Tag: Międzynarodowy Festiwal Kryminału

  • Kradnę, więc jestem – smutna prawda o podcastach true crime. Tekst Przemysława Semczuka

    Podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu odbył się panel dyskusyjny na temat popularności podcastów kryminalnych. W tytule postawiono pytanie o to, dlaczego podkasty cieszą się większym powodzeniem niż literatura faktu. Wydarzenie zbiegło się z roszczeniem, które prawnik wysłał do jednej z podcasterek w imieniu Izy Michalewicz autorki reportaży kryminalnych.

    Co powiecie, by na moment porzucić świat literackich zagadek kryminalnych na rzecz historii, które opowiadane są w formie podcastów? Historie spod znaku „true crime” w Polsce zdobywają coraz większą popularność, ale, o dziwo, lepiej radzą sobie w wersjach podcastowych niż książkowych. Czy fenomen podcastów w Polsce można tłumaczyć tylko pandemią? Jak sytuacja polska ma się do innych krajów? Dlaczego wolimy słuchać o zbrodniach niż o nich czytać?” – taka informacja widniała na stronie wydarzenia.

    Jeszcze zanim zaczęła się dyskusja, z siedmiominutowego wywodu prowadzącego spotkanie Waldka Mazura, dowiedziałem się niemal wszystkiego o nowym medium, które na łeb na szyję bije książki. Jedno było pewne. Mazur jest wielkim entuzjastą podcastów. Nie wiem za to, czy w ciągu ostatniego roku przeczytał jakąkolwiek książkę non-fiction. A kilka się ukazało. Jego gośćmi byli Olga Herring – podcasterka i Michał Larek – pisarz, akademik i również podcaster. Jak łatwo zgadnąć rozmówcy reprezentując jeden front, zgadzali się ze sobą. Pomiędzy wierszami, trochę przez przypadek, padło jednak kilka zdań wyjaśniających o co tu chodzi. Wróćmy jednak do Izy Michalewicz, której na to spotkanie nie zaproszono.

    W październiku ubiegłego roku znana reporterka śledcza wydała w Wydawnictwie W.A.B. książkę „Ballady morderców. Kryminalny Wrocław”. Przed dwoma miesiącami na kanale Moniki Prześlakowskiej „Kryminalne Historie” pojawił się odcinek „Mam fioła na punkcie Jasia. Zbrodnia po polsku II”, będący opracowaniem jednego z reportaży zawartych w książce. Słowo „opracowała” ma tu fundamentalne znaczenie, bowiem właśnie takiego określenia używa większość twórców podcastów. Opracowują sprawy, które przedstawiają publiczności. I zarabiają na tym często spore pieniądze z reklam wyświetlanych na platformach udostępniających ich „twórczość”.

    Michalewicz jest reporterką z wieloletnim stażem. Pisząc reportaż rozmawiała z prokuratorami, policjantami, świadkami i uczestnikami wydarzeń. Dotarła do dokumentów. Efektem jej pracy był tekst zawierający cytaty z akt i wypowiedzi rozmówców. Prześlakowska jest podcasterką. Temat opracowała, a właściwie streściła na podstawie reportażu Michalewicz. Nie wyszła nawet z domu, z nikim nie rozmawiała, nie wnioskowała w prokuraturze i sądzie o zgody na wgląd do akt. Nie czekała tygodniami na udostępnienie dokumentów.

    Spór zaczął się od wpisu na profilu autorskim Izy Michalewicz, który pojawił się 8 kwietnia. Reporterka zarzuciła podcasterce plagiat. Prześlakowska odpowiedziała przyznając otwarcie, że korzysta z różnych źródeł, ale jej zdaniem nie jest to plagiat. „Jak podałam w źródłach, korzystałam z Pani książki, znalazłam tam wiele ważnych informacji – ale nie przeczytałam ich bezmyślnie słowo w słowo”. Temu ostatniemu stwierdzeniu przyjrzał się prawnik Wydawnictwa W.A.B. W jego opinii czytamy: „Przejęte przez Panią zapożyczenia to charakterystyczne ustalenia i koncepty Pani Izy Michalewicz wyrażone przez nią w autorski sposób, całe zdania, które zostały poddane przeróbce/przeredagowaniu. Pracując nad treścią utworu Pani Iza Michalewicz wykonała rozległą pracę badawczą polegającą na zweryfikowaniu materiałów źródłowych oraz analizie m.in. akt postępowania dotyczącego opisanego w utworze zdarzenia. Autorka badając dostępne źródła dokonywała samodzielnych ustaleń dotyczących osób opisywanych w utworze oraz okoliczności poszczególnych zdarzeń. Autorka przeprowadzała rozmowy ze świadkami zdarzeń, odwiedzała miejsca, w których żyły i przebywały osoby przedstawione w utworze. Ustalenia dokonane na podstawie przeprowadzonych rozmów oraz własnych poszukiwań opisała w swoim utworze, nadając im autorską (oryginalną i indywidualną) treść i postać, a także przedstawiając wysnute na podstawie zgromadzonych materiałów własne konkluzje i autorskie hipotezy, które nigdy wcześniej nie pojawiły się źródłach opisujących okoliczności śmierci Martyniki.

    Podanie siebie jako wyłącznego autora podcastu, który tak szeroko czerpie z treści utworu i ustaleń dokonanych przez Panią Izę Michalewicz (bez ujawnienia rzeczywistej relacji obu utworów) stanowi plagiat, a ściślej rzecz ujmując, ten jego rodzaj, który w doktrynie prawa autorskiego nazywany jest „plagiatem ukrytym”: „…plagiat ukryty wiąże się najczęściej z dokonaniem pewnych zmian redakcyjnych, stylistycznych, zarówno w zakresie formy, jak i treści bezprawnie wykorzystywanego utworu. Plagiator próbuje ukryć fakt wykorzystania cudzego utworu, dokonuje jego modyfikacji”.

    Jeśli tekst prawniczy jest zbyt trudny, posłużę się metaforą. Kapela grająca na wiejskich weselach „Pretty Woman” czy „Majteczki w kropeczki”, musi wypełnić odpowiedni formularz i zapłacić tantiemy do Zaiksu. Bo ktoś napisał słowa i muzykę. Kapela interpretuje utwór na swój sposób. Jednak z punktu widzenia prawa ważne kto jest autorem i kto ma prawa do utworu. W przypadku muzyki sprawa jest prosta. Interpretacja i streszczenie czyjejś pracy reporterskiej to temat złożony. W prawie autorskim brakuje regulacji, bo gdy było tworzone podcasty nie istniały.

    Opinię mecenasa Michała Dankowskiego można zastosować do niemal wszystkich podcastów true crime. Podczas panelu na MFK Olga Herring sama przyznała, że tematy opracowuje na podstawie ogólnodostępnych źródeł. Po prostu tego co znajdzie w internecie lub w książkach. Wypada tu dodać odrobinę wiedzy dziennikarskiej. Jeśli reporter danej gazety nie rozmawiał z człowiekiem, nie wolno mu zamieścić w swoim tekście wypowiedzi rozmówcy nie podając źródła. Tymczasem podcasty szeroko cytują akta, wypowiedzi policjantów, prokuratorów a nawet ofiar i sprawców. Nie wskazują przy tym skąd pochodzi wypowiedź i komu jej udzielono. Swoistym listkiem figowym ma być bibliografia (tak jak w przypadku Prześlakowskiej) podana na końcu zamieszczonego na YouTube filmu. Gorzej ze Spotify, gdzie do źródeł odsyła specjalny link. Tam nikt ze słuchaczy z pewnością nie zajrzy. W najlepszym razie w podcaście pojawia się informacja o korzystaniu z książki. Dlaczego zatem autorzy, w tym również ja, mają pretensje? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o….

    Owszem o pieniądze. Napisanie książki wiąże się z kosztami. Pisząc „M jak morderca Karol Kot Wampir z Krakowa”, musiałem pojechać do Krakowa i spędzić tam kilka tygodni. Tylko tak mogłem zapoznać się z aktami dostępnymi w Archiwum Narodowym. Odnalezienie przyjaciółki Kota, Danuty Włodarczyk, zajęło mi kilka miesięcy. To nie takie proste w czasach powszechnej ochrony danych osobowych. My, reporterzy, mamy jednak swoje sposoby na odnajdywanie ludzi. Jako dygresję podam swój rekord. Człowieka skazanego w 1977 roku szukałem dwa lata. Z Barbarą Kot, siostrą Karola poszło szybciej. Jej numer telefonu zdobyłem już po roku poszukiwań. Zgodziła się na rozmowę, co wymagało kolejnej wycieczki na drugi koniec Polski. Bo o takich sprawach nie rozmawia się przez telefon. Wspomnę jeszcze o poszukiwaniach w bibliotece. Olga Herring podczas panelu utyskiwała, że Polska prasa nie jest opracowana w internecie. Pani Olgo! Ja po prostu idę do czytelni i kartkuję kilka roczników różnych tytułów. To szukanie igły w stogu siana. Przejrzenie jednego rocznika dziennika, to osiem do szesnastu godzin pracy. Pracując nad Kotem, sprawdziłem kilkanaście gazet. Wystarczy powiedzieć, że w Bibliotece UMK jestem traktowany niemalże jak pracownik. Po piętnastu latach bibliotekarki nie proszą mnie nawet o kartę. A Herring mówi, że opracowanie jednej sprawy zajmuje jej tydzień. Że ja na to wcześniej nie wpadłem? Korzystając z cudzej pracy jedna książka dokumentalna w miesiącu – to realne.

    Karol Kot w trakcie wizji lokalnej. Źródło: Archiwum Narodowe w Krakowie, fot: Przemysław Semczuk

    Podsumowując – czas to pieniądz. Ja na wypłatę muszę jednak poczekać. Dostaję kilka złotych od każdego sprzedanego egzemplarza. Tymczasem Herring mówi wprost, że siłą podcastów jest to, że są za darmo. Za książkę trzeba zapłacić. Jeśli więc odbiorca wysłucha streszczenia, to po co ma płacić za książkę? A podcaster zgarnie pieniądze z reklam w poczuciu, że się napracował. Przez tydzień.

    Poszkodowani są nie tylko autorzy książek. Internet nie jest do końca ogólnodostępny i darmowy jak uważają podcasterzy. Owszem spora część gazet, stacji radiowych czy portali, udostępnia treści za darmo. Ale ich wytworzenie kosztuje, a co ważniejsze, jest objęte prawem autorskim. I tak, reporter Onetu, Wirtualnej Polski, Interii czy RMF-u jedzie na konferencję prasową, zadaje pytania, dzwoni do prokuratury czy sądu. W efekcie powstaje treść, za którą redakcja mu płaci, a jednocześnie ponosi koszty dokumentacji. Tekst jest więc własnością redakcji. Nawet zdobyte informacje i sposób ich interpretacji podlegają ochronie. Dla Herring jest to ogólnodostępne źródło, nawet jeśli wykorzystuje treści, za których dostęp musi zapłacić w prenumeracie.

    Może jaśniej.

    Załóżmy, że dziennikarka „Newsweeka” znajduje temat na reportaż, zbiera informacje i w końcu go publikuje. Chwilę później reporterka „Polityki” wypuszcza identyczny temat, dotyczący tej samej sprawy, rozmawia z tymi samymi osobami. W branży uznawane jest to za plagiat. A za granicą? Za granicą jest to jeszcze bardziej restrykcyjnie przestrzegane. Przed laty głośna była sprawa reportera „New York Timesa”, który wyszukiwał informacje w lokalnych mediach i nie ruszając się z domu pisał teksty, w których zamieszczał wypowiedzi uczestników wydarzeń. Gdy sprawa wyszła na jaw, „NYT” powołał komisję etyki, przeprosił poszkodowanych dziennikarzy, a bohater plagiatowej afery był skończony.

    Jak to wygląda u nas? W mediach rzadko zdarzają się takie przypadki, ale się zdarzają. Sam padłem ofiarą tego kilkukrotnie. W pierwszym przypadku chodziło o jeden z najpopularniejszych blogów „Zapiski z granitowego miasta”. Jego autor Mateusz Biskup, vel Biszop, przepisał swoimi słowami cały mój tekst z Newsweeka. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że poszkodowanych jest więcej. Biszop mieszkał wtedy w Irlandii i codziennie przepisywał jakiś tekst historyczny z „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Newsweeka”, „Wprost”, „Polityki”, etc. Skopiował nawet książkę doktora Adama Cyry z Państwowego Muzeum Auschwitz Birkenau. Cyra dwa lata spędził badając inskrypcje w obozowych celach śmierci. Biszop zrobił z tego post jakby sam wykonał tę pracę. Smaczku dodaje fakt, że za blogerskie dokonania zdobył nagrodę „Bloga roku”. W kolejnej edycji miał być jurorem i prowadzić warsztaty blogerskie. Gdy o sprawie zawiadomiłem Onet, reakcja była natychmiastowa. Kariera Biszopa była skończona. Sprawa nie trafiła do sądu, bo Onet był wtedy współwłaścicielem Newsweeka. Musiałby zatem walczyć sam z sobą. Innym razem młody dziennikarz wykorzystał mój tekst z książki, streszczając go tak jak robią to podcasterzy. Nieświadomie używał nawet wymyślonych przeze mnie personaliów bohatera, tak jakby ten właśnie tak się nazywał. Na końcu wspomniał, że coś tam ustaliłem w sprawie. Po zgłoszeniu redakcja usunęła tekst.

    Przemysław Semczuk, fot: smakksiazki.pl

    Moim zdaniem uczestnicy panelu MFK nie spotkali się by przedstawić blaski i cienie nowej formy. A tym bardziej odpowiedzieć na postawione pytania. Stronę pisarzy true crime miał reprezentować Larek, który od dwóch lat jest bardziej podcasterem niż pisarzem. Stoi więc po tamtej stronie barykady. I trudno się dziwić, że cała trójka z wielkim zaangażowaniem debatowała nad wyższością Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia. Nie zająknęli się nawet nad kwestią odpowiedzialności za treść. To kolejna mina w podcastowym świecie. Za to co reporter publikuje w książce odpowiedzialność ponoszą wydawca i autor. Zdarza się,  książkę przed wydaniem czytają prawnicy i czasem proszą z ostrożności o poprawki. Nad książką czuwa również redaktor, dyrektor wydawniczy i, jak w moim przypadku, recenzent. Wszystko po to, by nie popełnić błędu, nie naruszyć praw osobistych i autorskich. Dlatego przy każdym cytacie muszę podać źródło. Cytowanie jest ściśle określone w prawie autorskim. A jak działają podcasterzy? Hulaj dusza, piekła nie ma. Cytują dokumenty, choć nigdy ich na oczy nie widzieli. Cytują świadków, chociaż z nimi nie rozmawiali. Skąd więc owe cytaty? Na przykład z moich książek.

    Nie chodzi jednak tylko o cytaty. Ważne jest również naruszenie dóbr osobistych. Kto odpowiada za podcast? YouTube, Spotify, Audioteka czy Empik są tylko platformami udostępniającymi. Podcasterzy nie zdają sobie chyba sprawy, że to oni będą odpowiadać przed sądem, jeśli z roszczeniem wystąpi rodzina ofiary, o której mordowaniu opowiadają z takimi szczegółami, a nawet swadą, pełną kwiecistych metafor. A robią to dla dostarczenia odbiorcy rozrywki. Śmierć katowanej i gwałconej dziewczynki jest więc rozrywką do słuchania w drodze do pracy, czy podczas prasowania ciuszków naszego maleństwa. Póki co, gdy rodzina ofiary protestuje żądając usunięcia podcastu, można usunąć…. ich komentarze. Prędzej czy później któraś z tych spraw skończy się jednak procesem.

    Odpowiedzialność za treść ma jeszcze jeden wymiar. Podcasterzy w źródłach podają siebie nawzajem. Zatem coś co pojawia się w jednym kanale, za chwile znajdziemy w kolejnym. Ale czy to prawda? Za przykład niech posłuży drugi gość panelu, Michał Larek. W jego podcaście wysłuchałem wspomnień byłego milicjanta, który brał udział w czynnościach operacyjnych przy sprawie Wampira z Zagłębia. To nic, że w chwili pierwszego zabójstwa miał ledwie dwadzieścia lat. Na Śląsk przyjechał osiem lat później jako jeden z setek młodych milicjantów, których delegowano, by wykonywali żmudną pracę papierkową. Trzon grupy stanowili doświadczeni oficerowie (żaden z nich już nie żyje), a struktura była rozbudowana jak w dzisiejszej korporacji. Jednak słuchając opowieści odniosłem wrażenie, że gość Larka był jednym z najważniejszych oficerów, który jak sam twierdzi uporządkował dokumentację. Dzisiaj myli fakty i daty, a o wielu aspektach sprawy nie ma pojęcia. Choćby o tym, że w strukturze grupy był odrębny dział archiwum, w którym nic nie wymagało porządkowania. Mimo to dla Larka, byłego już wykładowcy UAM, jest wiarygodnym świadkiem. Dziwi to tym bardziej, że na wstępie Larek mówi o mojej książce. Mówi bardzo pozytywnie. A zatem powinno mu się zapalić światełko – coś nie gra w tej opowieści. A odbiorca? Odbiorca „łyknie wszystko jak pelikan żabę”.

    Kilka dni temu znajomy autor podesłał mi link do nowego podcastu. W krótkim czasie na kanale YouTube i Spotify pojawiły się trzy odcinki będące streszczeniami moich książek. Trudno mówić nawet o podobieństwie, bo autorka podcastu czyta dialogi z książki, która jest fabularyzowanym reportażem. Te dialogi napisałem sam, odtwarzając prawdopodobny przebieg rozmów bohaterów, na podstawie ich zeznań. „Nowe odkrycie na youtube, dzięki za materiał! 🙂” – chwali plagiat jeden ze słuchaczy. Na razie niespełna czterysta odtworzeń, ale od czegoś trzeba zacząć. Chwilę później odkrywam kolejny podcast kryminalny ze streszczeniem tej samej książki. Tu ponad czterysta tysięcy odtworzeń! Czyli konkretne kwoty wypłacone przez YouTube. W komentarzach czytam: „Znam sprawę dość dobrze, oglądałam i widziałam różne materiały, ale w twojej audycji pojawiły się informacje o których nie wiedziałam. Świetna robota”! Serio? Wystarczyło sięgnąć po książkę, o której pisałem wcześniej. Chodzi o przypadek Karola Kota. Przypomnę, rok pracy. Podcast ukazał się trzy miesiące po premierze książki. Zresztą o tej sprawie opowiedziało więcej podcastów. I mamy odpowiedź w sprawie wyników sprzedaży książki.

    To właśnie tego wątku zabrakło podczas panelu na MFK. Irek Grin – dyrektor festiwalu, 24 maja został powiadomiony przez Michalewicz o jej zastrzeżeniach do podcastów. Nie odpisał. Widać dla festiwalu ważniejsze było podłączenie się do nowego medium, a przy tym zdobycie paru nowych odbiorców wśród fanów podcastu. Ciekawe co na to noblistka, która publicznie deklaruje pomoc autorom. Stanie po stronie twórców czy „twórców”? Ci drudzy to w znakomitej większości ludzie młodzi, którzy zamiast lektur czytali streszczenia. Mickiewicz, Orzeszkowa czy Prus nie mieli o to pretensji. Dlaczego więc nie mają streszczać Michalewicz czy Semczuka?

    Na koniec dodam, że nie mam nic przeciwko podcastom. Można opowiadać o gotowaniu, wychowywaniu dzieci, podróżach. Można też opowiadać historie kryminalne. W tym wypadku należy jednak samemu wykonać pracę dokumentalną. Tymczasem reporterzy stają przed prostym wyborem. Pisać książki czy nagrywać podcasty? Iza Michalewicz już to robi. Ja także przygotowuję słuchowisko audio. Choć przyznam, że z konieczności, tylko po to, by podcasterzy nie skonsumowali efektów mojej pracy. Dlatego musiałem wstrzymać wydanie nowej książki, nad którą pracowałem dwa lata.

    Przemysław Semczuk

  • „Coś się kończy, coś zaczyna”, lutowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Walentynki tuż tuż, a to oznacza, że Instagram zaroi się od ckliwych cytatów, zdjęć z różami i pierścionkami zaręczynowymi. Nie bardzo rozumiem, co romantycznego jest w oświadczynach poczynionych tego dnia, ale widocznie jest w tym jakaś magia. Nie zapomnijmy o balonikach i czekoladzie. I wśród tego całego ckliwego gówna, przewija się gdzieś Szczygielski ze swoim Sercem.

    Jeszcze kilka lat temu byłem pogodzony ze swoim losem. Siedziałem w pracy na niewygodnym krześle i zastanawiałem się, jak zabić te ostatnie kilka godzin do magicznej szesnastej. I tak codziennie. Od poniedziałku do piątku. Od stycznia do grudnia. Dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej i nie dlatego, że z pracy odszedłem i mam inną. Wygląda inaczej, bo jestem chodzącym dowodem na to, że książki zmieniają życie. Moje zmieniły i to jest krótka historia pewnego przypadku.

    Pisać zacząłem właśnie z przypadku. Z nudy i dlatego, że lubię darmowe żarcie. Zresztą, czy jest ktoś, kto go nie lubi? Dowiedziałem się, że w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu organizowane są warsztaty pisarskie. Warsztaty z noclegiem, wyżywieniem oraz lekcjami od samych mistrzów. Miałem już wtedy za sobą kilka całkiem udanych (jak na wtedy) opowiadań, więc spróbowałem. Napisałem tekst w dwa dni, wysłałem i tak się przyjemnie złożyło, że zostałem doceniony. Spędziłem więc tydzień we Wrocławiu w samym środku festiwalu i z ludźmi, którzy po prostu kochali pisanie.

    Moim pierwszym nauczycielem był Mariusz Czubaj. Ten sam, który kilka lat później powiedział mi po rozdaniu nagród Wielkiego Kalibru, że czuje się ojcem chrzestnym mojego sukcesu. Wróciłem z kolejnej edycji tego samego festiwalu z nagrodą specjalną i wiedziałem, że teraz dużo się zmieni. Nie w sensie finansowym czy mojej popularności, ale tego, co siedzi w mojej głowie. Bo to w mojej głowie tkwiła ta nuda, która sprawiła, że zacząłem pisać Aortę. Książkę, która zmieniła wszystko.

    Nie jestem przykładem pisarza, który zaraz po debiucie zdobywa wydawniczy świat i niczego nie musi już udowadniać, bo i tak wszyscy liżą mu rowa. Miałem i dalej mam dużo rzeczy do udowodnienia, ale głównie samemu sobie. Aorta sprawiła, że uwierzyłem w siebie. Trochę, bo nie powiem, żebym czuł się dobrze ze samym sobą. Nigdy się tak nie czułem, ale debiut na zapchanym rynku wydawniczym udowodnił mi, że jestem w czymś dobry. A przynajmniej, że nie jestem całkowicie do dupy.

    Pracę nad kolejną książką zacząłem już będąc zatrudnionym w innym miejscu. Tam nie zastanawiałem się, jak wytracić godziny do końca dnia pracy, ale jak je wydłużyć, bo z niczym się nie wyrabiałem. Krew pisałem nocami i w weekendy. Z nieustającą presją, że musi być lepsza. Mocniejsza, ciekawsza i bardziej wciągająca, niż Aorta. W końcu druga książka to sprawdzian dla debiutanta. Jak go obleje, to pozamiatane. W pewnym momencie zwyczajnie odpuściłem. Przestałem pisać, a za to zacząłem oglądać dużo kotów w Internetach. Stwierdziłem, że to i tak bez znaczenia, co napiszę, bo przy takim nagromadzeniu autorów, zapomni się o mnie w kilka dni po skończeniu lektury.

    Paradoksalnie, to mi właśnie pomogło, bo Krew praktycznie napisała się sama. Wtedy, kiedy zdecydowałem się odpuścić. Druga powieść pojawiła się na rynku i cholera, do tej pory nie rozumiem, czemu nie zgarnąłem za nią żadnej nominacji. Jest o klasę lepsza, niż Aorta. Pod względem konstrukcyjnym i językowym znacznie dojrzalsza. Stała się taka, bo ja się zmieniłem. Pisanie sprawiło, że zacząłem podchodzić dożycia odrobinę inaczej. Odrobinę, bo do wielkich zmian potrzebowałem jednak czasu.

    Serce, zamknięcie trylogii, wymęczyło mnie na każdym możliwym polu. Znów czułem presję i to znacznie większą, niż przy Krwi. Ściskało mnie od środka wiele rzeczy, a znajomi mówili, że wyglądam jakbym wiecznie był nieszczęśliwy. Tak, był moment,że pisanie mnie unieszczęśliwiało. Nie wiedziałem, czy będę sobie w stanie z tym poradzić. Wiedziałem, że muszę to skończyć, bo inaczej mnie to zabije i palnę sobie w łeb. Miałem w głowie wszystko poukładane, bo Aorta, Krew i Serce to jedna, długa opowieść. Opowieść, która musiała się skończyć, żebym ja mógł pójść dalej.

    Serce skończyłem dawno temu, a w świecie wydawniczym musiały minąć lata świetlne (tak, wiem, że to jednostka odległości, nie czepiajcie się), by pojawiła się na półce. Czy poszedłem dalej? Tak, bo pisanie sprawiło,że przejrzałem na oczy i odkryłem rzeczy, które wcześniej skrywały się pod mgłą. Tą, która spowijała mój mózg. Jestem kurewsko dumny z każdej mojej książki. Z każdej, ale z Serca w szczególności, bo to zamknięcie. Zamknięcie idealne i wyzwalające mnie z łańcuchów, które sam sobie założyłem przed laty.

    Zmiany są potrzebne, a każda z moich książek taką zmianą była. Życiową czy też psychiczną. Mogę śmiało powiedzieć, że coś się kończy, coś się zaczyna. I teraz, kiedy na Walentynki gdzieś na Instagramie zobaczycie moje Serce, pomyślcie przez chwilę o jednej rzeczy.

    Książki zmieniają życie.

    Bartosz Szczygielski

  • Ktoś z nich zgarnie Kalibra! Poznajcie szczęśliwą siódemkę

    Już przy ogłoszeniu długiej listy, czyli czternastu nazwisk, nie brakowało kontrowersji. Sam wskazywałem na to, że brakuje Marcina Wrońskiego, Bartosza Szczygielskiego, a z niewiadomych i niezrozumiałych dla mnie powodów, znalazły się tam nazwiska Remigiusza Mroza oraz Marty Matyszczak, bo przecież to ma być nagroda dla najlepszego polskiego kryminału, a nie dla książki, która ma najlepszy PR. 

    Upłynęło trochę wody w Odrze, mamy już finałową siódemkę. Anna Kańtoch, Marta Guzowska, Wojciech Chmielarz, Ryszard Ćwirlej, Krzysztof Zajas, Grzegorz Kalinowski, Katarzyna Kwiatkowska.

    Wielka gala, w trakcie której poznamy najlepszy polski kryminał 2017 odbędzie się w ostatnią sobotę maja we Wrocławiu, a zwycięzca otrzyma statuetkę oraz 25 tysięcy złotych. Łapcie komentarze finalistów, postaram się je uzupełnić, jeśli tylko sami zainteresowani „dadzą głos” w tej sprawie. 

    Krzysztof Zajas, „Oszpicyn”, Wydawnictwo Marginesy

    Finałowa siódemka? Bardzo się cieszę, jasne. Być dostrzeżonym w tej armii autorów kryminałów to niemały sukces. Ale chyba nawet bardziej cieszy mnie, że chodzi właśnie o Oszpicyn – kryminał nietypowy, uciekający w kierunku innych gatunków i stawiający czytelnikowi nieco inne wymagania. Raduje fakt, że jury doceniło Proteuszową zmienność powieści, co dobrze wróży na przyszłość całej literaturze popularnej w Polsce. Gratuluję również pozostałym finalistom i każdemu/każdej życzę zwycięstwa

    Anna Kańtoch, „Wiara”, Wydawnictwo Czarne

    Bardzo się cieszę, że „Wiara” powędrowała szlakiem przetartym przez „Łaskę” i również otrzymała nominację. Teraz łatwiej mi będzie zabrać się za pisanie trzeciej części.

    Wojciech Chmielarz, „Zombie”, Wydawnictwo Czarne

    Jestem nominowany już po raz szósty i co tu dużo mówić, za każdym razem to są spore nerwy. Ale tym razem patrzę też na listę nominowanych dość nostalgicznie. Otóż ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jestem w tym gronie prawdziwym weteranem z największą liczbą nominacji na koncie. Zastanawiam się teraz, kiedy to się stało.

    Marta Guzowska, „Reguła nr 1”, Wydawnictwo Marginesy

    To jest moja czwarta nominacja do Nagrody Wielkiego Kalibru i wcale nie cieszę się mniej niż za pierwszym razem. Właściwie z każdą kolejną nominacją radość jest coraz większa. Hura!

    Ryszard Ćwirlej, „Tylko umarli wiedzą”, Czwarta Strona

    Jest mi bardzo przyjemnie, że znalazłem się takim gronie, bo to zaszczyt. Oznacza to, że moja książka zainteresowała nie tylko czytelników, ale też jurorów. Trzymam więc kciuki za „Tylko umarli wiedzą”, bo jestem z tego tytułu bardzo zadowolony.

    Grzegorz Kalinowski, „Pogromca grzeszników”, Wydawnictwo Muza

    Jadę do Wrocławia… w moim poprzednim fachu, komentatora piłkarskiego symbol upadku, w nowym, pisarza który ubiegłej jesienie opublikował swój pierwszy kryminał to zaszczyt. W tym mieście splatają się losy najbardziej skorumpowanych ludzi polskiej piłki i autorów najlepszych kryminałów, jako że jestem w tej drugiej grupie zacytuję pewnego wrocławianina; „Jezu jak się cieszę”.

    Katarzyna Kwiatkowska, „Zgubna trucizna”, SIW Znak

    To jest zaskoczenie, zaszczyt, nobilitacja. Bardzo się cieszę, ale doskonale wiemy, że konkurencja jest dosyć mocna.

     

  • „Nominowanych nikt nie pamięta”, kwietniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Napisałem kiedyś artykuł, gdzie starałem się udowodnić, że są trzy rzeczy, które zawsze wpływają na zwiększenie sprzedaży danej pozycji literackiej. Śmierć autora, ekranizacja jego twórczości i zdobycie nagrody literackiej. Nie umarłem, książek mi nie zekranizowali, ale nagrodę zdobyłem.

    Pamiętam, jak wyglądała chwila, kiedy dowiedziałem się o swojej pierwszej w życiu nominacji. Wyłączyłem budzik w telefonie, który tego konkretnego poranka wyglądał inaczej, niż zwykle. Miałem kilkanaście powiadomień i wiadomości na Messengerze. „Aorta” została nominowana w konkursie Kryminalnej Piły.

    Nagrody nie zdobyłem, ale chwilę później pojawiła się kolejna wiadomość. Zasiadłem w gronie najlepszych polskich pisarzy na wrocławskiej scenie, a nagroda Wielkiego Kalibru była na wyciągnięcie dłoni. I choć jej także nie dostałem, to z Międzynarodowego Festiwalu Kryminału wróciłem z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej. Stoi teraz na półce tak, bym widział ją za każdym razem, kiedy siedzę przed telewizorem i wiem, że wytracam czas. Ma mi przypominać, że warto dalej pisać.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, MFK 2016, fot: smakksiazki.pl

    Moment, kiedy wchodziłem na scenę i odbierałem nagrodę, był najlepszą chwilą w mojej dotychczasowej pisarskiej karierze. Serio. Dla autora takie wyróżnienie to kop z adrenaliny. Sława, pieniądze i autografy. Autografy były, ale z pozostałymi rzeczami było już ciut gorzej. Sprzedaż „Aorty” nie poszybowała w kosmos, a co za tym idzie, dalej poruszam się samochodem zbliżającym się powoli do pełnoletności. Nie narzekam. Powoli, ale konsekwentnie idę do przodu. „Krew” jest tego potwierdzeniem, choć póki co, nominacji jakichkolwiek brak.

    Zaczęło mnie jednak zastanawiać coś innego. Co z resztą nominowanych? Co z tymi nazwiskami, które nie znalazły się w notkach prasowych po końcu festiwalu? Ano nic. Autorzy wracają do swoich spraw i żyją dalej. W teorii. W praktyce mam wrażenie, że jeżeli pisarz sam nie zdecyduje o tym, co dalej ze sobą zrobi, nominacja będzie tylko wspomnieniem. I to takim, o którym pamięta on sam i nikt więcej. Brzmi trywialnie i zdaję sobie z tego sprawę, choć odnoszę wrażenie, że nie jest to takie oczywiste i co więcej, wcale nie takie proste.

    O ile nagroda, którą zdobył pisarz, nie jest Nike czy Noblem, szanse na to, że wskoczy na Top10 jest niewielka. Przyznaję bez bicia, że nie kojarzę wszystkich nazwisk, które znalazły się w poprzednich latach na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału w sekcji nominowanych. Wygranych owszem. Być może spowodowane jest to tym, że część z pisarzy zdecydowała się na inną karierę, czasem inny gatunek literacki lub zwyczajnie postanowiło przestać pisać. Nie wiem np. co dzieje się z PM Nowakiem i dlaczego nowej książki nie widać na horyzoncie.

    Oczywiście to nie jedyny pisarz, który miejmy nadzieję, tylko chwilowo zniknął z rynku. Pytanie, czy w chwili powrotu, będzie dla niego miejsce? Z każdym rokiem pojawia się coraz więcej nowych autorów, do których i ja chyba się jeszcze zaliczam. I ci młodzi mają do dyspozycji znacznie większy arsenał, niż tylko nominację. Chodzi o social media, które mimo swoich licznych zalet, stały się dla wszystkich piszących przekleństwem.

    Nie ma cię na Instagramie? Przegrałeś. Twój fanpage ma zasięgi porównywalne z tymi, które generuje lokalny warzywniak? Patrz odpowiedź wyżej. Algorytmy cię nie lubią? Rzuć groszem i wypuść post sponsorowany. Oczywiście z twojej kieszeni drogi pisarzu. Nie masz pieniędzy? Spróbuj urządzić konkurs, ale licz się z tym, że te rosnąco lawinowo polubienia znikną, kiedy okaże się, że nagrodę dostał kto inny.

    Obecnie autor nie może być tylko autorem. Stał się swoim własnym PR’owcem, który powinien stale być obecny, a przynajmniej na tyle często, by czytelnicy o nim nie zapomnieli. Bo zapomnieć wyjątkowo łatwo niestety. Wtedy, kiedy twoje powieści nie są publikowane jak w zegarku. Wtedy, kiedy nie publikujesz posta za postem i wtedy, kiedy twoja nominacja nie została przekuta w nagrodę. Bo choć nominowanych można nie pamiętać, to dla twórcy sam fakt jej zdobycia jest przeżyciem, którego nie da się porównać z niczym innym.

    I mam nadzieję, że jeszcze uda mi się takiego przeżycia doświadczyć.

    Nawet jeżeli po kilku latach pamiętał o tym będę tylko ja.

    Bartosz Szczygielski

  • „Debiutancie, ściśnij poślady”, felieton Bartosza Szczygielskiego.

    Zapewne czytaliście kiedyś, jak wyglądały początki sławnych teraz pisarzy. Ja nie jestem ani sławny, ani nie ośmielam się jeszcze nazywać pisarzem, za to jestem na początku drogi. Drogi, która wcale nie wygląda tak, jakby ktoś mógł czekać na jej końcu.

    Wstęp brzmi tak, jakbym miał wam do przekazania najsmutniejszą informację na świecie czyli, że nie opłaca się debiutować na rynku książki. Nie chodzi mi o to, by kogokolwiek zniechęcać do pisania, ani tym bardziej do tego, by nie wysyłać swojej powieść do wydawców. Premiera pierwszej książki dla każdego, kto uparcie wystukuje kolejne wyrazy w edytorze tekstu, to najcudowniejsze uczucie na świecie. Moment, gdy nasza praca zostaje doceniona i w końcu możemy odetchnąć. Tak, udało się. Tylko co dalej?

    Wyobraźnia podpowiada różne scenariusze. Zazwyczaj takie, których nie powstydziliby się scenarzyści amerykańskich komedii romantycznych, gdzie wyjście na kawę kończy się poznaniem milionera i wyhodowaniem kolejnej nerki, mogącej uratować życie naszemu bliźniakowi, który zaginął w szpitalnej sali. Przesadzam? Oczywiście, ale nie ma się co oszukiwać. Wydanie książki sprawia, że nasze myśli zaczynają zmierzać w niebezpieczne rejony. Lepiej tego unikać, bo zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

    Pamiętam, że informację o przyjęciu przez wydawcę książki, otrzymałem stojąc pośrodku na wpół pustego już magazynu z meblami. Było cholernie zimno i padało, a ja stałem w przedsionku dopalając papierosa i rozmawiając przez telefon. Wiedziałem, że po tym jak się rozłączę dalej będę przerzucał paczki z biurkami z jednego miejsca na drugie, ale coś się zmieniło. Poczułem energię, jakiej wcześniej nie doświadczyłem. Wróciłem później do domu i nieśpiesznie zająłem się świętowaniem na swój sposób. Bo choć był listopad, do czasu pojawiania się „Aorty” na rynku, miało upłynąć jeszcze dużo czasu. Znacznie więcej niż się spodziewałem.

    Weźcie pod uwagę to, że wysyłając maszynopis do wydawnictwa, będzie się nad nim znęcało mnóstwo osób. Począwszy od redaktora, a skończywszy na recenzentach wewnętrznych i korektorze. To najlepsze, co może przytrafić się waszemu tekstowi. Czasem zaboli, ale musi boleć, by na końcu czytelnik dostał to, za co zapłacił. Produkt z jak najmniejszą ilością wad. Warto wyzbyć się przeświadczenia, że książka stojąca na księgarskiej półce, jest czymś więcej niż właśnie produktem. Wyjątkowym to na pewno, ale dalej mającym przynieść jedno – zysk. A ty debiutancie, stoisz na przegranej pozycji.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, Międzynarodowy Festiwal Kryminału.

    Podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu dowiedziałem się, że w 2016 roku pojawiło się ponad 200 kryminałów i sensacji. A ty jesteś jednym z nich i twój sukces zależy od jednej rzeczy – marketingu. Im więcej osób o tobie usłyszy, tym większa szansa, że nie utoniesz. Samo pojawienie się debiutu nie oznacza nic, jeżeli nikt o nim nie będzie wiedział. Jak to wyglądało u mnie? Różnie. Bo choć „Aorta” pojawiła się w katalogu jednego z największych wydawców w kraju, dużo rzeczy promocyjnych zrobiłem sam. I bardzo z tego powodu się cieszę, bo poznałem multum ludzi, którym zwyczajnie zależy na literaturze. Bez nich książka zniknęłaby zupełnie. Warto uświadomić sobie to odpowiednio wcześniej i pogodzić się z faktem, że promocja to kolejny etap życia waszej książki. I z tym, że wielu autorów, którzy napisali gorsze niż wasza pozycje, będzie okupowało listy bestselerów, a nie wy. I to tylko dlatego, że sypnięto groszem na promocję.

    Ostatnio Wojciech Chmielarz napisał, że jeszcze wierzy w to, iż dobra literatura prędzej czy później sama się wybroni (tutaj). Cóż, mi w to trudno niestety uwierzyć. Chciałbym, żeby tak właśnie było, ale prawie rok po debiucie mam bardzo mieszane uczucia. Świat książek toczy się wolno. Redakcje, korekty, recenzje. Na wszystko autor czeka i czeka i czeka, a debiutant chyba ma w tej kwestii najgorzej. Na początku tekstu wspomniałem o drodze i tym, że na jej końcu możemy nikogo nie zastać. Odrobinę przesadziłem, bo na końcu czeka wszak czytelnik. Osoba najważniejsza w tym łańcuchu. Tylko, że zanim do niego dotrzemy, mija naprawdę dużo czasu. O ile będziemy mieli szczęście, a ów czytelnik zobaczy gdzieś okładkę waszego debiutu i staniecie się dla niego kimś więcej, niż tylko kolejnym nic nie mówiącym nikomu nazwiskiem. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że lubimy tylko te rzeczy, które już dobrze znamy.

    A ciebie nie zna nikt, gdy stawiasz pierwszy krok.

    Bartosz Szczygielski