Tag: Krzysztof Domaradzki

  • „Podróż do przyszłości”. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Koronawirus niewątpliwie zaskoczył świat bardziej niż zima drogowców. Ale czy w branży literackiej rzeczywiście przyniósł wstrząs, jakiego nikt się nie spodziewał, czy tylko przyspieszył nieuniknione?

    Na kryzysach finalnie zwykle wygrywają firmy wyznaczające lub wyprzedzające trendy oraz błyskawicznie adaptujące się do zmian. A te wszystkie nowatorskie pomysły, które uchodziły za ciekawostki, dziwactwa albo po prostu zawracanie dupy, często stają się nową rzeczywistość. To ogólna, ponadczasowa zasada. Bo kryzysy to przede wszystkim katalizatory zmian, które częściej uwypuklają zjawiska już istniejące, niż generują nowe. I nie ma powodów przypuszczać, żeby po koronawirusie miało być inaczej – bez względu na to, czy pandemia wygaśnie za miesiąc czy za dwa lata. Już teraz wiemy, że lekarz w internecie to dalej lekarz, że sprawy urzędowe da się załatwić na odległość, że mycie rąk po wizycie w toalecie wcale tak bardzo nie boli.

    Jeżeli zaś chodzi branżę literacką, wiele wskazuje na to, że przez kryzys najłagodniej przejdą firmy zaprzyjaźnione z internetem: dystrybuujące treści w sieci oraz stawiające na ebooki i audiobooki. Te, które starają się trzymać rękę na pulsie, zamiast bezrefleksyjnie bronić starego porządku. Bo jak zauważył na łamach „Financial Timesa” Stephen Page, szef londyńskiego wydawnictwa Faber and Faber, w ciągu najbliższych trzech do sześciu miesięcy możemy dostać się w miejsce, w którym prawdopodobnie znaleźlibyśmy się dopiero za kilka lat, gdyby nie przytrafił się koronawirus.

    A gdzie dokładnie? Tego oczywiście nikt nie wie na pewno. Ale na bazie danych i obserwacji można już trochę pogdybać. Łapcie więc moje postcovidowe prognozy dla rynku książki.

    1. Online wyraźnie wyprzedzi offline

    Sprzedaż od lat przesuwa się w stronę internetu. Nihil novi. Ale w dobie koronawirusa popędziła galopem w stronę online’u, często nie tyle redukując, co wręcz całkowicie wygaszając handel za pomocą kanałów stacjonarnych. I to stan, który może się utrzymać. Również w branży literackiej.

    Najdobitniej świadczą o tym decyzje największego gracza na rynku książki – Empiku (1,8 mld złotych przychodu w 2018 roku). To jeden z wielkich przegranych decyzji o zamknięciu centrów handlowych. Dziś Empik wcale się nie napala na odmrożenie gospodarki, tylko zakłada, że przez najbliższe kilkanaście miesięcy galerie będą zdecydowanie rzadziej odwiedzane niż przed pandemią. I dlatego postanowił odstąpić od ponad 40 umów najmu w takich punktach – także zanim wybierzecie się do swojej księgarni, sprawdźcie, czy nadal tam jest. Zamiast tego stawia na sprzedaż internetową, która już w 2019 roku odpowiadała za około 40 proc. obrotów całej grupy. A w tym roku Empik spodziewa się dalszego zdecydowanego wzrostu w tym segmencie.

    Ograniczenia handlowe, reżim sanitarny i zmiana zwyczajów zakupowych prowadzą do wielkiej rekalkulacji założeń biznesowych, której ostatecznym owocem może być zdominowanie handlu przez kanały internetowe. Summa summarum zyskają na tym gracze, którzy w porę zbudowali online’owe przyczółki, a w obliczu pandemii zdecydowanie na nie postawili, a także ci, którzy narodzili się w sieci – jak np. księgarnia internetowa Bonito. A kto nie umie w internety albo uparcie nie chce się przestawić, najprawdopodobniej zginie. Niestety wiele niezależnych księgarni czy bibliotek stacjonarnych może się nie doczekać nowej rzeczywistości. Jeszcze w pełni nie poznaliśmy koronawirusa, ale nie wydaje się sentymentalnym kolesiem.

    www.unsplash.com/Glenn Carstens-Peters

    2. Czas streamingu

    W ciągu pierwszych trzech miesięcy 2020 roku Netflix zyskał prawie 16 mln nowych subskrybentów. To oczywiście w dużej mierze zasługa koronawirusowej izolacji i odcięcia społeczeństwa od pozadomowych rozrywek, ale też kolejny sygnał świadczący o tym, że pokochaliśmy streaming. Taki czy inny. I nie ma w tym nic dziwnego. Płacisz niewygórowany miesięczny abonament i zyskujesz w zmian dostęp do dużego zbioru treści – albo filmowo-serialowych (dostępnych m.in. w Netliksie, HBO GO, Amazon Prime Video, Apple TV czy Disney Plus), albo muzycznych (Spotify, Tidal, Deezer, Apple Music).

    Te same trendy widoczne są w literaturze. Apostołem streamingu książkowego jest Legimi, od dawna określany jako „Spotify dla ebooków”, ale modele abonamentowe popularyzują się także za sprawą aplikacji Audioteki i Storytela (specjalizujących się w audiobookach) czy Empik Go (ebooki i audiobooki). Obstawiam, że jest tylko kwestią czasu, kiedy zobaczymy kolejne tego typu modele biznesowe. Może doczekamy się platform streamingowych poszczególnych wydawnictw? Albo grup wydawnictw? Może zobaczymy pierwszy abonament na książki papierowe? Może powstaną apki pozwalające budować całkowicie autorskie biblioteki w modelu abonamentowym? Możliwości jest multum.

    3. Ebooki i audiobooki to też książki

    Z badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że po ebooki i audiobooki sięga odpowiednio 2,5 proc. i 3 proc. Polaków. Wniosek? Książki w tej postaci nadal stanowią niszę i nijak nie konkurują z utworami papierowymi. Do tej pory czytelnicy często sięgali po ebooki i audiobooki dopiero w ostateczności – podczas dalekiej podróży samochodem albo przy okazji wyjazdu wakacyjnego, kiedy ograniczony bagaż uniemożliwiał wzięcie drukowanej knigi. Ale w czasie izolacji wielu czytelników mogło się przekonać, że sięga się po nie w sposób szybki, bezpieczny i dziecinnie prosty. Że w ten sposób też można przyjemnie obcować z literaturą. Że to dalej książki, tyle że zapisane na innych nośnikach. Jestem pewien, że dzięki temu ebooki i audiobooki zyskały nowych użytkowników, z których część zostanie z nimi na dłużej.

    A skoro tak, to może w nowej rzeczywistości więcej książek – również ze względu na oszczędności wydawnictw – będzie trafiać na rynek jedynie w postaci ebooków i audiobooków? Może wobec ich rosnącej popularności więcej autorów będzie się decydowało na self-publishing? Może (to wariant skrajny, ale łatwy do wyobrażenia) papierowa książka stanie się luksusem zarezerwowanym dla najpopularniejszych autorów, a większość publikacji ograniczy się do formy cyfrowej lub audio?

    4. Kanapowe targi

    Zamrożenie branży eventowej sprawiło, że z literackiego kalendarza wypadły targi książki i spotkania autorskie. To znaczy wypadły w fizycznej formie, bo wydawcy, blogerzy literaccy i autorzy rzucili się do organizowania ich w przestrzeni wirtualnej. W końcu współczesne wyzwania technologiczne tyczą się sztucznej inteligencji, nowych metod wytwarzania energii czy przetwarzania gigantycznych wolumenów danych, a nie montowania wywiadów i paneli dyskusyjnych na Facebooku czy Instagramie. Tutaj jedyną barierą była społeczna niechęć do takich rozwiązań. Ale koronawirus szybko się z nią rozprawił.

    Targi i imprezy kulturalne są więc masowo przenoszone ze stadionów i ciasnych alejek hal wystawienniczych na kanapy i przed monitory. Dopiero co jarałem się Viralowymi Targami Książki (zorganizowanymi przez twórcę smakksiazki.pl Adama Szaję i pisarza Jakuba Ćwieka), a teraz już napalam się na We Are One: A Global Film Festival, dziesięciodniową ucztę filmową online, która będzie połączeniem festiwali w Cannes, Berlinie, Wenecji i wielu innych (startuje 29 maja).

    Pytanie, czy uinternetowienie kultury utrzyma się w nowej normalności. Na dzisiaj najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: na początku tak. Rozmrażanie wszystkiego co masowe (koncertów, meczów, imprez literackich) będzie następowało powoli. Nie spodziewam się żadnych spektakularnych wydarzeń kulturowych offline w 2020 roku. Za to przypuszczam, że wojna o najlepsze, najfajniejsze, najbardziej napakowane merytoryką i gwiazdami imprezy literackie dopiero się rozpoczęła.

    5. Wydawnicza selektywność i nowe rozdziały

    W 2018 roku wydano w Polsce 33,9 tys. książek, a więc o 6 proc. mniej niż w 2017 r. (dane Biblioteki Narodowej). Ale i tak wydaje się nieporównywalnie więcej niż na początku XXI wieku – po raz ostatni mniej niż 30 tys. tytułów na rynku ukazało się w 2010 roku. Wydawcy sami twierdzą, że książek jest za dużo, że malejące średnie nakłady ich niepokoją, że wcale im się nie uśmiecha wydawanie byle czego, ale skoro wszyscy tak robią, to trzeba się dostosować.

    Nic tak dobrze nie zmienia zasad gry jak porządny kryzys. Może więc koronawirus sprawi, że zubożali wydawcy staną się bardziej selektywni? Może ucierpi na tym literatura ambitna i spoza głównego nurtu, a księgarnie zaleją biografie i poradniki celebryckie? Może największym wyzwaniem początkujących autorów nie będzie wyróżnienie się z tłumu tylko w ogóle znalezienie wydawcy? A może wydarzy się coś pozytywnego? Na przykład literaci zaczną się wznosić na wyżyny kreatywności, aby przekonać wydawców, że warto w nich zainwestować? Cholera wie.

    Pewna wydaje się tylko korekta trendów wydawniczych. Spodziewam się, że nastąpi wysyp książek covidowych i postcovidowych, a więc w ten czy inny sposób odnoszących się do naszej nowej, zamaskowanej, niepewnej rzeczywistości. Kto wie, czy nie zrodzi się z tego jakiś większy nurt, który za kilkadziesiąt lat literaturoznawcy będą rozkładać na atomy. Poza tym przypuszczam, że może wystrzelić literatura psychologiczna, ponieważ po pandemii koronawirusa zanosi się na kolejną pandemię – depresji i problemów mentalnych. Ale o tym opowiem Wam przy innej okazji.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Nie pękajmy”, felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Dobra wiadomość jest taka, że koronawirus nie zabije rynku książki. Zła, że to koniec dobrych wiadomości na dzisiaj. Prawie.

    Wątpliwy urok pandemii polega na tym, że na każdego jakoś oddziałuje. Częściej źle, rzadziej dobrze. Rynek książki znajduje się mniej więcej pośrodku skali. Firmy z branży wydawniczej nie mają tak różowo jak te, które zajmują się telemedycyną, oferują edukację i rozrywkę online albo specjalizują się w organizowaniu webinarów czy wideokonferencji. Ale też nie są w gorzej sytuacji od spółek z branży urody, eventowej, sportowej, turystycznej, lotniczej czy kinowej. Te praktycznie z dnia na dzień straciły wszystkie źródła przychodu i w żaden sposób nie mogą ich zastąpić. Barber nie wyrówna brody na odległość. Hotelarz nie zakwateruje wirtualnych turystów. Piłkarz może pożonglować papierem toaletowym i zamieścić swój wyczyn w sieci, ale klub raczej mu za to nie zapłaci.

    www.unsplash.com/Erik Mclean

    Rynek książki ma możliwość ucieczki – do Internetu. W stronę audiobooków, ebooków i zamówień online. Pod tym względem przypomina chociażby sektor gastronomiczny. Konsumpcja w restauracjach jest odpowiednikiem kupowania książek w księgarniach stacjonarnych, a dostawy posiłków do domu to ekwiwalent literackich zakupów w sieci. W obu branżach rentowność jest podobna, a więc niezbyt imponująca. Obie mają pewne możliwości przeciwdziałania kryzysowi, ale wobec silnie utrwalonych przyzwyczajeń konsumentów są to próby minimalizowania strat niż ucieczki od peletonu.

    W branży literackiej też będą zwycięzcy. Po tej stronie prawdopodobnie znajdą się cyfrowi dystrybutorzy treści w typie Legimi czy Storytela. Ich wyniki nie zostaną storpedowane przez obostrzenia dotyczące wychodzenia z domu i prowadzenia działalności gospodarczej w punktach stacjonarnych. Kryzys przetrwają też duzi gracze, którzy posiadają spore zapasy gotówki albo mają gdzie szukać oszczędności. Najmocniej oberwą najmniejsi i nieinternetowi – niezrzeszone w sieciach księgarnie i niszowe oficyny wydawnicze. W ciągu paru minionych tygodni prawdopodobnie straciły szansę na zakończenie roku z zyskiem. W ciągu kilku następnych będą walczyć o przeżycie. Jeżeli lockdown potrwa do lata albo dłużej, wiele z tych biznesów upadnie. Raczej nie pomoże im tarcza antykryzysowa, która w ocenie większości przedsiębiorców jest wytworem dyktopodobnym. Trudno też liczyć na niespodziewaną państwową interwencję, ponieważ z politycznego punktu widzenia branża literacka jest bez znaczenia.

    Względnie bezboleśnie mogą z tego wszystkiego wyjść pisarze. Oberwą – to jasne. Części straci trochę kasy z tytułu odwołanych spotkań autorskich i innych okołopisarskich aktywności. Nie sądzę, żeby któryś mógł się spektakularnie wzbogacić w czasach, gdy premiery książek są masowo przekładane. Ale przecież gros autorów – w tym ja – nie utrzymuje się wyłącznie z pisania (czy jak mówi Wojciech Chmielarz – z bycia pisarzem). Dla większości z nas pieniądze z szeroko rozumianego życia literackiego stanowią tylko dodatek do pensji. Dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści procent łącznych dochodów.

    Poza tym koronawirus nie torpeduje pracy pisarskiej. Podczas kwarantanny możemy nieskrępowanie wymyślać, bazgrać czy redagować, tym samym budując kapitał literacki na przyszłość. Dzisiejsze straty da się odrobić jutro. Tak więc dobrze, że niektórzy martwią się o pisarzy, dobrze, że istnieje Unia Literacka, która organizuje zrzutkę dla najbardziej potrzebujących autorów (klik), ale sam znacznie bardziej przejmuję się losem eventowców, kosmetyczek, trenerów personalnych, joginów czy właścicieli agroturystyki.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Pandemiczny lament nie powinien przysłonić znacznie większego ryzyka dla rynku. Wirus to zmartwienie na kilka (miejmy nadzieję) miesięcy, natomiast długofalowo literatura musi się mierzyć z zagrożeniem ze strony nowych zjawisk konsumpcyjno-rozrywkowych. Wydawcy, księgarze i literaci toczą niewidzialną wojnę o odbiorców – zwłaszcza tych najmłodszych – z platformami streamingowymi, grami komputerowymi, Tik-Tokiem czy innymi YouTube’ami. I niestety ewidentnie przegrywamy walką o ich uwagę. Rozkwit literatury bazującej na silnych stymulantach (na przykład obozowej czy erotycznej) jest jakąś odpowiedzią na trendy konsumenckie, ale niepokojąco przypomina wołanie o pomoc.

    Na szczęście z tej kwarantannowej smuty może też wyniknąć coś dobrego. W końcu wszyscy gracze z rynku książki dwoją się i troją, aby zachęcić do czytania Polaków od tygodni parciejących w domach. Jest więc cień nadziei, że czytelnictwo wreszcie wzrośnie. Tym bardziej że przed wybuchem pandemii wydarzyło się w tej kwestii sporo dobrego: Olga Tokarczuk dostała Nobla, serialowy „Wiedźmin” napędził sprzedaż książek Andrzeja Sapkowskiego, producenci filmów i seriali zaczęli regularnie schylać się po utwory polskich autorów, a Remigiusz Mróz i Blanka Lipińska wciągnęli do czytelniczej zabawy tych, którzy przedtem omijali książki szerokim łukiem.

    Może się zatem okazać, że za kilka miesięcy ocaleni z apokalipsy wydawcy i księgarze dostaną rynek, o którym marzyli: z większą liczbą czytelników i uszczuploną konkurencją. To oczywiście scenariusz ultraoptymistyczny. Wariant skrajnie negatywny jest taki, że owocem zdziesiątkowanej gospodarki będą miliony ludzi, których w ogóle nie będzie stać na książki. A najprawdopodobniej wydarzy się coś pośredniego. Dlatego nie umartwiajmy się, nie pękajmy, tylko w miarę możliwości róbmy swoje. Piszmy, wydajmy, sprzedawajmy, kombinujmy, walczmy. Ale przede wszystkim czytajmy, bo książka to jeden z najlepszych sposobów na zredukowanie poziomu stresu. Z lekką głową kryzysy także stają się lżejsze.

    Krzysztof Domaradzki

  • O książkach, których mogłoby nie być – marcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    A gdyby tak dało się odzobaczyć i zapomnieć to, co przeczytaliśmy? Albo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawić, że zniknie z księgarskich półek?

    Pewnie część z Was pamięta, jak Jakuba Ćwieka „zalał wkurw” po lekturze „Nieodnalezionej” Remigiusza Mroza. Do tego stopnia, że wystosował za pośrednictwem smakksiazki.pl (klik) list do autora, w którym zbeształ go za podjęcie poważnego tematu – przemocy domowej – bez należytego przygotowania, co wywnioskował i z treści utworu, i z tempa wydawania kolejnych powieści przez najpopularniejszego polskiego pisarza (sam książki nie czytałem, więc nie mogę odnieść się do zarzutów).

    Przypomniał mi się ten tekst w związku z trwającą od jakiegoś czasu modą na popowe powieści z obozem zagłady w tle (a często także w tytule), będącą następstwem komercyjnego sukcesu „Tatuażysty z Auschwitz”. Bo o ile jako dziennikarz ekonomiczny rozumiem wydawców, o tyle jako uczestnik rynku literackiego uważam, że nie jest to najszlachetniejszy sposób wzbogacania się. Tak jak nie jest nim lekkomyślne traktowanie ważnych społecznie tematów.

    Piszę o tym dlatego, że nie tak dawno namawiałem Was do starannego wyboru lektur. Czuję się zatem zobowiązany, żeby pójść za ciosem – i wskazać książki, po które z różnych względów (najczęściej etycznych i estetycznych) sięgać po prostu nie warto.

    1. Fastfoodowe opowieści o ludzkich tragediach

    Tatuażysta z Auschwitz” pobudza wyobraźnię wydawców i autorów, którzy na fali jego sukcesu wypuszczają kolejne obozowe utwory, jak „Kołysanka z Auschwitz” czy „Anioł z Auschwitz”. To popowe naśladownictwo pewnie jest biznesowo uzasadnione (świat literatury już nie raz spotkał się z kopiowaniem zwycięskiej formuły), ale budzi wątpliwości natury moralnej. I uzasadnione obawy, że zanim się opamiętamy, zrobi się naprawdę paskudnie – bo niestety często tak jest, że kolejne wariacje stają się coraz dziwniejsze od pierwowzoru. A tu mamy do czynienia z tematem, przy którym eksperymenty są niewskazane.

    W żadnym wypadku nie namawiam do zaprzestania fabularyzowania opowieści na ważkie tematy. Za to zdecydowanie zachęcam do nierobienia z nich fastfoodowych opowiastek. O sprawach trudnych można opowiadać z klasą, a nawet z humorem. Udowodnił to choćby Roberto Benigni w filmie „Życie jest piękne” – choć i jemu historycy wytknęli nieścisłości, a do produkcji przylgnęło upiorne hasło „komedii o Holokauście”. Udowodnił to także Quentin Tarantino – zarówno w „Bękartach wojny” (przedstawił tam alternatywną wersję II wojny światowej), jak i w „Pewnego razu… w Hollywood”, gdzie opowiedział o sprawie Sharon Tate. A przecież to twórca, który uwielbia jeździć po bandzie.

    2. Przedwczesne biografie sportowców

    Przeczytałem kilka znakomitych biografii i autobiografii sportowców, takich jak „Open. Autobiografia tenisisty” Andre Agassiego czy „Wyścig tajemnic” Tylera Hamiltona – wieloletniego przybocznego, a potem rywala Lance’a Armstronga. Przeczytałem też kilka bardzo, baaardzo złych książek o sportowcach. Nie wdając się w szczegóły: były to opowieści o aktywnych zawodnikach, świetnie zarabiających i obwarowanych wielomilionowymi kontraktami marketingowymi, które nie pozwalają im powiedzieć nic nieoczywistego. W dodatku część z nich została zautoryzowana przez samych bohaterów (czytaj: ich speców od wizerunku), co doszczętnie je odjajeczniło.

    Zdarzają się też przedziwne wynaturzenia. Książki o młodych sportowcach, którzy jeszcze nie dorośli do porządnej biografii – bo nie osiągnęli wystarczająco wiele, nie przeżyli nic ciekawego albo po prostu nie mają jeszcze wiele do powiedzenia. Byłoby miło, gdyby upowszechniła się zasada, że nie wypada pisać książek o aktywnych sportowcach. Owszem, wtedy stracilibyśmy choćby „Ja. Ibra” Davida Lagencrantza, ale też oszczędzilibyśmy sobie utworów o 24-letnim Krzysztofie Piątku, który na jednej z okładek został okrzyknięty piłkarskim geniuszem… Żeby była jasność: chętnie przeczytałbym o jego piłkarskim życiu, ale dopiero za dziesięć, piętnaście lat. Na pewno nie teraz.

    3. Autobiografie gangsterów

    Jeżeli czyta się je jako utwory fabularne, zmyślone, sprzedające śmieszno-straszne historyjki – w porządku. W żadnym wypadku nie należy traktować gangsterskich autobiografii w kategoriach literatury faktu. Przeczytałem kilka utworów, które wyszły spod palców (a przynajmniej z głowy) rzekomo skruszonych przestępców, i nie były to ani porywające, ani wiarygodne opowiastki.

    Żeby się dowiedzieć czegoś o życiu gangsterów, polecam sięgnąć po książki Piotra Pytlakowskiego, dziennikarza od lat analizującego świat polskiej przestępczości zorganizowanej. Albo po „Wisłę w ogniu” Szymona Jadczaka, który opowiedział, jak gangsterzy zawłaszczyli jeden z najbardziej zasłużonych rodzimych klubów piłkarskich.

    4. Utwory ludzi, z którymi fundamentalnie się nie zgadzamy

    Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby okropny człowiek napisał świetną powieść (thank you, Captain Obvious). Ale cholernie trudno jest taki utwór polubić.

    Jakiś czas temu przerabiałem to z Zacharem Prilepinem. Choć lubię taki styl, to żadna z jego trzech książek, po które sięgnąłem, nie sprawiła mi frajdy. Pewnie dlatego, że autor jest narodowym bolszewikiem – z ramienia OMON-u (rosyjskiego ZOMO) walczył na obu wojnach Czeczenii, a potem najechał Donbas. Nie potrafiłem odseparować poglądów pisarza od świata, który kreuje w książkach. Nie mogłem mu zaufać. Ciągle się obawiałem, że zaatakuje mnie zakamuflowaną propagandą. A trudno delektować się fabułą, kiedy musisz nieustannie trzymać gardę.

    5. Debiuty (choć oczywiście nie wszystkie)

    Wiem, to może się wydawać absurdalne. Przecież zwykle nie zaczyna się przygód z autorem w środku jego twórczości. Mimo to gorąco do tego zachęcam. Także w przypadku autorów serii – jeżeli ich spoiwem są bohaterowie, a nie historia przechodząca z części na część. Dzięki temu nie odtrąci się pisarza, który jest świetny, ale w debiucie tego nie pokazał. Przykład? Gdybym zapoznawał się z twórczością autorów zgodnie z kolejnością powstawania utworów, moja literacka znajomość z Jo Nesbø pewnie skończyłaby się ekspresowo, bo już po przeciętnym „Człowieku nietoperzu”. Ale że zacząłem od środka, dzisiaj mam za sobą wszystkie jego utwory i z niecierpliwością czekam na kolejne.

    Podobnego zdania jest Harlan Coben, który we wstępie do „Kliniki śmierci” (stworzył tę książkę jako dwudziestoparolatek, ale wydał wiele lat później) pisze tak: „No dobrze, jeśli to moja pierwsza powieść, po którą sięgnęliście, nie czytajcie jej. Zwróćcie ją. Weźcie inną. Nie ma problemu, zaczekam”. Choć mnie akurat „Klinika śmierci” znacznie bardziej przypadła do gustu niż kilka powieści z Myronem Bolitarem w roli głównej. Cóż, najwyraźniej autorzy są fatalnymi recenzentami własnych utworów.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Pismaki, biedaki, cebulaki”, grudniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Dyskusyjny ranking najlepiej zarabiających pisarzy tygodnika „Wprost” nie mówi prawdy na temat wynagrodzeń polskich autorów. Ale wybija pewną ogólną zasadę, która w wirze rankingowych kontrowersji mogła umknąć.

    Jak już zdążyliście się zorientować, Adam Szaja, gospodarz smakksiazki.pl, jest czujny jak ważka (nieprzypadkowo robi w internatach). Dzięki temu wypunktował ranking najlepiej zarabiających polskich autorów według tygodnika „Wprost” zaraz po jego publikacji (tekst znajdziecie tutaj). Zgadzam się z większością spostrzeżeń Adama, ale mam też kilka własnych – typowo forbesowych. Wprawdzie aż sześciu wniosków nie uzbierałem, ale trzy powinny wystarczyć.

    Po pierwsze, polscy pisarze się biedni.

    Może to brzmieć dziwnie, widząc prawie 2 mln złotych Remigiusza Mroza, ale uwierzcie: w rankingu nie pojawiają się kwoty, jakie powinny zarabiać największe gwiazdy literatury w 38-milionowym kraju. Spójrzmy na lidera peletonu. Można nie trawić twórczości Mroza, uważać, że to literatura niskich lotów, podważać sens wypuszczania sześciu czy siedmiu książek rocznie, ale ten człowiek to fenomen biznesowy. Jednoosobowa fabryka bestsellerów. Polski James Patterson, który w przeciwieństwie do Amerykanina nie korzysta z armii ghostwriterów.

    James Patterson, fot: oficjalny profil autora na Facebooku

    To teraz wyobraźcie sobie, że w ostatnim roku Patterson – jak policzył amerykański „Forbes” – zgarnął 40 mln dolarów, czyli mniej więcej 140 razy więcej od Mroza. Oczywiście Amerykanin ma wielki wyjściowy bonus w postaci tworzenia po angielsku i natychmiastowego pozycjonowania utworów na przepotężnym anglosaskim rynku, ale czy 140-krotna różnica to aby nie przesada? A przecież Patterson wcale nie jest najlepiej zarabiającym autorem ostatnich dwunastu miesięcy. Więcej – i to o 22 mln dolarów – zarobiła J.K. Rowling. I to nie wydając ani jednej książki: jej wynagrodzenie pochodzi m.in. z parków tematycznych (oczywiście poświęconych Harry’emu Potterowi), sztuk teatralnych czy filmów powstających na bazie jej twórczości.

    Po drugie, polscy pisarze są biedni.

    Zostańmy na chwilę przy Rowling. Brytyjka zajęła 13. miejsce na forbesowej liście najlepiej zarabiających celebrytów. Z 92 mln dolarów na koncie uplasowała się tuż za Rogerem Federerem (93,4 mln), za to przed m.in. Dwaynem Johnsonem (89,4 mln), LeBronem Jamesem (89 mln) czy Eltonem Johnem (84 mln).

    A teraz spójrzmy na nasze podwórko. Nie natknąłem się na wiarygodne rankingi finansowe z udziałem polskich muzyków czy aktorów, ale mniej więcej wiadomo, jak sobie radzą sportowcy. Robert Lewandowski podobno zgarnia około 20 mln euro rocznie (ok. 86 mln złotych); jeśli dodamy do tego wszystkie wpływy marketingowe, wyjdzie pewnie ponad 100 mln zł. Marcin Gortat przez wiele lat zarabiał 12 mln dol. rocznie. Agnieszka Radwańska podniosła z kortu łącznie prawie 28 mln dolarów – i może nawet jedną trzecią tej kwoty zgarnęła dodatkowo z reklam oraz od sponsorów (w swoich najlepszych latach regularnie trafiała do rankingu dziesięciu najlepiej zarabiających sportsmenek świata).

    A teraz weźmy Olgę Tokarczuk (trzecią we wprostowym rankingu), dorzućmy jej 3,5 mln złotych noblowskiej premii i zaokrąglijmy: wyjdzie około 5 mln zł w 2019 roku. To wielokrotnie mniej, niż zarabiają lub zarabiali najlepsi polscy sportowcy. A przecież Tokarczuk jest świeżo upieczoną mistrzynią świata w literaturze. W dziedzinie, którą uprawia się globalnie. W której łatwo się pokonuje bariery geograficzne. Która ma miliony wyznawców nawet w krajach permanentnie utyskujących na zapaść czytelnictwa – takich jak Polska.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Po trzecie, polscy pisarze są biedni.

    Spójrzmy na tyły rankingu „Wprost”. Dwudzieste miejsce zajął w nim Grzegorz Kasdepke. W analizowanym okresie (od 1 stycznia do 18 listopada 2019 roku) uzyskał 134,5 tys. złotych. Dla uproszczenia wyliczeń przyjmijmy, że w skali całego roku zarobi 150 tys. zł, czyli 12,5 tys. miesięcznie.

    Nieźle, prawda? Ale pamiętajcie o tym, że pewnie 99 proc. autorów nigdy nie powącha takich pieniędzy w skali roku. I pewnie większość nie powącha takiej kasy przez całe literackie życie. Kasdepke to ewenement, jeden z przywódców stada, a nie jego typowy przedstawiciel.

    Te 12,5 tys. to wynagrodzenie, na które w warszawskich korporacjach mogą liczyć tabuny ludzi piastujących dziwnie brzmiące menedżerskie stanowiska: key account managerowie, brand managerowie czy inni business partnerzy. Na takie płace mogą liczyć nieźli analitycy finansowi i informatycy – i to często już parę lat po studiach. To wynagrodzenie sporo niższe od tego, jakie otrzymują prawnicy czy lekarze z wieloletnim stażem. Z perspektywy zwykłego Kowalskiego 12,5 tys. złotych brzmi jak spełnienie marzeń o godnym życiu, ale to nie są gwiazdorskie apanaże. To pensja, na którą mogą liczyć miliony Polaków, a nie liderzy ekonomicznego wyścigu.

    ***

    Ważne zastrzeżenie. Tworząc ranking pisarzy, „Wprost” podjął się arcytrudnego zadania. Wyniki bazują na danych odpowiadających jedynie za 10-15 proc. rynku księgarskiego, więc należy je traktować wyłącznie jako dość swobodną ekstrapolację. Ale nie w tym rzecz. Problemem jest przyjęte w rankingu założenie, że czołowi pisarze zgarniają 5 proc. od średniej ceny okładkowej książki, które zupełnie nie trzyma się rynkowych standardów. Jak słusznie zauważył Michał Szafrański (tutaj), gdyby którykolwiek autor z wprostowej dwudziestki współpracował z wydawcami na takich warunkach, byłby negocjacyjnym fajtłapą. Jego zdaniem najlepsi (czytaj: najlepiej komercjalizujący swoją twórczość) mogą liczyć nawet na czterokrotnie wyższe wpływy. Podobnie można interpretować komentarze do rankingu bohaterów zestawienia – m.in. Remigiusza Mroza, Jakuba Żulczyka, Magdaleny Witkiewicz czy Wojciecha Chmielarza. A poza tym kasa z książek to nie wszystko (patrz: Rowling). Są jeszcze pieniądze z praw zależnych, tantiemy za wykorzystanie utworów czy wynagrodzenia ze spotkań autorskich.

    Jednak to wszystko nie zmienia tego, że pod względem zarobkowym polscy pisarze wypadają marnie. Zwłaszcza na tle innych uczestników gigantycznego rynku rozrywkowego – sportowców, aktorów, muzyków czy osobowości telewizyjnych. Nawet czterokrotne pomnożenie szacunków „Wprost” nie wykolei tego stanu rzeczy – co najwyżej zmniejszy skalę zjawiska.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    I nie ma co się zżymać na taki układ. Ludzie, którzy żyją z pisania, wykonują ultraprzyjemną pracę. Opowiadamy historie. Czasem z głowy, czasem zrodzone z rozmów z arcyciekawymi ludźmi. Autorzy, którzy twierdzą, że mają najprzyjemniejszą robotę na świecie, nie mówią tego, żeby się podlizać czytelnikom czy uwiarygodnić swoje oddanie sprawie. Mówią tak, bo w to wierzą. Bo tak jest. Bo uwielbiają pisać.

    A że bardzo niewielu może z tego godziwie żyć? Trudno. Coś za coś. Oczywiście warto walczyć o jak najlepsze traktowanie ludzi piszących, o wzmocnienie naszej pozycji negocjacyjnej, o zabezpieczenie niepewnej pisarskiej starości, ale trudno kwestionować ogólne reguły rynkowej gry. Albo się na nie godzisz, albo powinieneś zająć się czymś innym.

    PS. Mam przywilej otwierania miesięcznego cyklu felietonowego na smakksiazki.pl. Dzięki temu jestem pierwszym autorem, który może Wam złożyć życzenia. A zatem: Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego w 2019 roku! Tysięcy książek – otrzymanych, przeczytanych i wręczonych najbliższym. Jeśli nie z miłości do literatury, to chociaż z litości dla autorów 🙂

    Krzysztof Domardzki

  • „Jak zarobimy na Noblu”, listopadowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Tokarczuk to, Tokarczuk tamto, Tokarczuk dostała tyle i tyle, będzie tu i tam. Nie sądziłem, że kiedykolwiek doświadczę tak ogromnego zainteresowania polskiej opinii publicznej osobą, która zajmuje się literaturą. Ani że od tego będzie zależeć część mojego zawodowego życia.

    W tej całej noblowskiej zawierusze najbardziej urzekła mnie publikacja tygodnika „Wprost”. Olga Tokarczuk uplasowała się na drugim miejscu listy najbardziej wpływowych Polaków. Znalazła się przed Mateuszem Morawieckim, Donaldem Tuskiem i Andrzejem Dudą. Przed Dawidem Podsiadłą czy Robertem Lewandowskim. Przed Tadeuszem Rydzykiem, Dodą oraz Patrykiem Vegą. Przegrała jedynie – jakżeby inaczej – z Jarosławem Kaczyńskim.

    Mam wrażenie, że wprostowa kapituła parokrotnie pomieszała listę najbardziej wpływowych Polaków z zestawieniem ludzi, o których z różnych powodów w ostatnim czasie dużo się mówi (tak tłumaczę chociażby czternaste miejsce Mariana Banasia). Ale nawet jeśli autorzy rankingu przyznali pisarce bonusowe punkty za świeżość jej wyczynu, drugie miejsce Tokarczuk jest kolejnym świadectwem niebywałej skali noblowskiego sukcesu. Ten w wymiarze osobistym jest oczywisty: 3,5 mln złotych nagrody (zwolnionej z niemal milionowych obciążeń podatkowych), rewelacyjna sprzedaż książek (w dwa tygodnie utwory noblistki sprzedały się w ponad 45 tys. egzemplarzy – i to w samym Empiku), dożywotnie miejsce w literackim panteonie i pewnie dożywotnia utrata świętego spokoju. Ale jak ten sukces wygląda w wymiarze społecznym? Narodowym? Kulturowym? Wydawniczym?

    Kiedy w ostatni weekend października tłumy fanów czyhały na autograf noblistki przed siedzibą Wydawnictwa Literackiego, kilka kilometrów dalej odbywały się Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Również tłumnie oblegane – organizatorzy doliczyli się 68 tys. uczestników. To jedna z imprez, na których zapomina się o kryzysie czytelnictwa, ponieważ przestronne progi hali Expo ledwo mieszczą literackiego fioła Polaków. I pewnie nie jest zaskoczeniem, że w tym roku – przynajmniej w wymiarze kuluarowym – targi stały pod znakiem Tokarczuk.

    W ciągu paru godzin odbyłem kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt rozmów z autorami, wydawcami, dziennikarzami i czytelnikami na temat noblistki. Kontekst był oczywiście makiaweliczny, ponieważ wszystkich interesował wpływ jej sukcesu na branżę literacką. Efekt Nobla. Profity, jakie na fali tego wyczynu może zgarnąć cały rynek książki. I choć jesteśmy narodem malkontentów, przeważały optymistyczne prognozy.

    Poniżej znajdziecie kilka okołobiznesowych predykcji, które usłyszałem albo pomogłem ukuć. Niektóre brzmią jak fantastyka, halucynacje albo żart, ale inne wydają się całkiem zdroworozsądkowe.

    1. Pojawią się nowi czytelnicy
    Po nie najprostszą twórczość Tokarczuk będą sięgać głównie wprawieni fani literatury, którzy do tej pory nie mieli styczności z jej prozą. Ale oprócz nich rozrywką, jaką jest czytanie, zainteresują się ci, u których do tej pory książki przegrywały z kabaretem, talent show czy Netflixem. I nawet jeśli zatrzymają się na utworach pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya” czy autobiografiach celebrytów, będzie to oczywisty zysk dla złaknionego dobrych wieści rynku, który wzbogaci się o nowych odbiorców.

    2. Każdy zacznie pisać
    Nobel to literackie mistrzostwo świata. A kiedy w sporcie zawodowym pojawia się mistrz, masa amatorów próbuje go naśladować. Dlatego za kilka miesięcy wydawnictwa odczują napór na skrzynki e-mailowe. Potem poczują go autorzy, którym przybędzie konkurentów. Po drodze powstanie mnóstwo literackich potworków, bo przecież pisać każdy może. Zwłaszcza gdy na horyzoncie majaczy trzy i pół bańki za Nobla.

    3. Wzrośnie zainteresowanie polską kulturą
    Skoro nasza literatka zgarnia Bookera oraz Nobla, skoro nasz fantasta daje podkład pod potencjalny hit serialowy Netflixa (Andrzej Sapkowski i jego „Wiedźmin”), skoro filmowcy dostają Oscary (Paweł Pawlikowski) czy inne Srebrne Niedźwiedzie (Małgorzata Szumowska), to najwyższa pora, aby do głównego nurtu przebiła się świadomość, że z naszą kulturą nie jest najgorzej. I że warto z niej czerpać garściami.

    4. Polskim autorom będzie łatwiej (to chyba najbardziej odjechana prognoza)
    Łatwiej debiutować, negocjować z wydawcami, rywalizować na rodzimym rynku z zagranicznymi twórcami. A co lepsi zaczną robić spektakularne międzynarodowe kariery.

    Olga Tokarczuk, fot: Łukasz Giza/Wydawnictwo Literackie

    5. Kryminał zyska poważanie
    Autorzy kryminałów nie mogą narzekać na wąskie audytorium. W dodatku za sprawą niektórych twórców (szczególnie skandynawskich), zgrabnie wplatających w utwory wątki społeczne, polityczne czy ekonomiczne, są traktowani śmiertelnie poważnie. Z reguły. Gdzieniegdzie nadal ciągnie się za kryminałami odium literatury niskich lotów. Ale może przestanie, skoro nawet noblistka sięgnęła po ten gatunek (choć pisząc „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, potraktowała go instrumentalnie – jako przystępną powłokę dla moralitetu o szacunku dla naszych braci mniejszych).

    6. Literatura zbliży się do internetowego mainstreamu
    Marzenie ściętej głowy, prawda? A jednak Tokarczuk od kilku tygodni nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych. O niej, o Noblu i o książkach bajają w mediach spece od kultury, politycy i celebryci. Wirtualna Polska zainicjowała nawet kampanię #GdybyNieKsiążka, w ramach której aktorzy (m.in. Andrzej Seweryn) czy ludzie sportu (Adam Małysz) dzielą się refleksjami na temat literatury. Do mainstreamu jeszcze daleka droga, ale to całkiem wyraźny krok w stronę przestrzeni, którą w sieci okupują wiadomości polityczne, doniesienia sportowe czy plotki z życia gwiazd.

    Żeby była jasność: to nie był zalew jednoznacznie pozytywnych proroctw, powodowany targową duchotą czy chwilowym hurraoptymizmem. Wiele osób z branży uważa, że sukces Tokarczuk to tylko krótkotrwały zryw. Jednorazowy strzał. Bardzo kolorowy i efektowny fajerwerk, który zapada w pamięć, ale jest tylko… kolorowym fajerwerkiem. Błyskotką.

    A to z kolei prowadzi do bardzo ponurej konkluzji. Bo jeśli Nobel dla Polki nie wywrze pozytywnego wpływu na rynek literacki, trudno wskazać coś, co mogłoby to zrobić.

    PS. Nie jestem pewien, czym „Wprost” bardziej mnie zaskoczył: drugim miejscem Olgi Tokarczuk czy czterdziestą trzecią pozycją Wiesława Myśliwskiego, który wyprzedził m.in. Zygmunta Solorza, Roberta Biedronia i Agnieszkę Holland. Prędzej spodziewałbym się ujrzeć w takim zestawieniu Remigiusza Mroza, którego proza może nie promieniuje na całą polską kulturę (tak autorzy rankingu uzasadnili pozycję Myśliwskiego), ale niewątpliwie dociera do mas. A to nie lada sztuka.

    PPS. Nie widziałem w zestawieniu ministra kultury Piotra Glińskiego. Ale może nie doczytałem do końca.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Pisarz też człowiek. Czyżby?” Październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Wariant pierwszy: zastąpią nas – autorów – błyskotliwe, uzbrojone w kreatywność, cięty humor i ostre pióro algorytmy, które będą tworzyły szyte na miarę bestsellery. Wariant drugi: nic się nie zmieni, a my nadal będziemy stawać na głowie, żeby odgadnąć, jakie książki Wam się podobają. Co wybieracie?

    Jak słusznie zauważył Jakub Ćwiek w smakowym felietonie sprzed kilku miesięcy (klik), pisarze to kłamcy. Raz, że taką mamy robotę; beletrystyka to sztuka zręcznego zmyślania. A dwa, że taka nasza natura. Ściemniamy na potęgę. Choćby wtedy, kiedy tłumaczymy czytelnikom, dlaczego piszemy. Zwłaszcza gdy mówimy, że tworzymy dokładnie takie książki, jakie sami chcielibyśmy przeczytać. W najlepszym wypadku jest to półprawda. Bo jak bardzo byśmy się nie starali pisać dla siebie, zawsze myślimy o odbiorze naszej twórczości. O tym, żeby nie posługiwać się niezrozumiałymi skrótami myślowymi. Żeby czytelnik nie zakrztusił się naszymi żartami. Żeby czegoś nie sknocić. Żeby się po prostu podobało.

    I oczywiście myślimy też o kasie. O tym, jak się uplasujemy na listach sprzedażowych. I czy książka, owoc naszego wielomiesięcznego trudu, okaże się bestsellerem.

    Trafiają się autorzy, którzy nie muszą się nad tym zastanawiać, ponieważ są tak silnymi markami pisarskimi, że wszystko, czego się dotkną, zamienia się w złoto. Czasem się jeszcze wspierają innymi nośnymi osobistościami, zwykle spoza świata literatury – tak zrobił choćby James Patterson, najlepiej zarabiający autor świata, który wspólnie z eksprezydentem USA Billem Clintonem napisał thriller polityczny. Ale zdecydowana większość tej pewności nie ma. Co więcej, zdecydowana większość z nas nie wie, co i jak pisać, żeby się dochrapać bestsellerowego statusu.

    Przez wiele lat dominowało przekonanie, że dobrze sprzedająca się literatura rozrywkowa bazuje na kilku podstawowych lejtmotywach. W książce muszą być morderstwa, seks, tajemnice, spiski, motywy religijne. I zwroty akcji. Dużo zwrotów akcji. Cholernie dużo zwrotów akcji. Tyle że to sól literatury rozrywkowej, trudno taką tematykę czy sposób konstruowania fabuły uznać za wyróżnik. Żeby znaleźć uniwersalny przepis na literacki przebój, trzeba pogrzebać głębiej. Tak jak to zrobili Jodie Archer i Matthew L. Jockers, którzy opracowali coś w rodzaju kodu bestsellera (i napisali o tym, jakżeby inaczej, książkę – „The Bestseller Code”). Z pomocą technologii przeanalizowali około 20 tys. książek, próbując dojść do tego, co decyduje o tym, że jedne stają się bestsellerami, a inne giną w gąszczu publikacji.

    www.unsplash.com/Owen Beard

    Archer i Jockers wyodrębnili zbiór cech wspólnych dla literackich hitów. Największe szanse na komercyjny sukces mają utwory z wyrazistymi głównymi bohaterami i szybko rozkręcającą się fabułą. Dobrze, gdy autorzy nie przesadzają z tematami – wystarczy jeden główny. A najlepiej, gdy temat przewodni stanowią relacje między bohaterami. Mile widziane są kolokwializmy i krótkie słowa. Wykrzykniki – niekoniecznie. Bohaterowie nie powinni wzdychać i się zastanawiać, tylko działać i popychać akcję do przodu. A tytuł powinien być dobrze wszystkim znanym rzeczownikiem. Cech wspólnych oczywiście jest więcej, ale to nie miejsce, żeby wszystkie wymieniać. Kluczowe jest to, że opracowany przez Archer i Jockersa algorytm potrafi z 80-procentowym prawdopodobieństwem wskazać, czy dany tekst stanie się bestsellerem „New York Timesa”.

    Idźmy zatem dalej. Skoro już mniej więcej wiadomo, z jakich składników da się upichcić bestseller, to czy musi on wyjść spod palców człowieka? Czy w czasach sztucznej inteligencji i big data nie wystarczyłoby napisać programu, który będzie hurtowo produkował utwory najwyższych mainstreamowych lotów? Nie wiadomo, bo jeszcze żaden algorytmiczny bestseller nie powstał. Pierwsza książka napisana przez sztuczną inteligencję – „1 The Road” – to raczej niefrasobliwa powieść drogi. Ross Goodwin, którego można mianować jej cichym współautorem, nafaszerował AI literaturą (przyjęła kilkadziesiąt milionów słów) oraz danymi z podróży z Brooklynu do Nowego Orleanu. Nie czytałem „1 The Road”, ale recenzenci twierdzą, że Jack Kerouac to to nie jest.

    Ale czy można mieć wątpliwości co do tego, że prędzej czy później sztuczna inteligencja zacznie tworzyć bestsellery? Przecież już teraz dogłębnie analizuje nasze zainteresowania i personalizuje dla nas produkty. Potrafi ograć 18-krotnego mistrza świata w go (to starochińska planszówka, wielokrotnie bardziej złożona od szachów). Odróżnia bliźniaczo podobne walenie biskajskie (polecam historię polskiej firmy deepsense.io). Sztuczna inteligencja sięga w różnych branżach po rozwiązania, które ludziom nie przyszłyby do głowy. Dochodzi do wniosków, do jakich człowiek prawdopodobnie nigdy by nie doszedł. I robi to w sposób, którego najtęższe programistyczne umysły świata nie są w stanie w pełni zrozumieć i odtworzyć. Dlaczego więc bazując na starannie wyselekcjonowanych danych, zasilona wiedzą lingwistów, opiniami czytelników czy analizami stylometrycznymi, miałaby kiedyś nie napisać bestsellera? Na poziomie technologicznym taka bariera wydaje się relatywnie prosta do sforsowania. Można mieć jedynie wątpliwości natury biznesowej: czy znajdzie się ktoś, kto sfinansuje to niewątpliwie kosztowne przedsięwzięcie.

    No i pozostaje niepewność natury konsumenckiej: czy czytelnicy chcieliby sięgać po algorytmiczne bestsellery, czy jednak pozostaliby wierni ludzkim autorom. Na zasadzie umowy społecznej: wy dajecie z siebie wszystko i staracie się dochować należytej staranności (jak przykładny podatnik), a my bierzemy waszą twórczość z całym anturażem – włącznie z językowymi babolami, fabularnymi niedoróbkami czy przydługimi opisami.

    Lubię wierzyć, że takie porozumienie jest możliwe. Ale mogę się mylić. W końcu jestem tylko człowiekiem.

  • Płonący garaż, seryjny morderca oraz bohater, który nigdzie nie pasuje. Dziś premiera „Resetu”

    Różne rzeczy się robi, żeby materiał wyszedł atrakcyjnie. Czasem trzeba się gdzieś wspiąć, przeskoczyć przez płot, a czasem…podpalić garaż. Albo chociaż zrobić taką symulację. W jednej z pierwszych scen „Resetu” taki garaż rzeczywiście płonie, jednak gdy spojrzeć na ściany, to ogień nie ze wszystkim sobie poradził. Co dostrzegli policjanci? Czy te wskazówki pomogą ująć seryjnego mordercę, który w „Resecie” ma jeszcze zadanie do wykonania? Czy Tomasz Kawęcki przestanie w końcu pić?

    Krzysztof Domaradzki zakończył swoją łódzką trylogię kryminalną. Co dalej? Łapcie naszą rozmowę. Zaświadczam, że w trakcie nagrania nie ucierpiał ani jeden garaż.

  • „Bo wydawać to trzeba umić”

    Niski poziom czytelnictwa wywołuje dwie podstawowe fale niepokojów: natury cywilizacyjnej oraz o kondycję branży wydawniczej. W pierwszym przypadku umartwianie się jest całkowicie uzasadnione, wszak nie chcemy (nie chcemy?) żyć pośród barbarzyńców. Ale w drugim?

    Jeżeli spyta się wydawcę, jaki jest polski rynek książki, prawdopodobnie powie, że trudny. Bo konkurencja ogromna. Bo współpraca z dystrybutorami to koszmar. Bo nie ma ustawy o jednolitej cenie książki. Bo pisarzy jak psów i nie wiadomo, których warto wydawać. Bo Netflix. I wreszcie: bo ludzie nie czytają. To znaczy czytają przeraźliwie mało. Według Biblioteki Narodowej po przynajmniej jedną książkę rocznie sięga ledwie 37 proc. Polaków.

    To wszystko prawda. Przez kumulację różnych czynników wydawcy nie mają lekko, a przynajmniej nie tak lekko jak kiedyś. I dlatego – jak powiedziałby mierny coach – muszą wyjść ze swojej strefy komfortu. Czyli poszukać nowych modeli biznesowych. Czyli wymyślić na nowo, jak zarabiać na książkach.

    I choć brzmi to jak nie lada wyzwanie, patentów na zarabianie w branży wydawniczej – tak jak i w każdej innej – jest multum.

    Jeden z ciekawszych zaprezentował Radosław Kotarski, twórca popularnonaukowego kanału youtube’owego Polimaty i właściciel wydawnictwa Altenberg. Mówi się o nim, że to wydawca celebrytów. Nie dziwne. Kotarski trzyma w swojej stajni gwiazdy telewizji (jak Tomasz Kammel czy Pascal Brodnicki), znanych youtuberów (jak Arlena Witt czy Ewa Grzelakowska-Kostoglu – lepiej znana jako Red Lipstick Monster) oraz samego siebie (w swoich książkach obala popularne mity i radzi, jak się powinno uczyć). Patent zaś polega na tym, że nie sprzedaje książek w sposób tradycyjny, lecz przy pomocy własnych kanałów dystrybucji – oczywiście wspieranych marketingową mocą autorów.

    Efekt? Od września 2017 roku, kiedy wystartował Altenberg, firma Kotarskiego wypracowała 13,96 mln złotych przychodu (w tym 13,1 mln z książek) i 1,76 mln czystego zysku – dla tak młodego biznesu to imponujący wynik, i to bez względu na branżę. W tym czasie wydała 12 tytułów, które w ciągu niespełna dwóch lat sprzedały się łącznie w 250 tys. egzemplarzy. A to oznacza, że na konto Pajacyka wpłynęło ponad milion złotych – bo z każdej sprzedanej sztuki wydawnictwo przekazuje 4 złote na program dożywiania dzieci w szkołach.

    www.unsplash.com/AbsolutVision

    Kotarski przyznaje, że ten model działania – własna dystrybucja i przekazywanie środków ze sprzedaży na cele charytatywne – podpatrzył u Michała Szafrańskiego. W swoim wydawniczym życiu twórca popularnego bloga „Jak oszczędzać pieniądze” zastosował jeszcze bardziej restrykcyjną selekcję – wydaje wyłącznie siebie. Ale za to ze spektakularnym skutkiem.

    W nieco ponad rok jego „Finansowy ninja”, czyli swoisty podręcznik zarządzania kasą, przyniósł mu ponad milion dolarów przychodu, co przełożyło się na 1,9 mln złotych na rękę! To nieoficjalny rekord polskiego self-publishingu, na który Szafrański skusił się po tym, gdy nie mógł dojść do porozumienia z tradycyjnymi wydawcami. (Swoją drogą, to jeden z niewielu polskich przedsiębiorców, który chętnie ujawnia arkana swojego biznesu. Jeżeli ktoś jest w podobnym położeniu do niego – robi coś, co przyciąga dziesiątki tysięcy odbiorców, i ma smykałkę literacką – może znaleźć na blogu Szafrańskiego gotowy przepis na sukces wydawniczy. Wystarczy umieć czytać ze zrozumieniem. No i pisać. Tylko tyle i aż tyle).

    Tradycyjni wydawcy też mają sposoby na spadek czytelnictwa. Skoro Polacy czytają mało, trzeba podsuwać im tych autorów, których czytają wszyscy. Albo znaleźć pojemną literacką specjalizację. Albo sensownie skonstruować model dystrybucji. Albo… robić wszystko po trochu i dobrze.

    Wydawnictwo Sonia Draga wygrało polski wyścig o Dana Brown i E.L. James, którzy dość powszechnie uchodzą za grafomanów, ale sprzedają się doskonale bez względu na szerokość geograficzną. W maleńkim Wołowcu powstało Czarne, które jest ulubionym wydawnictwem połowy moich znajomych – hurtowo wypuszcza na rynek utwory najlepszych polskich reportażystów. Czarna Owca przestawiła się z wydawania książek psychologicznych na skandynawskie kryminały i osiągnęła niemały sukces, ściągając do Polski Stiega Larssona, autora „Millenium”, a potem całą masę jego następców – Davida Lagencrantza,Lizę Marklund, Håkana Nessera czyCamillę Läckberg (zastrzeżenie: Czarna Owca wydaje moje książki, ale nie dlatego o niej wspominam). Z kolei bracia Olesiejukowie zbudowali prawdziwego książkowego behemota, mającego własną drukarnię, wydawnictwo i sieć dystrybucji. Spora część branży zarzuca im, że nie pełnią roli kulturotwórczej i wypuszczają na rynek produkty książkopodobne (kolorowe poradniki i książeczki dla dzieci, które są kompulsywnie kupowane w dyskontach – np. w Biedronce). Ale podejrzewam, że mając biznes osiągający kilkaset milionów złotych przychodu i regularnie przynoszący wielomilionowe zyski, bracia mogą z tym jakoś żyć.

    Jaki z tego morał? Przede wszystkim taki, że aby zarabiać na książkach, trzeba być sprawnym biznesmenem, a nie hobbystą. I pogodzić się z tym, że od ideałów ważniejszy jest Excel, co pokazują przypadki Olesiejuków czy chociażby Agory – profeministycznej firmy, która stoi za „Wysokimi Obcasami” czy „Dużym Formatem”, a mimo to postanowiła wydawać Blankę Lipińską (jest spółką giełdową, musi więc dbać o akcjonariuszy).

    Pozostaje pytanie, czy wydawcy mogą narzekać. Pewnie, że tak. W końcu to nasz narodowy obowiązek, który sam sumiennie wypełniam (choćby w tym tekście). Ale skoro już jesteśmy w polskich klimatach, to wydawcy powinni także mieć na uwadze, że inni mają gorzej. Niewielu, naprawdę niewielu przedsiębiorców ma przywilej walki o rynek, na którym prawie czterech na dziesięciu Polaków jest ich potencjalnymi klientami. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy rozmawiałem z ludźmi tworzącymi wiele pozornie nieskalowalnych biznesów – sprzedających produkty do przedłużania rzęs albo lakiery hybrydowe, produkujących roboty edukacyjne, oferujących aplikację do kreowania spersonalizowanych pudełek czy wytwarzających technologię do nanodruku. Żaden z nich nie narzekał na rynek. Każdy był święcie przekonany, że właśnie odnalazł swoje eldorado. Nic, tylko chwytać za kilof i kopać.

    PS. Jeff Bezos zaczynał przygodę z przedsiębiorczością od uruchomienia księgarni internetowej. Jako że zdecydował się na ten ruch, będąc nieźle zarabiającym menedżerem z Wall Street, jego koledzy pukali się w czoło. Internet? Okej. Ale książki? Ta księgarnia nazywa się Amazon. Dziś sprzedaje nie tylko książki. A Bezos nie jest jedynie internetowym księgarzem, lecz najbogatszym człowiekiem świata, dysponującym fortuną szacowaną na ponad 100 mld dolarów.

    Wniosek? Cała nadzieja w książkach.

    Krzysztof Domaradzki  jest dziennikarzem polskiego wydania „Forbesa”, a także autorem kryminałów. Jego najnowsza powieść „Reset” ukaże się osiemnastego września. 

  • „Kiedy pisarz może porzucić godność”, sierpniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Podobno godność kończy się tam, gdzie zaczynają się pieniądze. Pisarze gilotynują ją znacznie wcześniej.

    Każdy autor uparcie przekonuje, że próbuje pisać takie książki, jakie sam chciałby przeczytać. Oczywiście każdy kłamie. Bo nawet amator, który dopiero próbuje wskoczyć w buty zawodowca, starający się dowieść, że potrafi, że jego bazgranina jakoś trzyma się kupy, myśli o odbiorze swojego utworu – przez wydawców, krytyków, czytelników i szeroko rozumiany rynek. Myśli też, rzecz jasna, o pieniądzach. O tych, których pewnie nie zarobi od razu, ale może za jakiś czas, gdy już zyska rozpoznawalność i zbuduje skalę.

    Ale oczywiście zdarzają się wyjątki.

    Bywa, że autor od razu celuje w sukces, koncentrując się wyłącznie na kasie. Nie myśli o tym, żeby stworzyć utwór, który nie poharata krytykom głów, ale coś, o czym z różnych powodów będzie głośno. Ze względu na kontrowersyjny temat, autobiograficzne wstawki, polityczne wtręty. Albo z uwagi na epatowanie przemocą, seksem czy dziwactwami. W myśl oklepanego hasła: „wyróżnij się albo zgiń”.

    Ale to nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze marka autora. Coś, co w biznesie nazywa się unique selling propostition – wyróżnik, który się eksponuje, aby uczynić produkt (w tym przypadku pisarza) rozpoznawalnym. Dzisiaj markę tworzy się w poprzez barwne opowiadanie o przeszłości i podkreślanie bagażu zawodowego. Poprzez chwalenie się nadnaturalną kreatywnością, tempem pisania, zdolnościami reasercherskimi albo zaangażowaniem w opowiadane historie. Poprzez wycieranie się w telewizjach śniadaniowych i zabieranie głosu na każdy możliwy temat (byle się odezwać, pokazać gębę, mignąć okładką).

    Mówiąc krótko: chodzi o to, żeby być. W prestiżowych tygodnikach opinii i portalach plotkarskich. Na Facebooku, Instagramie i YouTubie. Na spotkaniach autorskich, targach, imprezach celebryckich. W portkach i bez portek. Wszędzie. Zawsze.

    Kilka tygodni temu widziałem się z Camillą Läckberg (robiła tournée po Europie, promując swoją najnowszą powieść – „Złotą klatkę”). To szwedzka autorka kryminałów, która sprzedała już 23 miliony książek. Umówiliśmy się na wywiad do „Forbesa”, a więc na rozmowę o pieniądzach, budowaniu wizerunku oraz przedsiębiorczości. I Läckberg bez ogródek przyznała, że stała się literacką gwiazdką w dużej mierze za sprawą nieliterackiej działalności. Dzięki udzieleniu setek wywiadów (nawet do magazynów jeździeckich), wizytom w telewizjach śniadaniowych, występowi w szwedzkim „Tańcu z Gwiazdami”, aktywnemu prowadzeniu mediów społecznościowych, epatowaniu kobiecością (naście lat temu kryminalistka w jaskrawych sukienkach i wysokich szpilkach silnie kontrastowała z kolegami po fachu, często smutnymi podstarzałymi panami w szarych garniturach). Przekonywała, że kiedy pisze, w stu procentach skupia się na utworze, ale zaraz potem wskakuje w buty bizneswoman i marketera.

    Camilla Lackberg, fot: camillalackberg.com

    Niby logiczne – książkę trzeba wypromować. Ale nienaturalne. Przynajmniej dla przeciętnego pisarza. Człowieka, który miesiącami tłucze w klawiaturę, nierzadko wyrzucając z siebie około miliona znaków; który marzy o tym, żeby po napisaniu i redakcji książki nie musieć już nic robić, żeby to wszystko sprzedawało się samo; który chciałby wreszcie otrzymać nagrodę za to, że coś nabazgrał. Ale to właśnie wtedy zaczyna się najtrudniejszy etap. Ten, na którym autor się nie zna, którego nie lubi, który generuje stres. I który jest cholernie wymagający. Bez względu na to, czy twórca dopiero wyskrobał pierwszą książkę, czy jest literackim celebrytą.

    Weźmy taką Läckberg. Podczas wizyty w Warszawie towarzyszyli jej ludzie z wydawnictwa, agentka oraz – uwaga! – specjalistka od mediów społecznościowych, która nieustannie ją obfotografowywała i zalewała relacjami Instagrama. Ale najcięższą pracę do wykonania miała pisarka. Profesjonalny makijaż, seria wywiadów, sesja zdjęciowa, wizyta w radiu, spotkanie autorskie, podpisywanie książek. Od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora na nogach, przez cały czas skoncentrowana, w pełni sił intelektualnych. I jeszcze z obowiązkowym uśmiechem na twarzy, żeby nikt nie uznał jej za rozkapryszoną gwiazdeczkę. Koszmar.

    Jak twierdzi Szwedka (a wie, co mówi, na książkach zarobiła grube miliony), celebryctwo to konieczność. To nie pisanie, tylko makiaweliczne budowanie marki autora – jakakolwiek by ona nie była – jest najlepszą przepustką na listę bestsellerów. Nieodzownym elementem poważnej pisarskiej kariery. Nie zawsze przyjemnym, bo w showbizie trudno się taplać ze smakiem.

    Jeżeli chce się wejść do tego świata, trzeba coś poświęcić. Najczęściej godność, która zwykle kończy się tam, gdzie zaczynają się marketing i sprzedaż, czyli po prostu kasa. Takie są zasady tej gry. Ale żeby czuć się dobrze we własnej skórze, godność nie może paść wcześniej. Na pewno nie na etapie budowania naszych małych literackich światów.

    A z tym, niestety, bywa różnie.