Tag: Wydawnictwo Sonia Draga
-
„Nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze”. Z Camillą Grebe rozmawia Katarzyna Tubylewicz
Z Camillą Grebe, gwiazdą ambitnego, szwedzkiego kryminału – o kobietach w policji, przemocy, lekturach oraz doskonałym „Łowcy cieni” rozmawia Katarzyna Tubylewicz.
Twoja powieść „Łowca cieni”, która niedawno ukazała się w Polsce, została uznana przez Szwedzką Akademię Kryminału najlepszym kryminałem roku 2019, otrzymała też tytuł najlepszego kryminału skandynawskiego. Myślę, że dlatego, że bardzo rozszerzasz możliwości gatunku.
Gatunek jest tylko formą. Od powieści sensacyjnej czytelnik oczekuje zagadki, ale poza tym można ją wypełnić, czym tylko się chce. To dlatego uwielbiam pisać kryminały. Mogą być zaangażowane społecznie, mogą być poetyckie, można wplatać w nie historie miłosne. Powieść kryminalną, poza obowiązkowym wątkiem sensacyjnym da się wypełnić wszystkim. W „Łowcy cieni” opowiadam o tajemniczej serii morderstw, której korzenie sięgają lat 40. ubiegłego wieku, a historia ciągnie się aż do współczesności. Opowiadam ją z perspektywy trzech kobiet, policjantek. Jedna z nich pracuje w latach 70., druga w 80., a trzecia współcześnie. Dzięki tym postaciom udało mi się opisać, jak zmieniła się sytuacja kobiet pracujących w szwedzkiej policji i jak na przestrzeni kolejnych dziesięcioleci zmieniało się całe szwedzkie społeczeństwo.
W latach 40. spotykamy pierwszą bohaterkę, Elsie. To dla czytelnika przelotna znajomość, ale ważna. Elsie jest siostrą policyjną. W Polsce nigdy nie było tego typu stanowisk, więc chciałabym, żebyś wyjaśniła, kim były siostry policyjne. Co robiły?
Zanim do zawodu policjantki dopuszczono kobiety, w Szwecji doszło dopiero w 1958 roku, kobiety mogły pracować w policji, ale tylko jako siostry policyjne. Najczęściej były pielęgniarkami i ich zadaniem było zajmowanie się kobietami, które padły ofiarą przestępstw, ale także samymi przestępczyniami, czasem dziećmi. Siostry policyjne nie miały tych samych uprawnień, co policjanci, ale pomagały w dochodzeniach.
Czyli pełniły tradycyjne kobiece role opiekunek
Tak. Myślę, że odzwierciedlało to ówczesne spojrzenie na kobiety i mężczyzn, przekonanie, że bardzo różnią się od siebie. Uważano, że istnieją „unikalne cechy kobiece”, które mogły być przydatne na komendzie. Kobiety miały uzupełniać mężczyzn. Tak wówczas myślano.
Ciekawe, że w Polsce otwarcie szeregów policji dla kobiet nastąpiło już w 1925 roku. Można powiedzieć, że były takie czasy, w których to Polska stawiała na emancypację wcześniej niż Szwecja… Istniało jednak ograniczenie, pierwsze policjantki musiały być pannami albo wdowami, bo zamężnych kobiet do policji nie przyjmowano. Domyślam się że, nie było im z początku łatwo… Ty poprzez historie swoich bohaterek, zwłaszcza Britt-Marie pracującej na komendzie w latach 70. pokazujesz, jak dyskryminowano policjantki w Szwecji. Britt- Marie pada ofiarą mobbingu . Szef nie traktuje jej jak pracowniczki równej mającym identyczne wykształcenie kolegom. Wiem, że robiąc research, natknęłaś się też na zadziwiające artykuły o policjantkach w szwedzkiej prasie, pełne stereotypów i lekceważenia.
Tak, było to bardzo zaskakujące. Sama urodziłam się w 1968 roku i nie pamiętam, żebym w czasie dorastania uważała, że jest coś dziwnego w tym, że kobieta pracuje na policji. Ale kiedy zaczęłam czytać prasę z tamtych lat odkryłam, że o kobietach policjantkach pisano z wielką podejrzliwością, że umniejszano ich rolę. Przeciwnicy twierdzili na przykład, że jeśli ładna kobieta będzie siedziała z mężczyzną w radiowozie, to prowadzący policjant może zjechać z drogi, bo będzie zdekoncentrowany.
Więc przez długi czas zakazywano policjantkom pracy w terenie!
Tak. Druga połowa artykułów traktowała o „ślicznych policjantkach”, „najpiękniejszej policjantce w Örebro”, „seksownych strojach policjantek” i tak dalej. Takie nastroje panowały do końca lat 70., dopiero potem zawód policjantki stał się czymś normalnym. Moja bohaterka Britt -Marie napotyka w pracy niczym nieskrywaną dyskryminację. Jej szef wyklucza ją z zebrań, nigdy nie pyta o zdanie, jedynym obowiązkiem, który jej przydziela, jest robienie notatek. Tak to właśnie wyglądało w latach 70. Moje bohaterki, które pracują w policji później też napotykają wyzwania i trudności, ale zupełnie innego typu.
Malin, która pracuje w czasach współczesnych ma o niebo lepszą sytuację zawodową, ale i tak jest jej trudno, na przykład łączyć pracę z macierzyństwem. Zwłaszcza, że nie ma wsparcia od męża . Zastanawiam się, czy nadal istnieje jakiś rodzaj debaty na temat płci w policji.
Myślę, że przekonanie o tym, iż kobiety i mężczyźni bardzo się od siebie różnią zastąpiono dziś przeświadczeniem, że są tacy sami i że są w stanie wykonywać obowiązki zawodowe w identyczny sposób.
Pomysł na „Łowcę cieni” narodził się podczas lektury. Podobno zainspirowała Cię książka Michelle McNamara z gatunku true crime „Obsesja zbrodni”, opowiadająca historię poszukiwania seryjnego mordercy zwanego The Golden State Killer.
Autorka tej książki była dziennikarką i prowadziła stronę internetową poświęconą nierozwiązanym sprawom seryjnych morderstw. Była wręcz opętana postacią The Golden State Killera. Mężczyzna ten przez długi czas gwałcił i mordował kobiety w Kalifornii, ale też w innych stanach. Długo dochodzono do ustalenia, że to ta sama osoba. Z początku nadawano mu różne przydomki w zależności od tego, gdzie akurat działał. Michelle McNamara w trakcie pracy nad książką o nim nieoczekiwanie zmarła. Jest bardzo wzruszające, że książkę ukończyli i wydali redaktorzy z jej wydawnictwa. Sprawa The Golden State Killera pozostawała niewyjaśniona przez dziesiątki lat, więc książka o nim pozwala na spotkanie wielu policjantów pracujących nad tym przypadkiem. Bohaterowie Michelle McNamara starzeją się, przechodzą na emeryturę, umierają, zastępują ich kolejne osoby, społeczeństwo wokół zmienia się, powstają nowe dzielnice miast, inne zostają zburzone. „Obsesja zbrodni” sprawiła, że zrozumiałam, iż opowieść kryminalna tak bardzo rozciągnięta w czasie, daje unikalną możliwość opisania różnych przemian i zjawisk w społeczeństwie. Od rozwoju urbanistycznego miast do przemian w sytuacji kobiet w policji. W tym wszystkim nadal największą atrakcją jest – mam nadzieję – wciągająca historia kryminalna. Chciałam, żeby „Łowcę cieni” można było czytać na różne sposoby, jako zwykły, trzymający w napięciu thriller, ale też jako powieść przedstawiającą jakiś fragment, mało znanej, historii społeczeństwa.
I rzeczywiście jest tak, że zrobiłaś z kryminału epicką powieść analizującą ciekawe zjawiska społeczne i pokazującą ważne przemiany w Szwecji. Mam wrażenie, że kryminał jest wbrew pozorom gatunkiem pozwalającym na wyjątkowo wiele, między innymi na głębokie społeczne zaangażowanie, ale niewielu autorów w pełni wykorzystuje tę szansę. Ani w Polsce, gdzie rocznie publikuje się około 400 kryminałów, ani w Szwecji, gdzie wychodzi ich rocznie ponad 300. Tobie się to udało. Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o researchu?

Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell Czytałam mnóstwo książek, jakieś autobiograficzne opowieści policjantów, pracę doktorską o szwedzkiej policji, serię powieści o dawnym Sztokholmie Pera Andersa Fogelströma. Dużo czasu spędziłam w bibliotekach, zwłaszcza w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie, czytałam tam gazety z lat 70. i 80. Nie wszystkie informacje zdobyłam, wertując źródła prasowe, dotarłam też do trzech kobiet, które pracowały w policji w różnych latach. Najstarsza miała 75 lat, a najmłodsza 40. Potrzebowałam tego, żeby poczuć, jak kiedyś pracowało się kobietom w policji.
Czy jakieś anegdoty lub wspomnienia, które opowiedziały Ci te kobiety trafiły bezpośrednio do „Łowcy cieni”?
Całe mnóstwo detali, które tak naprawdę budują realistyczną opowieść o miejscach i czasie. Na przykład 75-letnia Siv opowiadała mi, że za jej czasów podczas ćwiczeń na strzelnicy nie było ochraniających uszy słuchawek, więc z koleżankami wkładały do uszu łuski po nabojach. Britt-Marie też to robi.
Czy bałaś się błędów?
Tak! Kiedy wpadłam na pomysł tej powieści, nie miałam na szczęście pojęcia, ile będzie wymagała pracy, i czego się podjęłam. Pytania mnożyły się bez końca. Jak wyglądała ta ulica w latach70.? Jakie jeździły po niej samochody? Co się jadło? Jakiej muzyki słuchało? Im dłużej zagłębiasz się w historii, im więcej wynajdujesz rzeczy, które charakteryzowały dany czas, tym bardziej kusi, by je wszystkie przedstawić. A to fatalne rozwiązanie. Nie można przeładować książki elementami z epoki.
Myślę, że udało Ci się wyważyć właściwe proporcje. Ciekawe, że opisując historię seryjnych morderstw, których ofiarami są młode kobiety, samotne matki, pozostawiasz pole dla wyobraźni czytelników. Nie epatujesz przemocą, nie szokujesz opisami tortur i krwią. Trochę wbrew współczesnym tendencjom panującym w literaturze kryminalnej, która epatuje szczegółowymi opisami przemocy wobec kobiet i czyni z przemocy fetysz. W Twojej książce jest paraliżujący strach, ale przemoc jest często czymś niedopowiedzianym.
Nie lubię epatować przemocą. Chcę pisać książki, które wciągają, ale nie są bardzo krwawe, to nie ma dla mnie żadnej wartości. W seryjnych morderstwach, które opisuję jest sporo symboliki, kobiety są przybijane gwoździami do podłogi w swoich mieszkaniach, tak jakby ktoś chciał zatrzymać je w domu. A jest to tematem książki także w szerszym znaczeniu. Generalnie nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze, bardziej ekscytujące albo bardziej poruszające. Dlatego unikam dosłowności. Myślę, że czytelnicy mają tyle fantazji i wrażliwości, że aby ich poruszyć, wystarczą sugestie. Nie trzeba wdawać się w szczegóły.

Camilla Grebe w rozmowie z Katarzyną Tubylewicz Napisałaś trzynaście książek, kilka z nich w duetach, ale od pewnego czasu pracujesz sama. Myślę, że charakterystyczne dla Twojego pisania jest ciągłe poszukiwanie nowych dróg.
„Łowca cieni” to czwarta część cyklu zapoczątkowanego przez „Stąpając po cienkim lodzie”, po którym przyszły „Uśpienie” i „Dziennik mojego zniknięcia”. W kolejnych książkach powracają niektórzy bohaterowie, ale zaskoczeniem jest którzy i w jakim momencie życia. W „Łowcy cieni” pojawia się profilerka Hanne, którą poznajemy w latach 80., kiedy jej kariera nabiera tempa, a Hanne żyje w nieco toksycznym związku. Tę samą bohaterkę pamiętam z pierwszego tomu cyklu, w którym miała… prawie 60 lat, cierpiała na początki demencji i przeżywała wielką miłość. Dość wcześnie zdecydowałam, że będę pisała tylko takie rzeczy, które naprawdę chcę napisać. Uważam, że kiedy ja dobrze bawię się pisaniem, to czytelnik bawi się moją książką. Nie byłoby dla mnie interesujące pisanie ciągle o tym samym policjancie rozwiązującym kolejne zagadki morderstw w tym samym mieście. Oczywiście wielu autorów zachowuje ten schemat i tworzy fantastyczne książki, ale dla mnie byłoby to nudne. Za każdym razem potrzebuję stawiać sobie nowe wyzwania, całkowicie zmieniać sposób opowiadania moich historii, tematykę, bohaterów.
Myślę, że czas zdradzić, że kiedy ze sobą rozmawiamy, jesteś na wakacjach w Hiszpanii, ale nie mogłyśmy zaplanować rozmowy w Sztokholmie po Twoim powrocie, bo na razie do Szwecji nie wracasz. Od pewnego czasu mieszkasz bowiem w Portugalii.
Przeprowadziliśmy się z moim partnerem do Cascais w połowie grudnia. Przejechaliśmy wtedy samochodem przez pozamykaną przez pandemię Europę. Wszędzie było pusto. Kiedy dotarliśmy do Portugalii, zaczął się tam lockdown, więc przez jakiś czas byliśmy uwięzieni, ale teraz jest nam wspaniale. Oboje pracujemy nad swoimi projektami, ja uczę się jeździć konno.
Czy chcecie zostać w Portugalii na długo?
Właściwie nie wiemy. Idea jest taka, że teraz, gdy dzieci każdego z nas są już dorosłe i wyprowadziły się z domu, my możemy przeżyć wielką przygodę. Każde z nas i tak pracuje w domu, więc możemy mieszkać, gdzie chcemy. Nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy zostaniemy w Portugalii na rok czy na parę lat. Dla mojego pisania nie ma znaczenia, gdzie jestem. Najchętniej i tak piszę w łóżku.
Ile godzin dziennie?
Są takie okresy, że siedzę nad książką po dwanaście godzin, ale zdarza się to bardzo rzadko. Najczęściej pracuję dwie, trzy godziny. Zawsze też sporo myślę o książce, nad którą pracuję. Pisanie to proces, który trwa nawet wtedy, kiedy się nie pisze.

Camilla Grebe, fot: Viktor Fremling A nad czym teraz pracujesz?
Nad kolejną po „Łowcy cieni” częścią cyklu, ma roboczy tytuł „Witajcie w wieczności”. Bohaterką jest redaktorka wydawnictwa, której mężem jest bardzo znany pisarz. Mają synów bliźniaków. Po przyjęciu w ich wielkim domu na wsi zostaje zamordowana nastolatka. Szybko okazuje się, że sprawcą jest jeden z synów pary, ale nie wiadomo który. Będzie to powieść traktująca w dużej mierze o rodzicielstwie, ale także o świecie literacko-wydawniczym. Bardzo podoba mi się opisywanie świata, który dobrze znam.
Twoje książki przetłumaczono na 25 języków.
Nie wszystkie na te same języki i nie wszystkie na aż tyle, ale w sumie tak. Za to książki wydane po angielsku sprzedają się w wielu krajach, między innymi w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. Tak więc choć moje powieści ukazały się w tłumaczeniach na 25 języków, sprzedawane są w znacznie większej liczbie krajów.
Jesteś częścią fenomenu, który nazywany jest mianem „szwedzkiego cudu kryminalnego” – po szwedzku det svenska deckarundret. Co według Ciebie jest najważniejszą cechą szwedzkich kryminałów, która sprawia, że podbijają świat?
Myślę, że są dość mroczne i zaangażowane w tematykę społeczną, krytycznie ją analizując. Większość z nas uważnie obserwuje teraźniejszość, przemiany obyczajowe. Mówiąc o sukcesach szwedzkich czy szerzej skandynawskich kryminałów, myślę, że my, współcześni autorzy, zawdzięczamy wiele naszym poprzednikom. Na przykład piszącym w latach 70. ubiegłego wieku autorom: parze Sjöwall i Wahlöö, dziś uznawanym za klasyków, Henningowi Mankellowi i innym doskonałym autorom, którzy otworzyli nam drzwi na świat. Zainspirowali nas też, żeby pisać prozę kryminalną. Myślę więc, że nie chodzi tylko o to, że w Szwecji jest dziś dużo dobrych autorów prozy sensacyjnej, ale także o to, że mamy długą tradycję takiej powieści.
Po których szwedzkich autorów sięgasz najchętniej?
Bardzo wielu. Zawsze lubiłam na przykład Håkana Nessera i Åsę Larsson. Lubię też Christoffera Carlssona, och, mogłabym jeszcze długo wymieniać.
A z autorów zagranicznych?
Uwielbiam brytyjską autorkę, która nazywa się Belinda Bauer. To pisarka, która mnie najbardziej inspiruje, chcę pisać tak jak ona. Jej książki są czymś pomiędzy powieściami obyczajowymi a kryminałami. Ale warto dodać, że czytam całą masę książek niesensacyjnych; Joyce Carol Oates, Margaret Atwood, Iana McEwana.
Na koniec nie mogę nie wspomnieć o plotkach związanych z Hollywood. Czytałam, że trwają prace nad amerykańską ekranizacją twojej powieści „Stąpając po cienkim lodzie”. Czy mogłabyś coś o tym powiedzieć?
Nie wolno mi teraz mówić prawie nic na ten temat, ale to prawda. Na razie nauczyłam się, że świat filmu jest strasznie skomplikowany i bardzo długo trwa, nim jakiś projekt zostanie zrealizowany. Dla pisarza to trochę frustrujące. Pisanie książki zajmuje dużo czasu, ale zawsze wiadomo, kiedy wyjdzie. W branży filmowej funkcjonuje wszystko trochę inaczej, jest mnóstwo rozmów, wszystko trwa i trwa. Ale tak, to prawda, będzie Hollywood.
Rozmawiała Katarzyna Tubylewicz
-
John le Carré „Agent w terenie” – fragment książki
Gdybym pisał oficjalny raport, zacząłbym właśnie od pełnego imienia i nazwiska Eda, imion rodziców, miejsca i daty urodzenia, zawodu, wyznania, pochodzenia rasowego, orientacji seksualnej i wszystkich innych danych, których nie zawierał komputer Alice. Ale to nie raport, więc zacznę od siebie.
Na chrzcie dano mi na imię Anatolij, co potem zangielszczono do Nathaniel. I zdrobniono do „Nat”. Mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, nie noszę zarostu, kępki włosów trochę mi już szpakowacieją. Moja żona ma na imię Prudence. Jest wspólniczką w starej, szanowanej kancelarii prawnej w londyńskim City, specjalistką od praw człowieka, najchętniej pracującą społecznie.
Jestem chudy. Prue woli mówić, że „żylasty”. Uwielbiam sport. Oprócz gry w badmintona biegam i raz w tygodniu chodzę do prywatnej, nie dla wszystkich dostępnej siłowni. Mam „sporo męskiego wdzięku” i „swobodny, typowy dla światowca sposób bycia”. Mój wygląd i maniery są „typowo brytyjskie”, „umiem dobrze bronić swoich racji”. Potrafię „świetnie przystosowywać się do sytuacji” i „nie mam przesadnych skrupułów moralnych”. Bywa, że „łatwo wpadam w gniew” i „nie jestem obojętny na wdzięki niewieście”. Nie można powiedzieć, bym „był stworzony do pracy za biurkiem i osiadłego życia” – to zresztą bardzo duży eufemizm. Bywam „uparty” i „nie poddaję się dyscyplinie”. To „czasem zaleta, czasem wada”.
To wszystko cytaty z poufnych raportów o moich dokonaniach i z ocen okresowych, sporządzanych przez moich pracodawców w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Z tego samego źródła wiadomo, że w moim przypadku „można liczyć na bezwzględność w dobrej sprawie”, ale nie wiadomo w jakiej i do jakiego stopnia. Za to potrafię być „delikatny” i mam „sympatyczną naturę, która skłania innych do szczerości”.
Teraz bardziej konkretnie. Jestem poddanym brytyjskim mieszanego pochodzenia, urodzonym w Paryżu jedynakiem – z ojca, który w chwili mego poczęcia był mało zamożnym majorem szkockiej gwardii w kwaterze NATO w Fontainebleau, i z matki pochodzącej z drobnej rosyjskiej szlachty na emigracji w Paryżu. Ze strony rosyjskiej dostałem też sporo krwi niemieckiej za pośrednictwem ojca mamy, która w zależności od nastroju czasem się do niej przyznawała, a czasem nie. Prawda historyczna jest taka, że rodzice moi poznali się na przyjęciu, wydanym przez niedobitki samozwańczego rosyjskiego rządu na wygnaniu w czasach, gdy mama wciąż jeszcze twierdziła, że studiuje historię sztuki, a ojciec miał prawie czterdzieści lat. Nazajutrz rano już byli zaręczeni – tak przynajmniej twierdziła mama, a znając jej inne wyczyny, jestem skłonny w to wierzyć. Kiedy ojciec porzucił służbę wojskową – w pośpiechu i pod przymusem, bo miał już i żonę, i dziatki, gdy do szaleństwa zakochał się w mamie – państwo młodzi osiedlili się w podparyskim Neuilly w ślicznym białym domku, sprezentowanym im przez dziadków po kądzieli, gdzie wkrótce przyszedłem na świat, dzięki czemu matka mogła szybko poświęcić się innym rozrywkom.
Na koniec tego wstępu autobiograficznego zostawiłem informację o poważnej, roztropnej osobie mojej ukochanej nauczycielki języków, opiekunki i de facto guwernantki, madame Galiny, podającej się za pozbawioną majątku rosyjską hrabinę znad Wołgi i przyznającej się do pokrewieństwa z Romanowami. Nie mam pojęcia, w jaki sposób trafiła do mojej – rychło rozbitej – rodziny. Mogę się tylko domyślać, że była porzuconą kochanką stryjecznego dziadka mojej mamy, który po ucieczce z Piotrogrodu (który jakoś wtedy przemianowano właśnie na Leningrad) i dorobieniu się drugiej fortuny na handlu sztuką znalazł jeszcze jedno zajęcie – kolekcjonowanie pięknych kobiet.
Madame Galina liczyła dobrze ponad pięćdziesiąt lat, gdy pojawiła się w mym domu rodzinnym. Była bardzo korpulentna, ale uśmiech miała przemiły i niewinny. Nosiła długie suknie ze zwiewnego czarnego jedwabiu i kapelusze własnej roboty, a u nas zajmowała dwa pokoje na poddaszu, gdzie trzymała wszystko, co posiadała: gramofon, ikony, kompletnie poczerniały obraz Matki Boskiej – jak twierdziła, autentycznego Leonarda da Vinci – całe pudła starej korespondencji i zdjęcia arystokratycznych przodków na śniegu, otoczonych przez psy i służbę.
Zadaniem madame Galiny była opieka nade mną. Jej drugą pasją były języki, z których kilka znała bardzo dobrze. Ledwo opanowałem ortografię angielską, już zmuszała mnie do ćwiczeń w cyrylicy. Na dobranoc czytała mi wciąż to samo opowiadanie dla dzieci, za każdym razem w innym języku. Kiedy brała mnie na spotkania towarzyskie wśród szybko malejącej społeczności potomków białych Rosjan i uciekinierów ze Związku Radzieckiego, musiałem się popisywać jako jej podopieczny poliglota. Podobno po rosyjsku mówiłem z francuskim akcentem, po francusku z rosyjskim, po niemiecku – którym posługiwałem się mniej płynnie – mieszałem je oba. Za to angielszczyznę zawdzięczam wyłącznie ojcu, co ma swoje dobre i złe strony. Przekonywano mnie, że słychać w niej szkockie intonacje, ale na szczęście nie towarzyszące im u ojca pijackie wrzaski.
Gdy miałem lat dwanaście, ojciec zszedł na raka i na melancholię. Przy pomocy madame Galiny opiekowałem się nim do ostatka, bo mama była wtedy bardziej zajęta swym najbogatszym wielbicielem, belgijskim handlarzem bronią, którego nie darzyłem sympatią. W niezręcznej sytuacji, która powstała po śmierci ojca, zostałem uznany za niepotrzebny balast i wysłany do Szkocji, gdzie wakacje spędzałem u ponurej ciotki, a resztę roku w spartańskiej szkole z internatem w tamtejszych górach. Szkoła robiła wszystko, bym się niczego nie nauczył – poza sportem – a mimo to udało mi się dostać na pewien uniwersytet w pewnym przemysłowym mieście angielskiego regionu Midlands, gdzie poczyniłem pierwsze niezręczne próby kontaktów z płcią przeciwną i gdzie ukończyłem slawistykę.
Od dwudziestu pięciu lat jestem pracownikiem brytyjskiej tajnej służby – czyli Firmy, jak ją nazywają wtajemniczeni.

John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010 *
Nawet dziś nie da się zaprzeczyć, że werbunek pod tajne sztandary był mi przeznaczony od samego początku, bo od samego początku ani nie brałem pod uwagę, ani nie pragnąłem żadnego innego zajęcia – może poza grą w badmintona i wspinaczką w górach Szkocji. Od pierwszej chwili, gdy mój opiekun naukowy zapytał mnie nieśmiało nad kieliszkiem nieschłodzonego białego wina, czy nie zastanawiałem się kiedyś nad „służbą krajowi, ale tak po cichu”, natychmiast zrozumiałem, że owszem, chciałbym to robić, a myślami znalazłem się z powrotem w mrocznym mieszkaniu w Saint-Germain, które odwiedzałem z madame Galiną co niedziela aż do śmierci ojca. To tam po raz pierwszy obudził się we mnie zapał dla antybolszewickiej konspiracji – wśród moich dalekich kuzynów, wujów i opętanych ciotecznych babć, szeptem wymieniających się wieściami z ojczyzny, w której prawie żadne z nich nigdy nie było. Potem nagle się orientowali, że słucham, i kazali mi przysięgać na wszelkie świętości, że dochowam tajemnicy – wszystko jedno, czy rozumiałem, o czym szeptali, czy nie. I to tam zrodziła się we mnie fascynacja tą olbrzymią krainą, której krew płynęła w moich żyłach, jej różnorodnością, bezmiarem i niezrozumiałymi zwyczajami.
Zdawkowy list wpada do mojej skrzynki pocztowej. Informuje mnie, że mam się stawić w pewnym budynku z gankiem niedaleko pałacu Buckingham. Emerytowany admirał marynarki królewskiej pyta mnie zza biurka wielkości okrętowej wieży artyleryjskiej, jakie sporty uprawiam. Mówię, że badmintona. Jest wyraźnie wzruszony.
– Czy wie pan, że grywałem w badmintona z pana kochanym ojcem w Singapurze? Zawsze mnie ogrywał.
– Nie, sir, nie wiem – odpowiadam i zastanawiam się, czy nie powinienem go przeprosić za ojca. Na pewno rozmawialiśmy jeszcze o tym i owym, ale kompletnie nie pamiętam o czym.
– A gdzie on, biedak, pochowany? – pyta, gdy już wstałem, by odejść.
– W Paryżu, sir.
– Aha. No to powodzenia.
Dostaję polecenie, by stawić się na stacji kolejowej Bodmin Parkway. Mam mieć ze sobą zeszłotygodniowy numer czasopisma „Spectator”. Zorientowawszy się, że wszystkie niesprzedane egzemplarze zostały już zwrócone do dystrybutora, kradnę jeden z najbliższej biblioteki. Mężczyzna w zielonym kapeluszu pyta mnie, kiedy odjeżdża najbliższy pociąg do Camborne. Odpowiadam, że nie wiem, niestety, bo sam czekam na pociąg do Didcot. Ruszam za nim w bezpiecznej odległości i docieram na parking, gdzie czeka biała furgonetka. Po trzech dniach dziwnych pytań i sztywnych przyjęć, podczas których sprawdza się moje obycie towarzyskie i wytrzymałość na alkohol, zostaję wezwany przed komisję.
– No cóż, Nat – mówi siwa dama siedząca na samym środku za stołem. – Skoro już wypytaliśmy cię o wszystko, czy dla odmiany jest coś, o co ty chciałbyś zapytać nas?
– Szczerze mówiąc, jest – odpowiadam, udając najpierw, że naprawdę się zastanawiam. – Pytali mnie państwo, czy możecie liczyć na moją lojalność, ale czy ja mogę liczyć na waszą?
Uśmiecha się i zaraz wszyscy inni za stołem też się uśmiechają – tym samym smutnym, mądrym, refleksyjnym uśmiechem, który jest chyba najlepszym znakiem rozpoznawczym w Firmie.
„Pod presją nie mięknie. Odpowiedni poziom utajonej agresji. Opinia pozytywna”.
*
W tym samym miesiącu, w którym kończę podstawowy kurs mrocznego rzemiosła, spotyka mnie to szczęście, że poznaję Prudence, moją przyszłą żonę. Do naszego pierwszego spotkania doszło w mało sprzyjających warunkach. Po śmierci ojca z rodzinnej szafy wypadł cały oddział trupów. Różni przyrodni bracia i siostry, o których w życiu dotąd nie słyszałem, domagali się udziału w spadku, toteż od czternastu lat trwały o niego utarczki w sądach ze szkockimi wykonawcami testamentu. Kolega polecił mi kancelarię prawniczą w City. Jeden ze starszych mecenasów słuchał moich żalów przez pięć minut, po czym nacisnął dzwonek.
– To jedna z naszych najlepszych aplikantek – zapewnił mnie na odchodnym.
Drzwi się otwarły, do gabinetu wmaszerowała osoba w moim wieku. Miała na sobie budzący respekt czarny komplet – taki, w jaki najchętniej ubierają się panie mecenas; na twarzy okulary w rogowej oprawie, a na małych stópkach ciężkie czarne buty wojskowe. Podała mi rękę. Nie oglądając się na mnie, w rytmie wystukiwanym przez te jej wielkie glany powiodła mnie do boksu, na którego matowej szybie widniał napis: „P. Stoneway, mgr prawa”.
Siadamy naprzeciw siebie. Z poważną miną odgarnia za uszy kasztanowe włosy i wyciąga z szuflady biurka żółty notes.
– Pana zawód? – pyta.
– Pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jej Królewskiej Mości – odpowiadam i rumienię się, sam nie wiem dlaczego.
Z tego spotkania zapamiętałem najlepiej jej wyprostowane plecy, mocno zarysowany podbródek i zabłąkany promyk słońca, który muskał włoski na jej policzku przez cały czas, gdy opowiadałem jej kolejne mało budujące odcinki naszej rodzinnej sagi.
– Czy możemy sobie mówić po imieniu? – pyta pod koniec pierwszego posiedzenia.
Możemy.
– Ja jestem Prue – mówi i umawiamy się na za dwa tygodnie, kiedy tym samym beznamiętnym głosem sprawozdaje mi wyniki swojej pracy:
– Muszę ci powiedzieć, że nawet gdybyś już jutro dostał do rąk wszystkie sporne środki po zmarłym ojcu, to i tak nie starczyłoby tego na opłacenie honorarium naszej kancelarii, nie mówiąc już o spłacie jakichkolwiek roszczeń. Ale – dodaje, nim jeszcze powiem, że w takim razie nie będę zabierał jej czasu – mamy zasadę, że w uzasadnionych przypadkach świadczymy usługi nieodpłatnie. Z przyjemnością mogę cię poinformować, że zajmiemy się twoją sprawą właśnie na takich warunkach.
Musi się ze mną spotkać jeszcze raz, za tydzień, ale trzeba to przełożyć na później, bo pewien agent, Łotysz, musi zostać umieszczony przy radiostacji Armii Radzieckiej na Białorusi. Powróciwszy do ojczyzny, telefonuję do Prue i zapraszam ją na kolację, ale zostaję skarcony i pouczony, że jej kancelaria surowo przestrzega niemieszania spraw osobistych z pracą dla klienta. Mimo to informuje mnie z satysfakcją, że w wyniku działania kancelarii oddalono wszelkie roszczenia względem mnie. Dziękuję jej wylewnie i pytam, czy w takiej sytuacji już nic nie stoi na przeszkodzie, by zjadła ze mną kolację. Nie stoi.
Idziemy do Bianchiego, włoskiej knajpy w Soho. Prue ma na sobie letnią sukienkę z dekoltem, włosy wróciły zza uszu, skupia na sobie wzrok każdego mężczyzny i każdej kobiety na sali. Szybko się przekonuję, że moje zwykłe teksty tym razem nie wystarczają. Jeszcze nim podano danie główne, zostaję poczęstowany wykładem na temat różnicy między prawem a sprawiedliwością. Kiedy pojawia się rachunek, bierze go pierwsza, wylicza co do pensa połowę należności, dodaje dziesięć procent napiwku i płaci mi wyjętą z torebki gotówką. Mówię z udawanym oburzeniem, że w życiu jeszcze nie spotkałem się z tak bezczelną uczciwością, na co omal nie spada z krzesła ze śmiechu.
Pół roku później, po uzyskaniu zgody przełożonych, pytam ją, czy nie wyszłaby za szpiega. Wyszłaby. Teraz to ją Firma bierze na kolację. Dwa tygodnie później Prue mi oznajmia, że postanowiła zawiesić na kołku adwokacką togę i przejść szkolenie dla żon pracowników Firmy wysyłanych na teren wroga. Bardzo jej zależy, bym zdawał sobie sprawę, że czyni to z własnej woli, a nie z miłości do mnie. Wahała się, ale zwyciężyło poczucie patriotycznego obowiązku.
Kurs kończy z wyróżnieniem. Tydzień później otrzymuję przydział na drugiego sekretarza do spraw handlowych w brytyjskiej ambasadzie w Moskwie, dokąd udaję się wraz z małżonką imieniem Prudence. Jak się potem okazało, Moskwa była naszą jedyną wspólną misją. Powody, dla których tak się stało, nie przynoszą Prudence ujmy. Niebawem do tego wrócę.
Przez ponad dwie dekady – najpierw z Prue, potem bez – służyłem królowej pod dyplomatycznym lub konsularnym przykryciem w Moskwie, Pradze, Bukareszcie, Budapeszcie, Tbilisi, Trieście, Helsinkach, a ostatnio w Tallinnie. Wszędzie tam werbowałem i prowadziłem agentów wszelkiej maści. Nigdy nie było mi dane dostąpić zaszczytu zasiadania za stołem, przy którym podejmowano najważniejsze decyzje – i bardzo się z tego cieszę. Ktoś, kto ma naturalny talent do prowadzenia agentów, jest panem siebie. Wprawdzie słucha rozkazów z Londynu, ale w terenie jest panem losu – swego i swych agentów. Za to gdy skończy się czas jego czynnej służby, na świecie nie ma zbyt wielu ciepłych posadek dla wędrownego szpiega pod pięćdziesiątkę, niecierpiącego pracy za biurkiem, z życiorysem zawodowym przedstawiającym go jako dyplomatę średniej rangi, który nigdy nie zrobił prawdziwej kariery.
*
Nadchodzi Boże Narodzenie. I mój dzień sądu. W głębokich katakumbach kwatery głównej Firmy nad Tamizą prowadzą mnie do małego, dusznego pokoiku, gdzie przyjmuje uśmiechnięta inteligentna kobieta w nieokreślonym wieku. To Moira z działu kadr. Moiry z działu kadr zawsze mają w sobie coś niesamowitego. Wiedzą o człowieku więcej, niż on sam wie o sobie, ale nie powiedzą co ani czy to coś dobrego czy złego.
– A co tam u tej twojej Prue? – pyta z zainteresowaniem Moira. – Przeżyła reorganizację w swojej kancelarii? Na pewno było to dla niej bardzo denerwujące.
Dziękuję, Moiro, ale wcale się nie denerwowała. Za to gratuluję pilności, z jaką przygotowałaś się do tej rozmowy. Wiedziałem, że nie będzie inaczej.
– I wszystko u niej w porządku, prawda? U was obojga? – Ignoruję niepokój w jej głosie. – Po twoim bezpiecznym powrocie?
– Jak najbardziej. Cieszymy się, że znów jesteśmy razem, dziękuję.
A teraz z łaski swojej odczytajże mi wreszcie ten wyrok śmierci i miejmy to za sobą. Ale Moira ma swoje metody. Teraz kolej na moją córkę, na Stephanie.
– Tutaj grzeszki młodości wreszcie się skończyły, tak? Bo dostała się na studia…
– Skończyły się, skończyły. Dziękuję. Profesorowie są nią zachwyceni – odpowiadam.
Ale w głowie mam tylko jedno: powiedz mi wreszcie, że moją pożegnalną imprezę zaplanowaliście na czwartek wieczór, bo piątek nigdy nikomu nie pasuje, i czy mógłbym teraz zabrać swój kubek z wystygłą już kawą do sekcji rekonwersji troje drzwi dalej, gdzie zostaną mi przedstawione kuszące propozycje pracy w przemyśle zbrojeniowym, prywatnych firmach konsultingowych i innych przechowalniach dla starych szpiegów, takich jak ochrona zabytków, automobilkluby i szkoły prywatne, które zawsze szukają kogoś do administracji. Nic dziwnego, że jestem zdziwiony, gdy Moira oznajmia mi radośnie:
– Bo wiesz co, Nat? Tak się składa, że mamy dla ciebie pewną propozycję. Oczywiście, jeżeli jesteś zainteresowany.
Zainteresowany? Moiro, nikt na świecie nie jest bardziej zainteresowany. Ale i nieufny, bo chyba wiem, co mi zaproponujesz. To podejrzenie natychmiast zamienia się w pewność, gdy Moira rozpoczyna opowieść – taką w wersji dla małych dzieci – o tym, jak wielkim zagrożeniem jest znowu Rosja.
– Nie muszę ci tłumaczyć, Nat, że moskiewskie Centrum robi nas na szaro na całym świecie. Nawet w Londynie.
Nie, nie musisz. Od lat tłukę to do głowy ludziom w kierownictwie.
– Zrobili się jeszcze gorsi niż dawniej i bezczelniejsi. Wszędzie wlezą, a jest ich jak mrówków. Zgadzasz się z tą oceną?
Zgadzam się, Moiro. W każdym calu. Zaglądnij do raportu z mojego pobytu w słonecznej Estonii.
– A od kiedy hurtowo wywaliliśmy stąd ich legalnych szpiegów… – Czyli szpiegów z przykryciem dyplomatycznym, takich jak ja. – …przysyłają tu całe tłumy nielegalnych – mówi z oburzeniem. – Zapewne zgodzisz się ze mną, że tacy są znacznie bardziej kłopotliwi i znacznie trudniej ich wywęszyć. Widzę, że chcesz o coś zapytać.
Spróbuję. Warto. Nie mam nic do stracenia.
– Jeszcze zanim przejdziemy do tego…
– Tak?
– Właśnie przyszło mi na myśl, że może znalazłoby się dla mnie coś w Wydziale Rosja. Wiem oczywiście, że mają tam za biurkami komplet świetnych młodych ludzi. Ale czy nie przydałby się tam doświadczony specjalista z zewnątrz, który po rosyjsku mówi jak rodowity Rosjanin? Ktoś dokładnie taki jak ja, ktoś, kto może na każde żądanie polecieć w dowolne miejsce, gdzie trzeba zająć się potencjalnym defektorem albo agentem, który nagle zgłosi się do jednej z naszych placówek, gdzie akurat nikt nie mówi po ichniemu?
Ale Moira już kręci głową.
– Nic z tego, niestety. Proponowałam cię Brynowi. Nie ma mowy.
W Firmie jest tylko jeden Bryn: Bryn Sykes-Jordan, bo takie jest jego pełne imię i nazwisko, ale na co dzień nazywany Brynem Jordanem – pan życia i śmierci Wydziału Rosja, mój niegdysiejszy szef na placówce w Moskwie.
– Dlaczego nie ma mowy? – nalegam.
– Wiesz dobrze dlaczego. Bo średnia wieku u niego na wydziale to trzydzieści trzy lata, nawet jeżeli wliczy się samego Bryna. Większość ma doktoraty, a wszyscy otwarte umysły i zaawansowane umiejętności komputerowe. A ty, chociaż jesteś doskonały pod każdym względem, tych akurat kryteriów nie spełniasz. Zgadzasz się?
– A może Bryn jest teraz u siebie? – pytam, czepiając się ostatniej deski ratunku.
– W tej właśnie chwili Bryn Jordan utknął w Waszyngtonie i robi, co tylko się da, by nasza wspaniała współpraca z wywiadem pana prezydenta Trumpa nie załamała się po brexicie. Pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie wolno mu przeszkadzać. Nawet w twojej sprawie. Ale oczywiście prosił, by ci przekazać najszczersze wyrazy uznania i współczucia. Jasne?
– Jasne.
– Jest natomiast – ciągnie optymistycznym tonem – coś, do czego masz pełne kwalifikacje. A nawet więcej.
To teraz się dowiem. Poznam jakąś koszmarną propozycję, której od początku się spodziewałem.
– Wybacz, Moiro – przerywam. – Jeżeli mam prowadzić szkolenia, to dziękuję. Miło z twojej strony, dzięki za pamięć i tak dalej.
Chyba ją uraziłem, więc jeszcze raz proszę o wybaczenie i tłumaczę, że nie chciałem uchybić naszym dzielnym pracownikom sekcji szkolenia, lecz i tak dziękuję – dziękuję, ale nie – na co jej twarz rozjaśnia się nieoczekiwanie ciepłym, choć nieco litościwym uśmiechem.
– Nie chodzi o szkolenie, chociaż jestem pewna, że świetnie byś sobie poradził. Dominic chciałby z tobą pogadać. Czy jemu też mam przekazać, że dziękujesz?
– Jaki Dominic?
– Dominic Trench, nasz nowo mianowany szef centrali londyńskiej. Twój niegdysiejszy szef na placówce w Budapeszcie. Twierdzi, że znacie się jak łyse konie. Najlepiej będzie, jak on sam ci wszystko powie. Co tak się na mnie gapisz?
– Serio? Dominic Trench jest teraz szefem londyńskiej centrali?
– Czy ja cię kiedykolwiek okłamałam?
– Od kiedy?
– Od miesiąca. Mianowany, kiedy ty zaszyłeś się w Tallinnie i nie czytałeś biuletynów. Dominic przyjmie cię jutro punkt dziesiąta. Tylko najpierw potwierdź u Viv.
– U jakiej Viv?
– Jego asystentki.
– Oczywiście.
-
„Żałuję, że nie wydałam książek Stiega Larssona”
Pierwsza rozmowa w nowym cyklu, w którym będę pytał wydawczynie i wydawców o ich pomysły na uporządkowanie rynku literackiego, spostrzeżenia na bieżące kwestie, wizje działania w trakcie pandemii, a także o wydane tytuły, które są powodem do dumy oraz te, z którymi się nie udało. Sonia Draga przyznaje, że żałuje sagi „Millennium” Stiega Larssona, a po stronie zysków zdecydowanie zapisuje Dana Browna. Łapcie naszą rozmowę, już pracuję nad kolejnymi. Sonia Draga jest kandydatką na szefową Polskiej Izby Książki.
-
„Zakłamane życie dorosłych” – fragment najnowszej książki Eleny Ferrante
Jeśli czekacie na najnowszą książkę włoskiej gwiazdy literatury, to musicie uzbroić się w cierpliwość, bo premiera „Zakłamanego życia dorosłych” dopiero drugiego września, ale już dziś możecie przeczytać fragment ! Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się na stronę sklepu, w którym będziecie mogli przeczytać więcej o nowym tytule Ferrante, ale też kupić książkę. Smacznej lektury.
Przedstawione w książce fakty i postacie stanowią wyłącznie owoc artystycznej ekspresji i wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwa czy odniesienia do wydarzeń, osób, nazwisk i miejsc są czysto przypadkowe i niezamierzone. Wymienione instytucje, tytuły gazet, czasopism i książek pojawiają się jedynie ze względu na potrzeby fikcji literackiej.
1.
Dwa lata przed tym, zanim mój ojciec nas zostawił, powiedział matce, że jestem bardzo brzydka. Wyszeptał to cicho, w mieszkaniu, które wspólnie kupili zaraz po ślubie, w dzielnicy Rione Alto, na końcu via San Giacomo dei Capri. Wszystko zastygło – neapolitańskie uliczki, zimne lutowe światło i te słowa. Tylko ja się wymknęłam i nadal przemykam przez wersy, które w zamyśle mają nadać mi jakąś historię, choć w rzeczywistości są niczym – niczym, co byłoby moje, co się naprawdę zaczęło albo naprawdę dokonało, lecz zwykłą gmatwaniną. I nikt, nawet ta, która pisze te słowa, nie wie, czy zawierają właściwy wątek opowieści, czy może stanowią jedynie kłębek bólu bez szans na odkupienie.
2.
Bardzo kochałam ojca, był człowiekiem niezwykle uprzejmym. Jego wytworne maniery pasowały do wątłej sylwetki, na której wszystkie ubrania wyglądały jak o numer za duże, co w moich oczach nadawało mu niezrównaną elegancję. Miał delikatne rysy twarzy i nic – ani zapadnięte oczy o długich rzęsach, ani nos o nienagannym kształcie, ani pełne usta – nie burzyło tej harmonii. Zawsze zwracał się do mnie wesoło, bez względu na to, w jakim on czy ja byliśmy humorze, i nigdy nie zamykał drzwi do swojego gabinetu – w którym nie odrywał oczu od książek – zanim nie skradł mi przynajmniej jednego uśmiechu. Radości dostarczały mu zwłaszcza moje włosy, nie potrafię jednak powiedzieć, kiedy zaczął je chwalić – może gdy miałam dwa albo trzy lata. Pamiętam za to z dzieciństwa takie oto rozmowy:
– Jakie masz piękne włosy, gęste, błyszczące. Dasz mi je?
– Nie, są moje.
– Nie bądź skąpa.
– Jeśli chcesz, mogę ci trochę pożyczyć.
– Wspaniale. I tak ich nie oddam.
– Masz swoje.
– Te, co mam, też są od ciebie.
– Nieprawda, kłamiesz.
– Sama sprawdź. Były takie śliczne, że nie mogłem się oprzeć i wziąłem sobie odrobinkę.
Sprawdzałam, ale dla zabawy, wiedziałam, że nie mógłby mi ukraść włosów. I śmiałam się, śmiałam do rozpuku. Potrafił rozbawić mnie bardziej niż mama. Ciągle czegoś ode mnie chciał: a to ucha, a to nosa czy brody, mówił, że są tak doskonałe, że nie może bez nich żyć. Uwielbiałam jego głos, bez końca utwierdzał mnie w przekonaniu, że mnie potrzebuje.
Ale ojciec nie był taki dla wszystkich. Czasami, gdy coś bardzo leżało mu na sercu, nerwowo faszerował wyrafinowaną konwersację niekontrolowanymi emocjami. Innym razem ucinał dyskusję skąpymi i niezwykle syntetycznymi zdaniami, tak że nikt nie ośmielał się mu ripostować. Ci dwaj ojcowie bardzo różnili się od mojego ukochanego taty, a ich istnienie zaczęłam odkrywać w wieku siedmiu, może ośmiu lat, gdy przysłuchiwałam się jego rozmowom z przyjaciółmi i znajomymi, którzy spotykali się u nas w domu na burzliwych zebraniach poświęconych całkiem niezrozumiałym dla mnie problemom. Zazwyczaj siedziałam z mamą w kuchni i nie zwracałam uwagi na toczące się kilka metrów dalej kłótnie. Bywało jednak, że moja matka miała coś do zrobienia i zamykała się w swoim pokoju, ja zaś zostawałam sama na korytarzu i bawiłam się albo czytałam – najczęściej jednak czytałam, bo mój ojciec dużo czytał, mama też, a ja lubiłam ich naśladować. Nie przysłuchiwałam się rozmowom, zabawę lub lekturę przerywałam dopiero wtedy, gdy nagle zapadała cisza i rozlegał się obcy głos mojego ojca. Był władczy i nie dopuszczał obiekcji, czekałam więc tylko, aż zebranie dobiegnie końca i będę mogła sprawdzić, czy tata na powrót stał się miły i czuły.
Tamtego wieczoru, zanim wypowiedział feralne zdanie, dowiedział się o moich słabych ocenach w szkole. To było coś nowego. Od pierwszej klasy podstawówki świetnie się uczyłam i dopiero przez ostatnie dwa miesiące zaczęło mi iść gorzej. Ale moi rodzice przykładali wielką wagę do mojej edukacji, dlatego matka przy pierwszych słabych stopniach od razu się zaniepokoiła.
– Co się dzieje?
– Nie wiem.
– Musisz się uczyć.
– Uczę się.
– To o co chodzi?
– Jedne rzeczy zapamiętuję, innych nie.
– Ucz się tak długo, aż zapamiętasz wszystko.
Ślęczałam nad książkami, lecz oceny nadal nie były zadowalające. Tamtego popołudnia moja matka poszła porozmawiać z nauczycielami i wróciła bardzo rozczarowana. Nie skarciła mnie, rodzice nigdy mnie nie karcili. Powiedziała tylko: najbardziej niezadowolona jest nauczycielka matematyki, stwierdziła jednak, że jeszcze masz szansę. I wyszła do kuchni, żeby przygotować kolację. W tym czasie wrócił ojciec. Z pokoju słyszałam jedynie, jak matka zdaje mu relację ze skarg nauczycieli, domyśliłam się też, że tłumaczy je zmianami związanymi z dorastaniem. Ale ojciec jej przerwał i głosem, którego wobec mnie nigdy nie używał – pozwolił sobie nawet na zakazany w naszym domu dialekt – powiedział coś, co z pewnością wolałby zatrzymać tylko dla siebie:
– Dorastanie nie ma tu nic do rzeczy. Zaczyna się upodabniać do Vittorii.
Gdyby tylko przypuszczał, że go słyszę, nigdy by się nie odważył na wypowiedź tak odległą od naszego zwyczajowego sposobu porozumiewania się. Rodzice myśleli jednak, że drzwi do mojego pokoju są zamknięte, bo zawsze je zamykałam, i nie zorientowali się, że sami zostawili je otwarte. Tak w wieku dwunastu lat od własnego ojca dowiedziałam się, że staję się jak jego siostra, a odkąd sięgam pamięcią, sam powtarzał, że ta kobieta łączy w sobie szpetotę z paskudnym charakterem.
Ktoś mógłby w tym miejscu zaprotestować i stwierdzić, że przesadzam – twój ojciec nie powiedział przecież: Giovanna jest brzydka. To prawda, takie słowa nie leżały w jego naturze. Ale ja właśnie wkroczyłam w okres huśtawki emocjonalnej. Od prawie roku miesiączkowałam, urosły mi piersi, czego się bardzo wstydziłam, bałam się, że śmierdzę, bez ustanku się myłam, zniechęcona kładłam się spać i zniechęcona budziłam się rano. Jedynym pocieszeniem, jedynym pewnikiem było to, że ojciec mnie uwielbia. Dlatego gdy przyrównał mnie do ciotki Vittorii, odebrałam to gorzej, niż gdyby powiedział: Giovanna kiedyś była śliczna, a teraz zbrzydła. Vittoria brzmiało w moim domu jak imię potwornej istoty, która jest w stanie zbrukać i skazić każdego, kto tylko się jej dotknie. Niewiele wiedziałam o ciotce, widziałam ją zaledwie parę razy, ale – i w tym rzecz – z naszych spotkań zostało mi jedynie wspomnienie obrzydzenia i strachu. Tych uczuć jednak nie budziła we mnie sama jej postać, najbardziej przerażały mnie odraza i lęk obecne w oczach rodziców. Ojciec zawsze szeptał ze wzburzeniem, gdy mówił o siostrze, jakby wstydliwe rytuały, które odprawiała, kalały nie tylko ją, ale i każdego z jej otoczenia. Moja matka natomiast w ogóle o niej nie wspominała, co więcej, uciszała męża, jakby w obawie, że szwagierka może ich usłyszeć bez względu na to, gdzie się właśnie znajduje, i ruszyć w górę wielkimi krokami po San Giacomo dei Capri – chociaż to długa i stroma ulica – żeby przywlec ze sobą wszystkie choroby z sąsiednich szpitali prosto do naszego mieszkania na szóstym piętrze, spiorunować meble upojonym wściekłością wzrokiem i uderzyć matkę w twarz, jeśli tylko ta ośmieli się zaprotestować.
Domyślałam się, że za tą nerwowością kryć się musi historia pełna wyrządzonych i doznanych krzywd, niewiele jednak w tamtym czasie wiedziałam o losach rodziny, a przede wszystkim nie uważałam tej okropnej ciotki za jej członka. Była postrachem z dziecięcych lat, diaboliczną zjawą, ponurym cieniem czającym się w domu po kątach, gdy zapada zmierzch. I nagle, bez uprzedzenia, dowiedziałam się, że się do niej upodabniam. Jakim cudem? Ja? Taka piękna dziewczyna, która do tej pory dzięki ojcu wierzyła, że piękna zostanie na zawsze? Która ciągle od niego słyszała, że ma wspaniałe włosy, że jest taka kochana, i za taką się uważała, bo on kochał? Która już zaczęła cierpieć, bo rodzice nagle okazali niezadowolenie i to niezadowolenie przesłoniło całą resztę?
Poczekałam na słowa matki, ale jej reakcja nie przyniosła ukojenia. Chociaż nienawidziła wszystkich krewnych męża i nie cierpiała szwagierki, tak jak nie cierpi się jaszczurki wspinającej się po gołej łydce, nie zawołała: zwariowałeś, moja córka w niczym nie przypomina twojej siostry. Westchnęła tylko beznamiętnie: ależ skąd, co ty mówisz. Podbiegłam do drzwi i je zamknęłam, żeby już niczego więcej nie słyszeć. Potem długo szlochałam, uspokoiłam się dopiero wtedy, gdy ojciec – łagodnie jak zawsze – przyszedł i oznajmił, że kolacja gotowa.
Gdy pojawiłam się w kuchni, miałam już suche oczy. Ze wzrokiem wbitym w talerz cierpliwie wysłuchałam rad, jak się podciągnąć w ocenach. Po kolacji wróciłam do pokoju, by udawać, że się uczę, rodzice zaś zasiedli przed telewizorem. Czułam tępy ból, który długo nie ustępował. Dlaczego ojciec powiedział to, co powiedział, i dlaczego matka się nie sprzeciwiła? Czyżby powodem było rozczarowanie złymi stopniami? A może ich rozżalenie nie ma nic wspólnego ze szkołą i ciągnie się już od dawna? I czy te okrutne słowa wyrwały się ojcu, bo sprawiłam mu przykrość, czy też jako człowiek wszechwiedzący i przenikliwy już wcześniej dostrzegł we mnie zalążek przyszłego zepsucia, pleniącego się zła i to go przygnębiło, bo nie wie, jak ma się ustosunkować? Zadręczałam się całą noc. Rano doszłam do wniosku, że jedynym ratunkiem dla mnie będzie sprawdzenie, jak naprawdę wygląda ciotka Vittoria.
-
Jussi Adler-Olsen opowiada o „Kobiecie z blizną”. Departament Q powraca!
To już siódma powieść duńskiego pisarza o Departamencie Q. Co tym razem przygotował dla czytelników Jussi Adler-Olsen? W pewnym parku w Kopenhadze zostają znalezione zwłoki starszej kobiety, a sprawa przypomina pewne śledztwo sprzed ponad dziesięciu lat. Tymczasem na drugim końcu miasta ktoś ściga grupę młodych kobiet. Co czeka Carla, Assada, Gordona, a przede wszystkim Rose? O tym wszystkim opowie Wam sam autor.
-
Przedpremierowy fragment „Polowania na zło” Chrisa Cartera!
Nie wiem jak Państwo, ale ja lubię ten okres oczekiwania na książki Chrisa Cartera. Niby już za moment, ale jednak jeszcze chwila. Na szczęście jest Internet i przy kawie możecie narobić sobie jeszcze większego smaka na „Polowanie na zło”. Poniżej macie przedpremierowy fragment, a premiera już 15 kwietnia. Pewnie wtedy też będziemy siedzieć w domach i rozmyślać nad tym, kiedy wirus sobie pójdzie. Książkę możecie kupić klikając w okładkę zamieszczoną w tekście, albo tutaj (klik). No to nie przeszkadzam, miłej lektury, uważajcie na siebie, oddaję Was w ręce Roberta Huntera.
Jeden
Tego ranka Jordan Weaver potrzebował dokładnie dwudziestu ośmiu minut i trzydziestu jeden sekund, aby przebyć czternaście i pół kilometra dzielące jego dom od miejsca pracy, czyli o jakieś dwanaście minut więcej niż zwykle. Wszystko przez zepsutą ciężarówkę, która częściowo blokowała jeden ze zjazdów z autostrady numer 58. Zaparkowanie samochodu i dotarcie od parkingu do wejścia dla personelu kosztowało go następną minutę i dwadzieścia dwie sekundy. Przebrnięcie przez ochronę, odbicie karty, pozostawienie torby w szafce i szybka wizyta w toalecie zajęły osiem minut i czterdzieści dziewięć sekund. Nalanie kawy z ekspresu i spacer korytarzem prowadzącym do stróżówki to kolejna minuta i dwadzieścia siedem sekund. To oznaczało, że Jordan Weaver – strażnik skrzydła szpitalnego w więzieniu federalnym w Wirginii – potrzebował czterdziestu minut i ośmiu sekund, aby pokonać dystans dzielący jego dom od najgorszych chwil jego życia.
Gdy Jordan wyszedł zza rogu i spojrzał na znajdującą się przed nim stróżówkę, poczuł ucisk w gardle, serce zaś zaczęło mu bić znacznie szybciej. Kwadratowe pomieszczenie z dużymi kuloodpornymi szybami nigdy, przenigdy, nie pozostawało bez nadzoru. Tymczasem teraz nie widział nikogo w środku. To pierwsza rzecz, która go zaniepokoiła. Druga to antywłamaniowe drzwi, które stały otworem, co stanowiło ogromne naruszenie regulaminu. Przeraził się jednak, upuścił kubek z kawą i zaczął się modlić do Boga, aby wszystko było tylko snem, dopiero na widok plam i smug krwi, które dostrzegł na jednej z szyb.
– Nie, nie, nie… – Jego słowa stawały się coraz głośniejsze, gdy przechodził od marszu do najszybszego sprintu. Z każdym krokiem wielki pęk kluczy, wiszący u jego pasa, obijał się z brzękiem o prawe udo.
Strażnik dopadł do wejścia w ciągu dwóch sekund. Wówczas koszmar stał się rzeczywistością.
Na podłodze stróżówki w ogromnej kałuży krwi leżeli Vargas i Bates. Ich odrzucone do tyłu głowy ukazywały straszliwe rany: głębokie rozcięcia biegnące przez całą szerokość szyi. Zarówno żyła szyjna wewnętrzna, tętnica, jak i krtań zostały rozpłatane.
– O kurwa!
Na drugim końcu pomieszczenia znajdował się pielęgniarz Frank Wilson – dwudziestoczteroletni Azjata, który niedawno ukończył Uniwersytet Old Dominion w Norfolk. Jego ciało spoczywało na obrotowym fotelu. Gardło poderżnięto mu z taką gwałtownością, że niewiele brakowało, aby doszło do dekapitacji. W przeciwieństwie do dwóch martwych strażników, mężczyzna miał otwarte, pełne przerażenia oczy. Wydawało się, że wpatruje się prosto w Jordana i nawet po śmierci nadal błaga o pomoc. Cała trójka została rozebrana do bielizny. Broń funkcjonariuszy również zniknęła.
– Jezu Chryste! Co się tutaj stało?
Roztrzęsiony Weaver przeszedł nad ciałem Vargasa, aby dotrzeć do panelu kontrolnego i włącznika alarmu. Gdy uderzył w niego otwartą dłonią, całą placówkę wypełnił ogłuszający ryk syren.
W zachodnim skrzydle szpitalnym znajdowało się osiem cel. Zgodnie z dokumentami obecnie zajęta była tylko ta z numerem jeden. Strażnik natychmiast spojrzał na ekrany zbryzganych krwią monitorów – dokładniej mówiąc, na ten znajdujący się na samym końcu po lewej.
Cela była pusta. Drzwi otwarte na oścież.
– Kurwa, kurwa, kurwa!
Weaver poczuł, jak miękną mu nogi. Pracował jako strażnik w skrzydle szpitalnym od dziewięciu lat, w tym czasie nie uciekł ani jeden więzień.
– Kurwa! – wrzasnął na całe gardło. – Jak to się stało, do ciężkiej cholery?
Ponownie rozejrzał się po stróżówce. Nigdy jeszcze nie widział tyle krwi. To więzienie o zaostrzonym rygorze, ale w ciągu tych dziewięciu lat nie zginął żaden ze strażników.
– Kuuuuurwa!
Nagle Jordan zamilkł, jego mózg zarejestrował coś, co wcześniej mu umknęło.
We wnętrzu uchylonej szuflady mrugało blade, białe światło.
– Co jest?
Ponownie musiał przestąpić nad ciałem Vargasa. Poślizgnął się w kałuży krwi, instynktownie wyciągnął przed siebie ręce, próbując się czegoś chwycić. Lewa dłoń nie napotkała nic na swojej drodze. Natomiast prawa zacisnęła się na uchylonej szufladzie. Starał się stanąć prosto, ale znowu się poślizgnął. Przytrzymał się szuflady, otwierając ją przy okazji do końca.
Nawet przez głośny ryk syren do jego uszu doleciało dziwne kliknięcie.
To ostatni dźwięk, jaki usłyszał, zanim jego głowa eksplodowała, stając się mieszaniną krwi, kości i substancji szarej.
Dwa
NCAVC, czyli Narodowe Centrum ds. Analizy Przestępstw z Użyciem Przemocy, to specjalistyczny departament FBI, powołany w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku, chociaż oficjalnie funkcjonował od czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego. Jego podstawowym zadaniem było wspieranie policji i pozostałych służb w dochodzeniach w niezwykłych lub powtarzających się przestępstwach, nie tylko w kraju, ale i na całym świecie.
Adrian Kennedy, dyrektor tej jednostki, koordynował większość jej działań z kwatery głównej, mieszczącej się w akademii FBI niedaleko miasta Quantico w Wirginii, albo ze swojego przestronnego biura położonego na najwyższym piętrze słynnego budynku J. Edgara Hoovera w Waszyngtonie. Jednak zrządzeniem losu, gdy tego poranka zadzwoniła jego komórka, Adrian nie przebywał w żadnym z tych dwóch miejsc. Przyleciał do Los Angeles, aby zakończyć prowadzone wspólnie z lokalną policją śledztwo w sprawie seryjnego mordercy.
– Pogrzeb agenta specjalnego Larry’ego Williamsa odbędzie się w Waszyngtonie za dwa dni – oznajmił Hunterowi i Garcii. Jego głos z natury był zachrypnięty, ale całe dekady palenia tytoniu jeszcze spotęgowały ten efekt. Teraz dodatkowo brzmiało w nim zmęczenie. – Pomyślałem, że może chcielibyście przyjechać.
– Załatwimy co trzeba i stawimy się – odpowiedział Robert. Sprawiał wrażenie równie zmęczonego. Wyraźne worki pod oczami zdradzały, jak mało spał w ostatnich dniach.
Carlos pokiwał głową.
– Na pewno przyjedziemy. Williams był świetnym agentem.
– Jednym z moich najlepszych – przytaknął smutno Adrian. – Przyjaźniliśmy się.
– Praca z nim była zaszczytem – dodał Hunter.
Dyrektor FBI zamilkł, wpatrując się w dal, jakby intensywnie nad czymś myślał. Wówczas poczuł telefon wibrujący w jego kieszeni. Uniósł palec wskazujący lewej dłoni, dając detektywom znak, żeby zaczekali chwilę, po czym odebrał połączenie.
– Adrian Kennedy – rzucił do słuchawki, a następnie słuchał przez moment. Po chwili na jego twarzy odmalowało się kolejno zdziwienie, niedowierzanie, a na koniec osłupienie.
– Co masz na myśli, mówiąc „zniknął”?
Te słowa sprawiły, że obaj mężczyźni spojrzeli na niego z wyczekiwaniem.
– Kiedy to się stało? – Cień obawy pojawił się w głosie Kennedy’ego.
– Co się dzieje? – zapytał Garcia.
Dyrektor na migi pokazał, aby mu nie przerywali.
– Jak, do ciężkiej cholery, to w ogóle możliwe? – Mówiąc to, wzruszył ramionami. Niepokój w jego głosie zamienił się w gniew. – Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to miało być więzienie o zaostrzonym rygorze, prawda?
– …
– W jaki sposób więzień takiej placówki mógł sobie wyjść na wolność z pilnie strzeżonego budynku, przekroczyć bramy i wszystkie punkty kontrolne, i nikt go po drodze nie zatrzymał? Co to za cyrk?
– …
– Przepraszam, gdzie go przeniesiono? – Wściekłe spojrzenie Kennedy’ego napotkało zaniepokojony wzrok Huntera.
– …
– Mimo wszystko ochrona powinna… – Adrian urwał w pół zdania. – Ilu strażników zabił?
Gdy usłyszał odpowiedź, przytknął dłoń do czoła i zaczął masować skronie kciukiem i palcem wskazującym.
– Pułapka w stróżówce? – Otworzył szeroko oczy. – Jakim cudem ją tam umieścił? I z czego ją zrobił?
– …
– Jak, na litość boską, dostał…? – Ponownie przerwał, zdając sobie sprawę, że pytania „jak” nie mają już żadnego sensu. – Dobra. Natychmiast wydajcie ogólnokrajowy list gończy. Natychmiast, rozumiemy się? Ma dotrzeć do każdego komisariatu, nieważne jak małego. Wszyscy mają się tym zająć. Poinformujcie też Departament Sprawiedliwości, że poszukiwania zbiega będą koordynowane nie tylko przez szeryfów federalnych, ale także przez FBI. Chcę dostać nazwisko naczelnika więzienia. Ktoś beknie za tę niekompetencję. Możesz być pewien… Jest jeszcze coś? Co niby jeszcze może być?
Słuchał w milczeniu przez dłuższą chwilę.
– Czekaj, czekaj – przerwał w końcu rozmówcy. – Musisz mi to powtórzyć. Zrób głęboki wdech, uspokój się i powiedz jeszcze raz, ale powoli.
Kennedy zerknął na Huntera, na jego twarzy odmalował się ból.
– Jesteś pewny? – zapytał. – W porządku. – Wydawał się pokonany. – Wyślij mi zdjęcie, jako potwierdzenie. Teraz, słyszysz?
– …
– Tak, teraz.
Adrian się rozłączył, żeby nie rzucić telefonem o ścianę, głęboko nabrał powietrza i trzymał je w płucach tak długo, jak tylko mógł.
– Co się stało? – zapytał z niepokojem Robert.
Brak odpowiedzi.
– Adrian. Co, do cholery, się stało?
Gdy mężczyzna w końcu na niego spojrzał, miał pustkę w oczach, wyglądał na zagubionego. Detektyw dostrzegł w nich coś jeszcze, ale nie potrafił tego zidentyfikować.
– Zniknął – odpowiedział Kennedy. – Uciekł. Wyszedł z więzienia federalnego o zaostrzonym rygorze, zupełnie jakby nikt go nie pilnował. Zabił po drodze trzech strażników i dwóch sanitariuszy.
– Kto uciekł? – dociekał Garcia. Był wyraźnie zdezorientowany. – Na pewno nie morderca, którego właśnie złapaliśmy. Nie został jeszcze skazany, zatem nie mógł trafić do więzienia federalnego, chociaż bez wątpienia to nastąpi.
– Nie, to nie jest morderca, którego właśnie złapaliście – potwierdził Adrian.
– No to kto to jest?
Dyrektor FBI popatrzył na Huntera. Robert ponownie zauważył coś w jego spojrzeniu, tym razem udało mu się to jednak rozpoznać. Mężczyźnie było przykro. W jego oczach kryła się swego rodzaju prośba o wybaczenie.
Detektyw poczuł ucisk w żołądku. Nie musiał pytać. Doskonale wiedział, czyje nazwisko zaraz padnie.
Carlos z kolei nie miał zielonego pojęcia, o kim mówi Kennedy, ale uchwycił nieme porozumienie pomiędzy nim a swoim partnerem.
– Kto uciekł? – naciskał dalej.
– Lucien – oznajmił w końcu Adrian.
– Lucien? – Garcia wodził wzrokiem po obu rozmówcach. – Jaki Lucien?
Hunter otworzył oczy, ale się nie odezwał. Dyrektor podjął się wyjaśnienia.
– Lucien Folter.
Gdy wypowiedział te słowa, postawa Roberta uległa zmianie: teraz sprawiał wrażenie udręczonego.
Carlos nigdy jeszcze nie widział swojego partnera w takim stanie. Gdyby nie znał go tak dobrze, uznałby, że ten się boi.
– Kim, do jasnej cholery, jest Lucien Folter?

Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl Trzy
Robert był jedynakiem, jego rodzice należeli do klasy średniej. Mieszkali w Compton, dość ubogiej dzielnicy w południowej części Los Angeles. Jego matka przegrała walkę z rakiem, kiedy miał zaledwie siedem lat. Ojciec nie ożenił się ponownie i musiał pracować na dwa etaty, żeby dać radę samotnie wychować syna. Od najmłodszych lat było oczywiste, że Hunter jest inny niż rówieśnicy. Wyciągał wnioski szybciej od pozostałych dzieci. Szkoła go nudziła i frustrowała. Rozwiązał wszystkie zadania z podręczników do szóstej klasy w mniej niż dwa miesiące, więc żeby się czymś zająć, przerobił następnie materiał siódmej, ósmej i dziewiątej klasy. Wówczas dyrektor szkoły skontaktował się z Komisją Edukacji w Los Angeles i po całym szeregu testów i egzaminów, w wieku dwunastu lat, Robert dostał stypendium w szkole dla uzdolnionych Mirman. Gdy miał czternaście lat, ukończył już program z angielskiego, historii, matematyki, biologii i chemii. Czteroletnie liceum udało mu się skończyć w dwa lata i w wieku piętnastu lat opuścił szkołę z wyróżnieniem. Otrzymawszy rekomendacje od wszystkich nauczycieli, Hunter został przyjęty „na szczególnych warunkach” na Uniwersytet Stanforda. Co prawda Robert był przystojnym chłopakiem, ale jego młody wiek, niezwykle szczupła budowa ciała i nietypowy styl sprawiły, że dziewczyny się nim w ogóle nie interesowały, natomiast stał się łatwym celem dla szkolnych osiłków. Nie garnął się do sportu, wolny czas wolał spędzać w bibliotece, niezwykle szybko pochłaniając książki z mnóstwa różnych dziedzin. Właśnie wtedy odkrył w sobie fascynację kryminologią i procesami myślowymi tych, których nazywamy „złymi”.
Utrzymanie najwyższej średniej na studiach nie stanowiło dla niego problemu, w przeciwieństwie do nawiązywania relacji z innymi. Szybko miał dosyć tego, że silniejsi nim pomiatają, biją i nazywają „wykałaczką”. Za radą przyjaciela zapisał się na siłownię i na zajęcia walki wręcz. Nie przejmował się fizycznym wyczerpaniem, ćwiczył niczym profesjonalny kulturysta. Rok intensywnych treningów przyniósł widoczne efekty: jego ciało stało się znacznie bardziej umięśnione. „Wykałaczka” przeistoczył się w wysportowanego chłopaka, który w niecałe dwa lata uzyskał czarny pas w karate. Zaczepki osiłków ustały, przyciągnął też uwagę dziewcząt.
W wieku dziewiętnastu lat Hunter uzyskał tytuł magistra psychologii – summa cum laude – cztery lata później został zaś doktorem kryminalnej analizy behawioralnej i biopsychologii. Dzięki jednemu z profesorów jego praca doktorska zatytułowana Zaawansowane badania psychologiczne nad działalnością kryminalną stała się materiałem obowiązkowym w akademii FBI w Quantico w Wirginii.
Zaledwie dwa tygodnie po uzyskaniu doktoratu cały świat Roberta legł w gruzach po raz drugi.
Od trzech i pół roku jego ojciec pracował jako ochroniarz w Bank of America na Avalon Boulevard. Podczas napadu został postrzelony w klatkę piersiową. Operowano go przez kilka godzin, po czym zapadł w śpiączkę. Nic więcej nie dało się zrobić. Można było tylko czekać.
Zatem Robert czekał. Siedział u boku ojca i patrzył, jak jego stan stopniowo się pogarsza. Po dwunastu tygodniach zmarł. Ten czas odmienił Huntera. Mógł myśleć tylko o zemście. Kiedy policja powiedziała, że nie mają żadnego podejrzanego, do Roberta dotarło, że morderca ojca nie zostanie złapany. Poczuł się całkowicie bezsilny, to z kolei przepełniło go wściekłością. Po pogrzebie doszedł do wniosku, że studiowanie umysłów przestępców to za mało. Zawsze będzie za mało. Musiał zacząć ich ścigać osobiście.
Po dołączeniu do policji Hunter błyskawicznie awansował: został najmłodszym detektywem w historii Los Angeles. Szybko przeniesiono go również do sekcji specjalnej wydziału zabójstw, która zajmowała się wyłącznie sprawami seryjnych morderców, wymagającymi znacznych nakładów pracy i wiedzy eksperckiej. Jeśli chodziło o morderstwa, Los Angeles to zupełnie niezwykłe miejsce. Nie ma drugiego takiego na całym świecie. Z jakiegoś powodu przyciągało, a być może nawet i rodziło szczególny rodzaj psychopatów, co z kolei skłoniło burmistrza i samą policję do stworzenia jeszcze bardziej elitarnej jednostki wewnątrz sekcji specjalnej. Przestępstwa, które cechowała przytłaczająca wprost dawka sadyzmu i brutalności, oznaczano jako „szczególnie okrutne”. Robert dowodził jednostką, która przejmowała takie właśnie sprawy. W swoim życiu widział więcej okropieństw niż jakikolwiek inny policjant… kiedykolwiek. Nic go nie przerażało ani nie szokowało. Dlatego Garcia był tak zaskoczony.
– Kim, do cholery, jest Lucien Folter? – zapytał ponownie, zerkając na Kennedy’ego i Huntera.
Żaden z nich nie spojrzał mu w oczy.
– Robert. – Tym razem ton Carlosa przypominał ton ojca dyscyplinującego nieposłuszne dziecko. – Kim, do cholery, jest Lucien Folter?
– Mówiąc w skrócie…
Hunter popatrzył w końcu w oczy partnera, jednak odpowiedź nadeszła od Adriana. Jego głos brzmiał jeszcze bardziej złowieszczo niż przed chwilą.
– Lucien Folter to…
Garcia odwrócił się do niego.
– …zło w ludzkiej postaci.
-
Muzyka, Berlin, Los Angeles – Paul Beatty i jego „Slumberland”. Fragment książki
Przyznam szczerze, że do dziś wybrzmiewa mi w głowie pierwsze zdanie „Sprzedawczyka”. „Być może trudno uwierzyć w te słowa, kiedy mówi je czarny mężczyzna, ale nigdy niczego nie ukradłem”. Przykucie uwagi od samego początku, bez zbędnych ceregieli, dlatego z niecierpliwością czekam na połowę stycznia, bo wtedy w księgarniach pojawi się „Slumberland”. Jeśli jesteście fanami amerykańskiego pisarza, to zachęcać Was nie trzeba, a jeśli nie, być może nimi zostaniecie. Macie jeszcze czas żeby nadrobić wspomnianego już „Sprzedawczyka” oraz „Białoczarnego”, ale najpierw łapcie przedpremierowy, spory fragment styczniowej książki. Smacznego! Możecie jeszcze przecież spytać” „ej, a oczym jest ta książka?”. Załączam opis od wydawcy i już naprawdę zostawiam Was z książką.
Ostra jak brzytwa i przezabawna powieść o zniechęconym DJ-u z Los Angeles, który wyrusza w podróż do zjednoczonego Berlina w poszukiwaniu swojego transatlantyckiego sobowtóra. Po stworzeniu idealnego beatu DJ Darky postanawia odszukać niejakiego Charlesa Stone’a, niezbyt popularnego awangardowego jazzmana, i namówić go, by zagrał do jego kawałka. W tym celu udaje się do zjednoczonego właśnie Berlina. Przechadzając się sennymi uliczkami miasta, DJ Darky prowadzi dywagacje na temat kwestii rasowych, seksu, miłości i muzyki Wyntona Marsalisa, próbując spotkać swoją bratnią duszę i artystycznego bliźniaka.
Rozdział 1
Można by pomyśleć, że już się do mnie przyzwyczaili. No bo jak, czy oni nie wiedzą, że po tysiąc czterystu latach skończyła się farsa murzyńskości? Że my, czarni, niegdyś na bieżąco z modą, ludzie, którzy byli na czasie jak czas uniwersalny, począwszy od dziś odchodzimy w przeszłość, jak kamienne narzędzia, welocyped i papierowa słomka zebrane razem do kupy? Murzyn jest teraz oficjalnie człowiekiem. Wszyscy tak mówią, nawet Brytyjczycy. I nie ma znaczenia, czy ktoś naprawdę w to wierzy; jesteśmy tak samo przeciętni i prozaiczni jak reszta gatunku. Niespokojne dusze naszych zmarłych mogą teraz swobodnie być tym, kim naprawdę są pod tą współczesną, prymitywną patyną. Josephine Baker może wyciągnąć kość z nosa, a jej szkielet z iksowatymi nogami wróci do pierwotnych dwustu sześciu kości. Usychający z miłości duch Langstona Hughesa może odłożyć (otrzymane w prezencie) pióro wieczne Montblanc i szeroko otworzyć usta. Wcale nie po to, żeby recytować rymowane populistyczne wersety, ale żeby oblizać i possać ogromnego fiuta jakiegoś szubrawca z Harlemu, poświęcając się temu, co w końcu jest najprawdziwszą oralną tradycją. Znajdujący się pośród nas rewolucjoniści mogą złożyć broń. Wojna się skończyła. I nieważne, kto wygrał, zabieraj giwerę, spluwę, dziewiątkę, tę broń, którą kiedyś wymachiwałeś po pijaku przed dzieciakami, krzycząc „Pieprzyć białasów!”, weź te pistolety i zamknij je za szkłem, niech teraz spoczywają grzecznie na czerwonym filcu obok garłacza, portugalskiego arkebuza i muszkietu ochotnika z wojny o niepodległość Stanów. Okrzyk bojowy nawet najodważniejszego z nas nie brzmi już „Spotkamy się w piekle!”, tylko „Spotkamy się w sądzie”. Jeśli zatem wciąż wściekasz się na historię, zadzwoń do prawnika i spróbuj odebrać odszkodowanie pracownicze za niewolnictwo. Murzyńskość jest passé, a ja w każdym razie jestem przeszczęśliwy, ponieważ teraz mogę iść do solarium, gdy tylko będę miał ochotę, a właśnie mam na to ochotę.
Wręczam recepcjonistce kupon. Z przodu widnieje błyszczące zdjęcie lotnicze wybrzeża Karaibów. Kiedy kobieta odwraca kupon, jej wzrok podejrzliwie zsuwa się z mojej twarzy na tylną stronę kartki, gdzie znajduje się napis: Solarium elektryczna plaża. Wykup 10 kąpieli słonecznych, a 1 dostaniesz gratis. Poniżej promocyjnej oferty, w dwóch rzędach po pięć, widnieją kółka wielkości dziesięciofenigowej monety, a w każdym z nich znajduje się przybita pieczątka ze szczerzącym w uśmiechu zęby jaskrawoczerwonym słoneczkiem w okularach przeciwsłonecznych. Dzisiaj jest ten wielki dzień, kiedy to skorzystam z darmowego opalania. Ale najwyraźniej ta kobieta, która osobiście odcisnęła co najmniej siedem z dziesięciu uśmiechniętych słońc, jakoś nie spieszy się, żeby wskazać mi pomieszczenie w solarium. Zwykle przybija pieczątkę na mojej karcie i mruczy pod nosem, Malibu, Waikiki lub Ibiza, a ja mogę zająć się swoimi sprawami.
Na jej twarzy pojawia się wyraz speszonej poufałości. A jej spojrzenie mówi: Ja już cię kiedyś widziałam. Czy przypadkiem nie zgwałciłeś mnie w ostatni wtorek? A może uczysz mojego syna stepowania?
– Acapulco.
Nareszcie. Wpisuje ołówkiem moje nazwisko do książki wizyt. Pokazuję na stojący w oszklonej gablotce filtr przeciwsłoneczny.
– Odcień miedziany – mówię.
Tubka Tropikalnej mieszanki przemyka po blacie niczym miniaturowa torpeda. Wskaźnik ochrony przeciwsłonecznej wynosi dwa. Jest za słaby. Jeśli błyszczyk do warg recepcjonistki, matowa biała wanilia, ma wskaźnik trzy, to moja naturalna karnacja wymaga przynajmniej szóstki. Odpowiadam ogniem na ogień i odsyłam z powrotem emulsję do opalania.
– Zu schwach. Ich brauche etwas stärkeres – mówię, prosząc o coś silniejszego.
Może należałoby wykorzystać wskaźniki, czyli współczynniki ochrony przed promieniowaniem słonecznym, do klasyfikacji ssaków. Mężatka ze wskaźnikiem 3, trzydzieści pięć lat, poszukuje niepalącego, spontanicznego partnera z faktorem 4 lub niższym w celu dyskretnego romansu. Nosorożce z faktorem 7 są zagrożone wyginięciem. Jestem dyrektorem generalnym z faktorem 50. Tym, co najbardziej mnie przerażało, był faktor 2 owego wieloryba. Jakże jednak mogę się spodziewać, że potrafię to tutaj wytłumaczyć! A jednak wytłumaczyć to muszę tak czy owak, gdyż inaczej wszystkie te rozdziały pójdą na marne.
W pozbawionym okien pokoju Acapulco panuje makabryczna atmosfera kliniki onkologicznej w Tijuanie. Podobnie jak sklepy monopolowe, boiska piłkarskie i ulokowane w dawnych sklepach kościoły w moim starym kraju, berlińskie solaria to wszechobecne azyle. Miejsca, dokąd udają się śmiertelnie chorzy, śmiertelnie biedni i grzeszni, śmiertelnie bladzi w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku. Miejsca, które odwiedza się, kiedy lekarze mówią, że nie mogą zrobić nic więcej. Kiedy świat mówi nam, że wciąż za mało robimy.
Wentylator sufitowy skutecznie miele zatęchłe powietrze. Na jednej z obskurnych niebieskawozielonych ścian wiszą dwa oprawione w ramy i bardzo oficjalnie wyglądające pisma, jedno to zaświadczenie o kontroli przeprowadzonej przez berliński Departament Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, a drugie – ozdobnie wypisany dyplom ukończenia Kolegium Wiecznych Żniw, specjalność solarogia. Na środku pokoju stoi łóżko do opalania, szklane, chromowane panaceum prosto z nieba, a raczej, dokładniej rzecz ujmując, z Tajwanu. Rozbieram się i nacieram emulsją do opalania, pozostawiając tylko leciutko uchylone drzwi.
Po latach opalania moja skóra straciła trochę na elastyczności. Jeśli uszczypnę się w przedramię, pojawia się tam mały wzgórek, który dopiero po kilku sekundach powoli się wyrównuje. Moja cera nieco pociemniała; wciąż jest w ładnym, niegroźnym dla nikogo sitcomowym murzyńskim brązie, ale pojawił się też w niej fioletowawy odcień owocu granatu, powodujący, że przy pewnego rodzaju świetle może połyskiwać łajdacko. Połowę tego, co dociera do mnie na temat nowości w afroamerykańskiej popkulturze, wiem od berlińczyków, którzy zatrzymują mnie na ulicy i mówią: Du siehst aus wie…, a potem wracam do domu i sprawdzam w Internecie, kim jest Urkel, Homey the Clown czy Dave Chappelle. Ostatnio podobieństwo dotyczyło groźniejszych, ciemnoskórych postaci z filmów klasy B, adaptacji szmatławych czytadeł Elmore’a Leonarda.
Wypożyczam sobie te filmy – Jackie Brown, Co z oczu, to z serca, Dorwać małego – i oglądam je, biegając tam i z powrotem od ekranu telewizora do lustra w łazience. Według mnie zupełnie nie przypominam tych mężczyzn, tych czarnych charakterów, tych nieciekawych aktorów charakterystycznych, których charyzmę dosłyszeć można jedynie w ich bardzo niskich głosach i w tym, jak modulują słowo „skurwysyn”. Sam Jackson, Don Cheadle czy ten pyzaty dupek z filmu Be Cool zawsze są sprytni i zawsze w roli czarnych charakterów, ale nigdy nie są na tyle sprytni, żeby przechytrzyć białego faceta, czy na tyle czarni, żeby popełnić jakieś naprawdę okropne zbrodnie.
Często myślę, że dorastanie w pokoleniu mojego ojca było łatwiejsze. Kiedy pojawił się na świecie, było tylko czterech czarnuchów, których mógł przypominać: baseballista Jackie Robinson, tancerz Bill „Bojangles” Robinson, muzyk Louis Armstrong oraz Uncle Ben, ubrany w czapkę kucharską mężczyzna o mięsistych wargach na pudełku z ryżem błyskawicznym. Dzisiaj każdy czarny mężczyzna kogoś przypomina. Jakiegoś zawodnika, piosenkarza lub filmowego głupka. W czasach tatusia, jeśli trzeba było opisać czarnego człowieka komuś, kto go nie znał, powiedzielibyśmy, że wygląda jak czarnuch, który mógłby skopać ci twój rodzony tyłek; teraz jednak mówimy, że wygląda jak Magic Johnson albo Chris Rock, czyli jak czarnuch, który mógłby pocałować cię w twój rodzony tyłek.
Zazwyczaj maści działają kojąco i chłodzą, ale nie dotyczy to kremów z filtrami. Pachną solanką i mają konsystencję zjełczałego masła. Moja paskudna skóra najwyraźniej je odrzuca. Choćbym nie wiem jak mocno go wcierał, nie potrafię sprawić, że krem zniknie, a tym bardziej że nawilży mi naskórek. Tłuste zawijasy zalegają na mojej skórze niczym niewypolerowany wosk samochodowy. Mocnym pociągnięciem sznurka uciszam wentylator w suficie. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy wentylator zwolnił, czy przyspieszył. Jeszcze jedno szarpnięcie. To samo. Niezdarnie gramolę się na łóżko do opalania i podnoszę rękę, aż w końcu czuję, że łopatki wentylatora przeskakują mi po palcach i stopniowo się zatrzymują. Na dłoni mam tłusty, kłaczkowaty osad, który wycieram o ścianę.
Zakładam okulary ochronne. Łóżko do opalania jest zimne, ale szybko się nagrzewa. Opalanie, podobnie jak dziecięca gorączka, sprawia, że żar ogarnia człowieka od środka. Moje białe jak popiół kości stają się węglem wapiennym, brykietami duszy. Już po chwili jestem z powrotem na dolnej ławce, promieniowanie ultrafioletowe spełnia funkcję mojej nadopiekuńczej matki zawijającej syneczka w kolejne warstwy koców i kołderek. Ciepło z lamp nie różni się niczym od tego, które płynęło z suchych, stwardniałych dłoni matki. Moja skóra zaczyna wyglądać jak zeszklona, więc póki mogę jeszcze ruszyć rękami, wkładam płytę CD do wbudowanego zestawu stereo i naciskam przycisk odtwarzania.
Muzyka. Moja muzyka. Nie jest moja w tym sensie, w jakim swoje piosenki mają kochankowie na tylnym siedzeniu samochodu, ani tak, jak rock’n’roll z lat pięćdziesiątych był diabelski, ale moja, bo jestem jej właścicielem. Napisałem ją. Jestem właścicielem praw wydawniczych. Wszelkie prawa zastrzeżone. Piosenka nosi tytuł Korek w drodze na południe. Zaczyna się dudniącym ryt- mem, jazda zderzak w zderzak na dziesięciu pasach porannego szczytu nałożona na gitarową solówkę Kokomo Arnolda. W tle, gdzieś dwa zjazdy dalej, słychać wlokące się na ogonie gitarowego riffu intermezzo w postaci osiemnastokołowej ciężarówki marki Peterbilt, włączające się w melodię chrzęstem biegów i dwukrotnym trąbieniem klaksonu. Po szesnastu taktach zagranych gitarowym slide’em i szesnastu samochodach zatkanych w korku (nikt nie łapie tego żartu) nagle ostro hamuje japoński sedan. Koła się blokują. Poślizg jest złowrogo długi i równomierny. Nie zliczyłbym, ile razy słyszałem ten utwór, a mimo to ten cienki pisk wciąż sprawia, że czekam na uderzenie. Szykuję się na stereofoniczny dźwięk sprasowywanej blachy. Przednia szyba eksploduje, a dziesięć tysięcy kostek szkła bezpiecznego spada na jezdnię lewego pasa ruchu z cyfrowo czystym brzękiem brazylijskiego instrumentu perkusyjnego. Posępny falset Sun Ra, jak przystało na człowieka rzekomo pochodzącego z Saturna, znamionuje niepokój.
Unieś się więc lekko z ziemi. I spróbuj rozwinąć skrzydła. Właśnie teraz. Kiedy nie widać ciemności.
Wchodzi gitara, samochody się wloką. Kokomo nuci i jęczy. Kolana recepcjonistki podskakują. Jest już przy drzwiach, zagląda przez szparę. Wpatruje się w wybrzuszenie w moich kąpielówkach i słucha mojej muzyki, zastanawiając się dlaczego. Jak do tego doszło?
Można by pomyśleć, że zdążyłem się już przyzwyczaić do tego braku słońca. Ale zima w Berlinie to nie tyle pora roku, co raczej epoka. Osiem miesięcy litego, szarego jak więzienny koc nieba, które w połączeniu ze spowitym dymem życiem nocnym i powagą kroków berlińczyków w roboczych buciorach zanurza miasto w czarno-białej intrydze z popołudniowego seansu. Gdyby nie było tak zimno, mógłbym pomyśleć, że gram epizodyczną rólkę w starym hollywoodzkim melodramacie. Zauważam, że starając się wstrząsnąć ołowianą od września do kwietnia monochromatycznością, zaczynam kolorować różne rzeczy. Oczy Ingrid Bergman, język polskiej prostytutki, posypka do ciasta na Schoko-Taler w witrynie Bäckerei, skrawki nieba w częściowo pochmurne, a czasami przeważnie pochmurne popołudnie są w odcieniu błękitu odnalezionego gdzieś we fałszywych wspomnieniach. Błękitu, który nie istnieje w przyrodzie; można odnaleźć go tylko w mojej głowie i w dźwięku gitary Kokomo.
W dni, kiedy niebo jest bezchmurne i w tym tak bardzo niebieskim kolorze, o istnieniu którego już dawno zapomniałem, wyskakuję z mieszkania i gnam przed siebie w oślepiające popołudnie, poszukując uczucia i serotoniny. Na moment zapominam, gdzie jestem, szybko jednak dostrzegam wąski rozstaw osi precyzyjnie, niczym w salonie wystawowym, zaparkowanych wzdłuż ulicy samochodów. Na skrzyżowaniu Schlüterstrasse i Mommsenstrasse psy, właściciele psów i samotni uczniowie, wszyscy równie dobrze wychowani, grzecznie czekają na zielone światło. Spoglądam na swoje śmieszne buty i przypominam sobie, gdzie jestem. Berlin, tak, to Berlin.
Osobliwa funkcjonalność niemieckich butów, podobnie jak volkswagenów i Bauhausu, wchodzi człowiekowi w krew. Dla obuwniczych kreacjonistów Adamem i Ewą niemieckiego szewstwa są odpowiednio buty do gry w kręgle i buty dla pielęgniarek. Obuwniczy darwiniści tacy jak ja uważają, że rybą dwudyszną tego gatunku są trzystuletnie klapki Birkenstock. Jestem właścicielem pary obuwia Birkenstock na wysokim stopniu ewolucji, posiadam całoroczne hybrydy wygodnych butów Hush Puppies z butami turystycznymi, które niczym zamszowe kameleony dostosowują się do ciągle zmieniających się warunków. I właśnie w tych solidnych cudach selekcji naturalnej włóczę się po mieście, jak szalony szukając słońca, dokładnie z takim samym rozgorączkowaniem, z jakim szukam kluczy. Przez głowę przebiegają mi dedukcyjne banały: Kiedy ostatni raz widziałeś słońce? Jesteś pewien, że je miałeś, kiedy wychodziłeś z domu? Wyłaniam się z cienia rzucanego przez stojące przed kawiarniami parasole Cinzano i kieruję się do dzielnicy handlowej przy Ku’damm. W chodniku pobłyskuje miażdżony kwarc. Turyści machają z górnego pokładu piętrowych autobusów. Słońce rzeczywiście jest „na dworze”, ale nie udaje mi się dostrzec go na niebie.
Żadne z germańskich plemion nie czciło boga słońca. Wizygoci, Frankowie i Wandale, równie pogańscy jak profesorowie filozofii, wiedzieli, że nie ma sensu wierzyć w coś, czego nie da się zobaczyć. Ra, Helios, Huitzilopochtli – ja nazywam słońce Charliem. Lawiruję w tłumie pieszych, wyobrażając sobie, że dwa tysiące lat temu tą samą ścieżką kroczył jakiś Hun próżniak, obuty nie w birkenstocki, ale w słomiane sandały, szukając słonecznego śladu w tej obecnie betonowej dziczy. Ale udaje mi się dostrzec tylko przebłyski żółtego bóstwa, koronę migoczącą przez liście ukwieconych drzew w parku Tiergarten, połysk ziołowego szamponu na po hipisowsku prostych puklach wysokiej blondynki, czasami jakieś odbicie w lodowcowej fasadzie drapacza chmur. Każda z moich słonecznych obserwacji to co najwyżej częściowe zaćmienie; zawsze coś staje na drodze, czy to zamkowe blanki, czy wieża kościoła.
Berlińscy inżynierowie wiedzieli, że przez ostatnie trzy tysiące lat Egipcjanie nie zrobili nic godnego uwagi, i najwyraźniej postanowili przejąć pałeczkę od swoich starożytnych odpowiedników. Uczeni z Gizy tak zbudowali piramidy Cheopsa, żeby zorientować je zgodnie z biegunem niebieskim, i podobnie postąpili berlińscy urbaniści, ustanawiając plan zagospodarowania, który najwyraźniej określa, że każda konstrukcja, czy to budynek, billboard, latarnia uliczna czy gniazdo ptaka, ma być wzniesiona do takiej wysokości lub w taki sposób, żeby osoba normalnej postury w żadnym punkcie w granicach miasta nie miała wyraźnego i niczym nieprzesłoniętego widoku na słońce.
Zawsze rezygnuję z poszukiwań w dogodnym miejscu, to jest na Winterfeldtplatz, gdzie o zmierzchu rozbrzmiewają dzwony w kościele Saint Matthias, oznajmiając koniec polowania. Niebo ciemnieje. W powietrzu unosi się drażniący zapach zwęglonej pity i szawarmy. Jakiś starszy mężczyzna jedzie na skrzypiącym rowerze z dwoma przełożeniami. Kobieta klnie na nieposłuszną córkę. W barze Slumberland rozbłyskują światła. Odkąd tu mieszkam, widziałem jeden zachód słońca. A gdyby nie zjednoczenie Niemiec, nie byłoby nawet tego.
Odzywa się brzęczek, ale zanim jeszcze zacznę się wygrzebywać, recepcjonistka przestawia zegar w solarium na kolejne piętnaście minut, ponownie włącza moją piosenkę i skinieniem zaprasza, żebym położył się z powrotem. Wraca na miejsce i słucha muzyki, z kącikiem ust uniesionym w wyraźnie zaznaczonym uśmiechu. Nagle kącik opada i na twarzy kobiety pojawia się wyraz zamyślenia. Jej palce przestają tańczyć, a stopy tupać. Chce wiedzieć dlaczego. Dlaczego się opalam. Dlaczego przyjechałem do Niemiec. Mówię jej, że odpowiedź na to pytanie będzie wymagać więcej niż piętnastu minut. Będzie wymagać od nas obojga wejścia w jedną z tych miłych, horyzontalnych relacji, które po dwóch latach ostatecznie niszczy wertykalność codziennych randek, joggingu i oglądania wystaw sklepowych. Kiedy dojdę do punktu, w którym wysyłam jej pocztówki z pospiesznie zapisanymi na odwrocie przypadkowymi haiku…
W łóżku jest nam w porzo. Całujemy się. Gdy tylko dotknę stopami podłogi, Wszystko bierze w łeb.
…jej pytanie wciąż pozostanie bez odpowiedzi, a potem zadzwonię do niej, skomląc: „Wysłałem ci pocztówkę, proszę, nie czytaj”. I chociaż będzie chciała ze mną zerwać, nie będzie potrafiła tego zrobić, ponieważ wciąż nie dowiedziała się dlaczego.
Ciężko poprawia się na krześle gdzieś za moimi plecami. Krzesło skrzypi. Mój zwieracz się zaciska. Poza tym pozostaję w bezruchu. Gdybym się poruszył, byłoby po komforcie, a od lat nie czułem się tak komfortowo.
Kiedy wychodzimy z Electric Beach, moja świeżo napromieniowana twarz szybko przegrywa walkę z zimną jak diabli nocą. Berlin jest zawsze czysty, a w zimowe wieczory staje się szczególnie antyseptyczny. Mogę przysiąc, że często czuję w powietrzu nutkę amoniaku. Nie jest to hermetyczna sterylność prywatnego szwajcarskiego szpitala, ale wilgotna gładkość alejki w supermarkecie, wypucowanej ajaksem późnym wieczorem, a to z kolei skłania mnie do rozważań, jakież to historyczne plamy tu właśnie uprzątnięto.

Berlin, fot: www.unsplash.com/Stefan Widua Wszechobecne tablice pamiątkowe, z najwyższą starannością porozmieszczane w mieście tak, żeby łatwo je było zauważyć, ale jednocześnie też żeby zbytnio nie rzucały się w oczy, krzyczą o tych tragediach jak znużeni kasjerzy na nocnej zmianie. „Holokaust w drugiej alejce. Powybijane szyby w sklepach w alejce numer pięć. Milli Vanilli w mrożonkach”. Te metalowe odpowiedniki samoprzylepnych karteczek, które nakleja się na lustra łazienkowe i na drzwi lodówek, nie głoszą religijnych prawd czy autoafirmacji, ale zawierają przestrogę, żeby nigdy nie zapomnieć; to przyspawane do filarów moralne linie graniczne, osadzone w chodnikach, wytrawione w granitowych ścianach i – miejmy nadzieję – odciśnięte w naszych umysłach. kiedyś, w przeszłości, i prawdopodobnie jutro, dokładnie w tym miejscu, w którym stoisz, coś się wydarzyło. Cokolwiek się tu wydarzyło, przynajmniej jedna osoba nie miała tego w dupie i przynajmniej jedna miała. którą z tych osób byłbyś? Którą będziesz?
Na stacji U-Bahna przy Nollendorfplatz łapiemy się na tępym wpatrywaniu w marmurową tablicę upamiętniającą homoseksualne ofiary narodowego socjalizmu. Zgodnie z tym, co głosi napis, ludzi, których ciała pobito na śmierć (totgeschlagen), a historie uciszono na zawsze (totgeschwiegen).
– Co robiłeś zeszłej nocy?
Dziwne pytanie. Takie pytanie zwykle zadaje jedynie najlepszy przyjaciel po zaciągnięciu się pożyczonym papierosem lub zebraniu obcego włosa ze znajomego ramienia. Ale jestem za nie wdzięczny. Podobnie jak ja, także ona nie chce kryć się w niezbyt odległej przeszłości.
– Nic. A ty? – Nic. – A dzień wcześniej? – pyta, przysuwając się tak blisko, że wyciska powietrze z mojej puchowej kurtki. – Dzień wcześniej? – Mówię, sięgając za plecy i uwalniając się z jej uchwytu. – Dzień wcześniej byłem bardzo zajęty.
Poczuła się zraniona, że nie chcę się z nią tym podzielić, ale uznałem to za zbyt osobiste. Dzień wcześniej był najważniejszym dniem w moim życiu. Jej pociąg zatrzymuje się na torach biegnących nad naszymi głowami. Dziewczyna stara się wytrzymać moje spojrzenie; ale jestem skupiony na miejscu, którego nie widzę, choć wiem, że gdzieś tam jest. Na miejscu odległym o dwie przecznice i zakręt w lewo – na barze Slumberland. Mój protekcjonalny pożegnalny pocałunek w czoło szybko spotyka się z jej pocałunkiem. Przeciągłe cmoknięcie w usta daje mi wyobrażenie o tym, jak mogłaby wyglądać nasza przyszłość: długi ciąg kolejnych dni po dniu jutrzejszym, które byłyby miękkie, spontaniczne, lekko słone i cztery centymetry wyższe ode mnie. Bing-bong. Rozlega się dwutonowy elektroniczny gong, syczą zamykane pneumatyczne drzwi, a my w pewnym sensie oboje spóźniamy się na nasze pociągi.
Nie uzyskawszy ode mnie oczekiwanej odpowiedzi, recepcjonistka szybko z obrzydzeniem krzyżuje ręce, wciskając dłonie głęboko pod pachy. Chcę ją poprosić, żeby zrobiła to jeszcze raz. Nie chcę, żeby mnie całowała, chcę, żeby skrzyżowała ręce. Przypominający szuranie papierem ściernym dźwięk pocierających o siebie lnianych rękawów jej laboratoryjnego fartucha sprawia, że czuję swędzenie na czubku penisa. Pora się pożegnać. Wyciągam rękę, żeby unieść słabo przymocowany do klapy recepcjonistki identyfikator. Napis brzmi: Empfangsdame – to po niemiecku recepcjonistka.
Zaczynam się cofać i spodziewam się, że jej postać zacznie odchodzić w noc. Nic takiego się nie dzieje. Jej fartuch jest za jasny. Dziewczyna stoi tam jak uparty duch mojej satyrowej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, duch, który nie chce zniknąć.
Ospały poniedziałkowy wieczór; w Slumberlandzie jest ciemno i cicho. Stęchły bezruch przerywają jedynie migające światełka szafy grającej i Nigeryjczyk, który próbuje zaimponować jakiejś blondynce sztuczkami wykonywanymi za pomocą zapalniczki Zippo. Zamawiam piwo pszeniczne, po czym wrzucam trochę drobniaków do szafy grającej. Wprowadzam numer 4701, In a sentimental mood. Leniwe legato Duke’a Ellingtona wkracza do baru tanecznie, stepując w miękkich butach i zgodnie z zapowiedzią tytułu wprawia mnie w sentymentalny nastrój rozmyślań o dniu przedwczorajszym.
Większość języków ma słowo na dzień przedwczorajszy. Anteayer po hiszpańsku. Vorgestern w niemieckim. W angielskim go nie ma. To język, który stara się zachować czas przeszły prosty i dokonany, wolny od rozmycia pamięci i nastroju w trybie łączącym. Wyciągam długopis i niecierpliwie stukam jego końcówką w serwetkę, jednocześnie próbując wymyślić angielskie słowo na „dzień przedwczorajszy”.
Uważam się za uchodźcę polityczno-lingwistycznego, przybyłem do Niemiec w poszukiwaniu schronienia w kraju, w którym nie muszę słuchać, jak ludzie mówią „skonsternowany”, kiedy mają na myśli „nonszalancki”, ani wysłuchiwać rzecznika prasowego armii, który używa eufemistycznego terminu „twarde lądowanie”, mówiąc o katastrofie helikoptera rozbitego na zboczu góry, i nie potrafię nawet powiedzieć, jakie to wyzwalające, że mogę żyć w miejscu, w którym w żadną jesienną niedzielę nie zmusza się mnie do słuchania, jak ktoś mówi: „Taktyka zmasowanej obrony w futbolu amerykańskim działa tylko w jeden sposób – nie pozwala ci wygrać”. W dzisiejszych czasach słuchanie Ameryki jest jak słuchanie upadłego króla Leara, który bełkocze po królewsku, żeby zamienić myszy polne i cienie w prawdziwych wrogów. Ameryka tworzy puste frazesy, takie jak „być sobą”, „inteligentny projekt”, „pokolenie hip-hopu” i „służby ratownicze”, starając się w ten sposób ukryć pustkę i prozaiczność.
Jak na ironię, choć jednym z powodów mojego wyjazdu z tego kraju była amerykańska retoryka, jest to zarazem ostatnia więź łącząca mnie z krajem moich narodzin. Jedyną osobą ze Stanów, z którą koresponduję, jest Cutter Pinchbeck III, redaktor naukowy Kensington-Merriwether Dictionary of Standard American English. Nasze relacje nie są łatwe, chociaż ja, jak jakiś przebywający na wygnaniu rewolucjonista słowa, staram się na odległość poprawić sytuację osób represjonowanych ze względu na używany język. Na razie przesłałem cztery słowa, które mogłyby zostać włączone do następnej edycji słownika: etymolofil, korfunijczyk, hiphopera i pamięć fonograficzna. Podobają mi się moje słowa; nie wymagają wyjaśnienia i moim zdaniem są bardzo potrzebne. Czy ktoś uwierzyłby, że angielski jest jedynym językiem indoeuropejskim, w którym nie ma przymiotnika opisującego mieszkańców wyspy Korfu? Cutter Pinchbeck uważa, że korfunijczyk jest niepotrzebny. W swoich nadętych pis- mach odmownych argumentuje, że mieszkańców Korfu nazywa się Grekami i że etymolofil nie byłby miłośnikiem słów, tylko miłośnikiem pochodzenia słów. Protekcjonalnie pisze, że słowo hiphopera niemal spełnia warunki wyrazu hasłowego, jako innowacyjne, konfluentne połączenie wysokiej i niskiej kultury, ale nie niesie w sobie „zajebistej wyrazistości tegorocznych nowych haseł, takich jak na przykład kufel – tym razem w znaczeniu pośladki, lasoczija, martwi prezydenci, szmula, sapy czy bysior, żeby wymienić tylko kilka slangowych efemeryd. I chociaż załączyłem złożone pod przysięgą i podpisane oświadczenie mojej matki, a także film, na którym w wieku dwunastu lat wy- grywam dwadzieścia pięć tysięcy dolarów w programie Jaka to melodia?, Cutter Pinchbeck nie wierzy, że ja – czy też ktokolwiek ze stu miliardów ludzi, którzy stąpali po ziemi w ciągu ostatnich pięćdziesięciu tysięcy lat – mógłby mieć pamięć fonograficzną, choć to mój przypadek. Pamiętam wszystko, co kiedykolwiek słyszałem. Każdą upuszczoną pięciocentówkę, kapu-kap kropli deszczu, pisk tenisówki i beczenie owiec. Każdą piosenkę do skakania przez skakankę, klaśnięcia w dłonie przy śpiewaniu koci, koci, łapci i wyliczankę „ecie-pecie, gdzie jedziecie”. Pamiętam każdy głupawy tekst piosenek R&B w radiu i każdy zniekształcony riff Hendriksa. Każde muśnięcie strun przez Itzhaka Perlmana i wszystkie cmoki ekwilibrystycznych całusów na tylnym siedzeniu samochodu. Nadal słyszę każde „Hej, ty, do ciebie mówię” i trąbienie eufonium Johna Philipa Sousy, a także każdy szelest w drzewach i uliczny rwetes. Pamiętam wszystkie dźwięki, jakie kiedykolwiek słyszałem. To tak, jakby całe moje życie było piosenką, od której nie mogę się uwolnić.
– Ojej. – Nigeryjczyk się poparzył. Wymachuje dłonią jak szalony i wciąga powietrze przez zęby. Jego partnerka się śmieje, chwyta go za rękę, liże i muska wargami oparzone palce.
Ballada w szafie grającej kończy się nutą zagraną przez Ellingtona z delikatnością dziecka wkładającego rannego ptaka do wyłożonego bibułką pudełka na buty. Gdzieś w głębi gardła ginie szereg angielskich słów oznaczających „dzień przedwczorajszy” – penultidiem… prepretoday… yonyesterday… – i nagle, niczym nieświadoma wypowiedź wywołana zespołem Tourette’a, z moich ust wylatuje słowo oznaczające „przedwczoraj”. Retrothence! Blondynka i Nigeryjczyk patrzą na mnie jakoś dziwnie. Wyślę je do Cuttera Pinchbecka III z Kensington-Merriwether. Retrothence będzie ładnie wyglądać na stronie 1147 w Fourth College Edition, umieszczone między retrospekcją a retroussé, pochodzącym z francuskiego określeniem na coś zadartego, na przykład nos.
– Zostało ci jeszcze kilka piosenek. Nigeryjczyk stoi obok szafy grającej. – Włącz 1007. Potem możesz sobie grać, co chcesz. Do pomieszczenia wdziera się rock and roll. Nałożone na siebie gitarowe riffy, które nie sprawiają jednak wrażenia efekciarskich, perkusja napędza utwór trudną, graną staccato miłością opiekuńczego instruktora musztry, a do tego bas, bas góruje nad tym wszystkim, zawieszony nad strunami, syntezatorami i perkusją, przepełniony wyzywającą pewnością siebie, zawsze na granicy popisywania się, nigdy jej jednak nie przekraczając.
– Kto to? – The Magnum Opus. Pochodzą z południowej Kalifornii, stale eksperymentują, są trudni do zdefiniowania, nieprzewidywalni, tak undergroundowi, jak tylko może być grupa rockowa, która sprzedała dwadzieścia tysięcy płyt. Krytycy zachwycają się takimi grupami jak Smashing Pumpkins i Pearl Jam, które rzekomo wnoszą świeżość do rock and rolla, wyżej ceniąc sobie heroinową bez- barwność niż głębię, fryzury niż muzykalność, bladość białego od stóp do głów chłopaka niż meksykańsko-czarnoskóro-amerykańsko-guapo-polityczny zespół, którego muzyka nie ma nic wspólnego z tym, co meksykańskie, amerykańskie, czarne czy przystojne. Partie wokalne ślizgają się po powierzchni melodii, wysokie dźwięki są wrzaskliwe, ale we właściwy sposób, i odpowiednio przekonujące.
– Nieźli są – mówi Nigeryjczyk.
„Są nieźli – chciałem powiedzieć – ale dwie noce temu, nie tak daleko od miejsca, gdzie teraz stoisz, ja i największy muzyk, o którym nigdy nie słyszeliście, zagraliśmy dwie minuty i czterdzieści siedem sekund muzycznej doskonałości, tak ponadczasowej jak atom wodoru i program rozrywkowy Saturday Night Live. Beat tak doskonały, że z miejsca podważył sens istnienia wytwórni płytowych. Melodia tak transcendentalna, że w efekcie murzyńskość została oficjalnie uznana za passé. Wreszcie na nas, kolorowych, będzie się patrzeć z beztroską obojętnością, a nie z przesyconym erotyzmem politowaniem czy niesmakiem freudowskiej projekcji. Zawsze twierdziliśmy, że tego chcemy, prawda? Być, jak to mówił King, oceniani „nie na podstawie koloru naszej skóry, ale na podstawie cech naszego charakteru”? Wszystko pięknie, tyle że to, co obaliliśmy, okazało się nie cechą charakteru, tylko cechą nieleżącą w charakterze. Po prostu tak się złożyło, że było to nieokreślenie murzyńskie i funkowe jak skurwysyn.
Książkę przetłumaczył Witold Kurylak.






