Tag: Wydawnictwo Sonia Draga
-
Yeon Somin będzie w Warszawie, a teraz jest materiał z Seulu
Spotkaliśmy się małej knajpce w Seulu, gdzie porozmawialiśmy o jej książce „Uzdrawiająca moc ceramiki”. Na pierwszy rzut oka to zwykły comfort book, ale chodzi w nim o coś więcej – czy w dorosłym życiu można zacząć wszystko od nowa i znaleźć nowy pomysł na siebie? Jeongmin, główna bohaterka, jest wypaloną scenarzystką, która przypadkowo trafia do warsztatu garncarskiego, gdzie wymyśla siebie na nowo. Rozmawiamy o szczęściu, nowym początku, a także fenomenie comfort booków, bo książka Yeon ukazała się w ponad dwudziestu krajach.
Podziękowania dla Sebastiana Jagodzińskiego, który tłumaczył naszą rozmowę, bo autorka mówi tylko po koreańsku.
Materiał powstał przy płatnej współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.
-
Z warszawskiej Pragi do zamku w Toskanii. Rozmowa z Grzegorzem Kaplą
Czy gigantyczne pieniądze mogą zmienić zwykłego chłopaka z warszawskiej Pragi, który trafia na włoskie salony? Czy miłość matki do syna może wystarczyć również za miłość ojcowską? Grzegorz Kapla w „Krwawej Toskanii” serwuje nam międzynarodowy kryminał z rytualnymi morderstwami w tle, wszystko podlane opowieściami o procesach czarownic i rzeczach, które można kupić w darknecie. Do tego piękne kobiety, przystojny mężczyzna, ogromny pies i włoski wymiar sprawiedliwości, który robi co może, ale czasem są momenty, kiedy po prostu niczego zrobić się nie da. Materiał powstał przy współpracy płatnej z Wydawnictwem Sonia Draga.
-
Zemsta, sztuka, Bruno Schulz – rozmowa z Michałem Jędryką o „Wielkiej herezji”
W tej książce wszystko jest fikcją, oprócz tego, co jest prawdą. Oczywiście Bruno Schulz żył, pisał, malował, czego dowodem jest obraz, przy którym w Muzeum Literatury nagraliśmy rozmowę (dziękujemy!). Prawdziwy jest też obraz, chociaż po przeczytaniu książki mogą Państwo w to zwątpić, ale nie powinniście. Fikcyjny jest główny bohater, marszand, który lubi swoje luksusowe życie, a także także swoją asystentkę. Chociaż wieść gminna niesie, że taki ktoś istnieje. Czy istnieje ktoś taki jak książkowy Dostawca, który zawodowo zajmuje się czymś, czym zajmować się nie powinien? Być może, chociaż nie jest to potwierdzone. Podobno miliarderzy ze wschodu bardzo interesują się inwestowaniem w światową sztukę, ale czy tak jest? Może tak być, ale wcale nie musi. Dajcie się porwać intrydze ze sztuką w tle, poznajcie dwoje policjantów, którzy tak się od siebie różnią, że aż dobrze im się współpracuje.
Materiał powstał w ramach (he, he, prawie jak obraz) płatnej współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.
-
Seryjny morderca na Islandii? Bez szans. Rozmowa z Yrsą Sigurðardóttir o „Konsekwencjach”
Seryjny morderca na Islandii? Niemożliwe, za mały kraj. Raczej trzeba postawić na relacje międzyludzkie. W „Konsekwencjach” są morderstwa, ale głównym tematem książki jest coś zupełnie innego – bycie surogatką. Czy jest to na Islandii legalne? Do jakich pomysłów mogą posunąć się ludzie, którzy korzystają z takich usług? I czy zawsze takie historie kończą się szczęśliwie? Yrsa Sigurdartottir po raz kolejny napisała świetny kryminał zaangażowany społecznie. Rozmawiamy też o stosunkach między Polakami i Islandczykami, a także próbujemy dojść do porozumienia, który język jest trudniejszy. Zapraszam do obejrzenia rozmowy, ale dorzuciłem też sporo islandzkich ujęć, dzięki którym możecie się bardziej wczuć w klimat „Konsekwencji”
-
„Utraciłem wszystko. Chciałem odebrać sobie życie”. Rozmowa z Chrisem Carterem
Zaczynamy od „Genesis” – najnowszej książki Chrisa Cartera. Jest w niej jednak tyle bólu, cierpienia i mroku, że nasza rozmowa schodzi na życie autora. Od jakiegoś czasu mówi w wywiadach, że w tragicznych okolicznościach stracił swoją partnerkę. Poruszamy więc też bardzo trudne tematy. Autor opowiada także o ludziach, którzy piszą do niego wiadomości, w których dziękują za uratowanie życia. Przeczytajcie „Genesis”, gdzie Robert Hunter znów musi zmierzyć się z seryjnym mordercą. Obejrzyjcie też naszą rozmowę, która momentami jest strasznie smutna, ale w ogólnym rozrachunku daje nadzieję. Mam nadzieję.
-
Dziś John le Carré obchodziłby 91. urodziny. Z tej okazji fragment „Silverview”, jego ostatniej książki
„Silverview” ukaże się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga już na początku listopada w tłumaczeniu Jana Rybickiego. W ostatniej książce mistrza gatunku pierwsze skrzypce gra pewien księgarz, ale pojawia się także Edward, Polak mieszkający w dużej willi, który wie trochę za dużo…
Poniżej fragment, a klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, na której możecie już zamówić swój egzemplarz.
***
Tego samego ranka w małym nadmorskim miasteczku, uwieszonym u brzegów Anglii Wschodniej, trzydziestotrzyletni księgarz Julian Lawndsley wychynął z bocznego wyjścia swej nowiutkiej księgarni i zapinając pod szyją aksamitny kołnierz czarnego płaszcza – pozostałość po życiu biznesmena z londyńskiego City porzuconym dwa miesiące wcześniej – zaczął się przedzierać przez deszcz wzdłuż opustoszałej żwirowej plaży ku jedynej kawiarni w okolicy, w której o tej paskudnej porze roku można było zjeść śniadanie.
Nie był w zbyt przyjaznym nastroju ani względem siebie, ani względem całego świata. Poprzedniego wieczoru, gdy po wielogodzinnym remanencie wspiął się schodami na swój świeżo zaadaptowany strych nad księgarnią, okazało się, że nie ma ani prądu, ani bieżącej wody. U fachowca oczywiście włączała się poczta głosowa. Zamiast szukać hotelu – o tej porze roku pewnie i tak wszystko było nieczynne – zapalił sobie cztery świeczki, otworzył butelkę czerwonego wina, rzucił na łóżko parę dodatkowych koców, położył się i zajął rachunkami.
Ale nie dowiedział się z nich niczego nowego. Ucieczka z wyścigu szczurów, na którą zdecydował się tak nagle, nie przebiegała na razie zbyt pomyślnie. Zresztą wszystko, czego nie powiedziały mu rachunki, mógł dopowiedzieć sobie sam. Nie nadawał się do samotnego życia. Odległość od City nie stłumiła głosów niedalekiej przeszłości. A podstawowych braków w wiedzy o literaturze, jakiej wymaga się od porządnego księgarza, nie da się nadrobić w parę miesięcy.
Ta jedyna kawiarnia była w rzeczywistości budą z dykty, wciśniętą w rządek przedwojennych domków przy plaży, nad którymi na tle poczerniałego nieba wydzierały się wniebogłosy morskie ptaki. Mijał tę budę podczas porannych przebieżek, ale dotąd nawet nie przyszło mu do głowy, by tam wstąpić. Niesprawny zielony neon błyskał napisem LOD, bo Y było całkiem popsute. Musiał się dobrze wysilić, by otworzyć drzwi i powstrzymać napór wiatru. Wszedł i starannie je zamknął. – Dzień dobry kochanemu panu! – rozległ się z kuchni donośny kobiecy głos. – Pan siada, gdzie pan chce! Już lecę, okej?
– Dzień dobry, dzień dobry! – zawołał nieco mniej wylewnie w odpowiedzi.
Jarzeniówki oświetlały kilkanaście pustych stolików nakrytych czerwoną kraciastą ceratą. Wybrał jeden i ostrożnie wyplątał jadłospis z gmatwaniny serwetek, sztućców, solniczek i flaszeczek z sosami. Przez otwarte drzwi kuchni płynął bełkot wiadomości w jakimś obcym języku. Trzask drzwi i ciężkie kroki oznajmiły pojawienie się kolejnego gościa. Spojrzawszy w lustro na ścianie, ze skrywanym rozbawieniem rozpoznał dziwaczną postać pana Edwarda Avona, natrętnego, ale sympatycznego klienta z poprzedniego wieczora – jeżeli można nazwać klientem kogoś, kto niczego nie kupił.
Choć jeszcze nie widać było jego twarzy – bo Avon, ruchliwy jak fryga, był na razie zbyt zajęty umieszczaniem na wieszaku kapelusza z szerokim rondem i poprawianiem beżowego, ociekającego wodą prochowca na poręczy krzesła – o pomyłce nie mogło być mowy: niesforna siwa czupryna, zaskakująco delikatne palce wydobywające z fałd płaszcza zwinięty egzemplarz „Guardiana” i rozprostowujące go na blacie stolika.
*
Poprzedni wieczór na pięć minut przed zamknięciem. W księgarni ani jednego klienta, podobnie jak przez prawie cały dzień. Julian stoi przy kasie i podlicza marny utarg. Już od kilku chwil jest świadomy obecności samotnej postaci w kapeluszu i beżowym prochowcu, zbrojnej w złożony parasol. Przez sześć tygodni prawie bez ruchu w interesie Julian stał się prawdziwym znawcą ludzi, którzy gapią się do środka, ale nie wchodzą. Powoli zaczynali grać mu na nerwach.
Co się tamtemu nie podoba? Może ta wściekła zieleń na ścianach? Pewnie stary sąsiad, nie lubi jaskrawych kolorów? A może przeszkadzają mu piękne książki na wystawie, oferta specjalna, na każdą kieszeń? Albo Bella, dwudziestoletnia praktykantka ze Słowacji, która ku utrapieniu Juliana zbyt często siedzi w oknie, wypatrując swoich licznych absztyfikantów? Nie, Bella nie, bo Bella wyjątkowo udziela się na zapleczu, pakując niesprzedane książki, które trzeba odesłać do wydawcy. I nagle – dziw nad dziwy! – postać z naprzeciwka przechodzi przez jezdnię, zdejmuje kapelusz, drzwi się otwierają i spod siwej czupryny spogląda na Juliana około sześćdziesięcioletni człowiek.
– Pan już zamyka – informuje go zdecydowany głos. – Pan już zamyka, przyjdę kiedy indziej, nalegam. – Ale jeden zabłocony trzewik już wsuwa się przez drzwi, zaraz potem drugi, za nimi parasol. – Wcale nie, wcale nie – zapewnia Julian takim samym grzecznym tonem. – Oficjalnie zamykamy o siedemnastej trzydzieści, ale możemy się dostosować, proszę bardzo, bez pośpiechu. – Po czym powraca do rachunków, podczas gdy nieznajomy wstawia parasol w wiktoriański stojak na parasole i wiesza kapelusz na wiktoriańskim wieszaku na kapelusze, w ten sposób czyniąc ukłon pod adresem wystroju księgarni w stylu retro, wybranym specjalnie, żeby dogodzić starszej klienteli, której w takim miasteczku nigdy nie brakuje.
– Szuka pan czegoś konkretnego czy chce się pan rozglądnąć? – pyta Julian, włączając pełne oświetlenie półek. Ale klient jakby tego nie słyszał. Jego szeroka wygolona twarz, ruchliwa jak u aktora, wyraża niczym nieskrępowany podziw.
– Kompletnie nie miałem pojęcia! – wykrzykuje, wyjaśniając powód tego podziwu. – Nareszcie! Nareszcie mamy księgarnię z prawdziwego zdarzenia. Jestem zaskoczony, kompletnie zaskoczony.
Wygłosiwszy to oświadczenie, rozpoczyna nabożny ogląd półek. Literatura piękna, reportaże, krajoznawstwo, podróże, klasyka, religia, sztuka, poezja – zatrzymuje się to tu, to tam, by sięgnąć po książkę i poddać ją niemal bibliofilskiej inspekcji: strona tytułowa, obwoluta, jakość papieru, obróbka introligatorska, waga, przyjazność w dotyku.
– Muszę to powiedzieć! – wykrzykuje znowu.
Czy to tak do końca angielski głos? Jest głęboki, interesujący, przykuwa uwagę. Ale czy rytm nie jest odrobinę obcy?
– Musi pan powiedzieć? Co takiego? – woła Julian ze swojego maleńkiego biura, gdzie teraz czyta e-maile z całego dnia.
Nieznajomy znów się odzywa, ale teraz innym, bardziej poufałym tonem.
– Proszę pana, domyślam się, że pana wspaniała księgarnia ma teraz nowy zarząd. Mam rację czy kompletnie się pomyliłem?
– Jak najbardziej, zarząd jest nowy. – Wciąż jeszcze mówi z biura, przez otwarte drzwi. O tak, niewątpliwie cudzoziemska nuta. Ledwo słyszalna, ale jest.
– I właściciel też nowy, jeśli wolno spytać?
– Wolno, wolno. I odpowiedź jest taka sama: jak najbardziej tak – potakuje wesoło Julian, powracając na swe stanowisko przy kasie.
– Czy w takim razie… Bardzo przepraszam… – Urywa, ale zaraz znów mówi dalej, jakby bardziej wojskowym tonem: – Chodzi mi o to, czy to pan jest tym młodym marynarzem, bo bardzo mnie to ciekawi. A może tylko jego zastępcą? Przedstawicielem? Czy kimś tam jeszcze? – Po czym uznawszy nie wiadomo czemu, że Julian mógł poczuć się urażony tymi wszystkimi pytaniami, dodaje:
– Zapewniam pana, nie chodzi mi o żadną osobistą urazę. Chodzi tylko o to, że chociaż pana niezbyt wybitny poprzednik nazwał swój przybytek Sędziwym Marynarzem, jak u naszego wielkiego poety, pan jako młodszy i moim zdaniem o wiele bardziej akceptowalny następca…
Teraz robi się z tego idiotyczny i prawdziwie angielski szlachetny wyścig, ale wreszcie wszystko się wyjaśnia. Julian przyznaje, że owszem, to on jest i właścicielem księgarni, i jej kierownikiem, a nieznajomy pyta:
– Czy to nie będzie za duży kłopot, jeżeli wezmę sobie jedną?
I nie czekając na odpowiedź, długimi palcami zręcznie wydobywa wizytówkę księgarni z leżącego przy kasie pudełka, po czym przechyla ją do światła, by na własne oczy się przekonać, że Julian mówi prawdę.
– A więc, o ile się nie mylę, mam przyjemność z panem J.J. Lawndsleyem we własnej osobie, jedynym właścicielem i kierownikiem Lepszych Książek Lawndsleya – podsumowuje, teatralnie opuszczając rękę w dół. – Prawda czy fałsz? – I odwraca się, by zobaczyć reakcję Juliana.
– Prawda – potwierdza Julian. – Co oznacza pierwsze J., jeśli można spytać? – Można. Julian. – Wielki cesarz rzymski. A skoro tak, to może zapytam jeszcze o drugie J.? – Jeremy.
– Ale nie na odwrót? – Nie, w żadnym wypadku. – Czy w takim razie należy zwracać się do pana per Dżej-Dżej? – Osobiście wolę po prostu Julian. Nieznajomy zastanawia się nad tym ze zmarszczonymi brwiami. Są bujne, rudawe, przyprószone siwizną.
– A więc nazywa się pan Julian Lawndsley. Nie jest pan ani jego portretem, ani cieniem, tylko Julianem Lawndsleyem z krwi i kości. Ja zaś za moje grzechy nazywam się Edward Avon, tak jak rzeka, nad którą urodził się nasz wieszcz. Są tacy, którzy mówią do mnie „Ted” lub „Teddy”, ale wśród sobie równych jestem po prostu Edward. Jak się masz, Julianie? – Podaje dłoń ponad ladą. Mimo delikatnych palców ma zdumiewająco silny uścisk.
– Miło cię widzieć, Edwardzie – odpowiada dziarsko Julian i wyswobadzając własną dłoń najszybciej jak może, żeby nie urazić rozmówcy, czeka, by Edward Avon przestał udawać, że zastanawia się nad kolejnym zdaniem.
– Julianie, czy mogę pozwolić sobie na uwagę, która może ci się wydać zbyt osobista i nawet trochę cię urazić?
– Byle nie była zbyt osobista – odpowiada ostrożnie Julian, lecz równie swobodnym tonem.
– Czy będziesz miał mi za złe, jeżeli z całym szacunkiem podpowiem ci pewien absolutny drobiazg, o który mógłbyś powiększyć swój jakże wspaniały asortyment?
– Proszę mi podpowiedzieć tyle drobiazgów, ile pan chce – odpowiada Julian uprzejmie, rad, że nic gorszego mu nie grozi.
– To kwestia osobistych gustów i jest odzwierciedleniem jedynie mojego własnego poglądu. Czy to zrozumiałe? – Zrozumiałe. – A więc tak: jestem całkowicie przekonany, że żaden dział krajoznawczy w księgarniach tego pięknego hrabstwa, jak zresztą każdego innego też, nie może się obejść bez Pierścieni Saturna Sebalda. Ale widzę, że Sebald nie jest ci znany.

John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010 Gdzie „widzę?”, pomyślał Julian, choć musiał przyznać w duchu, że dźwięk tego nazwiska jest mu obcy – tym bardziej że Edward Avon wypowiedział je z niemiecka: „Zajbalt”.
– Muszę cię jednak uprzedzić, że Pierścienie Saturna to nie jest przewodnik turystyczny sensu stricto. Chyba zachowuję się okropnie pretensjonalnie. Wybaczysz?
Wybaczy.
– Pierścienie Saturna to literacka mistyfikacja w najczystszej postaci. Pierścienie Saturna to duchowa podróż, która rozpoczyna się na bagnach Anglii Wschodniej, ale opowiada o dziedzictwie kulturowym całej Europy. Nawet o śmierci. Sebald W.G. – Tym razem wypowiada to po angielsku i czeka, by Julian zanotował. – Był profesorem literatury europejskiej na naszym uniwersytecie East Anglia, chorował na depresję jak my wszyscy. Niestety już nie żyje. Wypada zapłakać nad Sebaldem.
– Zapłaczę – obiecuje Julian, wciąż notując.
– Za długo już zabieram ci czas. W dodatku niczego nie kupiłem. Nicpoń ze mnie. Jestem pod wielkim wrażeniem. Dobranoc panu. Dobranoc, Julianie. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Ale chwileczkę! Czy dobrze widzę, że ty masz tu też piwnicę?
Oczy Edwarda Avona roziskrzyły się na widok kręconych schodków prowadzących w dół obok regału z książkami przeznaczonymi na wyprzedaż i częściowo ukrytych za wiktoriańskim parawanem.
– Niestety, nic tam nie ma – mówi Julian, który zdążył już wrócić do rachunków.
– Jak to, Julianie? Nic tam nie ma? W księgarni? Przecież na pewno brakuje ci miejsca!
– Prawdę mówiąc, ciągle się zastanawiam. Może zrobię tam kiedyś część antykwaryczną. Zobaczymy. – Powoli zaczyna się niecierpliwić.
– A mogę zaglądnąć? – nalega niezrażony Edward Avon. – Z czystej bezwstydnej ciekawości? Pozwolisz?
Cóż mógł Julian zrobić – musiał pozwolić.
– Światło jest trochę niżej, po lewej. Tylko trzeba patrzeć pod nogi.
Z zaskakującą dla Juliana zwinnością Edward Avon znika w czeluści. Julian nasłuchuje, czeka, nic nie słyszy, sam się sobie dziwi. Dlaczego mu na to pozwalam? Przecież gość jest kopnięty, i to nieźle.
Avon pojawia się z powrotem tak zwinnie, jak zniknął.
– Wspaniała piwnica – oświadcza z nabożeństwem. – Miejsce przyszłych rozkoszy. Gratuluję bez- warunkowo. Jeszcze raz życzę dobrej nocy.
– Czy mogę zapytać, czym się pan zajmuje? – woła za nim Julian, gdy gość już rusza w stronę wyjścia.
– Ja, Julianie?
– Tak, pan. Czy pan jest pisarzem? Artystą? Dziennikarzem? Uczonym? Powinienem to wiedzieć, oczywiście, ale jestem tu nowy.
Pytanie to wydaje się dziwne nie tylko Edwardowi Avonowi, ale również samemu Julianowi.
– No cóż – odpowiada, najwyraźniej dobrze się nad tym zastanowiwszy. – Powiedzmy, że jestem takim brytyjskim mieszańcem, emerytem, byłym uczonym bez żadnych naukowych osiągnięć, jednym z tych ludzi, którzy robią nie wiadomo co. Czy to cię zadowala?
– No, chyba musi.
– Żegnam więc – oznajmia Edward Avon, rzucając spod drzwi ostatnie tęskne spojrzenie.
– I ja żegnam! – woła Julian wesoło w odpowiedzi.
Na co Edward Avon, co nazywa się jak rzeka, nakłada kapelusz, przechyla go na bakier i z parasolem w dłoni dzielnie wyrusza w noc. Nie dość szybko jednak, by Julian nie wyczuł ciągnącej się za gościem silnej woni alkoholu.
*
– Wie pan już, co pan dziś zje? – pytała Juliana właścicielka, mówiąc z tym samym silnym środkowoeuropejskim akcentem, z jakim go powitała. Ale nim zdążył odpowiedzieć, nad szumem morskiego wiatru i skrzypieniem rachitycznych ścian kawiarni wzbił się donośny głos Edwarda Avona: – Cóż za piękny poranek, Julianie. Mam nadzieję, że ten straszny hałas nie zakłócił ci nocnego odpoczynku. Gorąco cię namawiam na któryś ze wspaniałych omletów Adrianny. Są u niej wręcz przepyszne.
– Doskonale. Dziękuję – odpowiedział Julian. Wciąż nie czuł się komfortowo, mówiąc mu na ty, ale się przemógł. – Skoro tak polecasz… – A zwracając się do kelnerki o obfitych kształtach, która właśnie stanęła u jego boku, rzekł: – A do tego poproszę wypieczone grzanki i dzbanek herbaty.
– Omlet puszysty, jak dla pana Edka?
– Niech będzie puszysty. – Domyślił się, o kogo chodzi. Potem z rezygnacją zwrócił się do „pana Edka”: – Czyżby to był twój ulubiony lokal?
– Bywam tu, gdy tylko mam ochotę. Adrianna to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic w naszym miasteczku, prawda, Adrianno?
Mimo wszystkich wymyślnych zabiegów stylistycznych ten natrętny głos wydał się dziś Julianowi nieco mniej swobodny. Nic dziwnego – pamiętał przecież wczorajszy chuch.
Adrianna radośnie poczłapała do kuchni. Zapanował kruchy rozejm. Tylko wiatr od morza wył nieprzerwanie, wątła buda gięła się pod jego naporem, a Edward Avon studiował „Guardiana”. Julian musiał się zadowolić wyglądaniem przez ociekające deszczem okno.
– Julianie? – Tak, Edwardzie? – Cóż za niespotykany zbieg okoliczności. Wyobraź sobie, że jestem przyjacielem twojego świętej pamięci ojca.
Kolejne uderzenie deszczu.
– Doprawdy? To rzeczywiście niespotykane – odpowiedział Julian jak rasowy Anglik.
– Byliśmy uwięzieni w tej samej przerażającej szkole z internatem. Henry Kenneth Lawndsley. Ale szkolni koledzy wspominają go czule jako „Wielkiego H.K.”.
– Często mówił, że szkolne lata były najszczęśliwszymi w całym jego życiu – przyznał Julian, nie do końca jednak przekonany.
– I niestety znając jego życie, biedaka, trzeba przyznać ze smutkiem, że mówił prawdę i tylko prawdę – powiedział Avon.
A potem znowu nic, tylko huk wiatru i dobiegający z kuchni bełkot obcojęzycznego radia. Julian poczuł nagłą potrzebę powrotu do swej pustej księgarni, w której jeszcze nie czuł się jak u siebie w domu.
– Owszem, trzeba – zgodził się ponuro i z ulgą zobaczył, że Adrianna niesie mu puszysty omlet i herbatę.
– Pozwolisz, że się przysiądę?
Ale nie czekając, czy Julian pozwoli, czy nie, Avon już stał przy stoliku z filiżanką kawy w dłoni, a Julian sam nie wiedział, co bardziej go zdziwiło: że ten oryginał zna żałosne koleje życia jego ojca czy że ma oczy tak zaczerwienione i zapadłe w oczodołach i smutne zmarszczki na policzkach pokrytych szpakowatym zarostem. Jeżeli to tylko z kaca, to musiał wczoraj pić na umór.
– A czy twój drogi ojciec wspominał mnie kiedy? – zapytał, gdy już usiadł i pochylił się w przód z błagalnym spojrzeniem zmęczonych piwnych oczu. – O Avonie? O Edku Avonie?
Julian nie przypominał sobie. Tak mu przykro.
– A o Klubie Patrycjuszy? Nie opowiadał ci o Klubie Patrycjuszy?
– Opowiadał. Jak najbardziej! – zawołał Julian, wyzbywszy się już wszelkich wątpliwości na dobre czy na złe. – O tym klubie dyskusyjnym, co nigdy nie powstał. Założonym przez ojca i zakazanym w połowie pierwszego spotkania. O mało nie wyrzucili go ze szkoły. Tak to było, zdaje się – dodał przezornie, bo opowieści zmarłego ojca nie zawsze odpowiadały prawdzie.
– H.K. by prezesem, ja jego zastępcą. Mnie też wtedy o mało nie wyrzucili. Teraz bardzo żałuję, że nie. – Łyk wystygłej już kawy. – Anarchizm, bolszewizm, trockizm… Wszystko nas pociągało, każda doktryna, której nienawidził establishment.
– On też dokładnie tak to przedstawiał – przyznał Julian. Potem czekał, podobnie jak Avon. Obaj czekali, by ten drugi zagrał następną kartę.
– A potem, o mój Boże, twój ojciec poszedł na studia. Oczywiście do Oksfordu – zaczął wreszcie Avon z przesadnym, niemal scenicznym drżeniem, zniżając już i tak cichy głos, jak klaun unosząc krzaczaste brwi, i zaraz popatrzył z ukosa, jak reaguje Julian. – A tam wpadł w łapy… – Tu gestem współczucia położył dłoń na przedramieniu rozmówcy. – Ale może ty też jesteś głęboko wierzący?
– Wcale nie – odpowiedział dobitnie Julian z narastającym gniewem.
– Więc mogę mówić dalej? Julian postanowił go wyręczyć: – Gdzie ojciec wpadł w łapy bandy finansowanych z Ameryki, ogolonych na jeża kaznodziejów w eleganckich krawatach, którzy namącili mu w głowie, wywlekli go na jakąś górę w Szwajcarii i zrobili z niego chrześcijańskiego oszołoma. To chciałeś powiedzieć?
– Może nie tak brutalnie, ale sam bym tego lepiej nie wyraził. Więc ty w rzeczy samej nie jesteś głęboko wierzący?
– W rzeczy samej.
– A więc jesteś na najlepszej drodze do prawdziwej mądrości. Wyobraź sobie tego biedaka w Oksfordzie, gdzie z początku „czuł się jak ryba w wodzie”, jak mi pisał, gdzie miał dziewczyn bez liku… A tak, miał do nich słabość, czemu nie?… I nagle pod koniec drugiego roku…
– Otumanili go. W porządku? – wtrącił Julian. – Ale w dziesięć lat po wyświęceniu na pastora świętego Kościoła anglikańskiego wyszedł przed ołtarz i w obecności całej swojej niedzielnej trzódki wyparł się wiary: ja, wielebny H.K. Lawndsley, wyświęcony kapłan naszego obrządku, oświadczam niniejszym, że Boga nie ma. Amen. To też chciałeś powiedzieć?
Czy Edward Avon zamierzał teraz omawiać w szczegółach barwne życie seksualne ojca i jego inne wybryki, o których kiedyś tak chętnie rozpisywały się brukowce? Czy będzie wypytywał o sensacyjne szczegóły wyrzucenia niegdyś tak szanowanej rodziny Lawndsleyów na bruk bez pensa przy duszy? I o to, że z powodu przedwczesnej śmierci swego rodziciela Julian musiał porzucić nadzieję na studia i zatrudnić się w londyńskim City jako goniec w biurze maklerskim prowadzonym przez dalekiego krewnego, bo kto inny miał spłacać długi ojca i utrzymywać matkę? Bo jeżeli mamy o tym rozmawiać, to Julian bierze nogi za pas.
Ale twarz Edwarda Avona nie wyrażała lubieżnej ciekawości, tylko czyste i najszczersze współczucie.
– A ty tam byłeś, Julianie? – Gdzie? – Wtedy w kościele? – Tak się składa, że owszem, byłem. A gdzie ty byłeś? – Żałowałem, że wtedy nie mogłem stanąć u jego boku. Gdy tylko się dowiedziałem, co mu się przytrafiło… Niestety było już za późno… Gdy tylko się dowiedziałem, natychmiast do niego napisałem, oferując wszelką pomoc. Oczywiście nie miałem mu wiele do zaoferowania… Tylko pomocną dłoń, może trochę pieniędzy…
Teraz Julian nie śpieszył się z odpowiedzią.
– Pisałeś do niego – powtórzył z powątpiewaniem, czując nawrót wcześniejszej nieufności. – A doczekałeś się odpowiedzi?
– Nie doczekałem się odpowiedzi i nie zasługiwałem na nią. Przy naszym ostatnim spotkaniu nazwałem twego ojca religijnym maniakiem. Jak mogłem mieć mu za złe, że odrzucił moją pomoc? Niezależnie od wszystkiego nie wolno obrażać niczyich uczuć religijnych, choćby najbardziej absurdalnych. Zgadzasz się?
– Zapewne.
– No i naturalnie byłem z niego dumny, gdy wreszcie przejrzał na oczy. Zupełnie tak dumny, jak dumny, na pewno niezasłużenie, jestem z ciebie, Julianie.
– Ze mnie?! – wykrzyknął Julian, nie mogąc powstrzymać śmiechu. – Jesteś dumny z tego, że jestem synem swojego ojca i że otwarłem księgarnię?
Ale Edwardowi Avonowi wcale nie było do śmiechu.
– Jestem dumny z tego, że podobnie jak twój ojciec miałeś dość odwagi, by się czegoś wyprzeć: on Boga, ty mamony.
– A cóż to ma znaczyć?
– O ile wiem, świetnie sobie radziłeś jako makler w City.
– Kto ci to powiedział? – Julian wciąż wypytywał.
– Wczoraj wieczorem po wizycie w twojej księgarni ubłagałem Celię, by użyczyła mi swego komputera, i wszystko natychmiast stało się jasne ku mojej rozpaczy, oczywiście. Twój biedny ojciec zmarł w wieku pięćdziesięciu lat. Miał jednego syna, Juliana Jeremy’ego.
– Jaką Celię? Swoją żonę?
– Celia ma sklep z antykami o dźwięcznej nazwie Dawne Czasy Celii. To twoja sąsiadka z tej samej ulicy, znasz ją przecież. Jej salon jest ulubionym miejscem spotkań bogatych londyńczyków, którzy spędzają tutaj weekendy, a których niestety mamy coraz więcej.
– Po to chodziłeś aż do Celii? Nie mogłeś zapytać mnie od razu, u mnie w księgarni?
– Nie wiedziałem, czy wypada. Ty też byś nie wiedział. Miałem nadzieję, że wypada, ale nie byłem pewny.
– W dodatku, o ile dobrze pamiętam, byłeś nieźle podchmielony.
Avon jakby tego nie usłyszał.
– Natychmiast zwróciłem uwagę na twoje nazwisko. Niestety wiedziałem aż za dobrze, że był skandal. Natomiast nie miałem pojęcia ani jak to się wszystko skończyło, ani o śmierci twojego ojca. Ale wiedziałem, jak bardzo musiałeś cierpieć, jeśli byłeś synem H.K.
– A skąd wiesz, że uciekłem z City? – zapytał wciąż nieufny Julian.
– Celia wspomniała, że ni stąd, ni zowąd porzuciłeś wielki biznes, i bardzo się dziwiła.
W tym miejscu Julian miał jeszcze wielką ochotę powrócić do twierdzenia Edwarda Avona, jakoby zamierzał finansowo wspomóc ojca w potrzebie, ale Edward Avon co innego planował. Wyraźnie się ożywił, w oczach na nowo pojawił mu się błysk, jego mowa odzyskała kwiecistość, a głos głębię:
– Julianie, mówię do ciebie teraz w imieniu twojego kochanego ojca oraz dlatego, że za sprawą opatrzności spotkaliśmy się dwukrotnie w ciągu ostatnich kilku godzin. Chodzi mi o twoją wielką a piękną piwnicę. Czy zastanawiałeś się, jakie skarby można by tam zgromadzić, jakie mogą dziać się tam cuda?
– No cóż, szczerze mówiąc, nie bardzo, Edwardzie – odpowiedział Julian. – A ty się zastanawiałeś?
– Właściwie o niczym innym nie myślę, od kiedy cię poznałem.
– Miło mi to słyszeć – powiedział Julian nie bez powątpiewania.
– Bo pomyśl: a gdyby tak udało ci się stworzyć w tych czterech ścianach, w tej dziewiczej jeszcze przestrzeni coś, co dotąd nie udało się nikomu, coś tak pociągającego i oryginalnego, że będą o tym mówić wszyscy obecni i przyszli konsumenci dobrej literatury z całej okolicy?
– Czy ja wiem…
– Ale niech to nie będzie byle księgarnia. Ani pozbawiony charakteru przypadkowy księgozbiór, tylko starannie dobrana kolekcja dzieł najwybitniejszych umysłów naszych czasów i innych czasów też. Miejsce, gdzie może trafić z ulicy dowolna kobieta i dowolny mężczyzna, i opuścić je, będąc lepszym, mądrzejszym, pragnącym dowiedzieć się jeszcze więcej. Czemu się uśmiechasz?
Aha. Miejsce – pomyślał złośliwie Julian – gdzie facet, który dopiero co ogłosił się księgarzem i poniewczasie się zorientował, że i ten zawód wymaga odpowiednich umiejętności i wiedzy, mógłby nabyć je niepostrzeżenie i łatwo, równocześnie sprawiając wrażenie, że przez cały czas właśnie nimi służy wdzięcznej publiczności.
Ale nawet w chwili, gdy ta brzydka myśl pojawiła się na chwilę w głowie Juliana, zaczął wierzyć, że sama idea jest bardzo interesująca. Oczywiście nie zamierzał od razu przyznawać się do tego Edwardowi Avonowi.
– Przez chwilę mówiłeś zupełnie jak ojciec. Bardzo przepraszam. Proszę, mów dalej.
– Znaleźliby się tam nie tylko wielcy pisarze, choć wiadomo, że oni przede wszystkim. Ale też filozofowie, wolnomyśliciele, założyciele wielkich ruchów umysłowych, nawet takich, którymi się brzydzimy. Wybrane nie martwą dłonią rządzących nami biurokratów kultury, ale przez Jeszcze Lepsze Książki Lawndsleya. Mogłoby się to nazywać…
– No właśnie, na przykład jak? – zapytał Julian całkiem wytrącony z równowagi.
Avon odczekał chwilę, by jeszcze bardziej zaciekawić rozmówcę.
– Nazwiemy to Republiką Literatury – oświadczy, założył rękę na rękę, rozparł się na krześle i patrzył, czy Julian to kupuje.
A prawda była taka, że choć z początku Julian uważał, że to najbardziej przesadna reklama, jaką kiedykolwiek słyszał, i w dodatku podejrzanie bezbłędnie trafiająca w jego własny kompleks braku kultury – nie mówiąc już o tym, że wygłaszał ją człowiek, co do którego wciąż miał bardzo poważne wątpliwości – to teraz musiał przyznać, że szalona wizja Edwarda Avona trafia mu do serca i jest jak najbardziej zgodna z tym, co Juliana tu sprowadziło.
Republika Literatury…
Kupił to. Tak, to dobrze brzmi. Nawet lepiej niż dobrze: z klasą. I równocześnie może spodobać się każdemu. Tak, to jest myśl.
I może nawet zdobyłby się na bardziej zachęcającą odpowiedź niż odruchowa reakcja byłego człowieka z City, na coś w rodzaju: „Nieźle to brzmi, przemyślę sprawę”, gdyby nie to, że Edward Avon już wstawał od stolika i porywając po drodze kapelusz, beżowy płaszcz i parasol, ruszał ku ladzie, gdzie zaraz pogrążył się w rozmowie z korpulentną Adrianną.
Tylko po jakiemu oni ze sobą rozmawiają? Julianowi przypominało to język spikera z radia w kuchni. W każdym razie w tym języku odezwał się Edward Avon, Adrianna się zaśmiała i coś mu odpowiedziała. Potem znowu Edward i teraz już śmiali się oboje, dopóki nie doszedł do drzwi. Tu Edward odwrócił się do Juliana i posłał mu ostatni znużony uśmiech.
– Trochę się już zmęczyłem. Ufam, że mi wybaczysz. Jak to miło było poznać syna starego druha. Niezwykła sprawa.
– Wcale nie wyglądasz na zmęczonego. Prawdę mówiąc, przedstawiłeś to bardzo zachęcająco. To, co mówiłeś o Republice Literatury. Nawet pomyślałem sobie, czy nie wpadłbyś jeszcze do mnie, żeby mi trochę doradzić.
– Ja? – Dlaczego nie? No właśnie, dlaczego nie: skoro ktoś zna się na Sebaldzie, jest swojego rodzaju uczonym, uwielbia książki i ma czas?
– Bo nad księgarnią chcę otworzyć bar kawowy – zachęcał Julian. – Jak dobrze pójdzie, będzie gotowy za tydzień. Przyjdź, poszperasz w książkach, znowu sobie pogadamy.
– Mój drogi, co za miła propozycja. Zrobię, co w mojej mocy.
Siwe włosy niesfornie wystawały mu spod kapelusza, gdy Edward Avon jeszcze raz wyruszył w deszcz, podczas gdy Julian udał się do kasy.
– Co, omlecik nie smakował?
– Był pyszny, tylko ogromny. Czy może mi pani powiedzieć, po jakiemu rozmawialiście przed chwilą?
– Z panem Edkiem? – Tak, z panem Edkiem.
– No, po polsku. A po jakiemu? Edek to swój chłop, z Polski. Nie wiedziałeś pan?
Nie, pan nie wiedział.
– Tak, tak. Tylko teraz smutny. Żona mu choruje. I zaraz umrze. Nie wiedziałeś pan?
– Jestem tu nowy – wyjaśnił.
– Mój Krzysiek jest pielęgniarz. Robi w Ipswich General. On mi mówił. Że ona już z panem Edkiem nie gada. Że go pogoniła.
– Własna żona go pogoniła?
– Może chce umrzeć sama. Są ludzie, co tak chcą. Chcą umrzeć, bo może pójdą do nieba.
– A jego żona też jest Polką?
– No coś pan! – Wybuch śmiechu. – Ona jest angielska lady. – Palcem podnosi w górę nos na znak wyższości. – Wydać panu resztę?
– Nie, dziękuję, to dla pani. Naprawdę pyszny omlet.
*
Julian dociera szczęśliwie z powrotem do księgarni i tu na nowo ogarniają go wątpliwości. W życiu miał do czynienia z niejednym oszustem, ale jeżeli Edward jest jednym z nich, to musi być klasą samą w sobie. Czy to możliwe, że od ósmej rano sterczał na tej ulewie, w nadziei że Julian wychynie z księgarni, a potem szedł za nim aż do kawiarni Adrianny po to tylko, żeby się tam do niego doczepić? I czy przypadkiem nie Avon był tą skuloną sylwetką skrytą pod parasolem, którą widział przed chwilą kilka bram dalej na ulicy?
Tylko po co to wszystko?
Bo jeżeli Avon pragnął tylko jego, Juliana, towarzystwa, to czy nie jest świętym obowiązkiem zająć się trochę dawnym kolegą szkolnym zmarłego ojca – tym bardziej kolegą, którego pogoniła jego własna umierająca żona?
No i najważniejsze: skąd Edward Avon – czy ktokolwiek inny – mógł wiedzieć, że u Juliana nie ma prądu ani wody?
Wstydząc się tych wszystkich niegodnych myśli, Julian w ramach pokuty wydzwania po rzemieślnikach, a potem włącza laptopa i odwiedza stronę walijskiej szkoły z internatem, do której uczęszczał świętej pamięci tatuś. Szkoła akurat znalazła się w centrum uwagi, bo toczy się w niej śledztwo w sprawie przemocy wobec dzieci.
Znajduje potwierdzenie, że AVON, Ted (sic) przyszedł do szkoły w szóstej klasie. Uczęszczał do niej tylko przez rok.
Julian szuka dalej, ale tym razem bez powodzenia. Wpisuje w wyszukiwarkę najpierw po prostu „Edward Avon”, potem „Edward Avon uczony”, potem „Edward Avon Polak”. Nie znajduje nic konkretnego.
W miejscowej książce telefonicznej nie ma ani jednego Avona. Próbuje w internetowej książce telefonicznej – numer zastrzeżony.
W południe wreszcie, choć bez uprzedzenia, pojawiają się robotnicy. Siedzą prawie do wieczora. Media zostają przywrócone. Wieczorem Julian przegląda złożone jeszcze przez poprzednika i niezrealizowane zamówienia na rzadkie i używane książki i przypadkowo znajduje wymiętą kartkę z napisem „AVON”, bez skrótu imienia, bez adresu, bez numeru telefonu.
Ten (lub ta) AVON jest zainteresowany nabyciem dowolnego dzieła autora „Chomsky N.”, byle w dobrym stanie i koniecznie w twardej oprawie. Julian uznaje lekceważąco, że ten Chomsky to pewnie jakiś mało znany rodak AVONA i już ma wyrzucić kartkę do śmieci, ale się rozmyśla i wpisuje „Chomsky N.” w wyszukiwarkę:
Noam Chomsky jest jednym z najczęściej cytowanych naukowców na świecie, auto- rem ponad stu książek. Zajmuje się filozofią analityczną, nauką o poznaniu, logiką. Działacz polityczny, krytyk amerykańskiej polityki zagranicznej i kapitalizmu. Uważany za jednego z najważniejszych żyjących intelektualistów oraz za ojca nowoczesnego językoznawstwa.
Zawstydzony Julian wcześniej udaje się na spoczynek po samotnie – jak zwykle – zjedzonej kolacji i przekonuje się, że nie potrafi skupić myśli na niczym innym, jak tylko na Edwardzie Avonie. Na panu Edku. Uznaje, że jak dotąd poznał dwie zupełnie różne wersje tego samego człowieka. Zastanawia się, czy jest ich jeszcze więcej. Tuż przed zaśnięciem medytuje, czy przypadkiem nie odkrył w sobie skrytej potrzeby znalezienia zastępczej postaci ojca. Dochodzi do wniosku, że jedna mu wystarczy, dziękuję bardzo.
-
Sonia Draga: „Javier Marías był nałogowym palaczem. To utrudniało zaproszenie go do Polski”
Javier Marias zmarł w wieku 70 lat. Polska wydawczyni jego książek wspomina kulisy początku ich współpracy, a także pewne przyjęcie, w trakcie którego bacznie przyglądała się jego zachowaniu. Dowiecie się też, czy coś zostało w szufladzie autora, czy może wszystkie napisane przez niego historie już zostały opublikowane.
-
Tylko na smaku! Przeczytaj przedpremierowy fragment „1795″ Niklasa Natt och Daga
Umilkły błogie dźwięki strun i smyczków, które jeszcze przed godziną rozbrzmiewały w jego świecie i pomagały mu o wszystkim zapomnieć. Zamiast nich nocną porą rozlegają się kościelne dzwony, a wydobywający się z nich ton towarzyszy tym, którzy chcą go znaleźć. Każdemu, kto zechce ich słuchać, śpiewają pieśń o tym, który jest poszukiwany. Tycho Ceton opuszcza bezpieczne zaułki dające mu chwilowe schronienie, zasłania twarz rękami i skulony kieruje się w stronę śluzy Polhema, skąd dobiega huk wody. W pewnej chwili wpada w dziurę po brukowym kamieniu i odrywa mu się sprzączka na lewym bucie. Postanawia jednak się nie zatrzymywać, żeby ją poprawić, tylko idzie dalej. Ucieka sam. Jarrick porzucił go bez słowa pożegnania, przepadł w bocznym zaułku wraz z zapłatą, której zażądał za dostarczoną wiadomość. Zachowanie sługi wcale go nie zdziwiło, bo i tak niczego lepszego się po nim nie spodziewał. Teraz jest sam, całkiem bezbronny, a kiedy jego życie zostanie wystawione na sprzedaż, chętni ustawią się w kolejce. Lepiej więc rozstać się od razu, niż czekać, aż łączące ich więzi, których spoiwem była do tej pory wyłącznie chciwość, zostaną wystawione na próbę i pękną. Przy tej resztce zaufania akt ostatecznej zdrady był tylko kwestią czasu.
Na grzbietach fal wzburzonego Saltsjön widać spienione grzywacze. W blasku gwiazd jest ich całe mnóstwo. Przechodząc przez most zwodzony, Ceton wspiera się o poręcz, żeby nie stracić równowagi na śliskich deskach. Wiatr z olbrzymią siłą wpycha wody jeziora Mälaren między kamienie. Przez szpary w deskach widać, jak kipiel osiąga poziom grożący zalaniem. Z miejsca, gdzie piana pieści swym dotykiem powierzchnię muru, dobiega szept. Brzmi jak słowa kogoś, kto jest zadowolony z cudzego nieszczęścia:
Termin spłaty długu dawno temu minął, Twoi wierzyciele już po ciebie idą.
Jeśli w końcu zechcesz spłacić długi swoje, Tylko krew w twych żyłach za monetę postoi.Po przejściu przez most Ceton szuka powozu konnego. Na szczęście szybko znajduje jeden – woźnica zasnął na koźle z dłońmi pod pachami i brodą opuszczoną na pierś. Ceton kuli się z zimna za spękaną, brudną szybą i wsłuchuje w stukot końskich kopyt o bruk. Zwierzęta starają się złapać odpowiedni rytm.
Na ziemi po zawietrznej stronie muru leżą opadłe płatki róż. Chłostane podmuchami wiatru unoszą się i wirują w powietrzu. Po dotarciu na miejsce Ceton puka do drzwi, a gdy służąca pyta, kto tam, rzuca swoje imię. Dziewczyna uchyla, on zaś wyrywa jej świecznik. Dziewczyna nie protestuje, tylko otwiera drzwi na całą szerokość i odsuwa się na bok, żeby zrobić mu przejście. Ceton już w przedpokoju czuje bijący z wnętrza domu smród, którego nie są w stanie zdusić żadne perfumy. Przed wejściem do pokoju wyjmuje perfumowaną jedwabną chusteczkę i zakrywa nią nos, ale szybko zmienia zdanie i wkłada ją z powrotem do kieszeni. Nie chce pokazywać, że cokolwiek, co jest związane z jego żoną, może go sprowokować do działania, nawet jeśli wy- nikałoby to z obrzydzenia. Czuje w dłoni chłód mosiężnej klamki. Przez moment się waha, ale w końcu ją naciska i wchodzi do pogrążonej w mroku sypialni.
Smród, który uderza w nozdrza już na samym progu, jest tak intensywny, że do pewnego stopnia nadaje wypełniającej komnatę ciemności pewien określony wygląd, jakby to nie była ciemność, tylko mgła albo dym. Może to brzmi dziwnie, ale Ceton odnosi wrażenie, że gdy tak idzie przez pokój, świece, które niesie, bardziej go zaciemniają, niż rozjaśniają. Odstawia świecznik na stojący przy ścianie stolik i na chwilę nieruchomieje przed rozległym cieniem rzucanym przez baldachim. Leżąca w łóżku osoba zasłonięta jest zwojami krepy. Ceton czeka, aż serce przestanie mu walić jak oszalałe, a gdy tętno zwalnia, słyszy jej oddech – spokojny i subtelniejszy niż zwykły oddech śpiącej osoby. Ogarnia go złość. W tym momencie to on stoi na przegranej pozycji. Jego żona leży w łóżku niczym wąż w jamie i przygląda mu się z tą swoją cierpliwością, której przez lata nauczyło ją życie. To ten rodzaj cierpliwości, której on nigdy nie będzie w stanie stawić czoła.
– Mój kochany Tycho… Spodziewałam się ciebie.
Ceton wzdryga się na dźwięk jej głosu. Dobrze wie, co kryje się pod tymi słowy.
Jego sparaliżowana małżonka roztyła się ponad miarę i straciła swoje dawne młodzieńcze kształty. Głos pozostał ten sam co kiedyś, gdy wydobywał się z delikatnej dziewczęcej piersi. Z pewnością cierpi straszne męki, ale z jej słów przebija zadowolenie, jakby się nimi rozkoszowała, tak jak ktoś rozkoszuje się słodyczą wina. Ceton poci się pod koszulą i niechętnie odpowiada:
– Mirando…
Na dźwięk swego imienia kobieta wybucha śmiechem. Ceton czuje, jak język sztywnieje mu w ustach, myśli mącą się w głowie, a umysł robi się ociężały. Nie pozostaje mu nic innego, jak tylko czekać na to, co powie albo zrobi jego żona. Szansa na przejęcie inicjatywy wymknęła mu się z rąk.
– Ależ, kochanie… Słyszę, że twój głos drży. I to przed kim? Przed własną żoną? Z pewnością nie tylko ja podziwiam cię za taką nieśmiałość. À propos, od kilku godzin słyszę bicie dzwonów na kościelnych wieżach. Wysłałam Gustawę na wzgórze i kazałam jej sprawdzić, co się stało. Powiedziała mi, że Kungsholmen stoi w płomieniach. Zaraz potem zjawiasz się ty, i to w takim stanie. Jesteś spocony, na koszuli i płaszczu masz mokre plamy, a odór strachu, jaki od ciebie bije, jest tak silny, że zawstydza cierpki zapach bijący od moich nóg. Czego ci potrzeba, skarbie?
Miranda zawsze wie, jak zranić go swoim ciętym językiem. Potrafi chłostać słowami jego czułe miejsca, nawet jeśli czyni to ze szkodą dla siebie. Z każdego słowa, które kieruje pod jego adresem, przebija szyderstwo, bo oburzenie nie pozwala jej wypowiadać się w sposób elokwentny. Ceton zwraca się do niej gniewnym szeptem:
– To ty przyłożyłaś do tego rękę, prawda?
– Sam wiesz najlepiej, że komuś, kto nie jest w stanie unieść znad pościeli koniuszka palca, trudno odpowiedzieć na takie pytanie. Szczerze jednak liczę na to, że faktycznie miałam swój skromny udział w twoim nieszczęściu, które doprowadzi cię do całkowitego upadku. Przyczyniłam się do niego na tyle, na ile mogłam.
Kobieta unosi głowę i pokój wypełnia delikatny dźwięk dzwoneczka.

Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell – Niedawno ktoś mnie odwiedził. Czekałam na taką wizytę od lat. Niestety, moje utkane z marzeń oczekiwania zostały spełnione tylko w niewielkim stopniu. Przynajmniej na początku. Było u mnie dwóch ludzi, jeden wysoki, drugi niski. Ten pierwszy wyglądał na tak steranego życiem, że z trudem rozpoznałam w nim człowieka. Na domiar złego nie miał jednej ręki. Ten drugi… No cóż… Od razu zauważyłam, że coś jest z nim nie w porządku. Byłam prawie pewna, że zadanie, którego obaj zamierzali się podjąć, nie ma szans na powodzenie. Kto uwierzył- by na słowo takim dwóm przybłędom, nawet gdyby na dowód okazali zeznanie zawierające przyznanie się do winy? Od tego jednorękiego biła ogromna złość, od której tapety zwijają się na ścianach. Ciekawa jestem, jakimi karmiłeś go kłamstwami i jak bardzo chwaliłeś się przed nim swoimi podłymi uczynkami? Poradziłam mu, żeby poszedł do sali, w której są prowadzone pokazy anatomiczne, bo miałam nadzieję, że wpadnie we wściekłość i zabije cię na miejscu. Nie doceniłam jednak jego umiejętności panowania nad sobą.
– Czy to wszystko?
– Nie, drogi mężu. Opowiedziałam mu też o tobie i o różnych kłopotliwych dla ciebie sprawach. Ale nie o wszystkich.
– A to dlaczego?
– Widzę, że strach odebrał ci rozum. Sam powinieneś się domyślić. Nie daję im nawet cienia szansy, że choćby jeden ze swoich zamiarów doprowadzą do szczęśliwego końca. Ale to bez znaczenia, bo nawet jeśli ta niedobrana para nie wróci do mnie po resztę informacji, zamiast nich zjawią się inni, którym o wszystkim opowiem. Chyba że zrobisz to, o co od dawna cię proszę.
Ceton czeka na dalsze słowa i czuje w skroniach silne pulsowanie.
– Masz mnie uwolnić. Żądam tego .Nie dam ci wyboru. Wiem, że zwykle zlecasz takie sprawy innym, a sam tylko obserwujesz, ale nie rozglądaj się za Gustawą, bo jej już tu nie ma. Poradziłam jej, by po tym, jak otworzy ci drzwi i wpuści cię do środka, natychmiast stąd uciekła, nie oglądając się za siebie. Dzisiaj w nocy ten jeden jedyny raz zrobisz to własnymi rękami, a w głowie będziesz miał tylko tę myśl: że z tobą wygrałam. Później, to znaczy do momentu, do którego uda ci się przedłużyć swoje bezwartościowe życie, będziesz czuł to samo. Jak więc widzisz, ostatnią partię, jaką mieliśmy do rozegrania, rozstrzygnęłam na moją korzyść. Wszystkie lata, godziny i minuty, które spędziłam w tym łóżku, zostaną mi w pełni wynagrodzone w chwili, gdy zobaczę twój marny upadek. Pamiętasz dzień, w którym szliśmy do ołtarza? Uważałam, że byłeś piękny, a dopiero potem poznałam cię lepiej. Tysiąc razy piękniejszy wydajesz mi się jednak teraz, taki upokorzony i przestraszony. Spiesz się, kochany, bo wszyscy wiedzą, gdzie mieszkasz, a wrogowie marzą o zemście. Porażka, której doznałeś, nie będzie ostatnią. Ciekawe, kto zjawi się pierwszy: jednoręki strażnik miejski w towarzystwie chudego głupka czy twoi dawni bracia zakonni? A może jeden z panów wielmożów, od których wymusiłeś różne korzyści? Czyja dłoń zada ci śmiertelne pchnięcie? Mam nadzieję, że jeśli Bóg rzeczywiście istnieje, nie zabroni mi oglądać tego na własne oczy, nawet z głębi piekieł. Na szczęście to już nie moje zmartwienie. Zrób to, co ci kazałam, zanim będzie za późno. Natychmiast.
Ceton wie, że Miranda powiedziała prawdę, ale dalej się waha. Próbuje spojrzeć na problem z różnych stron, tak jak szachista, który zdaje sobie sprawę, że dostał mata, lecz na wszelki wypadek jeszcze raz wpatruje się w szachownicę, żeby się co do tego upewnić. Robi kilka kroków, jakby tkwił w samym środku jakiegoś koszmaru, i podchodzi do łóżka. Patrzy na swoją nadmiernie otyłą żonę leżącą pod kołdrą i ogarnia go obrzydzenie. Gwałtownie oddycha, płuca wypełnia mu cuchnące powietrze. Przełyka ślinę, żeby nie zwymiotować. Kobieta chichocze. Widać po niej, że jest uszczęśliwiona.
– Mój drogi Tycho… Wyglądasz jak nieśmiały uczniak przed pierwszym stosunkiem płciowym.
Ceton wyrywa jej spod głowy poduszkę i drżącymi rękami zakrywa twarz żony. Czuje, że brakuje mu sił, w tej samej chwili czas stanął w miejscu, zastygł i stężał niczym melasa. Kładzie się na kobiecie całym ciężarem swojego ciała i leżą tak oboje w pozycji, która jest karykaturą miłosnego uścisku. Ceton trzę- sie się z obrzydzenia, czuje, jak bezwładne, luźne ciało Mirandy pod nim dygocze. Bardzo długo słyszy jej triumfalny śmiech i na próżno próbuje stłumić go puchową poduszką w jedwabnej poszewce. Na końcu dociera już do niego tylko brzęczenie przyczepionego do głowy żony dzwonka.

Wychodząc z pokoju, trzyma się ściany. Przed opuszczeniem domu postanawia zabrać niewielką liczbę monet i wartościowych przedmiotów, które stanowią marną resztkę jego majątku. Niestety, wszystkiego nie może wziąć. Kiedyś urządził w domu kilka schowków, ale w tym momencie ogarnia go tak duża panika, że nie potrafi sobie przypomnieć, gdzie są. Jego martwa żona została w łóżku. Oczy ma otwarte, a jej szydercze spojrzenie ściga go przez ściany. W końcu udaje mu się znaleźć trochę cennych rzeczy, ale tak mało, że nie zapełnia nimi nawet zwykłej torby z materiału. Na dworze jest jeszcze noc, dziś tak inna niż zwykle. Coś każe mu się zatrzymać przy bramie, gdzie czuje się tak pewnie, jakby to było sklepienie z opuszczoną kratą. Opanowuje go strach, który zawsze ukrywał w najgłębszych zakamarkach swego serca. Jeśli o nim nie zapomniał, to przynajmniej schował go przed światem.Teraz ów lęk rozrywa kajdany i bierze Ziemię w posiadanie. Jest wszędzie, otacza go ze wszystkich stron i dławi krzyk, który chce się wydobyć z jego ust. Potem Tycho już tylko czmycha jak przed wiatrem zając, który próbuje się ukryć, żeby nie zwietrzyły go psy.
II
Dülitz już na podstawie samego sposobu, w jaki jego dzisiejsi goście pukają do drzwi, wietrzy kłopoty. Przez wszystkie lata, jakie upłynęły od dnia, w którym zaczął tu urzędować, zdążył się przyzwyczaić, że petenci zwracają się do niego w sposób grzeczny i taktowny. Niektórzy nawet go przepraszają za subiekcję, jaką sprawiają mu swoją wizytą. Bardziej bojaźliwi zamiast pukać, drapią w drzwi paznokciami, pozostawiając na nich rysy. Tym razem z klatki schodowej dobiegają mocne uderzenia laski, a na drewniane drzwi prowadzące do kantoru spada rytmiczna salwa. Sprawcą tego hałasu jest ktoś, kto nie musi się martwić tym, że po jego wizycie pozostaną na nich wgniecenia i pęknięcia od uderzeń srebrnej kulki. Jest już późno, ale nadal na tyle jasno, że przez szczelinę między zasłonami wiszącymi w oknie pokoju na pierwszym piętrze Dülitz może zobaczyć to, co się dzieje na ulicy. Podchodzi bliżej, ale na tyle ostrożnie, żeby jego cień nie padał na szybę. Widzi dwóch mężczyzn w miękkich kapeluszach opuszczonych głęboko na czoła. Ich wygląd i zachowanie wcale go nie dziwią, bo niewielu spośród tych, którzy go odwiedzają, chce się potem chwalić taką znajomością. Za nimi, przy wzgórzu od strony ulicy Ormsaltaregränden, stoją dwaj inni mężczyźni, którzy prawdopodobnie otrzymali od tych pierwszych polecenie, żeby się trzymać na dystans. Stoją skuleni, aby deszcz nie wlewał im się za kołnierze. Wyglądają na pewnych siebie, spod płaszczów wystają im policyjne mundury. Na wzgórzach po drugiej stronie śluzy Polhema palą się uliczne latarnie, a w całej dzielnicy widać oświetlone lufciki w oknach domów. Sprawia to niesamowite wrażenie, jakby siekane strumieniami deszczu miasto patrzyło na niego jak wielooka bestia, już to z niechęcią, już z obojętnością. Często spogląda na Sztokholm z tego miejsca i chociaż mieszka tu od lat, miasto wydaje mu się coraz bardziej obce. Uświadamia sobie, że któregoś dnia wskaże mu grób, który sobie wykopał.
Domyśla się, jaki jest powód tak późnej wizyty. Wprawdzie to, czego dotyczy, wyrzucił z pamięci, ale wiedział, że prędzej czy później do niej dojdzie. Teraz stoi przed faktem dokonanym, nie zamierza jednak kwestionować wcześniejszych wyborów, z powodu których znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Być może w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, gdy znużony codzienną monotonią postanawia podjąć jakieś ryzyko. Teraz już wie, że nie powinien był przyjmować tamtego zlecenia, ale wyjątkowo nie posłuchał podpowiadającego mu to głosu rozsądku. Jego obecne kłopoty związane są z dziewką, która nazywa się Anna Stina Knapp. Gdyby nie ona, niebezpieczeństwo nigdy by nie zagościło w progach jego domu. Anna Stina pojawiła się w samą porę, a poza tym miała wszelkie atuty niezbędne do wykonania wspomnianego zlecenia. To był naprawdę niezwykły zbieg okoliczności. Być może zwiodło go współczucie albo padł ofiarą czarów, ale odpędza takie myśli, bo korzyści, które z tego odniósł, należą do przeszłości. Jego drzwi znowu zamieniają się w twardy bęben. Ottosson dopiero się obudził i jeszcze nie wytrzeźwiał. Stoi w przedpokoju i obrzuca Dülitza przestraszonym, pytającym wzrokiem. Jego pan macha mu ręką, żeby się odsunął, podchodzi do drzwi i unosi rygiel. Za chwilę ktoś rzuci kośćmi, a wynik tej rozgrywki zadecyduje o jego życiu.
Niedawno napalił w kaflowym piecu, ale ciepło nie zdążyło się jeszcze rozejść po całym mieszkaniu. Ullholm, naczelnik policji, patrzy na kielich wina, który drżącą ręką podsuwa mu Ottosson, ale nawet nie zdejmuje rękawiczek. Dülitz wskazuje obu swoim gościom krzesła.
– Pewnie znacie z widzenia mojego przewodnika? – pyta Ullholm.
Dülitz kiwa głową i zapala świece na kandelabrze. Cieszy się, że jego dłonie w mniejszym stopniu zdradzają stan jego samopoczucia, niż to jest w przypadku Ottossona.
– Sława pana sekretarza Edmana kroczy przed nim – odpowiada.
Johan Erik Edman jest młodszy od naczelnika Ullholma przynajmniej o piętnaście lat. Ma niespokojny wzrok i opuchnięty nos, z którego cieknie, przez co musi ciągle go ocierać. Ullholm wypija trochę wina, żeby spróbować, jak smakuje.
– Dobry trunek, panie Dülitz… Przejdę jednak do rzeczy. Ludzie, którzy wykonują wasz fach, najrozsądniej zachowują się wtedy, gdy są dobrze poinformowani. Powinniście więc wiedzieć, że pan Edman jest jak pająk czyhający w sieci, którą tkają policyjni tajniacy. To nasz lew polujący na zwolenników króla Gustawa. Dzięki jego wysiłkom zdrajca Armfelt uciekł z podkulonym ogonem z kraju. Dülitz kiwa głową na znak, że zgadza się z tą opinią.
– Pan Edman jest też szanowany w mniej oficjalnych kręgach. Dzieje się tak ze względu na jego bezpardonową postawę i genialne metody śledcze. Dzięki nim umiemy wydobyć zeznania od ludzi, których wina ukryta jest tak głęboko, że sami o niej zapomnieli.
Z gardła Edmana wydobywa się dziwny syczący dźwięk. Być może chciał się zaśmiać, ale zamiast tego pokój wypełnił jego kaszel. Zanosi się tak gwałtownie, że usta musi zasłonić chusteczką. Ullholm klepie go po plecach, ale robi to z największym szacunkiem, na jaki go stać. Niestety, niewiele to pomaga.
– Pan sekretarz stracił głos – wyjaśnia. – Słabe zdrowie zawsze było jego piętą achillesową, a tym samym największym sprzymierzeńcem jego wrogów. Z powodu jesiennych procesów sądowych i wszechobecnej wilgoci nie może mówić. Mam nadzieję, że potrwa to krótko. Jego gorliwość w wypełnianiu obowiązków nie pozwala mu nawet na chwilę odpoczynku, dlatego ze względu na swój obecny stan powierzył mi zaszczyt przedstawienia sprawy, z którą do was przyszliśmy.
Dülitz nie komentuje tych słów, a Ullholm traktuje to jako zachętę do kontynuowania swojego wywodu.
– Przejdę do rzeczy. Jak zapewne wiecie, Ehrenström został w tym tygodniu doprowadzony na szafot, który wzniesiono dla niego na rynku Nytorget. Sąd apelacyjny uznał go winnym udziału w spisku Armfelta, a do skazania doszło dzięki wysiłkom i staraniom pana Edmana. Ale w chwili, gdy Ehrenström położył głowę na pieńku, został ułaskawiony i wysłany do twierdzy Karlsten, gdzie miał gnić za kratami do końca życia. Ledwo jednak ujrzał drewnianą pryczę i kamienne mury swojego nowego mieszkania, ogarnęła go niezwykle silna tęsknota za jedwabiami i puchowymi poduszkami. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zrodziła się w nim gotowość do współpracy, której nie okazywał wcześniej mimo zachęt ze strony władz.
Ullholm obraca trzymaną między kciukiem a palcem środkowym laską w taki sposób, że gałka rysuje niewidzialne koło.
– Ehrenström był kiedyś dyplomatą wysoko cenionym na dworze w Petersburgu. To sprytny człowiek, który dobrze wie, że nie należy wkładać wszystkich jaj do jednego koszyka. Wie też, że za dwa lata, gdy nasz przyszły władca stanie się pełnoletni, a Reuterholm będzie tylko złym wspomnieniem, dożywocie, na które zamieniono mu karę śmierci, może go doprowadzić do zaszczytnych godności. Nie chce jednak czekać na ułaskawienie w obecnych warunkach i dlatego w zamian za zapewnienie mu lepszych wygód poszedł na współpracę. Uczynił to jednak z pewnym zastrzeżeniem: stwierdził mianowicie, że nie zdradzi innych uczestników bardziej, niż uzna to za stosowne.
Oczy Edmana błyszczą z radości na samą myśl o tym, że dzięki postawie skazańca uda się ujawnić jądro spisku. Ullholm pochyla się do przodu.
– A oto co Ehrenström nam wyśpiewał: jesienią zjawił się w waszym biurze pewien pośrednik, którego nazwisko przemilczymy. Przekazał wam pieniądze, żebyście pomogli Magdalenie Rudenschöld nawiązać kontakt z dawnymi spiskowcami. Miała sporządzić listę z nazwiskami zamieszanych w spisek osób, bo nie wszyscy wiedzieli, kto do niego należy. Cel tej operacji był taki, żeby konspiratorzy ponownie się zjednoczyli i natchnęli inne osoby nadzieją na odrodzenie rewolucji gustawiańskiej.
Ullholmowi wyschło od tylu słów w gardle. Dolewa wina do kielicha i wypija je duszkiem. Odstawia naczynie i przed wznowieniem przerwanego wątku chwilę się zastanawia. Drapie się poirytowany pod peruką, aż wreszcie Edman chrząka dyskretnie, żeby zwrócić mu na coś uwagę. Naczelnik ze zdziwieniem obserwuje, jak Edman uderza rytmicznie stopą o podłogę i wykonuje dłońmi niezrozumiałe ruchy. Dopiero po chwili domyśla się ich sensu.
– Rudenschöld przebywała w więzieniu na Långholmen, do którego trafiają uliczne kurwy. Umieszczono ją w izbie oddanej jej do dyspozycji na pewien czas. Jednocześnie zlecono wykonanie i montaż krat, żeby uniemożliwić jej ewentualną ucieczkę. Przędzalnia, która funkcjonuje w więzieniu, prowadzona jest w sposób pozostawiający wiele do życzenia, dzięki czemu jej pobyt we wspomnianej izbie stworzył wam idealną okazję do wykonania otrzymanego zlecenia. Po przesłuchaniu strażników potwierdziliśmy nasze przypuszczenia, ale ci ludzie to zwykła, zapijaczona hołota. Co bardziej sprytni i zdolni do kłamstwa wcale nie są lepsi od tych głupich i wiecznie pijanych, żebyśmy mogli uwierzyć w ich zapewnienia, że świetnie widzą, co się dzieje na ich oczach.
Zanim Ullholm zdąży zadać kolejne pytanie, Edman pochyla się i ustawia świecznik w takiej pozycji, żeby blask płomienia padał na twarz Dülitza.
– Gdzie jest list z nazwiskami spiskowców, który napisała Rudenschöld?
Tym razem to Dülitz nalewa sobie wina i od razu opróżnia kielich. Chce zyskać na czasie, żeby się zastanowić nad odpowiedzią. Niestety, umysł ma tak otumaniony, że żaden sprytny wybieg nie przychodzi mu do głowy. Nie czuje też smaku trunku.
– Cała wasza opowieść jest prawdziwa – przyznaje. – Nie mam powodu, żeby jej zaprzeczyć. Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Ullholm i Edman wymieniają spojrzenia. Edman daje Dülitzowi znak, żeby kontynuował.
– Kiedyś poznałem pewną dziewkę, nazywała się Anna Stina Knapp. Do spotkania doszło przypadkiem. Z mojej wiedzy wynika, że Knapp jest jedyną żyjącą osobą, która zna tajną drogę prowadzącą z zewnątrz do więzienia. To podziemny tunel biegnący pod murem. Kiedyś miał służyć do osuszania gruntu, ale z czasem o nim zapomniano. Był tak ciasny, że prawie wszystkich zniechęcał do podjęcia próby ucieczki. Knapp wydostała się tamtędy wiosną zeszłego roku, dzięki czemu nie musiała odsiadywać wyroku do końca. Kazałem jej wrócić do więzienia tą samą drogą, ale od tamtej pory jej nie widziałem.
– A skąd pewność, że wykonała wasze zlecenie?
Dülitz wiele razy zadawał sobie to samo pytanie.
– Dała mi słowo, że to zrobi. Codziennie otacza mnie banda kłamców, ale jej uwierzyłem. Znalazła się w trudnej sytuacji, a ja zaoferowałem jej jedyny sposób, żeby mogła się z niej uwolnić. Innego wyjścia nie było. Jednego jestem pewien: nie ma jej w więzieniu na Långholmen. Jeśli Rudenschöld rzeczywiście napisała taki list, nie mam pojęcia, gdzie może się teraz znajdować.Edman, który potrafi dostrzec nawet cień nieprawdy w zeznaniach przesłuchiwanych osób, szuka wzroku Dülitza. Poirytowany Ullholm bębni palcami po blacie stołu.
– Tak nagła zmiana frontu nie pozwala mi wam zaufać. Dülitz patrzy mu prosto w oczy i pochyla się nad stołem.
– Gdybym miał ten list, już dawno temu zacząłbym negocjować z wami cenę za jego odstąpienie. Pewnie byłaby znacznie wyższa od tej, którą zaoferował mi mój pierwszy zleceniodawca. Myślę jednak, że w zamian za przychylność ze strony policji oddałbym go wam za mniej. Gdybym rzeczywiście wykonał zlecenie i przekazał list mojemu zleceniodawcy, którego tożsamości nie znam, tajniacy pana Edmana od razu by zauważyli, że w szeregach spiskowców doszło do zmian i przetasowań. Czyż nie mam racji?
Edman rozważa przez chwilę te słowa, po czym prostuje się i opiera plecami o krzesło. Ściąga kąciki ust, jakby chciał potwierdzić, że wywód Dülitza brzmi logicznie, i rzuca Ullholmowi szybkie spojrzenie. Naczelnik wzdycha, wstaje z krzesła i otrzepuje poły płaszcza, jakby siedział w popiele.
– Wygląda na to, że zmarnowaliśmy czas. Musicie odnaleźć tę dziewczynę, Dülitz, bo to ona jest kluczem do całej sprawy. Poza tym tylko ona zna miejsce, w którym przechowywany jest list. To teraz najważniejszy dokument w państwie.
– Pozwolę sobie zauważyć, że moje dotychczasowe i usilne starania nie przyniosły żadnych rezultatów.
Edman wyciąga lewą rękę w geście godnym cesarza Rzymu, który ma zadecydować o losie pokonanego wojownika, podczas gdy palce prawej dłoni składa w taki sposób, żeby przypominały szczypce, a następnie wykonuje nimi ruch, jakby odcinał sobie kciuk. Ullholm ziewa w rękawiczkę.
– Pan Edman chciał powiedzieć, że teraz, gdy stosowane przez nas metody uległy pewnej zmianie, wasza wytrwałość, panie Dülitz, zostanie być może nagrodzona. Nasze imadła są wprawdzie bardzo stare, ale wykonano je z solidnego materiału. Wystarczy naoliwić mechanizm i będą działać jak nowe. Kiedy jakiemuś więźniowi zaczynają trzeszczeć kości nóg, nawet najbardziej zatwardziały zaśpiewa nam swoją arię molto vivace, żeby tylko uniknąć bólu. Co wtedy robimy? Z radością rozkręcamy cęgi, żeby uniknąć hałasu. A co może stać się z wami? Pan Edman zostawi was w lochu i będzie go otwierał tylko po to, żeby widzieć i słyszeć, jak krzyczycie mimo upływu lat. Nawet jeśli miałoby to trwać do następnego stulecia.

Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant Wokół pogorzeliska unoszą się cienie, gdy tylko dogasający żar stwarza im taką sposobność. Kiedy jednak wstaje świt, ponownie wracają do swoich kryjówek. Po ruinach niedawnego sierocińca na Hornsberget chodzą ludzie. Są przemęczeni i osmaleni dymem, ale w ich głosach nie ma wcześniejszej rozpaczy. Już wiedzą, że ich wysiłek się opłacił, bo ogień się cofnął. Dymiące łąki zalewane są strumieniami wody, a im bliżej ognia podchodzą konie z beczkowozami i strażackimi wężami, tym bardziej kurczy się obszar objęty pożarem. Gęste kłęby dymu unoszą się nad linią wyznaczającą teren, na którym ratownicy próbują ograniczyć zasięg zniszczeń. Gdzieniegdzie pojawiają się pojedyncze płomienie, które próbują przebić się z sykiem, ale ich wysiłek jest daremny. Pogorzelisko stało się grobem dla setki dzieci. Drzewa i kłęby dymu przysłaniają dwie postacie, które tkwią jak skamieniałe nad stojącą na zboczu kadzią. Nagie nogi kontrastują z zabarwioną na czerwono wodą. Słońce wzeszło nad horyzont, ale nadal kryje się za mgłą.
Emil Winge trzyma Cardella za rękę. Dłoń strażnika drży, każdy oddech wzmaga jego cierpienie. Na szczęście ból jest mniejszy niż wcześniej. Wingemu zabrakło łez, żeby zwilżyć osmalone policzki. Ustępujące ciemności zabrały ze sobą łeb byka, a on znowu rozpoznaje twarz strażnika, chociaż żar i ogień nadały jej nowy kształt. Cardell stracił włosy, a jego ciało pokryte jest bąblami, sadzą i plamami krwi.
– Chodźmy już stąd – rzuca Winge.
Strażnik odwraca głowę, jakby chciał mu się dokładniej przyjrzeć, co powoduje, że zasklepione na ranach świeże strupy zaczynają pękać. Pod oczami, które straciły prawie cały blask, utworzyły się nabrzmiałe worki. Ból rodzi w nim pytania. Winge nie musi ich nawet słyszeć, żeby na nie odpowiedzieć.
– Oprzyj się o mnie. Nie możemy tu zostać. Jeśli nas zobaczą, będzie źle.
Cardell odwraca głowę, jakby był zdziwiony, że oprócz niego ktoś tu jeszcze jest.
– Nigdy wcześniej nie zabiłem nikogo w taki sposób. W armii dostawałem rozkaz, ładowałem do armatniej lufy proch i kule, po czym celowałem w takie miejsce, żeby wyrządzić jak największe szkody. Wygrywałem bójki, a każdemu, kto się na mnie zamachnął, oddawałem z nawiązką, ale nigdy nie odebrałem nikomu życia w taki sposób. Erik Tre Rosor…Właściwie nic przeciwko niemu nie miałem, bo to nie on był winny. Zostanę tutaj. Chcę, żeby sprawiedliwości stało się zadość.
Winge zerka przez ramię. Na miejscu zdarzenia nie zjawił się jeszcze żaden przedstawiciel prawa. W pierwszych promieniach słońca nie widać też błyszczących blaszek, które noszą miejscy strażnicy. Po terenie kręcą się tylko gaszący pożar i pierwsi chłopi z wyspy z wielką gorliwością broniący swoich gruntów przed płomieniami. Przy okazji chcą też mieć swój udział w chwale, na którą teraz, gdy pożar prawie już się skończył, będą mogli zasłużyć bez ryzyka dla własnego zdrowia i życia. Wkrótce zjawią się pierwsi wyciągnięci spod ciepłych pierzyn policjanci, żeby rozpocząć przesłuchania.
– Żeby sprawiedliwości stało się zadość? – powtarza ze zdziwieniem Winge. – Obawiam się, że czekanie na nią będzie długie i bezowocne. Wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Musimy pomóc sprawiedliwości, której szukamy.
Winge spogląda na leżące w czerwonej, spienionej wodzie zwłoki Erika. Wystają z niej jego chude łydki, które pokazują, gdzie zastał go koniec.
– Jego śmierć niewiele znaczy wobec śmierci tych, których po tej nocy będziemy mieć na sumieniu. Możliwe, że to on podłożył ogień, ale to my daliśmy mu zapałki, a Ceton odlał świecę. Ty tylko pomogłeś Erikowi dokończyć to, czego się podjął. Śmierć i tak była mu pisana, a im szybciej przyszła, tym bardziej go uszczęśliwiła. Swoim uczynkiem spalił tarczę ochronną wokół Cetona i wystawił go nam na strzał. Jeśli poczuwasz się do winy, podejdź do tego w inny sposób i powiedz sobie, że wykonałeś jego ostatnią wolę. Jeśli tego nie zrobisz, wszystko, co się stało, pójdzie na marne.
– Po tym, co się wydarzyło, nie ma takiej walki, która jest warta swej ceny.
– Być może rozmiary tego nieszczęścia będzie można zmniejszyć. Musimy się zastanowić, co jeszcze możemy ugrać.
Winge ciągnie strażnika za rękę, ale równie dobrze mógłby próbować ciągnąć ludzki posąg wykuty z kamienia. Cardell kaszle i zniża głos do szeptu.
– Zastanawiam się, dlaczego akurat ty miałbyś mi pomagać. Kiedyś stanąłem przed wyborem: ona albo ty. Wybrałem ją.
– Wiem o tym. Wiem też, dlaczego to zrobiłeś.
– W całej mojej przychylności i życzliwości usmażyłem nie tylko jej dzieci, ale także dzieci stu innych matek.
Winge spogląda na pogorzelisko. Niecałą godzinę temu widział tam dziewczynę, o której wspomniał Cardell. Teraz już jej nie ma.
– Za to, co tu się stało, jesteś odpowiedzialny tylko w połowie. Reszta winy spada na mnie. Ale ja nie mogę wybierać za ciebie. Pamiętasz tamten dzień, gdy pierwszy raz od dawna byłem trzeźwy? Dałeś mi wolny wybór. Teraz ja wyświadczę ci tę samą przysługę. Jeśli postanowisz stąd ze mną odejść, musisz dać mi słowo. Przysięgnąć na to, co jest do wygrania.
Przez chwilę panuje milczenie. Winge wstrzymuje oddech do momentu, gdy słyszy odpowiedź.
– Zgoda. Daję słowo. Przysięgam na to, co mamy do wygrania. – Żadna cena nie będzie dla nas za wysoka.
– Żadna.
Winge obejmuje Cardella.– No to chodźmy.
Winge postrząsa poparzonym ludzkim posągiem, który robi pierwszy, chwiejny krok, a po nim następne. Chwyta Cardella za łokieć, żeby wskazać mu kierunek. Idą pod górę. Za wzgórzem zaczyna się droga prowadząca do centrum Sztokholmu. Cardell zatrzymuje się na szczycie i pozbawionym mocy ramieniem, które nagle zrobiło się sztywne, zatrzymuje Wingego, jakby to nie była ręka, tylko poprzeczna dębowa belka.
– Zapewne zdajesz sobie sprawę, że ta droga zaprowadzi nas do piekła? Czy naprawdę chcesz nią pójść w towarzystwie kaleki, który już raz cię zawiódł?
Winge wydaje z siebie dźwięk będący czymś pośrednim między jękiem a śmiechem.
– Chcesz powiedzieć, że to ty jesteś bardziej godny współczucia niż ja? Wsparcia udziela ci człowiek naradzający się ze zmarłymi oraz nieodróżniający fikcji od rzeczywistości. Jeśli znasz inną drogę, wskaż ją. Jeżeli tego, co zamierzamy uczynić, nie robimy tylko dlatego, że takie mamy życzenie, zróbmy to w ramach kary, którą sami na siebie nałożymy. Nadzieja przestała być boją utrzymującą nas przy życiu. Jej miejsce zajęło dojmujące poczucie winy.
– Czy w tym nowym, wspólnym bycie pozostaniemy przyjaciółmi?
Winge kręci głową. Nie potrafi kłamać, a na tak postawione pytanie odpowiada gorzkim tonem.
– To niemożliwe. My już nigdy nie będziemy przyjaciółmi. Przy okazji mam pewne życzenie: zanim zabierzemy się do pra- cy, doprowadź do końca swoje sprawy z tą dziewczyną. Dopóki tego nie zrobisz, nie będę miał z ciebie żadnego pożytku. Jak już wszystko załatwisz, przyjdź do mnie.
– A co ty będziesz w tym czasie robił?
– Spotkam się z Isakiem Blomem. Uczynię wszystko, żeby odświeżyć nasz poprzedni status, chociaż biorąc pod uwagę fakt, że niedawno zrezygnowaliśmy ze współpracy z policją, nie będzie to łatwe. Potem zacznę szukać tropu, którym będziemy mogli podążyć. Szykuj się więc na polowanie.
Cardell wykonuje pierwszy krok bez pomocy Wingego. Każdy ruch sprawia mu taki ból, że strażnik głośno jęczy.
Winge odwraca się plecami do pogorzeliska, w którym z dymem poszło wiele ludzkich istnień i mnóstwo cennego dobra. Już nie jest tym samym człowiekiem, którym był do niedawna. Od niepamiętnych czasów podsycał w sobie wewnętrzną złość, ale to, co kiedyś było pojedynczym płomieniem, teraz zamieniło się w płonący stos palący go jeszcze bardziej z powodu jego bezsilności. Zaplątał się jak płotka w sieci albo ćma, która wleciała pod szklany klosz. Tego, co się wydarzyło, nie da się cofnąć, ale jakieś niewidzialne więzi skłaniają go do przyjęcia odpowiedzialnej postawy. Przedtem pomagał z własnej woli, teraz zostało mu działanie pod przymusem. Uczyni wszystko, co w jego mocy. Dopóki tego nie zrobi, miasto pozostanie jego klatką.
Strach od dawna idzie w parze ze złością. Winge na próżno próbuje się pocieszać. Stał twarzą w twarz z minotaurem, odważył się wejść w ciemny labirynt i słyszał dzieci płaczące ze strachu w ostatniej chwili życia. Czy to znaczy, że widział już to, co najgorsze? Czy w ogóle może się zdarzyć coś gorszego?
Tom zamykający trylogię ukaże się już 28 września w tłumaczeniu Wojciecha Łygasia

