do innego spojrzenia na niektóre elementy kryminalnej układanki, poczuję, że świat stał się ciut bliższy takiemu, w jakim chciałbym żyć.

    Brutalność

    W łódzkiej trylogii nie patyczkowałem się z czytelnikami. Sypałem brutalnymi zabójstwami, wątkami pedofilskimi, zoofilią. Nie było lekko. Było ciężko, gorzko, duszno, brzydko, ponuro. Momentami brutalnie, momentami obrzydliwie. Często strasznie. Ale zależało mi na tym, żeby tej traumatycznej rzeczywistości nie przedstawić aż nadto dosłownie. Żeby nie fruwały wszędzie flaki. Żeby – jak to określił redagujący moje powieści Mirosław Grabowski – powieść nie zamieniła się w poradnik dla zwyrodnialców. Nie mam pojęcia, czy to mi się w pełni udało, ale chęci miałem dobre.

    Nie przepadam za lukrowaniem bohaterów i koloryzowaniem rzeczywistości. Podobają mi się dosadne kryminały, w których zniszczeni przez życie śledczy podejmują się spraw przerastających ich kondycję psychiczną. Ale lubię, gdy autor wie, w którym momencie należy postawić kropkę. Gdy przemoc opisana jest w sposób pobudzający wyobraźnię, a więc zawierający pewne niedopowiedzenia i zmuszający do wybiegania myślami poza to, co znajduje się na papierze. Nie w sposób anatomiczny, dosłowny, szokujący, efekciarski.

    W „Sprzedawcy” wspomnianą kropkę postawiłem jeszcze nieco wcześniej. I dostałem za to po uszach, ponieważ najczęstszym zarzutem padającym pod adresem książki jest ten, że nie dość szczegółowo opisałem, jak główny bohater maltretuje swoje ofiary… Chyba powinienem się cieszyć, że padło na niedostateczną brutalność, a nie, dajmy na to, koślawość fabularną, ale mimo wszystko jestem tym zaniepokojony. Znane z epatowania brutalnością filmy klasy B pozostały tam, gdzie ich miejsce – w niszy. Natomiast literatura klasy B niebezpiecznie wkracza do głównego nurtu.

    Objętość

    Jestem nieco oldschoolowym i pragmatycznym czytelnikiem. Po pierwsze: uwielbiam papier. Po ebooki sięgam w ostateczności, a audiobooki umilają mi głównie bieganie. A po drugie: zwykle sięgam po książki, które jestem w stanie względnie komfortowo czytać w zatłoczonym autobusie. Choć rzecz jasna zdarzają się wyjątki – „Terror” Simmonsa czy „Wyznaję” Cabré połknąłem w całości, kursując między domem a pracą.

    Jednak objętość nigdy nie była dla mnie fabularnym problem. Także w przypadku literatury czysto rozrywkowej. Lubię dłuższe kryminały – liczące po 500, 600 stron. Takie, w których autor może się w pełni wypisać. W których przedstawia coś więcej niż zdawkowy rys charakterologiczny bohaterów. W których nie chodzi na fabularne skróty i nie narzuca rollercoasterowego tempa. W których od czasu do czasu wrzuci coś, co być może jest bez znaczenia dla głównego wątku, ale wnosi fajną niekryminalną wartość.

    Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby obniżyć ocenę powieści kryminalnej ze względu na jej poważną objętości – chyba że byłaby fabularnie pusta i rozdmuchana jak niektóre seriale. Nie odrzuciłbym też książki przed lekturą z powodu jej grubości. I nie bałbym się tego, że poboczne wątki spowolnią tempo czytania – nie jestem zawodowym recenzentem, więc od szybkości mielenia utworów nie zależy mój dobrostan finansowy. Nie chodzi o to, żeby tygodniami łamać sobie głowę nad literaturą rozrywkową, ale miło jest czasem zwolnić, spojrzeć z szerszej perspektywy na postępowanie bohaterów, rozsmakować się w słowach albo pomysłach fabularnych. O ile, rzecz jasna, treść na to pozwala.

    Realizm

    Kiedy rozpoczynałem przygodę z literaturą Jørna Lier Horsta, sądziłem, że przeczytam kryminał inny niż wszystkie. W końcu facet przez połowę życia pracował w policji. Myślałem, że wreszcie się dowiem, jak naprawdę wygląda świat śledczych. I co? I nic. Przeczytałem kryminał (dobry, może nawet bardzo dobry), który pod względem opisu działań policyjnych niespecjalnie się różnił od innych tego typu utworów. Wtedy zrozumiałem, że powieściowy świat kryminalny musi być w mniejszym lub większym stopniu podkręcony. Że gdybym dostał utwór, w którym praca policyjna opisana jest z reporterską dokładnością, najpewniej potwornie bym się przy nim wynudził.

    Oczywiście oczekuję, że kryminalna fabuła finalnie jakoś się zepnie. Że bohaterowie będą postępować logicznie. Że na koniec odniosę wrażenie, iż właśnie przeczytałam historię, która mogłaby się wydarzyć naprawdę – przy założeniu, że w życiu garstki osób skumulowałaby się masa przedziwnych zdarzeń. Ale nie fetyszyzuję realizmu, ponieważ wiem, że mógłby zdewastować odbiór powieści.

    Kryminał to nie reportaż. Ale to także nie fantasy. Słabo, gdy bohater przyjmuje trzy kulki, a potem niczym John Rambo wycina w pień przeciwników. Równie słabo, gdy kryminał dostarcza emocje jak film o facecie w łódce. Tak więc: podkręcanie lub upraszczanie rzeczywistości – tak, niebezpieczne igranie z logiką – nie.

    Zakończenia

    Jestem fanem Jo Nesbø. Uważam, że to najlepszy współczesny autor powieści kryminalnych. Porywa mnie swoimi historiami – nie tylko o Harrym Hole. Ale finały większości jego książek wydają mi się przekombinowane. Zbyt sensacyjne. Napakowane twistami. Nie jak filmy ze Stevenem Seagalem, ale jednak odbiegające od moich oczekiwań.

    Jo Nesbø, fot: smakksiazki.pl

    Teoretycznie o to w kryminałach chodzi. Żeby przez całą książkę wpuszczać czytelnika w maliny, a potem go zaskoczyć. Tyle że ciężko wszystko zaaranżować tak, aby trzymało się kupy. Łatwo zgubić balans i popaść w przesadę. Znacznie trudniej zafiniszować tak, żeby się większości podobało. I to nie dlatego, że autorzy się spieszą, piszą końcówki na kolanie albo nie mają na nie pomysłu. Po prostu taki już urok finałów. Nie śmiem się dąsać na Nesbø za jego zakończenia.

    Całkiem niedawno odkryłem, że najprzyjemniej czyta mi się kryminały, które są lustrzanym odbiciem treningu biegowego. Zwykle zaczynasz go trochę zbyt ostro, jakbyś był zaskoczony tym, że w ogóle zwlekłeś się z kanapy. Potem wyrównujesz tempo i starasz się utrzymać je na satysfakcjonującym poziomie. Na koniec decydujesz się na sprint w granicach swoich możliwości, żeby podkręcić wynik. A po ostrym finiszu pamiętasz o tym, żeby się rozbiegać, porozciągać, wyciszyć, nawodnić i nieinwazyjnie wrócić do rzeczywistości.

    Krzysztof Domaradzki

  • „W biznesie funkcjonuje wielu psychopatów”. Rozmowa z Krzysztofem Domaradzkim

    Biznes przez duże B. Duże pieniądze, władza, niezależność – to w pracy, a co po niej? Po godzinach Kacper Berger z szanowanego menadżera zamienia się w bezwzględnego łowcę, który nie cofnie się przed niczym. Co siedzi w jego głowie? Czy kiedyś popełni błąd? A może tylko zbieg okoliczności może uratować kolejne młode kobiety? Po piętach depcze mu duet śledczych, którzy, jeśli sami się nie pozabijają, to może uda im się namierzyć Bergera? A może fasada z pieniędzy zapewni mu bezkarność? Główny bohater mówi, że to „głupota jest źródłem wszystkich problemów”, czy popełni więc głupi błąd, który wystawi go jak na tacy? Przekonajcie się sami czytając „Sprzedawcę”, najlepszą książkę Krzysztofa Domaradzkiego.

  • Ku pokrzepieniu serc (i portfeli) – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Pożoga, dramat, czarna rozpacz. Kogo nie zapytać, na rynku książki dzieje się źle albo bardzo źle. A odkąd pojawił się koronawirus, to już w ogóle. Jednak wcale tak nie musi być. A nawet – wcale tak nie jest. Wystarczy się porządnie rozejrzeć. Opowiem Wam trzy krótkie historie. W pierwszej chwili może się wydawać, że nie mają ze sobą wiele wspólnego – łączą je tylko dziwaczne pomysły i książki. Ale przy bliższym poznaniu okażą się niemal bliźniacze, choć każda z nich rozegrała się w innym miejscu, okolicznościach i czasie.

    1.

    Niedoszły prawnik, przedsiębiorca, twórca programów telewizyjnych, popularyzator nauki, youtuber, gwiazda internetu. Tak, Radek Kotarski to człowiek wielu talentów. A jakby tego było mało, któregoś dnia postanowił zostać również autorem i wydawcą w jednej osobie. Nie był zachwycony tym, w jaki sposób tradycyjne wydawnictwo zaopiekowało się jego debiutancką książką – „Nic bardziej mylnego!”, więc kolejną – „Włam się do mózgu” – postanowił zająć się samodzielnie. A że wieści szybko się rozchodzą, o pomyśle Kotarskiego dowiedziały się jego dwie koleżanki – Arlena Witt (twórczyni youtube’owego kanału Po Cudzemu) i Ewa Grzelakowska-Kostoglu (Red Lipstick Monster) – i zapytały, czy nie zaopiekowałby się także ich utworami. Skończyło się tym, że w drugiej połowie 2017 roku powstał Altenberg, wydawnictwo inne niż wszystkie – niewspółpracujące z Empikiem ani żadnym innym dystrybutorem, sprzedające książki wyłącznie przez internet, wynagradzające autorów zdecydowanie hojniej niż konkurencja (według Kotarskiego nawet trzy do ośmiu razy hojniej).

    2.

    Gdyby Marcin Beme powiedział Wam, że jest skiturowcem, który zrobił krótki przystanek w Warszawie, żeby za kilka dni pozjeżdżać na dziko w Alpach – pewnie byście mu uwierzyli. Gdyby stwierdził, że od ponad dziesięciu lat zajmuje się biznesem na rynku książki – raczej nie. W 2008 roku ten wyluzowany, zwykle wystrojony w luźną koszulkę i rozpinaną bluzę, nieco chaotyczny dżentelmen wymyślił, że będzie produkował i sprzedawał książki w wersji audio – za pośrednictwem Audioteki. Był to tak nieortodoksyjny pomysł, że pierwsze nagrania Beme pozyskiwał nie od wydawców, tylko z archiwów Polskiego Radia i Polskiego Związku Niewidomych. A żeby zrobić wokół swojej idei trochę szumu, wymyślił, że stworzy wielką dźwiękową produkcję – wzorem hollywoodzkich blockbusterów – na bazie „Narrenturm”, czyli pierwszej części trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. Przekonał do tego autora i jego wydawcę, zwerbował ponad stu aktorów i Janusza Kukułę w roli reżysera, nafaszerował produkt specjalnymi efektami dźwiękowymi. I wydał na to kwotę przekraczającą ówczesne przychody Audioteki.

    3.

    Najpierw chcieli wykorzystać technologię elektronicznego papieru do zbudowania agregatora newsów. Potem wykoncypowali, że fajnie byłoby stworzyć narzędzie dla prawników, które pozwoli im przeglądać kodeksy przy użyciu czytnika. Dopiero przy trzecim podejściu Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz, dwaj utalentowani programiści po Politechnice Poznańskiej, pomyśleli o ebookach. Dołożyli do tego koncept streamingu, znany choćby z szybko rosnących (choć wtedy jest nie tak wielkich) biznesów w typie Netfliksa czy Spotify, po czym zaczęli rozkręcać Legimi. I choć pomysł ebooków na abonament wydawał się obiecujący, to wymagał zburzenia kilku elementarnych przeszkód. Raz, że dekadę temu wydawcy nie pałali miłością do książek elektronicznych, obawiając się, że zmiotą z rynku papierowe. A dwa – nie tak łatwo zbudować dużą bazę klientów, kiedy chcesz to zrobić w oparciu o ludzi niebojących się ebooków, a nawet uważających je za całkiem wygodne.

    ***

    www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky

    Trzy firmy, trzy zestawy przedsiębiorców i trzy karkołomne pomysły na biznes – wymagające sporych nakładów finansowych, zaawansowania technologicznego, zbudowania niemal od zera nowych rynków albo gry na boisku, na którym panoszą się starsi i więksi chłopcy. Jak coś takiego nazwać? Brawurą? Szaleństwem? Biznesowymi fantasmagoriami?

    A może jednak wizjonerstwem?

    W ciągu pierwszych piętnastu miesięcy działalności Wydawnictwo Altenberg wypracowało 14 mln złotych przychodu i 1,8 mln zł czystego zysku. Do dzisiaj sprzedało około pół miliona książek i sfinansowało tyle samo obiadów podopiecznym akcji Pajacyk (jedna sprzedana książka = jeden obiad). W 2019 roku Altenberg – znany już wydawca literatury poradnikowej i ciekawostkowej sygnowanej nazwiskami youtuberów czy celeberytów – zasadza się na 18 mln złotych przychodu, które ma zagwarantować seria nośnych jesiennych premier, w tym nowej książki Radka Kotarskiego.

    W Audiotekę z czasem uwierzyła grupa prężnych inwestorów, którzy przekazali spółce łącznie około 15 mln złotych. Dziś Marcin Beme, zdecydowany lider lokalnego rynku audiobooków, nie potrzebuje już zewnętrznego kapitału, ponieważ w 2018 roku jego firma osiągnęła 62,1 mln zł przychodu i 4,2 mln zł zysku netto. Dziś to on pomaga innym. Niedawno zainicjował akcję „Usłysz kulturę”, w ramach której w trudnych covidowych czasach planuje wesprzeć kwotą 4 mln złotych autorów czy reżyserów gotowych tworzyć interesujące projekty w wersji audio.

    Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz rozkręcali Legimi z pomocą inwestorów i obligacji – łącznie na ponad 22 mln zł. I rozkręcili. W 2019 roku ich firma osiągnęła 17,4 mln zł przychodu i 613 tys. zł zysku netto, a ten rok chce zamknąć z 24,9 mln zł sprzedaży i 2,6 mln zł na czysto. Firma współpracuje w Polsce z ponad 300 wydawcami i większością bibliotek publicznych, a do tego prężnie rozwija się na niemieckim rynku, gdzie oprócz Legimi posiada jeszcze serwis Readfy, oferujący dostęp do ebooków w zamian za oglądanie reklam.

    ***

    Te trzy wariackie pomysły na biznes przerodziły się w trzy zaskakujące sukcesy na rynku książki. To w ogromnej mierze zasługa przedsiębiorców, którzy za nimi stoją. Ich odwagi, kreatywności, kapitału intelektualnego, zdolności czytania trendów technologicznych. Upartości, wytrwałości, wytrzymałości na ból. A także – a może przede wszystkim – przemożnej chęci zburzenia istniejącego ładu. Pójścia pod prąd. Przemodelowania rzeczywistości. Pokazania, że się da, nawet jeżeli czytelnictwo spada, a rynek uchodzi za trudy, niewdzięczny i nieperspektywiczny.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    To ważne – a nawet cholernie ważne – zwłaszcza teraz. W czasie następujących po sobie koronawstrząsów, które gruntownie przebudowują świat, jaki znaliśmy. Przyzwyczaiłem się do powszechnego branżowego pesymizmu. Ale nawet jeśli zmartwienia biznesmenów z rynku książki są przesadzone, to ich ultranegatywne doniesienia trzeba traktować poważnie. Przeprowadzona na przełomie kwietnia i maja ankieta Polskiej Izby Książki jednoznacznie pokazuje, że nie jest wesoło: 89 proc. księgarzy i wydawców spodziewa się ograniczenia działalności z powodu pandemii, co trzeci odczuł dramatyczny spadek sprzedaży (70 proc. i więcej), a ponad połowa ograniczyła zatrudnienie. Nie cierpią jedynie ci, którzy w porę postawili na internet, a więc zrobili to, do czego najróżniejsi progności namawiają przedsiębiorców od co najmniej kilkunastu lat – i to bez względu na branżę, w której działają.

    Tak więc, drodzy księgarze i wydawcy, pamiętajcie o swoich nowoczesnych kolegach, którzy nie tak dawno wystartowali od zera i stworzyli biznesy, które nawet w dobie pandemii mają się świetnie. Pamiętajcie, że książki to nie tylko bajki dla dorosłych, ale też całkiem realne morze możliwości. Również biznesowych.

    Krzysztof Domaradzki

  • Wypatrujecie lipcowych premier? Jest kilka ciekawych tytułów

    Umówmy się, że lipiec nigdy nie zasypywał nas gigantyczną liczbą premier. Obawiałem się, że w tym roku będzie większy dramat, a muszę przyznać, że jest całkiem przyzwoicie, zarówno liczebnie, jak i jakościowo. Jeśli planujecie kupić jakąś nowość na wakacje, to mam dla Was kilka pomysłów, które widzicie poniżej. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się na stronę sklepu lub wydawcy, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule. Nie wiem jak Wy, ale ja już wypatruję tych lipcowych premier jak psiak z głównego zdjęcia.

  • „Skuteczny lek bez recepty”, felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Kiedy nadciąga tsunami, można włożyć kąpielówki i liczyć na fart albo wziąć nogi za pas. A kiedy nadciąga tsunami dla zdrowia psychicznego, można załamać ręce i czekać na cios albo… sięgnąć po książkę.

    Bardzo się ucieszyłem, kiedy kilka tygodni temu natknąłem się na tekst dotyczący korzyści z obcowania z literaturą w okresie pandemii autorstwa Marii Deskur, prezeski Fundacji Powszechnego Czytania (klik). Dowiedziałem się z niego, że czytać nie tylko wypada, ale nawet trzeba, ponieważ od tego zależy nasze zdrowie psychiczne. Niby już to wcześniej domniemywałem, ale zawsze miło jest się dowiedzieć, że są badania, które o tym niepodważalnie świadczą.

    A takie przeprowadzili eksperci z Mindlab International at the University of Sussex. Brytyjczycy wyliczyli, że sześć minut czytania dziennie może zredukować poziom stresu aż o 68 proc. Czytanie radzi sobie z tym lepiej niż słuchanie muzyki (61 proc.), picie herbaty albo kawy (54 proc.) czy nawet spacer (42 proc.). Nie wspominając o grach komputerowych, które może i redukują napięcie o 21 procent, ale i przyspieszają tętno.

    Jak powiedział neuropsycholog David Lee: „zatracanie się w książkach to ostateczna relaksacja”.

    Pamiętacie już, że trzeba czytać? Że to świetne lekarstwo na wzrost napięcia? Że szczególnie w mocno stresującym okresie warto sięgać po literaturę?

    No to łapcie garść danych, które dodatkowo zachęcą Was do czytania. A jeśli nie muszą zachęcać, to przynajmniej ułatwią szermierkę słowną z „niewiernymi”.

    www.unsplash.com/Miika Laaksonen
    • Między 9 marca a 10 kwietnia tego roku Polacy wydali ponad 200 mln złotych na leki refundowane wspierające samopoczucie (szacunki firmy PEX PharmaSequence zebrane na zlecenie „Dziennika Gazety Prawnej”). Sprzedaż antydepresantów względem analogicznego okresu ubiegłego roku wzrosła o jedną trzecią. Na wszelki wypadek przypomnę, że pandemia została ogłoszona 11 marca.

    • Amerykanie w koronakryzysie też łykają tabletki jak szaleni – firma Express Scripts wyliczyła, że między 16 lutego a 15 marca liczba recept na antydepresanty, leki przeciwlękowe i nasenne wzrosła o 21 proc. rok do roku. Oni mają ku temu jeszcze lepszy powód niż my, ponieważ w ciągu paru tygodni 30 mln z nich straciło robotę.

    • Jeszcze przed wybuchem pandemii Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ostrzegała, że już ponad 320 mln ludzi cierpi na depresję (prawie 5 proc. światowej populacji). Do 2030 będzie to najczęściej występująca choroba na świecie.

    • Według WHO w rejonach postkonfliktowych wskaźnik depresji w społeczeństwie często skacze do poziomu około 10 procent. A zdaniem psychiatrów pandemia koronawriusa pod wieloma względami przypomina doświadczenie wojenne.

    • Firma Upper Finance Med Consulting wyliczyła, że w Polsce mamy około 4,3 tys. psychiatrów i 455 specjalistów od psychiatrii dziecięcej, a psychiatrycznie leczy się około 1,6 mln osób. Efekt? Średni czas oczekiwania na niewymagającą skierowania wizytę u psychiatry wynosi 3-4 miesiące.

    Mało w tych danych literatury, prawda? Ale wnioski płyną z nich przynajmniej dwa, w tym jeden literacki.

    Po pierwsze: nadciąga apokalipsa dla naszego zdrowia psychicznego, której w żaden znany nam dzisiaj sposób nie jesteśmy w stanie uniknąć. Koronawirusowy kryzys mentalny, który najpewniej zbierze żniwo dopiero za kilka miesięcy (już po ustaniu pandemii), jest jak niewidzialny pociąg pędzący po zawiłych torach naszego umysłu. A my – związani, usztywnieni, zdezorientowani – możemy się jedynie wpatrywać w tunel, z którego za moment powinien się wyłonić.

    A po drugie: skoro czytanie jest prawdopodobnie najprostszym, najtańszym i najzdrowszym sposobem łagodzenia napięć, to może warto przy jego pomocy choć trochę zminimalizować siłę uderzenia? W końcu 68-procentowa obniżka stresu piechotą nie chodzi. A przeznaczanie 30 czy 50 złotych miesięcznie na literaturę nie wydaje się takie upiorne, jeżeli alternatywą jest wydanie fortuny na leczenie głowy albo kontakt z publiczną służbą zdrowia.

    Za koronakryzys tak czy inaczej zabulimy. Warto więc zrobić to na swoich warunkach.