Tag: Wydawnictwo Sonia Draga

  • Premierowy fragment „Sprzedawczyka” tylko tutaj!

    Nie tak dawno informowałem Was o mojej fascynacji tą książką, która trochę przerodziła się w obsesję. Teraz możecie chociaż zamoczyć kostki w  morzu dobrej literatury. Kostki, ale już za kilkanaście dni  rzucicie się na pełną wodę, a jestem pewien, że utoniecie. Mam dla Was mały fragment „Sprzedawczyka”, który premierowo pojawi się na księgarskich półkach już 17 stycznia. Wszystko pięknie na polski przełożył Piotr Tarczyński.

    Udał, że chce mi zaproponować pigułki, po czym delikatnie położył je sobie na języku i pociągnął łyk z wyglądającej na drogą srebrnej butelki. Po tym, jak zaprzestano emitowania jego kreskówek, Foy miał jeszcze serię porannych talk-show. Każda kolejna porażka spadała w ramówce na coraz wcześniejszą godzinę. Podobnie jak Bloodsi nie używają litery „C”, bo to pierwsza litera ich przeciwników, Cripsów (Coca-Cola to Koka-Kola*), tak Foy swoją przynależność do gangu okazuje zamienianiem słowa „fakt” na słowo „czarny”. W programach o takich nazwach jak Czarny czy fikcja? albo Czarnoid przeprowadzał wywiady z każdym: od światowych przywódców po umierających muzyków. Jego najnowszą odsłoną było nadawane na lokalnym kanale nonsensowne forum dyskusji rasowej pod tytułem Czarni po czarnych. Szło to o piątej rano w niedzielę. Na całym świecie tylko dwoje czarnuchów nie śpi o piątej rano – Foy Cheshire i jego makijażystka.

    Człowieka, który w garniturze, butach i dodatkach ma na sobie jakieś pięć tysięcy dolców, trudno określić mianem rozmemłanego, ale z bliska, w świetle latarni, tak właśnie wyglądał. Pognieciona, wyblakła koszula. Mankiety nogawek jego jedwabnych spodni były postrzępione i ubrudzone ziemią. Miał porysowane buty i waliło od niego likierem miętowym. Pic na wodę, fotomontaż. Mike Tyson powiedział kiedyś: „Tylko w Ameryce możesz być bankrutem i mieszkać w pałacu”.

    Foy zakręcił flaszkę i wcisnął ją w kieszeń. Spodziewałem się, że teraz, kiedy nikt nie patrzy, przeobrazi się w czarnuchołaka. Wysunie kły i pazury. W myślach zadałem sobie pytanie: czy czarne wilkołaki mają kręconą sierść? No chyba, co nie?

    Wiem, co kombinujesz. – Co kombinuję?

    Masz teraz mniej więcej tyle samo lat co twój ojciec, kiedy zginął. I przez dziesięć lat na żadnym zebraniu nie powiedziałeś ani słowa. Dlaczego akurat dziś postanowiłeś mówić o tym debilnym pomyśle z przywróceniem Dickens? Bo próbujesz przejąć Pif-Pafów, odebrać to, co zapoczątkował twój ojciec.

    Nie sądzę. Możesz sobie zatrzymać każde stowarzyszenie, które pogadanki na temat zagrożenia cukrzycą urządza w pączkarni.

    Być może powinienem to wtedy dostrzec. Ojciec miał kwestionariusz, za pomocą którego sprawdzał, czy ktoś traci zmysły. Mawiał, że ludzie często biorą charakterystyczne cechy załamania nerwowego za przejawy silnej osobowości. Emocjonalny dystans. Zmiany nastroju. Sny o potędze. Jeśli chodzi o obumieranie od środka, to znam się tylko na drzewach, a nie na ludziach – z wyjątkiem Sorga, który był otwartą księgą, niczym te plastry z pnia sekwoi, które ogląda się w muzeach nauki. Drzewo na swój sposób wycofuje się w głąb. Na liście wychodzą plamy. Czasem na korze pojawiają się zrakowaciałe narośla i pęknięcia. Gałęzie są w dotyku wysuszone na wiór albo miękkie i gąbczaste. Najlepiej jednak patrzeć na korzenie. To one zakotwiczają drzewo w ziemi, trzymają je w miejscu na tej wirującej w kosmosie kulce gówna. A jeśli są popękane, pokryte grzybem i naroślami… no cóż… Pamiętam, jak patrzyłem na korzenie Foya: drogie brązowe półbuty. Były zdarte i zakurzone. Zważywszy na pogłoski o pozwie rozwodowym jego żony, o bankructwie, o zerowej oglądalności jego programu, może powinienem był się domyślić.

    Mam na ciebie oko – powiedział, wślizgując się do samochodu. – Pączki Pif-Paf to wszystko, co mi zostało. To moje gówno, nie pozwolę ci go spierdolić.

    * Z kolei Cripsowie starają się nie używać litery B albo zastępować słowa na B słowami na C.

  • Czekacie na nową książkę Dana Browna? Przeczytajcie fragment!

    Premiera już za rogiem, ale już dziś możecie przeczytać fragment najnowszej książki Dana Browna. I to całkiem spory, bo ma ponad dwadzieścia stron. Z dziennikarskiego obowiązku dodam tylko, że autor przyleci do Polski 24 października, a wyleci 26. Dan Brown spotka się z czytelnikami w Warszawie oraz w Krakowie. Do szczegółów jeszcze wrócę, ale na ten moment…miłej lektury! Kliknijcie w okładkę, otworzy się fragment książki 🙂 

     

  • Pilne! Robert Langdon nadchodzi, czyli Dan Brown w Polsce.

     

    W jednym z wywiadów powiedział, że zarówno on, jak i Dan Brown, kupują książki w tej samej księgarni. Jest tylko jedna różnica: Brown wierzy w to, co czyta. Gdy niecały rok przed śmiercią przyjechał do Polski, spytałem go o ten wywiad. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością: cały czas podtrzymuję, że to ja wymyśliłem Dana Browna. To jest postać z mojego „Wahadła Foucaulta”. O kim mowa? O Umberto Eco, oczywiście. 

    Nie zmienia to faktu, że przyjazd twórcy Roberta Langdona to wiadomość, która powinna być rozpatrywana kategoriach czerwonego paska na dole ekranu w telewizjach informacyjnych. Nie przez przypadek news pojawia się dzisiaj, bo tak się składa, że Dan Brown właśnie świętuje swoje urodziny. Jest to więc kolejny symbol, a tych w jego książkach nie brakuje.  Najważniejsze jest to, że już jesienią polscy fani twórczości Browna będą mogli uścisnąć dłoń swojemu ulubionemu autorowi.

    O ewentualnej wizycie Dana Browna w Polsce rozmawiałem z właścicielką Wydawnictwa Sonia Draga w lutym. Co powiedziała? 

    Okazuje się, że przez te kilka miesięcy udało się dopiąć wszystkie szczegóły, i jeśli mielibyśmy wybierać największe wydarzenie literackie tego roku, to wizyta Dana Browna przykryje absolutnie wszystko i wszystkich. No chyba, że Adam Zagajewski dostanie Nobla.

    Dan Brown ma być gościem tegorocznego Festiwalu Conrada, który odbywa się w Krakowie. 

     

  • Dan Brown w Polsce? Być może jeszcze w tym roku! [wideo]

    Dana Browna przedstawiać nikomu nie trzeba. Zapewnie wiecie, że już jesienią będzie już można kupić jego najnowszą książkę „Pochodzenie”. Jak się okazuje, to może nie być jedyna dobra informacja dla fanów bestsellerowego pisarza. Okazuje się bowiem, że spore szanse na to, że autor, m.in. „Kodu Leonarda da Vinci” odwiedzi Polskę. Co więcej, może się to zdarzyć jeszcze w tym roku. Posłuchajcie zresztą sami. 

     

     

  • „Flaubert mówił: Madame Bovary to ja, więc mogę powiedzieć, że fakir to też ja”. Przed Wami Romain Puértolas.

    Wsadził fakira do samolotu i wysłał do Francji po nowe łóżko z Ikei. Co więcej, wyposażył go tylko w sto euro. Fałszywe sto euro. Gdy zaczął już być uważany za autora piszącego podobnie do Mendozy, w Polsce ukazała się jego bardzo smutna książka. Kim jest Romain Puértolas? Dlaczego ogrywa się na rzymskim taksówkarzu? Dlaczego w jego kolejnej książce Napoleon będzie walczył z islamistami? Zapraszam do przeczytania najprawdopodobniej najdłuższego wywiadu w polskich mediach z byłym francuskim policjantem.

    Kiedy czytałem „Niezwykłą podróż fakira, który utknął w szafie Ikea”, to miałem wrażenie, że czytam którąś z książek Eduardo Mendozy. Czy jakoś się Pan wzorował, jest Pan fanem, czy po prostu tak wyszło?

    Jestem wielkim fanem Mendozy. Jeżeli pan mówi, że to co napisałem, jest podobne do tego, to raczej jest to komplement. Ja bardzo lubię literaturę pikarejską (powieść łotrzykowska), szczególnie hiszpańską. Bardzo lubię Don Kichota jako książkę, Lazarillo de Tormes’a hiszpańskiego klasyka tego gatunku. Bardzo lubię ten styl szaleństwa, przygód. Ja w takim stylu żyję i w takim stylu też chcę pisać.

    W Pana biografii możemy doszukać się momentu, w którym próbował Pan w kilku wydawnictwach wydać swoją pierwszą książkę. Do pewnego momentu się to nie udawało. Jest Pan trochę takim pierwowzorem tego fakira, który w luku bagażowym pisał swoje dzieło na skrawkach koszuli.

    Flaubert mówił: Madame Bovary to ja. Ja też mogę powiedzieć, że fakir to ja. I kiedy fakir jest w tym samolocie i zaczyna pisać na tych skrawkach koszuli … no można powiedzieć, że ja niekoniecznie pisałem na koszuli. Ale piszę na wszystkim, na przykład na papierkach po gumie do żucia, także mamy coś wspólnego. W książce o fakirze jest dużo ukrytych wiadomości, dużo przekazów, można powiedzieć, że to jest taka współczesna bajka, pełna symboli. Już nawet sam fakt, że Ikea pojawia się jako symbol – lubię takie pisanie.

    Jednak pod przykrywką takiej śmiesznej książki, gdzie czytelnik może się uśmiechnąć, przemyca Pan też poważny problem, czyli problem emigrantów. Czy trudno było wpleść tak poważny problem w książkę pisaną w takiej konwencji?

    Dla mnie trudniejsze byłoby mówić o rzeczach poważnych w sposób poważny. Wolę przemycać te poważne rzeczy dodając do tego trochę fantazji. Wydaje mi się, że w ten sposób lepiej są one odczytywane i czytelnik łatwiej je przyswaja. Cały czas czuję taką presję, że w tym dorosłym ciele, które mam, kryje się dziecko z tą swoją niewinnością, z tą swoją fantazja i tak naprawdę wydaje mi się, że kiedy patrzę na ten świat, to patrzę na niego oczami dziecka, zamkniętymi w dorosłym ciele i opowiadam to trochę tak, jakby opowiadało to dziecko. Moje pisanie jest bardzo emocjonalne, to jest wyrzucanie z siebie tego jak widzę świat. Co sprawia, że jednocześnie mogę być czytany przez dzieci, które odkryją ten język i im się to spodoba; z drugiej strony, mogę być czytany przez dorosłych, którzy zobaczą jakąś tam bajkę, opowieść filozoficzną, w której będę mówić o pewnych prawdach ogólnych. Dlatego mogę być czytany przez te dwie grupy odbiorców jednocześnie.

    Czy może Pan powiedzieć do ilu wydawców wysłał Pan swoją pierwszą książkę i czy to nie było w jakiś sposób zniechęcające, że na początku się nie udawało.

    Fakir jest moją ósma książką. Pierwszą książkę napisałem kiedy mieszkałem w Hiszpanii, w Madrycie i wysłałem ją do dwóch największych domów wydawniczych – odmówili mi. Drugą książkę, którą napisałem praktycznie zaraz potem, wysłałem do trzech hiszpańskich domów wydawniczych bo cały czas mieszkałem w Madrycie. Potem przeprowadziłem się do Paryża i zacząłem automatycznie pisać w języku francuskim. Zaraz jak napisałem książkę, to wysyłałem do wydawcy, ale za każdym razem przychodziły listy odmowne. Nie było w tym dla mnie wielkiej frustracji bo wydanie książki nie było celem samym w sobie. Miałem już wtedy pracę, pracowałem jako inspektor w policji a pisanie było realizacją mojej pasji. Pisałem sobie na boku, wysyłałem. Gdyby w dzieciństwie ktoś mi powiedział, że będę pisarzem nie uwierzyłbym. Pisanie dla mnie było czymś naturalnym, czymś co było ze mną, czymś intymnym. Tak jak dla czytelnika jest lektura. Jest z nami po prostu. I nigdy nie wyobrażałem sobie, że w pewnym momencie stanę się pisarzem i będę żył tylko z tego. To była dla mnie wielka niespodzianka.

    Jeżeli chodzi o przygody fakira, to którą z jego przygód było najtrudniej wymyślić? Czy to jak siedzi w luku bagażowym w samotności i pisze książkę i rozmawia z psem? A może jak chowa się w Ikei w szafie? Czy coś zupełnie innego?

    Cieszę się, że zadał mi pan to pytanie, bo nigdy mi go nie zadano i ono jest bardzo interesujące. Nie potrafię na nie odpowiedzieć. Nie wiem która była najtrudniejsza. Za to mogę powiedzieć która była najłatwiejsza do napisania. Trudno mi powiedzieć która była najtrudniejsza dlatego, że mi się tak łatwo pisze. Mam taką łatwość w pisaniu, że praktycznie wszystko mi się układa i nic nie jest trudne. Aczkolwiek moja ulubiona scena to była ta, która dzieje się w balonie. Napisałem ją na moim telefonie w momencie, kiedy w paryskim metrze jechałem akurat do pracy. To było dla mnie bardzo fascynujące i pokazuje też w pewnym sensie jaką siłę ma literatura, jaką energię może mieć. Bo siedziałem w tym metrze, w pociągu, który mnie wiezie do pracy, otoczony ludźmi, z moim telefonem i moją wyobraźnią. Moja fantazja wynosiła mnie z tego metra nad Morze Śródziemne do tego balonu. To pokazuje jak daleko literatura może nas przenieść i wynieść. Do tego okazało się, że zaraz umrę bo skończył się gaz w tym balonie, który właśnie opisywałem. Wiedziałem, że fakir zaraz spadnie do morza i się rozbije. Ja też tak czułem, będąc w tym metrze, że zaraz spadnę i się rozbiję. I nagle drzwi się otwierają i wychodzę z tego metra żeby pójść do pracy.

    Ciekawy jest wątek, od którego zaczyna się książka – czyli taksówkarz, który wiezie fakira do Ikei najdłuższą możliwą drogą, żeby jak najwięcej zarobić, a finalnie fakir wręcza mu banknot zadrukowany tylko z jednej strony. To jest taki wątek wyciągnięty z pracy policjanta, że są nieuczciwi taksówkarze i nieuczciwi turyści?

    Ta historia raczej nie była o tym, że klient może oszukać, czy ten, który świadczy usługę może oszukać. Nie chodzi o to. To było zainspirowane tym, co naprawdę przeżyłem i było to na lotnisku w Rzymie. Wziąłem taksówkę, ale powiedziano mi, że musisz dogadać się z kierowcą od razu. Z góry ustalić, jaka będzie cena za przejazd. No, ale pomyślałem, że jesteśmy we Włoszech, jesteśmy w Rzymie – trochę zaufania. Wsiadłem więc, kierowca odpalił ten taksometr i pojechaliśmy do hotelu. Było zabawnie, bo mówiłem do niego po hiszpańsku a on mówił do mnie po włosku, w trakcie tego przejazdu jakoś się tam rozumieliśmy. I tak gadaliśmy, gadaliśmy. Przyjechaliśmy do hotelu, zacząłem wyładowywać bagaże, ale ciągle z nim rozmawiając i zapłaciłem mu za kurs. Potem wyładowałem resztę bagaży i w pewnym momencie on do mnie mówi: dobra, tak gadamy, ale teraz proszę mi zapłacić za kurs. Byłem w takim dziwnym stanie, że naprawdę nie wiedziałem czy ja mu już zapłaciłem, czy nie zapłaciłem. Więc zapłaciłem mu drugi raz, teoretycznie. Aczkolwiek nigdy nie będę wiedział czy zapłaciłem mu raz czy dwa razy, bo nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć. I to mnie zainspirowało do napisania tej sceny z fakirem. Ta pierwsza scena była dla mnie taką sceną zemsty. Zemściłem się na taksówkarzu za tamten kurs we Włoszech i oszukałem go na te sto euro. Wydaje mi się, że pomściłem też całą ludzkość, którą oszukano w taksówkach w obcych krajach.

    Zaraz po przeczytaniu przygód fakira zacząłem czytać „O dziewczynce, które połknęła chmurę tak wielką jak wieże Eiffla. Spodziewałem się, że też będę się non stop śmiał, i że nie mogę czytać w miejscach publicznych, bo ludzie będą się na mnie patrzeć jak na idiotę. Jednak ta książka jest bardzo smutna. Były momenty, że zamiast się śmiać to płakałem.

    To prawda. Ta książka jest bardziej poetycka, jest opowieścią o miłości. Na końcu tej książki następuje taki dosyć trudny zwrot akcji. No, jest to zupełnie inny sposób pisania. Bardziej smutny, ale też bardziej poetycki.

    Czy to było celowe? Żeby najpierw czytelnika tak rozbawić a potem tak brutalnie sprowadzić go do parteru? Pokazać mu, że życie nie jest takie śmieszne i zabawne, ale też pojawiają się poważne problemy?

    To było naprawdę ogromna niespodzianką. Już sam fakt, że ktoś wydał Fakira było dla mnie wielkim zaskoczeniem i niespodzianką. Ja z reguły te książki piszę dosyć szybko, więc nigdy nie przewiduję co będzie następne. Piszę, piszę, piszę i nie znam moich książek. W momencie kiedy dowiedziałem się, że wydadzą Fakira, tamta książka też już była prawie ukończona, więc nie decydowałem jakoś specjalnie o tym. Na przykład moja trzecia książka, która opowiada o powrocie Napoleona, który będzie walczył z państwem islamskim (ukaże się w Polsce w lutym) też mówi o bardzo aktualnych rzeczach, ale w niej wracamy do stylu Fakira i tego, jak opowiadałem w Fakirze. Przy pierwszej książce pan się śmiał, przy drugiej pan płakał, przy trzeciej będzie się pan śmiał, czyli jak tak prysznic w Szkocji – zimny, ciepły, zimny, ciepły.

    Chyba jest coś takiego, że pisarze chętnie wracają do przeszłości, ponieważ Raymond Khoury, który też wydaje w Wydawnictwie Sonia Draga, w swojej kolejnej książce naszego króla Jana III Sobieskiego wysadzi przy pomocy islamskiego terrorysty.

    Bardzo jest zabawne to, co pan mówi, bo wczoraj właśnie wracaliśmy z Raymondem razem do hotelu. Napoleon, ten mój Napoleon, wyszedł już we Francji w ubiegłym roku i opowiadałem mu trochę o tej historii. No, u mnie Napoleon wygrywa z państwem islamskim, a on mówi, że u niego na początku książki islamiści zabijają króla. Jest ten powrót do historii, ale tutaj się trochę różnimy. To jest niesamowite w literaturze, że jeden temat, jeden wątek może być przez innych pisarzy opowiedziany w tak różny sposób. Każdy może sobie stawiać hipotezy na punkcie tego samego tematu. Rozważać – a co by było gdyby to, a co by było gdyby tamto. Literatura daje właśnie możliwość opowiadania o jednej i tej samej rzeczy na tysiąc różnych sposobów.

    Jaki będzie tytuł tej trzeciej książki, która ukaże się w Polsce? Po prostu Napoleon? Czy tytuł też będzie taki długi jak w pozostałych książkach?

    Niech od-żyje Cesarz!

    Dosyć krótki tytuł jak na Pana.

    To potwierdza rzecz, o której mówiłem przed chwilą, że u mnie nic nie jest z góry przewidziane. Nie mogę przewidzieć czy następna książka będzie bardziej śmieszna, czy mniej śmieszna. Czy tytuł będzie dłuższy czy krótszy. Po prostu tak jest. Tak wychodzi i tak jest. I tytuł jest wprost proporcjonalny do wzrostu Napoleona.

  • Joakim Zander w Polsce! Wywiad na smakksiazki.pl jeszcze przed jego przylotem do Warszawy.

    Autor „Pływaka” i „Islamskiego łącznika” będzie gościł w Warszawie już za niecałe dwa tygodnie (20-21.11). Prawa do jego pierwszej książki zostały sprzedane do ponad 30 krajów. W Polsce właśnie ukazał się „Islamski łącznik”. Jeśli chcecie się spotkać z autorem, to możecie wpaść do warszawskiej księgarni Korekty 21.11 o godz. 18:30. Co ważne, zanim Joakim wyląduje w Warszawie, u mnie przeczytacie wywiad.

    Joakim Zander: 

    Urodził się w 1975 roku w Sztokholmie. Wychował się w małym miasteczku Söderköping, a dorastał również w Syrii i Izraelu. W młodzieńczych latach jako uczestnik programu wymiany edukacyjnej przez jakiś czas mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Obecnie zaś mieszka z rodziną w szwedzkim Lund.

    Po odbyciu służby wojskowej w Królewskiej Szwedzkiej Marynarce Wojennej, studiował prawo na Uniwersytecie w Uppsali. Następnie uzyskał doktorat z prawa na Uniwersytecie w Maastricht. Pracował potem jako prawnik dla Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej w Brukseli. Jego pierwsza książka, Pływak, stała się światowym bestsellerem. W Polsce ukazała się w 2015 roku nakładem Wydawnictwa Sonia Draga. Została wówczas uhonorowana tytułem „Książka Roku 2015” przyznawanym przez zespół redakcyjny „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”. Islamski łącznik to druga opublikowana w Polsce książka tego autora.

    Pływak”:

    1369Damaszek, rok 1980. Kobieta ginie w wyniku eksplozji podłożonej w samochodzie bomby, która miała zlikwidować amerykańskiego szpiega, ojca jej dwumiesięcznego dziecka. Ten, by ratować niemowlę, porzuca je na schodach szwedzkiej ambasady.

    Rok 2013. Doktorant Uniwersytetu w Uppsali prowadzący badania na temat udziału prywatnych firm w czasie działań zbrojnych, Mahmoud Shammosh, otrzymuje wiadomość wraz z propozycją spotkania podczas konferencji w Brukseli. Mahmoud chce wykorzystać tę sposobność jako pretekst do spotkania z byłą dziewczyną, Klarą Walldéen, która jest asystentką w Parlamencie Europejskim. Sytuacja wymyka się spod kontroli i Klara jest jedyną osobą, która może go uratować przed niebezpieczeństwem.

    George Lööw, lobbysta pracujący dla dużej agencji PR, otrzymuje zlecenie zdecydowanie wykraczające poza zakres świadczonych przez niego usług. Wbrew swojej woli bierze udział w śmiertelnym pościgu przez mroźną Europę.

    Wszyscy troje zostają wplątani w międzynarodową intrygę, której celem jest zdobycie posiadanych przez nich informacji i wyeliminowanie niewygodnych świadków.

    Islamski łącznik”:

    2130Yasmine Ajam zerwała wszelkie więzi z Bergort – przedmieściem Sztokholmu, w którym się wychowywała – i podjęła pracę w Nowym Jorku jako poszukiwaczka trendów. W Bergort pozostał jej młodszy brat Fadi, który kiedyś był dla niej całym światem.

    Pewnego dnia Yasmine otrzymuje smsa, z którego wynika, że w Bergort doszło do zamieszek i aktów przemocy, na ścianach pojawiły się tajemnicze znaki, a Fadi zniknął bez śladu. Ludzie mówią, że się zradykalizował i zginął, walcząc dla Państwa Islamskiego w Syrii. Yasmine postanawia wrócić do Szwecji, żeby ustalić, co się z nim stało.

    Tymczasem Klara Waldéen rozpoczyna pracę w Londynie, w instytucie zajmującym się prawami człowieka. Współpracuje ściśle z szefem instytutu, aby przygotować raport na temat skutków ewentualnej prywatyzacji władz policyjnych, który ma być przedstawiony ważnym decydentom Unii Europejskiej na konferencji w stolicy Szwecji. Kiedy któregoś dnia ginie jej komputer, Waldéen zaczyna badać sprawę, a tropy zaprowadzają ją do Sztokholmu.

    Drogi Yasmin i Waldéen krzyżują się. Obie muszą stawić czoła pozbawionym skrupułów środowiskom, które w obronie swoich interesów gotowe są na wszystko…

    Fot: Viktor Fleming

  • Znamy kolejną autorkę, która odwiedzi Śląskie Targi Książki. Skąd jest? Ze Szwecji!

    Catharina Ingelman-Sundberg, to kolejna pisarka, która w październiku przyjedzie do Katowic. Polscy czytelnicy mieli już okazję przeczytać „Seniorów w natarciu”, a za tydzień w księgarniach pojawi się kontynuacja przygód Emeryckiej Szajki, „Pożyczanie jest srebrem, a rabowanie złotem”. 

    Przypomnę, że „Seniorzy w natarciu” ukazali się też w wersji audio, a książkę czyta Artur Barciś. Prawa do najnowszej książki Ingelman-Sundberg zostały sprzedane do 29 krajów, w tym tak egzotycznych, jak Wietnam. W Polsce tytuły szwedzkiej pisarki ukazują się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.

    C1 C2

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Zwiększa się więc liczba zagranicznych autorów, którzy odwiedzą Katowice. Do tej pory swoją obecność potwierdzili Graham Masterton oraz Stefan Ahnhem.

     

     

    Zdjęcie autorki: Wydawnictwo Sonia Draga/Mirella Hetekivi.

  • „Barcelona jest stolicą hiszpańskiego kryminału”. Przygotujcie się, nadchodzi „Dar języków”.

    Dar języków” ukaże się w Polsce w przyszłym tygodniu. Kilka dni przez premierą spotkałem się z Rosą Ribas, współautorką książki. Rozmawiamy o Barcelonie, dziennikarstwie, które odgrywa w książce bardzo ważną rolę, ale też  Eduardo Mendozie czy sytuacji kobiet w czasach dyktatury Franco. Przygotujcie się na premierę jednego z najciekawszych tytułów tego lata, a kto wie, może i całego roku. Kubek herbaty w dłoń i smakujcie wywiad z Rosą Ribas.

    1944Barcelona jest równie wdzięcznym miejscem do umiejscowienia w niej fabuły kryminału jak Sztokholm czy Berlin?

    Uważam, że wszystkie miasta stanowią dobre miejsce dla umiejscowienia akcji kryminału, ponieważ każde miasto ma jakąś mroczną część. Barcelona to miejsce szczególnie atrakcyjne, ponieważ to miasto pełne kontrastów. Co więcej, to miasto portowe, a miasta portowe mają to do siebie, że życie płynie w nich w szczególny sposób. To miasto, w którym mieszkają ludzie bardzo bogaci i ludzie bardzo biedni. To miasto, w którym dużo się dzieje. I zarówno z dzielnicami bogatymi jak i biednymi związane są rozmaite mroczne historie, historie o przemilczanych zbrodniach. Z tego właśnie powodu uważam, że Barcelona mogłaby być wręcz hiszpańską stolicą powieści kryminalnej.

    Ma Pani wrażenie, że Ana Martí jest takim brzydkim kaczątkiem? Na początku nikt jej nie docenia, koledzy z niej drwią, a potem pokazuje pełnie swoich umiejętności i bezbłędnie łączy fakty w trudnym śledztwie. Później dołącza do niej Beatriz, ale to jednak Ana jest główną bohaterką książki.

    Bardzo podoba mi się porównanie z brzydkim kaczątkiem. Ana Martí jest kobietą żyjącą w latach 50. i z tego powodu musi borykać się z dominacją mężczyzn, przy czym mówimy tu o dominacji na wiele większą skalę, niż ta, z którą mamy do czynienia obecnie. Widzimy, że Ana Martí jest ambitna, inteligentna i wiele potrafi, ale żyje w epoce, w której popularny jest pogląd, że kobieta nie powinna wykorzystywać żadnej z tych cech. W momencie, kiedy Ana zaczyna pokazywać, na co ją stać, to rzuca się to jeszcze bardziej w oczy, bo do tej pory wiele osób starło się przeszkodzić jej zdobyciu jakiejkolwiek pozycji w dziennikarskim światku. Koniec końców udaje się jej dowieść swojej wartości, ale zdradzę, że poprowadziłyśmy fabułę w ten sposób, że w drugiej części, w momencie, kiedy udaje jej się rozwinąć skrzydła spotyka ją za to kara. Dopóki jej rola ogranicza się do relacjonowania towarzyskich błahostek wszystko jest w porządku, jednak w momencie, kiedy pokazuje, że jest równie dobra, a nawet lepsza od swoich współpracowników spotyka się z niechęcią. Ale bardzo podoba mi się porównanie bohaterki do brzydkiego kaczątka. Nawiąże do tego w kolejnych wywiadach.

    Nawiązała już Pani do kolejnego pytania, które chciałem zadać. Jak potoczą się dalsze losy Any i Beatriz? Planują Panie kontynuację?

    Dar języków to pierwsza, niezależna część trylogii w całości osadzonej w Hiszpanii lat 50. W kolejnych tomach z jednej strony obserwujemy jak rozwija się sytuacja społeczna w kraju rządzonym przez Franco, a z drugiej strony śledzimy losy Any, początkowo debiutującej dziennikarki, która z biegiem czasu zdobywa uznanie i pozycję. Akcja drugiej powieści rozpoczyna się w roku 1956, Ana jest doświadczoną dziennikarką, z Barcelony przeniosłyśmy ją na wieś. Ana trafia do nowego środowiska, środowiska silnie religijnego i pełnego przesądów. Tym razem Ana jest sama w górskiej wiosce, nie może liczyć ani na pomoc Beatriz, ani Isidro. W ostatniej książce, której hiszpańska premiera planowana jest na wrzesień bieżącego roku, Ana powraca do Barcelony. Mamy rok 1959. W tej części ważną rolę odegrają przybywający do miasta amerykańscy marynarze i zderzenie zamkniętego hiszpańskiego społeczeństwa czasów dyktatury Franco ze tym, co trafiło do Hiszpanii na pokładach wielkich amerykańskich statków. I mam tu na myśli zarówno idee polityczne, jak i rzeczy trywialne takie jak guma do żucia czy coca-cola.

    Są momenty w książce, które wywołają u czytelników uśmiech, np. historia Pepe Pająka oraz Carminy Orozco. Momentami ten humor przypominał mi styl pisania Eduardo Mendozy. Zgodzi się Pani?

    Jestem wielką fanką Eduardo Mendozy, który reprezentuje to, z czego śmiejemy się w Barcelonie i faktycznie ten rodzaj humoru jest w jakiś sposób zaraźliwy. Napisałam książkę, która nosi tytuł La detective miope [Krótkowzroczna detektyw] i wiele osób zwróciło mi uwagę na to, że to jest Mendoza w kobiecym wydaniu. To dla mnie ogromne wyróżnienie. Trudno mi sobie wyobrazić literaturę, niezależnie od tego jak poważne porusza ona tematy, która byłaby całkowicie pozbawiona elementów humorystycznych, choćby czarnego humoru, najbardziej adekwatnego w przypadku Hiszpanii lat 50.

    Czy zna Pani EM osobiście?

    Tak, znamy się i nawet raz, w Frankfurcie, miałam przyjemność tłumaczyć jego wystąpienie. I choć było to bardzo trudne, bo przełożenie na inny język humoru Mendozy stanowi spore wyzwanie, to było to cudowne doświadczenie.

    Czy rzeczywiście praca policjanta dochodzeniówki, „to jak praca szambiarza – prędzej czy później człowiek wyciągnie gówno”?

    Dobrze pamiętam zdanie, do którego Pan nawiązuje. Podzielam tę opinię w stu procentach. Policjanci często badając jedną sprawę, natrafiają na okropności, rzeczy o wiele gorsze, niż te, które spodziewali się znaleźć. Ale nie podzielam opinii Isidro Castro, że każdy jest potencjalnym przestępcą, że wszyscy są źli, i wszystkich należy kontrolować.

    Bardzo ważną rolę w książce odgrywa dziennikarstwo i media. Jak Pani ocenia kondycję prasy hiszpańskiej, niemieckiej, europejskiej?

    Jak chodzi o sytuację w Hiszpanii, gdzie niedawno wprowadzono nowe ustawodawstwo, określane mianem ley de la mordaza – prawo do kneblowania, to przeraża mnie i martwi mnie fakt, że pomimo tego, że napisałyśmy powieść, której akcji osadzona jest w przeszłości, to porusza ona tematy, które nie straciły wcale na aktualności. Wielu dziennikarzy w Hiszpanii twierdzi, że niewiele się zmieniło. W pewnych sytuacjach dziennikarze poddawani są nie tyle naciskom politycznym, co naciskom ze strony grup biznesowych, do których należy gazeta, w której pracują. I nie mogą w związku z tym ujawniać określonych informacji czy pisać o pewnych skandalach. W Niemczech sytuacja wygląda inaczej, bo prasa jest bardziej niezależna i ma silniejszą pozycję, ale też zdarzają się sytuację, w których próbuje się prasę cenzurować czy nie dopuszczać do publikowania określonych treści, ale istnieje większe możliwość sprzeciwiania się temu. Obecnie w Hiszpanii wzrasta znaczenie się niezależnych mediów, niemających powiązań z biznesem, które dysponują własnymi dziennikarzami i starają się publikować nieocenzurowane informacje. W moim odczuciu ta niezależność pozwala na uprawianie prawdziwego dziennikarstwa, dziennikarstwa takiego, jakie powinno ono być.

    Exif_JPEG_PICTURE
    Sabine Hofmann i Rosa Ribas

    Jak to jest pisać książkę w parze? Gdy rozmawiałem z Monsem Kallentoftem, który pisze książki również z Markusem Luttemanem, to mówił, że współpraca, wbrew obawom, przebiegała perfekcyjnie. U Was jest jednak ta różnica, że Pani jest Hiszpanką, a Sabine Hofmann, Niemką.

    Samo pisanie jest o wiele trudniejsze. Napisałyśmy trzy książki i w przypadku każdej z nich zastosowałyśmy inną metodologię. W Darze języków dzieliłyśmy się równo pracą w każdej fazie pisania, od nakreślenia zarysu fabuły i postaci, przez pisanie, korekty. Wszystko robiłyśmy obydwie. Z tego względu w powieści pojawia się wiele postaci mówiących własnym głosem, mających własny punkt widzenia. Dzięki temu mogłyśmy zadecydować, kto będzie zajmował się konkretnym rozdziałem. Ja pisałam po hiszpańsku, a Sabine po niemiecku. Potem gotowe rozdziały przesyłałyśmy sobie wzajemnie i każda z nas komentowała rozdziały przygotowane przez tę drugą, co oczywiście rodziło najwięcej konfliktów. Pisząc w ten sposób, koniec końców uzyskałyśmy cały tekst, który był częściowo po hiszpańsku, a częściowo po niemiecku, więc tak naprawdę była to książka dwujęzyczna. Następnie każda z nas przetłumaczyła fragmenty napisane przez tę drugą. Faza tłumaczenia była bardzo ciekawa, ponieważ w momencie, kiedy tłumaczy się książkę, jest się jej najbardziej krytycznym czytelnikiem, a tekst jest najmocniej filtrowany. Na tym etapie wiele rzeczy się eliminuje, wiele zmienia i wiele poprawia. Uzyskałyśmy tekst po hiszpańsku i po niemiecku. Nie można powiedzieć, że któryś z nich był oryginałem, drugi tłumaczeniem. Obydwa były oryginałami. Ostatnia faza polegała na tym, że ja wzięłam tekst hiszpański, zapomniałam o istnieniu Sabine i ponownie zajęłam się pracą nad tekstem, tak jakby wersja niemiecka nie istniała. Sabine zrobiła to samo. Wszystko po to, żeby czytelnik nie był w stanie powiedzieć, która część była napisana przez kogo. To oczywiście oznaczało ogrom pracy. Spędziłyśmy trzy i pół roku pisząc tę książkę, a po jej zakończeniu stwierdziłyśmy, że warto jednak zmienić metodę. Szukałyśmy rozwiązania najbardziej produktywnego. Skupiłyśmy się na części najbardziej abstrakcyjnej tzn. wymyślaniu fabuły. To robiłyśmy w dwójkę, samym pisaniem zajęłam się ja. Stąd Dar języków to książka na cztery ręce, natomiast druga część, El gran frío [Wielki chłód], to książka na dwie głowy. Tak jak mówiłam, ja napisałam prawie wszystko, Sabine jedynie parę rozdziałów po to, żeby być przez cały czas na bieżąco z naszą historią. Sabine była ze swojej strony przygotowała swoje uwagi do całego tekstu i odpowiednio go przeredagowała. To rozwiązanie okazało się o wiele szybsze. W przypadku ostatniej części plan nakreśliłyśmy wspólnie, ja napisałam wszystko, Sabine podobnie jak ostatnio zredagowała tekst. Pisanie w dwójkę jest doświadczeniem bardzo wzbogacającym, ale jednocześnie wymaga dużo więcej pracy niż pisanie samemu. Pisanie w dwójkę jest też procesem bardzo kreatywnym i w ten sposób rodzą się nowe pomysły. Przykładowo: ja miałam pomysł A, Sabine pomysł B, w ten sposób powstawał pomysł C, który nie zrodziłby się nigdy gdyby nie pierwsze dwa pomysły.

    Dar języków”, pod takim tytułem została w Polsce wydana książka. To wskazówka dla czytelnika…właśnie, jaka?

    Dar języków to książka, w której bohaterki to kobiety słowa. Słowa stanowią ich jedyną broń. Język i literatura to narzędzia, dzięki którym są w stanie odkryć, co się właściwie dzieje, i które są ich ratunkiem w momencie, gdy zagrożone jest ich życie. Można powiedzieć, że powieść zawiera w tle przesłanie, a tym przesłaniem jest konieczność przywrócenia znaczenia literatury i języka. Powieść opowiada o dwóch kobietach, które posiadają dar słowa, dar języków i to stanowi ich super moc. I jednocześnie dar języków to coś, co napędza tę powieść.

    Jak podoba się Pani okładka polskiego wydania?

    Bardzo mi się podoba, jest jednocześnie i tajemnicza i glamour. Ma w sobie tę mroczność Barcelony lat 50. Podoba mi się, że na pierwszym planie znajduje się kobieta, bo książka opowiada o dwóch silnych kobietach. I chociaż bohaterki żyją w latach 50., nie są anachroniczne, są niezwykłe, a kobieta na okładce sugeruje, że książka jest o kobietach niezwykłych i silnych. Chyba widać, że mi się podoba!

    Dziękuję!

    Tłumaczyła z hiszpańskiego: Anna Slotorsz

    Zdjęcia: Wydawnictwo Sonia Draga.

    Specjalne podziękowania dla Art Hotel Wrocław za udostępnienie pomieszczeń do zrealizowania wywiadu.

  • Które książki zabrać na wakacje? Zobaczcie gorące nowości lipca.

    Sezon urlopowy właśnie wystartował. Pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą na wakacje dobrą książkę. Którą? Przejrzałem dla Was lipcowe propozycje wydawców. Poniżej najciekawsze nowości.

    nadia-wiezien-putina-b-iext37642014

    2009

    nemezis-o-czlowieku-z-faweli-i-bitwie-o-rio-b-iext37170519

    stasi-i-dziecko-b-iext37640454d_3691rebissekretne-zycie-drzew-b-iext370313681967

    stalker-b-iext37026815ojciec-44-b-iext376120792033051708beduinki-na-instagramie-moje-zycie-w-emiratach-b-iext37636357miasto-swietych-b-iext36095405

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    zdjęcie główne: Freeimages.pl/Jim Watson