Tag: Wydawnictwo Sonia Draga

  • Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

    Rocznie w Polsce znika kilkanaście tysięcy osób. Jak kamień w wodę. Jak wynika ze statystyk Fundacji Itaka, ponad dwa razy częściej znikają mężczyźni. Powodów jest kilka. Inny związek, długi, problemy. Co ważne, część zaginionych zostaje znaleziona po jakimś czasie, ale niestety martwa. Adam Cioczek opisał trzy dramatyczne historie, które sprowokują Was do zadania sobie kilku pytań. Czy naprawdę znam moich najbliższych aż tak dobrze? Co by było, gdyby zniknął ktoś z mojej rodziny? Dlaczego miałby to zrobić? „Zamieć” zmusi Was do rachunku sumienia. Zobaczcie naszą rozmowę.

    Natomiast z zupełnie innej beczki poruszamy też wątek „Ojca Mateusza”, którego Adam Cioczek jest scenarzystą. 

     

     

  • Patrioci kontra muzułmanie. Rozmowa z Pascalem Engmanem

    Nie przez przypadek rozmawialiśmy nad rzeką. Dlaczego? Wszystko się wyjaśni, gdy dojdziecie już do końcowych scen książki. „Patrioci” to coś więcej niż kolejny skandynawski kryminał. Pascal Engman zmusza czytelnika do spojrzenia w głąb siebie i rozliczenia się z własnymi lękami. Dlaczego boimy się często tego, co obce? Czy inny kolor skóry świadczy o tym, że ktoś jest lepszy, gorszy? „Patrioci” to także spojrzenie na obecne tendencje w europejskiej polityce, ale też książka o miłości. Trudnej miłości. Liczycie na dobry kryminał? Słusznie. Czekacie na szczęśliwe zakończenie? No cóż…

  • Carl Mørck zginie, czy przejdzie na emeryturę?

     

    Zanim obejrzycie rozmowę, krótkie wprowadzenie. Nasza spotkanie było zaplanowane w plenerze, ale rano okazło się, że strasznie wieje i leje. Pomyślałem więc, że autor nie ma przecież dwudziestu lat, więc nie będę go ciągał w taką pogodę po Krakowie, umówiliśmy się więc w hotelu, w którym mieszkał autor. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że Jussi Adler-Olsen jest takim profesjonalistą, że gdy się spotkaliśmy, to powiedział coś takiego: „Adam, ten deszcz by mi naprawdę nie przeszkadzał, chodźmy tam”. Zostaliśmy jednak w hotelu, ale też na schodach.

    Obejrzyjcie naszą rozmowę, a dowiecie się wielu ciekawych rzeczy. Jakich? Oto kilka przykładów. Kim byłby Jussi, gdyby nie został pisarzem? Czy jego główny bohater Carl Mørck zginie, a może po prostu przejdzie na emeryturę? Czy zdradzi ostatnie zdanie dziesiątej książki o Departamencie Q? No i co się stanie, gdy ta seria się skończy? Dowiecie się również, że nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam 😉

     

     

     

  • Premierowy fragment najnowszej książki Eduardo Mendozy!

    Tęskniliście za Eduardo Mendozą? Ja bardzo, bo to mój ulubiony zagraniczny pisarz. Już 19 września ukaże się w Polsce jego najnowsza książka „Co z tą Katalonią?” Jeśli już zacieracie ręce na myśl o tym, że to kolejny doskonały kryminał z dużą dawką komedii, to muszę Was rozczarować. Będzie to esej polityczny, w którym Mendoza mierzy się z niepodległością Katalonii, a także stosunkiem do niej w stołecznym Madrycie. Nie oznacza to, że powinniście tę książkę opuścić, wręcz przeciwnie. Pamiętacie pewnie „Awanturę o pieniądze albo życie”, w której autor już poruszył wątki polityczne, czyli stworzony przez niego hiszpański fryzjer miał zapobiec zamachowi na Angelę Merkel. Tym razem będzie jednak dużo poważniej. Premierowo fragment książki możecie przeczytać poniżej.

    WSTĘP

    Od wielu lat zdecydowaną większość czasu spędzam poza Katalonią i Hiszpanią, dlatego chciałbym wierzyć, że odległość, znajomi oraz lektura prasy lokalnej i zagranicznej pozwalają mi śledzić bieżące wydarzenia z innej perspektywy. Będąc za granicą, kilkakrotnie byłem proszony o wyjaśnienie lub chociaż próbę zrelacjonowania, co się obecnie dzieje w Katalonii. Przy tych okazjach dostrzegałem nie tylko brak dostatecznej wiedzy na temat aktualnej sytuacji, ale również istnienie uprzedzeń obciążających wizerunek Katalonii i Hiszpanii – a co za tym idzie – mylne zrozumienie tego, co ma tutaj miejsce, przyczyn oraz sposobu, w jaki widzą i przeżywają obecne wydarzenia osoby zaangażowane w nie bezpośrednio – zarówno zwolennicy niepodległej Katalonii, jak i ci, którzy się jej sprzeciwiają. Odkryłem także, że wiele z tych uprzedzeń i fałszywych interpretacji podzielają również obywatele naszego kraju, co daje de factopoczątek wielu dominującym poglądom.

    Przeświadczenie, że mogę udzielić pewnych wyjaśnień, skłoniło mnie do napisania poniższego tekstu. Nie zrobiłem tego, żeby opowiedzieć się po którejś ze stron. Osobiście nie jestem zwolennikiem żadnej z nich, chociaż przypisuję to swojemu temperamentowi, poglądom i życiowym doświadczeniom. Napisałem ten tekst, żeby spróbować zrozumieć, co się tak naprawdę dzieje.

    Jednym z najczęściej podejmowanych tematów na spotkaniach z zagranicznymi czytelnikami jest reżim frankistowski. Wielu obcokrajowców doszukuje się przyczyn wszystkich bieżących wydarzeń w hiszpańskiej wojnie domowej i trwającej następnie wieloletniej dyktaturze. Takie przeświadczenie wynika z tego, że na szczęście od śmierci dyktatora nie wydarzyło się nic naprawdę traumatycznego i można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że Hiszpania po raz pierwszy weszła na drogę demokracji w tak spokojny i stabilny sposób. Od tamtej pory upłynęło dużo czasu i wydarzyło się wiele rzeczy. Być może najważniejszą z nich jest to, że większość obecnie żyjących Hiszpanów nie pamięta lat dyktatury ani nawet trudnego etapu transformacji, a ich nikła wiedza na temat frankizmu ożywiana jest poprzez wykorzystanie melodramatyzmu tego niefortunnego historycznego etapu zarówno w literaturze, filmie, teatrze, jak i telewizji. Istnieje mało etyczny przemysł eksploatujący okres dyktatury generała Franco i wiktymizm, który jest nieszkodliwy, dopóki te kwestie traktowane są jako element danej kreacji i nie podlegają instrumentalizacji.

    Skoro to się dzieje w Hiszpanii, jest logiczne, że zdarza się również poza granicami naszego kraju. Są ludzie, którzy żyją i funkcjonują, jakby hiszpańska wojna domowa zakończyła się wczoraj, a Franco nadal decydował o losach Hiszpanii z pałacu El Pardo. Jedni robią to z niewiedzy, inni – po uważnym przestudiowaniu tematu.

    Na próżno próbowałem ich przekonać, że ten etap historii mamy już za sobą i że od dłuższego czasu Hiszpania boryka się z nowymi problemami, do których rozumienia i postrzegania należy podejść zupełnie inaczej. Moje starania i dobre chęci okazały się w dużej mierze daremne ze względu na upór, z jakim w niektórych kręgach – szczególnie w Katalonii – postać Franco i jego dyktaturę wykorzystuje się do usprawiedliwienia swojego zachowania lub zdyskredytowania działań przeciwników.

    Eduardo Mendoza, fot: smakksiazki.pl

    Wbrew wszystkiemu nadal uważam, że sposób, w jaki obecnie przywołuje się reżim frankistowski, jest zwykłą, bardzo szeroko pojmowaną manipulacją. Na szczęście nie ma nic wspólnego z jego prawdziwą istotą.

    Jeśli nawet reżim frankistowski w rozumieniu systemu władzy przeszedł do historii, to czas nie wymazał jednego z jego elementów. Mam na myśli mentalność polityczną, którą subtelnie dozowano przez lata dyktatury, aż w końcu przeniknęła do sposobu myślenia i postępowania Hiszpanów – w tym Katalończyków. To pewna metoda rozumienia władzy, a szczególnie – konfrontacji z nią, kiedy dochodzi do konfliktu interesów lub idei. W tym sensie moglibyśmy powiedzieć, że w czasach hiszpańskiej transformacji ustrojowej przeszli do rezerwy ludzie, którzy nauczyli się rządzić za czasów Franco, ale czynni pozostali ci, którzy nauczyli się podczas jego rządów posłuszeństwa i nieposłuszeństwa.

  • Lepiej pisze niż strzela, rozmowa z Chrisem Carterem

    Po zaciągnięciu Robina Cooka do dentysty, a Kuby Małeckiego do opuszczonej kamienicy w Warszawie, czas na Chrisa Cartera na strzelnicy. Pewnie nadejdzie taki moment, że ktoś się nie zgodzi, ale nie zapeszajmy, na razie wszyscy chętnie (?) przystają na moje dziwne pomysły. Oby jak najdłużej. Poszliśmy więc z Chrisem pogadać o jego najnowszej  książce w dość nietypowych okolicznościach przyrody, ale jakże typowych dla kryminału. Fakty są takie, że ja lepiej strzelam, Chris za to pisze kapitalne książki. Nie tak dawno na polskim rynku ukazał się „Rozmówca” – po przeczytaniu już prawdopodobnie nigdy nie skorzystacie z telefonu prowadząc samochód, bo konsekwencje mogą być takie, jak w najnowszej książce brazylijskiego pisarza.

     

     

     

  • Szokujące znalezisko w szufladzie Stiega Larssona!

     

    Kapitalna informacja dla fanów Stiega Larssona! Jeśli sądzicie, że po szwedzkim autorze nie zostało już nic, co nadaje się do opublikowania, to będziecie, delikatnie mówiąc, w szoku. Już jesienią, jednocześnie w kilkunastu krajach, ukaże się książka Jana Stocklassy „Z archiwum Stiega Larssona”, która w całości będzie oparta na materiałach znalezionych w biurku zmarłego pisarza.

    Są to materiały, które Larsson zbierał pracując jeszcze w magazynie „Expo”. Książka ma dotyczyć zagadkowej śmierci Olofa Palmego, ówczesnego premiera Szwecji. Przypomnę tylko, że Palme został dwukrotnie postrzelony z bliskiej odległości 28 lutego 1986 roku. Szybko został przewieziony do szpitala, jednak po kilkudziesięciu minutach zmarł. Okazuje się, że Stieg Larsson zebrał sporą ilość materiałów dotyczących tego zabójstwa. Stocklassa dociera do ludzi, którzy są wymienieni w notatkach, a także rozmawia z Evą Gabrielsson, życiową partnerką bestsellerowego autora. Premiera książki planowana jest na listopad.

    Jan Stocklassa jest byłym szwedzkim dyplomatą, obecnie zajmuje się dziennikarstwem. Jako reporter wpadł na trop kontrowersyjnej historii związanej ze sprzedażą przez Szwecję samolotów bojowych na Bliski Wschód.

    Zobaczcie też wideo, w którym Sonia Draga opowiada o książce.

  • Steve Berry wysyła swojego bohatera do Polski!

    Mówił o tym w trakcie zeszłorocznej wizyty w Polsce, a teraz słowo stało się ciałem. Steve Berry i jego główny bohater, czyli Cotton Malone, znów przyjadą nad Wisłę. Tym razem w najnowszej książce amerykańskiego pisarza.

    Co wiemy o najnowszej książce Berrego? Na razie informacje są dosyć skąpe, ale do rzeczy. Pewne jest, że będzie miała tytuł „Warsaw Protocol”, w Stanach Zjednoczonych ukaże się w czerwcu 2019 roku, natomiast polska premiera planowana jest na jesień tego samego roku. Akcja książki ma się toczyć w Warszawie, a także na południu kraju, w Krakowie i okolicach. Nie jest tajemnicą, że podczas ostatniej wizyty w Polsce Berry szukał już materiałów i odwiedził kilka interesujących go miejsc. Być może, podkreślam, być może, Steve Berry przyleci do Polski jesienią 2019 roku, w okolicach polskiej premiery „Warsaw Protocol”. Naszą rozmowę możecie zobaczyć tutaj.

    Tutaj łapcie fragment, w którym autor opowiada o swoich planach względem Polski. 

     

     

  • Autorka „50 twarzy Greya” w Polsce? Może jeszcze w tym roku!

    Już jutro kinowa premiera „Nowego oblicza Greya”, czyli szykuje się kolejny kasowy hit, bo przecież dwie poprzednie części zarobiły blisko miliard dolarów na całym świecie. Jak to często w kinie bywa, wszystko zaczęło się od książek, w tym wypadku książek E.L. James, która stworzyła cały ten zmysłowy, erotyczny, a niektórzy mówią, że kiczowaty świat. Nie zmienia to faktu, że w jej książkach zaczytują się miliony, nie tylko kobiet, na całym świecie. Czy jest szansa, że autorka przyleci do Polski? O tym już Sonia Draga, ale przypomnę tylko, że w zeszłym roku, w tym samym miejscu rozmawialiśmy o ewentualności przylotu Dana Browna, jak to się skończyło – wszyscy wiemy.

    Z kronikarskiego obowiązku dodam, że „Początek” Dana Browna zdobył Bestsellera Empiku.

     

  • „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”. Hillary Clinton o wyborze Donalda Trumpa

    Wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych był szokiem dla całego świata, bo przecież faworytką była Hillary Clinton. Przeczytajcie fragment jej książki „Co się stało”, która została napisana już po wyborczej klęsce. Pod tekstem znajdziecie też wideo z wypowiedzią Krystyny Kurczab-Redlich, wieloletniej korespondentki w Moskwie, autorce książki „Wowa, Wołodia, Władymir. Tajemnice Rosji Putina” która opowie o wpływie rosyjskich hakerów na myślenie amerykańskich wyborców. Rozmawialiśmy w katowickim Empiku, zaraz po spotkaniu z autorką.

    Wtedy Bill dotknął mojego łokcia i wróciłam do rzeczywistości.

    Przed nami siedzieli Obamowie i Bidenowie. Próbowałam sobie wyobrazić, jak prezydent Obama jedzie w jednej limuzynie z człowiekiem, który po części wybił się na kłamstwach dotyczących miejsca urodzenia Baracka i oskarżaniu go o to, że nie jest Amerykaninem. W trakcie uroczystości w którymś momencie Michelle i ja popatrzyłyśmy na siebie smutno. To spojrzenie mówiło: „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”. Osiem lat wcześniej, w mroźny dzień zaprzysiężenia Baracka, mieliśmy głowy pełne planów i możliwości. Dzisiaj chodziło tylko o to, by zachować dobrą minę do złej gry.

    W końcu pojawił się prezydent elekt. Znałam Donalda Trumpa od lat, ale nigdy nie przypuszczałam, że pewnego dnia stanie na schodach przed Kapitolem i złoży przysięgę jako prezydent Stanów Zjednoczonych. W czasach, gdy zasiadałam w Senacie, był znaną personą w Nowym Jorku, jak wielu innych poważnych graczy na rynku nieruchomości, choć wyróżniał się większą ekstrawagancją i naciskiem na autopromocję. W 2005 roku zaprosił nas na swój ślub z Melanią w Palm Beach na Florydzie. Nie przyjaźniliśmy się, więc prawdopodobnie zależało mu na tym, żeby zgromadzić na imprezie jak największe nazwiska. Bill akurat w tamten weekend wygłaszał w okolicy odczyt, więc zdecydowaliśmy się skorzystać z zaproszenia. Czemu nie? Domyślałam się, że będzie to huczne, kolorowe przyjęcie z wielką pompą, i miałam rację. W ceremonii wzięłam udział sama, a potem Bill dołączył do mnie na weselu w należącej do Trumpa posiadłości Mar-a-Lago. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z parą młodą i niedługo potem wyszliśmy.

    www.unsplash.com/Lucas Sankey

    Rok później Trump wraz z innymi prominentnymi nowojorczykami wystąpił w parodystycznym filmiku przygotowanym z okazji kolacji stowarzyszenia korespondentów prasowych w Albany – czyli stanowej wersji bardziej znanej kolacji korespondentów akredytowanych przy Białym Domu. Pomysł był taki, że woskowa figura przedstawiająca moją osobę została skradziona z muzeum Madame Tussaud na Times Square, dlatego musiałam zająć jej miejsce i stać nieruchomo, podczas gdy różni sławni ludzie przechodzili obok mnie i wygłaszali komentarze. Burmistrz Nowego Jorku Mike Bloomberg powiedział, że dobrze sobie radzę jako senator, po czym zażartował, że w 2008 roku wystartuje w wyborach prezydenckich jako kandydat niezależny. Kiedy na ekranie pojawił się Trump, stwierdził: „Wyglądasz świetnie. Niewiarygodne. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Fantastyczna fryzura. Piękna twarz. Wiesz, naprawdę uważam, że byłby z ciebie świetny prezydent. Nikt nie mógłby się z tobą równać”. W tym momencie kamera odjechała trochę i okazało się, że wcale nie mówił do mnie, tylko do swojej własnej figury woskowej. Wtedy to był śmieszny żart.

    Kiedy Trump faktycznie ogłosił swoją kandydaturę w 2015 roku, jak wielu ludzi wzięłam to za kolejny dowcip. Na tym etapie zdążył się już zmienić z ulubieńca tabloidów w prawicowego oszołoma, opętanego wieloletnią, niezdrową obsesją na punkcie aktu urodzenia prezydenta Oba- my. Choć od kilkudziesięciu lat flirtował z polityką, wciąż trudno było go traktować poważnie. Przypominał mi jednego z tych starców grzmiących, że jeśli ludzie nie zaczną ich wreszcie słuchać, kraj do reszty zejdzie na psy.

    Trumpa nie dało się ignorować – nieustające zainteresowanie mediów zapewniało mu całodobową promocję. Uważałam, że należy głośno piętnować jego bigoterię, i czyniłam to często od samego początku, czyli od chwili, gdy w dniu ogłoszenia swojej kandydatury nazwał meksykańskich imigrantów gwałcicielami i handlarzami narkotyków. Ale dopiero kiedy zobaczyłam, jak udaje mu się zdominować debatę z udziałem szeregu utalentowanych republikańskich kandydatów – nie dzięki swoim błyskotliwym pomysłom czy mocnym argumentom, ale za pomocą szokujących ataków osobistych – uświadomiłam sobie, że może stanowić poważne zagrożenie.

    A teraz stał na podwyższeniu z ręką na Biblii i przysięgał, że będzie przestrzegać i bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie żart obrócił się przeciwko nam.

    Rozpadało się i ludzie siedzący wokół nas zaczęli się szarpać z cienkimi plastikowymi pelerynami, które nam rozdano. Wcześniej za kulisami namówiłam Billa, żeby założył swój prochowiec. Ponieważ dzień był wyjątkowo ciepły, Bill myślał, że nie będzie go potrzebował. Teraz cieszył się, że posłuchał mojej rady – przynajmniej jako żona odniosłam małe zwycięstwo w ten ponury dzień. Plastikowe peleryny prezentowały się nie najlepiej, ale mogło być jeszcze gorzej. Słyszałam, że pierwsza partia, którą sprowadzono na tę okazję, była biała, przez co pod pewnym kątem wyglądały trochę jak kaptury Ku Klux Klanu, i jakiś spostrzegawczy członek ekipy organizacyjnej szybko je wymienił.

    Przemówienie wygłoszone przez nowego prezydenta miało mroczny i dystopijny wydźwięk. Dla mnie brzmiało jak skowyt dobiegający prosto z trzewi białego nacjonalizmu. Najbardziej pamiętna linijka dotyczyła „amerykańskiej rzezi”, choć to rażące sformułowanie pasowało raczej do tytułu krwawego horroru niż do przemówienia inauguracyjnego. Trump nakreślił obraz sfrustrowanego, rozbitego państwa – państwa, którego nie rozpoznawałam.

    www.unsplash.com/David Everett Strickler

    Wiedziałam, że wciąż stoją przed nami prawdziwe wyzwania, te same, o których mówiłam bez końca podczas kampanii wyborczej: nierówność dochodów, coraz większa koncentracja wpływów wielkich korporacji, zagrożenie terrorystyczne, zmiany klimatyczne, rosnące koszty opieki zdrowotnej, potrzeba stworzenia nowych, lepszych miejsc pracy w obliczu przyspieszającej automatyzacji. Amerykańska klasa średnia naprawdę miała przerąbane. Kryzys finansowy z 2008 i 2009 roku pozbawił ludzi zatrudnienia i odebrał im poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie został za to pociągnięty do odpowiedzialności. Szerokie spektrum Amerykanów ogarnęło poczucie alienacji, od tradycjonalistycznie nastawionych białych wyborców zaniepokojonych tempem przemian społecznych, przez czarnych mężczyzn i kobiety, którzy czuli, że państwo nie ceni ich życia, po tzw. DREAMers i patriotów wyznania muzułmańskiego, których zaczęto traktować jak intruzów w ich własnym kraju.

    Trump napsuł im wszystkim bardzo dużo krwi. Ale w tak wielu kwestiach się mylił. Za rządów prezydenta Obamy rynek pracy notował wzrost przez 75 kolejnych tygodni, a dochody dolnych 80 procent społeczeństwa wreszcie zaczynały iść w górę. Dwadzieścia milionów ludzi zyskało ubezpieczenie zdrowotne dzięki ustawie o reformie systemu opieki medycznej, będącej największym osiągnięciem legislacyjnym ustępującej administracji. Wskaźniki przestępczości utrzymywały się na rekordowo niskim poziomie. Nasza armia wciąż była najpotężniejsza na świecie. To łatwe do zweryfikowania fakty. Trump stanął jednak przed całym światem i powiedział coś dokładnie przeciwnego – tak jak robił to przez całą swoją kampanię. Wydawało się, że zupełnie nie dostrzega lub też nie docenia tej energii i tego optymizmu, które widziałam na własne oczy, gdy podróżowałam po kraju.

    Słuchając Trumpa, odnosiłam wrażenie, że nie istnieje już coś takiego jak prawda. W dalszym ciągu mam takie poczucie.

    Jeśli macie ochotę kupić książkę, kliknijcie na okładkę.