Tag: wydawnictwo agora
-
Astronom, polityk, ksiądz. Kim był Mikołaj Kopernik? Rozmowa z Wojciechem Orlińskim
Był Polakiem, a może była kobietą? Co wiemy o Koperniku? Okazuje się, że potwierdzonych informacji jest niewiele, co daje spore pole do stawiania hipotez kopernikologom. Już data urodzenia jest podejrzana, bo podana co do minuty, co w tamtych czasach było nie do ustalenia. Jakie studia skończył, a jakich nie? Czy astronomia była jego zajęciem pobocznym? Dlaczego Jan Matejko namalował Kopernika w sytuacji, która nie mogła się wydarzyć? Pytań jest o wiele więcej, ale czy na wszystkie są odpowiedzi? O tym rozmawiam z Wojciechem Orlińskim, autorem świetnej książki „Kopernik. Rewolucje”. Dziękuję Centrum Nauki Kopernik za pomoc przy realizacji nagrania.
-
„Kopernik. Rewolucje” – fragment najnowszej książki Wojciecha Orlińskiego
Poniżej fragment książki Wojciecha Orlińskiego „Kopernik. Rewolucje”, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora 26 października. W okolicach premiery zobaczycie też Państwo naszą rozmowę o książce. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o tym tytule, a także będziecie mogli/mogły go kupić. Jestem w trakcie lektury, kapitalna rzecz.
***
Jesienią 1491 roku dwaj nastoletni chłopcy wyruszyli z Torunia w podróż, która jednemu z nich przyniesie wieczną sławę, drugiemu – zatracenie. Nawet jeśli na początku tej podróży o czymś marzyli i czegoś się obawiali, mogło to być najwyżej mgliste przeczucie tego, co ich naprawdę czekało.
Mimo młodego wieku obaj już sporo przeżyli. Przyszli na świat jako synowie zamożnego kupca skoligaconego z najpotężniejszymi rodzinami Torunia, zamożnego hanzeatyckiego miasta, które niedługo przed ich narodzinami Polska odbiła państwu krzyżackiemu. Ale jeszcze gdy byli małymi dziećmi, ich ojciec popadł w finansowe tarapaty. Zmarł, gdy starszy z chłopców miał 10 lat.
Dorastali więc w cieniu stopniowego upadku rodzinnej fortuny. Ich matka starała się go opóźniać, ale w tamtych czasach kobieta miała bardzo ograniczone możliwości manewru. Nie mogła przecież podjąć pracy zarobkowej. Mogła tylko wyprzedawać po kolei rodzinny majątek i błagać krewnych, żeby zaopiekowali się jej dziećmi. Niby wszyscy jej bracia i szwagrowie byli ludźmi majętnymi i wpływowymi, ale musieli przede wszystkim myśleć o przyszłości własnych dzieci.
Dotyczyło to nawet jej najbogatszego i najbardziej wpływowego brata Łukasza. Choć był biskupem, również miał syna. Rzecz jasna, nieślubnego. Nie mógł mu załatwić kariery w Kościele, bo ludzie za bardzo by gadali. Nie mógł też go całkiem porzucić, bo też by gadali. Załatwił więc nieślubnemu potomkowi posadę burmistrza Braniewa – miasta na tyle bliskiego jego siedzibie, że sięgały tam jego wpływy, a na tyle odległego, żeby obaj panowie się nie spotykali.
Wpływy wuj Łukasz miał ogromne, nie był bowiem zwyczajnym biskupem. Warmia od ćwierćwiecza była częścią Polski. Miała jednak sięgające głębokiego średniowiecza przywileje, czyniące ją niemal niepodległym państwem. Najważniejszy z nich nadał Warmii w poprzednim stuleciu cesarz Zygmunt Luksemburski: biskupom warmińskim przysługiwała godność książęca. Wprawdzie Polska oficjalnie nie uznawała tego tytułu, ale biskupi warmińscy – a wuj Łukasz pełnił właśnie tę funkcję – aż do rozbiorów podczas uroczystości państwowych byli traktowani jak książęta.
Jeśli biskup był głową warmińskiego minipaństwa, jego parlamentem była kapituła. W jej skład wchodziło 16 kanoników. Sprawowali oni coś w rodzaju władzy ustawodawczej.
Bez poparcia kapituły na dalszą metę biskup niewiele mógł zdziałać, zależało mu więc na obsadzaniu ją swoimi ludźmi. Najlepiej – młodszymi krewnymi. Dlatego zapewne uboga toruńska wdowa doszła do porozumienia ze swoim potężnym bratem biskupem. W zamian za opiekę nad dwójką siostrzeńców i odpowiednie pokierowanie ich karierami wuj Łukasz mógł zyskać dwa głosy w kapitule.
Zważywszy, że w głosowaniach praktycznie nigdy nie uczestniczyła pełna szesnastka kanoników (z różnych powodów nie wszyscy przyjechali, by objąć swoje kanonie, kilku zawsze było w delegacji), do większości nie trzeba było aż ośmiu głosów. W praktyce raczej około pięciu. Dwuosobowa „frakcja siostrzeńców” miałaby więc moc porównywalną ze stuosobowym kołem poselskim w dzisiejszym polskim Sejmie.
To był układ typu win-win. Biskup wzmacniał pozycję polityczną, a chłopcy zyskiwali posadę, o której inni wtedy bezskutecznie marzyli. Kanonikat warmiński był pierwszym krokiem dla mieszczańskiego syna – nawet niekoniecznie z bogatej rodziny – żeby w przyszłości ubiegać się o godność biskupa. Czyli w przypadku mieszkańca Prus – żeby z chudopachołka stać się księciem. W tamtych czasach niewiele było porównywalnych okazji awansu społecznego (dziś też ciężko przeskoczyć tyle szczebli drabiny w ciągu życia).
Wdowa mogła więc spać spokojnie, wiedząc, że jej dzieciom nie grozi bieda. Biskup zaś mógł liczyć na wypromowanie następcy w sposób tak szlachetny, że wrogie języki nie miały się do czego przyczepić (żadna symonia, żaden nepotyzm – to opieka nad biednymi sierotami!).
Wszystko wskazuje na to, że na chłopców ta decyzja spadła nieoczekiwanie. Urodzili się jako synowie bogacza, potem byli synami bankruta, potem synami ubogiej wdowy – a teraz nagle stali się prawie synami prawie księcia. A teraz opuszczali rodzinne miasto, by studiować tam, gdzie kiedyś ich wuj – najpierw w Krakowie, a potem w Bolonii na najstarszym uniwersytecie świata.
Podróż, którą chłopcy rozpoczęli jesienią 1491 roku, przekraczając Wisłę w Toruniu, oznaczała dla nich rewolucyjną życiową zmianę. Kolejną i nie ostatnią.
Na pewno nie nazywali jej jednak rewolucją. Jak pisała Hannah Arendt, zwyczaj nazywania gwałtownych przemian „rewolucjami” pojawi się dopiero w następnych stuleciach. Zresztą za sprawą książki, którą za 40 lat napisze jeden z chłopców. Przedtem w językach zachodnich słowo to oznaczało po prostu „obrót”. Oznacza zresztą do dzisiaj – właśnie dlatego obrotomierze w samochodach podają wynik w jednostkach „rpm”, czyli „rewolucjach na minutę”.
Ale gdyby w tamtym czasie na Zachodzie nie przyjęło się nowe znaczenie „rewolucji”, trzeba by wymyślić jakieś inne słowo, by opisać gwał- towne i radykalne przemiany tamtych czasów. Pod koniec XV wieku zdarzały się one przecież niemal codziennie.

Wojciech Orliński, fot: Albert Zawada Nasi dwaj młodzieńcy wyruszyli z Torunia, by podjąć w Krakowie studia w roku akademickim 1491/1492. Gdy je zaczynali, w Europie Zachodniej istniało jeszcze ostatnie muzułmańskie państwo – Emirat Grenady. „Bronił się jeszcze z wież Alpuhary Almanzor z garstką rycerzy”, ale nim chłopcy przystąpili do pierwszej w swoim życiu zimowej sesji egzaminacyjnej, Grenada skapitulowała.
Gdy nasi bracia mieli pierwsze w swoim życiu studenckie wakacje – Krzysztof Kolumb wyruszył na poszukiwanie nowej drogi do Indii. Gdy zaczął się rok akademicki 1492/1493, Kolumb odkrył nowy ląd, który jednak – jak się potem okazało – nie był Indiami. W trakcie studiów naszych bohaterów okazało się więc, że dotychczasowe wyobrażenia kuli ziemskiej były fałszywe, są na niej kontynenty, o których istnieniu dotąd nie wiedziano. To była dopiero rewolucja!
Rewolucyjne przemiany miały także miejsce w polityce. W czerwcu 1492 roku, gdy chłopcy kończyli pierwszy rok studiów, niespodziewanie zmarł polski król Kazimierz Jagiellończyk.
W dynastii jagiellońskiej nie obowiązywała prosta zasada dziedziczenia tronu na Wawelu. Sukcesja za każdym razem musiała być zatwierdzana przez magnatów i szlachtę.
Forma tego zatwierdzania za każdym razem wyglądała trochę inaczej i kolejni monarchowie musieli obiecywać więcej praw szlachcie. W sierpniu 1492 roku po raz pierwszy wyglądało to tak, że elekcji dokonała grupa ok. 40 najważniejszych osób w państwie (był wśród nich oczywiście wuj Łukasz). Jednak ich decyzję zatwierdziło walne zgromadzenie szlachty. Uważa się to czasem za narodziny demokracji szlacheckiej – unikalnej formuły ustrojowej I Rzeczpospolitej.
Politykę Europy Zachodniej też czekały rewolucyjne zmiany. Gdy chłopcy wyruszyli na studia, cesarzem był Fryderyk III – pierwszy z dynastii habsburskiej. Ale też ostatni koronowany w Rzymie przez papieża.
Gdy chłopcy skończą drugi rok studiów, cesarzem zostanie Maksymilian. To pierwszy od kilku stuleci cesarz, który sprawował realną władzę na swoich włościach. Zreformuje cesarstwo nie do poznania, budując habsburską potęgę, trwającą przez stulecia aż do XX wieku.
Naukowo-filozoficzna rewolucja, której jeden z tych chłopców dokona w wyniku rozpoczętej jesienią 1491 roku podróży, była więc bardzo ważna – jako miłośnik nauk ścisłych powiem oczywiście „najważniejsza”. Ale z pewnością nie była jedyną w tamtej epoce. To były po prostu rewolucyjne czasy.
***
Pierwszy z braci nazywał się Mikołaj Kopernik. Drugi miał na imię Andrzej. Choć ich podróż miała tak ogromne znaczenie dla losów ludzkości, niestety nie zachowały się na jej temat żadne źródła historyczne. W istocie obaj chłopcy pojawiają się w nich dopiero w jej wyniku. Nie wiadomo nawet, czy w tę podróż rzeczywiście wyruszyli bezpośrednio z rodzinnego domu w Toruniu (przyjąłem taką hipotezę z braku dowodów na cokolwiek innego).
Pierwszy dokument, w którym Mikołaj i Andrzej wymienieni zostali z imienia i nazwiska, to spis studentów immatrykulowanych (a więc przyjętych) na semestr zimowy 1491/1492. Nie ma daty, ale takie dokumenty zazwyczaj powstają między wrześniem a październikiem. Przyszły astronom znalazł się na miejscu 32., jego brat Andrzej – na miejscu 49. Przy pozycji „Nicolaus Nicolai de Turonia” widnieją literki „s tt”. To skrót od „solvit totuum” – „zapłacił w całości”. Jakby powiedzieli Amerykanie: „paid in full”.
Andrzej wpłacił tylko 4 grosze. Nie wiadomo, czemu nie „totuum”. Tradycja każe go przedstawiać jako hulakę, szaławiłę i ladaco, który te pieniądze po prostu przepuścił na jakieś niecne rozrywki.
Istotnie, na ówczesnego studenta czyhały liczne pokusy. Marcin Luter, młodszy od Kopernika o 8 lat, wspominał swoją Alma Mater (uniwersytet w Lipsku) jako „skrzyżowanie piwiarni z burdelem”.
Historia milczy na temat ewentualnych dyplomów Andrzeja Kopernika. Jego brat Mikołaj doszedł zaś do stopnia doktora. Wygląda na to, że Mikołaj potrafił się oprzeć pokusom, a Andrzej nie. Niestety, nie da się tej historii zrekonstruować z detalami, zapewne pikantnymi. Oczywiście z braku źródeł.
Gdyby nie nagła decyzja wuja Łukasza, historia być może nie zapamiętałaby nawet imion obu braci.
-
„Mogłem być zapitym bezrobotnym we Francji”. Maciej Zaremba Bielawski w „Cyklu bez nazwy”
Był Kazik Staszewski, był Mariusz Szczygieł, jest Maciej Zaremba Bielawski. Od zawsze chciałem mieć cykl rozmów, w trakcie których bez pośpiechu, spokojnie, będę mógł porozmawiać z ludźmi, którzy sporo w życiu osiągnęli, a do tego potrafią ciekawie opowiadać. Tak powstał „Cykl bez nazwy”. Do Macieja Zaremby Bielawskiego jedzie się ze Sztokholmu dwoma autobusami, przepływa promem, bo latem mieszka razem z żoną na urokliwej wyspie Yxlan. Porozmawialiśmy o antysemityzmie, ale też wąchaniu „Playboya”, krytykowaniu kraju, do którego się przyjechało, ale też o powstającej właśnie książce i tęsknocie za Polską. Jest o kompleksach, pokorze i ucieczce. Zostawiam Państwa z tym niesamowicie mądrym człowiekiem, w towarzystwie którego czułem się jak chłopak z blokowiska w potarganych krótkich spodenkach. Spodnie miałem czyste i długie, ale z blokowiska przecież jestem.
Maciej Zaremba Bielawski wylądował w Szwecji w 1969 roku. Był pracownikiem fizycznym na budowie, a teraz pisze teksty dla jednego z największych szwedzkich dzienników – „Dagens Nyheter”. Jest autorem następujących książek, które ukazały się w języku polskim: „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji”, „Higieniści. Z dziejów eugeniki”, „Leśna mafia. Szwedzki thriller ekologiczny”, „Dom z dwiema wieżami”.
-
Jakub Kania powraca! O czym będzie „Kołysanka” Macieja Siembiedy?
Wielki powrót Jakuba Kani! Tym razem w tle muzyka, Fryderyk Chopin oraz, jak to zawsze u tego pisarza, prawdziwa historia obudowana opowieścią sensacyjną. „Kołysanka” ukaże się jeszcze w tym roku – wiele wskazuje na to, że nową książkę powinniśmy przeczytać w październiku, w okolicach Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora.
-
Przedpremierowy fragment „Kukieł” Macieja Siembiedy
PROLOG
Do dziś nie wiadomo, kto potrącił parokilowy majzel do zbijania tynku, który zsunął się z półki rusztowania ustawionego pod sklepieniem i poleciał w dół. Mimo ciężaru wykonał w powietrzu obrót niczym akrobata w cyrku i trzasnął w kamienną posadzkę z takim łoskotem, że wszyscy zamarli.
Majster ekipy remontującej kościół w Kamieniu Odrzańskim już chciał spojrzeć w górę i krzyknąć coś, z czego musiałby się później spowiadać, ale jego uwagę przykuła podłoga przed ołtarzem. Wiekowa płyta z piaskowca wyszlifowanego podeszwami wiernych nagle ożyła. Majster usłyszał jęk kamienia, a potem z przerażeniem ujrzał, jak fragment posadzki, w który rąbnął metalowy łom, wyraźnie się rozstępuje. Głęboka rysa biegła przez całą długość płyty i w świetle wpadającym przez witraż wyglądała jak błyskawica w dłoni anioła zwiastującego gniew Boga.
Szef ekipy odłożył waserwagę na jedną z kościelnych ławek, podszedł do szczeliny i przyklęknął. Ostrożnie odsunął majzel, który dokonał dzieła zniszczenia, po czym troskliwie obmacał pęknięcie palcami, niczym chirurg plastyczny szukający odpowiedzi na pytanie, co da się zrobić, aby zamaskować defekt.
Sytuacja była beznadziejna.
Szczelina miała dobre pół centymetra szerokości i majster odniósł wrażenie, że nadal się powiększa, jakby kamienie rozsuwała niewidzialna siła. Wstał, przeszedł do bocznej nawy i wrócił z upaćkanym plastikowym wiadrem z resztką świeżej zaprawy na dnie. Nabrał jej na palec i próbował zaszpachlować dziurę, ale robiła się z tego paskudna blizna. Skaza kpiąca z ładu kościelnej posadzki. I to tuż przed samym Najświętszym Sakramentem. Przeżuł w ustach przekleństwo, po czym krzyknął do jednego z robotników, aby skoczył po kościelnego.
Starszy, kulejący mężczyzna o włosach białych jak śnieg przybył po dziesięciu minutach. Majster, wycierając dłonie o spodnie, zaczął przedstawiać mu plan awaryjny. Polegał na zamianie. Chłopaki wymontują płytę o takich samych rozmiarach spod chóru albo sprzed jednego z bocznych ołtarzy. Zamontują ją tu, w głównej nawie, a tam przeniosą pękniętą i przykryją dywanem. Sklejoną, ma się rozumieć. Żeby nie było aż tak widać.
Ale kościelny go nie słuchał. Przykucnął nad szczeliną i cicho poprosił, aby podważyć kawałek pękniętej posadzki. Majster uznał to za akceptację swego planu i natychmiast wydał rozkazy.
Dwóch robotników ostrożnie dźwignęło kamień, podłożyło pod niego długie drewniane stemple, a potem przesunęło go w bok. Pod spodem była czarna czeluść wydzielająca stęchłą woń piwnicy. Majster klęczący nad krawędzią bez słowa uniósł otwartą dłoń, a wtedy jeden z robotników, jak doświadczona instrumentariuszka na sali operacyjnej, podał mu latarkę.
Majster skierował snop światła do środka krypty.
Wewnątrz spoczywały trumny. Pokrywała je patyna starości, a jednak latarka łatwo wydobywała z półmroku złote ornamenty i symbole zaprzeczające powadze śmierci. Szef ekipy budowlanej często brał fuchy na cmentarzach, poprawiał nawet stuletnie grobowce, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Odwrócił się i spojrzał pytająco na kościelnego.
Ten wziął od niego latarkę, jednak zanim do końca obejrzał kolejną z trumien, przesunął przełącznik i światło zgasło.
Wyprostował się.
– Trauwitze – szepnął i oddał latarkę majstrowi. – Jednak tu są
– dodał i przeżegnał się bojaźliwie.– Jacy Trauwitze? – zaniepokoił się budowlaniec.
– Tutejsi. Właściciele wsi. Dawno temu, za Niemców.
Majster skinął głową na znak, że rozumie, ale coś ciągle nie dawało mu spokoju.
– A czemu miałoby ich tu nie być? Skoro właściciele wsi, to chyba jasne, że pochowani w krypcie kościelnej…
– Ludzie mówili, że to byli wyznawcy Złego – przerwał mu kościelny i majster poczuł na plecach dreszcz. Wpatrywał się w milczeniu w zmienioną twarz starca okoloną białymi włosami. Milczał.
– Nie powinni byli spocząć w Domu Bożym. – Kościelny pokręcił głową. – Widział pan te trumny? Nawet po śmierci pokazali, że się Go nie boją. – Wycelował drżący palec w figurę Chrystusa na krzyżu. – I że jak będą chcieli… – zawahał się – …to też mogą zmartwychwstać.
-
Wylicytuj rękopis „Wotum” Macieja Siembiedy! Aukcja na rzecz WOŚP
Jak uczcić Dzień Pisma Ręcznego? Można pewnie na wiele sposobów, ale razem z Maciejem Siembiedą proponujemy Wam licytację na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Co można wylicytować? Przede wszystkim cztery strony rękopisu „Wotum” – ostatniej książki sopockiego autora. To jednak nie wszystko, bo do rąk osoby, która wygra licytację, powędruje też finalny egzemplarz książki ze specjalnym podpisem i dedykacją na stronie odpowiadającej fragmentowi rękopisu. Aukcję znajdziecie tutaj.
-
Fragment „Wotum” Macieja Siembiedy. Premiera już w środę
Warszawa
Piątek 14 grudnia 2012 roku
Niewielki ekspres do kawy stojący na kontenerze z szufladami w biurze prokuratora Instytutu Pamięci Narodowej Jakuba Kani westchnął i opieszale zabrał się do pracy. Postękując, zagotował wodę pobraną z przezroczystego pojemnika, a następnie przepuścił ją pod ciśnieniem przez sprasowaną porcję arabiki, która według producenta zapewniała aromat baśni tysiąca i jednej nocy, co było dość intrygujące, skoro kawa pochodziła z upraw w Brazylii.
Jakub Kania otrzymał ekspres kilka tygodni wcześniej w prezencie na swoje czterdzieste drugie urodziny i na początku kompletnie mu nie ufał. Urządzenie nikczemnych rozmiarów wyglądało jak skrzyżowanie tostera z wyciskarką do owoców i parzyło kawę z kapsułek, co ewidentnie było wbrew porządkowi świata. Pewnego dnia Kuba uległ jednak pokusie, ostrożnie upił łyk kawy z kieszonkowego ekspresu i od tego dnia obroty w kawiarnianych sieciówkach w okolicach warszawskiej siedziby IPN-u przy ulicy Towarowej odnotowały spadki.
Dziś również przygotował sobie ulubione espresso i właśnie unosił je do ust, gdy codzienny rytuał nietaktownie zakłócił dźwięk telefonu stojącego na biurku. Ekranik powyżej klawiatury aparatu informował, że dzwoni Gabinet Prezesa, jakby pomieszczenie, w którym urzędował szef instytutu, potrafiło samodzielnie podnosić słuchawkę i wybierać numery. Jakub Kania wahał się przez chwilę, ale poczucie odpowiedzialności wzięło górę. Odstawił mikroskopijną filiżankę i odebrał połączenie.
– Witam, panie prokuratorze – sekretarka prezesa zaczęła z uprzejmą gorliwością, jakiej uczą na szkoleniach z komunikacji, a zaraz potem już mniej oficjalnie dodała coś, co weszło w nawyk milionów użytkowników telefonów komórkowych: – Może pan rozmawiać?
Kuba popatrzył krzywo na filiżankę espresso i już chciał odpowiedzieć, że gdyby nie mógł, toby nie odebrał, jednak zabrzmiałoby to obcesowo. Nigdy nie był niegrzeczny wobec kobiet.
– Oczywiście, słucham panią.
– Jeśli nie jest pan teraz zajęty, to szef prosi – zakomunikowała sekretarka.
– W tej chwili? – upewnił się Kuba.
– Jeśli to możliwe, tak.
Prokurator potwierdził, że będzie za kilka minut, i przełknął kawę, zastanawiając się, o co może chodzić. Prezes wzywał do siebie wyłącznie w sprawach śledztw szczególnej wagi, a że Instytut Pamięci Narodowej ma zupełnie inny temperament niż wydział zabójstw w nowojorskim Bronxie, pośpiech, jaki dało się wyczytać z głosu sekretarki, musiał oznaczać coś niezwykłego.
Mężczyzna zajmujący jeden z foteli dla gości w gabinecie szefa miał około siedemdziesięciu lat, szczupłą twarz, siwe włosy sięgające ramion, wąskie usta i prosty nos, a na nim okrągłe okulary w dyskretnych metalowych oprawkach. Gdyby pokazać go w telewizji wraz z wiadomością, że John Lennon nie został jednak zastrzelony przez zamachowca i nadal żyje, opinia publiczna mogłaby w to uwierzyć. Podobieństwo było uderzające.
Kuba uścisnął podaną mu dłoń i z lekkim zdziwieniem zerknął na szefa, który w tej samej chwili przedstawił gościa:
– To jest ojciec Cyprian, jeden z czterech definitorów zakonu paulinów, sprawujących najwyższą władzę w tym zgromadzeniu.
– Po ojcu generale – lojalnie uzupełnił długowłosy mężczyzna.
– Oczywiście – skwapliwie potwierdził prezes. – Po ojcu generale.
– Jestem zaszczycony. – Kuba spojrzał na zakonnika ze stuprocentowym przekonaniem, że bez tej informacji nigdy by się nie domyślił profesji starszego pana ubranego w spraną koszulę, szary sweter, wytarte sztruksowe spodnie nieokreślonego koloru i wsuwane zimowe buty o obcasach zdeformowanych przez dziesiątki, a może i setki kilometrów.
Wydawało mu się, że człowiek tytułowany definitorem rozszyfrował zamaskowany sceptycyzm tego spojrzenia, ale uśmiechnął się blado i nie powiedział ani słowa.
– Ojciec Cyprian – wyręczył go szef – zwrócił się do nas w najwyższym zaufaniu z rekomendacji pana senatora – wymienił nazwisko mocno uduchowionego polityka – z pewnym… problemem.
Zwierzchnik Kuby szukał wzrokiem porozumienia z zakonnikiem, jednak ten wpatrywał się w swoje dłonie umieszczone na zwykłej kartonowej teczce leżącej na jego udach.
– Sprawa jest w najwyższym stopniu poufna. – Prezes ściszył głos. – Ale… to już może ojciec sam…
Definitor nie podniósł oczu. Powoli otworzył teczkę i zaczął wyjmować z niej arkusze papieru, kilka kartek formatu A4 z wydrukami informacji z portali internetowych, a po nich wycinki z gazet. Odwracał je w stronę prokuratora, jakby chciał ułatwić mu zadanie. Kuba skupił się na ekspresyjnym artykule „Faktu” sprzed kilku dni.
– „Zamach na Matkę Boską Częstochowską” – przeczytał głośno tytuł i spojrzał zaniepokojony na zakonnika. – Nic nie słyszałem
– wyjaśnił.– To dobrze – uznał definitor.
– Dobrze? – zdziwił się Kuba.
– Tak. Nie chcemy wrzawy medialnej wokół tej sprawy. Oczywiście nie dało się wszystkiego ukryć przed dziennikarzami
– zakonnik serwował Kubie kolejne wycinki prasowe – ale im mniej publikacji, tym lepiej.
Klasztor w Głogówku, fot: smakksiazki.pl Prezes na wszelki wypadek kiwnął potakująco głową.
– Rozgłos to nic dobrego – dodał smutno ojciec Cyprian. – Od kiedy gazety zawarły przymierze, że nie będą pisać o fałszywych alarmach bombowych, liczba ich zgłoszeń bardzo zmalała. Ufam, że panowie o tym słyszeli. – Popatrzył pytająco na szefa IPN-u, po czym przeniósł to samo spojrzenie na Kubę. – Szaleńcy wydzwaniający z informacjami, że podłożyli ładunek wybuchowy w miejscu publicznym, rezygnują z tego pomysłu, bo nie przynosi on im sławy. Nie mogą karmić swojej chorej jaźni widokiem zdjęć w prasie, na których policjanci zamykają centrum handlowe albo budynek jakiejś instytucji, a saperzy w specjalnych kombinezonach sprawdzają obiekt. Media powinny być odpowiedzialne – uznał definitor. – Niestety…
– Gazety równie często przekręcają fakty. – Kuba postanowił zręcznie wykorzystać poglądy zakonnika. – Czy może ojciec powiedzieć, co rzeczywiście wydarzyło się w ubiegłą niedzielę na Jasnej Górze?
Siwowłosy paulin popatrzył na niego z aprobatą. Ponownie sięgnął do teczki i tym razem wydobył z niej niewielką kwadratową kopertę z foliowym okienkiem, przez które widać było znajdującą się wewnątrz płytę DVD. Ujął ją w dwa palce i uniósł jak oskarżyciel prezentujący w sądzie niezbity dowód przestępstwa.
– To nagranie z kamery ochrony. Nikt nie może się o nim dowiedzieć – zastrzegł. – Stacje telewizyjne by nas zamęczyły, naciskając na udostępnienie tego. Wyobrażacie sobie panowie, jak autentyczna relacja z zamachu na Czarną Madonnę podniosłaby oglądalność? Dlatego pokazuję to tylko panom.
Definitor znów spojrzał w oczy szefowi IPN-u, a potem Jakubowi Kani i znajdując w nich akceptację warunków umowy o poufności, zapytał:
– Czy można to gdzieś odtworzyć?
Prezes wstał ze swojego fotela, bez słowa wziął kopertę z ręki zakonnika i wyjął płytę, przytrzymując ją palcem wskazującym tak, aby nie dotykać powierzchni zapisu. Następnie lekko się pochylił, otwierając szafkę, nad którą wisiał płaski telewizor. Wewnątrz znajdował się odtwarzacz DVD. Mężczyzna wolną ręką nacisnął klawisz wysuwający szufladę urządzenia, po czym ułożył na niej płytę z namaszczeniem kapłana podającego komunię. Odtwarzacz automatycznie ją połknął i w tej samej chwili ekran telewizora ożył.
Nagranie nie było najlepszej jakości, ale w półmroku kaplicy dało się zauważyć gromadkę kobiet przez obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Kamera wycelowana w ołtarz pokazywała je z tyłu. Jedne klęczały wyprostowane, niemal wyprężone w religijnym uniesieniu, z dłońmi złożonymi do modlitwy i twarzami zwróconymi w stronę cudownego obrazu, inne skulone ze wzrokiem wbitym w posadzkę, jakby uginały się pod ciężarem próśb. Wszystko działo się w ciszy. Urządzenie nie rejestrowało dźwięku, tylko czas. Licznik w prawym dolnym rogu ekranu, obracający pierścienie z ułamkami sekund, sekundami, minutami i godzinami, pokazywał 7.56.
Nagle pątniczki roztrąciła jakaś siła. Jeszcze nie było jej widać, ale za moment zmaterializowała się w postaci mężczyzny przeciskającego się w stronę ołtarza. Pokonał sznur oddzielający go od wiernych, ściągając z ramienia torbę. Wydobył z niej ciemne kule wielkości piłki tenisowej. Przez chwilę ważył je w dłoni, celował, a potem zaczął rzucać w obraz. Jedna z nich eksplodowała na twarzy Czarnej Madonny, po której ściekała teraz smolista substancja.
Kuba nie wytrzymał. Zdecydowanym ruchem sięgnął po pilota leżącego na stoliku i wybrał przycisk pauzy. Nagranie zastygło w scenie grozy, podobnie jak ręka zamachowca podniesiona na największą polską świętość.
Zakonnik z prezesem jak na komendę popatrzyli na niego zdumieni i oburzeni, jakby popełnił świętokradztwo gorsze od tego zarejestrowanego przez kamerę.
– Przepraszam – usprawiedliwił się prokurator. – Ale czym ten człowiek rzuca?
– Policja wydała oświadczenie, że szklanymi bańkami wypełnionymi czarną farbą nitro – powiedział definitor. – Jednak to były żarówki.
– Żarówki? – Kuba lekko uniósł się w fotelu.
– Tak – potwierdził zakonnik. – Po wszystkim znaleźliśmy pod ołtarzem metalowe końcówki z gwintami.
Twarz Kuby przybrała wyraz skupienia.
– Ale jak wlać farbę do żarówek? – spytał.
Ojciec Cyprian popatrzył wymownie na jego przełożonego.
– No właśnie – rzekł po chwili namysłu. – Oczywistych pytań, których nie zadano w tej sprawie, jest więcej. Odnosimy wrażenie, że policja przeprowadziła dochodzenie niezbyt wnikliwie.
– Niezbyt wnikliwie? – Kuba wszedł mu w słowo. – Przecież
– wskazał ręką leżący na stoliku artykuł „Faktu” – ujęli sprawcę i wyjaśnili przyczyny zamachu.– Tak jest – zgodził się zakonnik, ale była w tym stwierdzeniu jakaś pretensja. – Prowadzący śledztwo orzekli, że człowiek, który zaatakował obraz, owładnięty jest obsesją religijną. Od kilkudziesięciu lat podkreśla swoją wrogość wobec rzeźb i malowideł sakralnych, a zwłaszcza wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, nazywając go „bałwanem paulinów”. Widziałem materiały z przesłuchań. Zamachowiec powtarzał wielokrotnie, że celowo przyjechał z Dolnego Śląska, aby zniszczyć obraz, i jest dumny ze swojego czynu.
– O co zatem chodzi?
Definitor wbił w Kubę wzrok.
– Widzi pan, policja, biegli psychiatrzy i chyba wszyscy w Polsce są przekonani, że ten człowiek działał z pobudek nienawiści. Tymczasem on utrzymuje, że zrobił to z miłości do Matki Bożej… – Ojciec Cyprian zawiesił głos i przez moment zatrzymał się jak nagranie wideo, które znieruchomiało na ekranie telewizora.
– Przyjechałem do panów – oświadczył dobitnie – bo obawiamy się, że mówi prawdę.Dokładnie w tym samym czasie, niecałe dziesięć kilometrów na południe od siedziby IPN-u, na lotnisku im. Chopina wylądował samolot z Moskwy, a na jego pokładzie człowiek, którego w pewnych kręgach tytułowano Szamanem.
Nie pozwalał na używanie tego określenia w swojej obecności, oburzając się, że nie jest dzikusem z kościanym kółkiem w nosie, ale w głębi duszy uznawał to za pochlebstwo. Święcie wierzył w przywództwo duchowe i zdolność hipnotyzowania ludzi. Potrafił sprawić, że okazywali absolutną lojalność, wierność i dyskrecję. Właśnie na tym przez ostatnie dwadzieścia parę lat zbudował potęgę swojej organizacji. Chciał, aby nazywać ją Wspólnotą.
Wspólnota była imperium, jednak nikt poza Szamanem nie znał jej rozmiarów ani skali. Żadne z pięciorga szefów regionów nie wiedziało nawet, którędy przebiega granica między ich terytoriami. To samo dotyczyło ludzi stojących niżej w hierarchii. Szaman miał ich dwustu, może trzystu, ale jego podwładni nigdy nie spotykali się na zjazdach, zgromadzeniach czy imprezach integracyjnych. Mieli bezgranicznie wierzyć w przywódcę, robić swoje i trzymać język za zębami.
Wywiązywali się z tego bez zarzutu, również dlatego, że większość w ogóle się nie znała. Niewykluczone, że niektórzy z nich jechali w jednym przedziale tego samego pociągu, byli na tym samym seansie kinowym lub odpoczywali leżak w leżak na plaży w Szarm el-Szejk, nie wiedząc, że ci obok też należą do Szamana.
Sytuację ułatwiał fakt, że Wspólnota oficjalnie nie istniała. Nie miała osobowości prawnej, centrali ani siedziby. Biur ani infolinii. Sekretarek, działu kadr ani księgowości. Strony internetowej ani REGON-u. Nawet numeru identyfikacji podatkowej, choć rokrocznie przynosiła wielomilionowe zyski.
Szaman dbał o nią osobiście. Osobiście też rekrutował specjalistów, bez których nie mogłaby działać jak należy, dlatego często wyjeżdżał do Rosji, na Białoruś i Ukrainę. Jego zaufani ludzie w Moskwie, Mińsku lub Kijowie znajdowali odpowiedniego człowieka i zapowiadali, że przyjedzie do niego gość z Polski. Szaman zawsze jechał sam i rozmawiał w cztery oczy. Nikt nigdy mu nie odmówił. Specjaliści kilka dni po jego wizycie pakowali walizkę i przenosili się na jakiś czas do Zielonej Góry, Tczewa albo Radomia. Tam, gdzie wskazał Szaman.

Maciej Siembieda, fot: Renata Dąbrowska/Wydawnictwo Agora Cenił specjalistów ze Wschodu – doświadczeni, nie znali języka, więc odzywali się tylko wtedy, kiedy musieli, i nie mieli wygórowanych oczekiwań. Ten, od którego właśnie wracał, był taki sam. Spędził rok na wojnie w Afganistanie, gdzie stwardniał, nauczył się słuchać rozkazów i nie zadawać pytań. Poza tym znał się na rzeczy. Warto było lecieć do Moskwy, a potem tłuc się przez trzy godziny wynajętym samochodem do Jegoriewska. Za to na miejscu wystarczył kwadrans rozmowy i na koniec krótki uścisk dłoni wyrażający wzajemną aprobatę warunków.
Szaman nie krył zadowolenia. Wychodząc z bramki w terminalu przylotów, dostrzegł kątem oka, jak zbliża się do niego starszy mężczyzna w białej koszuli i tanim garniturze. Przywitał przywódcę Wspólnoty z należnym szacunkiem i sięgnął po rączkę jego plastikowej walizki. Był kierowcą. Woził go od kilkunastu lat, dbał o sprawność i blask jego samochodów, znał swoje miejsce w szyku i odzywał się tylko wtedy, gdy zachodziła taka potrzeba.
Szaman nie uznał za stosowne odpowiadać na jego powitanie.
– Zaczekaj tu – rzucił krótko, oddalając się w kierunku toalet.
Wszedł do męskiej, odczekał, aż jakiś ciemnoskóry chłopak skończy suszyć ręce, po czym pochylił się nad rzędem umywalek i zbliżył twarz do lustra, uważnie przyglądając się swoim włosom. Miał obsesję na ich punkcie. Kupował najdroższe kosmetyki i odżywki, co dwa tygodnie korzystał z usług markowego salonu fryzjerskiego, do którego jeździł sto trzydzieści kilometrów do Wrocławia, a przynajmniej raz na kwartał odwiedzał renomowaną klinikę trychologii w Poznaniu. Jego włosy pieczołowicie tam badano, poddawano specjalnym terapiom leczniczym i przeszczepiano, o ile gdzieś pojawiło się parę milimetrów kwadratowych łysiny. Dzięki temu Szaman, choć kilka lat temu przekroczył pięćdziesiątkę, nadal miał czuprynę nastolatka.
Uznawszy po starannych oględzinach przed lustrem, że włosy nie ucierpiały podczas podróży samolotem, delikatnie przeczesał je palcami i potrząsnął głową, by odpowiednio je dotlenić, po czym wyszedł z toalety.
– Idź przodem – rozkazał kierowcy, a ten od razu ruszył w stronę parkingu podziemnego.
Kiedy tam dotarli, pilotem uruchomił pokrywę bagażnika audi A8L, umieścił w nim walizkę i otworzył tylne drzwi za fotelem pasażera.
Szaman zdjął lekki kożuch z jagnięcych skór, uszyty na miarę w Nowym Targu, gdzie Wspólnota miała swój silny ośrodek, rzucił na sąsiednie siedzenie i zajął miejsce w samochodzie. W uchwycie zamontowanym w podłokietniku dzielącym tylną kanapę czekał na niego kubek termiczny z ulubionym marcepanowym cappuccino, a w kieszeni przedniego fotela tablet z zestawem najświeższych wiadomości. Rano, przed wyjazdem kierowcy na lotnisko, przygotował je człowiek, który w hierarchii pełnił funkcję, jaką w każdej armii świata powierza się ordynansom. Był kimś w rodzaju hybrydy asystenta z lokajem. Na co dzień dbał o wizerunek Wspólnoty, ale jeśli sytuacja wymagała, by wyczyścić buty przywódcy albo zawiązać mu krawat, czynił to bez wahania.
Pasażer audi umościł się wygodnie, upił łyk kawy i kiedy auto opuszczało Okęcie, sunąc w stronę Raszyna, sięgnął po tablet, włączył go, nawiązał połączenie z siecią i dotknął opuszkiem palca ikony katalogu na środku ekranu. Wewnątrz znajdował się zestaw doniesień medialnych z kilku ostatnich dni, wszystko, co zdaniem jego człowieka powinno zainteresować ojca duchowego Wspólnoty.
Kierowca, zerkając dyskretnie w lusterko wsteczne, uznał, że prasówka przygotowana została jak należy. Pasażer wydawał się całkowicie zaabsorbowany lekturą. Nagle odłożył tablet i w jego twarzy zaszła jakaś przemiana. Kierowca spoglądał na niego co kilka sekund, spodziewając się poleceń. Intuicja go nie zawiodła.
– Stań na najbliższym parkingu – powiedział Szaman.
W tej samej chwili minęli centrum handlowe w Jankach i na pobliskim węźle drogowym kierowca skręcił w kierunku Sękocina. Po kilku kilometrach zatrzymał się w zatoczce sąsiadującej z niewielką leśną polaną. Miejsce gwarantowało spokój i odosobnienie, czego nie dało się powiedzieć o parkingach przy trasie katowickiej, zatłoczonych nie mniej niż obydwa pasy jezdni.
Kierowca ustawił przekładnię automatycznej skrzyni biegów w pozycji, która samoczynnie uruchamiała hamulec ręczny, i sięgnął do schowka na rękawiczki po paczkę cameli. Otworzył kartonowe wieczko, po czym bez słowa wyciągnął dłoń w kierunku tylnego siedzenia. Szaman wziął papierosa i pochylił się, aby skorzystać z zapalniczki samochodowej podanej mu sekundę później. Unikał palenia, bo mogło zaszkodzić włosom. Robił wyjątki tylko wtedy, gdy sytuacja tego wymagała. Kierowca doskonale wyczuwał te chwile i zawsze był na nie przygotowany.
Pasażer audi zaciągnął się dymem, a następnie otworzył drzwi i nie zważając na chłód, wysiadł z samochodu w samym swetrze. Zrobił kilkanaście kroków w stronę lasu. Wyglądał na spiętego i najwyraźniej intensywnie o czymś myślał.
Kierowca mimowolnie spojrzał na tablet świecący na tylnym siedzeniu auta. Wypełniał go tytuł, złożony tłustym czarnym fontem charakterystycznym dla tabloidów. Upewnił się, że Szaman nadal stoi odwrócony do niego plecami, odważniej wychylił się zza zagłówka i przeczytał półgłosem:
„Zamach na Matkę Boską Częstochowską”.
„Wotum” Macieja Siembiedy możecie kupić tutaj (klik), natomiast naszą rozmowę w miejscach związanych z fabułą, zobaczycie tutaj (klik).
-
„Wotum” jest warkoczem prawdy i fikcji. Rozmowa z Maciejem Siembiedą
Wyobrażam sobie, że są takie księgarnie, w których książki Macieja Siembiedy mogą wylądować w dziale fantastyka. Nie zdziwię się wcale, jeśli „Wotum” wyląduje tuż obok biografii Jana Pawła II oraz pozycji o roli chrześcijaństwa na przełomie wieków. Faktem jest, że Siembieda pisze o rzeczach nieprawdopodobnych, przynajmniej na pierwszy rzut oka – dowiódł tego przecież w poprzednich książkach, chociażby w „Gambicie”. Teraz wziął na warsztat najcenniejsze dla wielu Polaków dzieło sztuki, czyli obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, do którego ciągną na Jasną Górę pielgrzymki z całego kraju. Czy słusznie? A może pątnicy powinni zaznaczać na mapie inny punkt i kierować się nie do Częstochowy, a w kierunku województwa opolskiego? Podczas potopu szwedzkiego obraz Czarnej Madonny został ukryty właśnie tam, ale czy wrócił na swoje pierwotne miejsce? Gdzie jest oryginał, a gdzie kopia? Zdaję sobie sprawę, że za same takie rozważania można dostać po głowie, a w najlepszym wypadku nie zostać rozgrzeszonym przez proboszcza. Gwarantuję Wam, że będziecie czytać tę książkę z zapartym tchem, a kilka razy powiecie sami do siebie, że prawda potrafi być o wiele bardziej nieprawdopodobna niż fikcja. Odzwiedziłem z autorem miejsca ważne dla „Wotum”, obejrzyjcie efekt tej wietrznej wyprawy.



