Tag: smakksiazki.pl

  • „Kryminały pomagają skopać tyłek Diabłu”. Tony Parsons dla smakksiazki.pl

    Rozmawiają o Brexicie, o byciu mężem Japonki, o Kubie Rozpruwaczu, Londynie, kryminałach i końcu świata. Marta Guzowska przepytuje Tonego Parsonsa, którego najnowsza książka „Rzeźnik”, czyli druga część trylogii z detektywem Maxem Wolfe’em w roli głównej, właśnie ukazała się w Polsce. 

    Czy głosował Pan za Brexitem, czy przeciwko?

    Za.

    O! A dlaczego?

    Bo uważam, że Unia Europejska jest anty-demokratyczna, skorumpowana i niekompetentna. Waluta się nie sprawdza – euro to katastrofa dla milionów bezrobotnych młodych ludzi w całej Europie. Głosowałem za Brexitem ponieważ wierzę, że każdy kraj powinien kontrolować swoje prawa, swoją walutę, swoje granice i swój los. Nikt nie głosował na bogatych staruchów w Brukseli i nikt nie może ich wyrzucić z zajmowanych stanowisk. Szczerze mówiąc, czekam już na to, żeby zobaczyć upadek Unii, tak jak widziałem upadek komunizmu. Tożsamość narodowa jest warta ocalenia. UE to upadła idea rodem z XX wieku.

    Chyba jednak ma pan trochę wyrzuty sumienia z powodu takiego, a nie innego wyniku referendum, skoro tak gęsto się Pan tłumaczy 🙂 Ale w Pana powieściach kryminalnych, z których dwie: „Krwawa wyliczanka” i „Rzeźnik” ukazały się po polsku nakładem wydawnictwa Albatros, nie ma polityki. Można wręcz odnieść wrażenie, że Pana bohaterowie nie czytają gazet i nie oglądają telewizji, chyba, że wiadomości podają informacje na temat śledztwa. Myśli Pan, że polityka nie nadaje się do kryminałów?

    W moich książkach wszystko jest podporządkowane opowieści. I wszystkie wykorzystane elementy muszą sprawić, żeby opowieść przykuwała uwagę. Jeśli ktoś chce pisać o polityce, powinien prawdopodobnie przerzucić się na dziennikarstwo – tam polityka jest nieprzefiltrowana i nierozcieńczona wątkiem, bohaterami i akcją. Więc, szczerze mówiąc, polityka nie przychodzi mi do głowy, kiedy piszę kryminały. Ona gdzieś tam jest, w tle, ale najważniejsza jest historia, którą opowiadam.

    Pana kryminały z serii z Maksem Wolfem dzieją się w Londynie. Pan też tam mieszka. Jak wpływ ma na Pana to wielokulturowe miasto?

    Myślę, że większość ludzi mieszkających w Londynie czuje się obywatelami świata, ja też. Ale w moim przypadku, moja osobista sytuacja ma większe znaczenie niż miasto, w którym mieszkam. Od 24 lat jestem mężem Japonki – przy naszym stole mówi się w obu językach. Więc naprawdę, jak każdy londyńczyk, jestem obywatelem świata.

    Sądząc z Pana powieści, kocha Pan to miasto i jest Pan zafascynowany jego historią. Myślał Pan o umieszczeniu akcji którejś ze swoich powieści w Londynie przeszłości? Oczywiście natychmiast przychodzi na myśl przypadek Kuby Rozpruwacza…

    Nie, nigdy nie miałem ochoty umieszczać akcji powieści w przeszłości. Trudno to dobrze zrobić – odtworzyć te wszystkie drobiazgi, które tworzą atmosferę, a które ze swoich własnych czasów zna się niejako z automatu. Także kiedy po raz pierwszy zacząłem myśleć opowieściach z Maksem Wolfem, uzmysłowiłem sobie, że wszyscy wielcy autorzy kryminałów – od Arthura Conan Doyle’a po Raymonda Chandlera – pisali powieści osadzone w czasach sobie współczesnych. Pisanie o teraźniejszości jest dla mnie dostatecznie dużym wyzwaniem.

    fot: facebook.com/Tony Parsons

    Jednym z najbardziej fascynujących opisanych przez Pana miejsc dotyczących zbrodniczej przeszłości Londynu jest mieszczące się w Scotland Yardzie Czarne Muzeum (muzeum historii policji). Czy takie miejsce naprawdę istnieje?

    Tak, Czarne Muzeum jest prawdziwe, to pokój 101 w Nowym Scotland Yardzie i nosi oficjalną nazwę Muzeum Zbrodni Policji Metropolitalnej (Crime Museum of the Metropolitan Police). Wszystko tam jest prawie dokładnie takie, jak opisałem w powieściach. Jedyna większa różnica to fakt, że mój kurator jest sierżantem na służbie, podczas gdy prawdziwy kurator Czarnego Muzeum to emerytowany detektyw. Czarne Muzeum jest fascynujące ponieważ zawiera zapis londyńskich zbrodni wstecz aż do czasów Kuby Rozpruwacza. Jest to prawdopodobnie również pomieszczenie do którego najtrudniej się dostać w całym Londynie – wielu wysokich stopniem oficerów policji nigdy nie było w środku. Umieściłem je w powieściach z Maksem Wolfem, ponieważ chciałem stworzyć rodzaj wyroczni, do której Max może się zwrócić, coś takiego jak Yoda w Gwiezdnych wojnach! Człowieka i miejsce z ogromnym doświadczeniem i mądrością, do których można się udać po radę i wskazówki. Wykorzystałem więc prawdziwe Czarne Muzeum. Nie przestaje mnie zdumiewać, że nikt przede mną na to nie wpadł, Czarne Muzeum aż prosi się, żeby je umieścić na kartach powieści.

    Wspomina Pan klasyków, Christie i Chandlera. Pana powieści kryminalne także są w pewnym sensie klasyczne: głównym bohaterem jest policjant. Czy w ten sposób łatwiej jest konstruować historię (bo policjant w sposób naturalny ma do czynienia ze zbrodniami), czy trudniej (bo trzeba się troszczyć o wiarygodne przedstawienie wszystkich szczegółów pracy policyjnej)?

    Policjant jako główny bohater ma niejako wbudowany dramatyzm – zawsze jest nowa zbrodnia, nowy grzech, nowe zło, z którym trzeba walczyć. Dramat jest integralną częścią jego świata i właśnie dlatego pisarze tak często korzystają z takiego rozwiązania. Oczywiście to prawda, trzeba się zatroszczyć o detale, żeby czytelnik uwierzył w historię. Ale nie trzeba znać WSZYSTKICH szczegółów pracy policji, ani ich przedstawiać. John Le Carre powiedział kiedyś, że pisarz musi dążyć do „wiarygodności, nie autentyczności” – co znaczy, że musi skłonić czytelnika do wiary w całość historii i jest to ważniejsze niż sprawdzanie każdego najdrobniejszego detalu. Ja się staram sprawdzać moje detale, ale nie boję się też zmyślać rzeczy, jeśli tylko służy to historii. Wielu policjantów i policjantek, zarówno w czynnej służbie jak i emerytowanych, powiedziało mi, że uwielbiają powieści z Maksem Wolfem. Bardzo mnie cieszy, że te książki wydają się autentyczne ludziom, którzy spędzili cale życie w świecie policji.

    W takim razie jak pan sprawdza te wszystkie detale, żeby nadać historii pozory wiarygodności? Czy zwiedza Pan posterunki policji, czy tylko je Pan sobie wyobraża? Czy konsultuje Pan teksty z policjantami?

    Kurator Czarnego Muzeum, emerytowany detektyw Paul Bickley, pomógł mi zrozumieć pracę policji. Pokazał mi coś, co nigdy wcześniej do mnie nie docierało. Paul pomógł mi pojąć, że policjant nigdy nie wie, czy pod koniec dnia wróci do domu. Rozmowy z Paulem o jego czasach w mundurze, o tym jak służył podczas zamieszek, kiedy jeden z jego kolegów został zabity, pomogły mi zrozumieć jak to jest być gliną.

    Oczywiście oprócz tego robiłem badania źródłowe do każdej z opisywanych przeze mnie historii. Spędziłem trochę czasu w Old Bailey, naszym głównym sądzie kryminalnym, w Nowym Scotland Yardzie, głównej kwaterze policji w Londynie – po prostu przyglądając się, wchłaniając atmosferę i pijąc herbatę. Ale dalej używałem już wyobraźni – same zebrane informacje to jeszcze za mało. Staram się docierać do miejsc, których innych pisarze nie widzieli – na przykład do wspomnianego już Czarnego Muzeum. Moim zdaniem to daje mi przewagę nad innymi autorami. A to jest dobre dla książki, dobre dla opowieści.

    Pisze Pan kryminały, ale czy czyta je Pan również dla przyjemności? Czy to dla Pana zbyt wiele?

    Jak najbardziej czytam kryminały dla przyjemności! Ale czytam tez inne rzeczy W tej chwili Apple Tree Yard Louise Doughty, powieść o kobiecie po pięćdziesiątce, która nagle wdaje się w szalony, owładnięty seksualną obsesją romans. Czytam też autobiografię Wilko Johnsona, muzyka rockowego, który przetrwał raka. Kiedy skończę te książki, znowu poczytam trochę kryminałów, ale moje gusta literackie obejmują naprawdę wszystkie gatunki. Myślę, że to dobrze wpływa na moje pisanie. Chodzi przecież o to, żeby uchwycić życie, jakie się wokół nas toczy, a nie żeby napisać kolejną kryminalną zagadkę.

    Jak Pan myśli, dlaczego ludzie w ogóle czytają kryminały?

    Myślę, że kryminały mają tak wielki wpływ na naszą wyobraźnię, ponieważ w statecznym rozrachunku chodzi w nich o walkę dobra ze złem. Co prawda w moich książkach jest dużo moralnej dwuznaczności, ale mam wrażenie, że ostatecznie kryminały to prawie biblijne bitwy między silami światła i ciemności. Wiemy, że świat jest okrutny i złowrogi i chcemy ochronić tych, których kochamy przed jego ciemną stroną. Kryminały pomagają nam uwierzyć, że jesteśmy w stanie pokonać Diabła – albo przynajmniej solidnie skopać mu tyłek.

    Zabić Diabła, to byłby koniec świata. Proszę niech Pan więc wymieni jedną książkę, którą chciałby Pan ocalić, gdyby świat zmierzał ku końcowi.

    Książka, którą naprawdę kocham to Sekretna historia Donny Tartt. To opowieść o morderstwie, ale także o przyjaźni, dorastaniu i o tym, że życie przybiera kierunek, którego się nie spodziewamy. To wspaniała historia opowiedziana przez cudowną pisarkę.

    Też uwielbiam Donnę Tartt, ale Sekretna historia to gruba cegła, trudno by z nią pod pachą uciekać przed zagładą. Miejmy więc nadzieję, że końca świata nie będzie. Dziękuję za rozmowę.

    Ja również dziękuję.

  • Dobra literatura już się nie broni. Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Samych królowych polskiego kryminału naliczyłem trzy. Do tego dochodzi pierwsza dama polskiego kryminału retro, a niedawno ujawniła się pierwsza dama polskiego kryminału noir. Prawie każda tytuł zawdzięcza nie czytelnikom, ale została pasowana przez dział promocji.

    Od pewnego czasu prowadzę kursy pisarskie na temat tego, na czym się znam najlepiej, czyli tworzenia kryminałów. Oprócz omawiania sposób tworzenia bohaterów, konstrukcji fabuły, sposobów na zmylenie czytelnika z uczestnikami rozmawiamy trochę o samym rynku księgarskim. O tym, co się teraz sprzedaje i co ważniejsze, dlaczego się sprzedaje. I z zajęć na zajęcia coraz więcej czasu poświęcamy na omawianie roli promocji w sukcesie księgarskim. Podczas jednych zajęć przez kilkanaście minut opowiadałem na przykładach różnych pisarzy, o tym jak pewne nazwiska zostały wypromowane, a innym się nie udało. Starałem się zdiagnozować, dlaczego tak się stało. Kiedy skończyłem jeden z uczestników spojrzał na mnie poważnie i powiedział (a może zapytał)

    – Wszytko to fajne, ale dobra literatura sama się wybroni.

    Nawet się nie zorientowałem, bo zrobiłem to całkowicie automatycznie, kiedy z moich ust wydobyło się proste

    – Niestety, nie.

    Może najsmutniejszy w tej sytuacji był wyraz twarzy innych uczestników kursu, którzy milcząco przyznawali mi rację.

    Żyjemy w czasach, kiedy dobra literatura nie obroni się sama. Zastanawiam się zresztą, czy kiedykolwiek takie istniały. Może kiedyś, dawno, dawno temu. Chociaż i wtedy przekonująco wykreowana literacka legenda potrafiła tylko pomóc. Teraz jednak mam wrażenie z roku na roku jest coraz gorzej. Rośnie rola działań promocyjnych. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest moim zdaniem jedna i ta sama. Wyjątkowy zły stan rynku książki w Polsce. Jest do tego stopnia kiepsko, że jedyną dobrą rzeczą, którą można powiedzieć, jest to, że może być już tylko lepiej. O ten niewielki skrawek walczą dziesiątki wydawnictw i setki tytułów. Każdy próbuje się przebić i każdy prowadzi coraz ostrzejszą walkę o uwagę czytelnika. Reklamy. Stoiska w empiku. Wyrafinowane, ale i często prostackie akcje promocyjne. Aktywność na portalach społecznościowych i czytelniczych. Skupienie się na stworzeniu wizerunku autora (jego legendy, jak podpowiedział mi jeden z kursantów). Mało w tym miejsca dla samej powieści, prawda? I nic dziwnego. Sama książka jest może w tym wszystkim najmniej ważna. Bo też, jak słusznie zauważył Krzysztof Cieślik (tutaj), krytyka literacka w Polsce już prawie nie istnieje. I dlatego, że mało kto się nią zajmuje, i dlatego, że po prostu nie ma dla niej miejsca w czołowych gazetach, tygodnikach, w telewizji. Jeden z czołowych krytyków powiedział mi niedawno, że pięć lat temu tworzył eseje na temat książek. Dwa lata temu recenzje. Obecnie pisze już tylko aforyzmy. Jedynym w miarę popularnym pismem poświęconym literaturze obecnym w kioskach są „Książki. Magazyn do czytania”. Kwartalnik. Z rzeczy bardziej branżowych istnieje jeszcze kryminalny „Pocisk” i „Nowa Fantastyka”. Łącznie trzy czasopisma na trzydzieści osiem milionów obywateli (przepraszam, jeśli jakieś pominąłem, ale nawet jeśli – ogólnego obrazu sytuacji to nie zmienia). W efekcie coraz mniej miejsc, gdzie można o książkach poczytać i porozmawiać, gdzie wypowiadają się na ich temat ludzie wykształceni, oczytani, z odpowiednim warsztatem. Pozostaje jeszcze blogosfera. I chociaż są ciekawe i wiarygodne blogi o literaturze, to nie ukrywajmy – opowieści o tym, ile kosztuje pozytywna recenzja (niekoniecznie z przeczytanej książki) nie są wyssane z palca.

    Dlatego nie mam wątpliwości. Przegapiliśmy wiele dobrych książek właśnie dlatego, że nie stała za nimi maszyna promocyjna wielkiego wydawnictwa, że nie znalazł się nikt, kto wyłożyłby pieniądze na billboardy w metrze i stoiska w Empiku. Ale też mam nadzieję, że koniec końców na trwałe przebijają się, nawet przy dużym wsparciu działu reklamy, ci, którzy na to zasłużyli. A przynajmniej tak mówię moim kursantom.

    Jeszcze.

    Wojciech Chmielarz

  • „Rozczarowanie”. Tomasza Kowalskiego wizyta w księgarni.

    Ile razy przytrafiło się Wam w księgarni, że osoba, która powinna znać się na swoim fachu nie potrafi pomóc? Albo myli tytuły, albo nie zna autorów? Miałem taką sytuację, gdy chciałem kupić „Książkę twarzy” Marka Bieńczyka. Pani w Matrasie miała gigantyczny problem ze znalezieniem jej w komputerze. Powód? Wpisywała „twarzy”. Przeczytajcie felieton Tomka Kowalskiego, który przechodził podobne męki.

    Jako człowiek niezwykle naiwny, obdarzony pewną dozą wrażliwości i wiarą w ludzi, jestem narażony na częste cięgi i razy ze strony rozczarowania – tej choroby toczącej ludzi naiwnych i obdarzonych pewną dozą wrażliwości (że o wierze w ludzi nie wspomnę). Rozczarowania ludźmi i otaczającym mnie światem.

    Udałem się pewnego wiosennego dnia do księgarni, ponieważ poszukiwałem książki. Jakiej? O tym później. Wspomnę tylko, że jest to pozycja ważna i znana w kręgu światowej literatury – żadne tam, niszowe memłanie, jakiegoś tam amerykańskiego poety z Seattle. Nic z tych rzeczy. Idąc do księgarni, tej świątyni myśli uwięzionej w druku, żywiłem się nadzieją i naiwnym wyobrażeniem, iż ludzie tam pracujący, robią to nie tylko po to, by zarobić parę złotych na życie, ale głównie z powodu ich miłości do literatury. Byłem przekonany, że ktoś biegający przez osiem godzin, pomiędzy półkami uginającymi się od książek, posiada wiedzę o tym, co dzieje się i działo na rynku literackim na przestrzeni ostatnich, dajmy na to, 200 lat. I że wie, iż oprócz Biblii, ludzie stworzyli jeszcze parę innych wartościowych pozycji książkowych. Wyobrażałem sobie, że tymi osobami, są to na przykład absolwenci filologii polskiej, którzy po skończeniu studiów, postanowili resztę życia spędzić w sieciowej księgarni i że znajomość kanonów literatury obcej i tej rodzimej, nie stanowi dla nich wiedzy tajemnej. Zaraz po przekroczeniu progu świątyni, otrzymałem pierwszy cios ostrzegawczy ze strony dziewczęcia, ubranego w granatową podkoszulkę z logiem księgarni, wyszytym na piersi.

    Dzień dobry! – Dziewczę rzuciło w moją stronę, kategorycznie, ostro, wręcz karcąco. No tak. W końcu przyszedł cham, który nie wie, że jak się gdzieś wchodzi, to trzeba najpierw wytrzeć buty, a potem grzecznie powiedzieć dzień dobry, a nie od razu walić do książek, jak jakiś knur do koryta. To, że ja po prostu nawet nie zdążyłem się przywitać, nie miało znaczenia, niesmak pozostał. Pouczony i skarcony, przywitałem się jak trzeba, co nie zmienia faktu, że było mi głupio. Dobra nasza. Dziewczyna w granatowym podkoszulku podeszła do mnie i już jakoś tak sympatycznej, spytała.

    – W czym mogę pomóc?

    Tak lepiej” – pomyślałem. Następnie dodała.

    – Czego pan szuka, może wskażę?

    Takie pytanie zadać mężczyźnie! Kurcze! Przecież wiadomo, jak to jest. My mężczyźni jesteśmy obarczeni zapisanym w naszych genach, atawistycznym pierwiastkiem „myśliwego”. Mężczyzna nigdy, ale to przenigdy nie zapyta się o drogę. Mężczyzna nie zapyta się gdzie coś leży, gdzie się znajduje. Mężczyzna to wie, a jeśli nawet tego nie wie, to sam to znajdzie. Będzie szedł po tropach, po śladach i w końcu to znajdzie, bez niczyjej pomocy. Nawet jeśli miałby przez tydzień brnąć po pas w głębokich śniegach zlodowaconej, północnej Europy, ścigany przez prehistoryczne wilki i niedźwiedzie i tak w końcu dotrze do półki, na której znajduje się płyn do zmiękczania swetrów. Tak jesteśmy skonstruowani. Ja jednak jestem mężczyzną nowoczesnym, który brzydzi się pierwotnymi instynktami. Ja, w przeciwieństwie do moich kolegów, tych zarośniętych goryli, jestem otwarty na propozycję pomocy ze strony słabej niewiasty w wieku przedszkolnym. Tak więc, jako mężczyzna nowoczesny odpowiedziałem.

    – Szukam książki pod tytułem „Moskwa – Pietuszki”.

    Panienka na to odrzekła.

    – Zapraszam pana do tego tam komputerka, zaraz wspólnie poszukamy.

    Wiedziałem, że powieść, ten cudowny poemat autorstwa Wieniedikta Jerofiejewa, powstały w latach 1969-70, jest dla tej młodej istoty, niewątpliwej miłośniczki literatury, czymś tak znanym i oklepanym, że pytając się o tę książkę, narażam się z jej strony, na jakiś gest politowania i dezaprobaty dla moich braków w oczytaniu. Ale co tam. Idziemy sobie do komputerka. Dziewczę sprawnymi dłońmi zaczyna stukać po klawiaturze. I tu, właśnie tu, dopada mnie moja zmora, moja klątwa i przeznaczenie – czyli wspomniane na początku rozczarowanie. Specjalistka od sprzedaży dzieł literackich, patrzy na mnie swoimi niebieskimi oczyma i mówi.

    – „Moskwa – Pietuszki”? To pewnie z kategorii przewodniki turystyczne?

    Kurwa! Wróciłem do domu. Otworzyłem butelkę wódki i wypiłem zdrowie Wieniczki – bohatera jednego z najsłynniejszych przewodników turystycznych.

    Tomasz Kowalski, pisarz. W Wydawnictwie MG ukazała się jego książka „Mędrzec kaźni”. Wiosną w księgarniach pojawią się „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”.

  • „Dziś rzucają mi kwiaty, jutro mogą kamienie”. Nadia Sawczenko dla smakksiazki.pl

    W więziennej celi wspominała film „Skazani na Shawshank” i zaprzyjaźniła się z pająkiem. Fragmenty swojej książki przekazywała swojemu adwokatowi wkładając je między zeznania. Nie chce zostać prezydentem Ukrainy, ale jeśli będzie musiała, to zdecyduje się na start. Poznajcie Nadię Sawczenko, która w więzieniu napisała swoją autobiografię. Książka„Nadia Sawczenko. Więzień Putina” właśnie ukazała się w Polsce. Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych.

    Jak teraz smakuje wolność?

    To może zrozumieć tylko człowiek, który przeżył niewolę. Większość ludzi nie musi walczyć o wolność, bo przecież ona jest z nimi od momentu urodzenia. Dopiero będąc w niewoli, człowiek docenia to, co stracił.

    Światowe media okrzyknęły Cię bohaterką, Ty mówisz, że bohaterką nie jesteś, jaka jest więc prawda?

    Uważam, że bohater nie musi mówić o sobie, że jest bohaterem, to muszą ocenić inni ludzie. Z drugiej strony, ja nie zrobiłam nic nadzwyczajnego. Nic, czego nie robiłam dotychczas. Ja cały czas zachowywałam się w ten sam sposób. Różnica jest taka, że teraz wszyscy to zauważyli i zwracają na to uwagę.

    nadia-wiezien-putina-b-iext37642014W przedmowie do książki Twój prawnik napisał, że trudno było Cię przekonać do napisania tej książki. Co ostatecznie sprawiło, że się zdecydowałaś?

    Przeczytałam w więzieniu taką książkę, której autor postanowił się zabić. Cały czas coś mu jednak stawało na przeszkodzie. Pomyślał w końcu, że jeśli nie może się zabić, to musi to potraktować jako drugą szansę i postanowi napisać książkę. Zrozumiałam wtedy, że człowiek może pisać tylko wtedy, kiedy jest już na skraju, ale nawet wtedy gdy przechodziłam najtrudniejsze momenty, kiedy prowadziłam głodówkę, wcale nie odczuwałam, że jestem już na skraju. Nie widziałam większego sensu w pisaniu. Bo o czym mam pisać, dla kogo, kto chciałby to przeczytać? Zdecydowała nuda, bo przecież w celi jest po prostu nudno, więc postanowiłam, że no dobrze, napiszę. Okazuje się więc, że 35 lat można zmieścić nieco ponad 300 stronach, a wszystko da się napisać w tydzień. Ja nie jestem pisarzem, pisałam po prostu tak, jak myślałam. Być może kolejną książkę napiszę już na emeryturze.

    Myślisz, że gdybyś napisała tę książkę później, już będąc na wolności, to wyglądałaby zupełnie inaczej?

    Jestem przekonana, że po wyjściu na wolność ta książka by nie powstała. Nie miałabym na to czasu, bo jestem teraz bardzo zapracowana. Czy coś bym zmieniła? Myślę, że bardziej szczegółowo opisałabym pracę sądów.

     

    Siedziałaś w celi  odizolowana od wszystkiego. Jak to jest technicznie możliwe, że napisałaś książkę i przekazałaś ją w jakiś sposób swojemu adwokatowi?

    W celi mogłam mieć tylko długopis i papier. Faktycznie, nie mogłam niczego przekazywać na zewnątrz. Niczego, oprócz swoich zeznań, które mogłam na spotkaniach dawać adwokatowi. I tak właśnie robiłam, że między zeznania wkładałam fragmenty książki.

    Jesteś jedną z niewielu znanych mi kobiet, która nie boi się pająków. Nawiązuję do tego nie bez przyczyny, bo w jednym z listów zawartych w książce, piszesz, że zaprzyjaźniłaś się z małym pająkiem, którego znalazłaś w celi.

    Faktycznie, coś w tym jest, bo nawet moja siostra boi się pająków, nie wiem dlaczego (śmiech). W celi otoczona byłam tylko betonem. Nie docierało do mnie naturalne światło, nie słyszałam śpiewu ptaków, nie miałam nawet kwiatka. Gdy sprzątałam swoją celę, natrafiłam na tego pająka i pomyślałam, że przecież on ma swoją wolę, może iść gdzie chce, robić co chce, może w każdej chwili przystanąć, obserwować.

    Miałaś obawy, że przez ponad 20 lat nie będziesz takim pająkiem, czy wręcz przeciwnie, nadzieja Cię nigdy nie opuściła?

    Ja się w ogóle nad tym nie zastanawiałam, cały czas miałam silną wolę. Pytanie było inne. Czy mnie stąd wyniosą martwą czy wyjdę stąd żywa. Po prostu czekałam aż któryś z tych momentów nastanie. Gdy już przyszedł, to nadal nie do końca wierzyłam, że mnie uwolnią. Nawet gdy byliśmy już na lotnisku. Bo nie wiedziałam, czy oni mnie wywiozą na Sybir i będzie jeszcze gorzej, czy polecę na Ukrainę. Byłam przygotowana na wszystko.

     

    Masz na pewno świadomość, że Twoja historia to gotowy scenariusz filmowy. Jesteś w stanie sobie wyobrazić swoją historię na wielkim ekranie?

    Pojawią się podobne głosy, ale podchodzę do tego bardzo spokojnie. Czemu ludzie uważają, że ja zrobiłam coś wyjątkowego? Każdy może zrobić coś, co będzie pamiętane na długo. To wszystko zależy od danej osoby. Albo chce coś takiego zrobić, albo nie chce. Jeśli taki film powstanie, to będzie to nie tylko moja historia, ale historia wszystkich ludzi, którzy mi pomagali. Będąc w celi przelatywały mi przez głowę migawki różnych filmów, np. „Skazani na Shawshank”, który jest bardzo smutny, ale jednocześnie dawał mi siłę.

    Przepraszam za osobiste pytanie, oczywiście nie musisz odpowiadać. Pobyt w więzieniu ma jakiś wpływ na Twoje obecne funkcjonowanie? Masz jakieś lęki, koszmary?

    W tym momencie nie mam koszmarów, bo żeby widzieć sny, trzeba być wypoczętym. Mój harmonogram jest tak napięty, że w nocy padam, śpię dwie godziny, włączam się jak komputer i funkcjonuję. Jeśli chodzi o czas, w którym przebywałam w celi, to wtedy były sny, ale nie aż tak często. Jeśli już mi się coś śniło, to była to walka podczas wojny, albo ucieczka.

    Jak Twoja książka została przyjęta na Ukrainie?

    Kiedy książka się ukazała, ja byłam jeszcze w więzieniu, więc moja siostra zajęła się wszystkim. Jeśli chodzi o komentarze, to ludzie pytali czy mogę to przełożyć na język bardziej literacki, żeby książka przypominała Tarasa Szewczenkę. Oczywiście, tłumaczyłam, że Szewczenko żył w zupełni innych czasach, gdzie był zupełni inny sposób mówienia.

    Nie jestem dziennikarzem politycznym, więc tego typu pytań w naszej rozmowie do tej pory nie było, ale pozwolę sobie odejść od tematu Twojej książki. Część ekspertów mówi, że jeśli Nadia Sawczenko będzie chciała zostać prezydentem Ukrainy, to nim zostanie. Co Ty na to?

    Jedyne czego chcę, to chcę latać. Chcę też, żeby Ukrainą rządzili profesjonaliści i dobrzy ludzie. Oczywiście, jeśli będzie potrzeba, jeśli będę musiała, to stanę do wyborów prezydenckich, ale nie chcę tego. Dzisiaj ludzie rzucają mi kwiaty, a jutro mogą rzucać kamienie. To wszystko zależy od tego, co ja faktycznie zrobię, jestem tego świadoma.

     

    Rozmawiamy w Warszawie w trakcie szczytu NATO. Spotykasz się z politykami, o czym rozmawiacie?

    Prawda jest taka, że większość polityków gratuluje mi, że jestem w końcu na wolności i robią sobie ze mną zdjęcia, opowiadają w jaki sposób mnie bronili. To zabiera najwięcej czasu. Pytają też jakie mam plany na przyszłość i co zamierzam robić. Mówię im, żeby wzięli pod uwagę, że jestem dopiero półtora miesiąca na wolności, ciągle się muszę uczyć i nie mam precyzyjnych planów.

    W trakcie naszej rozmowy powiedziałaś, że kolejną książkę napiszesz być może na emeryturze. O czym?

    Jeżeli zrobię coś, co będzie znaczące dla całego świata, to rzeczywiście napiszę książkę. Jeśli nie uda mi się nic, to nie widzę sensu pisania kolejnej, bo nie będzie o czym.

    Czyli następna będzie miała tytuł „Jak zostałam prezydentem Ukrainy”?

    (śmiech). Nie, jeśli już do tego dojdzie, to raczej zatytułuję ją tak: „Jak nie chciałam zostać prezydentem, ale zostałam, bo mogłam”.

    Zdjęcia: Wydawnictwo Od Deski Do Deski

    Dziękuję za tłumaczenie Lyudmyle Kozlovskiej z Fundacji Otwarty Dialog.

  • „Barcelona jest stolicą hiszpańskiego kryminału”. Przygotujcie się, nadchodzi „Dar języków”.

    Dar języków” ukaże się w Polsce w przyszłym tygodniu. Kilka dni przez premierą spotkałem się z Rosą Ribas, współautorką książki. Rozmawiamy o Barcelonie, dziennikarstwie, które odgrywa w książce bardzo ważną rolę, ale też  Eduardo Mendozie czy sytuacji kobiet w czasach dyktatury Franco. Przygotujcie się na premierę jednego z najciekawszych tytułów tego lata, a kto wie, może i całego roku. Kubek herbaty w dłoń i smakujcie wywiad z Rosą Ribas.

    1944Barcelona jest równie wdzięcznym miejscem do umiejscowienia w niej fabuły kryminału jak Sztokholm czy Berlin?

    Uważam, że wszystkie miasta stanowią dobre miejsce dla umiejscowienia akcji kryminału, ponieważ każde miasto ma jakąś mroczną część. Barcelona to miejsce szczególnie atrakcyjne, ponieważ to miasto pełne kontrastów. Co więcej, to miasto portowe, a miasta portowe mają to do siebie, że życie płynie w nich w szczególny sposób. To miasto, w którym mieszkają ludzie bardzo bogaci i ludzie bardzo biedni. To miasto, w którym dużo się dzieje. I zarówno z dzielnicami bogatymi jak i biednymi związane są rozmaite mroczne historie, historie o przemilczanych zbrodniach. Z tego właśnie powodu uważam, że Barcelona mogłaby być wręcz hiszpańską stolicą powieści kryminalnej.

    Ma Pani wrażenie, że Ana Martí jest takim brzydkim kaczątkiem? Na początku nikt jej nie docenia, koledzy z niej drwią, a potem pokazuje pełnie swoich umiejętności i bezbłędnie łączy fakty w trudnym śledztwie. Później dołącza do niej Beatriz, ale to jednak Ana jest główną bohaterką książki.

    Bardzo podoba mi się porównanie z brzydkim kaczątkiem. Ana Martí jest kobietą żyjącą w latach 50. i z tego powodu musi borykać się z dominacją mężczyzn, przy czym mówimy tu o dominacji na wiele większą skalę, niż ta, z którą mamy do czynienia obecnie. Widzimy, że Ana Martí jest ambitna, inteligentna i wiele potrafi, ale żyje w epoce, w której popularny jest pogląd, że kobieta nie powinna wykorzystywać żadnej z tych cech. W momencie, kiedy Ana zaczyna pokazywać, na co ją stać, to rzuca się to jeszcze bardziej w oczy, bo do tej pory wiele osób starło się przeszkodzić jej zdobyciu jakiejkolwiek pozycji w dziennikarskim światku. Koniec końców udaje się jej dowieść swojej wartości, ale zdradzę, że poprowadziłyśmy fabułę w ten sposób, że w drugiej części, w momencie, kiedy udaje jej się rozwinąć skrzydła spotyka ją za to kara. Dopóki jej rola ogranicza się do relacjonowania towarzyskich błahostek wszystko jest w porządku, jednak w momencie, kiedy pokazuje, że jest równie dobra, a nawet lepsza od swoich współpracowników spotyka się z niechęcią. Ale bardzo podoba mi się porównanie bohaterki do brzydkiego kaczątka. Nawiąże do tego w kolejnych wywiadach.

    Nawiązała już Pani do kolejnego pytania, które chciałem zadać. Jak potoczą się dalsze losy Any i Beatriz? Planują Panie kontynuację?

    Dar języków to pierwsza, niezależna część trylogii w całości osadzonej w Hiszpanii lat 50. W kolejnych tomach z jednej strony obserwujemy jak rozwija się sytuacja społeczna w kraju rządzonym przez Franco, a z drugiej strony śledzimy losy Any, początkowo debiutującej dziennikarki, która z biegiem czasu zdobywa uznanie i pozycję. Akcja drugiej powieści rozpoczyna się w roku 1956, Ana jest doświadczoną dziennikarką, z Barcelony przeniosłyśmy ją na wieś. Ana trafia do nowego środowiska, środowiska silnie religijnego i pełnego przesądów. Tym razem Ana jest sama w górskiej wiosce, nie może liczyć ani na pomoc Beatriz, ani Isidro. W ostatniej książce, której hiszpańska premiera planowana jest na wrzesień bieżącego roku, Ana powraca do Barcelony. Mamy rok 1959. W tej części ważną rolę odegrają przybywający do miasta amerykańscy marynarze i zderzenie zamkniętego hiszpańskiego społeczeństwa czasów dyktatury Franco ze tym, co trafiło do Hiszpanii na pokładach wielkich amerykańskich statków. I mam tu na myśli zarówno idee polityczne, jak i rzeczy trywialne takie jak guma do żucia czy coca-cola.

    Są momenty w książce, które wywołają u czytelników uśmiech, np. historia Pepe Pająka oraz Carminy Orozco. Momentami ten humor przypominał mi styl pisania Eduardo Mendozy. Zgodzi się Pani?

    Jestem wielką fanką Eduardo Mendozy, który reprezentuje to, z czego śmiejemy się w Barcelonie i faktycznie ten rodzaj humoru jest w jakiś sposób zaraźliwy. Napisałam książkę, która nosi tytuł La detective miope [Krótkowzroczna detektyw] i wiele osób zwróciło mi uwagę na to, że to jest Mendoza w kobiecym wydaniu. To dla mnie ogromne wyróżnienie. Trudno mi sobie wyobrazić literaturę, niezależnie od tego jak poważne porusza ona tematy, która byłaby całkowicie pozbawiona elementów humorystycznych, choćby czarnego humoru, najbardziej adekwatnego w przypadku Hiszpanii lat 50.

    Czy zna Pani EM osobiście?

    Tak, znamy się i nawet raz, w Frankfurcie, miałam przyjemność tłumaczyć jego wystąpienie. I choć było to bardzo trudne, bo przełożenie na inny język humoru Mendozy stanowi spore wyzwanie, to było to cudowne doświadczenie.

    Czy rzeczywiście praca policjanta dochodzeniówki, „to jak praca szambiarza – prędzej czy później człowiek wyciągnie gówno”?

    Dobrze pamiętam zdanie, do którego Pan nawiązuje. Podzielam tę opinię w stu procentach. Policjanci często badając jedną sprawę, natrafiają na okropności, rzeczy o wiele gorsze, niż te, które spodziewali się znaleźć. Ale nie podzielam opinii Isidro Castro, że każdy jest potencjalnym przestępcą, że wszyscy są źli, i wszystkich należy kontrolować.

    Bardzo ważną rolę w książce odgrywa dziennikarstwo i media. Jak Pani ocenia kondycję prasy hiszpańskiej, niemieckiej, europejskiej?

    Jak chodzi o sytuację w Hiszpanii, gdzie niedawno wprowadzono nowe ustawodawstwo, określane mianem ley de la mordaza – prawo do kneblowania, to przeraża mnie i martwi mnie fakt, że pomimo tego, że napisałyśmy powieść, której akcji osadzona jest w przeszłości, to porusza ona tematy, które nie straciły wcale na aktualności. Wielu dziennikarzy w Hiszpanii twierdzi, że niewiele się zmieniło. W pewnych sytuacjach dziennikarze poddawani są nie tyle naciskom politycznym, co naciskom ze strony grup biznesowych, do których należy gazeta, w której pracują. I nie mogą w związku z tym ujawniać określonych informacji czy pisać o pewnych skandalach. W Niemczech sytuacja wygląda inaczej, bo prasa jest bardziej niezależna i ma silniejszą pozycję, ale też zdarzają się sytuację, w których próbuje się prasę cenzurować czy nie dopuszczać do publikowania określonych treści, ale istnieje większe możliwość sprzeciwiania się temu. Obecnie w Hiszpanii wzrasta znaczenie się niezależnych mediów, niemających powiązań z biznesem, które dysponują własnymi dziennikarzami i starają się publikować nieocenzurowane informacje. W moim odczuciu ta niezależność pozwala na uprawianie prawdziwego dziennikarstwa, dziennikarstwa takiego, jakie powinno ono być.

    Exif_JPEG_PICTURE
    Sabine Hofmann i Rosa Ribas

    Jak to jest pisać książkę w parze? Gdy rozmawiałem z Monsem Kallentoftem, który pisze książki również z Markusem Luttemanem, to mówił, że współpraca, wbrew obawom, przebiegała perfekcyjnie. U Was jest jednak ta różnica, że Pani jest Hiszpanką, a Sabine Hofmann, Niemką.

    Samo pisanie jest o wiele trudniejsze. Napisałyśmy trzy książki i w przypadku każdej z nich zastosowałyśmy inną metodologię. W Darze języków dzieliłyśmy się równo pracą w każdej fazie pisania, od nakreślenia zarysu fabuły i postaci, przez pisanie, korekty. Wszystko robiłyśmy obydwie. Z tego względu w powieści pojawia się wiele postaci mówiących własnym głosem, mających własny punkt widzenia. Dzięki temu mogłyśmy zadecydować, kto będzie zajmował się konkretnym rozdziałem. Ja pisałam po hiszpańsku, a Sabine po niemiecku. Potem gotowe rozdziały przesyłałyśmy sobie wzajemnie i każda z nas komentowała rozdziały przygotowane przez tę drugą, co oczywiście rodziło najwięcej konfliktów. Pisząc w ten sposób, koniec końców uzyskałyśmy cały tekst, który był częściowo po hiszpańsku, a częściowo po niemiecku, więc tak naprawdę była to książka dwujęzyczna. Następnie każda z nas przetłumaczyła fragmenty napisane przez tę drugą. Faza tłumaczenia była bardzo ciekawa, ponieważ w momencie, kiedy tłumaczy się książkę, jest się jej najbardziej krytycznym czytelnikiem, a tekst jest najmocniej filtrowany. Na tym etapie wiele rzeczy się eliminuje, wiele zmienia i wiele poprawia. Uzyskałyśmy tekst po hiszpańsku i po niemiecku. Nie można powiedzieć, że któryś z nich był oryginałem, drugi tłumaczeniem. Obydwa były oryginałami. Ostatnia faza polegała na tym, że ja wzięłam tekst hiszpański, zapomniałam o istnieniu Sabine i ponownie zajęłam się pracą nad tekstem, tak jakby wersja niemiecka nie istniała. Sabine zrobiła to samo. Wszystko po to, żeby czytelnik nie był w stanie powiedzieć, która część była napisana przez kogo. To oczywiście oznaczało ogrom pracy. Spędziłyśmy trzy i pół roku pisząc tę książkę, a po jej zakończeniu stwierdziłyśmy, że warto jednak zmienić metodę. Szukałyśmy rozwiązania najbardziej produktywnego. Skupiłyśmy się na części najbardziej abstrakcyjnej tzn. wymyślaniu fabuły. To robiłyśmy w dwójkę, samym pisaniem zajęłam się ja. Stąd Dar języków to książka na cztery ręce, natomiast druga część, El gran frío [Wielki chłód], to książka na dwie głowy. Tak jak mówiłam, ja napisałam prawie wszystko, Sabine jedynie parę rozdziałów po to, żeby być przez cały czas na bieżąco z naszą historią. Sabine była ze swojej strony przygotowała swoje uwagi do całego tekstu i odpowiednio go przeredagowała. To rozwiązanie okazało się o wiele szybsze. W przypadku ostatniej części plan nakreśliłyśmy wspólnie, ja napisałam wszystko, Sabine podobnie jak ostatnio zredagowała tekst. Pisanie w dwójkę jest doświadczeniem bardzo wzbogacającym, ale jednocześnie wymaga dużo więcej pracy niż pisanie samemu. Pisanie w dwójkę jest też procesem bardzo kreatywnym i w ten sposób rodzą się nowe pomysły. Przykładowo: ja miałam pomysł A, Sabine pomysł B, w ten sposób powstawał pomysł C, który nie zrodziłby się nigdy gdyby nie pierwsze dwa pomysły.

    Dar języków”, pod takim tytułem została w Polsce wydana książka. To wskazówka dla czytelnika…właśnie, jaka?

    Dar języków to książka, w której bohaterki to kobiety słowa. Słowa stanowią ich jedyną broń. Język i literatura to narzędzia, dzięki którym są w stanie odkryć, co się właściwie dzieje, i które są ich ratunkiem w momencie, gdy zagrożone jest ich życie. Można powiedzieć, że powieść zawiera w tle przesłanie, a tym przesłaniem jest konieczność przywrócenia znaczenia literatury i języka. Powieść opowiada o dwóch kobietach, które posiadają dar słowa, dar języków i to stanowi ich super moc. I jednocześnie dar języków to coś, co napędza tę powieść.

    Jak podoba się Pani okładka polskiego wydania?

    Bardzo mi się podoba, jest jednocześnie i tajemnicza i glamour. Ma w sobie tę mroczność Barcelony lat 50. Podoba mi się, że na pierwszym planie znajduje się kobieta, bo książka opowiada o dwóch silnych kobietach. I chociaż bohaterki żyją w latach 50., nie są anachroniczne, są niezwykłe, a kobieta na okładce sugeruje, że książka jest o kobietach niezwykłych i silnych. Chyba widać, że mi się podoba!

    Dziękuję!

    Tłumaczyła z hiszpańskiego: Anna Slotorsz

    Zdjęcia: Wydawnictwo Sonia Draga.

    Specjalne podziękowania dla Art Hotel Wrocław za udostępnienie pomieszczeń do zrealizowania wywiadu.

  • „Nie mam nic do ukrycia”, biografia Wandy Chotomskiej już jesienią.

    Na „Pięciopsiaczkach” czy „Tadku Niejadku” wychowali się dzisiejsi dorośli. Co wiedzą o Wandzie Chotomskiej?  Sama mówi, że „woli pisać dla dzieci niż dorosłych, bo z dorosłych już niczego nie będzie”.

    Z jedną z najbardziej znanych polskich pisarek rozmawia dziennikarka Radia Kraków, Barbara Gawryluk. Będzie to pierwsza, kompletna biografia Wandy Chotomskiej, która ukaże się na polskim rynku. To jest tak naprawdę opowieść Wandy o sobie samej, ja tylko zadaję pytania”, podkreśla Barbara Gawryluk. Wanda Chotomska stawiana jest w jednym rzędzie z Janem Brzechwą i Julianem Tuwimem. W kilkuset stronicowej książce nie zabraknie też zdjęć, rysunków, a także rozmów ze znajomymi pisarki. Głos zabiorą Bohdan Butenko, Grzegorz Kasdepke, Joanna Papuzińska, a także wiele innych postaci ze świata literatury.

    Biografia ukaże się jesienią nakładem Wydawnictwa Marginesy.

  • „Chcieliśmy tę książkę wydać jak najszybciej”. Tomasz Sekielski o autobiografii Nadii Sawczenko.

    Przeczytajcie zapowiadaną dziś rozmówkę z Tomaszem Sekielskim. Autobiografia Nadii Sawczenko od dziś jest do kupienia w księgarniach. Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych. W sobotę duży wywiad z autorką. Spodziewajcie się konkursu, w którym będą do wygrania książki z autografem Nadii Sawczenko. 

    Tomku, jak doszło do tego, że autobiografia Nadii Sawczenko została wydana w Polsce?

    W kwietniu byłem na Ukrainie. Robiliśmy reportaż o Ukraińcach więzionych przez Rosjan. Poznałem wtedy siostrę i matkę Nadii. Od nich dowiedziałem się, że Nadia spisała swoje wspomnienia. Postanowiliśmy wydać ją jak najszybciej w Polsce. Kiedy podjęliśmy tę decyzję, Nadia siedziała w więzieniu w Moskwie. Nawet nie było wiadomo, że miesiąc później zostanie wymieniona na dwóch rosyjskich żołnierzy.

    Jak książka została odebrana na Ukrainie?

    Ta książka, to był i jest ważny głos przypominający o dramacie ukraińskiej pilotki i jej rodziny. A jednocześnie oskarżenie pod adresem ukraińskich polityków odpowiedzialnych za katastrofalny stan armii i sytuację w kraju.

    Gdybyś miał na to jakikolwiek wpływ, co chciałbyś, żeby ludzie pomyśleli po przeczytaniu historii Sawczenko?

    Chciałbym, żeby po lekturze tej książki odczuli potrzebę większego zainteresowania się tym co dzieje się na Ukrainie, by przypomnieli sobie o zapomnianej już nieco wojnie jaka ciągle trwa na wschodzie Ukrainy. To naprawdę bardzo ważne, także ze względu na bezpieczeństwo Polski.

    Były jakieś trudne momenty, które mogły storpedować wydanie tej autobiografii?

    Na szczęście nie było takich momentów. Mieliśmy bardzo mało czasu na tłumaczenie, redakcję i korektę. Zależało nam, aby ta książka ze względu na wagę tematu ukazała się jak najszybciej.

    Jaki jest plan wizyty Nadii w Polsce?

    Nadia przylatuje do Polski w związku ze szczytem NATO. Dodatkowo jutro, o 16.30 ma spotkanie organizowane przez Fundację Otwarty Dialog.

    Jako znawca wydarzeń na Ukrainie sądzisz, że Sawczenko ma realne szanse na zostanie prezydentem tego kraju?

    Nadia poświęciła się całkowicie walce o uwolnienie Ukraińców więzionych na terenie Rosji. Nie wydaje mi się, aby zdecydowała się kandydować. Jednak w jej przypadku wszystko jest możliwe. Wiele też zależy od Julii Tymoszenko i innych polityków z którymi współpracuje.

    Sądzisz, że polscy czy światowi politycy zainteresują się tą pozycją? A może już miałeś informację, że ludzie świata polityki czekają na tę książkę.

    Myślę, że powinien przeczytać ją każdy kto interesuje się polityką międzynarodową, a w szczególności sytuacją na Ukrainie.

    Zdjęcie główne: Wydawnictwo Od deski do deski.

  • „W moich książkach ludzie nie giną od strzału w głowę. Ich śmierć jest o wiele bardziej spektakularna”. Długa rozmowa z Chrisem Carterem.

    Nigdy nie chciał być pisarzem, więc pisze kryminały. W międzyczasie był muzykiem rockowym, tancerzem, psychologiem kryminalnym. Rozmawiał z seryjnymi mordercami, co teraz wykorzystuje w swoich książkach. Przeczytajcie rozmowę z Chrisem Carterem. 

    Chris 2Chris, czy jest jeszcze w Twoim życiu coś, czego nie robiłeś?

    Generalnie, to nie robiłem wielu rzeczy, ale wiem, że moja historia jest trochę zabawna. Urodziłem się w Brazylii, potem wyjechałem do Ameryki, gdzie studiowałem psychologię kryminalistyczną, później zostałem gitarzystą i grałem w zespole rockowym w Los Angeles. Później był jeszcze taki etap, że zajmowałem się sprzedażą pizzy, przewracałem hamburgery, tańczyłem, zajmowałem się programowaniem komputerowym. To nie wszystko, bo potem wyjechałem do Londynu, gdzie pracowałem jako muzyk sesyjny, więc naprawdę zajmowałem się wieloma różnymi rzeczami, ale odkąd zostałem pisarzem, to zajmuję się już tylko tym i nie planuję nic zmieniać.

    Gdybyś mógł jednak wrócić do któregoś z poprzednich zajęć, które byś wybrał?

    Myślę, że jednak bym nie wrócił to żadnego. Kiedy się nimi zajmowałem, to były naprawdę super. Nadal bardzo ciepło myślę o muzyce, ale nie mogę tego samego powiedzieć o pracy psychologa w Stanach Zjednoczonych. Mam wrażenie, że jeśli chodzi o szalone przestępstwa, to numerem jeden jest Rosja, a numerem dwa, właśnie USA. Do tego bym na pewno nie chciał wrócić.

    Co więc urzekło Cię więc w pisarstwie, że rzuciłeś wszystko i zacząłeś tworzyć ?

    Od razu zaznaczam, że wcale nie chciałem być pisarzem jako dziecko, nigdy tego nie planowałem, nie marzyłem o tym, nie pisałem opowiadań. Po prostu tak wyszło, zostałem pisarzem. Dostaję teraz pieniądze za to, że siadam przy biurku i zatapiam się w szalonym świecie, który istnieje w mojej głowie, przelewam go na papier, a ludzie chcą to czytać.

    Przez wiele lat przesłuchiwałeś morderców w USA. Jest jakaś historia, która najbardziej utkwiła Ci w pamięci?

    Tych historii było tak dużo, że nie mogę wyróżnić jakiejś konkretnej, chociaż nie, jedną pamiętam doskonale. Prowadziłem kiedyś rozmowę z masowym mordercą. Ale najpierw muszę wyjaśnić, co dla FBI jest masowym, a co seryjnym morderstwem. Seryjny morderca to jest człowiek, który zabija trzy lub więcej osób, ale podczas osobnych incydentów. Między tymi zabójstwami mogą występować przerwy, to może być różnica dnia, tygodnia, miesiąca, a nawet kilkunastu lat. Morderca masowy natomiast, zabija trzy lub więcej osób naraz. Przykładem mogą być incydenty w szkołach amerykańskich, gdzie ktoś się wdziera z karabinem i zabija kilkanaście osób. Wracając do meritum, kiedyś przesłuchiwałem facet, który naraz zabił pięć osób. Był w barze, pił piwo, posprzeczał się z jakimś mężczyzną i wtedy podjął decyzję, że tego kogoś zabije. Nie wyszedł jednak z nim przed bar i go nie zabił, tylko poszedł za nim do jego domu. Zabił go, jego żonę, dwie córki oraz syna. Gdy go przesłuchiwałem, to powiedziałem mu, że OK, nawet rozumiem, że chciałeś się zemścić na tym facecie, ale dlaczego zabiłeś jego całą rodzinę? Wiecie co odpowiedział? Bo byli w domu. Większość z nas nie jest w stanie sobie takiej sytuacji wyobrazić. Kiedy już zostałem pisarzem, to zauważyłem ciekawą rzecz, a mianowicie, że różnica między fikcją a rzeczywistością polega na tym, że fikcja musi mieć sens, a rzeczywistość często tego sensu nie ma. Kiedy tworzę postać zabójcy, to on musi mieć naprawdę dobry powód, żeby kogoś zabić. Bo jeżeli wymyślę powód głupi, to się to nie spodoba ani wydawcy, ani redaktorowi, ani czytelnikom.

    Wspomniałeś, że Rosja to według Ciebie kraj przodujący w szalonych przestępstwach. Dlaczego tak uważasz?

    Nie wiem czy znacie historię „szachownicowego mordercy”? (chodzi o Aleksandra Piczuszkina, dop. smakksiazki.pl). Wymyślił sobie, że zabije tyle samo osób ile jest kwadratów na szachownicy, czy sześćdziesiąt cztery. Działał przy użyciu młotka, ukrywał ciała zamordowanych osób. Zanim został schwytany, to zabił już pięćdziesiąt sześć osób. Podczas przesłuchania, gdy zadano mu pytanie, dlaczego zabijał, odpowiedział, że chciał pobić rekord Andrieja Czikatiłowa, który zabił pięćdziesiąt trzy osoby. W trakcie procesu okazało się jednak, że udowodniono my tylko pięćdziesiąt jeden zabójstw, więc był nijako poniżej rekordu Czikatiłowa. On na sali sądowej po prostu oszalał, zaczął krzyczeć, że policja musi szukać kolejnych ciał, ponieważ on musi pobić ten rekord. Tak więc wygląda czasem rzeczywistość, która wydaje się bardziej szalona niż fikcja.

    Dużo ze swojej pracy psychologa kryminalnego przenosisz do swoich książek? Twoi bohaterowie giną w dość wyszukany sposób. Kobieta z zaszytymi ustami i kroczem, ksiądz bez głowy, skąd pomysły na takie morderstwa?

    Wszystkie pomysły na morderstwa biorą się z mojej szalonej głowy. Czasem ludzie mnie pytają, jak mogę stosować takie metody mordowania, więc im odpowiadam, że każdy może to wymyślić. Na tym polega teraz mój zawód i spędzam całe dnie, żeby znaleźć sposób zamordowania bohaterów. W książce „Nocny prześladowca”, morderca zaszywa materiały wybuchowe w ciałach kobiet. Jak to wymyśliłem? Byłem na plaży z moją byłą dziewczyną i mówię jej, że mam właśnie świetny pomysł. Wszystko więc rodzi się w głowie, ale z pracy psychologa powiem jedno, że zło, jakie potrafią czynić ludzie jest naprawdę wstrząsające, bo zdarzają się sytuacje, że dziecko jest wkładane do mikrofalówki i morderca tę mikrofalówkę włącza. Okazuje się więc, że rzeczywistość jest bardziej szalona niż fikcja.

    Są takie morderstwa, które powstały w Twojej głowie, ale nie przeniosłeś ich do książki, bo stwierdziłeś, że to by było już za dużo?

    Jest wręcz przeciwnie. Jak się jest autorem kryminałów i wpada do głowy jakiś nowy pomysł, to zazwyczaj reaguję z entuzjazmem, a nie ze strachem. Myślę często: o, to jest super, to mogę wykorzystać w kolejnej książce. Czasem jednak się zdarza, że piszę jakąś scenę i muszę zrobić przerwę. Idę wtedy na spacer, żeby się na chwilę od tego oderwać. Nie chodzi jednak o to, że scena mnie przerażała, ale o to, że piszę o rzeczach, które są dla mnie emocjonalnie bliskie. Pamiętam, że kiedy opisywałem scenę samobójstwa i to było dla mnie niebywale trudno, bo niektórzy moi przyjaciele popełnili samobójstwo.

    W jakich sytuacjach jeszcze wpadają Ci do głowy pomysły jak zamordować postacie z książek? Może siedzisz na fotelu dentystycznym i nagle dostajesz olśnienia?

    Ja o tym myślę przez cały czas, więc nie ma to znaczenia czy jestem w restauracji, w klubie, na basenie, na siłowni. Mówię często znajomym: o, mam super pomysł. Oni często nawet nie chcą tego już słuchać.

    Jak tworzyłaś postać Roberta Huntera? Wzorowałeś się na innych bohaterach kryminałów, Kurcie Wallanderze, Fabianie Risku, Malin Fors?

    Huntera stworzyłem tak naprawdę z niczego. W moich książkach występuje Hunter i Garcia, i oni mają moje cechy. Garcia ma długie włosy i urodził się w Brazylii, czyli zupełnie tak jak ja. Natomiast Hunter ma inne moje cechy: cierpi na bezsenność, pracował jako psycholog zajmujący się sprawami kryminalnymi, bardzo lubi whisky. Dałem im moje cechy dlatego, że najłatwiej jest mi pisać o rzeczach, które znam. Gdy piszę więc o bezsenności, to jest to dla mnie prosty temat, bo z bezsennością walczę na co dzień i wiem o czym mówię. Hunter jest więc moim pomysłem, i muszę zdradzić, że w mojej pierwszej książce go uśmierciłem. Gdy zobaczył to mój agent, powiedział, że nie ma mowy, Hunter musi żyć, bo będzie bohaterem serii książek.

    To prawda, że Twoją ulubioną autorką jest Tess Gerritsen?

    Czytałem jej książki jeszcze zanim pomyślałem, że zostanę pisarzem. Teraz wydaje mi się to dosyć zabawne, że spotkałem ją na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. To jest podobna sytuacja do tej, że gdy jesteś muzykiem i widzisz na scenie Marylina Mansona, a potem się okazuje, że występujecie w tym samym programie telewizyjnym. Podobną sytuację miałem podczas panelu literackiego w Dubaju, gdzie rozmawiałem z Ianem Rankinem, który książki pisze od dwudziestu lat, więc to jest dość zdumiewające, do jakich sytuacji prowadzi nas czasami życie.

    Twoje życie to jednak nie tylko wymyślanie morderstw. Angażujesz się też charytatywnie i na jednej z aukcji można było wylicytować zostanie jednym z bohaterów Twojej książki.

    To wszystko zaczęło się od mojego wydawnictwa, które wymyśliło konkurs i poprosiło czytelników, żeby przesyłali szalone pomysły na morderstwo. Później zwróciła się do mnie organizacja charytatywna, która działa dla dzieci z chorobami nowotworowymi. Oni wymyślili aukcję, której zwycięzca stanie się bohaterem książki. Jeśli ktoś wygrywa moją aukcję, to zostaje ofiarą. I okazuje się, że tym ludziom nie jest wszystko jedno jak zginą, nie chcą zginąć od strzału w głowę, tylko chcą zginąć jakąś potworną śmiercią.

    Jaką im więc zgotowałeś śmierć?

    Próbuję sobie to przypomnieć. Dziewczyna, która wygrała aukcję, została ukąszona przez osy. Nie takie normalne osy, ale takie gigantyczne, które zabijają nawet tarantule. Ta dziewczyna została zamknięta w pudle z tymi osami, one się jej dostawały do nosa, do mózgu. Wyobraźcie sobie, że zwyciężczyni aukcji była tym absolutnie zachwycona.

    Tatuaże są w jakiś sposób związane z Twoimi książkami, czy jest to pozostałość po byciu muzykiem rockowym?

    Tatuaże to jest taka zabawna rzecz, bo każdy ma do nich inne nastawienie. Na prawym ramieniu mam postać z „Krucyfiksu”, jeśli czytaliście książkę, to wiadomo do czego nawiązuje. Mam też wytatuowane serce, które pojawiło dlatego, bo byłem nieszczęśliwie zakochany. Bardzo lubię też czaszki, kwiatki.

     

    Zdjęcia: Wydawnictwo Sonia Draga

  • „Niepokorni” ukażą się już jesienią. Co w środku? Co z serialem na podstawie książek? Vincent Severski odpowiada.

    13479293_1300444289984660_413166602_nNajnowsza książka Vincenta Severskiego ujrzy światło dzienne jesienią. Autor ma już jednak w głowie kolejny cykl, który zacznie pisać być może jeszcze w tym roku. Rozmawiamy o pisaniu, serialu, który ma powstać na podstawie jego książek, a także o Henningu Mankellu.

    Czytelnicy czekają na Twoją kolejną książkę, na jakim jesteś etapie i co w ogóle możesz zdradzić w kwestii tytułu, fabuły, objętości?

    Tytuł już jest zaklepany, „Niepokorni”. Część osób mówi, że to będzie czwarta część trylogii, ale to będzie suplement, czyli zamknięcie wszystkich wątków. Jeśli zaś chodzi o objętość, to nie będą to gabaryty poprzednich części, bo będzie miało około 400 stron. Mniej więcej wiem jakie będzie zakończenie, ale może bohaterowie nawet i mnie zaskoczą. Myślę, że jest dużo zwrotów akcji, dużo niespodzianek, mam nadzieję, że fani będą zadowoleni.

    Tą książką temat zamykasz całkowicie, czy w Twoich przyszłych książkach bohaterowie mogą się pojawić?

    Bardzo się przyzwyczaiłem do postaci z moich książek, polubiłem je. Nieskromnie powiem, że wiele postaci ma swoich fanów, więc tak by smutno było, jakby nagle zniknęły. Nikogo nie uśmiercam, chociaż trupy będą, bo przecież nic tak nie ożywia powieści jak trupy. Natomiast w nowym cyklu, który już mam w głowie, niektóre postacie będą się pojawiać w trzecim planie, jako taki ukłon w stronę tych bohaterów, ich pierwowzorów, ale przede wszystkim, do czytelników.

    Poruszę teraz temat tabu i poproszę Cię, żebyś pierwszy raz publicznie powiedział coś na temat serialu, który ma powstać na podstawie Twoich książek.

    Prace nad serialem trwają, tyle mogę powiedzieć. Prace scenariuszowe i organizacyjne są już zaawansowane, niestety, nie mogę powiedzieć dużo więcej na tym etapie, bo to jest tajemnica handlowa.

    Możemy powiedzieć, że serial na pewno powstanie?

    Na pewno rozpoczęły się prace, zostały zainwestowane pieniądze, więc duże szanse są, że ten serial będzie. Firma, która się wzięła za produkcję, jest firmą o światowej renomie, więc mam nadzieję, że wszystko się dobrze zakończy.

    Reszta jest owiana tajemnicą?

    Na razie tak. Niestety, warunki umowy mnie zobowiązują do powściągliwości.

    Odchodząc od tematu serialu, masz wrażenie, że obecna sytuacja polityczna na świecie wpływa na sprzedaż Twoich książek?

    „Nielegalni” ukazali się w 2011 roku, a w dalszym ciągu się dobrze sprzedają, a przecież wtedy sytuacja na świecie była zupełnie inna. Jak jest dobra powieść, nie chcę, żeby to zabrzmiało nieskromnie, to ona zawsze się będzie dobrze sprzedawać. Bo jeśli autor to wszystko dobrze nakreśli, uogólni pewne zjawiska, to one zawsze będą aktualne. Mówi się, że jak autor pisze pierwszą książkę, to wiadomo, że pisze z serca, że się rozlicza ze swoim życiem, z wrogami, z przyjaciółmi, komuś chce przywalić kogoś pochwalić. Ale to jest błąd, bo taka książka szybko traci aktualność i wypada z obiegu. Nie wolno się rozliczać, ale trzeba dotykać problemów, które są ważne, bo tego czytelnik oczekuje. James Bond przecież zawsze walczy ze światowym złem, to jest temat zawsze aktualny, bo zawsze jest jakieś zło.

    Czyli tak jak u Henninga Mankella? Jego książki wciąż są na czasie.

    Właśnie tak. Jego książki się nie starzeją, bo każda powieść oprócz trupa, zawiera jakiś ważny temat, który ilustruje popełnioną zbrodnię. Tam przeczytamy o emigrantach, o przemocy wobec kobiet, itd. Mankell sam był aktywistą lewicowym, a teraz by trzeba powiedzieć lewackim. To w jego książkach nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, dodaje im wartości. To był wspaniały człowiek, który pisał też książki dla dzieci. Trzeba więc mieć w sobie pewne pokłady wrażliwości, żeby książkę dla dzieci napisać.

    Jak piszesz to czytasz, czy masz czytelniczy celibat?

    Prozy nie czytam, zajmuję się tylko tym, co jest mi potrzebne do książki. Jak się czyta powieść, to trzeba podążać za bohaterem, wczuć się w to. Próbowałem czytać, ale po dwóch stronach niczego nie pamiętałem, bo myślałem o swojej książce. Poza tym, wydawcy sugerują, żeby w międzyczasie nie czytać. Natomiast jak nie piszę, to czytam bardzo dużo, wtedy się łapie język, podpatruje się innych. Jak skończyłem czytać „Millennium”, to usiadłem do pisania swoich książek, miałem to świeżo w głowie.

    zdjęcie główne: archiwum V.Severskiego

    zdjęcie w tekście: Wydawnictwo Czarna Owca