Tag: smakksiazki.pl

  • „Serial na podstawie moich książek? Zostały już zainwestowane pieniądze”. Tylko u mnie szczegóły!

    Mówiło się o tym od dawna, a raczej spekulowało. Autor nigdy nie poruszał tego tematu publicznie. W rozmowie ze smakksiazki.pl robi to po raz pierwszy. Wiadomo, że sprawa serialu na podstawie książek Vincenta Severskiego przybiera coraz bardziej realne kształty.

     

    severskiSam autor nie mówi nic wprost, ale poczytajcie między wierszami.

    „Prace nad serialem trwają, są już zaawansowane prace scenariuszowe i organizacyjne. Niestety, na tym etapie nie mogę powiedzieć dużo więcej, bo jest to tajemnica handlowa”.

    – Ale możemy już powiedzieć na pewno, że serial będzie realizowany?

    „Rozpoczęły się prace, zostały zainwestowane pieniądze, czyli mówiąc innymi słowy, duże szanse są, że ten serial będzie”.

    Cała rozmowa z Vincentem Severskim i już jutro u mnie.

    Jeśli macie czas i ochotę, obejrzyjcie naszą rozmówkę z końca 2014 roku, kiedy byliśmy piękni i młodzi. Niech Was nie zmyli data publikacji, rozmowa została przeprowadzona jakieś 5 miesięcy wcześniej.

    Zdjęcie główne: smakksiazki.pl

    Zdjęcie w tekście: Wydawnictwo Czarna Owca

     

     

     

  • „Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii”. Jaume Cabre w rozmowie ze smakksiazki.pl

     

    Kataloński pisarz opowiada o tym, co dla niego ważne, czyli o swojej małej ojczyźnie, muzyce i literaturze. Mówi, że wena do niego nie zagląda, a także wyjaśnia, co znajduje się na okładce polskiego wydania „Cienia eunucha”. Przeczytajcie wywiad z Jaume Cabre, a potem sięgnijcie po jego książki. Wszystkie. Warto. 

     

    Pochodzę z Górnego Śląska, gdzie część środowisk, podobnie jak w Katalonii dąży nie tyle do niepodległości, co do autonomii. Widzi Pan więcej punktów stycznych?

    Katalonia nie jest wyjątkiem. Wiele narodów wybiło się na niepodległość. Parę przykładów, tylko z Europy, z XX wieku: Norwegia, Estonia, Łotwa, Litwa, Chorwacja, Słowenia, Czarnogóra, Kosowo, Macedonia, Czechy, Słowacja itd… A co dopiero, gdybyśmy wzięli pod uwagę resztę świata! Wszystkie narody mają prawo decydować o swoim losie. Stany Zjednoczone nie istniałyby, gdyby nie wypowiedziały posłuszeństwa Koronie Brytyjskiej. Wszystkie kraje latynoskie decydują o sobie dlatego, że postanowiły uniezależnić się od Hiszpanii…

    Bardzo utożsamia się Pan Katalonią, regionem, kulturą, językiem. Widzi Pan jakąś realnie dającą się przewidzieć datę, kiedy Katalonia wyniesie się na niepodległość? 

    Kiedy? Nie mam pojęcia. Oby jak najszybciej. Wiele osób nad tym pracuje. Nie da się przewidzieć konkretnej daty.

    W jednym z wywiadów powiedział Pan, że „czytelnik jest inteligentny, czytelnik jest ciekawy, czytelnik szuka zaczepki”. Przy każdej kolejnej książce coraz trudniej czytelnika „zaczepić”?

    Coraz trudniej. Ale się nie poddaję…

    Zrzut ekranu 2016-06-15 o 10.04.51

    W Pana książkach bardzo dużą rolę, żeby nie powiedzieć wiodącą rolę odgrywa muzyka. Czego Jaume Cabré słucha na co dzień?

    Słucham bardzo dużo i bardzo różnej muzyki. Teraz na przykład, zastanawiając się nad Pańskimi pytaniami, słuchałem sonaty na skrzypce i fortepian Brahmsa (pierwszej), w wykonaniu skrzypaczki Kai Danczowskiej i pianistki Mai Nosowskiej. Coś niesamowitego. Znakomite solistki!

    W swoich książkach porusza Pan trudne tematy. Korupcja sądowa („Jaśnie Pan”), niezdolność do wybaczania („Głosy Pamano”). Trudno znaleźć tematy do swoich książek, czy tylko się Pan rozgląda i wyłapuje to, co akurat mu pasuje do koncepcji?

    I jedno, i drugie: obserwuję rzeczywistość i wsłuchuję się w siebie, czy poczuję wewnętrzny przymus, czy dany temat osobiście mnie porusza. A przede wszystkim muszę znaleźć postać, która mi pozwoli rozwinąć opowieść. Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii czy ich skrawków, a na dodatek z własnej i nieprzymuszonej woli przyprowadzają mi w prezencie swoich znajomych, i znów każdy z nich ma w zanadrzu swoją opowieść… To ciężka praca. Natomiast całkowicie obce jest mi coś takiego jak natchnienie, inspiracja… Nie znam tej damy; ona do mnie nie zagląda.

    W Polsce właśnie ukazał się „Cienia Eunucha”, w którym przedstawia Pan człowieka, który ma problemy z kobietami, z napisaniem książki, z działalnością w opozycji, z pogodzeniem się z historią. Czytelnik powinien Miquelowi Gensanie współczuć?

    Nie sądzę. Wystarczy okazać mu nieco empatii, spróbować go zrozumieć. Na to liczę. Wielu z nas, nie wyłączając moich czytelników, przeszło w życiu niejedną traumę, czy to z powodów politycznych, społecznych czy osobistych, ale przecież nie użalamy się nad sobą: jest jeszcze tyle do zrobienia, że szkoda czasu na rozpamiętywanie trudnych chwil.

    Historia domu, w którym obecnie znajduje się restauracja, do której zaproszony jest Miguel, to wytwór Pana wyobraźni, czy takie przekształcenie rzeczywiście miało miejsce?

    Zainspirowała mnie opowieść kogoś, kto sam przeżył podobne doświadczenie – dom rodzinny zamieniony w restaurację. Opisany w powieści dom położony jest w odległości pięciu minut spacerkiem od mojego obecnego mieszkania. Zresztą czytelnik może go sobie dokładnie obejrzeć, bo wydawcy umieścili reprodukcję zdjęcia na okładce. Tylko że ten prawdziwy nazywa się dom Torrella, a nie Gensana… Ale to tylko punkt wyjścia powieści. Cała reszta opisanych w niej wydarzeń jest zmyślona i tylko inkrustowana moim własnym doświadczeniem oraz przeżyciami przyjaciół i znajomych.

    Przez część krytyków, to właśnie „Cień eunucha” jest uznawana za Pana najlepszą książkę. Zgada się Pan z tym?

    Ja sam nie mogę dzielić swoich powieści na „lepsze” i „gorsze”. Każda z nich kosztowała mnie wiele trudu i każda ma prawo wieść żywot spokojny, nie stresując się tym, że oto autor umieścił ją w jakimś rankingu. Oczywiście wiem, że jedni czytelnicy wolą tę powieść, a inni zakochują się w tamtej… I dobrze. Nic mi do czytelniczych preferencji. Nie mam prawa się wtrącać.

    Jak we wszystkich książkach, tutaj też nie brakuje historii. Kiwa Pan niejako palcem wobec młodszych pokoleń, mówiąc: pamiętajcie, co stało się za dyktatury Franco? Trzeba o tym przypominać?

    To bardzo ważne, żebyśmy nie tracili pamięci o przeszłości. Nie tylko ważne; to kwestia zasadnicza. Jako jednostki i jako społeczeństwo musimy znać naszą historię i umieć wyciągać z niej wnioski. I przede wszystkim unikać banalizacji wszystkich tych tragicznych wydarzeń, skutków wojny, dyktatury i konfliktów. Wojna i powojenne represje pozostawiają blizny; zmuszają do refleksji całe społeczeństwo i każdego człowieka – w jakich okolicznościach powstały te rany, na czym polegają i dlaczego nie wolno o nich zapomnieć.

    W innym z wywiadów powiedział Pan, że w Polsce czuje się jak w domu. Co się Panu najbardziej w Polsce podoba? 

    Długo by wymieniać: zaczynając od ludzi, bardzo gościnnych, przynajmniej tych, których poznałem, zainteresowanych kulturą. Podoba mi się krajobraz. Kiedy się jedzie pociągiem, można docenić, jaka Polska jest piękna. Mówię na podstawie fragmentarycznych obserwacji, a to tylko kropla w morzut! Byłem zaledwie na południu, w Krakowie i okolicach, w Warszawie i nad Bałtykiem – w Gdyni, Gdańsku i w Sopocie. Niewiele, prawda? Myślę o waszej historii, o trudnych przejściach, kiedy Polska praktycznie przestała istnieć, o machinacjach potężnych sąsiadów… Ale przetrwaliście. A w tych dziedzinach, które są mi najbliższe, takich jak sztuka, muzyka czy literatura, naprawdę macie się czym pochwalić. Tu ludzie się znają na kulturze w ogóle, a na literaturze w szczególności.

    Muszę też przyznać, że między innymi dlatego tak dobrze się czuję w Polsce, że spotkało mnie tu życzliwe przyjęcie przez czytelników, ich zainteresowanie i szacunek. Jestem im za to bardzo wdzięczny.

    Co w wolnych chwilach (o ile takie są) czyta Jaume Cabré? 

    Z wiekiem każda czynność zajmuje mi coraz więcej czasu. Jednak mimo to nie przestaję czytać. Najczęściej wracam do swoich ulubionych wierszy. Czytam też najrozmaitsze powieści. I eseje, jeśli zaintryguje mnie temat. Słucham muzyki, co też jest rodzajem lektury… Tyle że brak mi cierpliwości. Kiedy byłem młodszy, nie odkładałem książki, nawet jeśli wydawała się nudna… Teraz jest inaczej; jestem niecierpliwy, czuję upływ czasu!

    Czytając czyjąś książkę, pomyślał Pan chociaż raz: „o, szkoda, że nie ja to wymyśliłem”?

    O tak, nie raz i nie dwa. Ale z natury nie jestem zawistnikiem (a przynajmniej się staram), więc natychmiast odwracam sytuację i myślę sobie „świetny pomysł, wspaniale, że ktoś na to wpadł!”. A przede wszystkim czuję się szczęśliwy, kiedy trafi mi się książka, od której nie mogę się oderwać i żałuję, że kiedyś musi się skończyć.

    Tłumaczyła Anna Sawicka

  • „Literacki Nobel? Każdy pisarz ma w sobie dawkę próżności”. Lars Saabye Christensen dla smakksiazki.pl

     

    Zrzut ekranu 2016-05-24 o 16.50.23

    Chwilę po wywiadzie podszedł do mnie nastolatek i zapytał: przepraszam, czy to jest John Malkovich? Przedstawiam więc Malkovicha światowej literatury. Rozmawiamy o „Beatlesach”, muzyce, piłce nożnej i literackim Noblu. 

    Beatlesi zafascynowali Pana równie mocno jak bohaterów Pana książki?

    Oczywiście, nie napisałbym tej książki, gdyby sam nie był pełnym zachwytu, lojalnym fanem. Cała ich muzyka i mój zachwyt nad tym co reprezentowali to podstawa.

    Bohaterowie Pana powieści w dzisiejszych czasach Internetu, telefonów komórkowych, mogliby mieć równie ciekawe dzieciństwo?

    Ich dzieciństwo było zupełnie inne. Między innymi dlatego, że dostępność do przeżyć, do muzyki, była zupełnie inna. Właśnie z tego powodu rodziły się tam mocne związku z muzyką, która wtedy była dostępna. Wydaje mi się, że to były lepsze czasy, ponieważ człowiek miał więcej czasu dla siebie. Więcej czasu żeby marzyć i myśleć.

    Skoro już przy muzyce jesteśmy, czego słucha Lars Saabye Christensen? Czy uwielbienie do Beatlesów przetrwało próbę czasu?

    Muzyka ciągle jest dla mnie bardzo ważna. Jako pisarz wciąż współpracuję z muzykami. Uważam zresztą, że samo pisanie jest bardzo bliskie tworzeniu muzyki. Wciąż słucham Beatlesów, bo ich muzyka jest bardzo związana z moim życiem, ale słucham też jazzu, muzyki klasycznej, starego bluesa.

    Zgadza się Pan z częścią krytyków literackich, którzy uznają „Beatlesów” za Pana najlepszą powieść?

    Trudno na to odpowiedzieć pisarzowi, który skończył już 60 lat i mówić o książce, którą zaczął pisać, kiedy miał lat 25. W tej chwili patrzę na wszystko z zupełnie innej perspektywy. Faktem jest, że ta książka położyła fundamenty pod moje dalsze pisarstwo, określiła krajobraz literacki, w którym działam, bohaterów i język. Jest więc może tak jak z Beatlesami, Paul McCartney i John Lennon napisali swoje najlepsze teksty kiedy mieli 23 lata, więc być może ja napisałem swoją najlepszą książkę kiedy miałem lat 25.

    Christensen_Beatlesi_m

    Jak Pan reaguje na informacje, że znajduje się Pan w grupie pisarzy, których wymienia się w kontekście literackiego Nobla? Gdy rozmawiałem dwa lata temu z Amosem Ozem, powiedział wtedy, że nie umrze nieszczęśliwy, gdy tej nagrody nie dostanie. Jak jest z Panem?

    Ja się mogę tylko pod tym podpisać, z ręką na sercu mówię, że naprawdę o tym nie myślę. Ja jako pisarz myślę tylko o literaturze i pisaniu, nie myślę o nagrodach. Chociaż z drugiej strony, pisarze spędzają tyle czasu w samotności podczas pracy, to muszą mieć pewną dawkę próżności w sobie. Kiedy więc słyszę takie głosy, to jest mi bardzo przyjemnie.

    Na sam koniec chciałbym poruszyć temat nie związany z literaturą. Za moment rozpocznie się EURO 2016, komu będzie Pan kibicował?

    Będę śledził ten turniej, ale Norwegia niestety się nie zakwalifikowała. Muszę kibicować któremuś z zespołów skandynawskich, będę więc trzymał kciuki za Islandię.

    Może też za Polskę?

    Oczywiście, ale najpierw muszę zainteresować się sąsiadami. Islandia i Norwegia mają bliskie związki, również literackie, ale za Polaków również będę trzymał kciuki.

  • „Dzięki Stiegowi Larssonowi wydawcy zwrócili uwagę na szwedzkich pisarzy”.

    Przyjechał do Warszawy jako gość Międzynarodowego Festiwalu Literatury „Apostrof”. Rozmawialiśmy o szwedzkich kryminałach, alkoholizmie Malin Fors, a także o…Wisławie Szymborskiej. Przeczytajcie. 

    Mons, urodziłeś się w okolicach Linköping. Sądzisz, że Twoje książki mogą być swego rodzaju przewodnikiem po tym mieście? Teraz modne są podróże śladami bohaterów książek.

    Być może to nie jest taki typowy przewodnik turystyczny, ale gdyby się ktoś chciał dowiedzieć jak wygląda życie w takim średniej wielkości szwedzkim mieście, to są to rzeczywiście odpowiednie książki żeby się tego dowiedzieć.

    Dla mnie Malin Fors to taki Kurt Wallander w spódnicy, ci bohaterowie mają dużo cech wspólnych. Możemy spodziewać się ekranizacji przygód Malin?

    Tak się składa, że właśnie sam pracuję nad ekranizacją, nad serialem. Specjalnie założyłem studio telewizyjne, ponieważ przez lata zarzekałem się, że nikomu nie sprzedam praw do sfilmowania moich książek. Po prostu bałem się, że ktoś zrobi coś strasznego, Stwierdziłem więc, że dość tego narzekania, więc muszę to zrobić samemu. No i teraz jeśli wyjdzie jakiś denny projekt, to wiadomo kogo będzie trzeba za to winić. Tylko mnie.

    Chciałbym wrócić jeszcze do Malin. Ona jest całkowicie fikcyjna, czy konstruując tę postać wzorowałeś się na kimś konkretnym?

    Jest całkowicie wymyślona. Oczywiście, po tylu książkach nabrała własnego życia, ale nie jest oparta na żadnej prawdziwej postaci. Może poza tym, że jest po prostu oparta na wszystkich ludziach.

    Planujesz wyswobodzić główna bohaterkę Twoich książek z alkoholizmu?

    Ludzie uzależnieni nigdy nie wychodzą ze swoich nałogów, mogą najwyżej nauczyć z nimi żyć. Tak samo jest z Malin, całe życie zmaga się z nim i tak będzie do końca jej dni.

    Zupełnie z innej beczki. Współpracujesz z Markusem Luttemanem, w Polsce ukazała się wasza wspólna książka, czyli „Na imię mi Zack”. Będziecie kontynuować tę historię?

    Tak, zdecydowanie. W Szwecji właśnie wyszła druga część, piszemy trzecią i planujemy dalszą współpracę. Staramy się, żeby wychodziła jedna rocznie, ale byłoby jeszcze lepiej gdyby wychodziły dwie, bo książka ma na tyle skomplikowaną fabułę, że byłoby łatwiej dla czytelników gdyby wychodziły częściej.

    Kolejne tytuły również będą ukazywały się w Polsce?

    Tak. Rebis, mój polski wydawca, ma prawa do kontynuacji i wiem, że kolejne części będą wydawane.

    Dużo mówi się o fenomenie szwedzkich kryminałów. Można to w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć, że książki z tej części świata są tak chętnie czytane?

    Sukces rodzi sukces. Mieliśmy kilku wspaniałych pisarzy, na przykład Henninga Mankella, którzy przygotowali grunt pod Stiega Larssona, który po prostu wybuchł. Stieg sprawił, że wielkie wydawnictwa zainteresowały się szwedzkimi autorami. Gdyby nie on, to na pewno nie miałbym tak wielkich wydawców na całym świecie. To są bardzo duże wydawnictwa, więc kiedy Simon & Schuster robi ogólnokrajową akcję promocyjną, to jest to coś zupełnie innego niż gdyby małe wydawnictwo po cichu wydrukowało 200 egzemplarzy.

    Śledzisz nowości kryminalne ukazujące się w Szwecji? Mnie ostatnio zafascynował debiut Stefana Ahnhema.

    O tak, to bardzo dobra książka. Zresztą Stefan to mój przyjaciel.

    Będę się z nim widział w przyszłym tygodniu w Sztokholmie. Lecę do niego na wywiad.

    Naprawdę? To pozdrów go ode mnie i powiedz, że bardzo lubię go czytać.

    Na koniec chciałbym zapytać o Wisławę Szymborską, bo to ciekawe, że szwedzki pisarz kryminałów zaczytuje się w poezji polskiej noblistki. Co Cię w niej urzekło?

    Bardzo mi się podoba, że potrafi tak wiele treści zawrzeć w kilku słowach, jak wiele emocji oddaje w kilku prostych wyrażeniach, ta ekonomia stylu bardzo mi odpowiada. Poznałem jej dzieła poprzez szwedzkiego tłumacza Szymborskiej, który był przyjacielem pewnej szwedzkiej poetki, która już niestety nie żyje. Ona z kolei znała moją żonę i podarowała nam tomik poezji, który zrobił na mnie wielkie wrażenie.

     

     

     

  • „Alkohol i anonimowość tworzą twórczą kombinację”. Peter Swanson opowiada o swojej książce „Czasem warto zabić”, o współpracy z Agnieszka Holland, a także…przeczytajcie zresztą sami.

    ndripdeg940g8occ0c80co8okk0k84o

    Jakie tajemnice można zdradzić kobiecie poznanej w lotniskowym barze? Okazuje się, że te najgłębiej skrywane. Jeśli do tego dodać alkohol i wielogodzinny lot samolotem, to może z tego powstać plan zabójstwa niewiernej żony. Czy to tylko słowa? A może słowa przerodzą się w czyny? Przeczytajcie „Czasem warto zabić”, ale zanim to zrobicie, serwuję Wam wywiad z autorem. 

    Agnieszka Holland, polska reżyserka nominowana do Oscara, twórczyni tak znakomitych filmów jak „Całkowite zaćmienie”, „Europa, Europa” czy „W ciemności” zainteresowała się Pana książką i planuje jej przeniesienie na ekran. Czy jest Pan zadowolony z pomysłu ekranizacji? Czy planuje Pan współpracę przy scenariuszu?

    Jestem zachwycony, że Agnieszka Holland podpisała umowę na reżyserię „Czasem warto zabić”. Scenariusz już powstał (bez mojego udziału) i jest świetny! Trzymam kciuki za realizację tych planów.

    Agnieszka Holland uważa, że postać Lily to wspaniała rola dla utalentowanej aktorki – czy pokusiłby się Pan o wskazanie jakiegoś pomysłu na obsadę? Może ma Pan już kogoś na uwadze?

    Mam wiele pomysłów na rolę Lily. Czołówkę zajmują Alicia Vikander, Rooney Mara, Amanda Seyfried, Jessica Chastain.

    Agnieszkę Holland najbardziej zaintrygowała w Pana książce postać głównej bohaterki. „To ofiara? Psychopatka? Mścicielka?” Kim jest Lily?

    Zgadzam się z Agnieszką. Lily jest zarówno główną bohaterką książki, jak i największą jej tajemnicą. Spośród wszystkich postaci, które kiedykolwiek stworzyłem, najbardziej lubię Lily. To zabójczyni, ale nie jest żądną krwi morderczynią. Wiedzie spokojne życie i jest dość pragmatyczna.

    Ale jedyną rzeczą, którą na pewno można powiedzieć o Lily, to to, że jest bezlitosna. Nie jest ona typową kobiecą postacią, nie waha się przed zemstą za to, czego doświadczyła w życiu. Dlaczego taka właśnie jest?

    To, co czyni ją wyjątkową, to jej praktyczne podejście do życia. Nie jest okrutna i nie czuje potrzeby zabijania. Po prostu śmierć nie robi na niej wrażenia. Pozbycie się człowieka to dla niej jak zabicie natrętnej muchy. Jeśli musi to zrobić, zwyczajnie to robi.

    czasem-warto-zabic-b-iext33900189Życie Teda zmienia się całkowicie na skutek niespodziewanego spotkania na lotnisku. Czy to spotkanie to kwestia przeznaczenia czy przypadku?

    Chyba i jedno, i drugie, o czym czytelnik ma szansę przekonać się podczas lektury. Choć ja wolę myśleć, że to czysty przypadek. Swoją drogą ta myśl mnie nurtuje. Jak bardzo może zmienić się czyjeś życie w zależności od tego, który bar na lotnisku wybierzemy. Znacznie częściej stajemy się ofiarami przypadku niż przeznaczenia.

    Rozmowa z nieznajomym może być świetnym źródłem inspiracji dla pisarza. Czy kiedykolwiek zdarzyło się Panu wyznać swoje tajemnice obcej osobie spotkanej w samolocie lub w pociągu? A może ktoś przypadkowo poznany opowiedział Panu swoje życie?

    W rozmowach z nieznajomymi jestem dość nieśmiały. W samolocie najczęściej mam słuchawki na uszach. Ale za to w barach odbyłem kilka ciekawych rozmów. Alkohol i anonimowość tworzą twórczą kombinację.

    W jaki sposób powstał pomysł na tę książkę? Gdzie znajduje Pan inspirację do pisania?

    W młodości przyjaciel moich rodziców opowiedział mi o kobiecie, która zdradziła mu wszystkie swoje mroczne tajemnice podczas lotu samolotem. Ta historia zapadła mi w pamięć i w końcu stała się podstawą do napisania powieści. Zacząłem się zastanawiać nad sytuacją, gdy nieznajomy zdradza drugiej osobie nie że kogoś zamordował, ale że dopiero planuje zbrodnię. I co by się stało, gdyby ta przypadkowo spotkana osoba uznała to za dobry pomysł. Takie właśnie scenariusze mnie inspirują. Zadaję sobie pytanie: „Co by się stało, gdyby…”, a potem tych pytań pojawia się coraz więcej. Jeśli odpowiedzi są ciekawe, to wtedy wiem, że już mam pomysł na książkę.

    Czyje książki Pan czyta i kto Pana inspiruje?

    Najczęściej czytam thrillery – takich współczesnych autorów jak Sophie Hannah, Stephen King, Megan Abbott , ale też innych – żeby tylko wymienić kilku: Patricię Highsmith, Ruth Rendell, Eda McBaina. Szukając inspiracji wracam często do Johna D. MacDonalda. To mój ulubiony autor thrillerów, napisał około 100 powieści w latach 1950–1980. 

    Słyszałem też, że zrealizował Pan ciekawy pomysł polegający na pisaniu sonetów inspirowanych filmami Alfreda Hitchcocka. Co takiego ciekawego znalazł Pan w jego filmach, że stały się inspiracją do pisania poezji?

    Alfred Hitchcock to mój ulubiony reżyser. Po pierwsze jest mistrzem rzemiosła filmowego, po drugie fascynują mnie tematy, którymi się zajmował. Myślę o jego filmach tak często, że postanowiłem podjąć wyzwanie i napisać o nich. Zacząłem pisać sonety i nie mogłem przestać, aż powstał wiersz dla każdego z 53 jego filmów. Świetnie się przy tym bawiłem!

    Powiedział Pan kiedyś w jednym z wywiadów, że „paradoksalnie, osoba, która z największym prawdopodobieństwem może nas zabić to ta, która siedzi naprzeciw przy śniadaniu”. Dlaczego tak się dzieje?

    Nie jestem pewny, czy to się sprawdza w życiu, ale ten pomysł przemawia do mnie jako autora thrillerów. Boimy się obcych, ludzi, których nie znamy, ale czy nie powinniśmy obawiać się właśnie tych, których znamy najlepiej? Wydaje mi się to ciekawsze: morderstwo w domowym zaciszu.

    zdjęcie główne: freeimages.com/Andrew Peat

    zdjęcie autora oraz okładka: Wydawnictwo Marginesy.

  • „Może niedługo pisarzy kryminałów będą w Polsce nosić na rękach, tak jak w Skandynawii?” Marta Guzowska w rozmowie ze smakiem.

    Wczoraj pisałem o nominacjach do Nagrody Wielkiego Kalibru. Dziś rozmowa z polską Larą Croft, czyli Martą Guzowską. Rozmawiamy przede wszystkim o NWK, ale też o najnowszej książce, która ukaże się już w czerwcu. Smacznego czytania. 

     

    Marto, Ty NWK dostałaś 3 lata temu, nominacja była dla Ciebie zaskoczeniem?

    Była, oczywiście, tym bardziej, że pierwsza nominacja (dostałam dwie) i Nagroda Wielkiego Kalibru były za mój debiut, „Ofiarę Polikseny”. Każdy debiutant marzy, żeby jego powieść została dostrzeżona, ale w moim przypadku rzeczywistość przerosła najśmielsze marzenia. Pamiętam też jak dziś moment ogłoszenia nagrody, podczas gali na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Plotkowałam właśnie z gościem festiwalu, wspaniałym pisarzem Walterem Mosleyem (miałam to szczęście, że posadzono nas obok siebie) i objaśniałam mu, o co chodzi z tą nagrodą, kiedy wyczytano moje nazwisko. Na szczęście nie byłam w szpilkach, bo z wrażenia na pewno nie doszłabym na scenę.

    Co nagroda zmieniła w Twoim pisarskim życiu?

    W relacjach z wydawcami ta nagroda zmienia niewiele. Natomiast mnie osobiście, jako pisarce, bardzo dodała sił. Uwierzyłam, że moja powieść podoba się nie tylko mnie 🙂 Ale i tak najtrudniejsze było napisanie drugiej powieści, „Głowy Niobe”. Która zresztą też dostała nominację.

    Jak duże ma znaczenie ma NWK w świecie polskiej literatury?

    To jest największa nagroda „branżowa”, przyznawana dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej lub sensacyjnej w danym roku. I jako taka traktowana jest przez wszystkich: przez wydawców i przez pisarzy. Co roku obserwuję też coraz większe zainteresowanie mediów. Może niedługo pisarzy kryminałów będą w Polsce nosić na rękach, tak jak w Skandynawii.

    Twoim zdaniem powinno być w Polsce więcej tego typu nagród dla pisarzy?

    Tak! Po pierwsze dlatego, że nigdy nie dość uznania dla pisarzy. Podobno prawie 70 procent Polaków nie miało w ostatnim roku książki w ręku. Może nie wiedzą, ilu mamy wspaniałych pisarzy? I to nie tylko poważnych, ale też twórców tzw. literatury popularnej na naprawdę wysokim, światowym poziomie. A po drugie: takie nagrody to czysta frajda, i dla pisarzy, i dla ich fanów.

    Wśród tegorocznych nominowanych masz swojego faworyta?

    Jestem archeologiem, więc moim zdecydowanym faworytem jest Jakub Szamałek (również archeolog!) z trzecim tomem swojej serii o starożytnym detektywie Leocharesie.

    Odchodząc od NWK, wkrótce ukazuje się Twoja najnowsza książka. Co możesz zdradzić swoim czytelnikom?

    Spodziewajcie się czegoś całkiem innego, niż to, co do tej pory pisałam. Po pierwsze: „Chciwość” (bo taki tytuł nosi powieść, która ukaże się w wydawnictwie Burda Książki) to nie kryminał, tylko thriller. Po drugie: bohaterką jest kobieta. I do tego kobieta, która jest zarówno archeolożką, jak i złodziejką. Ma za zadanie ukraść naprawdę niezwykły skarb… Więcej już zdradzić nie mogę, może jeszcze tyle, że akcja jest naprawdę wartka. Śledźcie uważnie mój profil na Facebooku, tam ujawnię więcej :-). Powieść jest już w druku, ukaże się na samym początku czerwca.

  • „W Barcelonie końcówki XIX wieku bylibyśmy jak UFO”. Jordi Llobregat dla smakksiazki.pl

    611

    Barcelona, maj 1888. W przededniu rozpoczęcia Wystawy Światowej miastem wstrząsa seria przerażających wydarzeń, które stawiają pod znakiem zapytania powodzenie całego przedsięwzięcia. Pojawiają się zmasakrowane ciała młodych kobiet, a ich rany z mroków zapomnienia wydobywają prastarą klątwę ciążącą nad miastem… Tak  w skrócie można opisać fabułę „Sekretu Wesaliusza”, książki,  którą Jordi Llobregat zadebiutował na literackim rynku. Rozmawiam z nim o Barcelonie, o recepcie na dobry kryminał, ale też o sposobach na podniesienie poziomu czytelnictwa. Miłej lektury. 

     

    Jordi, „Sekret Wesaliusza” to Twój debiut. Od zawsze chciałeś pisać?

    Niezupełnie. To co zawsze mnie interesowało, to opowiadanie. Już kiedy byłem dzieckiem rysowałem, komponowałem piosenki lub pisałem opowiadania. W mojej rodzinie to powszechne. Zawsze tłumaczę, że mając dwanaście lat, spędziłem letnie wakacje z rodziną we Francji pisząc nonstop. Pamiętam iluzję, nerwowość, podniecenie przed rozpoczęciem pisania … Niesamowite jest odkryć, że te uczucia są identyczne trzydzieści lat później.

    Jaka jest różnica między Barceloną z Twojej książki, a Barceloną obecnie? Można te miasta ze sobą w ogóle porównać?

    To zupełnie inna Barcelona, oczywiście. Jest możliwe przejść tymi samymi ulicami i odwiedzić stare budynki, które wtedy istniały. To co jest naprawdę inne to, ponad wszystko, ludzie. Obywatel Barcelony z roku 1888 nie ma nic wspólnego z nami. Jeśli na moment moglibyśmy cofnąć się w czasie i pojawilibyśmy się w tamtej Barcelonie, to byłoby tak, jakby wsród nas pojawiło się UFO. Wtedy nie było samochodów, radia, telewizji, telefonów. Czas płynął inaczej, nawyki, odzież, odpoczynek, miłość, śmierć … wszystko jest inne. Barcelona była także miastem bardziej niebezpiecznym, nie przetrwalibyśmy tygodnia.

    „Sekret Wesaliusza” to Twój debiut. Co było najtrudniejszego w pisaniu tej książki?

    Czas. Mieć czas to jest największa trudność. Podczas pisania zachowłem swoją pracę – prowadziłem firmę, ucierpiałem podczas kryzysu ekonomicznego, który wszyscy odczuli, rozpocząłęm festiwal kulturalny i wiele innych podobnych rzeczy.

    Co jest niezbędne do napisania dobrego kryminału?

    Iluzja. Upór. Wyobraźnia. Zachowanie równowagi, nie zawsze łatwe, pomiędzy wielkim ego a wielką pokorą. I praca, ciężka praca.

    Możesz porównać siebie z którymś z hiszpańskich pisarzy?

    Nie jest łatwo mi powiedzieć. Zresztą, nie bardzo wierzę w porównania. Rozumiem, że czytelnikowi łatwiej kiedy ma odniesienie. Ja sam tak robię. Ale zwykle każdy pisarz jest wyjątkowy.

    Sądzisz, że „Sekret Wesaliusza” jest dobrym scenariuszem filmowym?

    Tak, wierzę w to. Byłoby wspaniale zobaczyć to w formie filmu, wiem, że jest takie zainteresowanie. Byłaby to artystyczna wizja innej osoby i jestem bardzo ciekawy jaka byłaby ta wizja. Jednakże, film jest, jak już mówiłem, jedną wizją podczas gdy czytelników jest tysiące, miliony róznych wizji powieści. I to jest dla mnie bardziej atrakcyjne. Nie sądzisz?

    Z pewnością. Bo każdy przecież odbiera książkę po swojemu. Jakie jest Twoje ulubione miejsce w Barcelonie?

    Ups! Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wymienię trzy: Mała księgarnia na starym mieście gdzie zwykle zaszywam się z kawą i komputerem. Prosektorium Królewskiego Kolegium Chirurgów, bardzo ważne dla „Sekretu Wesaliusza” oraz Labirynt w Parku Desvall, gdzie naprawdę się zgubiłem. Moja czteroletnia córka mnie uratowała.

    Dlaczego zdecydowałeś się napisać o Wesaliuszu. Ta postać jest dla Ciebie ważna?

    Wesaliusz objawił mi się kiedy dokumentowałem temat medyczny. Grafiki jego wielkich dzieł były brakujacym elementem układanki, którą tworzyłem. Objawieniem było odkrycie, że jest nieznany szerokiej publiczności, a jego prace są niezwykle istotne dla historii medycyny,  a tym samym dla nas wszystkich. Wielu czytelników pisze, że dzięki książce go odkryli i przeczytali wiecej na jego temat. To napawa mnie radością, naprawdę.

    9. Macie w Hiszpanii problem z czytelnictwem? W Polsce, w zeszłym roku, ponad 63% społeczeństwa nie przeczytało ani jednej książki.

    W Hiszpanii w 2015 trochę ponad 35% populacji nie przeczytało żadnej książki w ciągu roku. To już wydaje sie katastrofą. Stopniowo pozyskuje sie nowych czytelników ale niestety zbyt wolno. Tak naprawdę nasz rząd nie dba o to. Na pewno to samo dzieje się w Twoim kraju. Ignorancja to siła. Im więcej ludzi odchodzi od kultury, tym więcej jest osób bez zdolności krytycznego myślenia lub zdolności osądu. W skróce: ludźmi można manipulować.

    Jakie są Twoje najbliższe plany ?

    Przyszłe projekty pisarza są bardziej tajne niż Archiwa Watykańskie. Mogę tylko powiedzieć, że prowadzę kilka projektów jednocześnie. Niektóre fazy projektu, które mają szansę ujrzeć światło dzienne są wyjątkowe I nieprzewidywalne. Mam nadzieję zbudować dobrą historię, która czytelnicy polubią tak jak „Sekret Wesaliusza”.

    Zdjęcie autora: Wydawnictwo Sonia Draga

     

  • „Wampir z Bytowa” nadciąga. Kilkadziesiąt tomów akt, setki godzin rozmów. Magda Omilianowicz zdradza kulisy pracy nad książką.

    autorka_fotoLeszek Pękalski, „wampir z Bytowa” to człowiek który przyznał się do zamordowania 67 osób. W akcie oskarżenia było 17 morderstw, w tym 16 z motywów seksualnych, a 5 połączonych z rabunkiem mienia, 2 zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem i uprowadzenie półrocznego dziecka. Autorka, Magda Omilianowicz, była pierwszą dziennikarką która 23 lata temu przeprowadziła z Pękalskim wywiad. I napisała reportaż o nim. Nasza książka, to wydanie 2 uaktualnione. Rozszerzone (ponad dwukrotnie). Magda zapoznała teraz się z 72 tomami akt sprawy, rozmawiała z jego bliskimi – ojciec, wujek, siostrą, szwagrem, wychowawcami, pracodawcami, kobietą u której mieszkał. Rozmawiała także z policjantami prowadzącymi śledztwo, z prokuratorem, z rodzinami ofiar, z kobietą, którą zgwałcił i która przeżyła jego atak (jedyna), z psychologami, terapeutami, strażnikiem więziennym, jasnowidzem i seksuologiem. Książka ukaże się w czerwcu, a dziś wywiad z autorką.

    Eksperci mówią, że łatwiej postawić dom od podstaw niż rozbudować już istniejący. Jak było z „Bestią”? Jej rozszerzenie po latach sprawiło pani jakieś problemy?

    To było ciekawe, bo zupełnie nowe dla mnie wyzwanie. Kiedy przed laty powstawała pierwsza wersja, problemem było zdobycie jakichkolwiek informacji, bo podczas śledztwa prokuratura i policjanci bardzo niechętnie udzielali dziennikarzom jakichkolwiek informacji o Pękalskim. Dla młodej reporterki to było wyzwanie.

    Dzisiaj, czyli ponad dwadzieścia lat później, kiedy powstawała nowa wersja książki „Bestia. Studium zła”, skupiłam się na zupełnie innych aspektach. Jak rodzi się w człowieku zło? Co je powoduje? Co oznacza kara w przypadku takich osobników jak Pękalski? Czy w jego przypadku w ogóle można mówić o karze? Co robić z takimi ludźmi jak on po odbyciu przez niego kary, skoro nadal będą stanowić zagrożenie dla społeczeństwa? Problem na pewno stanowiły emocje, które zawsze towarzyszą pracy nad tak trudnym tematem.

    Z „wampirem z Bytowa” rozmawiała pani ponad dwadzieścia lat temu. Przez ten czas zmieniło się podejście do tej sprawy, stosunek do niej?

    Człowiek zmienia się z każdym rokiem, zmieniają się jego emocje, zmieniają go doświadczenia, więc na pewno mój stosunek do tej sprawy jest dzisiaj zupełnie inny. Dwadzieścia lat temu zależało mi na dotarciu do faktów, do ustaleń śledztwa. Obecnie, mając dostęp do akt sprawy moja praca wyglądała zupełnie inaczej, ale wbrew pozorom nie była łatwiejsza, bo oprócz rozmów z ludźmi związanymi z przypadkiem Pękalskiego, oprócz czytania akt, widziałam zdjęcia ofiar. To bardzo przykre doświadczenie.

    W trakcie zapoznawania się z aktami, rozmowami z rodziną, z samym wampirem, co było najbardziej wstrząsające?

    Oprócz wstrząsających zdjęć w aktach sprawy bardzo trudna była rozmowa z rodziną zamordowanej Sylwii Rudnik. To zawsze jest bardzo przykre kiedy rozmawia się z osobami, które straciły kogoś bliskiego. Koszmarne jest zabójstwo Małgosi Kominek i porwanie niemowlęcia w Białymstoku. Niezwykle poruszające jest i to, że Pękalski nie odczuwa empatii. Nie ma w nim odrobiny współczucia, bo on nie ma świadomości, że zrobił coś złego. Z mojej rozmowy z nim, z listów, które pisał, ze skarg w aktach wynika, że dla niego zawsze najważniejsze było jego dobro. Tylko to było dla niego ważne.

    Leszek Pękalski ma opuścić więzienie już za trzy lata. Przytacza pani zdanie ekspertów, że będzie zabijał nadal. Da się coś z punktu widzenia dziennikarki, pisarki zrobić?

    Uważam, że takie przypadki jak Pękalskiego, podobnie jak Mariusza Trynkiewicza czy Henryka Zaręby media powinny nagłaśniać dla dobra społeczeństwa. Społeczeństwo powinno wiedzieć, że tacy ludzie wychodzą na wolność i mogą zamieszkać w naszym sąsiedztwie, mimo że nadal będą stanowić zagrożenie. Gdyby sprawa Trynkiewicza nie została nagłośniona przez media, gdyby nie powstał ośrodek w Gostyninie, być może dzisiaj ten człowiek byłby pana sąsiadem.

    Widzi Pani w swojej książce jakieś analogie do „Wampira z Zagłębia” Przemysława Semczuka?

    Nie, to są zupełnie inne sprawy, choć i jedna i druga wciąż stanowi nierozwiązaną zagadkę i sądzę, że nigdy nie dowiemy się jak było naprawdę.

    Dużo jest w Polsce takich historii do opisania, czy też temat „wampirów” został już wyczerpany?

    Według mnie jest jeszcze jeden seryjny morderca, o którym zapewne kiedyś powstanie książka, bo w jego przypadku też jest wiele ciekawych aspektów, też jego sprawa nie jest jednoznaczna, ale proszę wybaczyć, nie zdradzę o kogo chodzi.

    Zdjęcie: Wydawnictwo Od Deski Do Deski

  • „Były sytuacje, w których milczeliśmy”. Marek Bobakowski opowiada o kulisach pisania biografii Andrzeja Niemczyka.

    niemczyk-front_1000px

    Czy sportowcy czytają książki? Z którym prezesem rozmawiał przez telefon przez 13 sekund, a potem napisał o nim książkę? Jak bardzo musiał cenzurować „Życiowy tie-break”? O tym wszystkim opowiada Marek Bobakowski, dziennikarz, a także autor i współautor książek sportowych.

    Marku, przebywanie w towarzystwie sportowców to Twoja praca. Jak jest z poziomem czytelnictwa w tej grupie zawodowej, czytają chętnie?

    Ktoś się może obrazić, albo poczuć urażonym, dlatego nazwisk nie będę wymieniał. Generalnie, musimy podzielić sportowców na dwie grupy: piłkarzy i resztę sportowców. Piłkarze nie czytają, grają na Play Station. Choć podkreślę jeszcze raz – w tym momencie mocno generalizuję. Najwięcej czytają zawodnicy, którzy uprawiają sporty indywidualne. Oni spędzają większość czasu na obozach, w miejscach oddalonych od cywilizacji i tak naprawdę wieczorami nie mają co robić. Na przykład w takiej Spale. Byłeś tam kiedyś?

    Byłem.

    To wiesz, że tam przecież nie ma nic. To znaczy jest… las. Można więc iść na spacer, pobiegać, albo posiedzieć w pokoju posłuchać muzyki i poczytać książkę.

    Ludzie ze środowiska siatkarskiego znaleźli czas na przeczytanie książki, którą napisałeś z trenerem Andrzejem Niemczykiem? Jakie były reakcje?

    Spotkałem się tylko z pozytywnymi opiniami, zarówno bezpośrednimi, jak i pośrednimi. Dla tej grupy czytelników część opisanych historii była znana. Spotkałem się też z opiniami początkujących trenerów (nie tylko siatkarskich), którzy po przeczytaniu książki bardzo chcieli się spotkać z Andrzejem Niemczykiem. Zafascynowała ich część mentalna, na którą dość mocno postawiliśmy w tej książce.

    Trener Niemczyk był łatwym rozmówcą przy pisaniu tej książki?

    Trudne pytanie. Generalnie tak, natomiast były sytuacje, gdzie milczeliśmy, i to dosyć długo. Chociażby sprawa opowieści o Agacie Mróz. Było widać, że trener naprawdę przeżył to, co się stało z Agatą. Dość pechowo wyszło, bo my rozmawialiśmy i na żywo, i przez telefon. Akurat opowieść o Agacie przypadła na rozmowę telefoniczną. Wtedy było, żeby nie skłamać, pół godziny ciszy w słuchawce. Przeraźliwej ciszy.

    Trener postawił jasne granice, że o tym i o tym nie piszemy absolutnie, czy miałeś pełną dowolność?

    Była tylko jedna granica. Nie piszemy o rzeczach, które mogą dotknąć i skrzywdzić innych ludzi. Jeśli trener chciał napisać o swojej młodzieńczej miłości z panią Wyspiańską, to wcześniej do niej zadzwonił i porozmawiali o tym. Co ciekawe, odnowili nawet dzięki temu kontakt, spotkali się po raz pierwszy po kilkudziesięciu latach przerwy.

    Gdy prowadziłem z wami spotkanie w Empiku w Katowicach, a było to kilka miesięcy temu, pytałem cię, czy po tej książce ktoś się odezwał, ktoś chce z tobą coś napisać. Odpowiedziałeś dość wymijająco. Teraz możesz powiedzieć o konkretach?

    Mam „rozgrzebane” dwa tematy: piłkarski i siatkarski. Ten drugi jest mi dużo bliższy, ale zdaję sobie sprawę, że mniej atrakcyjny dla wydawcy. Znam dobrze bohatera książki, wiem, czego się po nim spodziewać, jestem przekonany, że to byłaby naprawdę dobra książka, ale trzyma nas pewna kwestia „techniczna”, o której nie mogę mówić. Wyprzedzam pytanie: nie chodzi o finanse. Sprawa wygląda tak, że czekamy obaj na rozwiązanie tej sytuacji. Decyzja zapadła, chcemy napisać tę książkę, ale kiedy to się stanie, tego nie wiem. To może być kilka miesięcy, rok, dwa, pięć. Trudno teraz wyrokować. Jeśli chodzi o temat piłkarski, to tutaj jest potrzebna moja decyzja i możemy pisać. Cały czas studiuję ten temat, czytam wywiady, artykuły, rozmawiam niezobowiązująco z ludźmi. Jest już nawet wydawnictwo, które by to wydało, ale ciągle się waham. Mogę zdradzić jedynie, że mówimy o biografii polskiego trenera. Chodzi mi po głowie jeszcze jedna rzecz. Chciałbym napisać dobrą książkę o sporcie, ale z fabułą. Mam pewien oryginalny pomysł. Takiej książki w Polsce jeszcze nie było. Przy moim natężeniu pracy zawodowej potrzebowałbym jednak trzy, może nawet więcej, lata spokoju. Nie mogę sobie pozwolić, aby presja czasu zepsuła efekt końcowy. To zbyt ważny dla mnie projekt. Być może najważniejszy w życiu.

    Biografia Andrzeja Niemczyka nie jest twoją pierwszą książką. Gdybyś miał porównać, łatwiej było pisać o Grzegorzu Lacie?

    Powiem tak: z Grzegorzem Lato rozmawiałem przez 13 sekund. Albo coś koło tego. Zadzwoniłem do niego, przedstawiłem się, powiedziałem, że chciałbym porozmawiać, bo piszę książkę, a z drugiej strony padło: nie, nie, nie, dziękuję i trzask odkładanej słuchawki. Ja nawet nie wiem, czy mój rozmówca do końca zrozumiał, o co mi chodziło. Może pomyślał, że chodzi o kolejny wywiad. Po tej próbie już nie dzwoniłem. Skoro mnie tak potraktował, to przecież nie będę na kolanach błagał o chwilę rozmowy. To nie w moim stylu. Technicznie trudniej było pisać książkę o Lacie. Na całe szczęście jestem z tego pokolenia dziennikarzy, którzy pamiętają czasy, gdy internet dopiero raczkował. Potrafię więc sobie poradzić w sytuacji, gdy czegoś nie da się znaleźć w sieci. A o karierze piłkarskiej byłego prezesa PZPN w internecie jest niewiele. Z Niemczykiem było o tyle łatwiej, że miałem go przy sobie i mogłem o wiele rzeczy dopytać.

    Gdybyś złowił dwie złote rybki, to o kim chciałbyś napisać książki? Jeden bohater polski, drugi zagraniczny.

    Pewnie większość Czytelników będzie zdziwiona, że nie wymienię Roberta Lewandowskiego, Kamila Stocha czy Justyny Kowalczyk (choć akurat nasza mistrzyni olimpijska to byłby bardzo interesujący partner do napisania książki, ma charakter, a ja lubię niepokornych sportowców). Z drugiej strony ci, którzy mnie znają bliżej, wiedzą, że jest dyscyplina, którą stawiam ponad wszystkie inne. To kolarstwo. Jak mówił Marco Pantani: „kolarstwo to jedna z najtrudniejszych dyscyplin. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Widzę Twój uśmiech, chcesz mnie zapewne zapytać, czy chcę pisać książkę z Czesławem Langiem, czy Ryszardem Szurkowskim…

    Czytasz w moich myślach.

    No właśnie. Szanuję i podziwiam obu byłych kolarzy, są fantastycznymi rozmówcami, przegadałem z nimi wiele godzin. Jednak chciałbym napisać książkę z kimś z obecnego pokolenia. Głównie po to, aby poznać podejście do kolarstwa aktualnych zawodników. Chodzi zarówno o stronę mentalną, jak i sprawy technologiczne, ale także i aktywność w portalach społecznościowych. Krótko mówiąc marzę o książce z kolarzem XXI wieku, takim pełną gębą. Te warunki idealnie spełnia Michał Kwiatkowski, mistrz świata z 2014 roku.

    Sportowiec zagraniczny?

    Tutaj nie będę oryginalny. Wiem, że to nierealne, ale chciałbym napisać autobiografię Michaela Jordana. Można powiedzieć, że w jakiejś części dzięki niemu jestem w miejscu, w którym jestem. To dla niego w czasach licealnych zarywałem noce, aby śledzić finały NBA. Wtedy na poważnie zainteresowałem się sportem, zacząłem pisać amatorsko, przeszła mi przez głowę myśl: a może tak zostaniesz dziennikarzem sportowym?

    Ten temat zostawiłem celowo na sam koniec. Znów pogorszył się stan zdrowia trenera Niemczyka, macie ze sobą kontakt? Jak czuje się trener, jakie ma podejście do najprawdopodobniej nawrotu nowotworu?

    Przyznam, że teraz ciężko nam się rozmawia, bo trener bardzo szybko się męczy. Umysłowo i mentalnie jest cały czas na najwyższym poziomie, ale 10-minutowa rozmowa telefoniczna to dla niego ogromny wysiłek fizyczny. Rozmawiamy ze sobą dość często, głównie telefonicznie. Miesiąc temu mieliśmy OIOM i walkę o życie, teraz mamy postawioną diagnozę i już wprowadzone leczenie. To o wiele lepsza i korzystniejsza sytuacja. Trener do swojej choroby podchodzi spokojnie. Wiadomo, że nie jest wulkanem energii, nie jest szczęśliwy i radosny z tego powodu, że znów musi zmagać się z rakiem. Ale co najważniejsze, jest pozytywnie nastawiony, ma obok swoich przyjaciół, którzy go odwiedzają w szpitalu.