Podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu odbył się panel dyskusyjny na temat popularności podcastów kryminalnych. W tytule postawiono pytanie o to, dlaczego podkasty cieszą się większym powodzeniem niż literatura faktu. Wydarzenie zbiegło się z roszczeniem, które prawnik wysłał do jednej z podcasterek w imieniu Izy Michalewicz autorki reportaży kryminalnych.
„Co powiecie, by na moment porzucić świat literackich zagadek kryminalnych na rzecz historii, które opowiadane są w formie podcastów? Historie spod znaku „true crime” w Polsce zdobywają coraz większą popularność, ale, o dziwo, lepiej radzą sobie w wersjach podcastowych niż książkowych. Czy fenomen podcastów w Polsce można tłumaczyć tylko pandemią? Jak sytuacja polska ma się do innych krajów? Dlaczego wolimy słuchać o zbrodniach niż o nich czytać?” – taka informacja widniała na stronie wydarzenia.
Jeszcze zanim zaczęła się dyskusja, z siedmiominutowego wywodu prowadzącego spotkanie Waldka Mazura, dowiedziałem się niemal wszystkiego o nowym medium, które na łeb na szyję bije książki. Jedno było pewne. Mazur jest wielkim entuzjastą podcastów. Nie wiem za to, czy w ciągu ostatniego roku przeczytał jakąkolwiek książkę non-fiction. A kilka się ukazało. Jego gośćmi byli Olga Herring – podcasterka i Michał Larek – pisarz, akademik i również podcaster. Jak łatwo zgadnąć rozmówcy reprezentując jeden front, zgadzali się ze sobą. Pomiędzy wierszami, trochę przez przypadek, padło jednak kilka zdań wyjaśniających o co tu chodzi. Wróćmy jednak do Izy Michalewicz, której na to spotkanie nie zaproszono.
W październiku ubiegłego roku znana reporterka śledcza wydała w Wydawnictwie W.A.B. książkę „Ballady morderców. Kryminalny Wrocław”. Przed dwoma miesiącami na kanale Moniki Prześlakowskiej „Kryminalne Historie” pojawił się odcinek „Mam fioła na punkcie Jasia. Zbrodnia po polsku II”, będący opracowaniem jednego z reportaży zawartych w książce. Słowo „opracowała” ma tu fundamentalne znaczenie, bowiem właśnie takiego określenia używa większość twórców podcastów. Opracowują sprawy, które przedstawiają publiczności. I zarabiają na tym często spore pieniądze z reklam wyświetlanych na platformach udostępniających ich „twórczość”.
Michalewicz jest reporterką z wieloletnim stażem. Pisząc reportaż rozmawiała z prokuratorami, policjantami, świadkami i uczestnikami wydarzeń. Dotarła do dokumentów. Efektem jej pracy był tekst zawierający cytaty z akt i wypowiedzi rozmówców. Prześlakowska jest podcasterką. Temat opracowała, a właściwie streściła na podstawie reportażu Michalewicz. Nie wyszła nawet z domu, z nikim nie rozmawiała, nie wnioskowała w prokuraturze i sądzie o zgody na wgląd do akt. Nie czekała tygodniami na udostępnienie dokumentów.
Spór zaczął się od wpisu na profilu autorskim Izy Michalewicz, który pojawił się 8 kwietnia. Reporterka zarzuciła podcasterce plagiat. Prześlakowska odpowiedziała przyznając otwarcie, że korzysta z różnych źródeł, ale jej zdaniem nie jest to plagiat. „Jak podałam w źródłach, korzystałam z Pani książki, znalazłam tam wiele ważnych informacji – ale nie przeczytałam ich bezmyślnie słowo w słowo”. Temu ostatniemu stwierdzeniu przyjrzał się prawnik Wydawnictwa W.A.B. W jego opinii czytamy: „Przejęte przez Panią zapożyczenia to charakterystyczne ustalenia i koncepty Pani Izy Michalewicz wyrażone przez nią w autorski sposób, całe zdania, które zostały poddane przeróbce/przeredagowaniu. Pracując nad treścią utworu Pani Iza Michalewicz wykonała rozległą pracę badawczą polegającą na zweryfikowaniu materiałów źródłowych oraz analizie m.in. akt postępowania dotyczącego opisanego w utworze zdarzenia. Autorka badając dostępne źródła dokonywała samodzielnych ustaleń dotyczących osób opisywanych w utworze oraz okoliczności poszczególnych zdarzeń. Autorka przeprowadzała rozmowy ze świadkami zdarzeń, odwiedzała miejsca, w których żyły i przebywały osoby przedstawione w utworze. Ustalenia dokonane na podstawie przeprowadzonych rozmów oraz własnych poszukiwań opisała w swoim utworze, nadając im autorską (oryginalną i indywidualną) treść i postać, a także przedstawiając wysnute na podstawie zgromadzonych materiałów własne konkluzje i autorskie hipotezy, które nigdy wcześniej nie pojawiły się źródłach opisujących okoliczności śmierci Martyniki.
Podanie siebie jako wyłącznego autora podcastu, który tak szeroko czerpie z treści utworu i ustaleń dokonanych przez Panią Izę Michalewicz (bez ujawnienia rzeczywistej relacji obu utworów) stanowi plagiat, a ściślej rzecz ujmując, ten jego rodzaj, który w doktrynie prawa autorskiego nazywany jest „plagiatem ukrytym”: „…plagiat ukryty wiąże się najczęściej z dokonaniem pewnych zmian redakcyjnych, stylistycznych, zarówno w zakresie formy, jak i treści bezprawnie wykorzystywanego utworu. Plagiator próbuje ukryć fakt wykorzystania cudzego utworu, dokonuje jego modyfikacji”.
Jeśli tekst prawniczy jest zbyt trudny, posłużę się metaforą. Kapela grająca na wiejskich weselach „Pretty Woman” czy „Majteczki w kropeczki”, musi wypełnić odpowiedni formularz i zapłacić tantiemy do Zaiksu. Bo ktoś napisał słowa i muzykę. Kapela interpretuje utwór na swój sposób. Jednak z punktu widzenia prawa ważne kto jest autorem i kto ma prawa do utworu. W przypadku muzyki sprawa jest prosta. Interpretacja i streszczenie czyjejś pracy reporterskiej to temat złożony. W prawie autorskim brakuje regulacji, bo gdy było tworzone podcasty nie istniały.
Opinię mecenasa Michała Dankowskiego można zastosować do niemal wszystkich podcastów true crime. Podczas panelu na MFK Olga Herring sama przyznała, że tematy opracowuje na podstawie ogólnodostępnych źródeł. Po prostu tego co znajdzie w internecie lub w książkach. Wypada tu dodać odrobinę wiedzy dziennikarskiej. Jeśli reporter danej gazety nie rozmawiał z człowiekiem, nie wolno mu zamieścić w swoim tekście wypowiedzi rozmówcy nie podając źródła. Tymczasem podcasty szeroko cytują akta, wypowiedzi policjantów, prokuratorów a nawet ofiar i sprawców. Nie wskazują przy tym skąd pochodzi wypowiedź i komu jej udzielono. Swoistym listkiem figowym ma być bibliografia (tak jak w przypadku Prześlakowskiej) podana na końcu zamieszczonego na YouTube filmu. Gorzej ze Spotify, gdzie do źródeł odsyła specjalny link. Tam nikt ze słuchaczy z pewnością nie zajrzy. W najlepszym razie w podcaście pojawia się informacja o korzystaniu z książki. Dlaczego zatem autorzy, w tym również ja, mają pretensje? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o….
Owszem o pieniądze. Napisanie książki wiąże się z kosztami. Pisząc „M jak morderca Karol Kot Wampir z Krakowa”, musiałem pojechać do Krakowa i spędzić tam kilka tygodni. Tylko tak mogłem zapoznać się z aktami dostępnymi w Archiwum Narodowym. Odnalezienie przyjaciółki Kota, Danuty Włodarczyk, zajęło mi kilka miesięcy. To nie takie proste w czasach powszechnej ochrony danych osobowych. My, reporterzy, mamy jednak swoje sposoby na odnajdywanie ludzi. Jako dygresję podam swój rekord. Człowieka skazanego w 1977 roku szukałem dwa lata. Z Barbarą Kot, siostrą Karola poszło szybciej. Jej numer telefonu zdobyłem już po roku poszukiwań. Zgodziła się na rozmowę, co wymagało kolejnej wycieczki na drugi koniec Polski. Bo o takich sprawach nie rozmawia się przez telefon. Wspomnę jeszcze o poszukiwaniach w bibliotece. Olga Herring podczas panelu utyskiwała, że Polska prasa nie jest opracowana w internecie. Pani Olgo! Ja po prostu idę do czytelni i kartkuję kilka roczników różnych tytułów. To szukanie igły w stogu siana. Przejrzenie jednego rocznika dziennika, to osiem do szesnastu godzin pracy. Pracując nad Kotem, sprawdziłem kilkanaście gazet. Wystarczy powiedzieć, że w Bibliotece UMK jestem traktowany niemalże jak pracownik. Po piętnastu latach bibliotekarki nie proszą mnie nawet o kartę. A Herring mówi, że opracowanie jednej sprawy zajmuje jej tydzień. Że ja na to wcześniej nie wpadłem? Korzystając z cudzej pracy jedna książka dokumentalna w miesiącu – to realne.

Podsumowując – czas to pieniądz. Ja na wypłatę muszę jednak poczekać. Dostaję kilka złotych od każdego sprzedanego egzemplarza. Tymczasem Herring mówi wprost, że siłą podcastów jest to, że są za darmo. Za książkę trzeba zapłacić. Jeśli więc odbiorca wysłucha streszczenia, to po co ma płacić za książkę? A podcaster zgarnie pieniądze z reklam w poczuciu, że się napracował. Przez tydzień.
Poszkodowani są nie tylko autorzy książek. Internet nie jest do końca ogólnodostępny i darmowy jak uważają podcasterzy. Owszem spora część gazet, stacji radiowych czy portali, udostępnia treści za darmo. Ale ich wytworzenie kosztuje, a co ważniejsze, jest objęte prawem autorskim. I tak, reporter Onetu, Wirtualnej Polski, Interii czy RMF-u jedzie na konferencję prasową, zadaje pytania, dzwoni do prokuratury czy sądu. W efekcie powstaje treść, za którą redakcja mu płaci, a jednocześnie ponosi koszty dokumentacji. Tekst jest więc własnością redakcji. Nawet zdobyte informacje i sposób ich interpretacji podlegają ochronie. Dla Herring jest to ogólnodostępne źródło, nawet jeśli wykorzystuje treści, za których dostęp musi zapłacić w prenumeracie.
Może jaśniej.
Załóżmy, że dziennikarka „Newsweeka” znajduje temat na reportaż, zbiera informacje i w końcu go publikuje. Chwilę później reporterka „Polityki” wypuszcza identyczny temat, dotyczący tej samej sprawy, rozmawia z tymi samymi osobami. W branży uznawane jest to za plagiat. A za granicą? Za granicą jest to jeszcze bardziej restrykcyjnie przestrzegane. Przed laty głośna była sprawa reportera „New York Timesa”, który wyszukiwał informacje w lokalnych mediach i nie ruszając się z domu pisał teksty, w których zamieszczał wypowiedzi uczestników wydarzeń. Gdy sprawa wyszła na jaw, „NYT” powołał komisję etyki, przeprosił poszkodowanych dziennikarzy, a bohater plagiatowej afery był skończony.
Jak to wygląda u nas? W mediach rzadko zdarzają się takie przypadki, ale się zdarzają. Sam padłem ofiarą tego kilkukrotnie. W pierwszym przypadku chodziło o jeden z najpopularniejszych blogów „Zapiski z granitowego miasta”. Jego autor Mateusz Biskup, vel Biszop, przepisał swoimi słowami cały mój tekst z Newsweeka. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że poszkodowanych jest więcej. Biszop mieszkał wtedy w Irlandii i codziennie przepisywał jakiś tekst historyczny z „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Newsweeka”, „Wprost”, „Polityki”, etc. Skopiował nawet książkę doktora Adama Cyry z Państwowego Muzeum Auschwitz Birkenau. Cyra dwa lata spędził badając inskrypcje w obozowych celach śmierci. Biszop zrobił z tego post jakby sam wykonał tę pracę. Smaczku dodaje fakt, że za blogerskie dokonania zdobył nagrodę „Bloga roku”. W kolejnej edycji miał być jurorem i prowadzić warsztaty blogerskie. Gdy o sprawie zawiadomiłem Onet, reakcja była natychmiastowa. Kariera Biszopa była skończona. Sprawa nie trafiła do sądu, bo Onet był wtedy współwłaścicielem Newsweeka. Musiałby zatem walczyć sam z sobą. Innym razem młody dziennikarz wykorzystał mój tekst z książki, streszczając go tak jak robią to podcasterzy. Nieświadomie używał nawet wymyślonych przeze mnie personaliów bohatera, tak jakby ten właśnie tak się nazywał. Na końcu wspomniał, że coś tam ustaliłem w sprawie. Po zgłoszeniu redakcja usunęła tekst.






