Tag: Wydawnictwo Sonia Draga

  • „W moich książkach ludzie nie giną od strzału w głowę. Ich śmierć jest o wiele bardziej spektakularna”. Długa rozmowa z Chrisem Carterem.

    Nigdy nie chciał być pisarzem, więc pisze kryminały. W międzyczasie był muzykiem rockowym, tancerzem, psychologiem kryminalnym. Rozmawiał z seryjnymi mordercami, co teraz wykorzystuje w swoich książkach. Przeczytajcie rozmowę z Chrisem Carterem. 

    Chris 2Chris, czy jest jeszcze w Twoim życiu coś, czego nie robiłeś?

    Generalnie, to nie robiłem wielu rzeczy, ale wiem, że moja historia jest trochę zabawna. Urodziłem się w Brazylii, potem wyjechałem do Ameryki, gdzie studiowałem psychologię kryminalistyczną, później zostałem gitarzystą i grałem w zespole rockowym w Los Angeles. Później był jeszcze taki etap, że zajmowałem się sprzedażą pizzy, przewracałem hamburgery, tańczyłem, zajmowałem się programowaniem komputerowym. To nie wszystko, bo potem wyjechałem do Londynu, gdzie pracowałem jako muzyk sesyjny, więc naprawdę zajmowałem się wieloma różnymi rzeczami, ale odkąd zostałem pisarzem, to zajmuję się już tylko tym i nie planuję nic zmieniać.

    Gdybyś mógł jednak wrócić do któregoś z poprzednich zajęć, które byś wybrał?

    Myślę, że jednak bym nie wrócił to żadnego. Kiedy się nimi zajmowałem, to były naprawdę super. Nadal bardzo ciepło myślę o muzyce, ale nie mogę tego samego powiedzieć o pracy psychologa w Stanach Zjednoczonych. Mam wrażenie, że jeśli chodzi o szalone przestępstwa, to numerem jeden jest Rosja, a numerem dwa, właśnie USA. Do tego bym na pewno nie chciał wrócić.

    Co więc urzekło Cię więc w pisarstwie, że rzuciłeś wszystko i zacząłeś tworzyć ?

    Od razu zaznaczam, że wcale nie chciałem być pisarzem jako dziecko, nigdy tego nie planowałem, nie marzyłem o tym, nie pisałem opowiadań. Po prostu tak wyszło, zostałem pisarzem. Dostaję teraz pieniądze za to, że siadam przy biurku i zatapiam się w szalonym świecie, który istnieje w mojej głowie, przelewam go na papier, a ludzie chcą to czytać.

    Przez wiele lat przesłuchiwałeś morderców w USA. Jest jakaś historia, która najbardziej utkwiła Ci w pamięci?

    Tych historii było tak dużo, że nie mogę wyróżnić jakiejś konkretnej, chociaż nie, jedną pamiętam doskonale. Prowadziłem kiedyś rozmowę z masowym mordercą. Ale najpierw muszę wyjaśnić, co dla FBI jest masowym, a co seryjnym morderstwem. Seryjny morderca to jest człowiek, który zabija trzy lub więcej osób, ale podczas osobnych incydentów. Między tymi zabójstwami mogą występować przerwy, to może być różnica dnia, tygodnia, miesiąca, a nawet kilkunastu lat. Morderca masowy natomiast, zabija trzy lub więcej osób naraz. Przykładem mogą być incydenty w szkołach amerykańskich, gdzie ktoś się wdziera z karabinem i zabija kilkanaście osób. Wracając do meritum, kiedyś przesłuchiwałem facet, który naraz zabił pięć osób. Był w barze, pił piwo, posprzeczał się z jakimś mężczyzną i wtedy podjął decyzję, że tego kogoś zabije. Nie wyszedł jednak z nim przed bar i go nie zabił, tylko poszedł za nim do jego domu. Zabił go, jego żonę, dwie córki oraz syna. Gdy go przesłuchiwałem, to powiedziałem mu, że OK, nawet rozumiem, że chciałeś się zemścić na tym facecie, ale dlaczego zabiłeś jego całą rodzinę? Wiecie co odpowiedział? Bo byli w domu. Większość z nas nie jest w stanie sobie takiej sytuacji wyobrazić. Kiedy już zostałem pisarzem, to zauważyłem ciekawą rzecz, a mianowicie, że różnica między fikcją a rzeczywistością polega na tym, że fikcja musi mieć sens, a rzeczywistość często tego sensu nie ma. Kiedy tworzę postać zabójcy, to on musi mieć naprawdę dobry powód, żeby kogoś zabić. Bo jeżeli wymyślę powód głupi, to się to nie spodoba ani wydawcy, ani redaktorowi, ani czytelnikom.

    Wspomniałeś, że Rosja to według Ciebie kraj przodujący w szalonych przestępstwach. Dlaczego tak uważasz?

    Nie wiem czy znacie historię „szachownicowego mordercy”? (chodzi o Aleksandra Piczuszkina, dop. smakksiazki.pl). Wymyślił sobie, że zabije tyle samo osób ile jest kwadratów na szachownicy, czy sześćdziesiąt cztery. Działał przy użyciu młotka, ukrywał ciała zamordowanych osób. Zanim został schwytany, to zabił już pięćdziesiąt sześć osób. Podczas przesłuchania, gdy zadano mu pytanie, dlaczego zabijał, odpowiedział, że chciał pobić rekord Andrieja Czikatiłowa, który zabił pięćdziesiąt trzy osoby. W trakcie procesu okazało się jednak, że udowodniono my tylko pięćdziesiąt jeden zabójstw, więc był nijako poniżej rekordu Czikatiłowa. On na sali sądowej po prostu oszalał, zaczął krzyczeć, że policja musi szukać kolejnych ciał, ponieważ on musi pobić ten rekord. Tak więc wygląda czasem rzeczywistość, która wydaje się bardziej szalona niż fikcja.

    Dużo ze swojej pracy psychologa kryminalnego przenosisz do swoich książek? Twoi bohaterowie giną w dość wyszukany sposób. Kobieta z zaszytymi ustami i kroczem, ksiądz bez głowy, skąd pomysły na takie morderstwa?

    Wszystkie pomysły na morderstwa biorą się z mojej szalonej głowy. Czasem ludzie mnie pytają, jak mogę stosować takie metody mordowania, więc im odpowiadam, że każdy może to wymyślić. Na tym polega teraz mój zawód i spędzam całe dnie, żeby znaleźć sposób zamordowania bohaterów. W książce „Nocny prześladowca”, morderca zaszywa materiały wybuchowe w ciałach kobiet. Jak to wymyśliłem? Byłem na plaży z moją byłą dziewczyną i mówię jej, że mam właśnie świetny pomysł. Wszystko więc rodzi się w głowie, ale z pracy psychologa powiem jedno, że zło, jakie potrafią czynić ludzie jest naprawdę wstrząsające, bo zdarzają się sytuacje, że dziecko jest wkładane do mikrofalówki i morderca tę mikrofalówkę włącza. Okazuje się więc, że rzeczywistość jest bardziej szalona niż fikcja.

    Są takie morderstwa, które powstały w Twojej głowie, ale nie przeniosłeś ich do książki, bo stwierdziłeś, że to by było już za dużo?

    Jest wręcz przeciwnie. Jak się jest autorem kryminałów i wpada do głowy jakiś nowy pomysł, to zazwyczaj reaguję z entuzjazmem, a nie ze strachem. Myślę często: o, to jest super, to mogę wykorzystać w kolejnej książce. Czasem jednak się zdarza, że piszę jakąś scenę i muszę zrobić przerwę. Idę wtedy na spacer, żeby się na chwilę od tego oderwać. Nie chodzi jednak o to, że scena mnie przerażała, ale o to, że piszę o rzeczach, które są dla mnie emocjonalnie bliskie. Pamiętam, że kiedy opisywałem scenę samobójstwa i to było dla mnie niebywale trudno, bo niektórzy moi przyjaciele popełnili samobójstwo.

    W jakich sytuacjach jeszcze wpadają Ci do głowy pomysły jak zamordować postacie z książek? Może siedzisz na fotelu dentystycznym i nagle dostajesz olśnienia?

    Ja o tym myślę przez cały czas, więc nie ma to znaczenia czy jestem w restauracji, w klubie, na basenie, na siłowni. Mówię często znajomym: o, mam super pomysł. Oni często nawet nie chcą tego już słuchać.

    Jak tworzyłaś postać Roberta Huntera? Wzorowałeś się na innych bohaterach kryminałów, Kurcie Wallanderze, Fabianie Risku, Malin Fors?

    Huntera stworzyłem tak naprawdę z niczego. W moich książkach występuje Hunter i Garcia, i oni mają moje cechy. Garcia ma długie włosy i urodził się w Brazylii, czyli zupełnie tak jak ja. Natomiast Hunter ma inne moje cechy: cierpi na bezsenność, pracował jako psycholog zajmujący się sprawami kryminalnymi, bardzo lubi whisky. Dałem im moje cechy dlatego, że najłatwiej jest mi pisać o rzeczach, które znam. Gdy piszę więc o bezsenności, to jest to dla mnie prosty temat, bo z bezsennością walczę na co dzień i wiem o czym mówię. Hunter jest więc moim pomysłem, i muszę zdradzić, że w mojej pierwszej książce go uśmierciłem. Gdy zobaczył to mój agent, powiedział, że nie ma mowy, Hunter musi żyć, bo będzie bohaterem serii książek.

    To prawda, że Twoją ulubioną autorką jest Tess Gerritsen?

    Czytałem jej książki jeszcze zanim pomyślałem, że zostanę pisarzem. Teraz wydaje mi się to dosyć zabawne, że spotkałem ją na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. To jest podobna sytuacja do tej, że gdy jesteś muzykiem i widzisz na scenie Marylina Mansona, a potem się okazuje, że występujecie w tym samym programie telewizyjnym. Podobną sytuację miałem podczas panelu literackiego w Dubaju, gdzie rozmawiałem z Ianem Rankinem, który książki pisze od dwudziestu lat, więc to jest dość zdumiewające, do jakich sytuacji prowadzi nas czasami życie.

    Twoje życie to jednak nie tylko wymyślanie morderstw. Angażujesz się też charytatywnie i na jednej z aukcji można było wylicytować zostanie jednym z bohaterów Twojej książki.

    To wszystko zaczęło się od mojego wydawnictwa, które wymyśliło konkurs i poprosiło czytelników, żeby przesyłali szalone pomysły na morderstwo. Później zwróciła się do mnie organizacja charytatywna, która działa dla dzieci z chorobami nowotworowymi. Oni wymyślili aukcję, której zwycięzca stanie się bohaterem książki. Jeśli ktoś wygrywa moją aukcję, to zostaje ofiarą. I okazuje się, że tym ludziom nie jest wszystko jedno jak zginą, nie chcą zginąć od strzału w głowę, tylko chcą zginąć jakąś potworną śmiercią.

    Jaką im więc zgotowałeś śmierć?

    Próbuję sobie to przypomnieć. Dziewczyna, która wygrała aukcję, została ukąszona przez osy. Nie takie normalne osy, ale takie gigantyczne, które zabijają nawet tarantule. Ta dziewczyna została zamknięta w pudle z tymi osami, one się jej dostawały do nosa, do mózgu. Wyobraźcie sobie, że zwyciężczyni aukcji była tym absolutnie zachwycona.

    Tatuaże są w jakiś sposób związane z Twoimi książkami, czy jest to pozostałość po byciu muzykiem rockowym?

    Tatuaże to jest taka zabawna rzecz, bo każdy ma do nich inne nastawienie. Na prawym ramieniu mam postać z „Krucyfiksu”, jeśli czytaliście książkę, to wiadomo do czego nawiązuje. Mam też wytatuowane serce, które pojawiło dlatego, bo byłem nieszczęśliwie zakochany. Bardzo lubię też czaszki, kwiatki.

     

    Zdjęcia: Wydawnictwo Sonia Draga

  • „W Barcelonie końcówki XIX wieku bylibyśmy jak UFO”. Jordi Llobregat dla smakksiazki.pl

    611

    Barcelona, maj 1888. W przededniu rozpoczęcia Wystawy Światowej miastem wstrząsa seria przerażających wydarzeń, które stawiają pod znakiem zapytania powodzenie całego przedsięwzięcia. Pojawiają się zmasakrowane ciała młodych kobiet, a ich rany z mroków zapomnienia wydobywają prastarą klątwę ciążącą nad miastem… Tak  w skrócie można opisać fabułę „Sekretu Wesaliusza”, książki,  którą Jordi Llobregat zadebiutował na literackim rynku. Rozmawiam z nim o Barcelonie, o recepcie na dobry kryminał, ale też o sposobach na podniesienie poziomu czytelnictwa. Miłej lektury. 

     

    Jordi, „Sekret Wesaliusza” to Twój debiut. Od zawsze chciałeś pisać?

    Niezupełnie. To co zawsze mnie interesowało, to opowiadanie. Już kiedy byłem dzieckiem rysowałem, komponowałem piosenki lub pisałem opowiadania. W mojej rodzinie to powszechne. Zawsze tłumaczę, że mając dwanaście lat, spędziłem letnie wakacje z rodziną we Francji pisząc nonstop. Pamiętam iluzję, nerwowość, podniecenie przed rozpoczęciem pisania … Niesamowite jest odkryć, że te uczucia są identyczne trzydzieści lat później.

    Jaka jest różnica między Barceloną z Twojej książki, a Barceloną obecnie? Można te miasta ze sobą w ogóle porównać?

    To zupełnie inna Barcelona, oczywiście. Jest możliwe przejść tymi samymi ulicami i odwiedzić stare budynki, które wtedy istniały. To co jest naprawdę inne to, ponad wszystko, ludzie. Obywatel Barcelony z roku 1888 nie ma nic wspólnego z nami. Jeśli na moment moglibyśmy cofnąć się w czasie i pojawilibyśmy się w tamtej Barcelonie, to byłoby tak, jakby wsród nas pojawiło się UFO. Wtedy nie było samochodów, radia, telewizji, telefonów. Czas płynął inaczej, nawyki, odzież, odpoczynek, miłość, śmierć … wszystko jest inne. Barcelona była także miastem bardziej niebezpiecznym, nie przetrwalibyśmy tygodnia.

    „Sekret Wesaliusza” to Twój debiut. Co było najtrudniejszego w pisaniu tej książki?

    Czas. Mieć czas to jest największa trudność. Podczas pisania zachowłem swoją pracę – prowadziłem firmę, ucierpiałem podczas kryzysu ekonomicznego, który wszyscy odczuli, rozpocząłęm festiwal kulturalny i wiele innych podobnych rzeczy.

    Co jest niezbędne do napisania dobrego kryminału?

    Iluzja. Upór. Wyobraźnia. Zachowanie równowagi, nie zawsze łatwe, pomiędzy wielkim ego a wielką pokorą. I praca, ciężka praca.

    Możesz porównać siebie z którymś z hiszpańskich pisarzy?

    Nie jest łatwo mi powiedzieć. Zresztą, nie bardzo wierzę w porównania. Rozumiem, że czytelnikowi łatwiej kiedy ma odniesienie. Ja sam tak robię. Ale zwykle każdy pisarz jest wyjątkowy.

    Sądzisz, że „Sekret Wesaliusza” jest dobrym scenariuszem filmowym?

    Tak, wierzę w to. Byłoby wspaniale zobaczyć to w formie filmu, wiem, że jest takie zainteresowanie. Byłaby to artystyczna wizja innej osoby i jestem bardzo ciekawy jaka byłaby ta wizja. Jednakże, film jest, jak już mówiłem, jedną wizją podczas gdy czytelników jest tysiące, miliony róznych wizji powieści. I to jest dla mnie bardziej atrakcyjne. Nie sądzisz?

    Z pewnością. Bo każdy przecież odbiera książkę po swojemu. Jakie jest Twoje ulubione miejsce w Barcelonie?

    Ups! Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wymienię trzy: Mała księgarnia na starym mieście gdzie zwykle zaszywam się z kawą i komputerem. Prosektorium Królewskiego Kolegium Chirurgów, bardzo ważne dla „Sekretu Wesaliusza” oraz Labirynt w Parku Desvall, gdzie naprawdę się zgubiłem. Moja czteroletnia córka mnie uratowała.

    Dlaczego zdecydowałeś się napisać o Wesaliuszu. Ta postać jest dla Ciebie ważna?

    Wesaliusz objawił mi się kiedy dokumentowałem temat medyczny. Grafiki jego wielkich dzieł były brakujacym elementem układanki, którą tworzyłem. Objawieniem było odkrycie, że jest nieznany szerokiej publiczności, a jego prace są niezwykle istotne dla historii medycyny,  a tym samym dla nas wszystkich. Wielu czytelników pisze, że dzięki książce go odkryli i przeczytali wiecej na jego temat. To napawa mnie radością, naprawdę.

    9. Macie w Hiszpanii problem z czytelnictwem? W Polsce, w zeszłym roku, ponad 63% społeczeństwa nie przeczytało ani jednej książki.

    W Hiszpanii w 2015 trochę ponad 35% populacji nie przeczytało żadnej książki w ciągu roku. To już wydaje sie katastrofą. Stopniowo pozyskuje sie nowych czytelników ale niestety zbyt wolno. Tak naprawdę nasz rząd nie dba o to. Na pewno to samo dzieje się w Twoim kraju. Ignorancja to siła. Im więcej ludzi odchodzi od kultury, tym więcej jest osób bez zdolności krytycznego myślenia lub zdolności osądu. W skróce: ludźmi można manipulować.

    Jakie są Twoje najbliższe plany ?

    Przyszłe projekty pisarza są bardziej tajne niż Archiwa Watykańskie. Mogę tylko powiedzieć, że prowadzę kilka projektów jednocześnie. Niektóre fazy projektu, które mają szansę ujrzeć światło dzienne są wyjątkowe I nieprzewidywalne. Mam nadzieję zbudować dobrą historię, która czytelnicy polubią tak jak „Sekret Wesaliusza”.

    Zdjęcie autora: Wydawnictwo Sonia Draga

     

  • „Zjawa” już w jutro w polskich kinach. To trzeba zobaczyć, to trzeba przeczytać. [Konkurs]

    ZjawaNajlepszy dramat, najlepszy aktor w dramacie oraz najlepszy reżyser. Te nagrody zgarnęła „Zjawa
    ” w trakcie wręczenia Złotych Globów. To jednak nie wszystko, bo już za moment rozdania Oskarów, a tam film na podstawie ksiażki Michaela Punke’a jest nominowany aż w dwunastu kategoriach.

    Zanim pójdziecie na film, który do polskich kin wchodzi już jutro, warto przeczytać książkę, od której wszystko się zaczęło. Mam dla Was egzemplarz „Zjawy”, który ufundowało Wydawnictwo Sonia Draga.

    Co trzeba zrobić, żeby trafił na Waszą półkę? Już mówię, a właściwie piszę: polubić ten post, to po pierwsze. Po drugie, napisać w komentarzu dlaczego książka powinna trafić właśnie do Was. Po trzecie, udostępnić post i polubić profil smakksiazki.pl.

    Tylko tyle. Osoba, która pod swoim komentarzem będzie miała największą liczbę lajków, otrzyma książkę. Koniec zabawy: niedziela (31/1, godz: 20:00).

    Zobaczcie zwiastun „Zjawy”:

     

  • Rabowali bez opamiętania, nie bali się nikogo. Wikingowie XX wieku byli na ustach wszystkich. Teraz historia rodziny Thunbergów została zamknięta w jednej książce. Autorzy „Rodzinnego interesu” w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Both5

    Historia rodem z filmów sensacyjnych, którą napisało życie. Napady na banki, pościgi policyjne, miliony skradzionych koron. Do tego skomplikowane relacje między braćmi i ojcem. Co więcej, to wszystko opisane z perspektywy człowieka, który jest bratem złodziei. Brzmi nieprawdopodobnie? Zapraszam do przeczytania długiego wywiadu z autorami „Rodzinnego interesu”. Przed Państwem Stefan Thunberg i Anders Roslund. 

     

     

    Czy zdajecie sobie sprawę, że fabuła Waszej książki jest tak niesamowita, że aż nieprawdopodobna?

    Roslund & Thunberg:

    Ależ bardzo dziękujemy, że tak uważasz, ponieważ Twoja reakcja jest dla nas powodem do dumy. A to dlatego, że dokładnie taki efekt chcieliśmy uzyskać – historię, która posiada zarówno schemat, jak i podłoże pod nim spoczywające. Na powierzchni mamy napad na bank i pościg policyjny, a w tle dynamiczną relację pomiędzy ojcem i synem, którzy w nieoczekiwany sposób wpływają na akcję.

    Jak to się stało, że zdecydowaliście się razem pracować?

    Roslund: Po czternastu latach wytężonej pracy nad sześcioma książkami autorstwa duetu Roslund i Hellstrom zdecydowaliśmy się na zrobienie przerwy. Pracowaliśmy bardzo blisko przez bardzo długi czas przez co poziom irytowania się nawzajem zaczął wyraźnie narastać, a nasze dyskusje stawały się coraz głośniejsze – a nie chcieliśmy zniszczyć piękna zbudowanej współpracy. Zacząłem nakreślać zarys, a następnie pisać trzy osobne powieści, jako sam Roslund, i byłem w połowie pierwszej z nich, w trakcie wspomnianej przerwy, kiedy spotkałem Stefana. Poznaliśmy się siedem lat wcześniej podczas współpracy przy jednym telewizyjnym filmie, ale tym razem wydarzyło się coś, co nakazało mi – ponownie – odłożyć powieść na bok. Miłość. Pisarska miłość. I nie chodziło o fakt, że Stefan jest takim utalentowanym scenarzystą z hitami kinowymi w swoim dorobku, ani o to, że był czwartym bratem, który nigdy nie został członkiem napadającego na banki gangu, o którym wcześniej pisywałem i przez tyle lat rozmyślałem odkąd okazało się, że są rodziną – chodziło przede wszystkim o to, że stanęliśmy naprzeciw siebie jako twórców opowieści. Powoli zacząłem zapoznawać się z materią, w której dotychczas Stefan egzystował w pojedynkę i zaczęło mi zależeć.

    Thunberg: Ja nigdy nie stałem się artystą. Stałem się pisarzem. I to jest bez wątpienia najtrudniejsza historia nad którą kiedykolwiek pracowałem, ale jednocześnie ta, z której jestem najbardziej dumny. Kiedy postanowiłem się tego podjąć wiedziałem, że to nie będzie pisanie historii dokumentalnej. Chciałem pokruszyć rzeczywistość i poskładać ją z powrotem. Nie dlatego, że rzeczywistość jest trudna, ale dlatego, że musiałem w tej historii odnaleźć bicie serca. Kiedy spotkałem Andersa zdałem sobie sprawę, że opowiadanie historii postrzegamy w jednakowy sposób, a postrzeganie tej historii tym bardziej. Inną rzeczą, jaką zauważyłem to, że Anders cały czas pracuje. Nigdy nie spotkałem nikogo o takiej wydolności. I on nigdy nie traci wyczucia, niezależnie od tego ile pracuje. Pisze jakby pokonywał maraton lubując się w każdym wykonywanym kroku. Ja piszę bardziej jak hokeista – krótko i intensywnie – a potem muszę odpocząć, nim ponownie wybiegnę na lód. Różnice w tym, jak obaj piszemy i pracujemy okazały się fantastyczną kombinacją. Anders zawsze wkładał w pracę swoje doświadczenie i swój talent i bardzo wiele mnie nauczył w trakcie naszej współpracy. Ja podzieliłem się z nim swoją historią i uczyniliśmy ją naszą wspólną. Innym aspektem, który bardzo cenię jest nasza synchronizacja w momentach, kiedy piszemy fragmenty, które wierzymy, że przyciągną czytelników. Tak, jak ten moment, który prześladuje mnie od dwudziestu lat…

    stockholm-1221336-1919x1275
    FreeImages.com/szymek u

    To był 23 grudnia, dzień przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy trzej bankowi rabusie byli w ogromnej śnieżycy ścigani przez policję po tym, jak uciekając samochodem wjechali nim do rowu. Kiedy oglądałem to w telewizji od raz wiedziałem, że dwaj z nich to mój najstarszy brat i przyjaciel z dzieciństwa – ale powoli zacząłem sobie zdawać sprawę, że trzecim z nich musi być mój ojciec. Nie umiałem pojąc, jak mój brat i ojciec – przez lata skłóceni – zdecydowali się dokonać wspólnego napadu na bank, a jednocześnie ostatniego przeprowadzonego przez tzw. Ligę Militarną. Tej nocy podczas burzy śnieżnej uciekli do lasu i czując zaciskającą się na nich pętlę ukryli się wykończeni w porzuconym domku letniskowym. Otoczeni przez elitarną jednostkę policyjną, bez żadnej drogi ucieczki, ojciec i syn musieli rozwiązać konflikt, który trwał pomiędzy nimi przez ich całe życie – przez moje całe życie. Co powiedzieli sobie w trakcie tych godzin, które upłynęły nim policja użyła gazu łzawiącego i dostała się do domku?

    Telewizja relacjonowała jak rabusie byli śledzeni i poszukiwani, a śnieżyca szalała w najlepsze. A mnie oblewał pot. Niecierpliwość i zmartwienie wydają specyficzny zapach. Śledziłem wiadomości aż do północy. Dowiedziałem się, że rabusie zostali otoczeni w domku letniskowym. Ci dwaj, uzbrojeni po zęby, w takich ekstremalnych okolicznościach. Usnąłem ze zmęczenia mając świadomość, że mój najstarszy brat nigdy się nie poddaje. A co z naszym ojcem, który w trakcie naszego dzieciństwa tak często kłopoty rozwiązywał przemocą – jak on zareaguje?

    Następnego dnia obudził mnie piękny świąteczny poranek. Zmrożony biały śnieg pokrywał wszystko. Było zaledwie kilka stopni poniżej zera. Poranek z Disneyem. A może to wszystko mi się przyśniło? Poszedłem do zawsze otwartego sklepu za rogiem. Nie przyśniło mi się. Nagłówki mówiły prawdę.

    Ale nadal byli przy życiu. I od tamtego dnia zachodzę w głowę. Co się naprawdę wydarzyło? Kiedy opowiedziałem to Stefanowi uznaliśmy, że ta historia stanowić będzie oś naszej powieści. Kręgosłupem, rdzeniem, jest konfrontacja pomiędzy ojcem i jego najstarszym synem.

    Jak sądzicie – dlaczego skandynawskie powieści są na całym świecie tak popularne?

    Roslund: Jako szwedzki pisarz, trzymam się pisania tylko o szwedzkiej przestępczości, ponieważ różni się ona od norweskiej oraz duńskiej. I bazuję na unikatowej tradycji. Szwedzcy wydawcy przez wiele lat dopieszczali i traktowali powieści kryminalne, jako mocny i niezależny gatunek i czynili to z wyrazem szacunku, czyli dokładnie tak, jak my to robimy – celem dostarczenie rozrywki i opowiedzenia ciekawej historii jednocześnie nasyconej wiedzą. Pisanie powieści kryminalnych jest czymś, co większość z nas traktuje bardzo poważnie i wkłada w to całe serce, bo uważamy, że powinno to być równie trudne i wymagające, co pisanie każdej innej powieści. No i oczywiście pomaga nam fakt posiadania takiej ilości ciemności i tylu długich ciemnych nocy, które tak naprawdę tworzą klimat…

    Stefan, miałeś przyjemność pracować z Henning’iem Mankell’em? Jaki to był człowiek? Czy zapamiętałeś coś szczególnego? Jakieś śmieszne anegdoty, interesujące sytuacje?

    Thunberg: Głównie pracowałem nad niesamowitą postacią Kurta Wallandera stworzoną przez Henninga. Z trzydziestu dwóch wyprodukowanych filmów, ja napisałem sześć. A Henning Mankell, którego znałem był skromnym i empatycznym człowiekiem. Oczywistym było, że zależało mu na świecie, w którym żyjemy i walczył przeciwko niesprawiedliwościom go kontrolującym.

    Jakie miałeś relacje ze swoimi braćmi i ojcem? Czy ciężko było mierzyć się z ich działaniami przestępczymi? Czy namawiali Cię do dołączenia do nich?

    Thunberg: Moje relacje z braćmi w tamtych czasach były bardzo dobre. I mimo tego, że nie byłem częścią operacji przestępczych drzwi mojego najstarszego brata zawsze stały dla mnie otworem. Jeśli chodzi o moje nastawienie do ich przestępczych poczynań to zawsze martwiłem się, że coś im się stanie. Wraz
    z upływem czasu, rosnącą przemocą i coraz większą liczbą niewinnych ludzi stających na ich drodze, myśl, że zbłąkana kula może kogoś trafić narastała. Co niezmiernie dziwne to, że muszę sobie cały czas uświadamiać, że ta grupa składała się z pięciu facetów pomiędzy 17, a 23 rokiem życia popełniających przestępstwa, których zazdrościli im kryminaliści pełną gębą. Co więcej, żaden z nich nie popełnił żadnego wykroczenia przed pierwszym napadem rabunkowym Ligi Militarnej.

    Choć czasami kusiło mnie, żeby do nich dołączyć. Na początku, kiedy zasmakowałem ich adrenaliny po pierwszym skoku i przynależności do gangu też odczuwałem pokusę, aby stać się ich częścią. Porozmawiałem, więc ze starszym bratem i zaproponowano mi udział w nadchodzącym skoku. Ale po trzech tygodniach dręczących mnie myśli postanowiłem się wycofać. Napad na bank po prostu nie był czymś dla mnie. Chciałem być artystą. Kiedy powiedziałem starszemu bratu, że się wycofuję, uprzednio zaakceptowawszy propozycję, zareagował słowami: „Byłoby lepiej, gdybyś mi powiedział wcześniej, bo teraz muszę cały skok zaplanować od nowa.”

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Anders, co według Ciebie jest najbardziej interesującego w tej historii? Co wywołało
    u Ciebie stwierdzenie: „Wow! Zróbmy To! Napiszmy o tym książkę!”

    Roslund: Teraz, jak już skończyliśmy, z ogromną wdzięcznością patrzę na decyzję o poświęcenie dwóch lat życia tej książce. To był dla mnie przywilej, że mogłem pracować z tak utalentowanym pisarzem oraz czwartym z braci z tej rodziny, który w swoim czasie był częścią ich życia pełniąc rolę  obserwatora. Dało to niesamowity wgląd w najsilniejsze więzi braterskie jakie kiedykolwiek widziałem, na dobre i na złe. Była to też długa, trzęsąca, chybotliwa, a czasami po prostu cudowna podróż jaką jest pisanie historii, która na powierzchni wydaje się być serią napadów na bank, a w swojej głębi traktuje o burzliwej ostatecznej rozgrywce pomiędzy ojcem i synem. Poza tym oczywiście miałem swe powody do włączenia się w ten projekt.

    W jednym z momentów opisujemy w książce historię podłożenia bomby na dworcu głównym, czego doświadczyłem na własnej skórze, bo tam byłem. Stałem w samym środku tego chaosu na Dworcu Centralnym w Sztokholmie, pomiędzy tymi przerażonymi i wstrząśniętymi ludźmi wracającymi z pracy do domu tyle, że odgrodzony od nich wysokim metalowym ogrodzenie. Będąc w terenie pracowałem dla największego szwedzkiego programu newsowego relacjonując atak bombowy, który dużo później okazał się zaledwie dywersją mającą na celu odwrócenie uwagi i ściągnięcie całej szwedzkiej policji na Dworzec Centralny w samym środku stolicy. Po to by w tym samym czasie grupa rabusiów, której ta sama policja poszukiwała i którą najbardziej prześladowała, mogła w zupełnie innej lokalizacji i praktycznie bez żadnych przeszkód dokonać kolejnego brutalnego napadu na bank.

    Był to okres kilku lat podczas których Szwecja musiała stawić czoła zupełnie nieznanemu dotychczas rodzajowi przestępców – przestępców, których wcześniej nie widzieliśmy, na których nie byliśmy przygotowani, a których musieliśmy spróbować pojąć, włączyć do naszej rzeczywistości, a ponad wszystko znaleźć sposoby na bronienie się przed nimi. Pracując na początku lat 90-tych jako reporter telewizyjny dla największego szwedzkiego programu newsowego z bardzo bliska przyglądałem się wszystkiemu, co wówczas miało miejsce. Działo się tak dlatego, że to była moja praca i tyczyło się to mnie w zwiększonym stopniu jako osoby odpowiadającej głównie za doniesienia dotyczące przestępczości i konkretnych przestępstw, kiedy były popełniane, ale być może jeszcze bardziej za przedstawianie konsekwencji tych przestępstw. Za zgłębianie motywów przestępców. Za opisywanie życia ofiar przestępstw. Dosłownie za przedstawienie podejścia i sposobu na zrozumienie, zwiększenie wiedzy przez co finalnie znalezienie klucza na uniknięcie powtórki – i zwiększenia liczby ofiar przestępstw. Takie było moje zadanie. A z racji tego, co się wówczas działo w naszym kraju wszyscy ludzie, w tym nasi widzowie, chcieli wiedzieć dlaczego i co się dzieje, co miało podstawę w och potrzebie zrozumienia co u diabła w ogóle ma miejsce.

    A działo się to w momencie, kiedy po raz pierwszy pojawiły się ślady bezimiennych dotychczas rabusiów, którzy przez trzy lata trzymali cały nasz kraj jak zakładników – grupy rabusiów bankowych wkrótce znanych jako Liga Militarna. Był to gang, którego członkowie wkroczyli na przestępczą drogę budząc w nas grozę, kiedy pewnej nocy wysadził wejście do wojskowej zbrojowni (dokonując tym samym największej kradzieży broni w historii Europy Północnej), a następnie ukradli dwieście dwadzieścia jeden sztuk broni automatycznej czyniąc to na tyle sprytnie, że kradzież odkryto dopiero pół roku później.

    Był to gang, który z użyciem własnej broni, chowanej na co dzień w kryjówce pod jednym z domów, dokonywał napadu za napadem nie musząc nawet używać dwukrotnie tej samej broni, tym samym unikając możliwości zidentyfikowania rabusiów na podstawie danych balistycznych.

    Był to gang, który po napadzie na uzbrojoną ciężarówkę, po napadzie na banki
    i urzędy pocztowe zdecydował się na podwójny skok – okradając dwa sąsiadujące ze sobą banki w łącznym czasie równym temu, który wcześniej potrzebowali na okradzenie jednego banku.

    Był to gang, który wykonał pierwszy potrójny napad okradając trzy bank w tym samym miejscu i tym samym czasie – bazując na filozofii, że sto osiemdziesiąt sekund to czas potrzebny policji na dotarcie na miejsce napadu niezależnie od liczby okradanych banków.

    Był to gang, którego członkowie wykazywali objawy czystego szaleństwa
    i skrajnej bezwzględności, ale razem stanowili niesamowicie pomysłową
    i twórczą mieszankę.

    Kiedy powstanie film oparty na tej historii?

    1601

    Roslund & Thunberg: Jesteśmy bardzo dumni z tego, że prawa do ekranizacji książki nabyła wytwórnia Dreamworks i Steven Spielberg. Są teraz na etapie pisania pierwszej wersji scenariusza. Ja, Roslund, mam już na tapecie jeden film w Hollywood oparty na innej książce, Trzy Sekundy (ang. Three Seconds), który ma być kręcony w tym roku po zakończeniu długiego trzyletniego procesu przygotowawczego – wiemy więc, że jeszcze musimy trochę poczekać na czerwony dywan…

    Będziecie razem dalej pracować, czy też praca nad „Rodzinnym Interesem” to była jednorazowa przygoda?

    Roslund: Naprawdę postrzegamy siebie nawzajem jako opowiadaczy historii, mimo, iż jeden z nas jest pisarzem, a drugi scenarzystą. A może właśnie dlatego tak było. Zaiskrzyła ta pisarska miłość. Naprawdę jednakowo patrzymy na historie, dzięki czemu jesteśmy bardzo podobni w definiowaniu bicia serca danej historii. Dlatego też, praktycznie na przestrzeni miesiąca, powinniśmy ukończyć pracę nad następną książką, która jest samodzielnym sequelem do tej pierwszej, opowiadającą o tych samych bohaterach. Słowem więcej rodzinnego interesu…

    Jakie trzy książki przeczytaliście w tym roku?

    Roslund: Cóż, wywiad ma się ukazać już w styczniu, a ja już tyle książek przeczytałem… najpierw ponownie przeczytałem tę samą książkę, co od dawna czynię raz do roku. Jest to bardzo szwedzka powieść autorstwa Larsa Gorlinga p.t. 491. Akcja ma miejsce we wczesnych latach 60-tych i opowiada zagubionych młodocianych przestępcach. Dwie pozostałe książki, które przeczytałem nie były niestety wystarczająco dobre, aby zasłużyć sobie na ich przytoczenie.

    Thunberg: Z tego samego powodu, co Anders ja również wymienię tylko jedną książkę. Zaginiona dziewczyna (ang. Gone girl), którą przeczytała już połowa ludzkości i rozumiem dlaczego. Gillian Flynn to pisarka która buduje swoje czytelnictwo na dobrych historiach. Dobra fabuła, świadome pisanie
    i wielopłaszczyznowe postacie.

    Stefan Thunberg: jest jednym z najpopularniejszych skandynawskich scenarzystów. Pracuje przy ekranizacji szwedzkich kryminałów Henninga Mankella o inspektorze Wallanderze i Håkana Nessera, których bohaterem jest Van Veeteren. Pisał również scenariusze do najbardziej kasowych szwedzkich filmów ostatnich lat: Hamilton: W interesie narodu oraz Łowcy 2. Rodzinny interes to debiut powieściowy Stefana Thunberga.

    Anders Roslund: jest wielokrotnie nagradzanym dziennikarzem śledczym, jednym z najlepszych szwedzkich twórców kryminałów naszych czasów. Roslund pisze w duecie Roslund & Hellström, który zdobył wiele prestiżowych nagród między innymi CWA International Dagger, Glass Key oraz Swedish Academy of Crime Writers’ Award. Może pochwalić się sprzedażą ponad 5 milionów egzemplarzy i znajduje się w gronie najlepiej sprzedających się autorów „New York Timesa”. Filmy i seriale telewizyjne na podstawie powieści duetu Roslund & Hellström produkowane są zarówno w Hollywood jak i w Europie. Rodzinny interes jest siódmą powieścią Andersa Roslunda, ale pierwszą w duecie ze Stefanem Thunbergiem.

    Zdjęcia autorów: Wydawnictwo Sonia Draga

    Zdjęcie główne: FreeImages.com/Ann Jadne

    Zdjęcie Sztokholmu w artykule: FreeImages.com/szymek u