Tag: Robert Małecki

  • „Z Bernardem Grossem zwiążę się na dłużej, ale chwilowo wracam do Torunia”

    Dwa miesiące temu rzucił etat, więc na życie zarabia już tylko pisaniem. Jakie są jego pierwsze wrażenia z bycia na swoim? Rozmawiamy też o „Zadrze”, o trudnych wyborach Bernarda Grossa, o jego żonie, a także rysującym się na horyzoncie nowym związku. Czy Robert Małecki wyjaśni, co tak naprawdę wydarzyło się dziesięć lat temu? Czy Gross mógł uchronić swoją żonę, a może nie mógł podjąć innych decyzji? Rozmawiamy też o wykorzystaniu trytytek oraz o kolejnej książce, którą Małecki wróci do Torunia. Okazuje się, że w tym roku fani Małeckiego będą mieli jeszcze sporo radości, a może nawet więcej niż sporo. Zobaczcie naszą rozmowę, w której Robert uprawia agitację oraz robi wszystko żeby nic nie powiedzieć, jednak mówiąc 😉 

     

     

     

  • Czekacie na „Zadrę” Roberta Małeckiego? Łapcie fragment!

    Dzień pierwszy

    Kość leżała w wysokiej, pożółkłej trawie, tuż przy pniu sosny.

    Kilka metrów dalej, pod osłoną cienkich witek rozłożystego krzewu, komisarz Bernard Gross dojrzał czaszkę. Spoczywała w cieniu, na prawym boku, zwrócona do policjanta przodem. Widział głęboką czerń oczodołów i jamy nosowej.

    Brakowało żuchwy.

    Do gęstego lasu w podchełmżyńskim Grodnie przyjechał przed kilkunastoma minutami, razem z aspirantką sztabową Moniką Skalską.

    Młody policjant, kierowca radiowozu, zatrzymał się na niewielkim gruntowym parkingu, na którym czekał na nich krępy podporucznik w mundurze moro i kamizelce odblaskowej, pocierający z zimna spierzchnięte dłonie. Przywitali się, a potem Kowalski, bo tak się nazywał żołnierz, wskazał im drogę. Przeszli w ciszy obok zaparkowanych wzdłuż drogi wojskowych honkerów i ciężarowych starów, przy których kapral z krótkofalówką wypiął klatkę piersiową i zasalutował dowódcy.

    Kilkanaście metrów dalej, w miejscu, gdzie teren znacznie się obniżał, zobaczyli otulone od południowego wschodu gęstym lasem jezioro, które odbijało obraz wypłowiałego jesiennego nieba. Jasna tafla marszczyła się od natarczywego wiatru. Zimne powiewy smagały ich poczerwieniałe od chłodu twarze i szumiały w koronach drzew oświetlanych pomarańczową łuną zachodzącego słońca.

    I teraz w lewo – rzekł żołnierz.

    Skręcili między brzozy, w zapomniany dukt, porośnięty wysokimi trawami. Kilkanaście metrów dalej czaił się mrok, nieprzystępny i złowrogi. Wysycone zapachem wilgoci oraz leśnego runa powietrze zdawało się ciężkie i lepkie.

    Żołnierz wyprzedził ich i żwawo ruszył przed siebie.

    Pewnie wiecie – rzucił przez ramię – że w styczniu czterdziestego piątego wymordowano tu ponad siedemset Żydówek. Tam, na cyplu, jest pomnik. – Machnął ręką w prawo. – Przyjechały z Auschwitz, ale też bezpośrednio z Litwy, Łotwy i Estonii. W sumie pięć tysięcy kobiet.

    Policjanci milczeli, a podporucznik kontynuował:

    Uformowano tu coś w rodzaju filii obozu w Stutthofie. Te Żydówki kopały rowy przeciwczołgowe i…

    Pana zdaniem to stare szczątki? – przerwała mu Skalska.

    Mężczyzna przystanął i odwrócił się do nich. Krzaczaste brwi zbiegły się ze sobą.

    Cholera wie, ale chyba trudno to wykluczyć – stwierdził. – Zresztą dlatego mówię wam o tych Żydówkach. Być może zwierzęta odkopały jakąś płytką mogiłę, a potem rozniosły szczątki po lesie.

    Zwierzęta? Stare kości? – powątpiewała Skalska, ale podporucznik nic już nie odpowiedział.

    Starali się utrzymać narzucone wojskowe tempo. Potykali się o leżące w ściółce konary, ogołocone z kory, a przez to wilgotne i śliskie jak lód. Gałęzie niskich krzewów szarpały im spodnie, kłuły ich w łydki i uda. Gross poczuł, że jego półbuty zaczynają przemakać.

    Las z każdym krokiem gęstniał, robiło się też coraz ciemniej, a komisarz zaczął żałować, że nie zabrali z radiowozu latarek.

    Po kilku minutach marszu usłyszeli gwar rozmów. Dopiero wtedy Bernard Gross oderwał wzrok od leśnego podłoża i w końcu spojrzał przed siebie. W półmroku dostrzegł zarysy postaci. Kiedy się do nich zbliżył, zauważył, że żołnierze wyglądali na znużonych przedłużającym się oczekiwaniem na rozkazy.

    Jeden z nich, starszy szeregowy, mikrej postury, z okularami na nosie, oparł się barkiem o pień sosny i palił papierosa. Zaciągał się głęboko i zatrzymywał dym w płucach na dłużej. Mundur polowy marszczył się na nim, a wysoko wiązane czarne buty wyglądały jak o dwa numery za duże.

    To właśnie ten żołnierz, Waldemar Spychała, wskazał policjantom odnalezioną ludzką kość i czaszkę, a potem wrócił do kolegów. Gross odprowadził go wzrokiem.

    Co sądzisz? – spytała cicho Skalska, gdy zostali sami i przyglądali się uważnie znalezisku.

    Podporucznik wsunął kciuki za pas i, niczym strażnik, stanął dwa metry za nimi.

    Komisarz wzruszył ramionami i podszedłszy bliżej, ale wciąż zachowując odpowiedni dystans, żeby nie popsuć roboty technikom kryminalistyki, nachylił się nad szczątkami. Jego uwagę zwrócił masywny wyrostek sutkowaty znajdujący się w okolicy stawu skroniowo-żuchwowego. W górnej szczęce zauważył diastemę, szparę między jedynkami, a także brak trzech zębów trzonowych. Komisarz odnotował to w pamięci i spojrzał na ostro zakończony łuk brwiowy.

    Chociaż z tej perspektywy nie widział kości potylicznej, czaszka wyglądała na całą. Nigdzie nie dostrzegł ran wlotowych ani wylotowych, żadnych pęknięć przypominających ostre, łamane linie błyskawic na burzowym niebie, które mogłyby świadczyć o zadaniu śmiertelnego ciosu tępym narzędziem.

    No i? – Skalska kucnęła obok niego.

    Gross uniósł tylko brwi, a następnie westchnął. Wyprostował się i rozejrzał.

    Wciąż milczał.

    Bernardzie? – ponagliła go aspirantka po dłuższej przerwie.

    Nabrał powietrza i odwrócił się do niej.

    Wróć do radiowozu i zabierz latarki – poprosił cicho. – I zaczekaj na Legnera, powinien wkrótce tu dotrzeć.

    Aspirantka sztabowa Monika Skalska skinęła głową. W półmroku ledwie dostrzegał jej oczy, które tonęły w cieniu daszka bejsbolówki.

    Oznaczysz? – spytała, podając mu rulon biało-niebieskiej taśmy.

    Wziął go bez słowa, a potem patrzył, jak długa kita czarnych włosów Skałki bujała się w rytm jej kroków. Kiedy policjantka zbliżyła się do starszego szeregowego Spychały, ten szybko zgasił peta o korę i wyrzucił go w ściółkę. Wyprostował się jak do raportu i wyglądał na zaskoczonego, kiedy Skalska minęła go, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Gross popatrzył na pozostałych żołnierzy ubranych w kamizelki odblaskowe. Co jakiś czas dobiegały go nagły wybuch śmiechu i potrzaskiwania z przypiętych do wojskowych pasów krótkofalówek.

    Omiótł spojrzeniem las, zastanawiając się nad tym, gdzie może się znajdować reszta szkieletu. Szukał świeżego wykopu, rozgrzebanej brunatnej ziemi albo nienaturalnych krzywizn terenu, kopców i wzniesień przykrytych niedawno ściętymi gałęziami. Rozglądał się też za kępami gęstych krzaków. W końcu powiódł wzrokiem po pniach sosen, ale nic nie zwróciło jego uwagi.

    Dziwne”, pomyślał. – I co? To tych Żydówek? Gross drgnął. Nie zorientował się, kiedy ktoś stanął za jego plecami. W tej samej chwili zadzwonił jego telefon. Odwrócił się do Tomasza Kowalskiego, krępego podporucznika, który z ramienia wojska od kilku godzin nadzorował poszukiwania dzików padłych na afrykański pomór świń, szybko szerzącą się zakaźną chorobę wirusową, znaną także jako ASF. Od kilku dni służby weterynaryjne i leśne, wspierane przez wojsko, realizowały w czterech województwach kolejny etap walki z wirusem.

    Komisarz przyłożył aparat do ucha. – Halo? – Tu Legner. Gdzie jesteście? – spytał prokurator z Torunia. – Kilkadziesiąt metrów w głąb lasu. – W głąb lasu – powtórzył jak echo. – A ja stoję na parkingu. Wyjdzie pan po mnie, komisarzu?

    Skalska zaraz tam będzie.

    O, to świetnie, dzięki. Ale niech pan powie, co tam mamy?

    Kości.

    Tyle to już wiem, pytam, czy jest pan pewien, że ludzkie? Bo butów na zmianę nie zdążyłem zabrać.

    Gross popatrzył na swoje przemoczone półbuty.

    Będzie pan tego żałował. – Rozłączył się, a następnie machnął energicznie na podporucznika, by ten odsunął się od miejsca odnalezienia czaszki. – Zadeptaliście tu niemal wszystko.

    Słucham? – Podporucznik nie ukrywał zaskoczenia i kiełkującej w nim złości.

    Niech pan tylko spojrzy na tę trawę. Wygląda, jakbyście tu stado dzików przepędzili.

    Przecież to jakieś stare szczątki – warknął żołnierz.

    A skąd ta pewność? – spytał go Gross i zrobił kilka kroków w tył. Odwinął koniec taśmy, a następnie przewiązał ją wokół drzewa. – Niech pan przejdzie na lewo.

    No… w przeciwnym razie natrafilibyśmy na resztę ciała – odparł Kowalski, schodząc komisarzowi z drogi.

    Jest was więcej? Gdzie pozostali żołnierze? – spytał policjant.

    Kontynuują poszukiwania w innym rejonie. Ale zaraz będziemy zmuszeni je zakończyć. Robi się późno. – Podporucznik spojrzał w górę na kołyszące się korony sosen, niemal czarne na tle szarzejącego nieba, muskanego ostatnimi tego dnia promieniami słońca.

    Gross obszedł miejsce odnalezienia czaszki, przewiązując taśmę policyjną wokół kolejnych drzew i okrążając ze sporym zapasem rozłożysty krzew. Wreszcie wrócił do pierwszego oznaczonego pnia.

    Chciałbym porozmawiać z tym szeregowym, który znalazł szczątki – stwierdził komisarz.

    Podporucznik wcisnął kciuki za pas spodni i wypiął pierś. – Spychała! – ryknął. – Do mnie! Młody żołnierz odrzucił peta i ruszył żwawo w ich stronę.

    Kiedy podszedł bliżej, Gross skierował się tam, gdzie leżała kość. Kazał mundurowym zatrzymać się z dala od znaleziska i znowu obszedł miejsce, oznaczając je taśmą.

    Kiedy skończył, wrócił do Kowalskiego i Spychały.

    Studiował pan medycynę? – Komisarz zwrócił się do starszego szeregowego.

    Tak. Rok temu, ale wyleciałem przez anatomię. – Kiedy to mówił, mięśnie mimiczne na jego twarzy napinały się i rozluźniały, a powieki ulegały mikroskurczom.

    Tiki nerwowe. – Co to jest? – Gross wskazał na leżącą przy pniu kość. – Os femoris– odezwał się Spychała. – Anatomię oblałem, ale akurat tę kość trudno pomylić z jakąkolwiek inną. To kość udowa.

    Podporucznik pociągnął głośno nosem i kolejny raz ściągnął brwi, uważnie ich obserwując.

    Panie komisarzu, to oficjalne przesłuchanie? – spytał nerwowo Kowalski.

    Rozpytanie – odparł Gross, nie odwracając się do podporucznika.

    Nie znał łacińskiej nazwy, ale ta część ludzkiego szkieletu odznaczała się charakterystyczną kulą umieszczoną na lekko wysuniętej pod skosem szyjce. Zapamiętał ten osobliwy detal z oględzin szkieletów odnalezionych kilka lat temu na nieużytkach w pobliżu Polnej.

    Prawa czy lewa? – dopytał komisarz.

    Prawa. – Mężczyzna spojrzał na kość, a potem z powrotem na policjanta.

    Po czym pan rozpoznał? Spychała wzruszył ramionami. – W dolnej części kości, z tyłu, znajduje się takie jakby trójkątne wgłębienie. – Żołnierz zaczął gestykulować.

    To tak zwana powierzchnia podkolanowa. Trzeba od- wrócić kość przodem do siebie, to wtedy ta taka jakby piłka znajduje się po mojej prawej. Więc to od prawego uda. I ta właśnie piłka wchodzi w skład stawu krzyżowo-biodrowego…

    Wystarczy – przerwał komisarz. – Wziął ją pan do rąk? Kopnął albo przesunął?

    Słucham? – Żołnierz nie krył zaskoczenia i zdziwiony natychmiast spojrzał w kierunku podporucznika.

    Ten patrzył na niego spod krzaczastych brwi i nic nie mówił.

    Gross nie powtórzył pytania. Czekał na odpowiedź.

    Nie, no skąd! Niczego nie ruszałem – zapewnił Spychała, przestępując z nogi na nogę.

    Na pewno? A pana koledzy?

    A po co miałbym ruszać? – Oklepał kieszenie kurtki, po czym wyjął paczkę marlboro, a następnie plastikową zapalniczkę, która wypadła mu w gęstą trawę.

    Nikt niczego nie ruszał – odezwał się podporucznik.

    Chociażby po to, żeby sprawdzić, czy to prawa, czy lewa kość. – Gross podpuścił młodego żołnierza. Spychała przeczesywał dłonią runo. W końcu odnalazł zgubę, wyprostował się i otarł wilgotną dłoń o spodnie, zostawiając na nich ciemne smugi.

    Rozpoznałem ją i bez tego. Zresztą mówiłem już. To najbardziej charakterystyczny fragment ludzkiego szkieletu. – Poczęstował komisarza, który pokręcił głową, i z powrotem schował papierosy do kieszeni, pomijając swojego dowódcę. Widocznie ten nie palił.

    Dobra, dziękuję – stwierdził policjant.

    Starszy szeregowy skinął głową i osłonił się od wiatru. Zapalniczka zgrzytnęła kilkukrotnie. Chciał już odejść, gdy Gross podniósł rękę.

    Męska czy kobieca? – spytał.

    Męska – odparł żołnierz bez wahania, wypuszczając kłęby dymu, który rozwiewał się powoli. – Po pierwsze, jest długa, po drugie, kąt szyjkowo-trzonowy jest bardziej rozwarty niż w kości żeńskiej. Dlatego obstawiam, że ta jest jednak męska.

    A coś więcej na temat czaszki?

    Wrócili w milczeniu kilka kroków do taśmy rozpiętej wokół krzewu, pod którym spoczywały kolejne szczątki. Podporucznik szedł tuż za nimi, głośno pociągając nosem.

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Pod butem Grossa pękła z trzaskiem gałąź.

    Moim zdaniem to czaszka mężczyzny. Poza tym tam – wskazał Spychała papierosem – jak pan widzi, znajduje się duży wyrostek sutkowaty, to takie zaokrąglenie w pobliżu stawu skroniowo-żuchwowego, charakterystyczne dla czaszki męskiej. Warto by sprawdzić kość potyliczną, bo jeśli znajdują się na niej charakterystyczne guzki, to już nie miałbym żadnych wątpliwości.

    Miejsca przyczepów mięśniowych – dodał cicho Gross.

    Szeregowy spojrzał na policjanta.

    Zna się pan na rzeczy. – Spychała ponownie się zaciągnął i zmrużył oczy.

    Komisarz uważnie przyglądał się jego tikom nerwowym, jakby młodą twarz podrażniały krótkotrwałe przepływy ładunków elektrycznych, drobne spięcia w gęstej sieci neuronów. Przez chwilę zastanawiał się, czy to męczące, ale nie zapytał o to żołnierza, który zapewne – jako niedoszły lekarz – znał ich przyczynę.

    W końcu odwrócił wzrok od mężczyzny i raz jeszcze spojrzał na czaszkę.

    Kiedy cisza się przedłużała, stojący obok podporucznik wysmarkał się głośno, po czym schował zmiętą chusteczkę do kieszeni spodni.

    Przepraszam, ale mamy robotę do wykonania. – Oparł ręce na biodrach i kazał Spychale odmaszerować. – Czy to wszystko? – spytał, nie siląc się na uprzejmość.

    Komisarz kiwnął głową, a Kowalski sięgnął po krótkofalówkę.

    Trzysta dziesięć do trzysta trzynaście – powiedział.

    Ciszę w lesie przecięły trzaski, a po chwili z urządzenia dało się słyszeć zniekształcony męski głos:

    Trzysta trzynaście, zgłaszam. Podporucznik ponownie przysunął urządzenie do ust. – Melduj, jak sytuacja na froncie? – Czysto. Gross jeszcze raz przyjrzał się coraz mniej wyraźnym zarysom żołnierzy, do których dołączył właśnie Spychała.

    Pewnie szeregowy dał im znać, że zaraz wrócą do pracy, bo zaczęli otrzepywać spodnie i poprawiać kamizelki.

    No to świetnie. Kończycie już? – dopytał podporucznik. – Tak. Zaraz wyjdziemy na drogę. – Okej, to my też powoli się zwijamy. Zbierz wszystkich i się ustawcie. Wkrótce po was podjedziemy. Bez odbioru – zakończył rozmowę i wyciągnął do policjanta rękę na pożegnanie.

    Kiedy Gross ją uścisnął, była zimna i zupełnie sztywna, niczym dłoń manekina.

    Jeszcze jedno – poprosił policjant. – Tyralierę uformowaliście na tamtej drodze? – spytał, wskazując na oddalony o kilkadziesiąt metrów skraj lasu, gdzie zaparkowali radiowóz.

    Nie. Idziemy z przeciwnej strony. – Podporucznik ponownie pociągnął nosem.

    Czyli tego fragmentu lasu jeszcze nie zbadaliście?

    Nie. Ale zrobimy to teraz. – Spojrzał spod krzaczastych brwi. – I to dokładnie.

    Gross rzucił okiem na grupę żołnierzy. Zauważył mężczyznę w cywilu i drugiego, w zupełnie innym umundurowaniu. – Kto jest z wami? – spytał, unosząc brodę w tamtym kierunku. – Pyta pan o cywili? Komisarz potwierdził skinieniem głowy. – W każdym plutonie jest ktoś od leśników i służb weterynaryjnych. My tu jesteśmy tylko do pomocy – odparł podporucznik, pocierając zmarznięte dłonie.

    Rozumiem. A skąd przyjechaliście?

    Z Szóstego Samodzielnego Oddziału Geograficznego z Torunia.

    Dziękuję. Gdybyście na coś natrafili, proszę o sygnał. Będziemy tu cały czas – zapewnił.

    Jasne. – Kowalski pokiwał głową i odszedł w stronę żołnierzy.

    Po chwili do uszu komisarza dotarły krótkie, gardłowe rozkazy i wojskowi rozeszli się, ustawiwszy się w tyralierę, a następnie wznowili poszukiwania padłych dzików.

    Wkrótce las wypełniła złowroga cisza.

    I zimno, które pochłaniało komisarza, począwszy od stóp w przemoczonych butach.

    Ciemność zastała ich szybciej, niż Gross się spodziewał.

    Kurwa, chłopie, weź się do pisania, bo zginiemy tu jak ciotka w Czechach – stęknął Jarek Bloch, technik kryminalistyki z Torunia, kiedy podszedł do nowego chełmżyńskiego dochodzeniowca.

    Młody funkcjonariusz Mateusz Zieliński, z okularami w wąskiej drucianej oprawie, sprawiał wrażenie wyrośniętego szkolnego kujona. Marszczył czoło, zbyt długo męcząc się nad zapisami w protokole z oględzin. Odburknął coś niezrozumiale, czym tylko rozbawił Blocha, który w końcu, zniecierpliwiony, ubrany w lekki biały fartuch, machnął ręką i podszedł do Grossa zasłuchanego w ciszę, w której wybrzmiewały jedynie dźwięki natury, szum lasu i dochodzące gdzieś z oddali pohukiwanie sowy.

    Od chwili, kiedy komisarz oznaczył miejsca odnalezienia ludzkich szczątków, minęły trzy godziny. Prokurator Legner rzucił tylko na nie okiem i zabrał się z powrotem do Torunia, dając zebranym do zrozumienia, że papierologią zajmie się w prokuraturze następnego dnia. Spieszył się do wypadku drogowego z ofiarami śmiertelnymi, do którego doszło na autostradzie pod Toruniem, a być może martwił się jedynie o półbuty z włoskiej skóry.

    I jak to widzisz? – spytał Gross niskiego technika, który uśmiechnął się nerwowo, odsłaniając małe zęby.

    Czarno to widzę, przynajmniej z takim dochodzeniowcem. – Bloch wyjął z paczki papierosa. Zgrzytnął kamień zapalniczki, a dygoczący płomień rozświetlił okrągłą twarz. Przez moment wyglądała jak odlana plastikowa maska. – Będziemy się tu pierdolić do rana.

    Wiesz, o co pytałem.

    Sam byś to szybciej zrobił, Bernardzie. Ty albo Skałka – powiedział, przytrzymując papierosa ustami.

    Gross nie słyszał w jego głosie ani pretensji, ani żalu.

    Gdzieś musi się tego nauczyć. A na prawdziwej robocie najłatwiej – stwierdził, rozcierając zmarznięte dłonie. – Zapomniałeś już, jak to było?

    Bloch znów się zaciągnął.

    Komisarz obserwował, jak żar w postaci cienkiej czerwonej obrączki rozniecał się i spopielał kolejne skrawki tytoniu. Wreszcie technik wypuścił z ust szary obłok, który uciekając w górę, rozwiał się i zniknął. – Teren wokół zadeptany, więc nic z tego nie będzie, a przynajmniej żadnych śladów traseologicznych. – Bloch odchrząknął. – Ale też nie łudźmy się, jesteśmy w lesie, ściółka nigdy nam nie pomagała.

    A czaszka? – Cała. – Coś jeszcze?

    Niestety, nie. – Bloch pokręcił głową z nieskrywaną troską.

    Czyli mamy niewiele – podsumował komisarz i się rozejrzał.

    Zieliński trzymał w ustach latarkę i świecił sobie na podkładkę, do której miał przypięty formularz protokołu oględzin. Skalska rozmawiała przez telefon. Ze strzępków rozmowy wyłowił, że połączyła się z dyżurnym.

    Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. – Technik zdjął z siebie fizelinowy strój i oddalił się do swoich aluminiowych walizek, żeby poskładać sprzęt. W jednej z nich ustawił latarkę, której snop jasnego światła ciął ciemność i rozpraszał się wysoko pod koronami sosen.

    Obok walizek, na niewielkim rozkładanym krześle, stał spory karton, do którego trafiły fragmenty szkieletu nieznanego mężczyzny. Gross podszedł i włożył lateksowe rękawiczki, a następnie podniósł czaszkę na wysokość oczu. Obracał długo i pod różnymi kątami, aż w końcu spojrzał w czarne oczodoły. Wyczuwał zgrubienia i chropowatości na części potylicznej. Krawędź łuku brwiowego odznaczała się sporą wypukłością. Ale było też coś, co go zastanowiło. Czuł się tak, jakby trzymał w dłoniach wielkie, nawoskowane jabłko. Kości czaszki pokrywał tłustawy nalot. Odłożył ją i wyjął kość udową. Tę również pokrywała taka sama gładka warstwa. Gross z łatwością przejechał palcem wskazującym wzdłuż kości, w kierunku nadkłykci.

    Raczej świeżynka – rzucił Bloch. – Rano zawiozę do Raszei, niech się im przyjrzy.

    Schyliwszy się, Gross odłożył kość do kartonu i zamknął go. A potem rozejrzał się wokół.

    Mam jeszcze prośbę. Właściwie do wszystkich – podniósł głos, kiedy się zorientował, że Skalska przestała rozmawiać przez telefon.

    No? – zaciekawił się Bloch. Skalska i Zieliński spojrzeli na nich. – Chciałbym, żebyśmy przeszli się przez las w stronę drogi – wyjaśnił komisarz. – Teraz? Po ciemku? – zdziwił się technik. – Przecież mówiłeś, że wojsko już to zrobiło. – Zrobiło. Ale oni szukali tylko tego, co leżało na ziemi – przypomniał Gross, patrząc po kolei na współpracowników, jakby chciał w ten sposób zweryfikować ich zapał i energię do realizacji tego zadania.

    Potem zadarł głowę i spojrzał na oświetlone latarką, kiwające się od wiatru czarne korony sosen.

    Jak chcesz to zrobić? – spytał Bloch, gdy na parkingu w pobliżu Jeziora Grodzieńskiego stanęli przed ścianą lasu, do którego mieli za chwilę wejść.

    Obok Skalska włączała i wyłączała latarkę, rzucając raz po raz owal światła na szutrową drogę. Zieliński i kierowca spoglądali na Grossa, a podkomisarz Ryszard Nubiński grzebał obcasem w trawie. Komisarzowi z trudem udało się oderwać tego ostatniego policjanta od rodzinnej uroczystości. Na szczęście Nubiński nie pił i mógł natychmiast wsiąść za kierownicę prywatnego opla astry.

    Rozstawimy się co osiem, dziesięć metrów i ruszymy przed siebie. Będziemy szli równo – dodał Gross. – Pilnujmy siebie nawzajem.

    Jest noc – przypomniał technik i zatrzepotał na wpół przymkniętymi powiekami.

    Ale będziemy widzieli światła latarek.

    Może lepiej wrócić tu rano? – Grubawy podkomisarz nie ukrywał niechęci do działania. – Zbierzemy większą ekipę. – Jeśli na nic nie trafimy, rano czeka nas powtórka – uciął komisarz. – I jeszcze jedna ważna sprawa – zastrzegł. – Zaglądamy wszędzie. Częściej patrzymy w gęste krzaki niż w leśne podłoże, jasne? Pokiwali głowami. – Aspirant Zieliński idzie od strony polnej drogi, obok Ryszard, Jarek, ja, Skałka i pan. – Spojrzał na sierżanta Wolskiego, kierowcę radiowozu. Potem raz jeszcze popatrzył na każdego z osobna. – Wszystko jasne?

    Kiedy skinęli głowami, dał im znać, żeby zajęli miejsca, a następnie włączył latarkę i spojrzał przed siebie.

    Bądźcie dokładni – poprosił i ruszył w stronę ciemnego lasu.

    Dwadzieścia minut później gałęzie krzewów wciąż chłostały go po ciele, drapały po twarzy, przeczesywały postawione na jeża włosy. Szedł pochylony, jedną ręką torując sobie drogę, drugą operując latarką. Snop światła załamywał się na korze drzew, wysokich trawach i brązowych liściach, z których wiele upadło już na ściółkę. Jedynym plusem było to, że wśród drzew wiatr się uspokoił i komisarz przynajmniej nie odczuwał męczącego chłodu. Powietrze było rześkie, a kiedy wypuszczał je ustami, uciekały z nich kłęby pary.

    Rozejrzał się na boki: zarówno po swojej lewej, jak i prawej zobaczył w niewielkim oddaleniu po dwie łuny światła.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Szedł więc dalej i kierował latarkę w skupiska wysokich krzewów.

    Po chwili drzewa się przerzedziły i zrobiło się jakby przestronniej. Gross stanął na polanie, pośrodku której rosło kilkanaście sosen. Ich korony kiwały się na tle granatowego nieba. Obrzucił je światłem latarki. Wysoko po pniach pięły się przesuszone pnącza, gęste i poskręcane, niczym żywe sidła. Kiedy zgasił latarkę, odniósł wrażenie, że w tej ciemności patrzy na gigantyczne pajęczyny.

    Bernard! – krzyknął Bloch.

    Jestem, jestem – odezwał się głośno i z powrotem włączył źródło światła. – Chciałem tylko coś sprawdzić.

    Obszedł sosny z lewej i wtedy natrafił na czerwony ślad. „To nie mogło być przywidzenie”, upewnił się. Poświecił w tamto miejsce. Na jednym z pni na wysokości wzroku zauważył fragment folii przytwierdzony takerem. Zawieszony w pionie biały prostokąt, na którym znajdował się czerwony trójkąt z napisem: „Impreza na orientację – prosimy nie zrywać”.

    Jarek! Podejdź do mnie! – krzyknął.

    Odwrócił się i za czarnymi pniami dostrzegł światło, które miotało się raz w jedną, raz w drugą stronę. Bloch był coraz bliżej. W końcu przedarł się przez chaszcze i dysząc, stanął obok Grossa.

    Trzeba to zabezpieczyć – stwierdził komisarz. – Jasne – odparł technik. – Teraz czy gdy skończymy? Gross milczał, wpatrując się w zadrukowany prostokąt. – Gdy skończymy – stwierdził po chwili. Bloch zrobił krok w bok i przyjrzał się sosnom. – O kurde. Co to jest? Nigdy czegoś takiego nie widziałem – powiedział, przyglądając się rozpiętym na drzewach pnączom. – Ja też nie – przyznał Gross.

    Z lewej oślepiła ich latarka, niedługo później usłyszeli szelest. Nubiński zbliżył się do drzew i je oświetlił. – To chmiel – stwierdził. – Często rośnie tak w lasach. Gross się rozejrzał. Pozostali policjanci wyprzedzili ich już o kilkanaście metrów. – Stop! – krzyknął. – Zaczekajcie na nas. Światła znieruchomiały. – Dobra, wracajcie na miejsca. Nie traćmy czasu – poprosił kolegów. Obaj z trudem odwrócili wzrok od nietypowego leśnego znaleziska i ruszyli w kierunku swoich stanowisk. Gross poczekał, aż przedrą się przez gęstwinę krzewów, i dopiero wtedy wznowił marsz wyznaczoną przez siebie ścieżką. Dobiegały go trzaski pękających pod nogami policjantów gałęzi, ciche i krótkie pokrzykiwania ptaków. Miał wrażenie, że te dźwięki pełniej wybrzmiewają w leśnej głuszy, że dobiegają go zewsząd, że nocą las żyje intensywniej. Minął niskopienne drzewo liściaste z mnóstwem gałęzi, z których smętnie zwieszały się obkurczone, zmizerniałe liście. Sporo pokrywało już leśną ściółkę. Przypomniało mu to o ich własnej jabłoni, tej, którą zasadził wspólnie z Agnieszką na pierwsze urodziny Bartka. Drzewo rosło za domem na toruńskich Wrzosach. – Będzie duże i silne jak twój syn. – Agnieszka myła naczynia i raz po raz spoglądała przez okno na niewielki pień z kilkoma gałązkami, który kołysał się na wietrze.

    Bartek, nakarmiony i wykąpany, po zabawie w ogrodzie zasnął szybko.

    Gross przytulił się do niej od tyłu i złożył ręce na jej brzuchu, a potem pocałował w kark. Wyczuł woń cytrusowych perfum, idealnie współgrających z naturalnym zapachem skóry, i nie przestawał muskać jej szyi ustami. Odchyliła głowę, poddając się tej przyjemności.

    Woda i piana z płynu do mycia znikały w odpływie. – Oby tylko nie chciał być policjantem – stwierdził. Zaśmiała się, odkładając talerz na suszarkę. W komorze zlewozmywaka zostały same sztućce. – A jak często tak bywa? – spytała. – Ale co? – Jak często synowie idą śladami swoich ojców? Wzruszył ramionami, po czym pocałował ją w policzek i niechętnie odszedł, żeby postawić czajnik na gazie. – Nie wiem – rzekł zgodnie z prawdą, bo nigdy się nad tym nie zastanawiał. – Ale ta robota… – Oj, nie mów, nie mów. Uśmiech zniknął z jej twarzy, i tylko dlatego Gross zaczął się obawiać tego, co żona mu powie. – Jest dla ciebie wszystkim, co masz – dodała Agnieszka, odkładając noże i widelce. Wytarła dłonie w kuchenny ręcznik, a następnie przyjrzała im się z uwagą. Skóra na palcach zwiotczała od wody.

    Patrzył na nią, ale ich spojrzenia się nie spotkały. – Wy jesteście wszystkim – odparł. Pokiwała tylko ze smutkiem głową. Dobrze wiedział, co to oznaczało.

    A potem, kiedy stracił wszystko, co miał, pozostała mu jabłoń. Rozłożysta i silna.

    Żona zapadła w śpiączkę, a od Bartka oddalał się z każdym rokiem. Zupełnie bezwiednie, jakby to nie on był w tej relacji ojcem, tym, którego powinnością było dbanie o potomstwo. W końcu sprzedał dom z ogrodem i silną jabłonią i wyprowadził się do Chełmży.

    I teraz też omiatał snopem światła jabłoń. Nie widział tylko, jak się to stało, że wyrosła w sercu lasu.

    Bernard! – zawołała Skalska. Zorientował się, że został w tyle. – Już idę! – odkrzyknął i ruszył naprzód. Cztery łuny światła przesunęły się w tej ciemności do przodu, a pięć metrów dalej Gross zatrzymał się ponownie. Stanął przy wysokich i gęstych krzewach, otaczających dwie rosnące blisko siebie sosny.

    Koniec! – krzyknął Bloch. – Jestem już tu, gdzie leżała kość.

    Do komisarza dotarły pokrzykiwania pozostałych osób z zespołu.

    Gross się nie odezwał. Kucnął, żeby podnieść zatopioną we mchu błyskotkę, od której odbiło się światło latarki. Rozsunął dłonią mokrą trawę i spojrzał na przedmiot. Wyciągnął z kieszeni lateksową rękawiczkę, włożył ją, podniósł znalezisko i skierował pod światło.

    Dwa klucze na stalowym kółku bez breloka.

    Pierwszy klucz, połyskujący na zielono, znaczyły głębokie rysy. Spod metalicznej farby na krawędziach przedmiotu wyzierała właściwa srebrna powłoka. Na drugim, w kolorze zmatowionej miedzi, Gross dostrzegł zbierające się w wyżłobieniach osady brudu.

    Mam coś! – krzyknął i skierował latarkę w górę na korony sosen, żeby pozostali widzieli, gdzie dokładnie się znajduje, i mogli tu przyjść. Spojrzał w ich stronę. Pięć punktów żółtego światła było blisko siebie. Pojawiały się i znikały przysłanianie przez drzewa i krzewy.

    Szli w jego stronę. Gross zajrzał pod krzak. Wokół miejsca odnalezienia kluczy niczego więcej nie dostrzegł. Obszedł rozłożysty krzew wokoło, co rusz wpuszczając wiązkę światła z latarki przez gęsto rosnące gałęzie. W końcu rozchylił je i przecisnął się tak, by dostać się do pnia sosny. Gałęzie drapały go w twarz. Musiał przymykać oczy, aby uniknąć urazu.

    No, co tam masz? – usłyszał głos Skałki oraz rytmiczny szelest traw i gałęzi pod jej stopami. W tle rozmawiali pozostali.

    I wtedy to zobaczył. Pętla z jasnego sznura oplatała pień sosny.

  • „Rzucam pracę, zostaję pisarzem na pełen etat”. Rozmowa z Robertem Małeckim

    Będzie żałował? A może to dobra decyzja? Zobaczymy, ale wszystko wskazuje na to, że Robert Małecki podjął słuszną decyzję, bo ewidentnie jest na fali wznoszącej. Postanowił więc wejść w literaturę jak w pokerze, czyli „all in”, czyli tłumacząc na polski, rzuca pracę i całkowicie poświęca się pisaniu. Efekt będzie taki, że czytelnicy dostaną więcej książek, a Robert nie będzie musiał pisać po godzinach. Na papierze same plusy, a jak będzie? Będzie dobrze, taką mam nadzieję. Rozmawiamy też o ewentualnej śmierci Bernarda Grossa, eksterminacji Żydówek w obozie w Grodnie, „Zadrze, a także licytacji na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – zobaczcie, jakie świetne rzeczy Robert na nią przekazał. Było zimno, ale daliśmy radę, zapraszam do obejrzenia naszej rozmowy.

  • „Jako dziennikarz miałem dyżury w bibliotece”, rozmowa z Robertem Małeckim

    Małe miasto, mroźna zima, dwa trupy i brak śladów zbrodni. Czy z tych składników można stworzyć rasowy kryminał? Już wkrótce premiera „Skazy” Roberta Małeckiego. Rozmawiamy o powieści, która otwiera nowy cykl kryminalny.

    W piekle polskiej prowincji

    Marka Benera, dziennikarza poszukującego swojej zaginionej żony, czytelnicy mieli już okazję dobrze poznać. I jak widać po odbiorze Twojej kryminalnej trylogii z Toruniem w tle, zaprzyjaźnili się z tym bohaterem. Skąd więc pomysł, żeby właśnie teraz, właśnie w takim momencie, odstawić go na boczny tor?

    Marek Bener wykonał swoje zadanie i zasługuje na chwilę odpoczynku, na którą ja z kolei nie mam najmniejszej ochoty. Tym bardziej, że pomysł nowego cyklu kryminalnego kiełkował w mojej głowie od chwili wydania debiutu, a więc od września 2016 roku. Już wtedy wiedziałem, że nowym bohaterem moich powieści uczynię komisarza Grossa. Niewiele wówczas o nim wiedziałem, ale z czasem szkic tej postaci zyskiwał głębi i w końcu powstał całkiem zgrabny portret. Potem wystarczyło osadzić tego człowieka w odpowiednim miejscu i dać mu do rozwiązania tajemniczą sprawę. Tak oto powstała „Skaza.”, której premiera 5 września.

    Twoi wierni Czytelnicy wiedzą czego się spodziewać, a na co mogą liczyć nowi?

    Wojtek Chmielarz, autor okładkowej „polecajki” pisze, że to kryminał o piekle polskiej prowincji, rodziny i policji. Mój Wydawca, Czwarta Strona, uzupełnia że „Skaza” to opowieść o dramacie, który zatruwa umysły, ale też o zbrodni, błędach i odkupieniu. A ja dodaję, że to także opowieść o samotności, niezrozumieniu się najbliższych, poszukiwaniu wartości w świecie, w którym jest ich zwyczajnie coraz mniej. Wiem, to nie brzmi jak rasowy kryminał (śmiech)! Jednak przyglądając się warstwie fabularnej, mogę powiedzieć, że starałem się stworzyć interesującą historię, zaczynającą się od znalezienia ciał, które nie noszą żadnych znamion przestępstwa.

    Są ciała, nie ma zbrodni. Tylko krzyk z przeszłości domaga się prawdy” – czytamy na okładce.

    No właśnie. Więc za tą śmiercią coś musi stać i komisarz Bernard Gross próbuje ustalić co to takiego. Żeby się tego dowiedzieć, musi prześledzić sprawę tajemniczego zaginięcia sprzed dziesięciu lat.

    Do tej pory akcja twoich powieści rozgrywała się w Toruniu. Jak jest tym razem?

    Skoro postanowiłem odpocząć od Marka Benera, to dałem sobie również czas na odpoczynek od mojego Torunia. Ale nie odszedłem za daleko. Akcja „Skazy” dzieje się w podtoruńskiej Chełmży, 15-tysięcznej miejscowości. Miasto ze wspaniałym jeziorem i starówką nad jego brzegiem, ciekawą historią i dumnie prezentującą się konkatedrą. Niestety, jak wiele podobnych małych polskich miast, nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą. A jednocześnie ma w sobie to coś, co sprawia, że kiedy przechadzasz się jego ulicami, to już wiesz, że to znakomita scenografia dla powieści. A dla kryminału – wręcz wymarzona.

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Łączy cię coś z tą Chełmżą?

    Zaczynałem tam pracę jako reporter toruńskich „Nowości”. Uczyłem się fachu przyjmując mieszkańców na tak zwanych dyżurach reporterskich, podejmowałem różnego rodzaju interwencje. Co ciekawe, dyżury te pełniłem w bibliotece, w pomieszczeniu na parterze po prawej, gdzie obecnie znajduje się dział wypożyczeń. Każdego tygodnia przygotowywałem całą stronę poświęconą wydarzeniom z Chełmży. Było to dawno temu i prawda jest taka, że pewnie nie pomyślałbym o niej jako miejscu akcji moich powieści, gdyby nie fakt, że obejrzałem „Belfra”. Część scen do tego serialu kręcono właśnie tam. I wtedy przypomniałem sobie o mieście nad jeziorem i o jego potenacjale fabularnym.

    A jakie uczucia towarzyszą przed zbliżającą się premierą?

    Głównie strach (śmiech)!

    To już twoja czwarta książka, jesteś na rynku od niemal dwóch lat. Czego tu się bać?

    Przed wydaniem debiutu bałem się, co oczywiste, bo to był debiut. Było dla mnie ważne, jak zostanie przyjęty. Kiedy napisałem drugą część przygód Marka Benera, bałem się jak zostanie przyjęta, bo zmieniłem sposób narracji. Z historii tworzonej w pierwszej osobie przeszedłem na narratora trzecio-osobowego oraz uspokoiłem akcję. Z kolei przy „Koszmarach („Koszmary zasną ostatnie” – przyp. red.) bałem się jak zostanie przyjęte zakończenie trylogii. A teraz boję się, bo napisałem zupełnie inną powieść. Niespieszną, nieco melancholijną, trochę duszną, trochę mroczną. Brak w niej pościgów, walki na pięści, nagłych twistów, itp. Ale niewątpliwie jest to powieść, którą chciałem napisać, bo siedziała głęboko w mojej głowie już od dawna. No i wreszcie boję się, bo stworzyłem też zupełnie innego bohatera. Tym razem to policjant. Nie wiem jak zostanie przyjęty przez Czytelników.

    Właśnie, może powiesz o nim coś więcej?

    Komisarz Bernard Gross jest po czterdziestce. Na skutek konsekwencji pewnych zdarzeń z 2008 roku na własną prośbę zostaje przeniesiony z Komendy Miejskiej Policji w Toruniu do komisariatu w Chełmży. To człowiek, który zetknął się ze złem i to spotkanie pozostawiło w nim trwały ślad, skazę. Jest wycofany, ucieka od zgiełku, prowadzi niemal samotniczy tryb życia. A jednocześnie to wytrawny śledczy. Ma nosa do rozwiązywania zawiłych zagadek kryminalnych.

     

    Fragment powieści:

    Od łódki dzieliło go nie więcej niż dzie­sięć metrów. Za nią, na brzegu, roiło się od mieszkańców. Przy linii brzegowej zauważył dwóch policjantów z prewen­cji. Podniósł rękę niby na powitanie, ale jednocześnie dał im czytelny znak, żeby powstrzymywali co bardziej ochoczych młodych gniewnych od wchodzenia na lód. Gwar dolatywał w jego stronę niesiony wraz ze ślizgającym się po tafli lodu mroźnym wiatrem.

    Podszedł bliżej i wtedy dojrzał w łódce szmaty przyprószone śniegiem. Odwró­cił się i spojrzał w miejsce, gdzie straża­cy rozkuwali lód. Nie wiedział jeszcze, kim był topielec, nie wiedział, co robił na zamarzniętym jeziorze i kiedy załamała się pod nim tafla lodu.

    Od łódki w stronę centrum nie prowa­dziły żadne ślady. Wykluczył więc ten trop. Musiał tylko sprawdzić, czy nie było ich od strony brzegu. Zbliżył się do zaniedbanej łajby i dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo się pomylił.

    Serce gwałtownie zaczęło pompować krew.

    To nie były szmaty.”

    ROBERT MAŁECKI

    Politolog, filozof i dziennikarz, a także nauczyciel kreatywnego pisania. Przede wszystkim jednak w równej mierze au­tor i czytelnik kryminałów. Uznawany za jednego z najlepszych polskich specjalistów w tej branży.

    Kryminalne serca czytelników zdobył świetnie skonstruowaną, mroczną i wciągającą do ostatniej strony trylogią z Markiem Benerem („Najgorsze dopiero nadejdzie”, „Porzuć swój strach”, „Koszmary zasną ostatnie”). 

  • „Okrakiem nad klawiaturą i etatem”, felieton Roberta Małeckiego

    Weny nie ma, powiedzmy to sobie raz na zawsze. Nie ma na pewno. Jest tylko silna wola, która – po dniu spędzonym w pracy – każe ci skleić tyłek z krzesłem i uruchomić laptop. To wbrew pozorom lepsze i sprawdzone w bojach rozwiązanie.

    Bo z weną zajedziesz nie dalej jak do drugiego rozdziału. Klej ma lepsze właściwości. Ale rzecz nie o wenie będzie, tylko o łączeniu pracy zawodowej z pisaniem, bo wtedy – zdaje się – że i klej nie zawsze pomaga.

    Pisanie udaje mi się łączyć z etatem już od kilku lat, ale zawsze dzieje się to kosztem rodziny i wolnego czasu. Wtedy właśnie zdarza się, że klej puszcza. A siedzenie okrakiem daje w kość. Głównie ogonową. Ale nie narzekam. Serio. Czasami mam nawet wrażenie, że wyrywanie z resztek dnia każdej wolnej chwili na pisanie dobrze mojemu pisaniu robi.

    Zanim jednak wrócę do rzeczywistości, dajcie chwilę pomarzyć. Idealny dzień wygląda tak. Odwożę syna do szkoły, siadam do klawiatury, odbieram syna ze szkoły. Proste, jak dobry blues. Dalej niech życie toczy się obecnym rytmem, lubię takie jakie jest. Po szkole obrzędy zakupowe, taniec przy garach, przegląd lekcji, kolacja, rzadko serial, film lub mecz. Dopiero potem laptop, stukanie w klawiaturę, opadanie powiek, sen, przeklęty dźwięk budzika. I tak w kółko. Gdyby marzenie się spełniło, wieczorami nadal otwierałbym plik z zapisem powieści i sprawdzał jakież to bzdury wypisywałem rano.

    Nie mam więc wygórowanych marzeń. Chciałbym tylko, żeby czas obecnie poświęcany na pracę na etacie można było poświęcić na pracę nad powieścią. Co by to zmieniło? Zacząłem się nad tym zastanawiać. W pierwszej chwili pomyślałem, że wszystko! Potem podrapałem się po głowie i skrzywiłem. Niewiele by tych zmian było. Fakt, robiłbym to, co kocham, tyle tylko, że dziś i tak to robię w wolnych chwilach. Czyli generalnie, zmęczony jak koń po westernie. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

    Pisarze przy pracy, fot: smakksiazki.pl

    Czego dotyczyłaby więc ta zmiana w moim przypadku? Nie byłaby to walka o lepszą powieść, a jedynie o wyższy komfort pracy. Czy wobec tego nadal chciałbym zamienić etat na pisanie? Tak. Nie narzekam na obecną sytuację, ale jednak wciąż marzę o tym, by pisanie było „number one”. Skoro tak, to muszę wiedzieć, co stracę, kiedy osiągnę cel.

    Mariusz Czubaj, pisarz, ale i profesor, antropolog kultury, mówi, że kiedy tworzy kryminalne story z pracy naukowej czerpie garściami. Poza tym, wiadomo, etat daje stabilizację i nie trzeba martwić się o to, czy powieść spływa z księgarnianych półek jak z maszyny drukarskiej, czy też pokrywa je kurz w magazynie. Stabilizacja ważna sprawa. Ale jest jeszcze coś, co uświadomił mi z kolei autor „Powtórki”, Marcel Woźniak. Samotność. Siadasz i piszesz zamknięty w czterech ścianach, podczas gdy znajomi w pracy. Wiadomo. Oni kawka na schodach, papierosek, śmichy-chichy, a ty nie masz komu opowiedzieć o tym, jak po jednym odcinku dałeś się wkręcić w oglądanie dwóch sezonów „Forbrydelsen” i wieczorami już nie piszesz, tylko oglądasz. Nikt nie podrzuci ci gazety i nie powie: „przeczytaj ten tekst, może ci się przyda do nowej fabuły”.

    Z jednej strony, może to i lepiej, nikt nie rozprasza, nie przeszkadza. Czas efektywnie spędzony nad klawiaturą. Super. Jednak miło czasem spotkać się z kolegą przy ekspresie do kawy. Nie dalej jak wczoraj, z takiego spotkania wyniosłem dwa arcyciekawe newsy, które wykorzystam podczas pisania kolejnej powieści.

    Robert Małecki, fot: smakksiazki.pl

    Czas na rachunek sumienia. Czy będę żałował jeśli stracę to wszystko, o czym mowa wyżej? Pewnie tak, a mimo to nadal marzę o chwili, w której zostanę swoim pracodawcą. Ta perspektywa kusi bardziej. Bo dziś, chyba żadna z koleżanek i kolegów z pracy nie wierzy, że zarywam noce, by popchnąć powieściową akcję. „Ten to te książki, to musi w robocie trzepać, bo ja po pracy to już zwłoki, siły nie mam nawet na leżenie”. Ile razy to już słyszałem… Nie zrażam się i za Młynarskim podśpiewuję: „Róbmy swoje”. Poza tym, jestem mistrzem w chomikowaniu urlopu i dopasowywaniu dni wolnych do imprez czytelniczych, festiwali, targów i promocji książki. Już w styczniu mogę precyzyjnie wypełnić plan urlopowy. Na wakacje czasu mało, ale od dawna tłumaczę sobie, że na prawdziwe przyjdzie jeszcze czas i że zrobię sobie dłuższe już po przejściu na jasną stronę mocy. W pierwszym dniu, kiedy przestanę siedzieć okrakiem nad klawiaturą i etatem.

    Kiedy to się stanie? Wciąż nie znam odpowiedzi. Ale grunt, że wraz z debiutem, czyli w 2016 roku, wyruszyłem w drogę, by ją odnaleźć.

    ROBERT MAŁECKI

    PS. Kłaniam się i dziękuję Ani Bińkowskiej, Marcie Guzowskiej, Mariuszowi Czubajowi, Przemkowi Semczukowi, Bartkowi Szczygielskiemu i Marcelowi Woźniakowi za to, że mimo licznych zajęć, udzieli mi arcyciekawych wypowiedzi.

    Anna Bińkowska („Tu się nie zabija”)

    Można poczuć się jak Batman – w dzień spędza się czas w normalnej pracy, wieczorami – walczy z przestępczością (co prawda w świecie wymyślonym). Nie jest to najbardziej komfortowy układ świata, a „małe oszustwa”, czyli rozważania o wieczornym trupie w pracy, są mocno utrudnione – ciągłe telefony, maile i projekty zdecydowanie nie idą w parze z kreatywnym zbrodniczym myśleniem. Większość pisarzy startowała jednak „na dwóch etatach” i jakoś dawała radę, więc nie ma co narzekać.

    Marta Guzowska (m.in. „Ofiara Polikseny”, „Reguła nr 1”, laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru)

    Akurat moja praca archeologa bardzo pomaga w pisaniu: moje powieści dzieją się zazwyczaj w archeologicznych okolicznościach i dzięki pracy nie tylko wpadają mi do głowy pomysły na fabule, ale też nie muszę robić dodatkowego riserczu, bo on i tak jest zrobiony. Niezależnie od tego uważam, że wszystko, co przeszkadza w pisaniu, paradoksalnie w nim pomaga. Stephen King napisał kiedyś, że pisarz jest jak ostryga, która musi wyprodukować perle. A do tego potrzeba nie tylko czasu i spokoju, ale też ziarnka piasku. Moim ziarnkiem piasku, a właściwie trzema ziarnkami, jest moja rodzina. Ale to może być praca, widok z okna, sąsiad… To, co przeszkadza pisarzowi, zazwyczaj wychodzi na dobre powieści.

    Mariusz Czubaj (m.in. „Zanim znowu zabiję”, „R.I.P.”, dwukrotny laureat Nagrody wielkiego Kalibru)

    Nie chciałbym porzucić pracy na uczelni, bo moje obserwacje – jako antropologa – wykorzystuję w literaturze. A poza tym nie czuję się zakładnikiem rynku i jednak nie muszę drżeć: sprzeda się, czy nie sprzeda?

    Przemysław Semczuk (m.in. „Wampir z Zagłębia”, „Frankenstein”, laureat Nagrody Prezydenta Lublina – Kryształowej Karty Polskiego Reportażu)

    Mogę to ująć w dwóch słowach: szukam etatu. Więc gdyby ktoś słyszał o dobrze płatnej pracy dla zdolnego dziennikarza, to ja bardzo chętnie.

    Bartosz Szczygielski („Aorta”, laureat Nagrody Specjalnej im. Janiny Paradowskiej)

    Mówienie o pisaniu, jak o czymś co nie jest pracą, trochę mnie boli. Nie jest tak, że łączę pisanie z pracą tylko łączę pracę z pracą. I tak, to cholernie ciężkie, bo po ośmiu godzinach, do których trzeba dodać czas na dojazd, doba ulega znacznemu skróceniu. Wygospodarowanie z niej jeszcze kilku chwil, takich które pozwolą mi się skupić odpowiednio, zawsze było problematyczne. Siedzę więc po nocach, a o weekendach przeznaczonych tylko na odpoczynek, mogę zapomnieć. Nie mam jednak na co narzekać, bo mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że się spełniam. To ciężkie, ale nikt nie obiecywał, że będzie inaczej.

    Marcel Woźniak („Powtórka”)

    Pisanie daje wolność myśli, które służą, jako cenny oręż w walce w dzisiejszym świecie. Słyszałem jednak, że nie ma większej samotności, niż samotność samuraja i pisanie jest trochę taką samotnią. Bener (bohater powieści R. Małeckiego – przyp. red.) nazwałby to pewnie skazaniem na bluesa.

  • „Rocznie w Polsce ginie 15.000 osób. Tylu mieszkańców ma, np. Chełmża”

    Jego główny bohater jest dziennikarzem, tak jak on sam kiedyś. Akcja jego książek toczy się w Toruniu, czyli mieście, w którym mieszka. Poznajcie, chociaż już pewnie znacie, Roberta Małeckiego – potrafiącego upiec bardzo ciekawą historię,  która finalnie nie okazuje się zakalcem. Dajcie się porwać do Torunia, nie pożałujecie. 

    W jednym z wywiadów porównałeś pisanie powieści do pieczenia ciasta. Dlaczego tym ciastem jest akurat kryminał?

    Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, że w jednym i drugim przypadku trzeba mieć w ręku przepis. Kryminał ma swoje określone ramy konstrukcyjne, gorset, który w jakimś stopniu ustawia opowieść, kierunkuje ją. Jako czytelnik, wiem czego mam się spodziewać kiedy sięgam po kryminał. I wcale nie oznacza to ubezwłasnowolnienia gatunku. W tych określonych ramach może się rozgrywać wiele pasjonujących opowieści, co widać zresztą na zapełnionych księgarskich półkach. Zresztą, co tu dużo gadać. W jednej formie można upiec tort, jabłecznik, drożdżówkę, a jak ktoś się uprze to i pizza wyjdzie.

    Powiedziałeś kiedyś, że trupy ścielące się gęsto na kartach powieści, to nie jest dla Ciebie rzecz najważniejsza. Co jest więc priorytetem? 

    Zagadka i tajemnica. Te dwa elementy muszą ze sobą współgrać i być motorem napędowym w moich powieściach. Kiedy zaczynasz od trupa wszystko jest już ustalone, chodzi tylko o to, żeby złapać winnego śmierci i dowiedzieć się dlaczego stało się to, co się stało. I żeby było jasne – taka sytuacja też bywa czytelniczo interesująca. Kocham powieści Arnaldura Indridasona i Jorna Liera Horsta, więc wiem, co mówię. Ale w przypadku opowieści o Marku Benerze postawiłem na tajemnicze zaginięcia. Bez nich nie zabrałbym się do roboty, bo za takimi zdarzeniami zawsze stoi jeden wielki znak zapytania. Ta niepewność co do losów zaginionego powoduje przyspieszony puls. Jak wir potrafi wciągnąć czytelnika i sprawić, by porzucił wszelkie codzienne sprawy i oddał się lekturze. A na tym zależy mi najbardziej.

    Toruń, fot: Robert Małecki

    Jak to się stało, że Twój główny bohater, Marek Bener, ma tak skomplikowany życiorys?

    Bener do pewnego momentu swojego życia był taki, jak wielu z nas. Miał wspaniałą żonę, pracę, którą kochał, czyli mówiąc krótko, był szczęśliwy. Ale nagle w jego życiu osobistym wybuchła bomba – zaginęła jego ciężarna żona. Świat zwalił się Benerowi na głowę. Codziennie zadręcza się pytaniami o jej los, codziennie oskarża się o zaniechania jej poszukiwań. Lata lecą, śladów brak. Nic dziwnego, że Marek wciąż szarpie się i walczy, balansując na linie między okruchami przeszłości a nijaką przyszłością. Niestety, czasami tak bywa, że jedno zdarzenie wywraca do góry nogami nasze życie. Pech chciał, że w 2010 roku padło na Marka Benera.

    W obu powieściach zmaga się z zaginięciem żony. Zaginięcie kogoś najbliższego, to chyba najgorsza rzecz, która może nas spotkać. Czy robiłeś do książki badania na ten temat? Łatwo jest zniknąć bez śladu?

    W Polsce rocznie ginie około 15 tysięcy osób. To tyle, ile ma podtoruńska Chełmża. Jedno małe miasteczko. Oczywiście wiele, bo ponad 90 proc. osób, udaje się szybko odnaleźć, ale te liczby i tak przyprawiają o ciarki. Jeśli zaś pytasz, czy łatwo jest zniknąć bez śladu to odpowiem tak: życie pokazuje, że łatwo, a przykładów można mnożyć. Wystarczy zerknąć na moje, kujawsko-pomorskie podwórko i wspomnieć chociażby o tajemniczym zaginięciu mojej byłej redakcyjnej koleżanki Aleksandry Walczak, dziennikarki z Grudziądza. Ale spójrzmy dalej. Londyn 14 września 2007 roku. Kamery w samym centrum miasta, na stacji King’s Cross, rejestrują niepozornego 14-latka. To ostatnia informacja o jego losie. Młody, uzdolniony matematycznie chłopak znika w jednej z największych metropolii świata jak kamień w wodę. Żadnego punktu zaczepienia. Od tamtej chwili minęło właśnie 10 lat, a Andrew Gosden wciąż nie został znaleziony.

    W obu powieściach pierwsze zdanie od razu wsysa czytelnika w akcję. Jaka  jest recepta na taki początek?

    Ważne jest to, jak się powieść zaczyna, ale nie mniej ważne, jak się kończy. Z tymi pierwszymi zdaniami to jest tak, że one przychodzą z czasem. Najpierw jest ciągłe myślenie o scenie, o tym, kto i dlaczego się w niej pojawi. Z tego zamysłu i wielokrotnych pisarskich prób powstaje coś, co zaczyna mi się podobać. Dopiero wówczas więcej energii poświęcam na szlifowanie pierwszego zdania i akapitu.

    Jak Twoje wykształcenie filozofa i politologa pomaga w konstruowaniu postaci?

    Pomaga na pewno moje dawne doświadczenie dziennikarskie i poznawanie ludzi. Różnych, bo czasem dobrych, czasem złych, ale zawsze innych, inaczej się wysławiających, inaczej wyglądających. Myślę, że to jest dobry background do tworzenia postaci literackich.

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Masz swoją ulubioną postać ze swoich książek?

    Nie jest to żadną tajemnicą, że najważniejszą dla mnie postacią jest Marek Bener. Chociaż toruńska trylogia, której dwa tomy zostały już wydane, a nad trzecim pracuję, dotyczy zaginięcia żony Benera, to tak naprawdę cała historia jest opowieścią o nim, o człowieku, który z tą traumą się zmaga. Odnosi małe sukcesy i większe porażki, walczy często sam ze sobą i z duchami przeszłości. Ta jego perspektywa oglądu świata jest tu najistotniejsza i najciekawsza zarazem.

    Jak wypada kryminał polski w porównaniu z kryminałem szwedzkim?

    Znakomicie. Wystarczy sięgnąć po powieści Mariusza Czubaja, Wojtka Chmielarza, Zygmunta Miłoszewskiego, Ryśka Ćwirleja czy Kasi Bondy, by zrozumieć, że polska literatura kryminalna jest na światowym poziomie, chociaż wciąż spektakularnych sukcesów w tej materii na koncie nie mamy. Liczę jednak, że nadejdą.

    Gdyby miał powstać film na podstawie Twoich powieści, to kogo obsadziłbyś w rolach Marka i Szamana?

    Coraz częściej padają takie pytania, więc z przyjemnością się rozmarzyłem. Jestem przekonany, że w roli Benera znakomicie sprawdziłby się jeden z najlepszych polskich aktorów, Tomasz Kot. Jeśli zaś chodzi o Szamana to z obsadą miałbym spory problem (śmiech).

    To będzie tylko trylogia, czy może jeszcze zmienisz zdanie?

    Trylogia. Dlatego, że w polskiej literaturze kryminalnej dawno nie było wyrazistego wątku spajającego trzy tomy opowieści. Oznacza to tylko tyle, że wątek zaginięcia żony Benera musi znaleźć finał w tomie trzecim. Ale jednocześnie już dziś mogę zapowiedzieć, że Marek Bener nadal będzie rozwiązywał skomplikowane sprawy tajemniczych zaginięć. Umowa na „czwartego” Benera została już podpisana.

    Nad czym teraz pracujesz?

    Na razie nic więcej zdradzić nie mogę. Ale obiecuję, że nadal będzie kryminalnie i tajemniczo.

    Czym dla Ciebie jest absolutne minimum:)?

    To święty spokój, na który nie mam co liczyć! (śmiech)

    Toruń, fot: Robert Małecki