Tag: smakksiazki.pl

  • Czytelnicy Empiku wybierają najlepszych z najlepszych. Wielka gala już we wtorek.

    Kategorii jest sporo. Film, muzyka, gra, tygodnik, ale skupię się na dwóch najważniejszych, z mojego punktu widzenia, kategoriach. Najlepsza polska oraz zagraniczna książka. Stawka jest wyrównana, a faworytów wskazać trudno. Kto wygra i dlaczego? Subiektywnie, jak zawsze. 

     

    Jeśli chodzi o polski tytuł, to rozrzut gatunkowy jest gigantyczny. Marek Krajewski napisał swoją najlepszą książkę w życiu, czym poprzeczkę postawił sobie bardzo wysoko. Tak wysoko, że w przyszłości może jej nie przeskoczyć. Jacek Piekara kazał swoim fanom czekać na najnowszą książkę bardzo długo, ale jak już napisał, to niektórzy do dziś zbierają szczęki z podłogi. Bonda? Jak to Bonda, petarda. Oczywiście nie bez szans pozostają dwie pozostałe książki wydane w „Znaku”. Ja jednak stawiam na kogoś z trójki: Bonda, Krajewski, Piekara. Jeśli chcecie wygrać duże pieniądze u bukmachera, stawiajcie odwrotnie niż ja.

    książki

    Jeśli zaś idzie o książę zagraniczną, to stawka jest jeszcze bardziej wyrównana.

    książki1

    Biorąc pod uwagę fakt, że pojawienie się każdej z tych książek było ogromnym wydarzeniem na rynku, to zwycięzcą zostanie…nie, nie da się wytypować. Każdy tytuł to ogromny sukces komercyjny, ale drogą eliminacji odrzuciłbym „Pogromcę Lwów”. Merytorycznie te książki nie mogę ze sobą przecież rywalizować, bo jak porównać Houellebecq’a z E.L. James? Nie da się. Tę kategorię da się rozpatrywać tylko i wyłącznie pod kątem komercyjnym i promocyjnym. Kto miał największą promocję? Lagercrantz, który wjechał na rynek z kontynuacją „Millenium” jak Zlatan Ibrahimovic w pole karne przeciwnika? Czy może Hawkins? Momentami otwierając lodówkę, miało się wrażenie, że wyjedzie z niej pociąg z dziewczyną w środku. Promocja „Uległości” to temat bardzo delikatny, bo pamiętamy wydarzenia we Francji w okolicach premiery książki Houellebecqa. „Grey” pokazuje, że Sonia Draga ma niesamowitego nosa do autorów. Obstawiam, że gdyby poszła do szkolnego klubu początkujących pisarzy, to wypatrzyłaby tam przyszłego Dana Browna. Ja stawiam na Lagercrantza. Skoro obstawiam tak ja, to pewnie będzie inaczej.

     

    Można gdybać, ale wszystko wyjaśni się już we wtorek. Relację z Gali Bestellerów Empiku możecie zobaczyć w TVP2 o 22:50 (skrót), a cały zapis w TVP Rozrywka, dla odmiany o 22:50.

     

    And the winner is…

    Fot: www.businessandculture.pl

  • „Myślę, że ta książka by Wisławę Szymborską rozbawiła”. Michał Rusinek opowiada o „Nic zwyczajnego”.

    Rusinek_Nic-zwyczajnego

    O prezentach dla noblistki, „Kronice niezapowiedzianej śmierci” Marqueza, tonacji dur-mol,  zachciankach i lekturach Wisławy Szymborskiej, rozmawiam z Michałem Rusinkiem, jej wieloletnim sekretarzem. Ich współpraca zaczęła się w 1996 roku, miała potrwać trzy miesiące. Trwała do końca życia jego szefowej. 

     

    Kilka dni temu przeżywaliśmy czwartą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej. W tym dniu wróciły wspomnienia, czy wspomnienia są na tyle żywe, że nie zdążyły wyblaknąć?

    To prawda, wtedy wraca tych wspomnień trochę więcej. Wracają wspomnienia przykre i bolesne, ale to jest jakoś tak, że moja sytuacja jest nietypowa. Nawet nie tylko moja, ale wszystkich nas, którzy pracujemy w Fundacji Wisławy Szymborskiej, stanowimy jej zarząd. Myśmy byli z nią związani i nadal jesteśmy. To czym się zajmujemy, to jest w moim wypadku nieomal to samo, czym się zajmowałem za jej życia. Na przykład dzisiaj miałem do podjęcia jakieś decyzje wydawnicze. Za każdym razem, kiedy takie się pojawiają, mam ciągle z tyłu głowy, że to trzeba przedstawić Pani Wisławie, zaproponować jej. Moje wspomnienia wracają jednak nie wtedy, kiedy jest rocznica mniej lub bardziej okrągła, ale kiedy jestem na wakacjach. Ja i moja rodzina, zawsze szukaliśmy na wakacjach prezentów dla Pani Wisławy, która miała bardzo specyficzne poczucie humoru, stosunek do kiczu. Ciągle chodzimy po takich sklepach i mówimy: o, to by się jej spodobało. Wtedy jest mi trochę smutno, trochę śmiesznie.

    W książce opisujesz również swoje relacje z Wisławą Szymborską. Od przecięcia kabla telefonicznego w jej mieszkaniu na początku waszej współpracy, aż po ostatnie chwile jej życia. Bardzo zmieniła się przez ten czas?

    Myślę, że ona się nie zmieniała. Dużo też energii włożyła w to, żeby ta nagroda, zamieszanie, które było wokół niej, żeby absolutnie jej nie zmieniło. Bardzo chciała, żeby jej przyjaciele, jej znajomi nie odczuli tego, że ten Nobel przewrócił jej w głowie. Utrzymywała z nimi kontakty, czy to korespondencyjne, czy osobiste. Jeżeli myślę o czymś, co się zmieniało, dotyczy to ostatnich lat jej życia. Oczywistym jest, że w ostatnich latach człowiek się zmienia, starzeje się, jest mu coraz ciężej. Ona miała to szczęście, że bardzo długo zachowała sporo siły, także tej umysłowej, psychicznej. Jest jedna rzecz, którą zauważyłem, ale to jest do udowodnienia przez specjalistów, ja to wyczuwam tylko intuicyjnie. Mianowicie, Szymborska pisała wiersze do czytania na głos. Na pewno testowała je na sobie, czytała, więc długość fraz w wierszu musiała być taka, na ile pozwalał jej oddech. Ten oddech jej się przecież skracał, w dodatku bardzo dużo paliła. Miała więc coraz krótszy oddech i coraz krótsze frazy.

    Nic zwyczajnego” to również Twoja historia, kilkanaście lat Twojej pracy zawodowej. Byłeś przygotowany na śmierć Wisławy Szymborskiej? Czy w ogóle mogłeś się na to w jakiś sposób przygotować, widząc, że jest coraz słabsza?

    Na to nie byłem przygotowany. Od pewnego momentu było wiadomo, że to już jest koniec, że już nie będzie lepiej. Czułem się wtedy jak w powieści Gabriela Garcii Marqueza „Kronika zapowiedzianej śmierci”. Wiadomo było, że nastąpi, nie do końca wiadomo kiedy, ale mniej więcej można to ustalić. Ta wiedza nie powodowała, że coś jeszcze zdążyłem załatwić, zrobić, nie w tych kategoriach w ogóle. To było raczej paraliżujące. My – bo nie powiem, że tylko ja, ale też wielu jej znajomych i przyjaciół – dużo sił, energii pokładaliśmy w tym, żeby ostatnie tygodnie mogła przeżyć godnie, żeby mogła robić to, na co ma ochotę, spełniać zachcianki różnego rodzaju. W książce wspominam taką historię z filmem, który chciała zobaczyć, i teraz jak o tym myślę, to mi się głos łamie. Cały szalenie wzruszający łańcuszek ludzi, którzy stanęli na głowie, żeby ten film zdobyć, wiedząc, że jest dla niej i że to jedna z jej ostatnich zachcianek.

    Jakiego rodzaju to były zachcianki?

    Czasami miała ochotę coś zjeść ze swojej ulubionej restauracji, ale też chciała się nauczyć słuchać audiobooków. Nigdy tego nie robiła, przyszły jednak problemy ze wzrokiem, stąd właśnie audiobooki. Właściwie to tyle…Przez chwilę miała jeszcze ochotę, żeby chodzić normalnie, ale to już się okazało niemożliwe. Trudno powiedzieć, żeby jej zachcianki były jakieś rozbuchane.

    Czy przez ten cały okres współpracy z Wisławą Szymborską chodziło Ci po głowie, żeby zrezygnować, zmienić pracę?

    Nie, absolutnie nie. Szczególnie, że to nie była relacja pracodawca-pracownik. Ten czas trudno liczyć w roboczogodzinach, dniówkach i czymś takim. W ogóle nie o to chodzi. Myśmy sobie raczej żartowali z takiej nomenklatury i takiej relacji, ona nie potrafiła pozostawać w takich relacjach służbowych, oficjalnych. Mam wrażenie, że prywatyzowała sobie ludzi, a ja byłem  na tyle sprywatyzowany, że przychodziłem towarzysko, a przy okazji w czymś tam jej pomagałem. Tutaj się pojawia motyw pomocy, zresztą mam taką dedykację w książce, „z podziękowaniem za pomoc”. To właśnie było to, co ona uważała, że ja robię. Miała wyrzuty sumienia, że mnie zmusza do chodzenia do hipermarketu albo na pocztę, zawraca głowę tym czy tamtym. Miała wyrzuty sumienia, że z nią podróżuję gdzieś po świecie, że mnie nie ma w domu z rodziną, no i takie rzeczy, które powodowały, że trudno mówić o naszej relacji w kategoriach zawodowych. Nie mogę powiedzieć, że byłem znużony, bo to był rodzaj zaprzyjaźnienia, a jak można się znużyć zaprzyjaźnieniem?

    Jest taki fragment w książce, kiedy wymyślacie wspólnie różne formy odmów przyjazdów na spotkanie, otwarcie czegoś, itd. Najciekawsze z nich, to chyba: „przyjadę kiedy będę młodsza” oraz „całuję po nogach ustami mego sekretarza”. Skąd się to brało?

    Ten drugi przykład wymyśliła moja szefowa, akurat niezbyt go lubię. To oczywiście były żarty, ale nigdy ich nie wykorzystywaliśmy, mam taką nadzieję. Chodziło też o to, żeby przekłuć taki balonik patosu, który narasta w momencie, kiedy ktoś musi ciągle szurać papierami, a tam są same patetyczne prośby o patronaty czy przecinanie wstęg. Naturalną reakcją obronną zdrowego organizmu jest wówczas dostrzeganie sytuacji śmiesznych czy anegdotycznych, albo obracanie ich w żart. Wisława Szymborska zawsze powtarzała, że bez poczucia humoru tego wszystkiego by nie przeżyła.

    Wyobrażam sobie, że musiałeś dokonać ostrej selekcji wspomnień zamieszczonych w książce. Trudno było wybrać?

    Książka mogłaby być grubsza, gdyby była bardziej drobiazgowa. Ja mam taki rodzaj nieporządku w pamięci, w archiwum, że byłoby mi trudno napisać ją większą. Czy wiele ukryłem? Nie, ukryłem rzeczy czysto fizjologiczne związane z odchodzeniem, bo uznałem, że absolutnie nie można takich rzeczy ujawniać, zresztą również nie byłem do nich dopuszczany. Przytaczam taki obraz, kiedy do niej przychodziłem w tych ostatnich dniach, ale ona była przygotowywana, czesana, sadzana w fotelu, ubierana, itd. Czy coś ocenzurowałem? Jest kilka historii, na szczęście rzadkich, że kilka osób zrobiło jej przykrość, zrobiło jej jakiś rodzaj świństw. Nie chciałem o tym pisać. W książce jest taka jedna rzecz, ale specjalnie bez nazwiska, bo nie ma powodu, żeby tym ludziom robić reklamę.

    Gdyby Wisława Szymborska przeczytała „Nic zwyczajnego”, to jaka byłaby jej reakcja?

    Zastanawiałem się nad tym. To jest oczywiście książka, która powstała po jej śmierci, więc trudno tak gdybać. Myślę jednak, że ponieważ ta książka jest utrzymana w stylu, powiedzmy naszych rozmów, nie przekracza granicy plotkarstwa, więc myślę, że by ją rozbawiła. Albo powiem inaczej: gdyby przeczytała taką książkę o kimś innym, o jakieś swojej koleżance poetce, to myślę, że by ją taka książka rozbawiła.

    Odejdźmy od „Nic zwyczajnego”, ale zostańmy przy książkach. Co czytała Wisława Szymborska?

    Mam wrażenie, że ona cały czas pobierała dane ze świata, które były jej do czegoś potrzebne. Miała takie dwie formy komunikacji ze światem: poezja oraz felietony o książkach. Nie pisała recenzji, bo „Wszystkie lektury nadobowiązkowe”, które wydaliśmy w zeszłym roku, to nie recenzje książek, tylko preteksty do tego, żeby mówić o tym co ją interesuje. Ona czytała czasami rzeczy absolutnie kuriozalne. Czytała też bardzo dużo prasy literackiej, takiej, której jest już w tej chwili coraz mniej na rynku. Praktycznie w ogóle nie czytała powieści, prozy. Jeśli już, to czytała poezję, a poza tym sporo eseistyki, biografii, autobiografii, wspomnień różnego rodzaju. To ją faktycznie interesowało, ale też świadomie nie zamykała się w takim kręgu literatury, literaturoznawstwa. I miała przyjaciół, którzy byli fizykami, bardzo lubiła z nimi rozmawiać.

    Co ty lubisz czytać?

    Coraz bardziej odchodzę od beletrystyki, chociaż w chwilach, w których muszę się zrelaksować , muszę odświeżyć umysł, wtedy lubię kryminały. Poza tym bardzo dużo czytam eseistyki, to jest coś, co mnie pociąga. Lubię rzeczy, które są dobrze zrobione. Taka eseistyka francuska jest napisana z dbałością o styl, z szacunkiem dla czytelnika. Mam też jednego autora, do którego wracam, tak jak muzykolodzy, którzy zajmują się muzyką współczesną, wracają do Bacha. Ja mam takiego swojego Bacha i jest nim Jorge Luis Borges. Do niego wracam najczęściej. Jego opowiadania są według mnie mistrzostwem świata, pozwalają mi wrócić do tonacji dur-mol, a dopiero potem mogę zajmować się jakimiś szaleństwami.

    Zdjęcie główne pochodzi z archiwum prywatnego Michała Rusinka. Zrobił jej Tomek Sikora. 

  • „Retro smak”. Nowy cykl wideo na smakksiazki.pl

    old-books-1418054-1600x1200
    FreeImages.com/riesma pawestri

    Gonicie za książkowymi nowościami? Nie macie czasu na grzebanie w tytułach, które ukazały się rok, dwa, pięć temu? Od jutra w każdy wtorek będę Wam proponował książki, nad którymi warto się pochylić. Będą powieści, biografie, reportaże. Łączyć je będzie jedno: nie są nowościami, a czasem nie ma ich już nawet w księgarniach. Pozostanie więc allegro albo antykwariaty. Jak sporo rzeczy na smaku, cykl będzie w formie wideo.

     

    Czasem będą to książki niszowe, czasem bardzo popularne. Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie. Nie będę się rozwodził nad faktem, że przegląd będzie tradycyjnie subiektywny, a reklamacji nie uwzględnia się 🙂 Do zobaczenia w każdy wtorek, o tej samej porze o różnych porach dnia.

     

    Zdjęcie główne: FreeImages.com/Miguel Ramos

  • „Prawdy o Wampirze z Zagłębia nie dowiemy się już nigdy”, wywiad z Przemysławem Semczukiem.

    Fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport PRZEMYSŁAW SEMCZUK

    Miał zabić czternaście kobiet. Został osądzony, skazany na śmierć i powieszony. Historia Zdzisława Marchwickiego od lat elektryzuje nie tylko mieszkańców Śląska i Zagłębia, ale też całej Polski. Przemysław Semczuk przeprowadził dziennikarskie śledztwo, którego efektem jest książka „Wampir z Zagłębia”. Marchwicki był więc katem, a może ofiarą? 

    Prawdziwy Wampir przewijał się w aktach spraw, a być może przychodził na rozprawy Zdzisława Marchwickiego? Czy to jest teoria z gatunku fantastycznych?

    Istnieje taka teoria, że był to mieszkaniec Sosnowca i popełnił samobójstwo rozszerzone. Miał zamordować dzieci i żonę, a później podpalić willę, w której mieszkał. Prawdziwy Wampir napisał dwa listy do milicji, w których informował, że nie będzie mordował. Natomiast ten sprawca, który jest wskazywany, popełnił samobójstwo pomiędzy tymi listami. Ja na postać Piotra Olszowego trafiłem dopiero w Sądzie Najwyższym, ale nie jest możliwe, żeby to był on, właśnie przez tę niespójność dat. Myślę, ze jest mało prawdopodobne, żeby milicja wtedy tego nie sprawdziła.

    Z perspektywy czasu możemy pokusić się o wskazanie Wampira z Zagłębia?

    Nie, to jest w tej chwili niemożliwe. Jeśli nawet rzeczywiście popełnił samobójstwo, to dzisiaj nie znajdziemy żadnej informacji. Nie jest możliwe, żebyśmy w archiwach odnaleźli dane wszystkich samobójców i zweryfikowali co się stało i dlaczego. Samobójstw w tamym okresie było bardzo dużo. Pamiętajmy, że wtedy na Śląsk przyjeżdżało bardzo wielu ludzi z różnych stron kraju. To była mieszanka kulturowa, mieszanka społeczna, ludzie nie byli w ten region wrośnięci, nie byli zżyci. Dla wielu jedyną rozrywką było picie wódki, część z nich nie wytrzymywała po jakimś czasie i tragicznie się to dla nich kończyło. Możemy więc mnożyć mnóstwo scenariuszy, ale po tylu latach odpowiedzi już nie znajdziemy.

    Jest Pan pierwszą osobą w Polsce, która tak głęboko wgryzła się w temat?

    Przede mną Grażyna Starzak bardzo szczegółowo opisała tę sprawę, ale ona miała pewną przewagę. Pisała swoją książkę w 1993 roku, więc udało jej się dotrzeć między innymi do sędziego Ochmana, z którym porozmawiała. Ja mogłem już porozmawiać tylko z nią, bo sędzia Ochman już nie żyje. Grażyna Starzak w trakcie naszej rozmowy powiedziała, że sędzia niemal wprost mówił, że skazał na śmierć niewinnego człowieka, no i miał poczucie winy z tym związane. Dotarła także do adwokatów. Mnie udało się porozmawiać tylko z emerytowanym już mecenasem Bolesławem Andrysiakiem. To właśnie on opowiedział mi mnóstwo ciekawych szczegółów o tym, jak wszyscy obrończy oskarżonych chcieli się zrzec tej obrony, nie chcieli jej w ogóle przyjąć. Nie mieli jednak takiej możliwości, wręcz musieli prowadzić tę sprawę. Nie mieli możliwości zapoznania się z aktami osób, których mieli bronić. Idźmy dalej, mecenas Andrysiak mówi, że przed procesem tylko raz widział na oczy swojego klienta, Zdzisława Marchwickiego, raz mógł z nim rozmawiać i to zaledwie kilka minut. Tutaj złamano praktycznie wszystkie zasady prawa do obrony. Już samo to pokazuje, że dzisiaj żaden prokurator nie odważyłby się skierować takiego aktu oskarżenia do sądu, bo na pierwszej rozprawie, a gdzie tam, nawet do rozprawy pewnie by nie doszło, bo sędzia by taki akt odrzucił jako niekompletny.

    Można więc postawić tezę, że Zdzisław Marchwicki znalazł się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie?

    Myślę, że to jest dobre określenie. Nieodpowiedni czas, nieodpowiednie miejsce, zbieg różnych okoliczności, splot zdarzeń, które sprawiły, że po prostu nadawał się na tego Wampira. Marchwicki wielokrotnie wchodził w konflikty z prawem. To był taki dosyć prosty człowiek, wypił, coś tam ukradł, pobił się z kolegami. Dodajmy do tego jego środowisko rodzinne, na przykład żonę, która się nad nim znęcała. Ona sama w latach 90. przyznała, że nie była bita i maltretowana, bo jej chłop to było takie chucherko, a ona, mówiąc brzydko, lała go tam równo.

    Fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport PRZEMYSŁAW SEMCZUK

    Kolejną ciekawostką jest pamiętnik pisany przez Marchwickiego w celi. No właśnie, na pewno przez niego?

    Moja prywatna opinia jest taka, że ktoś mu to pisał. Miałem wątpliwą przyjemność przeczytania także wspomnień, bo to nie był cały pamiętnik, Joachima Knychały (seryjny morderca kobiet, znany jako „Wampir z Bytomia” lub „Frankenstein”. W latach 1975-1982 zamordował na Śląsku młodych kobiet. Był synem Wiktora i Anny z d. Golly; miał żonę i dwójkę dzieci, pracował jako cieśla oraz górnik w kopalni „Andaluzja” w Piekarach Śląskich. – informacje za wikipedia.org). Porównanie zapisków Wampirów, daje obraz dosyć szokujący. Marchwicki był przecież człowiekiem prostym, który nie umiał się wysłowić, a w pamiętniku operuje pojęciami wyjętymi z protokołu milicyjnego, np.: „na miejsce zdarzenia przybyłem, po czym uderzyłem, zabrałem przedmioty, oddaliłem się”. Dla odmiany, w pamiętniku Knychały czytamy, jak on skrupulatnie planuje swoje zbrodnie, co czuje gdy podążą za ofiarą, jaki był zapach otoczenia, jak się napawa tym, że za chwilę tego dokona. Odnosząc jeden opis do drugiego, dopiero widać, że Zdzisław nie mógł napisać tego pamiętnika, a to już poddaje w wątpliwość czy on rzeczywiście popełnił te zbrodnie. Gdyby on był seryjnym mordercą, to on by przecież pamiętał mnóstwo szczegółów.

    Milicjanci i śledczy skorzystali z okazji i dopisali Marchwickiemu również zbrodnie, które zalegały gdzieś w aktach jako niewyjaśnione? Wykorzystali go do poprawienia statystyk?

    Było dwadzieścia takich kolejnych przypadków, przy czym one się w ogóle nie zgadzają. Zdarzyły się na innym terenie, a przede wszystkim, w tych wypadkach morderca gwałcił swoje ofiary, a przecież Wampir nigdy nie gwałcił. W którymś momencie ten wątek w ogóle znika z akt, bo chyba to było już tak grubymi nićmi szyte, że nawet sąd nie był wstanie dopisać tych przypadków do sprawy Marchwickiego.

    Czy w trakcie całego procesu był taki moment, że Marchwicki mógł jednak nie zostać skazany? Czy wyrok był już na niego wydany zanim zasiadł na ławie oskarżonych?

    Nie, tu się nic nie mogło zmienić. Tak naprawdę wyrok był znany, zanim sędzia pierwszy raz wszedł na salę. Czytając protokoły miałem czasem wrażanie, że sędzia Ochman siedział trochę w roli widowni, bo gdy dochodziło do pyskówek między prokuratorem, a adwokatami, to on się po prostu przyglądał.

    Co Pana najbardziej zdziwiło w trakcie dziennikarskiego śledztwa?

    Mnie najbardziej zaskoczył obraz, który był lansowany w prasie. Proszę sobie wyobrazić, że oficjalna wersja propagandowa, praktycznie nie zgadza się z aktami śledztwa. Komputer, który był wielokrotnie opisywany przez dziennikarzy, że to właśnie on wytypował sprawcę morderstw, że zrobił to na podstawie listy cech, to okazuje się, że nie było żadnego komputera, ani żadnej listy cech. Dziennikarze odegrali bardzo niedobrą rolę w tym procesie, bo wręcz manipulowali opinią publiczną. W jednym z dzienników napisano, że Zdzisław próbował na sali sądowej ukryć, że miał wcześniejsze wyroki. Proszę mi powiedzieć, jak to było możliwe, skoro już przed procesem bardzo dokładnie zabrano wszystkie informacje, zbadano jego wszystkie konflikty z prawem. To była czysta manipulacja.

    Załóżmy, że łowi Pan złotą rybkę, która może spełnić tylko jedno życzenie związane z pisaniem tej książki. Co Pan wybiera?

    Chciałbym porozmawiać z Józefem Klimczakiem, kochankiem Jana Marchwickiego (brata Zdzisława, dop. smakksiazki.pl). Ja go znalazłem, napisałem do niego list, w którym prosiłem o rozmowę, nie odpisał. Myślę, że jest jedyną i ostatnią osobą, która mogłaby nam wiele wyjaśnić, opowiedzieć jak to było naprawdę. On już nie chce o tym mówić, musimy to uszanować. Być może jest już tak zmęczony tą sprawą, że chce na zawsze o niej zapomnieć. Nigdy nie udzielił wywiadu prasie. Józef Klimczak odsiedział prawie cały wyrok, wypuszczono go na krótko przed terminem, ale to z powodu tego, że wybuchł stan wojenny i potrzebowano miejsc w więzieniu. Póżniej ożenił się, ustatkował, zmienił nazwisko, zaczął pracować. Niestety, dopadła do Służba Bezpieczeństwa, która próbowała go nakłonić do współpracy, ale był już na tyle silny, że potrafił się przeciwstawić.

    Zupełnie na koniec. Myśli Pan, że ktoś jeszcze się kiedyś podejmie zbadania tej sprawy, napisania kolejnej książki? Czy wszystko już zostało powiedziane i napisane?

    Jestem przekonany, że ktoś do tego wróci. Przyznaję, że ja nie odnalazłem wszystkiego, bo są z pewnością jeszcze dokumenty, które da się odnaleźć w niektórych archiwach, a dwa, że są artykuły, których mi się nie udało znaleźć w prasie. Ktoś to tego na pewno wróci, a być może będzie miał inną teorię.

    Zdjęcia: Łukasz Kalinowski

  • Morgi może wskoczyć na Waszą półkę!

    moja walka o kazdy metr1500px 3dJeśli macie ochotę zdobyć jeszcze ciepłą książkę Thomasa Morgensterna, to nie mogliście lepiej trafić. Książkę ufundowało Wydawnictwo SQN. Co musicie zrobić? 

    Sprawa jest prosta. Trzeba polubić profil smakksiazki.pl, możecie wejść na niego TUTAJ. Kolejna rzecz: udostępnijcie post o konkursie, napiszcie dlaczego do Was powinna trafić książka, zbierzcie najwięcej lajków pod swoim komentarzem i już. Morgi wyląduje u Was. Konkurs trwa do soboty (23/1), do godziny 12:00.

     

     

     

  • „Mam dylematy pisarskie, biorę je na klatę”. Andrzej Muszyński o „Podkrzywdziu” i nominacji do Paszportów Polityki.

    Swoje książki pisze dla siebie, zamiast chodzić na konferencje prasowe i bankiety, najchętniej zamknąłby się w pokoju i zaczął pisać. Jak dowiedział się o nominacji do Paszportów Polityki, kiedy zmienia stację radiową i dlaczego nie czytał nowej książki Łukasza Orbitowskiego? O tym wszystkim rozmawiam z Andrzejem Muszyńskim. Jego książkę „Podkrzywdzie” możecie kupić w tym miejscu.

    Po rozdaniu Paszportów Polityki pozostał niedosyt?

    Dla mnie literatura to nie zawody, to ważna sprawa, a takie nie pozwalają na poczucie niedosytu z takich powodów. Literatura i góry nie lubią wyścigów. Spadł śnieg, jest ładniej.

    Sama nominacja do nagrody była dla Ciebie zaskoczeniem?

    W ogóle zaskoczeniem był odzew, który nastąpił po publikacji tej książki. Pisałem ją raczej z myślą o czymś małym. Chciałem napisać dobrą książkę, ale nie spodziewałem się, że ona będzie tak szeroko odczytana. Nie spodziewałem się, że tylu ludzi będzie to komentować. Dla mnie pisanie jest pasją, jest autentycznym świętem. Nie do końca pasuje mi taka forma , bo czuję się trochę jak w teleturnieju, ale proszę nie odebrać tego tak, że narzekam. Tak po prostu musi być, bo inaczej się tego nie da rozwiązać. To jest bardzo ważna nagroda.

    W jakich okolicznościach się dowiedziałeś o nominacji?

    W okolicznościach mało filmowych (śmiech). Dostałem po prostu maila. Marzę o tym, żeby to całe zamieszanie się już skończyło, a stanie się tak pewnie dopiero z końcem stycznia. Chciałbym już usiąść, zamknąć się w ciszy i zacząć pisać nową powieść. Kiedy pisarz pisze i chce być sławny, to cieszy się z rozgłosu. Kiedy pisarz nie lubi się upubliczniać, to ma problem, bo pisanie to właśnie upublicznianie swoich światów.

    Dla kogo są Twoje książki?

    Piszę je najpierw dla siebie, choć z myślą o innych. Nigdy nie mam przed oczami jakiegoś abstrakcyjnego czytelnika. To moje wspomnienia, wizje, obsesje. Ostatnio pomyślałem, że moją jedyną ambicją jest, by moi czytelnicy do tych książek wracali. Zawsze było to dla mnie miarą literatury jako czytelnika. Wraca się zwykle do książek, które oferują coś więcej niż fabuła, ich lektura jest za każdym razem taką samą przyjemnością, jak patrzenie na ładny widok. Dobrze naśladują fizykę. Ale nie da się pisać wszystkich w ten sposób.

    Nie masz problemu z obnażaniem siebie w książce? Kiedy kończysz pisać, książka przecież przestaje być Twoja i każdy może odczytać ją różnie.

    Pisałem dotąd o wsi, jej mitach. Czyli o moim świecie. To jest niewdzięczna zabawa, znajdować się w środku i meldować. Pisarzowi jest łatwiej być w oddali, w samotności, ale życie się wtedy robi kwaśne, i potem zostaje się takim skwaszonym, smutnym pisarzem. Dlatego to ciągły balans.

    Sam tytuł książki jest dla mnie słowem magicznym. Podkrzywdzie było tylko moje, nasze, swojskie, a tu człowiek słucha radia i nagle słyszy to słowo wypowiadane przez lektora. To jest dziwne uczucie, trzeba wtedy zmienić stację (śmiech). No ale to są jednak stałe dylematy pisarskie, po prostu jak się pisze, to trzeba to wziąć na klatę.

    Czytałeś książki Weroniki Murek i Łukasza Orbitowskiego?

    Czytałem książkę Weroniki, z którą zresztą znamy się od dawna. Bardzo cenię jej pisanie, cieszę się, że daje coś nowego, nieprzewidywalnego. Oddaje niejednoznaczność świata, jak się rzeczywistość miesza z fikcją, nie wiem, czy może być w książkach coś cenniejszego. Całkiem niedawno skończyłem czytać, jak zwykle z opóźnieniem, poprzednią książkę Łukasza, czyli „Szczęśliwą ziemię”. Kiedy z piętnaście lat temu wpadły mi w ręce „Tekstylia”, wydany przez Ha-art zbiór o twórczości roczników siedemdziesiątych, znalazłem tam świetne opowiadanie Łukasza. Nie przyszło by mi wtedy do głowy, że też będę pisał.

    Nie miałem za bardzo czasu zabrać się za „Inną duszę” przez pracę nad książkami,

    potem przyszły święta, a w święta to ja ani nie czytam, ani nie piszę. Nie chciałem z tym gonić. Teraz na spokojnie to nadrobię. Przybiliśmy piątkę, Łukasz pewnie baluje do dziś, ja jadę w Tatry.

    Fot: Andrzej Banaś, fot. www.andrzejbanas.pl

  • Paszporty Polityki już za niecały tydzień. To wejściówka do literackiej strefy VIP?

    Za niecały tydzień rozdanie Paszportów Polityki. Jak doskonale wiecie, nominowanych jest troje autorów: Weronika Murek, Andrzej Muszyński oraz Łukasz Orbitowski. Wywiad z tym ostatnim możecie przeczytać tutaj. Taka nagroda to dla autora albo przepustka do literackiej loży VIP, albo potwierdzenie kunsztu i warsztatu. Dla wydawców to może nie żyła złota, ale księgowa będzie chodzić  raczej w dobrym humorze. Co zmienia Paszport Polityki? 

    Wojciech Kuczok swój Paszport odebrał trzynaście lat temu. Doskonale pamięta zarówno okoliczności, jak i przywileje związane z jego posiadaniem. „Na uroczystości redaktor Baczyński przedstawił mnie prezydentowi Kwaśniewskiemu. Pomyślałem że przez pięć minut jestem ważny i szkoda że nie mam żadnej sprawy do załatwienia w kancelarii. Kiedy kilka dni później, pakując się na wyprawę w Andy, zauważyłem, że nie mam ważnego paszportu, pomyślałem sobie że skoro Polityka już mi dała jeden, może z rozpędu załatwi i drugi, prawdziwy. Miałem już wykupiony bilet na samolot do Santiago, szkoda byłoby tej forsy. No i proszę sobie wyobrazić, że dali mi go w trzy dni”.

    Jak na sprawę patrzą przedstawiciele wydawnictw? Anna Sekielska z Wydawnictwa Od Deski Do Deski przyznaje, że nominacja dla książki Łukasza Orbitowskiego przytrafiła się w idealnym momencie: „Dla takiego wydawnictwa jak nasze, stawiającego pierwsze kroki na rynku jest to ogromny sukces i prestiż. Pamiętamy jednak, że nie byłoby tego sukcesu bez zaangażowania i ciężkiej pracy autora”. Marcin Baniak z Wydawnictwa Literackiego podkreśla, że nominacja jest wypadkową wielu czynników. „Paszport Polityki to jedna z najważniejszych nagród w polskiej literaturze, prestiż zatem jest bardzo duży. Dla wydawnictwa przyznanie takiego wyróżnienia jest potwierdzeniem pozycji, dowodem na to, że wydawca trzyma rękę na pulsie, ma nosa i odwagę, by wydawać książki czasem nieoczywiste, trudniejsze, wymagające choćby  minimalnego wysiłku podczas lektury. Nagrody, w tym Paszport Polityki, bez wątpienia przyczyniają się do wzmocnienia marki i rozpoznawalności wydawnictwa.”

    Oprócz wpisania się do historii polskiej literatury, zwycięzca/zwyciężczyni, przez pewien czas będą brylować w mediach ogólnopolskich. Fakt, że część społeczeństwa pierwszy raz usłyszy nazwisko Orbitowski, Murek czy Muszyński, może okazać się momentem, kiedy potencjalni czytelnicy sięgną właśnie po tę, a nie inną książkę. Marcin Mańka z agencji reklamowej Ever Group podkreśla, że pisarze to nie aktorzy i celebrytami zbyt często nie bywają, ale takie konkursy jak Paszporty Polityki mogą sprawić, że Polacy inaczej spojrzą na słowo pisane: „życzyłbym sobie aby ta nagroda dawała ogromnego kopa medialnego każdemu nagrodzonemu w każdej kategorii. Chociaż gala Paszportów Polityki to nie Oscary, to mam nadzieję, że zachęci do czytania, może nie 52 książek rocznie, ale chociaż kilku”.

    Jednak czy ta nagroda może być też pocałunkiem śmierci i zamknąć drogę do innych przywilejów? Oddaję znów głos Wojciechowi Kuczokowi: „przez dziesięć miesięcy się bałem że jak dostałem PP to Gazeta Wyborcza nie da mi już Nike, a to jednak dziesięć razy więcej kasy było. No ale dostałem ją też, więc nie mogę powiedzieć by mi zaszkodził.”

    Za tydzień będziemy już mądrzejsi. And the winner is…

    fot: FreeImages.com/Ulrik De Wachter

  • „Każdy z nas jest nośnikiem dla opowieści”. Kuba Ćwiek startuje z internetową gazetką dla początkujących pisarzy.

    Były już warsztaty dla adeptów pisarstwa, teraz Jakub Ćwiek wchodzi na wyższy poziom. Autor, między innymi  „Kłamcy” oraz  „Chłopców”, zaczyna wydawać swoją gazetę internetową. W każdym numerze będzie opowiadanie Kuby, felieton o konkretnym zagadnieniu związanym z pisaniem, a także ćwiczenia. Pierwszy numer już jest, można go pobrać stąd. Cena: 0 złotych. 

    Kuba mówi o swoim pomyśle tak:

    „Idea jest taka, że będę co miesiąc wypuszczał gazetkę, w której będzie moje nowe opowiadanie, a także – co ważniejsze – felieton o pisaniu i zestaw ćwiczeń dla początkujących. To takie warsztaty w pigułce, które można rozszerzyć o pracę w dużej lub małej grupie. Wszystko online, bo wszędzie nie dam rady regularnie dojechać, ale z masą ciekawostek, trików i przestróg dla wszystkich, którzy chcą zająć się pisaniem. Bo choć nie wiem czy każdy może zostać pisarzem, to na pewno każdy może i – jeśli czuje, że chce – powinien spróbować. Bo każdy z nas jest nośnikiem dla opowieści.

    945482_972998902790699_425648870877206126_n

    Gazetka będzie odpłatna, ale nie dlatego, że chcę się na niej dorobić. Po odliczeniu kosztów składu, grafik etc. całość chcę przeznaczyć na takie projekty jak komiksy, krótkometrażowe filmy czy przedstawienia teatralne. Rzeczy, którymi bardzo chciałbym się zająć, o których wraz ze wspaniałymi ludźmi jakich znam myślimy już od dawna, ale wciąż nie starcza na nie funduszy. Słowem chodzi o to, byśmy nawzajem, czytelnicy Bangarang Magazine i my, jego twórcy, pomogli sobie w spełnieniu twórczych marzeń i we wzajemnym rozwoju”.

    Kolejne numery mają kosztować 12 złotych.

    Foto główne: smakksiazki.pl

    Foto okładki: Oficjalny profil Jakuba Ćwieka 

  • Kazik Staszewski w Waszym domu? Dlaczego nie, Mikołaj nadchodzi!

    Sprawa jest prosta. Smakksiazki.pl ma dla Was prezent. Autobiografię Kazika Staszewskiego, dokładnie taką, jak na poniższym zdjęciu. Jeszcze w folii!

    Żeby stać się właścicielem/właścicielką książki, trzeba:

    1. polubić na Facebooku profil smakksiazki.pl

    2. udostępnić ten post

    3. napisać w komentarzu, dlaczego właśnie Wy powinniście dostać książkę

    4. komentarz, który otrzyma najwięcej lajków, wygrywa.

    Proste i klarowne. Lajki można zbierać do końca roku, czyli do 31.12, g. 23:59.

    Wesołych i spokojnych świąt.

    Ide_okl_FRONT

     

    zdjęcie główne: https://pl.freeimages.com/photo/santa-in-a-boat-1443673

    zdjęcie okładki: Wydawnictwo Kosmos Kosmos