Tag: smakksiazki.pl

  • Koszulki, bluzy, kubki, czapeczki – już można zamawiać gadżety smakksiazki.pl!

    No dobrze, pytaliście, pisaliście komentarze, więc w końcu można zamawiać. Gadżety smaku przestają być moją własnością, mogą trafić też do Was. Pora na szczegóły, ceny, rozmiary oraz wskazówki jak zamówić.

    Wszystkie gadżety są z nadrukiem smakowym. Wiemy, że zaraz zacznie się pisanie, wybrzydzanie, że ja chce inny nadruk, a ja chce nie pod pachą, a ja nie chce na przodzie, a ja chce mniejsze – nie ma tak łatwo – póki co.

    Jak to działa?

    Na adres smakowite@evergroup.com.pl wysyłacie następujące informacje:

    Imię nazwisko

    Numer telefonu

    Adres mailowy

    Lista zamówień + liczba + rozmiar (jeśli konieczny)

    Adres dostawy: wysyłka kurierem DPD

    Dane do faktury / rachunku

    Na taką wiadomość otrzymacie informacje zwrotne z podanym całkowitym kosztem zamówienia oraz numerem konta do wpłat. Czekamy na zaksięgowanie przelewu – wtedy zamówienia leci do realizacji.

    Kiedy dostaniesz zamówienie?

    Najpierw musimy zebrać zamówienia (możecie to zrobić do ostatniego dnia września do 23:59), a potem startujemy z produkcją. Od tego momentu do 21 dni otrzymacie swoje przesyłki.

    Sprawdźcie dobrze rozmiarówkę – dotyczy to bluz i tshirtów – w związku z tym, że będziemy zamawiać tylko takie rozmiary jakie zamówicie – nie będzie możliwości zwrotu / wymiany na inny rozmiar.  Wszystkie rzeczy zostały  przetestowane, ich zdjęcia znajdziecie na profilu FB smaku. Były mocno eksploatowane w trakcie podróży na Islandię – dały radę 🙂 Wszystkie produkty są czarne z białym nadrukiem, z wyjątkiem kubków (wersja czarna i biała) oraz czapki – czarny daszek, czarna siatka, biała reszta.

    Ceny

    We wszystkie ceny wliczony jest koszt przesyłki, ale jeśli zamówicie np. dwie rzeczy, to cena będzie niższa, bo za przesyłkę zapłacicie przecież tylko raz – szczegóły otrzymacie w mailu zwrotnym od Evergroup, która zajmuje się przygotowaniem oraz wysyłką zamówionych przez Was towarów. Miłego noszenia 🙂 

    Tshirty  męskie – Fruit of the Loom – 69 złotych, B&C – 79 złotych.


    Tshirty  damskie – Fruit of the Loom – 69 złotych, B&C – 79 złotych.

     


    Bluzy z kapturem  męskie – 133 złote.

    Bluzy z kapturem damskie – 133 złote.

    Bluzy bez kaptura męskie – 116 złotych.

    Bluzy bez kaptura damskie – 116 złotych.

     

    Kubek biały lub czarny – 48 złotych.

    Czapka z daszkiem – 53 złote.

     

     

     

     

     

     

  • „Nie mam poczucia obciachu” – rozmowa z Mariuszem Szczygłem

    Prawda jest taka, że Mariuszowi Szczygłowi wystarczy nie przeszkadzać, co starałem się robić, bo wtedy można usłyszeć ciekawe historie. Rozmawiamy o zazdrości, zaglądaniu do teczek, życiu z tajemnicą, wstydzie, niedoczytywaniu książek, autocenzurze, Marianie Turskim. Pojawia się też Hitler, Dobry Wojak Szwejk, zarzucanie kotwicy oraz masa innych opowieści, w tym polecenie czeskiej literatury dla początkujących, bo jak Państwo wiedzą, Czesi są Gościem Honorowym tegorocznych Warszawskich Targów Książki. 

     

  • Na które majowe premiery zrobić miejsce na półkach? Podpowiadam

    Teoretycznie powinniśmy się szykować do Warszawskich Targów Książki, a praktycznie zamiast na stadionie, będziemy czytać w parkach, na ławkach, na ogródkach, gdzie kto chce. Wszystko jest ostatnio zmienne, ale stały jest fakt, że maj obfituje w ciekawe premiery. Przejrzałem, przeklikałem i mam dla Was trochę propozycji. Czy coś wybierzecie? Dajcie znać. Kliknijcie w interesującą Was okładkę, a przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule.

     

     

  • Pokojowa Nagroda Literacka, o co w niej chodzi?

    Znam przypadek pewnego śląskiego prezydenta, który  nakazał swoim podwładnym wysyłanie na niego smsów w konkursie lokalnej gazety. Nie pamiętam już jak to się skończyło, ale mam wrażenie, że takie działanie mogło wpłynąć na wyniki. Nie chcę myśleć, że inni zachowali się tak samo, ale przyznacie, że pokusa była pewnie spora. Z opowieści znam historię o tym, gdy za czasów konkursów polegających na wysyłaniu kuponów wycinanych z gazety, z kiosków znikała niesamowita liczba egzemplarzy, a kilkadziesiąt kuponów było wypisanych tym samym charakterem pisma. Jak wyglądają konkursy w branży literackiej?

    Doskonale wiecie, że w naszym książkowym światku są plebiscyty oparte na wysyłaniu smsów oraz klikaniu. Czy ma to większy sens? Jestem przeciwnikiem takiej metody, bo przecież jeśli mamy wystarczająco dużo pieniędzy i czasu, to jesteśmy w stanie wygrać każdy taki konkurs odbywający się na takich właśnie zasadach. Nie twierdzę, że tak się dzieje, ale jest to dość duże pole do nadużyć – jeśli tylko ktoś miałby oczywiście ochotę. Nie dalej niż kilka miesięcy temu napisał do mnie jeden z najbardziej popularnych pisarzy kryminałów i poinformował, że w plebiscycie, w którym bierze udział, na jego konkurenta głosują dziwne profile facebookowe. Nie chciał się wypowiedzieć pod nazwiskiem, może się bał, że nigdy do tej nagrody nie będzie już nominowany.

    Jestem taki mądry, bo kiedyś zorganizowałem zabawę, w której do wygrania była książka. Napisałem, że wygra ta odpowiedź, która zdobędzie najwięcej polubień. Pewnie się domyślacie, co się wydarzyło. Niektóre z nich miały ponad setkę lajków, a gdy wszedłem w poszczególne profile, to nagle się okazało, że smakksiazki jest bardzo popularny w Azji. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe przykłady wpadłem na pomysł Pokojowej Nagrody Literackiej. Na czym to wszystko ma polegać?

    To bardzo proste. Nie będzie smsów, kuponów, kolesiostwa. Oddaję głos pisarkom i pisarzom, którzy wybiorą najlepsze przeczytane przez siebie, a wydane w mijającym roku książki. Żeby nie rzucać się od razu na głęboką wodę, bo przecież cały pomysł może nie wypalić, w pierwszej edycji skupiam się na szeroko rozumianym kryminale, sensacji, thrillerze, horrorze. Jak to będzie wyglądało w praktyce? Już informuję. Dziś rozpocznę wysyłanie wiadomości do ponad setki pisarek i pisarzy, których nazwiska są na polskiej scenie literackiej. Każdy będzie mógł wybrać maksymalnie 10 książek, które uszereguje w kolejności od najlepszej przeczytanej. Pierwsze miejsce to 11 punktów, drugie – dziesięć, itd. Moją rolą będzie tylko zsumowanie punktów i ogłoszenie najlepszej trójki.

    Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy odpiszą, ale mam też wrażenie, że będzie to nagroda ekstremalnie uczciwa, bo przecież przyzna ja środowisko. Nie mam głosu ja, nie ma głosu nikt, kto nie jest pisarką albo pisarzem. Tak, można zgłaszać też zagraniczne tytuły. Dlaczego Pokojowa Nagroda Literacka? Po pierwsze, nie będzie tutaj kontrowersji, a po drugie – „gala” będzie transmitowana z mojego pokoju. Mam nadzieję, że to nie jedyna edycja, ale może być i tak, że nikt nie odpisze, wtedy zwijam plebiscytowe żagle.

    Adam Szaja

  • Uczciwość za półtora tysiąca

    Dziś o pieniądzach, a właściwie o potencjalnych pieniądzach. Tytułowej kwoty nie zarobiłem w minionym tygodniu na własne życzenie. Pomyślcie, że jestem jednak frajerem, bo skoro dają, to trzeba brać. Być może macie rację, ale być może rację mam ja, to się za chwile okaże. No więc jak, brać kasę od wydawców za coś, do czego nie jestem przekonany, a mówić Wam, że to coś jest super?

    To by była najkrótsza i najszybsza droga do zamknięcia smaku. Raz byście się złapali, drugi może też, ale za trzecim to już mielibyście opory żeby zaufać temu, co pisze Szaja. I ja bym Was doskonale rozumiał, bo ile można. Nie mówię, że wszystko, co polecam teraz, to Wam pasuje, ale mam nadzieję, że moje opinie odbieracie jako uczciwe. Jeśli się czymś podniecam, to naprawdę się podniecam, nie udaję literackich orgazmów, nie przeliczam ich też na bilety Narodowego Banku Polskiego. Jestem dość prosto skonstruowany – gdy coś mi się podoba, to o tym mówię, a gdy mi się nie podoba, to też o tym mówię, ale wtedy niektórzy autorzy oraz ich wydawcy są o mnie jak najgorszego zdania. Słuchajcie, dla mnie kasa naprawdę nie jest najistotniejszą rzeczą na świecie, jeżdżę siedemnastoletnim samochodem, mieszkam w bloku, kupuję w Biedronce. Może gdybym miał kręgosłup giętki jak Jarosław Gowin, to wtedy sprawy miałyby się inaczej, ale w takiej sytuacji musiałbym wymontować lustra z domu, bo głupio by było spojrzeć sobie w twarz. Zdarzają się też takie sytuacje (drodzy wydawcy, nie czytajcie tego), że jeśli coś mnie zafascynuje totalnie, to jestem w stanie powiedzieć: „ej, zróbmy to, to jest super, nie chcę za to pieniędzy”. Powiecie, że to psucie rynku, z czym częściowo jestem w stanie się zgodzić, ale jednak traktuję swoją pracę jako pasję, więc to działa trochę inaczej. Nawet w wolnym czasie robię dokładnie to samo co w robocie. Czytam, wymyślam, kombinuję, gdzie nagrać recenzję żeby miejsce pasowało do książki.

    www.unsplash.com/Jp Valery

    Wracając jednak do tytułowych pieniędzy, to chyba źle policzyłem, bo gdybym przyjął ofertę od pewnej bardzo dużej firmy zajmującej się audiobookami oraz słuchowiskami, to pewnie byłoby to w sumie ponad trzy tysiące złotych. Tylko wtedy nie miałbym moralnego prawa oceniać kogokolwiek, a Wy stracilibyście do mnie cały szacunek i sympatię (jeśli takie odczucia wobec mnie macie). Z innej beczki, to w mijającym tygodniu pojawiły się też dwie oferty z mojej ulubionej kategorii barterowej. Pewna księgarnia internetowa proponowała mi bon do wykorzystania w ich sklepie w zamian za linkowanie recenzowanych książek właśnie do nich, a drugi barter to bardzo duże wydawnictwo, które chciało współpracować przy promocji nowej książki dość poczytnej polskiej autorki kryminałów. Jeśli chodzi o robienie rzeczy za darmo, to jednak zostawiam sobie prawo do decydowania co oraz dla kogo to zrobię. W ogóle mam wrażenie, że kwestia kasy jest w środowisku tematem tabu, ale to chyba wątek na osobny tekst.

    Żeby była jasność, nie żalę się. Mógłbym mieć wszystko w dupie, brać kasę od każdego, kto chce ją u mnie zostawić, a Wam wciskać głodne kawałki o tym, że ta książka to naprawdę najbardziej wyczekiwany debiut roku, co z tego, że już czwarty w tym miesiącu. Mógłbym pisać, że nie spałem całą noc, bo czytałem, albo, że to najlepsza książka tego roku, a Wy pomyślicie, że jestem idiotą, bo jest przecież dopiero maj. Sposobów by było pewnie sporo, starczyłoby na miesiąc wciskania kitów, a co potem? Cześć z Was by pewnie została, część  odeszła, a ja byłbym bez luster w domu. Obejrzałem wczoraj wieczorem (w końcu!) półtoragodzinny film o zespole „Kult”. Jest tam taka piękna kompilacja scen, w których Kazik Staszewski klęka po koncertach na scenie i bije pokłony w stronę publiczności mówiąc coś takiego: „bez Was nie miałoby sensu nasze funkcjonowanie”. Chłop ma aparaty w obu uszach, jest już raczej starszy niż młodszy, a skacze po scenie na każdym koncercie przez trzy godziny. Kult mógłby grać pewnie o połowę krócej, ale jednak nie. Do tego przyzwyczaili słuchaczy, więc konsekwentnie są wobec nich uczciwi. Pamiętajcie więc, że bez Was nie byłoby smaku, a ja daję Wam uczciwość. Dzięki, że jesteście.

    Adam Szaja

  • Trzydzieści tysięcy minęło jak jeden dzień

    Kiedy czytacie te słowa, blog smakksiazki.pl zbliża się do trzydziestu tysięcy polubień na Facebooku. Fajna sprawa, bo gdy zaczynałem przygodę z książkami, to taki poziom był marzeniem. Są blogi większe, są mniejsze, ale czy to blogowanie, jest naprawdę takie fajne, że garnie się do niego coraz więcej osób?

    Pewnie wyobrażacie to sobie tak: leżę w łóżku do południa, czytam książki, śniadanie jem koło siedemnastej, a pieniądze wpadają na konto. Jeśli tak myślicie, to jesteście bliscy prawdy jedynie z tym, że czytam książki. Paradoksalnie – mam na to coraz mniej czasu, więc ślęczę nad nimi po nocach, ale nie narzekam, bo nadal sprawia mi to ogromną przyjemność, a jeśli przestanie, to pójdę na kasę do Biedronki. Nie narzekam również na to, że jestem swoim marketingowcem, kierowcą, księgowym, kierownikiem produkcji, montażystą, a czasem, nawet i operatorem. Nie narzekam też na to, że czasem chodzę po domu i kombinuję, co wrzucić na tego cholernego Facebooka albo Instagrama, bo przecież coś wrzucić trzeba. Nie wrzucasz, nie istniejesz.

    Innym problemem jest to, że nie mam zbyt seksownych nóg, których zdjęcie z książką mogłoby wygenerować pierdylion serduszek. Nie mam też kota, który leżący na książce wygenerowałby pierdylion kciuków w górę. Mimo wszystko staram się wrzucać rzeczy merytoryczne. Co to oznacza? Ano to, że Michał Rusinek opowiadający o swojej książce nigdy nie wygenereuje więcej serduszek, niż rozmowa o niczym z Blanką Lipińską. No, ale póki mam 100% wpływu na to, co się tutaj pojawia, to o wizytę Blanki się nie martwcie. Swoją drogą, to  Michała będę nagrywał na Śląskich Targach Książki, zobaczymy, czy się Wam spodoba.

    Jo Nesbo, fot: smakksiazki.pl

    Przeczytałem kiedyś w „Forbesie” wywiad z Dodą. Tak, z Dodą. Powiedziała tam kapitalne zdanie, że „podniecanie się lajkami na Facebooku, czy Instagramie, to dokładnie tak, jak podniecać się pieniędzmi z gry Monopoly”. Sam się czasem zastanawiam, dlaczego zdjęcie pustego peronu, na którym miał stać Stanisław Wokulski, ale nie zdążyłem go uchwycić z jadącego pociągu, ma więcej lajków niż Karl Ove Knausgard opowiadający o swojej książce. Mam pewne podejrzenia, dlaczego tak się dzieje, ale mam też nadzieję, że jednak jestem w błędzie.

    Co dalej? Dalej będę prowadził ten pług przez literackie zaułki i autostrady. Dalej będę jeździł za swoje pieniądze na targi we Frankfurcie, żeby dać radość sobie o raz Wam. Bo naprawdę, pogadanie chwilę z Jo Nesbo, Mają Lunde, czy wspomnianym już Knausgardem, jest dla mnie czymś o wiele ciekawszym, niż wydanie kasy na wyjście do klubu. Opowiem Wam anegdotkę. Gdy Umberto Eco przyjechał na Uniwersytet Łódzki, wziął udział w konferencji prasowej. Zdając sobie sprawę, że zainteresowanie dziennikarzy będzie ogromne, wyjechałem z Katowic na tyle wcześnie, że na miejscu byłem dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania mediów z Umberto Eco. Nie powiem, zdziwiłem się srodze, gdy na dziesięć minut przed godziną zero, na sali było może z dziesięcioro przedstawicieli mediów. Dla mnie sam fakt przebywania w jednym pomieszczeniu z pisarzem tej klasy, był czymś niewyobrażalnym. Chyba z pół dnia układałem pytania – nie miałem pewności, że uda mi się zadać chociaż jedno. Po co Wam to piszę? Po konferencji podeszła do mnie Pani Grażyna Szponder, właścicielka Domu Wydawniczego Rebis, pochwaliła za zadane pytanie i obiecała, że jeśli będę chciał z jej wydawnictwem współpracować, to mam się odezwać. Ta współpraca trwa już od czterech lat. Jak się okazało, Umberto Eco zmarł kilka miesięcy później, a moje nagrane w Łodzi ujęcia były wykorzystane w „Faktach” TVN.

    Nie wierzcie w to, że jeśli robicie to, co kochacie, to nie przepracujecie ani jednego dnia w życiu. Guzik prawda, bo jeśli robicie to, co kochacie, to będziecie pracować o wiele więcej i ciężej niż na umowie o pracę. Kiedy pytają mnie, czy warto zostać blogerem, to odpowiadam, że oczywiście, ale pod jednym warunkiem. Jeśli poświęcisz temu wszystko inne – inaczej to nie ma sensu. Nie zrobisz czegoś na pół gwizdka, nie przeczytasz połowy książki, nie zmontujesz połowy materiału, nie wyjdziesz w połowie prowadzonego spotkania. Kilka lat temu powiedziałem jak w pokerze: „all in”. Póki co, mam chleb, ale mam też czym go posmarować, więc powiem Wam jedno – gońcie za swoimi marzeniam!

    Adam Szaja

  • „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”. Hillary Clinton o wyborze Donalda Trumpa

    Wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych był szokiem dla całego świata, bo przecież faworytką była Hillary Clinton. Przeczytajcie fragment jej książki „Co się stało”, która została napisana już po wyborczej klęsce. Pod tekstem znajdziecie też wideo z wypowiedzią Krystyny Kurczab-Redlich, wieloletniej korespondentki w Moskwie, autorce książki „Wowa, Wołodia, Władymir. Tajemnice Rosji Putina” która opowie o wpływie rosyjskich hakerów na myślenie amerykańskich wyborców. Rozmawialiśmy w katowickim Empiku, zaraz po spotkaniu z autorką.

    Wtedy Bill dotknął mojego łokcia i wróciłam do rzeczywistości.

    Przed nami siedzieli Obamowie i Bidenowie. Próbowałam sobie wyobrazić, jak prezydent Obama jedzie w jednej limuzynie z człowiekiem, który po części wybił się na kłamstwach dotyczących miejsca urodzenia Baracka i oskarżaniu go o to, że nie jest Amerykaninem. W trakcie uroczystości w którymś momencie Michelle i ja popatrzyłyśmy na siebie smutno. To spojrzenie mówiło: „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”. Osiem lat wcześniej, w mroźny dzień zaprzysiężenia Baracka, mieliśmy głowy pełne planów i możliwości. Dzisiaj chodziło tylko o to, by zachować dobrą minę do złej gry.

    W końcu pojawił się prezydent elekt. Znałam Donalda Trumpa od lat, ale nigdy nie przypuszczałam, że pewnego dnia stanie na schodach przed Kapitolem i złoży przysięgę jako prezydent Stanów Zjednoczonych. W czasach, gdy zasiadałam w Senacie, był znaną personą w Nowym Jorku, jak wielu innych poważnych graczy na rynku nieruchomości, choć wyróżniał się większą ekstrawagancją i naciskiem na autopromocję. W 2005 roku zaprosił nas na swój ślub z Melanią w Palm Beach na Florydzie. Nie przyjaźniliśmy się, więc prawdopodobnie zależało mu na tym, żeby zgromadzić na imprezie jak największe nazwiska. Bill akurat w tamten weekend wygłaszał w okolicy odczyt, więc zdecydowaliśmy się skorzystać z zaproszenia. Czemu nie? Domyślałam się, że będzie to huczne, kolorowe przyjęcie z wielką pompą, i miałam rację. W ceremonii wzięłam udział sama, a potem Bill dołączył do mnie na weselu w należącej do Trumpa posiadłości Mar-a-Lago. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z parą młodą i niedługo potem wyszliśmy.

    www.unsplash.com/Lucas Sankey

    Rok później Trump wraz z innymi prominentnymi nowojorczykami wystąpił w parodystycznym filmiku przygotowanym z okazji kolacji stowarzyszenia korespondentów prasowych w Albany – czyli stanowej wersji bardziej znanej kolacji korespondentów akredytowanych przy Białym Domu. Pomysł był taki, że woskowa figura przedstawiająca moją osobę została skradziona z muzeum Madame Tussaud na Times Square, dlatego musiałam zająć jej miejsce i stać nieruchomo, podczas gdy różni sławni ludzie przechodzili obok mnie i wygłaszali komentarze. Burmistrz Nowego Jorku Mike Bloomberg powiedział, że dobrze sobie radzę jako senator, po czym zażartował, że w 2008 roku wystartuje w wyborach prezydenckich jako kandydat niezależny. Kiedy na ekranie pojawił się Trump, stwierdził: „Wyglądasz świetnie. Niewiarygodne. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Fantastyczna fryzura. Piękna twarz. Wiesz, naprawdę uważam, że byłby z ciebie świetny prezydent. Nikt nie mógłby się z tobą równać”. W tym momencie kamera odjechała trochę i okazało się, że wcale nie mówił do mnie, tylko do swojej własnej figury woskowej. Wtedy to był śmieszny żart.

    Kiedy Trump faktycznie ogłosił swoją kandydaturę w 2015 roku, jak wielu ludzi wzięłam to za kolejny dowcip. Na tym etapie zdążył się już zmienić z ulubieńca tabloidów w prawicowego oszołoma, opętanego wieloletnią, niezdrową obsesją na punkcie aktu urodzenia prezydenta Oba- my. Choć od kilkudziesięciu lat flirtował z polityką, wciąż trudno było go traktować poważnie. Przypominał mi jednego z tych starców grzmiących, że jeśli ludzie nie zaczną ich wreszcie słuchać, kraj do reszty zejdzie na psy.

    Trumpa nie dało się ignorować – nieustające zainteresowanie mediów zapewniało mu całodobową promocję. Uważałam, że należy głośno piętnować jego bigoterię, i czyniłam to często od samego początku, czyli od chwili, gdy w dniu ogłoszenia swojej kandydatury nazwał meksykańskich imigrantów gwałcicielami i handlarzami narkotyków. Ale dopiero kiedy zobaczyłam, jak udaje mu się zdominować debatę z udziałem szeregu utalentowanych republikańskich kandydatów – nie dzięki swoim błyskotliwym pomysłom czy mocnym argumentom, ale za pomocą szokujących ataków osobistych – uświadomiłam sobie, że może stanowić poważne zagrożenie.

    A teraz stał na podwyższeniu z ręką na Biblii i przysięgał, że będzie przestrzegać i bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie żart obrócił się przeciwko nam.

    Rozpadało się i ludzie siedzący wokół nas zaczęli się szarpać z cienkimi plastikowymi pelerynami, które nam rozdano. Wcześniej za kulisami namówiłam Billa, żeby założył swój prochowiec. Ponieważ dzień był wyjątkowo ciepły, Bill myślał, że nie będzie go potrzebował. Teraz cieszył się, że posłuchał mojej rady – przynajmniej jako żona odniosłam małe zwycięstwo w ten ponury dzień. Plastikowe peleryny prezentowały się nie najlepiej, ale mogło być jeszcze gorzej. Słyszałam, że pierwsza partia, którą sprowadzono na tę okazję, była biała, przez co pod pewnym kątem wyglądały trochę jak kaptury Ku Klux Klanu, i jakiś spostrzegawczy członek ekipy organizacyjnej szybko je wymienił.

    Przemówienie wygłoszone przez nowego prezydenta miało mroczny i dystopijny wydźwięk. Dla mnie brzmiało jak skowyt dobiegający prosto z trzewi białego nacjonalizmu. Najbardziej pamiętna linijka dotyczyła „amerykańskiej rzezi”, choć to rażące sformułowanie pasowało raczej do tytułu krwawego horroru niż do przemówienia inauguracyjnego. Trump nakreślił obraz sfrustrowanego, rozbitego państwa – państwa, którego nie rozpoznawałam.

    www.unsplash.com/David Everett Strickler

    Wiedziałam, że wciąż stoją przed nami prawdziwe wyzwania, te same, o których mówiłam bez końca podczas kampanii wyborczej: nierówność dochodów, coraz większa koncentracja wpływów wielkich korporacji, zagrożenie terrorystyczne, zmiany klimatyczne, rosnące koszty opieki zdrowotnej, potrzeba stworzenia nowych, lepszych miejsc pracy w obliczu przyspieszającej automatyzacji. Amerykańska klasa średnia naprawdę miała przerąbane. Kryzys finansowy z 2008 i 2009 roku pozbawił ludzi zatrudnienia i odebrał im poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie został za to pociągnięty do odpowiedzialności. Szerokie spektrum Amerykanów ogarnęło poczucie alienacji, od tradycjonalistycznie nastawionych białych wyborców zaniepokojonych tempem przemian społecznych, przez czarnych mężczyzn i kobiety, którzy czuli, że państwo nie ceni ich życia, po tzw. DREAMers i patriotów wyznania muzułmańskiego, których zaczęto traktować jak intruzów w ich własnym kraju.

    Trump napsuł im wszystkim bardzo dużo krwi. Ale w tak wielu kwestiach się mylił. Za rządów prezydenta Obamy rynek pracy notował wzrost przez 75 kolejnych tygodni, a dochody dolnych 80 procent społeczeństwa wreszcie zaczynały iść w górę. Dwadzieścia milionów ludzi zyskało ubezpieczenie zdrowotne dzięki ustawie o reformie systemu opieki medycznej, będącej największym osiągnięciem legislacyjnym ustępującej administracji. Wskaźniki przestępczości utrzymywały się na rekordowo niskim poziomie. Nasza armia wciąż była najpotężniejsza na świecie. To łatwe do zweryfikowania fakty. Trump stanął jednak przed całym światem i powiedział coś dokładnie przeciwnego – tak jak robił to przez całą swoją kampanię. Wydawało się, że zupełnie nie dostrzega lub też nie docenia tej energii i tego optymizmu, które widziałam na własne oczy, gdy podróżowałam po kraju.

    Słuchając Trumpa, odnosiłam wrażenie, że nie istnieje już coś takiego jak prawda. W dalszym ciągu mam takie poczucie.

    Jeśli macie ochotę kupić książkę, kliknijcie na okładkę. 

     

     

  • „Letnia chamska promocja czytelnictwa”. Felieton Sylwii Chutnik.

    Każdy pretekst jest dobry, aby sięgnąć po książkę. Tak jest i w wakacje. Nie ma, że zmęczenie i urlop. Wokół nas pełno wydarzeń kulturalnych i festiwali. Na jednym z nich będzie szczególnie ciekawie.

    Dwunasta edycja OFF Festivalu, oprócz muzyki granej na czterech scenach po raz kolejny zaprasza do Kawiarni Literackiej. To oddzielna przestrzeń do spotkań z pisarzami i pisarkami i dyskusji na tematy książkowe i nie tylko. Literatura od początku była ważnym elementem tego wydarzenia ze względu na powiązania twórców z różnymi dziedzinami sztuki. Poprzedni kuratorzy Kawiarni: Wojciech Kuczok i Krzysztof Varga co roku zapraszali na festiwal ważnych i cieszących się popularnością pisarzy, którzy traktowani byli zawsze niczym rockowe gwiazdy. I dobrze, bo pisanie to introwertyczna czynność, warto więc czasem wyjść do ludzi i rozprostować kości.

    W tym roku kuratorką została niżej podpisana, a oficjalnym partnerem nie jest już Instytut Książki lecz sieć księgarni. Dobra zmiana została zastąpiona komercyjnym przedsięwzięciem. Takie czasy.

    Dokładny plan lekcji znaleźć można na stronie OFF-u, chciałabym więc skupić się na tym, co jest często dyskutowane w środowisku osób aktywnie korzystających z kultury lub bezpośrednio związanych z rynkiem wydawniczym. Coroczne lamenty przy okazji ogłoszenia wyników badania czytelnictwa sprawiają, że zastanawiamy się, w jaki sposób zająć się promowaniem czytelnictwa i czy w ogóle to określenie nie jest przypadkiem wydmuszką i nowomową bez treści.

    Festiwaloza, czyli skupianie się na jednorazowych wydarzeniach, jest często krytykowana za to, że nie stanowi długoplanowego działania na rzecz czytelnictwa. Jest błyskiem, literacką chwilówka obliczoną na kilkunastominutowy aplauz. Do tego: skierowaną do i tak przekonanych osób, które wiedzą, gdzie jest najbliższa im księgarnia. Czyli mówiąc wprost: czytają książki. Po co więc dodatkowe koszty na to, aby brandzlować się we własnym gronie?

    Otóż sprawa nie jest taka oczywista. Po pierwsze: nie ma nic złego w tym, że ludzie lubiący książki spotykają się i o książkach rozmawiają. Nerdom też się należy coś od życia. Po drugie: nie jestem pewna, czy rzeczywiście wszyscy pilnie sięgają po lekturę. Czasami deklaratywność nie pokrywa się z realiami i ci, którzy chcieliby być postrzegani jako mole książkowe wolą siedzieć na Netflixie niż ślinić palce przy kolejnym tomie uczonych tyrad czy choćby kryminalnym hicie. Po trzecie: nachalnej promocji czytelnictwa nigdy dość. To nie jest tak, że skoro przeprowadzimy kampanię społeczną za pieniądze podatników/unio europejsko/crowfunding czy spadek po bogatym wujku to rewolucja dokona się raz na zawsze. Trzeba, jak mówił klasyk, siać i siać aż do znudzenia i samym sobie przypominać, że bieganie wzrokiem z lewa na prawo jest czynnością umilającą życie, rozwijającą wyobraźnię a nade wszystko uspokajającą skołatane nerwy.

    Dlatego też jestem entuzjastką działania z zaskoczenia, sprytnie i podprogowo. Człowiek jedzie wystylizowany na muzyczne pląsy a tu – bach – trafia na spotkanie autorskie. Idzie sobie po piwo do baru, a na nim leżą książki do sprzedania. Próbuje rozejrzeć się w celach matrymonialnych a tam regały z książkami. Nie ma wyjścia, zwykle oczy same wędrują za literami składając je w poszczególne słowa. I bardzo dobrze – to znaczy, że haczyk zadziałał. Podstępne przemycanie literatury w muzycznych kręgach może przynieść kolejne ofiary czytelnictwa charakteryzujące się przekrwionymi oczami i debetem na karcie po wizycie w księgarni.

    www.unsplash.com/Yvette de Wit

    Ta ostatnia kojarzy się zwykle albo z zakurzoną ladą z przeterminowanymi podręcznikami szkolnymi bądź upstrzonym gadżetami sklepikiem. Tymczasem – a mówi Wam to dyplomowana technik księgarz – jest to miejsce kultury, gdzie nie znajdziecie towaru a lektury. Gdzie wcale nie musicie poczuć się niczym w muzeum starego rzemiosła. Książki są jak najbardziej na czasie.

    Jeszcze słówko o dobrej nowinie i ciągłym gadaniu o potrzebie czytania. Na potwierdzenie swoich racji skuteczna jest zwykle anegdota. Oto i ona. Niedawno taksówkarz, zanim jeszcze zapytał o adres, spojrzał na mnie w tylnym lusterku i oznajmił: „Pani to jest znana pisarka”. Człowieka zawsze cieszy, kiedy inni myślą o nim w kategoriach splendoru, więc nie zaprzeczyłam. Taksówkarz kontynuował, że muszę być naprawdę znana, skoro nawet on mnie rozpoznał, bo przecież „książek nie czyta w ogóle”. Nie mogłam uwierzyć w jego buńczuczną deklarację, zaczęłam więc dopytywać. A może jednak jakaś lekka sensacja na plażowym kocu? Broszura o chorobach wenerycznych? Ulotka z pizzerii? „Nic”, oświadczył dumnie taksówkarz i zaczął mi wyjaśniać swój światopogląd. Otóż czytanie to przeżytek, nuda, wiocha i czas przeszły dokonany. A całe to gadanie i zachęcanie do czytania jest tylko po to, abyśmy my, pisarze – tu spojrzał wymownie – nachapali się piniendzy. „Proszę paniom, trzeba się pogodzić z tym, że kiedyś nie było nic do roboty, to człowiek z nudów i po książkę sięgnął. A teraz? Telewizor, komputer, wszystko!” Kiedy próbowałam argumentować, że przecież literatura, że słowo pisane, że tradycja ofuknął mnie zniecierpliwiony – kiedyś były konne dorożki. I czy ja bym chciała teraz dorożką jechać zamiast jego Volvo? Zasępiłam się.

    Czyli znowu: książka kojarzona jest z ciuchcią, bednarzem i tarą na pranie? Cóż, tym bardziej należy pokazywać, że nie jest przeżytkiem. Że każdy może znaleźć coś dla siebie między okładkami. Że czytanie to jest zapełniacz wolnego czasu, ale wartościowy sposób na poszerzanie horyzontów. Niezależnie od tego, czy korzystamy z papierowego wydania czy e-booków.

    Dlatego też wszystkich festiwalowych zapaleńców zapraszamy do namiotu Kawiarni Literackiej na dysputy, słuchowiska i wystawę okładek książek. Będzie można słuchać, czytać i gadać. Bo książka jest ważna. Sprawdzone info.

    Tegoroczna Kawiarnia Literacka będzie nawiązywała do atmosfery czytania w domu. Gdzieś na łóżku lub w wygodnym fotelu. Spokojnie, wbrew natłokowi pracy i codziennej szamotaninie. Motywem przewodnim naszych literackich rozmów jest wspólnota. Na chwilę zawiesimy spory i podziały zastanawiając się, czy jest coś, co nas łączy i sprawia, że możemy powiedzieć: „wszyscy”?

    Zapraszamy na debaty i słuchowiska, czyli czytanie książek przez ich autorów i autorki wraz z akompaniamentem muzyków. W trakcie festiwalu zobaczyć będzie można wystawę okładek książek zaproszonych gości w ramach akcji „Oceń książkę po okładce”. W namiocie Kawiarni znajdować się będzie również księgarnia, gdzie będzie można oddać się najważniejszej czynności na świecie: kompulsywnym zakupom książek.

    Wśród gości między innymi: Michał Witkowski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Szczepan Twardoch, Grażyna Plebanek, Ziemowit Szczerek, Małgorzata Halber i inni.

    Sylwia Chutnik

  • „Polskie media mają generalnie literaturę w dupie”. Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Umówmy się na początek, że nie piszę tego felietonu, żeby się skarżyć. Parę wywiadów w swoim życiu udzieliłem. Byłem zapraszany do audycji radiowych. Telewizję też mi się kilka razy udało odwiedzić. Co prawda poszedłem do niszowych programów, emitowanych o dziwnej porze, ale zdarzyło się. Pod tym względem, jak się państwo przekonacie, mam lepiej niż większość polskich pisarzy. Ten tekst jest o czymś zupełnie innym

    Na początku maja ukazał się we Francji „Podpalacz” pod pięknym tytułem „Pyromane”. Wydało go rozwijające dopiero skrzydła wydawnictwo Agullo Editions które kilka dni temu obchodziło pierwsze urodziny. W przeciągu półtora miesiąca o mojej książce napisały już Le Monde, Le Canard enchaîné, Le Nouvel Observateur, a ostatnio L’Express. Podsumowując, nad Sekwaną miejsce dla debiutującego na tamtejszym rynku autora z dalekiej Polski znalazły najważniejsze tamtejsze tytuły. W Polsce dla odmiany „Podpalacza” z prasy krajowej zauważył tylko Piotr Kofta ze Wprost. Moja historia to tylko anegdota. Ale anegdota, która mam wrażenie jakoś tłumaczy, dlaczego czyta dziewięciu na dziesięciu Francuzów, a w Polsce mniej niż połowa ludności.

    Mniej więcej raz do roku, przy okazji publikacji badań Biblioteki Narodowej, możecie Państwo natknąć się na teksty o tym, jak czytanie jest ważne. Jak rozwija, poszerza horyzonty, wzbogaca słownictwo, uwrażliwia i tak dalej, i tym podobne. I jaka to wielka szkoda, że nasze statystyki czytelnictwa są tak niskie, jak wszyscy na tym tracimy, my ludzie, ale i polska gospodarka i co z tym można zrobić. Czasami temat wraca przy innej okazji. A to wspomni o tym minister kultury, a to jakaś mądra głowa powie coś w telewizji. Pogadają, ponarzekają i zgodzą się, że jest źle. Ale tak szybciutko, króciutko, bo już czekają kolejne materiały do emisji. Bo smutna prawda jest taka, że literaturę polskie media mają generalnie w dupie. Chcecie państwo dowodów? W ogólnodostępnych telewizjach programów o książkach prawie nie ma. Po prostu. To może się o nich mówi w innych segmentach? No też nie za bardzo. Przeglądałem materiały z ostatnich dni z telewizji śniadaniowych. Można się z nich dowiedzieć, „Co zrobić, żeby pośladki nie cierpiały na amnezję” i o tym, że „Beata Kozidrak posprzątała kuchnię życia”. Jest też materiał o „Festiwalu obrzucania się ciastem” i o „Lęku separacyjnym u psów”. Literaturze poświęcono kilka minut informując o nowej książce Pauli Hawking. Dobre i to, chociaż jestem pewien, że pojawiło się parę innych książek lżejszych i cięższych, o których warto by poinformować widzów. Redakcje uznały inaczej. Prasa papierowa? Doskonale podsumował to jeden ze znajomych krytyków, który stwierdził, że dziesięć lat temu pisał recenzje. Pięć lat temu skróty recenzji. A teraz publikuje aforyzmy na temat książek. I tak właśnie jest. Szczęściarzem może nazwać się pisarz, który dostał kilkuzdaniową wzmiankę o swojej powieści. Tylko naprawdę największe nazwiska mogą liczyć na prawdziwy tekst na kilka tysięcy znaków. Ale to też nie zawsze. Żeby nie było, nie oskarżam dziennikarzy. Ci są najmniej winni. Większość chętnie pisałaby więcej na tematy ogólnoliterackie. Problem polega na tym, że nie dostają na to miejsca lub czasu. Żeby uzupełnić obraz, jeszcze jakoś nieźle literatura trzyma się w radio. Szczególnie publicznym. Internet daje radę, chociaż o problemach z blogerami książkowymi pisał na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja dorzucę jeszcze jedną uwagę – blogi i portale literackie docierają prawie wyłącznie do tych, którzy już czytają. Ułatwiają integracje środowiska, rozmowy, dyskusje, co jest oczywiście cenne i ważne, ale nie odgrywają wielkiej roli w popularyzacji czytania. To nie jest żadna krytyka, ale suche stwierdzenie faktu i dotyczy, niestety, także smakksiazki.pl.

    www.unsplash.com/Philip Strong

    I teraz pojawia się pytanie typu, co było pierwsze – jajko czy kura. Czy media nie poświęcają literaturze miejsca, bo odbiorców to nie interesuje, czy odbiorców to nie interesuje, bo media nie poświęcają literaturze miejsca? Osobiście uważam, że właśnie ten brak uwagi odpowiada częściowo za niskie wskaźniki czytelnictwa. Od święta media tłuką wszystkim dookoła do głów, że czytanie jest ważne, ale w codziennym życiu pokazują, że jest dokładnie odwrotnie. Że nikogo książki nie obchodzą. Nie warto o nich pisać. Nie warto o nich rozmawiać. Nikomu nie przyjdzie go głowy, żeby zapytać goszczącego w studiu polityka o to, co ostatnio czytał albo co sądzi o najnowszej powieści Żulczyka. Najlepiej pominąć milczeniem, a cenny czas antenowy poświęcić gafom letniej mody męskiej. A do tematu czytelnictwa, a raczej jego braku, wrócimy, kiedy Biblioteka Narodowa opublikuje kolejny raport.

    Wojciech Chmielarz