Tag: Piotr Niemczyk
-
Snajper demaskuje pierwszy – recenzja Piotra Niemczyka
Książka, która wchodzi do sprzedaży w ostatnich dniach lipca 2021 pozornie tylko należy do ciągu, bardzo podobnych do siebie wspomnień żołnierzy sił specjalnych, wydawanych od kilku lat, w Polsce, Stanach Zjednoczonych i wszystkich innych państwach o rozwiniętym rynku wydawniczym.
Może z polskiego punktu widzenia nowością jest to, że jej autor, to chyba pierwszy od lat żołnierz, który nie był operatorem GROMu. Ale gdyby to była jedyna różnica, książka nie zasługiwałaby na uwagę.
Bez względu na to, mniej więcej do połowy „Snajper…” wydaje się być całkowicie sztampowym przedstawicielem gatunku. Trudne dzieciństwo, burzliwa młodość, wyczerpujące – chwilami ekstremalne – szkolenia. Przemysław Wójtowicz to nie tylko snajper (chociaż w jego przypadku nie jest całkiem jasna różnica pomiędzy snajperem a strzelcem wyborowym), ale instruktor najbardziej zaawansowanych technik strzelania, a także człowiek, który testował karabiny wyborowe na potrzeby polskiej armii.

zdjęcie prywatne P. Wójtowicza/ Znak Literanova Osiągnięcia, które oddają jego profesjonalizm to strzał z 600 metrów, w trakcie huraganu, prosto do wylotu lufy czołgu (o średnicy kilku centymetrów) i zniszczenie wyrzutni, z której Talibowie ostrzeliwali konwój w Afganistanie, z odległości prawie 1,5 km.
Jednak naprawdę nowy jest opis sytuacji polskiej misji w Afganistanie. Przemysław Wójtowicz nie powiela ani przelukrowanego obrazu dzielnego polskiego wojska, świetnie radzącego sobie z prymitywnymi i niewyszkolonymi Pasztunami, ani bohatersko-męczeńskich dokonań mężczyzn z orłami na czapkach, czyli wizji najczęściej dotychczas przedstawianych w mediach.
W rozmowie z Michałem Wójcikiem, popularny wśród weteranów „Przemek” wyjaśnia, dlaczego uważa, że wojna w Afganistanie nie miała sensu i zakończyła się porażką. Pokazuje stopień nieprzygotowania polskiego wojska do tej misji. Demaskuje mit o tym, że wojska amerykańskie ceniły sobie współpracę z kontyngentem z RP. Było wręcz odwrotnie. Amerykanie obawiali się nieporozumień spowodowanych nieznajomością języka, wyszkolenia, procedur i nietypowego wyposażenia polskich żołnierzy. Skąd inąd identyczną opinię słyszałem z ust poznanych onegdaj – Marines.
Można zauważyć, że autor „Snajpera…” dzieli polskich żołnierzy w Afganistanie na cztery grupy. Zwykłych tchórzy, dekowników, chojraków/narwańców, którzy w obliczu wroga dostawali amoku i w miarę normalnych żołnierzy, którzy zdawali sobie sprawę, że powinni wykonywać swoje zadania jak najlepiej, ale nie poszukiwać zemsty gdzie popadnie.

zdjęcie prywatne P. Wójtowicza/ Znak Literanova Szczególnie groźna wydaje się grupa narwańców. Według Wójtowicza przypadki takie jak Nangar Khel mogły się zdarzać prawie codziennie. Napakowani stresem żołnierze, groźnych wrogów widzieli nawet w dzieciach. On sam musiał pozbyć się („zrotować”) z sekcji kolegi, który zastrzelił – najprawdopodobniej bez żadnego powodu, afgańską kobietę.
Smutne bardzo są refleksje snajpera na temat skutków wojny. Pomimo bilionów dolarów wpompowanych przez amerykańskich podatników, Talibowie (głównie Pasztuni), kontrolują 60% terytorium państwa, a uprawy maku, w ślad za którymi idzie handel heroiną, nie zmalały tylko wzrosły. Akurat data wejścia książki na rynek zbiega się z terminem wycofania wojsk koalicji amerykańskiej z Afganistanu. Tym bardziej lektura wspomnień pozwoli zrozumieć motywy decyzji prezydenta Bidena.
Przemysław Wójtowicz z szacunkiem wspomina współpracę z wywiadem i kontrwywiadem wojskowym. Jednak, kiedy powołuje się na ich ustalenia, można odnieść wrażenie, że były to głównie ogólniki.
Nie mniej dramatyczna jak relacje z Afganistanu jest opowieść o tym, jak poważnie ranny wrócił do Polski i nie otrzymał adekwatnej pomocy medycznej czy psychicznej. Podobnie jak wielu jego kolegów, często tak okaleczonych, że nie mieli szans na samodzielne poruszanie czy choćby przygotowanie posiłku. Bardzo energicznie wziął się za organizowanie sobie i im pomocy. Jest jednym z kluczowych inicjatorów ruchu polskich weteranów. Ale nawet w tej sprawie nie sposób pominąć smutnej refleksji. Aby zdobyć środki na kurs nurkowania dla czternastu weteranów, niecałe czterdzieści tysięcy złotych, potrzebna była wizyta u Premiera i wsparcie decyzji przez jednego z jego kluczowych doradców. A nie chodziło o nurkowanie dla przyjemności, tylko o ważny element rehabilitacji. Niestety armia zapomniała o weteranach z własnych szeregów.
Piotr Niemczyk
-
W trzewiach dyktatury – tekst Piotra Niemczyka
Leszek Szerepka wstrzelił się w aktualne potrzeby rynku czytelniczego po prostu jak snajper. W czasie, gdy trwają protesty na Białorusi, a reżim porywa niewygodnego blogera, jego książka o szwadronach śmierci pokazuje z jakiego rodzaju zagrożeniem mamy rzeczywiście do czynienia. Powieść „Białoruski snajper” dotyczy co prawda okresu 2014-2016, ale możemy sobie wyobrazić, że teraz jest tylko gorzej i protestujący przeciwko totalitaryzmowi, zagrożeni są jeszcze bardziej.
Chociaż główne postacie „Białoruskiego snajpera” są fikcyjne, to przecież bez trudu odgadniemy kim są prymitywny dyktator Aleksander Łukawyj i jego doradca do spraw najbrudniejszych Wiktor Dajman. Tym bardziej, że w sąsiadujących państwach nazwiska polityków są już prawdziwe i ich relacje można odczytywać w tylko jeden sposób.
Mimo, że Leszek Szerepka kojarzył się przede wszystkim jako publicysta, to jednak jego książka jest rasową powieścią sensacyjną. Pewnej pięknej, młodej damie, aspirującej do pracy modelki, bardzo podpada prezydent i jego najbliższy doradca (można domyślać się za co). Jej sojusznikiem staje się, śmiertelnie w niej zakochany, tytułowy snajper, świetnie wyszkolony oficer ochrony prezydenta. Pomimo, że ich plan jest perfekcyjny i działają z najwyższą dyskrecją i ostrożnością, pętla utworzona przez KGB, które zaczyna domyślać się zagrożenia – zaciska się.
Leszek Szerepka – były wieloletni dyplomata pracujący w Rosji, na Ukrainie i na Białorusi, do połowy 2015 roku był ambasadorem RP w Mińsku – prawdopodobnie sam doświadczył różnych form inwigilacji stosowanych przez KGB. A w „Białoruskim snajperze” jest ich wiele. Tajne przeszukania, obserwacja, nadzór elektroniczny i infiltracja agenturalna to tylko wstęp. Ponieważ akcja dzieje się w totalitarnej dyktaturze, środki stosowane przez tajne służby praktycznie nie mają ograniczeń. Z woli prezydenta i tajnego trybunału zdarzają się porwania, tortury i zabójstwa osób niewygodnych (szefów mafii i przeciwników politycznych). Szerepka pisze o tym w taki sposób, jakby to było coś oczywistego. Dlatego najgorsze nawet wynaturzenia wydają się bardzo realnie.
A przy okazji dowiadujemy się jakie są kulisy państwa totalitarnego. Z jednej strony obietnice i przechwałki o wielkich sukcesach dla ogłupiałego elektoratu. Z drugiej tworzenie państwa mafijnego. Gromadzenie „kompromatów” na wszystkich polityków, przejmowanie mediów i manipulacja nimi, nachalna propaganda skierowana do własnych obywateli i polityków zagranicznych. Zarazem przemyt papierosów na ogromną skalę, handel bronią z podobnymi sobie dyktaturami i organizacjami terrorystycznymi, dostawy do państw objętych sankcjami, wreszcie rozliczenia transakcji w „krwawych diamentach”. Jednym słowem: jak wyciągnąć miliardy dolarów, do prywatnej kieszeni, w państwie, w którym obywatele żyją na granicy ubóstwa. A wszelki opór dławi się brutalną przemocą.Znacznej wiarygodności dodaje książce Leszka Szerepki pewien specyficzny styl i język. Charakteryzujący nie te fragmenty, które dotyczą wątków sensacyjnych, tylko opisy negocjacji, intryg politycznych, sytuacji społecznej i gospodarczej. Od początku czytania zwraca uwagę, że ten styl nie jest typowy dla tego rodzaju powieści. Po dłuższym zastanowieniu, wpadłem na to skąd znam ten język. Tak się pisze noty dyplomatyczne, sprawozdania z placówek, analizy wysyłane z ambasad do „centrali”. Czyta się to inaczej niż sarkastyczne chwilami opisy w rodzaju „zabili go i uciekł” (notabene autentyczne zdanie z książki), ale to tylko dodaje powieści smaku.
Piotr Niemczyk
-
Wywiad w kąpielówkach. Tekst Piotra Niemczyka
Tytuł dziwi. Chociaż tylko na pierwszy rzut oka. Na początku przychodzi do głowy żart. Jachty mają tyle do wywiadu, co rowery albo wrotki. Ale po chwili pojawia się refleksja, że skoro rowery i wrotki są wykorzystywane do obserwacji przez służby specjalne, to przecież jachty mogą służyć do łączności, pomiarów, nasłuchu elektronicznego i transportu oficerów i agentów. To właśnie o tym jest ta broszura.
Zaczyna się trochę od teorii szpiegowania, ale ponieważ jest na ten temat dużo grubych książek, więc nie będę się odnosił do kilku stron na początku. Ale już po pierwszych kilku stronach można się dowiedzieć, że pierwsze żaglowce, które można nazwać szpiegowskimi powstały w XIII (!) wieku. Były to brygantyny. To szybsza i bardziej zwrotna wersja bryga. Popularnego wówczas statku transportowego. Także dla wojska. Inna sprawa, że zadania jakie w większości otrzymywały te łodzie bardziej przypominały piractwo niż szpiegostwo. No ale jeżeli piractwo nazwiemy operacjami specjalnymi, to wszystko gra.
Andrzej Kowalczyk, autor „Jachtów szpiegowskich”, ma zupełnie niezłe doświadczenie w operacjach specjalnych. Jako nastolatek był inspiratorem ośmieszenia obchodów 20-lecia PRL. Przed trybuną honorową dla partyjnych oficjeli pod napisem „Niech żyje 22 lipca!” harcerze, do których należał, dopisali „Dawniej E. Wedel”. (Nie wiem czy mam przypominać, że w okresie PRL zakładom Wedla zmieniono nazwę na „22 Lipca” czyli datę ogłoszenia manifestu PKWN). Zimą, po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, rozwiesił na szczycie Mont Blanc transparent „Solidarności”. Odbiło się to szerokim echem po całym świecie. Jako dziennikarz był redaktorem najpopularniejszej, na I zjeździe Solidarności w hali Oliwii w Gdańsku, gazetki „Pełzający Manipulo” (byłem, pamiętam), a później współpracownikiem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa.
Niewątpliwie najważniejszy dla żaglowego wywiadu czas to okres II wojny światowej. Jak napisał autor: „Przede wszystkim przemieszczały się bezszelestnie i tanio. Po drugie ówczesne systemy radarowe nie wykrywały drewnianych jednostek. I po trzecie, stosowane wtedy na morzu torpedy były zbyt drogie aby walczyć z jachtami”. I dalej „wywiady (…) werbowały masowo agentów spośród szyprów i załóg głównie kutrów rybackich ale i jachtów żaglowych stylizowanych na kutry.”
W efekcie jachty i kutry odegrały znaczącą rolę w śledzeniu i niszczeniu niemieckich U-Bootów oraz przy przewożeniu agentów, dywersantów i żołnierzy ruchu oporu, przez kanał La Manche, Morze Śródziemne, we wszystkie możliwe strony, a nawet przez Atlantyk do Argentyny, Brazylii i RPA. Szczególnie ciekawe wnioski wysnuwa autor w związku z rejsami do Ameryki Południowej. Czy już w 1944 roku żeglarze przerzucali tam środki mające zapewnić wygodne życie hitlerowskim elitom po przegranej wojnie?Jedna z najciekawszych opowieści dotyczy przerzucania, francuskim jachtem, niemieckich „nielegałów” wraz z żołnierzami francuskiego ruchu oporu. Inna – dużo bardziej współczesna – zahacza o wysadzenie przez wywiad francuski statku „Rainbow Warrior”, na którym w 1985 roku działacze „Greenpeace” protestowali przeciwko francuskim próbom atomowym na atolu Mururoa.
Polskich wątków jest tak wiele, że można by podejrzewać, że Polska była potęgą morską na równi z Wielką Brytanią i Francją. Kapitanem jednego z pierwszych żaglowców polujących na U-Booty był Polak, przerzuceni przez nieświadomy tego francuski ruch oporu agenci Abwehry udawali Polaków, wielokrotne rejsy Ryszarda Kuklińskiego, podejrzenia wobec Józefa Teligi i setki uciekinierów z PRL do Szwecji to jeszcze nie wszystkie wątki z udziałem Polaków.
Wydawałoby się, że współcześnie, wraz z rozwojem techniki, szczególnie wywiadu elektronicznego, rola jachtów traci na znaczeniu. A jednak nie. Powstają łodzie bezzałogowe napakowane elektroniką do obserwacji takich obiektów jak morskie bazy wojskowe lub rejestrowanie przebiegu manewrów marynarek wojennych.
Zupełnie inną sprawą jest wzajemne szpiegowanie konstruktorów jachtów sportowych. Załogi startujące w najważniejszych regatach mają budżety idące w setki milionów dolarów. Każda informacja o szczegółach technicznych drzewc lin czy żagli jest warta dużych pieniędzy. Chociażby dlatego w 2013 roku, organizatorzy kluczowych zawodów wprowadzili zakaz zbliżania się jachtów, na odległość mniejszą niż 200 metrów. Żeby nikomu nie przyszło do głowy, aby z bliska fotografować szczegóły konstrukcyjne.
Jak łatwo się domyślić, nie jest to książka fabularna. To selektywne i specyficzne kompendium wiedzy o działaniach wywiadowczych, w których istotną rolę odgrywało morze. Kilka opisanych przeze mnie wątków to tylko mała próbka. Chociaż to bardziej broszura niż książka, na 56 stronach dało się zmieścić naprawdę sporą porcję wiedzy.
Piotr Niemczyk
-
„Maszynka do mięsa” – Piotr Niemczyk recenzuje „Nabór” Vincenta V. Severskiego
Śniło mi się, że czytałem najnowszą powieść Vincenta V. Severskiego. Obudziłem się tak zmęczony jakbym nie spał całą noc. Miałem rano taki natłok myśli, że z trudem zabrałem się do codziennych obowiązków. Zastanawiałem się co w tym śnie było tylko ułudą, a co bezpośrednim nawiązaniem do polskiej rzeczywistości. Czy to możliwe, żeby liderzy partii rządzącej – świadomie lub nie – działali w interesie obcego mocarstwa? Czy to realne, aby oficerowie lub agenci polskiego wywiadu zostali porzuceni sami sobie, a ich los obchodził jedynie najbliższych przyjaciół? Czy najwyżsi urzędnicy państwowi mogą być tak cyniczni, żeby preparować dowody przeciwko przeciwnikom politycznym? A tak w ogóle, to jesteśmy jeszcze w Unii Europejskiej? A może właśnie z niej występujemy?
Na szczęście to musiał być sen, bo powieści Severskiego nie ma jeszcze w sprzedaży, a noc służy do spania, a nie do czytania. „Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Chociaż nie tylko demony. Mój sen dość dobrze wkomponował się w sposób pisania autora „Nielegalnych”. Bardzo precyzyjnie planowane akcje. Szczegóły dopracowane do absurdu. Na przykład typowanie „safe house’a” to nie tylko przegląd budynków na serwerach Googla. Także wizja lokalna z wielogodzinną obserwacją, analiza termowizyjna i penetracja dronami.
Szczególnie wyraźnie widać tę cechę pisania Vincenta, która pokazuje jak ważna jest umiejętność działania w zespole, wzajemne zaufanie i solidarność. Nie zastąpią tego żadne procedury. Wręcz przeciwnie. Nadmierny dogmatyzm w stosowaniu instrukcji doprowadzić może do porażki. Generalna myśl powieści sprowadza się do bardzo ważnej dla wywiadu zasady: przyjaciół nie zostawia się w biedzie. Jeżeli wpadną i grozi im ciężkie więzienie albo nawet kara śmierci (nadal orzekana w wielu państwach pozaeuropejskich), to trzeba zrobić wszystko, żeby ich wydobyć, wykupić, wymienić.

Vincent V. Severski, fot: materiały prasowe Wydawnictwa Czarna Owca Zdumiewające, że rządzący skoncentrowani na własnych, doraźnych celach politycznych, nawet nie próbują o tym pamiętać. Na szczęście autor „Niewiernych” wkalkulował typową dla „Wydziału Q” i „Sekcji” niesubordynację. Nie ważne co przewidują przepisy i procedury. Ważne, żeby działać skutecznie. W interesie państwa i bezpieczeństwa obywateli. Naiwne? Może. Ale im mniej szefowie służb przejmują się swoimi ustawowymi zadaniami, tym bardziej oficerowie wierni ślubowaniu i zasadom służby dla państwa, a nie koterii politycznych, gotowi są obchodzić instrukcje i działać po swojemu.
„Nabór” to też opowieść o tym jakie głowy są potrzebne w wywiadzie. To nawet swoista rywalizacja pomiędzy kluczowymi postaciami wcześniejszych książek Vincenta Severskiego. Konrad Wolski nie jest w dobrej formie. Męczą go demony przeszłości. Jego związek z Sarą jest na krawędzi. Kiedy jednak dowiaduje się, że jest szansa uratować byłych podwładnych, zamienia się w drapieżnika. Jego planowanie operacyjne i taktyczne jest znowu najwyższej klasy.
Z kolei Roman Leski pokazuje swoje perfekcyjne umiejętności analityczne i zdolność przewidywania strategicznego. Obaj pracują na różnych prędkościach. Tyle, że dzięki ich inteligencji i doświadczeniu, kiedy dochodzi do kumulacji zdarzeń, obaj są dokładnie tam, gdzie trzeba. Nawet jeżeli nie wszystko się udaje. Bo w „Naborze” nie ma wyraźnego zwycięzcy.
Autor „Zamętu” w typowy dla siebie sposób mnoży wątki. Irańska siatka szpiegowska, frustracja wysokiego rangą oficera rosyjskiego wywiadu, prostolinijność i instynkt Jagana, próba wrobienia Romana Leskiego i wreszcie najważniejsze: losy oficerów złapanych na szpiegostwie i zdrada na najwyższych szczeblach władzy. I jak zwykle wkurzające jest to, że nie wszystkie wątki są zakończone (przynajmniej w moim śnie). Aż złość bierze, że nie wiemy jakie są dalsze losy Arifa Harumiego, po co czytamy o randze ambasadora Iranu w Sztokholmie i jak się uda zdemaskować kluczowego agenta Rosji w Polsce? Gdybym miał zgadywać, to typowałbym, że za kilkanaście miesięcy ukaże się dalszy ciąg. Pod tytułem „Zemsta”.
Swoją drogą znakomitą ilustracją do treści książki jest okładka. Przypomina grupę ludzi zmielonych przez maszynkę do mięsa. I to w różnych trybach mielenia. Niektórzy mają zmielone charaktery, a inni są po prostu podzieleni i skonfliktowani. A jednocześnie mamieni są różnymi obietnicami i szantażowani. Jeden z nich ewidentnie się poddał. Ma haczyk wbity w głowę. A swoją drogą ze wszystkich dotychczasowych powieści V.V.S. ta kończy się najgorzej. A okładka dzięki niebieskiemu kolorowi wydaje się najbardziej optymistyczna. Może to zwiastun dalszego ciągu…
Jak na sen, to zdumiewająco dużo jest w nim odniesień do warszawskich realiów. W dalekim tle jest pandemia, a obawy polskiej inteligencji, że klasa polityczna zmieniła się w skrajnie cyniczną kamarylę są bardzo wyraźne. Także lęki w czyim interesie działa ten czy ów partyjny lider.
Jak na sen trochę za dużo tych zbiegów okoliczności. Może to jednak nie był sen? Może przeczytałem książkę jednym tchem, a potem niechcący skasowałem ją na tablecie?
Piotr Niemczyk
-
„Nieśmiertelny” – John le Carré we wspomnieniu Piotra Niemczyka
Nie ma chyba żadnego poważnego rankingu powieści szpiegowskich, w którego czołówce nie znalazłaby się któraś z powieści Johna Le Carre. Najczęściej „The Spy Who Came in from the Cold” (polski tytuł „Ze śmiertelnego zimna” albo „Z przejmującego zimna”) lub „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” (polskie tytuły „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” albo „Szpieg” – zależy od wydania). Bywa, że rankingi popularności otwierają obie te książki.
Złośliwi mówią, że David Cornwell swoje szpiegowskie doświadczenie w służbie jej królewskiej mości, czyli w wywiadzie brytyjskim, zbudował na pracy archiwisty w placówce MI6 w Bonn. Jego operacyjne zaangażowanie podobno było zerowe. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby to sprawdzić. Zresztą obawiam się, że to niemożliwe, bo brytyjskie archiwa wywiadowcze poważnie traktują swoje tajemnice. Podobno nudził się tak bardzo, że aby czas się nie dłużył, swoje pierwsze powieści napisał jeszcze pozostając w służbie i dlatego musiał zasłonić się pseudonimem John Le Carre.
Myślę, że to nieprawda. Brytyjski wywiad nie ma zwyczaju marnować sił i środków, czyli wyszkolonych i doświadczonych oficerów nie ma zwyczaju chować na zapleczu. Potwierdza to też treść książek, w których opisywane rozmowy operacyjne czy procedury werbunku nie mogły powstać wyłącznie na podstawie lektury teczek. Za to Niemcy (Bonn i Hamburg, bo w tych miastach pracował przez cztery lata) wywarły na trzydziestoletnim wówczas autorze wyraźne piętno. Znaczna część akcji jego pierwszych (i nie tylko) powieści toczy się w Niemczech.

John le Carre, fot: Wydawnictwo Sonia Draga Zarazem znajomość funkcjonowania szpiegowskiego archiwum – rzeczywiście znakomita – przydała się z pewnością. Łatwo to zauważyć śledząc metodę pracy George Smileya, który potrafi setki godzin spędzić nad aktami i na ich podstawie rozwiązuje najbardziej karkołomne zagadki. A kiedy w teczkach czegoś brakuje, odnajduje pracownice archiwum, żeby dzięki ich nieprawdopodobnej pamięci, znaleźć nowy wątek konieczny do wyjaśnienia zdrady.
John Le Carre unika szybkiej akcji, efektownych pościgów, przemocy, bezpruderyjnych kobiet i mężczyzn kultury macho. George Smiley jest lekko otyłym facetem w wiecznie wymiętym garniturze. Nie zawsze łatwo ustalić jego wiek, w większości opowieści wydaje się (chociaż to chronologicznie niemożliwe) starszym panem. Jest za to absolutnie genialnym analitykiem, szczególarzem z umysłem jak brzytwa. Zaprzeczeniem Jamesa Bonda i jemu podobnych, u których refleks, urok osobisty i znajomość sztuk walki decyduje o sukcesach.
To co najbardziej intryguje w powieściach tego wielkiego autora, to dystans do wywiadu i jego możliwości. W jego książkach szpiegostwo nie jest remedium na zło starające się zdobyć świat. Bywa, że jego powieści kończą się źle. Ci „dobrzy” przegrywają. Karla, radziecki adwersarz i rywal George Smileya triumfuje. Nic dziwnego, jest równie, a może nawet bardziej przebiegły. Dlatego to nie mniej czy bardziej efektowna akcja przykuwa w tekstach Cornwella najbardziej. Dużo ważniejsza się wydaje refleksja: czy wywiad działa w dobrej sprawie, czy konkretna operacja jest rzeczywiście potrzebna, czy szpiedzy ryzykują życiem, zdrowiem i wolnością w interesie państwa czy w imię czyichś rozdętych ambicji.
John Le Carre pochyla się także nad ofiarami szpiegowskich działań. Porzuconymi lub zdradzonymi agentami, przypadkowymi ofiarami skomplikowanych intryg, poszkodowanymi przez przemoc. Czytelnicy, z których wielu to przecież bezkrytyczni apologeci służb specjalnych, bywają rozczarowani. No bo jak to, przecież wywiad to perfekcyjnie działająca maszyna, w której pracują ludzie o nadzwyczajnych umiejętnościach. Autor „Małej Doboszki” twierdzi co innego: w wywiadzie błędy popełniane są niewiele rzadziej niż w innych instytucjach. Tyle że skutki są zwykle bardziej tragiczne.

John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010 Być może na tym polega nieśmiertelność Johna Le Carre. Chociaż nie on pierwszy tak mocno podkreśla ciemną stronę tajnych służb. Wyprzedzili go chociażby Joseph Conrad i Graham Greene. Ale takich koronkowych pułapek i machinacji nie potrafi opisać nikt. Tym bardziej, że w powieściach Le Carrego naprawdę trudno się domyślić, który ze współpracowników okaże się na końcu zdrajcą i który z przyjaciół kochankiem żony.
Jego fascynujący sceptycyzm przewija się we właściwie każdej powieści, ale z pewnością w największym stopniu w „Krawcu z Panamy” i w „Wojnie w lustrze” (inny tytuł: „Za późno na wojnę”). To w tych dziełach Dawid Cornwell demaskuje jedną z największych systemowych słabości służb specjalnych – niewystarczające zrozumienie natury ludzkiej. Swoim zwyczajem wkłada tę myśl w usta jednego z opisywanych przez siebie mentorów: „Dla służby takiej jak nasza najtrudniej jest dostrzec falę konfliktu, zanim nadciągnie, usłyszeć vox populi, zanim się rozlegnie. Popatrz na Iran i ajatollaha. Popatrz na Egipt przed wojną sueską. Popatrz na pierestrojkę i upadek Imperium Zła. Popatrz na Saddama, jednego z naszych najlepszych klientów. Kto przewidział te wydarzenia, Johnny? Kto dostrzegł czarne chmury tworzące się na horyzoncie? Nie my. Popatrz na Galteriego i pożogę falklandzką, mój Boże. Co jakiś czas nasz wywiadowczy młot roztrzaskuje każdy orzech oprócz tego, który naprawdę się liczy: czynnika ludzkiego.”1
Ten komentarz wyjaśnia zarazem, że to nie szpiegowskie gadżety i elektroniczne systemy decydują o jakości pracy wywiadu. Kluczowy jest człowiek i jego umiejętności planowania, analizy, wyciągania wniosków. Nie mniej ważna jest empatia, odwaga i solidarność. Towary w książkach autora „Ludzi Smileya” nader deficytowe.
A mimo to wszyscy znani mi oficerowie wywiadu cenią i szanują Johna Le Carre. Dają w prezencie jego książki, polecają filmy nakręcone na podstawie jego powieści. Nawet jeżeli lustro, w którym się oglądają, wydaje się przesadnie krzywe, widzą w nim wnikliwego i rzetelnego recenzenta. To wielka szkoda, że już niczego więcej nie napisze.
Piotr Niemczyk
-
Co może prezydent? Felieton Piotra Niemczyka
Wybory w Stanach Zjednoczonych rozgrzewają chyba do białości politycznie zaangażowanych Amerykanów i obserwatorów z całego świata, którzy szacują szanse w starciu pomiędzy realizmem a populizmem. Wśród tych najbardziej zainteresowanych są oczywiście funkcjonariusze służb specjalnych. W samych amerykańskich służbach odejście Trumpa będzie przyjęte z oddechem ulgi. Nieprzypadkowo w hrabstwie, w którym mieści się centrala CIA w Langley – Fairfax, Jo Biden wygrał 69,9 do 28% z Donaldem Trumpem. A w sąsiednim Arlington, gdzie również mieszka bardzo wielu ludzi wywiadu, te proporcje wyniosły nawet 81,5 do 17,2%.
Zarówno FBI jak i CIA mają pewnie sporo kłopotów z jego wtrącaniem się w ich pracę i nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem informacji. CIA musi się zastanawiać czy przekazanie konkretnej informacji prezydentowi nie zaszkodzi bezpieczeństwu aktywów wywiadowczych. Tak było w przypadku między innymi z podanymi publicznie danymi z Syrii, które zresztą pochodziły nie ze źródeł własnych CIA, tylko od Mossadu. Podobnie było w przypadku ujawniania szczegółów z raportów służb dotyczących postępowań związanych z rosyjską ingerencją w wybory 2016 roku.
Z kolei w FBI najwyższy niepokój muszą budzić informacje wychodzące w śledztwach dotyczących byłych doradców i sztabowców Trumpa, pokazujące ukrywanie przez nich lewych dochodów i bliskie kontakty z rosyjskimi oligarchami i przedstawicielami kremlowskiej administracji.
W trakcie minionej kadencji Donalda Trumpa było trochę tak, jak przewidział Martin Zelenay (pseudonim oficera CIA polskiego pochodzenia), w książce wydanej na kilka lat przed wygraniem przez Trumpa wyborów:
„Powodem wielu kompromitujących Agencję afer było uwikłanie jej w nieodpowiedzialne działania polityków, realizujących swoje pokrętne cele w oparciu o własne wizje świata z pominięciem profesjonalnej wiedzy Agencji. W wyniku rozdmuchanych przez media skandali i ciągłego nawoływania do zwiększania kontroli nad jej działaniami CIA stała się w ciągu ostatnich lat polem niezliczonych manewrów politycznych, przynoszących jej wielorakie szkody. Od trudności w rekrutacji zdolnych absolwentów, poprzez ciągłe walki o budżet, aż po wprowadzanie w jej struktury ludzi z politycznego klucza, niemających pojęcia o specyfice tej instytucji i jej pracy.”1

www.unsplash.com/History in HD Jeszcze bardziej dosłownie tę cechę amerykańskich polityków określił Robert Littell: „Nasi przywódcy uważają, że wiedzą wszystko lepiej od własnych analityków wywiadu. A nasi agenci w terenie boją się przekazać cokolwiek, co by nie zgadzało się ze z góry przyjętymi opiniami przywódców; oficerowie prowadzący, w obawie o dalszą karierę, nie przekazują wyżej tego, czego się od nas dowiadują.”2Można odnieść wrażenie, że w pierwszym z cytowanych zdań Littell (nie tylko pisarz, ale doświadczony korespondent amerykańskiej prasy m.in. w Moskwie) myślał wprost o Donaldzie Trumpie.
A jaki realnie wpływ ma prezydent na funkcjonowanie amerykańskiego wywiadu? Oczywiście zależy to od jego osobowości i chęci wnikania w szczegóły szpiegowskiej kuchni. Jednak pomimo jego ogromnych uprawnień, relacjami prezydenta ze służbami rządzą pisane i niepisane zasady.
Jedną z najważniejszych z nich jest to, że prezydent może podpisać akty ułaskawienia wobec funkcjonariuszy służb, jeżeli w trakcie działań, nawet drastycznie, naruszą prawo. „By zapewnić bezpieczeństwo członkom i członkiniom Kampusu na wypadek ujawnienia szczegółów ich działalności, prezydent Ryan podpisał w tajemnicy sto prezydenckich aktów ułaskawienia <in blanco> i przekazał je Hendleyowi.”3 To oczywiście bardzo dyskusyjne uprawnienie i raczej mało prawdopodobne, aby faktycznie wyglądało tak, jak opisał je Tom Clancy. Niemniej jednak podobnie mogły wyglądać dokumenty dotyczące konkretnych osób związanych z CIA, ułaskawionych chociażby przez Richarda Nixona i Geralda Forda za udział w aferze Watergate lub przez George’a HW Busha za sprawę nielegalnych dostaw broni do Iranu, tak zwaną: „Iran – Contras”.
Oficjalnie nadzór nad służbami prezydent USA pełni za pośrednictwem Intelligence Community, kierowanej przez Dyrektora Wywiadu Narodowego. Z kolei w sytuacjach wymagających szybkich decyzji, bądź niezwłocznego przekazania informacji, znaczącą rolę odgrywa Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego.
James Grady twierdzi jednak, że to wszystko bzdura, ponieważ faktyczną kontrolę nad służbami pełni supertajna komórka, w której nawet prezydent nie ma wiele do powiedzenia:
„Kontrola nad skomplikowanym i nieraz kłopotliwym aparatem amerykańskiego wywiadu powołuje do życia klasyczny dylemat: sed quis custodiet ipsos custodes – kto nadzoruje nadzorców? (…) Wtajemniczeni mówią o niej <grupa 54/12>, ponieważ została ona utworzona na podstawie tajnego zarządzenia, opatrzonego tym właśnie numerem. (…) Poza szczupłym gronem kierowniczych osobistości związanych z wywiadem prawie nikt nie wie o istnieniu tej grupy.
Skład grupy 54/12 także się zmienia wraz ze zmianą ekipy rządzącej. Zazwyczaj zasiada w niej jednak dyrektor CIA, zastępca Sekretarza Stanu do spraw polityki zagranicznej oraz Sekretarz Obrony i jego zastępca. (…) Nadzór nad skomplikowaną machiną wywiadowczą Stanów Zjednoczonych stanowi nie lada problem dla tak nielicznej grupy osób, mimo że są to specjaliści. Największym problemem jest to, że Grupa w swojej pracy musi polegać wyłącznie na raportach tych, których ma nadzorować. Sytuacja ta częstokroć wywołuje rozdźwięki w gronie członków grupy 54/12.”4
Istnienie takiej grupy należałoby włożyć raczej pomiędzy teorie spiskowe, chociaż jej opis częściowo pasuje do struktury i zadań Wspólnoty Wywiadowczej (Intelligence Community), tyle że wspólnota ma cele i zadania bardziej koordynujące, a nie kontrolne. Praworządności pilnują z kolei powołani w strukturach służb inspektorzy generalni.
Niewątpliwie najważniejszym uprawnieniem prezydenta jest dostęp do informacji wywiadowczej. Zaczyna się on zresztą jeszcze przed objęciem funkcji, przez któregoś z głównych kandydatów: „Zgodnie z dobrym obyczajem Agencji główni kandydaci do fotela prezydenckiego informowani są o bieżących wydarzeniach.”5
Zarazem jest jednak równoległy, niepisany katalog spraw, o których prezydent nie powinien wiedzieć, żeby nie narażać niepotrzebnie nie tylko źródeł informacji wywiadowczych, ale także polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Zwraca na to uwagę Tom Clancy:
„– Powiemy o tym prezydentowi? – Zapytał Jack.
– Nie. I to jego decyzja, a nie nasza. Jakiś czas temu powiedział nam, że nie interesują go szczegóły tajnych operacji, lecz ich wyniki. Za dużo mówi – jak większość polityków, ale jest na tyle inteligentny, by zdawać sobie z tego sprawę. Zdarzało nam się już tracić agentów, bo prezydenci nie umieli trzymać języka za zębami, by nie wspomnieć o niektórych członkach Kongresu.”6
Trochę się z tym nie zgadza Martin Zelenay, który podkreśla, że nawet jeżeli wywiad występuje o akceptację jakichś działań, to nawet jeżeli Biały Dom nie będzie chciał się mieszać w podejmowanie decyzji, musi się liczyć z konsekwencjami. „Czasami zazdroszczę Jasonowi, że nie musi przedstawiać swoich planów tym na górze. Słuchają, zastanawiają się, rozważają polityczne konsekwencje, a na końcu i tak mówią: <<To pańska decyzja, dyrektorze>>.
– Ale jak coś pójdzie nie tak – powiedział Malcolm – to mu urwą łeb.”7
Co prawda prezydenci USA nie mają zwyczaju osobistego urywania głów komukolwiek, ale faktycznie mogą skutecznie zniszczyć czyjąś karierę. Mogą także zrujnowaną karierę odbudować. Tak jak w przypadku Giny Haspel, która po tym jak kierowała jednym z tajnych więzień CIA w Tajlandii, została odsunięta na boczny tor, ale Donald Trump mianował ją najpierw zastępcą dyrektora, a następnie Dyrektorem CIA w 2018 roku.

Biały Dom, fot: www.unsplash.com/David Everett Strickler Podsumowując prezydent Stanów Zjednoczonych nadzoruje służby poprzez celowo do tego powołane struktury, zapewniając ich agentom bezpieczeństwo, w przypadku złamania prawa w trakcie działań, podejmując decyzje personalne, a także oceniając jakość otrzymywanych informacji. Czy to jednak daje rzeczywistą kontrolę nad służbami? Robert Littell upiera się, że jednak nie: „Służby wywiadowcze mają fatalną skazę. Same ustalają swoje zadania, określają zagrożenia, a następnie próbują je zneutralizować. Zagrożenia, których się nie określa, przedostają się przez sito i nagle pojawiają jako prawdziwe katastrofy, a wtedy ci, którzy nie należą do środowiska wywiadowczego zaczynają ujadać, jak to przesypiamy sprawę. Nie przesypiamy. Po prostu inaczej określamy zagrożenia.
– Powiadają, że wielbłąd to koń zaprojektowany większością głosów. (…) Moim zdaniem CIA jest agencją wywiadowczą zaprojektowaną w ten sam sposób.”8
Dosyć mętne tłumaczenie Littella o przyczynach wpadek CIA, chociaż stawia agencję w raczej niekorzystnym świetle, pokazuje jednocześnie siłę amerykańskich instytucji. Bez względu na osobowość Prezydenta, który być może chciałby kierować samodzielnie służbami lub za pośrednictwem wstawionych, całkowicie zależnych od niego osób, przy takim modelu działania wydaje się niemożliwe.
Żeby upodobnić służby amerykańskie do ich odpowiedników w państwach totalitarnych potrzeba dużo, dużo więcej czasu niż czteroletnia kadencja. A konieczne byłoby także złamanie oporu senackiej i izby reprezentantów komisji ds. wywiadu.
Piotr Niemczyk
1 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str. 58;
2 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 721;
3 Tom Clancy, Mark Greaney; „Zwierzchnik”; przekład Jan Dzierzgowski, Wojciech Górnaś, Antoni Górny, Krzysztof Heymer; Fabryka Sensacji; Warszawa 2014, str. 127;
4 James Grady; ”Sześć dni Kondora”, przekład Stefan Wilkosz; Wydawnictwo Amber; Warszawa 1994, str. 62
5 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 388;
6 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 138;
7 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str. 76;





