Tag: wydawnictwo muza
-
„To miał być współczesny kryminał”. Ryszard Ćwirlej o „Upiorach spacerujących nad Wartą”
Dwanaście lat. Tyle upłynęło od premiery pierwszej książki Ryszarda Ćwirleja. Z tej okazji kilka dni temu „Upiory spacerują nad Wartą” zostały wznowione. Żeby to uczcić, poszedłem z autorem w miejsce, gdzie pewien wędkarz znajduje ciało kobiety pozbawione głowy. Co dwanaście lat po premierze o książce sądzi Ćwirlej? Dlaczego książka rozpoczyna się w 1985 roku? Zobaczcie sami.
-
Przeczytajcie fragment „Śmierci z ogłoszenia” Grzegorza Kalinowskiego
Warszawa 1664
Nie miała to być zwykła niedziela, królowa pani postanowiła mieszkańcom Warszawy, dworzanom, wojskowym i kupcom, których były w mieście całe tłumy, dać trochę rozrywki. I to nie byle jakiej, nie prostych pokazów linoskoczków czy treserów ze zwierzętami, a prawdziwy teatr.
Nie wszystkim przedstawienie było jednak w smak, bo szybko rozeszła się wieść, że będzie to popis gości królowej pani, jej francuskich faworytów, dworzan i innych obiboków, którzy panoszyli się nie tylko na dworze, ale i w mieście.
Francuzi Marii Gonzagi wystawili opowieść o tym, jak ich król pokonał cesarza niemieckiego. Aktorzy szybko przekonali do siebie widzów, którym wydawało się, że oto na ich oczach najprawdziwszy król Francuzów odbiera hołd od pokonanego cesarza. Reagowano żywiołowo, krzyczano, klaskano, podpowiadano… Jeden z konnych wydarł się nawet: „Zabijcie tego takiego syna, kiedyście już porwali! Nie żywcie go, bo jak go wypuścicie, będzie się mścił, będzie wojnę mnożył, będzie krew ludzką rozlewał, a tak nie będzie nigdy miał świat pokoju; skoro zaś zabijecie, król jegomość francuski osiągnie imperium, będzie cesarzem, będzie, da Pan Bóg, i naszym królem Polskim
[…]. W ostatku, jeżeli wy go nie zabijecie, ja go zabiję!”1. To mówiąc, a widząc, że nikt na scenie nie ma zamiaru cesarza ani ścinać, ani też wtrącać do lochu, chwycił za łuk i wystrzelił. Strzała doszła celu, a posłana z całej siły, jaką miał łucznik, przeszyła aktora grającego cesarza na wylot. Widzowie wpadli w szał. Inni też sięgnęli po łuki i naszpikowali francuskich aktorów strzałami. Ci, co przeżyli, rzucili się do ucieczki, a po chwili zniknęli też strzelcy, którzy chcieli poprowadzić przedstawienie tak, jakby było dziejącą się na ich oczach prawdziwą historią.
Mówiono później, że nic się nikomu nie pomieszało, bo każdy pretekst był dobry, by nielubianym Francuzom wy- rządzić jakąś krzywdę. Wyrządzono, i to wielu, i do tego najcięższą. Królowa pani, Maria Gonzaga, była wzburzona, lecz nawet rozkaz króla pana, Jana Kazimierza, nie pomógł. Pościg był bezowocny, żaden z zabójców nie został pojmany i ukarany, jakby zwyczajnym było, że widz może wejść w środek przedstawienia i urządzić je po swojemu.
Warszawa 1931
Siąpiło, wiał nieprzyjemny listopadowy wiatr i nawet na Marszałkowskiej, najgorętszej ulicy Warszawy, było nieprzyjemnie. Tajny ajent Jakub Bond postawił kołnierz prochowca i głębiej wcisnął kapelusz na głowę. Gdyby było lato i środek dnia, pewnie nie postawiłby kołnierza, za to mógłby założyć przeciwsłoneczne okulary. Dla niego każdy sposób, żeby być człowiekiem bez twarzy i wtopić się w tłum, był dobry. Co innego mężczyzna, za którym podążał. Ten wyróżniał się na tle innych przechodniów, było w nim coś wyjątkowego. Miał sprężysty chód, wyprostowaną sylwetkę, ubranie od góry do dołu świadczące o jego klasie i pozycji: dobre buty, pewnie od Hiszpańskiego, kapelusz, ani chybi z domu mody Hersego, i garnitur z bielskiej wełny, szyty na miarę podług najnowszych europejskich mód w pracowni Zaremby lub innego mistrza nożyc i igły.
Emanujący szykiem i elegancją mężczyzna nazywał się Romuald Sarnicki i jeśliby zadać ludziom pytanie, kim jest, zapewne wielu odpowiedziałoby, że ziemianinem lub przemysłowcem. Równie wielu wzięłoby go za oficera w cywilu. Każda z tych odpowiedzi byłaby bliska prawdy, ponieważ Sarnicki pochodził z ziemiańskiej rodziny, miał dużo wspólnego z przemysłem, z wykształcenia był inżynierem, był też majorem Wojska Polskiego – osobą bardzo wpływową i znającą wiele tajemnic państwowych.
Romuald Sarnicki szedł Marszałkowską od Pięknej w kierunku Alej Jerozolimskich, zbliżając się do centrum miasta, które kwadrans na dziesiątą wieczorem dawało wiele możliwości. Mógł iść do któregoś z kin, do hotelu Polonia Palace, baru Pod Setką albo do teatrzyku Ananas. A może po prostu spieszył się na Dworzec Główny? Idący za nim tajny ajent nie musiał się zastanawiać. Był pewny, że Sarnicki nie dojdzie do Alej Jerozolimskich, tylko skręci w lewo, w Nowogrodzką, że jego celem będzie skrzyżowanie ulic Świętej Barbary i Poznańskiej.
Zaokrąglony róg kamienicy pod numerem czterdziestym mieścił szerokie szklane drzwi z pełniącymi funkcję latarni kolumienkami podtrzymującymi daszek. Wymarzone miejsce na restaurację, szynk albo sklep! Ale jak raz była tam poczekalnia oraz kasa Elektrycznej Kolei Dojazdowej, o czym informował pokaźnych rozmiarów szyld i zapalające się nocą litery „EKD” na kolumnach. Ajent znał rozkład zajęć Sarnickiego tak dobrze, jak zawiadowcy stacji kolejowych rozkład jazdy pociągów, mógł więc tam na niego czekać jak pasażer na pociąg. Bond był jednak zawodowcem i wiedział, że życie, tak jak rozkłady jazdy nawet najdosko- nalszych towarzystw kolejowych, robi czasem niespodzianki. Drobny szczegół może wpłynąć na powodzenie lub klęskę przedsięwzięcia, które jego szefowie określali jako jedno z kluczowych w walce z wrogim wywiadem.
Sarnickiego rozpracowywano przez wiele tygodni, czyniąc to z największą starannością i dyskrecją. Plan jego zajęć, zwyczaje i nawyki były doskonale znane i życie inżyniera majora było dla ludzi tajnej służby jak otwarta księga. Romuald Sarnicki mógł jednak, niczym kursowy pociąg, wykoleić się lub spóźnić o parę minut. A wykolejenia, jeśli tak można było nazwać epizody z jego życia, którymi raczej nie lubił się chwalić, zdarzały mu się niezbyt często, za to regularnie, więc w raportach ujęte były niczym świąteczne odstępstwa od codziennego rozkładu jazdy. W tym przypadku jednak notatki ajentów wywiadu nie tyczyły się niedziel, świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, lecz dnia w środku tygodnia. Dokładny zapis brzmiał: Środowe wizyty w instytucie przy ulicy Lwowskiej.
W eleganckiej kamienicy niedaleko gmachu Politechniki mieścił się Instytut Dla Zdrowia i Witalności D. Błaszczyńskiej, organizujący „indywidualne seanse”, podczas których za pomocą naparów ziołowych i masaży „zdejmowano z pacjentów ciężary dnia codziennego i otwierano ich umysły”. A wszystko to podług najnowszych mód, zrodzonych z fascynacji wschodnimi naukami i tradycyjną medycyną. Takie miejsca przyciągały zwykle panie z towarzystwa, w instytucie jednak próżno było ich szukać, bowiem spotykali się tam tylko dżentelmeni. Instytut Błaszczyńskiej był ni mniej, ni więcej tylko domem publicznym dla najlepszej klienteli.
Przybytek ów zajmował dwa połączone lokale, do których nie wchodziło się z tej samej klatki schodowej: jedną klatką się wchodziło, a drugą wychodziło. Do tego, aby uniknąć nieporozumień towarzyskich i zachować jak największą dyskrecję, w użyciu były jeszcze dwa wyjścia kuchenne, także na osobne klatki schodowe.
Instytut mieścił się – a jakże! – w pierwszorzędnej kamienicy, w której znajdował się gabinet wybitnego profesora ratującego pacjentów z najcięższych przypadków chorób płucnych oraz wzięta kancelaria prawna. Dobrze poinformowani wiedzieli, że w każdym z tych miejsc świadczono usługi najwyższej próby, jednak najbardziej ekskluzywnym i drogim miejscem był Instytut Dominiki Błaszczyńskiej. Jego właścicielka, i zarazem kierowniczka, lubiła mówić o swoich zagranicznych kursach, naukach pobieranych u wielkich mistrzów filozofii i literatury, szlacheckim pochodzeniu i koneksjach. Bywalcy jej lokalu chcieli w to wierzyć i przychodziło im to o tyle łatwiej, że gospodyni biegle władała kilkoma językami, jej erudycja była wprost ujmująca, a jakość świadczonych usług oszałamiająca. Jakkolwiek by na to patrzeć, nazywanie jej ciocią – tak jak w przypadku innych kobiet prowadzących podobne przybytki – byłoby dalece niestosowne, zatem zwracano się do niej madame Dominika. A wypowiadali te słowa nie byle jacy ludzie! Oficerowie, przemysłowcy, ziemianie, politycy i artyści. Krótko mówiąc, był to tajny salon stolicy, klub towarzyski, do którego wstęp mieli tylko nieliczni. Niektórzy przychodzili z gronem przyjaciół, inni, jak Sarnicki, strzegli anonimowo- ści. Każdy dostawał to, co chciał, bywalcy niewiele o sobie wiedzieli, choć oczywiście madame wiedziała sporo o każdym z nich, a na pewno więcej niż ich matki, żony, przełożeni i najbliżsi przyjaciele. Z tego też powodu szefowie Jakuba Bonda od kilku już lat myśleli, by otoczyć instytut patronatem, zasilić jego działalność pieniędzmi i mówić do Błaszczyńskiej „wspólniczko”. Stało się więc rzeczą oczywistą, że choć Sarnickiego łatwo można było dopaść w tym miejscu, nie chciano zamykać sobie drogi do przejęcia eleganckiego bajzlu i uczynienia go swoją agenturą. Po morderstwie przybytek madame Dominiki byłby spalony, postanowiono więc zgładzić Sarnickiego w jakimś miejscu publicznym. W związku z tymi planami nie można było dopuścić, by działo się tam cokolwiek podejrzanego. Na miejsce akcji wybrano zatem krańcowy przystanek kolei EKD – tam Sarnicki stawiał się w każdy wtorek, by pojechać do domu, eleganckiej willi w Podkowie Leśnej. Mieszkał w niej z piękną żoną i trojgiem dzieci: Piotrem, Pawłem i Cecylią.
Część tygodnia inżynier major spędzał w Warszawie, gdzie pracował, dysponując dwupokojowym mieszkaniem. Piątkowe, wieczorne odjazdy do Podkowy i poranne, poniedziałkowe powroty stały się rytuałem, o którym wiedzieli wszyscy, a zatem i wrogi wywiad. W raportach ajentów wszystko było opisane i uporządkowane: w dziewięciu przypadkach na dziesięć inżynier major kwadrans po dwudziestej drugiej lądował w domu, witał się z dziatkami, jadł z żoną kolację, wypijali wspólnie lampkę wina albo dwie, a następnie znikali w sypialni.
Tego dnia doszło jednak do nieplanowanego „wykolejenia” i wszystko przesunęło się aż o trzy godziny – spotkanie, w którym brał udział, przedłużyło się i jego pociąg odszedł. Jak i kolejne.
Następny kurs kolejki miał być o dwudziestej drugiej jedenaście, zatem Romuald Sarnicki usiadł na ławce w poczekalni, wyjął z kieszeni płaszcza książkę i zagłębił się w lekturze. Śledzący go tajny ajent stanął pod ścianą, rozpostarł gazetę i ukry- ty za wielką, papierową płachtą czekał na otwarcie ciągu zdarzeń, które miały doprowadzić do tego, co nieuchronne.

Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, Grzegorz Kalinowski, fot: smakksiazki.pl Pierwszym zwiastunem było przybycie kolejki, która nadjechała od strony Emilii Plater i Ogrodu Pomologicznego. Zanim się pojawiła, siedzący w poczekalni przyszli pasażerowie usłyszeli jej elektryczny brzęczek oraz zobaczyli snop światła reflektorów. Dwuwagonowy skład nie zdążył wjechać na przystanek i wypuścić pasażerów na peron, gdy ludzie z poczekalni ruszyli tak, jakby miało zabraknąć dla nich miejsc. Sarnicki szedł spokojnie, jako jeden z ostatnich, nie przepychał się, po prostu, jak przystało na majora Wojska Polskiego, wolno i dystyngowanie przesuwał się w kierunku drzwi. Okazało się jednak, że i tak za szybko, bo idąca przed nim para szła jeszcze wolniej. Stanęli w drzwiach poczekalni, jakby nie mieli pokonać progu, a skoczyć w przepaść. Sarnicki czekał cierpliwie. W tym momencie pojawił się za nim tajny ajent. Zrobił się sztuczny tłok, a Jakub Bond jakby przypadkiem wpadł na jego plecy. Najpierw poczuł klepnięcie, później zaskakująco przeszywający ból, a po chwili nie czuł już nic. Bond szybko i dyskretnie wyciągnął sztylet, który przed chwilą wbił po lewej stronie pleców Sarnickiego. Było to pchnięcie tak precyzyjne, jak ruchy operującego lancetem chirurga albo posługującego się nożem sprężynowym zawodowego mordercy. Jakub Bond był tym drugim typem człowieka, a jako tajny ajent specjalizował się w najkrwawszych i najtrudniejszych zadaniach. Dlatego teraz, zachowując zimną krew, chwycił osuwającego się na posadzkę Sarnickiego i krzyknął dramatycznym głosem:
– Ratunku!Pomocy!Człowiek mdleje,czy jest tulekarz?!
Para, która przed chwilą robiła sztuczny tłok, pierwsza zareagowała na jego wezwanie: mężczyzna podtrzymywał Romualda Sarnickiego, a kobieta darła się wniebogłosy. Zanim położyli rannego na posadzce, Bond wyjął z jego kieszeni oprawiony w jasnobrązową skórę notes. Kobieta wciąż zawodziła, a jej towarzysz wołał o lekarza. Ludzie tłoczyli się i patrzyli, jak z Sarnickiego uchodzi życie. Lekarza nie było.
Korzystając z zamieszania, para, która z początku tak przejęła się losem rannego, ruszyła w stronę pociągu, nie wsiadła jednak do niego, a zdecydowanym krokiem poszła za wagony kolejki. Kiedy nikt ich już nie widział, przestali się obejmować i niemal biegiem ruszyli w stronę Marszałkowskiej. W tym samym czasie ajent zmierzał na Poznańską numer piętnaście, gdzie mieściła się sowiecka ambasada. Nie był bowiem, jak stało napisane w dokumentach, kupcem Jakubem Bondem. Nazywał się Wsiewołod Władimirowicz Isajew, miał stopień komandira i był sowieckim szpiegiem!
-
Śledztwo, które niczego nie rozwiązuje
Mam nadzieję, że czytacie ten tekst jeszcze przed wyjściem do kiosku, bo jest duża szansa, że zaoszczędzicie prawie pięć złotych, które możecie przeznaczyć na coś przydatnego. Wczoraj w mediach społecznościowych być może natknęliście się na informację, że w najnowszym wydaniu „Wysokich obcasów”, dołączanych do weekendowej „Gazety Wyborczej” ukaże się tekst, którego zajawka na okładce brzmi tak: „TAJEMNICA. KIM JEST PAULINA ŚWIST”. Po przeczytaniu uprzejmie donoszę, że ten materiał mógł się nazywać również: „NIE ROZWIĄZUJEMY TAJEMNICY PAULINY ŚWIST”.
Żeby było jeszcze bardziej komicznie, to na każdej stronie rozmowy z autorką, w górnym prawym rogu, znajdziecie napis ŚLEDZTWO. Z owego śledztwa dowiecie się mniej więcej tyle, ile już wiecie z notki zamieszczonej na stronie wydawnictwa: Paulina Świst to pseudonim literacki adwokat prowadzącej kancelarię we Wrocławiu. Jeśli liczycie na to, że padnie nazwisko, zostanie pokazana twarz, to zamiast do kiosku – idźcie na spacer.
Przejdźmy więc do rozmowy, bo jest tu kilka rzeczy wartych wynotowania. Trzy. Najpierw Paulia Świst oznajmia, że redaktor Anna Białkiewicz jest pierwszą przedstawicielką mediów, z którą poczytna pisarka się spotkała. „Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z dziennikarzem twarzą w twarz. Na pytania odpowiadałam tylko mailowo. Nawet telefonicznie nie, bo mam charakterystyczny głos i bałam się, że ktoś może go rozpoznać”. Zastanawia mnie więc, dlaczego i ta rozmowa nie odbyła się mailowo, skoro Czytelnik i tak nie dowiaduje się z niej tego, na co liczył po przeczytaniu zajawki tekstu?
Dowiecie się też o sposobie pisania autorki, a jest on… Sami oceńcie. „(…) Siadam i piszę. Z głowy. Nie mam planu ani konspektu. Tylko jakiś zarys (…)”. To już skomentujcie sobie sami.
Co do trzeciej rzeczy, którą chciałem wymienić, to po kolejnym przeczytaniu rozmowy stwierdziłem, że to jednak nie jest warte odnotowania. Decyzja więc należy do Was, albo dacie się nabić w butelkę i wydacie pięć złotych na „ŚLEDZTWO”, z którego nie dowiecie się absolutnie niczego wartego wydania tych pieniędzy, albo kupicie sobie czereśnie, póki jeszcze są.
-
Kim naprawdę jest Paulina Świst? Wiemy!
Gdy zaczynałem pracę w telewizji, to zawsze mi mówiono: „młody, najbardziej drażliwe pytanie zostawiaj na koniec, bo rozmówca może różnie zareagować”. Stara szkoła przydała się i teraz, bo najpierw pogadaliśmy o książkach, planach pisarskich oraz innych rzeczach, a na samym końcu rozmowy… No właśnie, zobaczcie sami. Odpowiadając na pytanie, nie, kamera nie została uszkodzona. Nadal będziecie czytać książki Pauliny Świst, skoro już wiemy, czyj to pseudonim? Zobaczcie demaskujące wideo.
-
W podróż do Warszawy z 1930 roku zabiera Was Grzegorz Kalinowski
Moi drodzy, nie trzeba być z Warszawy, żeby zafascynować się tą książką. Dziś premiera „Pogromcy grzeszników”, dajcie się więc zabrać w przeszłość, a konkretnie ponad 80 lat wstecz. Poczujcie klimat warszawskich uliczek, tropcie przestępców, poznajcie miasto od zupełnie innej strony. Grzegorz Kalinowski zdradza, że pisanie było terapią w trakcie choroby, wyjaśnia dlaczego w jego książkach pojawiają się prowadzący „Milionerów”, „Familiadę”, czy „Jeden z dziesięciu”. Obejrzyjcie do końca, a dowiecie się, gdzie będziecie mogli spotkać autora w najbliższym czasie.
-
O komentatorze, który stał się pisarzem
Fani piłki nożnej ten głos znają doskonale. Komentował przecież finały Ligi Mistrzów, potyczki reprezentacji Polski, a także naszą krajową kopaninę. Grzegorz Kalinowski powiesił jednak mikrofon na kołku i zajął się pisaniem. Od piłki nożnej stara się odpoczywać, chociaż na stadion go jeszcze ciągnie, więc możecie go spotkać na meczach warszawskiej Legii. W roli kibica, oczywiście. Rozmawiamy trochę o sporcie, trochę o Heńku Wciśle, a trochę o nowym bohaterze, który nazwisko ma takie, jak prowadzący program „Familiada”.
-
„Śnią mi się już sceny nowej książki”.
Rozmawialiśmy na chwilę przed rozpoczęciem Gali Bestsellerów Empiku, ale widać było, że Katarzyna Bonda żyje już w świecie swojej najnowszej książki. Posłuchajcie kiedy zaczyna pisać „Czerwonego pająka”, a także kiedy wróci ze swoim bohaterem na Śląsk.
-
„To nie ma sensu. Idę pracować na kasę do Biedronki”. Katarzyna Bonda w szczerej rozmowie ze smakiemksiazki.pl
Jak żyć w Polsce z pisania książek? Jak w 30 minut przekonać policyjnego profilera do współpracy? Po co dzwoni się do prokuratora w środku nocy? Królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda wyjaśnia.
Spotykamy się przy okazji promocji Twojej nowej książki. Dla mnie „Okularnik” jest z jednej strony kryminałem, ale z drugiej, powieścią obyczajową.
Ja piszę książki takie, jakie chciałabym sama czytać. Zawsze lubiłam wielowątkowe opowieści i nie nadaję się do pisania szaradziarskich kryminałów, ponieważ one mnie nudzą. Nie ukrywam tego. W związku z tym, nie jestem rasową autorką kryminałów. To nie jest rasowy kryminał. To jest kryminał, w którym gatunek jest rozsadzony, ale tak naprawdę to jest powieść. Ja nie chcę dostarczać tylko odpowiedzi na pytanie kto zabił. Chcę dostarczyć całego wahlarza emocji, żeby czytelnik wybrał sobie jakąś postać, albo żeby dowiedział się rzeczy, o których nie miał pojęcia. Tak w Polsce nikt nie pisze. Czytelnik przecież sam wybiera co czyta. Może mieć ochotę na kryminał lekki, szaradziarski, może mieć ochotę na kryminał noir, retro, a może mieć ochotę na coś takiego, co ja mu proponuję. Uważam, że dla każdego z autorów znajdzie się na polskim rynku miejsce. Ja tak piszę, i pewnie dalej będę tak pisała. Nie wykluczam, że gdy skończę tetralogię, to będę nadal pisała kryminały. Jestem w stanie napisać wszystko. Nie chcę się zamykać w jednym gatunku. Nie chcę pisać cały czas tej samej książki, i dawać czytelnikowi hamburgera, który jest ciągle taki sam.
Okularnik nie jest najzwyczajniej w świecie dla dzisiejszego czytelnika za gruby? Ma przecież ponad 800 stron.
Bałam się, że objętość książki może odstraszyć, bo ta książka ma ponad milion znaków. Obawiałam się, że wydawca tego nie zaakceptuje, że będę musiała to skrócić. To jest tak, że to jest ryzyko. Gdyby mi powiedziano, że mam wyciąć elementy historyczne, np. zeby skrócić rozdział o 1946 roku, to prawdopodobnie bym walczyła. Mam to szczęście, że mój wydawca we mnie wierzy. To jest bardzo ważne. Ja na początku nie zdawałam sobie sprawę jaka to jest siła, jaka to jest moc. Gdy składasz książkę to naprawdę się boisz. Zastanawiasz się jakie recenzje zostaną napisane, jak czytelnik zareaguje, czy w ogóle będą kupować twoją książkę. Pamiętaj, że ja nie mam innego zawodu. Jeżeli czytelnik nie kupuje twoich książek, to się zastanawiasz co zrobiłeś nie tak. Podjęłam jednak to ryzyko. Trudno, ta ksiażka musi być taka, musiałam ją napisać w taki sposób. Książka została bestsellerem zanim była premiera. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu 6 dni. To jest po prostu nieprawdopodobne. Jak ja tego słuchałam, to płakałam, naprawdę. Nie ze szczęścia, po prostu to jest taki moment, na który pisarz czeka. I nie wiesz dlaczego tak jest. Nie można myśleć o pieniądzach, o sukcesie. Za rok może się okazać, że napiszę kolejną grubą ksiażkę, a czytelnicy nie będą jej kupować. Może się okazać, że za rok będę niszową autorką. Nie boję się. Byłam już niszową autorką. Ludzie do mnie piszą, że „Okularnika” przeczytali w 3 dni i 3 noce. Ja piszę książkę dwa lata, to jest ogromny wysiłek. Ja naprawdę bardzo cenię polskiego czytelnika. Jestem przekonana, że on jest wyrafinowany, że oczekuje, żeby mu podwyższać poprzeczkę. On oczekuje, żeby mówić do niego: Halo, zobacz. Mam tu dla ciebie coś takiego, dasz radę? To nie jest tak, że polski czytelnik chce dostawać cały czas to samo, nie.
Rozmawiamy w Katowicach, więc nie mogę nie zapytać jak rozpoczęła się Twoja współpraca z profilerem Bogdanem Lachem, który do niedawna pracował w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach?
Jak ja go poznałam, to on miał taki pomysł, że profilowanie będzie tajną metodą. Właściwie to dzięki mnie wyszedł do ludzi. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Bogdanem. To było tak, że byłam w Rawiczu, gdzie opisywałam jakąś sprawę kryminalną. Spytałam komendanta jak udało się rozwiązać tę sprawę, a on na to, że przyjechał taki pan w czarnym płaszczu, wziął akta na noc, przysłał takie trzy kartki, i jak ja to przeczytałem, to wiedziałem kogo mam szukać. To było 11 lat temu. Dziś to prawie każdy wie, kto to jest profiler. Dostałam wtedy jego imię i nazwisko, ale nie dostałam numeru. Zadzwoniłam więc do rzecznika i powiedziałam, że chcę rozmawiać z panem Bogdanem Lachem, profilerem. Rzecznik szedł w zaparte, że nie ma takiego kogoś. Spytałam, jak to nie ma, a pan Bogdan Lach to kto? To szef sekcji psychologów. To w takim razie, chciałabym rozmawiać z Bogdanem Lachem, szefem sekcji psychologów. Rzecznik mówi wtedy, że wszystkie terminy są zajęte. W porządku, mówię, ale ja stoję już przed Komenda Wojewódzką Policji w Katowicach. Dopiero wtedy się udało. Już po pierwszym spotkaniu z profilerem byłam nim zafascynowana, wiedziałam, że to będzie mój bohater. To nie było tak, że ta współpraca była od razu sympatyczna i Bogdan od razu się zgodził na rozmowę. On mi dał pół godziny. Ja w tym czasie musiałam udowodnić, że odróżniam podejrzanego od oskarżonego. Ja wtedy nosiłam dredy, bluzę z kapturem, miałam trampki. Bogdan kompletnie mnie nie potraktował poważnie, czułam wrogość. Na tyle mi się udało zjednać jego zaufanie, że przegadaliśmy cały dzień. Na tym się w sumie skończyło. Potem napisałam tekst dziennikarski, a potajemni pisałam książkę. Jak już ją napisałam, to wysłałam mu, żeby ją przeczytał, bo nie chciałam się zbłaźnić. Myślałam, że za mało rozumiem, za mało wiem, a poza tym nie mogłam opisać go w całości. Zrobiłam więc coś innego. Stworzyłam postać, która była w całości w kontrze do Bogdana. Bałam się jak on na to zareaguje, bo obawiałam się, że może się na to nie zgodzić. Ku mojemu zaskoczeniu, przeczytał tę książkę i powiedział: wiesz, nawet całkiem nieźle to wszystko opisałaś.
Skończyło się tak, że napisaliście wspólnie książkę „Zbrodnia Niedoskonała”.
Tak, ale to było bardzo trudne. Bogdan był w Katowicach, zawalony swoimi sprawami, jeździł na oględziny, itd. Ja byłam z kolei w Warszawie i tylko kilka razy spotkaliśmy się osobiście. Na co dzień rozmawialiśmy przez telefon, przez skype’a, przez maila. Dostałam dokumenty pod klauzulą, że jak tylko je ujawnię, to utnie mi głowę. Jak tylko je przeczytałam, to usunęłam, żeby nigdzie nie wypłynęły. To Bogdan był motorem napędowym, ja jestem dumna, że przyczyniłam się do popularyzacji jego zawodu. Przy kolejnych książkach konsultowałam się jeszcze z Bogdanem, ale wiedziałam coraz więcej i nasze drogi trochę się rozeszły. Gdy zaczęłam pisać serię o Saszy Załuskiej, to wtedy konsultowałam się z kobietą profilerką z Uniwersytetu w Huddersfield.
Łatwo Ci się było odnaleźć w tym policyjnym środowisku? Czy byłaś raczej postrzegana jako „paniusia”, która przyszła i coś chce.
Dokładnie tak było. Powiem więcej, nadal często tak jest. Teraz już mam trochę łatwiej, bo mam swoich stałych konsultantów. Wypracowuje sobie drogi i kontakty w tym świecie.
Jakiś przykład współpracy z konsultantami? Piszesz książkę, dzwonisz do kogoś po radę…
Przed rozpoczęciem pracy przy „Okularniku” wiedziałam, że chcę, żeby była głowa w garnku. No i dzwonię do mojego konsultanta pytam wprost: chciałabym, żeby głowa długo leżała w ziemi, żeby była żywa kość, żeby były ślady ziemi. Jak ja mam to zrobić? W którym momencie głowa została oddzielona od ciała, po śmierci, przed śmiercią? Jakie medyk sądowy stwierdzi obrażanienia, itd. Gdybym zadzwoniłą do osoby, której nie znam, to nawet gdyby to był najlepszy ekspert w swojej dziedzinie, to nie odpowie ci na to pytanie, wyśmieje cię. Dlatego trzeba wypracować sobie drogę, pozyskać kontakty. Czasem zdarza się, że dzwonię z pytaniami w nocy lub nad ranem. Mogę sobie na to pozwolić, bo znamy się już długo. To są ważne elementy w książce. Dzwonię na przykład do prokuratora i mowię, że chcę mieć skrępowaną ofiarę, ale żeby ten motyw był upozorowany. No i on mi tłumaczy, że musisz założyć zaciski po śmierci, narzędzie zbrodni gdzieś tam podrzucić, a tutaj będą plamy opadowe, a tam ich nie będzie. To są niezwykłe ważne szczegóły.
Nie kusiło Cię, żeby pójść czasem na skróty, bez konsultacji?
Oczywśicie, że kusiło. Nie mam jednak takiego charakteru i nie mogę dać czytelnikowi chałtury. Wierzę w to, że cała siła moich książek polega na tym, że to jest naładowane prawdziwymi danymi. Tak pracuję, tak mam, w taki sposób opowiadam. Pamiętam, że jak pisałam „Florystkę”, nie zdokumentowałam porządnie. Wiesz co się stało? Kiedy zaczęłam zapisywać, to czułam się nie wporządku na tyle, że czułam, że coś jest nie tak. Musiałam jeszcze raz cofnąć się do etapu dokumentacji, jeszcze raz wybrać konkretne miejsca akcji. Efekt? Spóźniłam książkę o 3 lata. Każdy pisarz powinien pracować według swoich wytycznych, według tego co mu serce dyktuje, według tego jak najlepiej mu to wychodzi. Jeżeli ktoś potrafi inaczej, to wielki szacun i respekt. Ja nie potrafię.
Jak się w Polsce żyje tylko z pisania książek?
Najpierw trzeba 15 lat poczekać, ostro pracować, rzowijać się, warsztat trenować. Determinacja jest najważniejszą rzeczą. Byłam na sinusoidzie. Sprzedałam prawa do serii o Meyerze, byłam bogata. Wydałam te wszystkie pieniądze na naukę pisania. Jeździłam po świecie na różne warsztaty, musiałm wtedy schować honor do kieszeni, bo wydawało mi się, że jestem autorką, a okazało się, że oni mają mi tyle do powiedzienia, że ja nic nie wiem. Potem były takie momenty, że pieniądze się skończyły, z tantiem nie za bardzo dało się żyć na poziomie, więc się zapożyczałam, miałam długi. Pamiętam czas, kiedy nie byłam w stanie spłacać kredytu za mieszkanie. Okazało się, że potem znowu pojawiły się pieniądze. Los cię wtedy sprawdza: chcesz być pisarzem? Wytrzymasz? Czy nie wytrzymasz? Były takie momenty, kiedy myślałam, że to się nie uda. 5 osób zyje w Polsce z ksiażek, a tak to każdy chodzi do pracy, a pisze po godzinach. To nie ma sensu, idę na kasę do Biedronki. Nigdy tam nie poszłam, tylko pisałam kolejną książkę. Potem przychodzi taki moment, że sprzedajesz ogromną liczbę książek. Nagle. Należy być pokornym. Zawsze pisałam takie wielowątkowe powieści, ale musiałam poczekać, aż czytelnik do tego dojrzeje. Pomogli mi pisarze ze Skandynawii, którzy weszli na nasz rynek. Jednak teraz się okazuje, że ja idę tropem skandynawskich mistrzów, podczas gdy ja zawsze takie książki pisałam. To co dziś jest moim autem, to kiedyś było największym mankamentem. To pokazuje, że nie należy się zmieniać. Dalej będę tak pracować, nawet wtedy, kiedy nie będzie już na to mody. Obiecuję.
Książki są za drogie?
Zdecydowanie. Powinny być nie tylko tańsze, ale powinna też być możliwość odliczania od podatku, tak jak to jest w innych krajach. Gdyby to było możliwe, to na pewno byłoby mniej piracenia książek. Ja wypowiedziałam wojnę piratom, bo całą poprzednią serię wydałam tak, że można ją kupić za 8 złotych w kiosku. Chciałam żeby to było dostępne dla ludzi, którzy nie mają pieniędzy. Dzięki temu bardzo duża liczba ludzi książki kupiła, a nie pobrała nielegalnie z Internetu. Koledzy autorzy, prawie powiesili mnie na suchej gałęzi za to, że psuję rynek. Jeśli książka kosztuje 45 złotych, to jest to bardzo poważny wybór. To czytelnik to kupi albo na prezent, albo będzie decydował między dwiema książkami. Bardzo możliwe, że nie wybierze mojej, tylko wybierze coś innego.
Czujesz się autorką rozpoznawalną?
Teraz już tak. To jest niezwykle przyjemne, bo przecież przez lata nikt nie znał mojego nazwiska, ani moich książek. Według mnie autor powinien być rozpoznawalny przez tytuł powieści. Są sytuacje, że wsiadam do pociągu, a ludzie robią sobie ze mną zdjęcia, chcą żebym się podpisała na bilecie. Inny przykład: kupuję na Allegro sukienkę, pani mówi, że już ją wysłała, a w ogóle, że „Okularnik” świetny. Popularność bardzo przeszkadza w dokumentowaniu. Jak byłam anonimowa, to mogłam się schować. Teraz jak przyjeżdżam, to od razu jest komitet powitalny. Dlatego cały czas jeżdżę starym samochodem, ma chyba 19 lat. Staram się kamuflować, bo zdobywanie danych to ważny etap w mojej pracy. Kiedyś mogłam do końca utrzymać w tajemnicy miejsce powieści. Dziś już nie. Zdarza się, że dzwoni rzecznik danego miasta i oferuje coś, a ja chcę być niezależna.
Zdjęcie główne: Wydawnictwo Muza, Anna Powierza



