Tag: wydawnictwo agora

  • Kim jest Jakub Kania, bohater stworzony przez Macieja Siembiedę?

    Dane pobrane z opisów postaci w powieściach „444” i „Miejsce i imię” po wrzuceniu do programu graficznego dają rezultat jak na obrazku. Tak wygląda Jakub Kania w wyobraźni komputera.

    Jakub Kania

    A w wyobraźni autora? Bohater trzech (wliczając „Wotum”) powieści Macieja Siembiedy urodził się w 1970 roku w Gdyni, skończył prawo, zrobił aplikację prokuratorską i pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie jako ekspert od trudnych spraw z przeszłości. Ma zdrowe podejście do swojego miejsca pracy, dlatego w „Miejscu i imieniu” odchodzi z IPN aby zrealizować prywatne zlecenie izraelskiego „Ipeenu”, czyli Jad Waszem (co po hebrajsku znaczy właśnie „Miejsce i imię”).

    Jakub nie jest typem twardziela z dymiącym rewolwerem i nie wdaje się w walkę wręcz ze złymi facetami, co byłoby dla niego fatalne w skutkach. Posługuje się intelektem, konsekwencją, uporem i dociekliwością, która każe sprawdzać każdy szczegół. A zwłaszcza te, w których mieszka diabeł. Nie ma problemów alkoholowych ani mrocznych tajemnic, za to ma zasady, które czynią z niego człowieka, na którym można polegać. Kocha Kasię (poznali się podczas rozwiązywania zagadki obrazu Matejki w powieści „444) oraz ich dwie córeczki. Lubi jeść. Korekta: Bardzo lubi jeść.

    Chciałbym mieć takiego kolegę – mówi o Jakubie Kani Maciej Siembieda. – To sympatyczny gość, trochę fajtłapa, ale też facet niezawodny, nieugięty strażnik dotrzymywania słowa i niedzisiejszej, wręcz niemodnej lojalności, uczciwości i przyzwoitości. Zależy mi, aby pozostał naturalny dlatego staram się nie kreować jego portretu psychologicznego, trzymając się reguły, że książki, których jest i będzie bohaterem, były książkami „z Jakubem Kanią”, a nie „o Jakubie Kani”.

    A skoro już padło słowo „będzie”: Pielęgnuję dwa pomysły na opowieści z udziałem Kuby. Pierwsza to frapująca i jak zawsze prawdziwa zagadka pewnego żołnierza pewnego oddziału partyzanckiego walczącego w moich rodzinnych stronach podczas wojny. Człowieka o niezwykle ciekawej przeszłości, ale i wyglądzie, bo połowę twarzy miał wykonaną z metalu, co było nie lada osiągnięciem ówczesnej chirurgii plastycznej. Śledztwo Kuby w sprawie tej postaci, doprowadzi go do mrocznej tajemnicy zemsty plemiennej dwóch świętokrzyskich klanów i wielu, bardzo wielu zaskoczeń.

    I drugi pomysł, który pochłania mnie coraz bardziej, to prawdziwy horror. Makabryczne odkrycie na Śląsku wiodące do tajemnic eksperymentów medycznych o rezultatach, które mogą wywołać osłupienie. Już zacieram ręce słysząc głosy oburzenia, że zarówno znalezisko jak i szczegóły prac w laboratoriach naukowych to dowód mojego odurzenia lub chorej fantazji. Cieszę się, że znów będę mógł udowodnić, że to, co opisałem wydarzyło się naprawdę i jest stuprocentowo autentyczne. A to z Kubą lubimy najbardziej.

  • „Historia Internetu jest historią miłosną”. Rozmowa z Wojciechem Orlińskim

    Paul Baran to człowiek, dzięki któremu możecie obejrzeć tę rozmowę. Wojciech Orliński odkurzył postać Polaka, którego życie to książkowy przykład American Dream. Miał pomysł, chociaż wszyscy pukali się w czoło, bo przecież jak można zamawiać jedzenie za pomocą jakiejś sieci siedząc w domu na kanapie? Tymczasem Baran zarobił gigantyczne pieniądze i zrewolucjonizował życie ludzi na całym świecie. Być może, gdyby nie pewna kobieta z ciężkimi walizkami, to Wojciech Orliński musiałby napisać książkę o kimś zupełnie innym. Skąd więc dziennikarz wytrzasnął w ogóle Paula Barana? Rozmawiamy też o Sztokholmie śladami Stiega Larssona i szukamy wydawcy na kolejne książki Pana Wojtka 😉 

     

  • Telegramy do Jana Pawła II i Edwarda Gierka. Fragmenty książki „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało”

    Mam szczęście, bo ciągle żyję – przyznaje Krzysztof Wielicki, jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii himalaizmu. Jego reporterska biografia to opowieść o determinacji w dążeniu do celu, sztuce cierpienia na ośmiotysięcznikach, śmierci, związanych z nią dylematach moralnych, miłości, a także cenie, jaką trzeba zapłacić za sukces. To historia jednego z ostatnich Lodowych Wojowników. Człowieka, który zdobył wszystko i znalazł powód, aby powiedzieć sobie dość. Ta biografia to także opowieść o tym, jak bardzo zmieniło się środowisko: od pełnych pasji wspinaczy amatorów, po skupionych na sobie profesjonalistach. Łapcie kilka fragmentów książki „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało”, którą Dariusz Kortko napisał razem z Marcinem Pietraszewskim. Odpowiadając od razu na pytanie: tak, już jest w księgarni, można kupować. 

    Teraz albo nigdy. Pozostali po kolei rezygnują: Andrzej Zawada wykończony, Ryszard Szafirski po nocy na Przełęczy Południowej opada z sił, Andrzej „Zyga” Heinrich nie chce próbować, Marian Piekutowski nie da rady iść do góry. Zakopiańczycy Ryszard Gajewski i Maciej Pawlikowski schodzą. Reszta od dawna siedzi w bazie. Zaczynają się pakować. Oficer łącznikowy, mister Sharma, przypomina Andrzejowi Zawadzie, kierownikowi polskiej zimowej wyprawy na Mount Everest: – Jutro ostatni dzień zezwolenia. Do góry idą tylko Leszek Cichy z Warszawy i Krzysztof Wielicki z Tychów. Bardziej doświadczony jest Cichy, wspina się już od dziesięciu lat. W 1975 roku wszedł częściowo nową drogą na Gaszerbrum II, ma więc na koncie ośmiotysięcznik. Ale nie zimą. Rekord wysokości Wielickiego to Pik Komunizma w Pamirze, 7495 metrów. Rok wcześniej wszedł nową drogą na szczyt Annapurny Południowej, ale to tylko 7219 metrów. Też latem. Na ośmiu tysiącach nigdy nie był.

    15 lutego 1980 roku pozwolenie się kończy, a Cichy z Wielickim siedzą w obozie trzecim. Szczyt jest o 1698 metrów wyżej – daleko. Iść, nie iść? Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, przekazuje przez radio wiadomość do bazy pod Everestem: władze zgodziły się przedłużyć o dwa dni pozwolenie na zdobycie szczytu. Mister Sharma chwali się w bazie: – To moja zasługa!

    Krzysztof Wielicki, rok 1980, Everest. Fot: materiały Wydawnictwa Agora

    ***

    Zdążą?

    Warto spróbować. Albo teraz, albo koniec marzeń. Wielicki:

    Czuliśmy się jak kamikadze, jak niewolnicy misji gotowi do jej wypełnienia. 16 lutego, sobota. Budzą się wcześnie rano. Nie muszą się naradzać, wiadomo, że pójdą. Nastroje dobre, samopoczucie wyśmienite. Konieczne rytuały: gotowanie kawy, gorącej herbaty do termosu, przypinanie raków. Czują się mocni.

    Zaplanowaliśmy z Krzysiem Wielickim, że zabierzemy tylko po jednej butli z tlenem. Lżej i szybciej – tłumaczy Leszek Cichy. – Nawet jedna butla sporo ważyła, około siedmiu kilogramów. Do tego reduktor, maska, radio Klimek z baterią, dodatkowe dwa i pół kilograma. Było co nosić. Mieliśmy więc każdy po butli czterolitrowej, po dwieście atmosfer. Policzyliśmy: ponad osiemset litrów tlenu na głowę. Jeśli będziemy zużywać dwa litry na minutę, wystarczy nam na czterysta minut, czyli około siedmiu godzin. Dość, by wejść na szczyt. A potem? Schodzić jak najszybciej.

    Do Przełęczy Południowej docierają w cztery godziny, choć zwykle idzie się sześć. Nie czują zmęczenia. Na przełęczy rozbijają namiot. – Zimą, kiedy wywiewa śnieg, odkrywają się tam ogromne zapasy wszelakiego dobra wyniesionego przez poprzednie ekipy – wspomina Wielicki. – Człowiek chodzi po Przełęczy Południowej jak hiena i szuka. Tu chleb się znajdzie, tu galaretki, butle z tlenem, butan.

    Uczta na wysokościach: liofilizowany kotlet cielęcy, pasztet, chrupki chleb. Potem połączenie przez radio z bazą. Prognozy są pomyślne: słaby wiatr, zachmurzenie umiarkowane, ale w namiocie temperatura wynosi minus czterdzieści dwa stopnie. Wielicki: – Na noc przygotowaliśmy sobie tlen, ale nie mogłem przyzwyczaić się do spania w masce. Tlen się skrapla, kapie na nos i usta,maska uwiera, wymusza pozycję na plecach.

    Czwarta rano. Znów gotowanie wody, herbata do termosów, śniadanie, meldunek do bazy: pogoda w normie, czują się dobrze, o siódmej rano wyjdą z obozu. To najlepszy moment, bo słońce zaczyna się wznosić. Gdy zaświeci nad przełęczą, będzie co najmniej o stopień cieplej. – Widok jasnego nieba i iskrzącego się śniegu dodawał nam otuchy. Czułem się wyśmienicie, rozpierało mnie, jakbym miał już ten Everest w kieszeni – opowiada Wielicki.

    17 lutego, niedziela. O świcie łączą się z bazą – Będziemy dzisiaj atakować szczyt – meldują. – Powodzenia, chłopaki. – Dziękujemy. Tanio skóry nie sprzedamy!

    Wychodzą z namiotu o 6.45, na zewnątrz minus czterdzieści dwa stopnie. Pierwszy odcinek jest łatwy, śnieżny kuluar osłania wspinaczy od wiatru. Co godzinę wchodzą średnio o sto osiemdziesiąt metrów wyżej. Świetne tempo, ale pogoda się zmienia, zaczyna kurzyć. Wiatr porywa sypki śnieg i dmucha nim w twarze. Pod stopami lodowisko. Wchodzą na grań, a tam też kiepsko, śnieg wywiało, trzeba iść w rakach po gołej skale. Za chwilę pole kopnego śniegu. – Czas dłużył się niemiłosiernie. Straciłem już nadzieję, że to nużące podejście skończy się kiedykolwiek – powie potem Cichy.

    Do szczytu już niedaleko, ale to najtrudniejszy odcinek. Nie można iść granią, bo śnieżne nawisy są niestabilne, można spaść razem z nimi. Nieco bezpieczniej jest pod samą granią, ale wiatr się wzmaga. Ryzykują, nie asekurują się liną, nie zakładają stanowisk. Nie ma czasu. Nim zapadnie zmierzch, muszą wejść na wierzchołek i zejść do obozu na Przełęczy Południowej. Na uskoku Hillary’ego – skale o wysokości ośmiu metrów broniącej dostępu do szczytu – wiszą stare poręczówki. Latem skała jest łatwa do przejścia, ale zimą oblepia ją gruba warstwa śniegu. Jeden nieostrożny ruch i można odpaść razem z bryłą śniegu.

    Szybka decyzja: nie będą go odrąbywać od skały, wygląda na dobrze utwardzony, zaryzykują. Szczęście im sprzyja, wdrapują się bez problemów. Widać wierzchołek? Jeszcze nie.

    Porywisty, lodowaty wiatr smagał nas po twarzach. Odwracaliśmy głowy i szliśmy z twarzami zwróconymi do stoku – wspomina Cichy. – Co chwila wydawało się, że szczyt jest tuż-tuż, że najwyżej kilka kroków dzieli nas od końca wspinaczki. A potem wchodziłem na któryś z kolejnych wierzchołków i widziałem następny, następny, następny. Dokładnie o godzinie 14.25 stanąłem na tym prawdziwym, najwyższym, najważniejszym wierzchołku. Chwilę potem Krzysiek był już przy mnie. Powinienem przeżywać największą euforię swojego życia, czuć, jak rosną mi skrzydła, albo mieć jakieś mistyczne omamy. Nic z tych rzeczy, po prostu stałem i ciężko dyszałem.

    ***

    Zawada przy radiu, przekrzykuje wiatr: – Halo dwójka, halo dwójka. Słyszycie? Gdzie jesteście? Odbiór! Nie słyszę! Wielicki: – Na szczycie jesteśmy! Na szczycie zimą! Wasza zasługa. – Hurra, hurra! – krzyczy Zawada. – Są na szczycie! Hurra, całujemy! Hurra, rekord świata!

    Wielicki: – To dzięki wam, dzięki wszystkim w bazie, w Katmandu, w kraju mogliśmy wejść. Sukces jest wspólny!

    Zawada jest podejrzliwy, chce mieć pewność, że chłopaki są na Evereście: – A jest tam triangul? Oczywiście, że jest. Konstrukcję ze stalowych rurek wznieśli Chińczycy w 1974 roku. W jednej z rurek tkwi karteczka, wiadomość od poprzedniego zdobywcy szczytu, Raya Geneta: „Jeśli chcesz się dobrze zabawić, zadzwoń do Pat Rucker w Anchorage na Alasce, pod numer 274-2602”. Podczas prelekcji na Alasce Cichy odczyta treść kartki, wszyscy będą się śmiali, bo Genet podał numer do prostytutki.

    Ale teraz wszyscy są ciekawi, jak jest na szczycie. – Zimno tu, wieje jak cholera, strasznie ciężko. Gdyby to nie był Everest, to chybabyśmy nie weszli – mówi Cichy.

    Trudny odcinek między południowym wierzchołkiem a szczytem robiliśmy półtorej godziny – relacjonuje Wielicki. – Straszne nawisy – dodaje Cichy.

    Bardzo boimy się zejścia.

    Będziemy uważać, ale mamy, mamy Everest zimą!

    ***

    Zawada szaleje z radości, łączy się z Warszawą. Hannie Wiktorowskiej, sekretarz generalnej w Polskim Związku Alpinizmu, każe powiadomić wszystkich o niesamowitym wyczynie.

    Wszystkich, czyli kogo? – dopytuje Wiktorowska.

    No wszystkich, od papieża po pierwszego sekretarza! – emocjonuje się Zawada.

    Wiktorowska skrupulatnie wypełnia polecenie. Najpierw wysyła telegram do Jana Pawła II, potem do Edwarda Gierka, pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jeszcze nie wie, jaki będzie z tego kłopot. Kolejny zgrzyt. Informacja idzie w świat, a radiooperator Bogdan Jankowski nie może się połączyć z ministerstwem turystyki w Katmandu. W Nepalu ze względu na hinduistyczne święta urzędy nie pracują. Nepalczycy bardzo pilnują, żeby informacje o sukcesach himalajskich wypraw wychodziły od nich. Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, próbuje ratować sytuację – dzwoni do jednego z urzędników w ministerstwie, ale to nieoficjalna rozmowa. O sukcesie Polaków informują już światowe agencje, Nepalczycy są więc śmiertelnie obrażeni.

    Wolna Europa podaje, że Polacy na szczycie ustawili krzyż czterometrowej wysokości. W Polsce euforia, nikt nie dementuje tej absurdalnej informacji.

    Najpierw wyciągnęliśmy flagi polską i nepalską. Próbowałem zrobić zdjęcie Leszkowi, który trzymał je w dłoniach, ale migawka w enerdowskim aparacie Certo zamarzła i ocalała tylko jedna klatka – opowiada Wielicki. – Na triangulu zawiesiliśmy różaniec poświęcony przez polskiego papieża i czterocentymetrowy krzyżyk od matki operatora filmowego Stanisława Latałły, który zginął sześć lat wcześniej na stokach sąsiedniej Lhotse. Do schowka włożyliśmy kartkę z napisem: „Polish Winter Expedition”. Leszek pozbierał ze szczytu kilka kamieni, a ja włożyłem do plastikowych torebek kilka garści śniegu, prosili o to naukowcy.

    ***

    Na dole ekscytacja, na Evereście spokój. – Przyjąłem to wejście jak coś, co nieuchronnie musiało się stać, jak coś najbardziej zwyczajnego i naturalnego – zwierzy się potem dziennikarzom Leszek Cichy.

    Wielicki: – Bałem się euforii, chciałem jej uniknąć za wszelką cenę. Wiedziałem, że sukces liczy się naprawdę tylko wtedy, kiedy „doniesie się” go do bazy.

    Pięć po piętnastej zaczynają schodzić. Najpierw idzie łatwo, kłopoty czekają przy uskoku Hillary’ego. Cichy myśli o asekuracji liną, ale Wielicki się spieszy. Szkoda mu czasu, pierwszy wchodzi tyłem na oblepioną śniegiem skałę. Wbija stylisko czekana w śnieg, sprawdza, czy jest stabilne, chwyta obiema rękami głowicę i szuka stopami kolejnego miejsca podparcia. Przy każdym uderzeniu butem w stok stopy bolą go coraz bardziej. Jest niemal pionowo, więc maska tlenowa zsuwa się mu z twarzy. Zaczyna wiać, wskaźniki w butlach z tlenem pokazują zero. Wspinacze mogą teraz wyrzucić butle, ale najpierw muszą odkręcić reduktory. Trzeba je szanować, w Polsce są trudno dostępne.

    Na wierzchołku południowym mają się połączyć z bazą, ale wolą iść dalej. Czas! Trzeba liczyć każdą minutę w strefie śmierci. – Nagle straciłem wzrok – mówi Wielicki. – Widziałem tylko białe plamy, żadnych kształtów, proporcji i barw. Przede mną biała, nieprzenikniona ściana. Utraciłem poczucie kierunku. Stałem bezradny na stoku i bałem się ruszyć. Założyłem okulary przeciwsłoneczne, które zdjąłem przy podejściu, bo wciąż zachodziły mgłą. Czekałem, aż oczy odpoczną.

    Trwa wyścig ze słońcem, które na Evereście w połowie lutego zachodzi kilka minut przed osiemnastą. Cichy: – Kiedy skręcaliśmy z grani na stok, robiło się już szarawo. W odległości około pięćdziesięciu metrów zobaczyliśmy siedzącą na śniegu sylwetkę. Hannelore Schmatz.

    Dobrze znali jej historię. Hannelore zaginęła na Evereście rok wcześniej. Razem z Amerykaninem Rayem Genetem i dwoma Szerpami schodzili ze szczytu. Też skończył im się tlen – to tak, jakby kogoś przenieść nagle z wysokości sześciu tysięcy na osiem tysięcy metrów. Tylko najsilniejsi mają szansę przetrwać taki szok. Mózg żąda tlenu, a jeśli go nie dostanie? Genet wpadł w szał, wyrzucił plecak, chciał się rozbierać, przytrzymał go Ang, jeden z Szerpów. Błagał, by jak najszybciej schodzić, ale Genet nie słuchał. Zaczął kopać w śniegu jamę, zamierzał w niej zostać na noc.

    Szerpa prosił Hannelore, żeby się ratowała i zeszła z nim niżej, ale Niemka nie miała siły. Postanowiła zostać z Genetem. Angz szedł do obozu po pomoc samotnie, z dwójką himalaistów zostawił dwudziestoletniego Szerpę Sundarego. Genet umarł w nocy. Hannelore rano próbowała zejść z Sundarem, ale po stu metrach usiadła i powiedziała cichutko: „Dajcie mi pić, bo umieram”. Już nie wstała.

    Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy ściągają jej z szyi aparat fotograficzny i łańcuszek. Odeślą to potem mężowi Hannelore. – Czy was to nie przestraszyło? Co myśleliście w tym momencie? – zapytają ich dziennikarze.

    Nic nie myśleliśmy – odpowie Wielicki. – Wyczerpany człowiek, który walczy o przetrwanie, traci wszelką skłonność do filozofowania. Bierze rzeczy takie, jakimi są. Słucha tylko własnego organizmu, myśli jedynie o tym, czy są jeszcze siły, by walczyć. Człowiek zamyka się w sobie, nie ma najbliższych, nie ma kolegów w bazie, nie ma nikogo na świecie. Jest się skupionym wyłącznie na tym, gdzie postawić stopę i co się ma przed sobą. Nie wolno myśleć o tym, co się może złego zdarzyć, jakie przeciwności trzeba jeszcze pokonać. Nie wolno panikować. Panika to wyrok śmierci.

    Powtarzałem sobie: Będziesz szedł, nie wiem, jak długo, ale w końcu dojdziesz.

    A refleksje, rozmyślania, uogólnienia? – dopytują dziennikarze.

    Przychodzą później, w domu. Nie tam, na stoku.

    Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski, fot: Anna Lewańska
  • Czy ktoś pisze jeszcze książki piórem?

    Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: tak, przynajmniej jedna osoba. Maciej Siembieda wpuścił do domu kamerę smakksiazki.pl, dzięki czemu możecie się dowiedzieć, jak powstaje „Wotum” – najnowsza książka autora, m.in. „Gambitu”. Zajrzyjcie więc za kulisy, a przy okazji dowiedzcie się ciekawych rzeczy o tym, dlaczego pisanie na papierze ma więcej plusów niż komputerowe.

  • „Gambit”, czyli najlepsza powieść, którą przeczytałem w tym roku

    Tak jak w tytule, niewiele więcej mam do dodania. Na ten moment to najlepsza powieść, którą przeczytałem w tym roku. Nie będę Wam zdradzał fabuły, bo granica jest tak cienka, że mówiąc o jednej rzeczy, mogę popsuć lekturę. Powiem tylko tyle, że gdyby Maciej Siembieda to wszystko wymyślił, to nikt by tego pewnie nie wydał. Wstrząsające jest to, że mamy do czynienia z historią, która wydarzyła się naprawdę. W głowie rezonuje do dziś, łapcie fragment.

    Wiedział, jak to się odbędzie. Przewidywał tę scenę setki razy. Śniła mu się, nieustannie była obecna w jego wyobraźni, więc zamykał oczy i potrafił odtworzyć każdy detal tego, co musi nastąpić.

    Z pewnością będzie ich dwóch. Dwóch mężczyzn bez właściwości. Ani wysokich, ani niskich, ani krępych, ani szczupłych, o bezbarwnych oczach i twarzach, do których nie da się dopasować rysopisu. Tanie krajowe płaszcze, popelinowe koszule o nieokreślonym kolorze, wypchane na kolanach spodnie z elany, zakurzone wojskowe półbuty. Dwóch smutnych panów. Ile razy słyszał to określenie? Koledzy z biura wrocławskiego Motozbytu najczęściej używali je w żartach. Brzmiała w nich wtedy złowieszcza nuta. „Nie mów źle o Gomułce, bo się zainteresują tobą smutni panowie”. „Śmiej się, śmiej z politycznych dowcipów, zobaczymy, czy smutni panowie też będą mieć poczucie humoru”. „Myślisz o wycieczce do Paryża? Chyba chcesz się spotkać ze smutnymi panami”. Reagował na te stwierdzenia bezradnym uśmiechem, chociaż wszystko w nim drżało. Nikt z kolegów nie mógł nawet przypuszczać, że jeśli smutni panowie rzeczywiście pojawią się w biurze, to właśnie z jego powodu. Że władze PRL-u nigdy nie wybaczą zniewagi, jaką jego brat rzucił im w twarz. Zniewagi, za którą teraz on będzie musiał zapłacić. Prędzej czy później. Czekał na nich codziennie od dwudziestu jeden lat.

    Weszli bez pukania i bez „dzień dobry”. Było ich dwóch. Dokładnie tacy, jak przewidział.

    Obywatel Jerzy Ostrowski? – rzucił ten z lewej, taksując twarze kilku inżynierów, zastygłe nad biurkami.

    Jestem – odpowiedział jak w szkole, zmienionym głosem. Serce podeszło mu do gardła.

    Pójdziecie z nami – stwierdził ten z lewej.

    Koledzy jak na komendę wbili wzrok w rysunki, na których hamował prototyp warszawy 210; już startowała do produkcji, gdy wyprzedziła ją licencja włoskiego fiata.

    Mogę zabrać rzeczy? – spytał.

    Tylko palto – odrzekł tym razem ten z prawej.

    Z biura wyszli bez słowa. Inżynier Ostrowski gorączkowo się zastanawiał, czy powiedzieć coś na pożegnanie, ale wszystko wydawało mu się głupie lub patetyczne. Przed budynkiem czekała nowa czarna wołga. Ten z prawej otworzył tylne drzwi i władczym ruchem głowy wskazał Jerzemu kanapę obszerną jak przedwojenna sofa. Sam zajął przedni fotel pasażera. Ten z lewej usiadł za kierownicą, co chwilę kontrolnie zerkając w lusterko wsteczne. Mechanicy przechodzący przez dziedziniec Motozbytu wciskali głowy w ramiona i stawiali kołnierze waciaków, jakby nagle przypomnieli sobie o zimie. Nikt nie patrzył w stronę samochodu. Kierowca uruchomił silnik. Jego warkot rozwiał resztkę wątpliwości. Jerzy znał ten dźwięk. Pod maską wołgi pracował potężny ośmiocylindrowy motor o pojemności pięć i pół litra. Montowano go tylko w jednej wersji GAZ-a 24; tej przeznaczonej dla rządu i służb bezpieczeństwa. Ruszyli powoli w stronę szlabanu uniesionego przez funkcjonariusza straży przemysłowej. Kiedy opuszczali teren przedsiębiorstwa, wartownik poprawił uszankę z orzełkiem, trzasnął obcasami i zasalutował.

    Maciej Siembieda, fot: Renata Dąbrowska/Wydawnictwo Agora

    Wołga pokonała kilka ulic, wreszcie zawróciła w stronę Nadodrza. Wiozą mnie do więzienia na Klęczkowskiej, przemknęło Jerzemu przez głowę. Nagle jednak skręcili w Podwale. Ostro, aż zapiszczały opony. A więc nie więzienie.Wcale go to nie uspokoiło. Zaskoczony, patrzył na domy na Krzykach, próbując zebrać myśli. Gdy znaleźli się na szosie wylotowej w kierunku Opola, odważył się zapytać:

    Czy mogą panowie powiedzieć, dokąd jedziemy?

    Cisza. Nic. Jakby pytanie w ogóle nie padło. Poczuł się skrępowany. Chrząknął, a potem lekko pochylił się w stronę kierowcy.

    Gaźnik trochę się krztusi. Słyszy pan?

    Dalej cisza.

    Pracuje nierówno – wyjaśnił, zwracając się do tego drugiego w poszukiwaniu potwierdzenia, ale tajniak ani drgnął.

    W tych radzieckich motorach, dwugardzielowych z oszczędzaczem dokończył Jerzy jakby z obowiązku – trzeba często regulować gaźnik. Najlepiej… – urwał, widząc, że mówi w próżnię. Ludzie, którzy wieźli go w nieznane, milczeli jak roboty zaprogramowane tylko na wykonanie zadania. Jerzy poczuł na plecach zimny pot. Czego ja się spodziewam?, zganił się w duchu. Wyjaśnień? Koleżeńskiej pogawędki? Oni mają rozkazy. Zlikwidować i zatrzeć ślady. Przecież za to, co zrobił brat, nie wytoczą mi procesu po dwudziestu latach. Im chodzi o wyrównanie rachunków. Kula w tył głowy i do bezimiennego dołu. Tylko dlaczego jedziemy tak daleko za Wrocław? Pewnie mają jakieś swoje miejsce. Zwykłego grobu w lesie nie wykopią, bo ziemia zamarznięta na kość. Tymczasem wołga wjechała do Siechnic, a widok kilkunastu mężczyzn przytupujących z zimna na przystanku PKS-u wywołał u Jerzego rozpaczliwy przebłysk optymizmu. Ludzie! Przecież w Motozbycie widzieli, jak go zabierają. Koledzy z biura, mechanicy na placu, wartownik. Skoro było tylu świadków, nie mogą go tak po prostu wywieźć i zastrzelić. Nie mogą, wmawiał sobie, ale lęk powrócił ze zdwojoną siłą. Pewnie pojawią się oficjalne zarzuty w sprawie brata, a on udowodni, że też jest winny, podejmując próbę ucieczki, podczas której zginie. Prasa odpowiednio to wszystko opisze, piętnując Włodzimierza i Jerzego Ostrowskich, potomków obszarników, z których pierwszy zhańbił ludowe państwo polskie, a drugi mu w tym pomagał. Po dwudziestu jeden latach został zdemaskowany i dosięgła go surowa ręka sprawiedliwości. Teraz Jerzy drżał już jak w ataku febry. Wykorzystując moment, gdy tajniak przestał obserwować go w lusterku wstecznym i gapił się na coś za szybą, sięgnął do kieszonki marynarki, w której zawsze przechowywał tabletkę owiniętą w kawałek bibułki. Szybkim ruchem umieścił ją w ustach, ale nie miał ani grama śliny. Pokonał gorycz pigułki, którą udało mu się przełknąć dopiero po minucie. Obsesyjnie myślał o tym, co prasa napisze o jego śmierci. Redagował treść notatki, zastanawiając się, na której szpalcie zostanie zamieszczona. Nagłówek w „Gazecie Robotniczej”, który podsunęła mu wyobraźnia, był na początku bardzo wyraźnym obrazem, ale po paru chwilach zaczął tracić ostrość i kształt czcionek, wreszcie rozmył się jak farba spłukana strumieniem wody.

     

  • Dlaczego warto…czytać mniej? Marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznijmy od ciekawostki: wiecie czym jest przeciążenie informacyjne? W dużym skrócie i uproszczeniu jest to sytuacja, w której otrzymujemy tak wiele różnych informacji, że nasz umysł nie wytrzymuje i przestaje je rejestrować. To znaczy nadal przepływają one przez naszą głowę, ale przestajemy mieć wpływ na to, co w niej zostaje, nie analizujemy też, czy dana wiadomość to szum czy informacja w jakiś sposób dla nas istotna. Oczywiście w zaistniałych okolicznościach nie jesteśmy też w stanie zweryfikować samego komunikatu. Najczęściej polegamy więc na tym, co się nam powie.

    Kilka lat temu znany brytyjski mentalista Derren Brown eksperymentował z przeciążeniem informacyjnym próbując płacić sprzedawcom w sklepach czystymi kartkami papieru zamiast pieniędzmi. Zanim jednak sięgał po portfel, wciągał ich w konwersacje w których zasypywał ich tyloma różnymi komunikatami – jednocześnie wymagając tak wielu różnych odpowiedzi – że jego rozmówca zwyczajnie się gubił. Czy naprawdę do tego stopnia, by jego umysł nie rozróżniał białych kartek od pieniędzy? Tak twierdzi Brown i jego ukryta kamera.

    Niezależnie jednak od tego, czy rzeczywiście tak było w tamtym przypadku czy nie, przeciążenie informacyjne nie tylko istnieje, ale doświadczamy go na co dzień. Czym innym bowiem wytłumaczyć, że nie reagujemy na jawne próby zrobienia nas w durnia?

    Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Hasła reklamowe na książkach. Niby drobiazg, bo któżby się nimi kierował, ale z drugiej strony są ważne, bo to często te zdania, które zapadają w pamięć. Zawarty w jednym, dwóch zdaniach komunikat, który niczym haczyk ma się wbić w nasze mózgi i tam zostać aż świadomie zainteresujemy się tytułem. Nie musi być prawdziwy. Ba, czasem jest paskudną, kłamliwą bzdurą, którą ktoś tworzy z pełną premedytacją, wiedząc, że w zalewie informacji, nikt nie będzie hasła analizował, zastanawiał się nad nim. Po prostu przyjmie i już.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    By nie być gołosłownym. Niedawno znalazłem w księgarni piąty tom książki Michaela Dobbsa „House of cards” wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Znak Literanova. A na nim, nad nazwiskiem autora hasło:

    „Książka na podstawie której powstał najpopularniejszy serial XXI wieku”.

    Brzmi mocno, prawda? Dumnie dla wydawcy, że dorwał taki tytuł i zachęcająco dla czytelnika, bo przecież najlepszy serial wieku to nie w kij dmuchał. Nawet jeśli ten wiek trwa dopiero niecałe dwadzieścia lat. Tyle, że to całkowita nieprawda!

    Gwoli przypomnienia lub uświadomienia na spokojnie: chodzi o ten sam wiek, w którym HBO zaprezentowała między innymi: „Kompanię braci”, „Rodzinę Soprano” czy, uwaga, uwaga, „Grę o tron”!

    To to samo stulecie w którym pojawiły się mało u nas popularne, ale uwielbiane i chętnie oglądane w Stanach seriale takie jak „The Walking Dead” czy „Supernatural”. To stulecie doktora House’a, którego oglądaliśmy przecież tak chętnie. Że już nie wspomnę nawet o wszelkich CSI, NCIS, które rosną w sezony i pączkują spin-offami albo o sitcomach jak chociażby te od Chucka Lorre’a: „The Big Bang Theory” i jeszcze popularniejsze „Two and half man” ze średnią oglądalnością powyżej piętnastu milionów widzów!

    W całym tym serialowym zamieszaniu serialowy „House of Cards” to ledwie średniak, w dodatku z oglądalnością spadającą sukcesywnie aż do dramatycznych jak na tak kosztowną produkcję wyników oglądalności szóstego sezonu.

    Czyli uraczono nas ordynarnym kłamstwem. Ofiarowano brownowskie białe kartki papieru, a my się nie zorientowaliśmy, po prostu przyjmując informację świadomie, albo podświadomie. A często, co jeszcze gorsze, puszczamy później taki bzdurny slogan w świat zwiększając szum czyli tym samym generując idealną sytuację dla coraz większych przeciążeń.

    Inny przypadek to głośna ostatnio sprawa wydawnictwa Agora, które jednego dnia chwali się tym, że wykupiło erotyczny magazyn „Twój weekend” aby go zamknąć i w ten oto sposób symbolicznie domknąć też erę seksizmu i przedmiotowego traktowania kobiet. To samo wydawnictwo chwali się, że podpisało kontrakt z Blanką Lipińską i wyda trzeci tom jej pornograficznej serii, w której kobiety traktowane są jako seksualne zabawki. Dwa newsy podane nam w przeciągu miesiąca. Gdyby nie przeciążenie informacyjne, pewnie zarejestrowalibyśmy, że ktoś tutaj robi z nas kretynki i kretynów, ale w sytuacji, w której się znaleźliśmy nikt nie ma na to wolnych zasobów. Rejestrujemy więc te dwa wydarzenia jako zupełnie ze sobą niepowiązane.

    Jak to działa w praktyce? W poradniku „Pisanie na chłodno” najpopularniejszy polski pisarz Remigiusz Mróz mówi o tym jak powstają jego książki. Mówi między innymi o pisaniu około dwudziestu stron dziennie, dzień w dzień przez cały rok. Powinno dać nam do myślenia, bo przecież taka liczba stron każdego dnia to proszenie się o przeciążenie umysłu w tydzień, dwa. A co dopiero w skali roku, czy – jak w przypadku Remigiusza – kilku lat? Nie da się analizować tylu informacji w takim tempie i Remigiusz nie jest od tej reguły wyjątkiem, a właśnie idealnym przykładem. W jego prozie łatwo zauważyć iż nie analizuje on przyswojonych informacji, a po prostu je wprowadza. Nie zauważa też, że stoją one w sprzeczności z tymi już wprowadzonymi wcześniej. I nic dziwnego, bo zwyczajnie nie ma na to czasu.

    Jednocześnie, co bardzo ironiczne, nikt tego przykładu nie widzi. Bo fakt, że w zasadzie większość książek Remigiusza nie spina się fabularnie, jest kompletnie nielogiczna, a rozwiązania nieprzemyślane i pretekstowe nie ma znaczenia, gdy my sami, przeciążeni, nie analizujemy dostarczanych nam informacji. Przeciążenie informacyjne autora, skutkujące taką a nie inną książką, zderza się z przeciążeniem informacyjnym odbiorcy, którego szum tak już zobojętnił i wyjałowił, że ten nie poddaje czytanych treści pod wątpliwość.

    Wróćmy jeszcze na chwilę do Derrena Browna. Mentalista próbował sztuczki w kilku miejscach – w sklepie rybnym, u jubilera – i udawało się wszędzie, tylko nie… u ulicznego sprzedawcy hot-dogów. Dlaczego? Bo tego człowieka ulica nauczyła odpowiednich reakcji. Kilka razy się pewnie sparzył, wiedział, że wielu będzie go chciało oszukać i już na dzień dobry poddawał pod wątpliwość intencje klientów. I patrzył im na ręce.

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Ktoś zapyta: czy tego właśnie chcesz? Żeby czytelnicy patrzyli pisarzom i wydawcom na ręce, zakładając, że ci mogą ich oszukać? I odpowiadam: TAK! Dokładnie tego chcę!

    Chcę, żebyśmy zrozumieli wreszcie, że należy pieprzyć wszystkie blogowe wyzwania czytelnicze, czy systemowe zachęty do czytania większej liczby książek! Nie powinniśmy się wstydzić tego, że jako Polacy czytamy mało, tylko tego, że czytamy nieudolnie, że nie umiemy czytać! Że idąc na ilość wzmagamy szum informacyjny i wspomniane wyżej przeciążenie, a bzdurnym gadaniem, że o gustach się nie dyskutuje zamykamy usta wszystkim, którzy mogliby nas przed czymkolwiek przestrzec. Oczywiście, że dyskutuje się o gustach! Nie dyskutujemy w zasadzie o niczym innym!

    Wyśmienity amerykański komik George Carlin powiedział kiedyś, że ważne jest nie tyle uczenie ludzi czytania, ale uczenie ich wątpienia w to co czytają, kwestionowanie tego. Tylko wtedy to ma sens. I nieważne czy bierzemy do ręki kryminał czy zbiór reportaży. Szczerze mówiąc wolałbym, żeby przeciętny czytelnik, podejmujący wyzwanie pięćdziesięciu dwóch książek rocznie przeczytał zamiast tego sześć, po jednej na dwa miesiące. Ale przeczytał naprawdę, zastanawiając się nad motywacjami bohaterów, zastanawiając czy podane przez autora rozwiązanie ma sens czy nie. Bo często nie ma!

    Chciałbym, by wybierał lektury uważnie. By, wchodząc do księgarni, wziął do ręki książkę, przeczytał hasło na okładce i zapytał: naprawdę? Najpopularniejszy serial ostatnich dwudziestu lat? Sprawdźmy, mam przecież telefon z Internetem. A! Mam Was, kłamliwe gnojki! Ten serial nie jest nawet w pierwszej dwudziestce! To pieprzę Waszą książkę, oszuści!

    Bo przy obecnym szumie informacyjnym i sposobie dobierania lektur, przy obecnym naszym podejściu do procesu czytania, przeciążeniu, możemy właściwie wchodzić do księgarni i brać książki na chybił trafił. I tak nie będzie to miało najmniejszego znaczenia.

    Jakub Ćwiek

  • Wiosna, ach to ty! Co przeczytać w marcu?

    Wiosna (nie łączyć z polityką) zbliża się wielkimi krokami, w końcu będzie można czytać w plenerze. Może jeszcze nie w marcu, chociaż pewnie będą takie dni, że usiądziemy z lekturą na ławce. Co przeczytać? Co wybrać? Na co wydać pieniądze? Serwuję Wam listę książek, które bym kupił w ciemno. Czy skorzystacie, to już zależy od Was, ale polecam. Smacznego! Aha, klikając na okładki, przeniesiecie się na stronę ze szczegółami dotyczącymi danej książki. 

  • „Pisząc o przeszłości okazało się, że piszemy książkę współczesną”

    Od razu uprzedzam, że historia zdjęcia głównego wyjaśni się już w pierwszych zdaniach naszej rozmowy. Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz napisali książkę, która może być jedną z najważniejszych tegorocznych pozycji w swojej kategorii. Cofnijcie się o pięćdziesiąt lat, przeczytajcie o tym, jak Gliwice stały się polską stolicą hipisów, w jakiś sposób pewna rodzina ze Świnoujścia przepłynęła Bałtyk i dotarła do Danii, dowiecie się także o sprawach, o których być może nie chcecie pamiętać, ale autorzy bez znieczulenia Wam je przypomną. Premiera książki „1968. Czasy nadchodzą nowe” już jutro. Aha, jak sądzicie, czy jeśli dostaje się Literacką Nagrodę NIKE, to trzeba w domu zmywać garnki? Tego również dowiecie się z naszej rozmowy.

     

  • „Internet jest naszą pamięcią zewnętrzną”

    Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest z polszczyzną w internecie? Dbamy o nią, czy piszemy jak popadnie? Na szczęście jest profesor Bralczyk, który rozwiąże każdy językowy problem. No i przy okazji dowiecie się, czy profesor ma konto na Facebooku. Miłego oglądania.