Tag: Zygmunt Miłoszewski

  • „Ignorancja a trzecie prawo Clarke’a”, marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Swego czasu Arthur C. Clarke pisał, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Niewątpliwie ma to swoją przyczynę w fakcie, że – to z kolei za autorem „Złotej Gałęzi” George’em Frazerem – magia może uchodzić za bękarcią siostrę nauki. Chodzi o to, że sposób działania dwóch powyższych jest w założeniu taki sam – na podstawie tak a nie inaczej zbudowanej wiedzy o świecie, za pomocą określonych czynności i przy użyciu konkretnych rekwizytów możemy na otaczający nas świat wpływać.

    Zasadnicza różnica opierająca się na tym, że niektóre z tych zjawisk można wyjaśnić i wytłumaczyć, a inne nie (bo są na przykład dziełem przypadku) ma znaczenie dla wąskiej grupy dociekliwych. Całej reszcie nie robi różnicy, czy pilot od telewizora działa dzięki prawom nauki czy magii. Choć, zapytani, oczywiście zaprezentują tę sprawę inaczej. Bo większość społeczeństwa, mimo iż nie ma pojęcia o zasadach, jakie rządzą ich światem, woli na co dzień uchodzić za osoby twardo stąpające po ziemi.

    – Ja nie czytam fantastyki – powiedziała mi ostatnio pani w jednej bibliotece, mierząc mnie takim wzrokiem jakbym sprzedawał dzieciom narkotyki pod szkołą.

    Uśmiechnąłem się i wskazałem na książkę, którą właśnie brała. „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego.

    – W takim razie nie wiem po co ją pani wypożycza – odparłem.

    Nie odpowiedziała.

    A ja poczułem się jak w tym starym dowcipie o rabinie, co przychodzi do mięsnego i wskazując na kolejne szynki, prosi o dwadzieścia deko tej rybki, tamtej rybki…

    – Ależ panie, to jest szynka – odpowiada rzeźnik, na co rabin wzrusza ramionami.

    – A czy ja się pana pytam, jak się te rybki nazywają?

    Z tego co wiem, to „Jak zawsze” sprzedawane było jako komedia narodowo-romantyczna, co w zasadzie kłamstwem nie jest, choć w sumie trudno mi do końca orzec, czy wiem, co ten śmieszny zlepek słów znaczy. Tego, czego jestem pewien, to to, że słowo „fantastyka” na wszelki wypadek nigdzie nie pada. Słusznie, bo obstawiam, że zaszkodziłoby tej wyśmienitej powieści mocno. Bo etykieta jest jednak silniejsza niż nazwisko lubianego autora i trzeba pozycji znacznie mocniejszej niż ta Miłoszewskiego, by coś na tym polu zawalczyć otwarcie. Zresztą po co? Dlaczego ktokolwiek miałby?

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    A może chodzi tu jednak o coś innego? O to, że na pewnym poziomie ignorancji zacierają się granice tego, co prawdopodobne i nieprawdopodobne? Wtedy tylko etykietki mówią nam, jak się do danej pozycji odnieść. No bo nie trzeba wysilać umysłu, nie trzeba niczego zakładać, by wiedzieć, że jak jest napisane „fantastyka”, to w powieści będzie coś fantastycznego czyli nie do końca odzwierciedlającego naszą obecną rzeczywistość. Dzięki temu odbiorca już na starcie wie, że w tej pościeli jest ziarnko grochu i może udawać, że go uwiera.

    Inaczej jest, gdy powieść takiej etykietki nie otrzyma. Wtedy nie możemy za bardzo na starcie zakładać, że coś jest oderwane od rzeczywistości i do oceny wiarygodności fabuły i jej spójności potrzeba nam zdobytej wcześniej wiedzy o świecie, dociekliwości i zdolności łączenia faktów w logiczną całość. Jeśli ich nie mamy, opieramy się wyłącznie na wyjaśnieniach autora.

    W tym miejscu chciałem się powołać na konkretne badania, ale ponieważ ich wyniki czytałem raz, dawno temu, a moje Google-Fu jest zbyt słabe i nie udało mi się do nich dogrzebać, przywołam je w formie bardziej zasłyszanej anegdoty, której wiarygodność każdy powinien sobie sam zweryfikować przed dalszym powtarzaniem. Otóż podobno na podstawie eksperymentu wykazano, iż dla wielu ludzi (tu padały procenty, o których odtworzenie się nie pokuszę) dużo ważniejsze niż treść i sensowność wyjaśnienia jest sam fakt, że ktoś cokolwiek wyjaśnia. W rzeczonym eksperymencie wyglądało to tak, że ten sam człowiek grzecznie i uprzejmie, ale wpychał się do stojących od kilku godzin kolejek. Za pierwszym razem mówiąc tylko „przepraszam” i „dziękuję”, za drugim – stosując bzdurne wyjaśnienia na zasadzie: przepraszam, ale muszę wejść do tej kolejki, bo muszę się w niej znaleźć, właśnie w tym miejscu. Słowem nic, co powinno kogokolwiek przekonywać, ale powiedziane takim tonem, który sprawiał, że ludzie ustępowali. Oczywiście nie wszyscy. Jest tutaj wiele czynników „brudzących” czystość tezy do udowodnienia, ale w późniejszych wynikach i relacjach nader często pojawiało się: nie słuchałem uważnie, ale on wydawał się przekonany o swojej racji.

    Przenosząc to na nasze literackie etykietkowanie, autor fantastyki byłby tu kolejkowiczem podejrzanym. Widząc go, ludzie zaczęliby się z jakiegoś powodu zastanawiać, co on tutaj robi, nabraliby wątpliwości już na sam widok. Czujni nie wpuściliby go do kolejki, odganiając zanim się odezwie. A jak zachowujemy się wobec autorów spoza tej etykietki?

    I tu z pomocą przychodzi casus dwóch powieści Remigiusza Mroza (szczere dzięki, Remek) oraz ich dość mocno odmiennego odbioru. Jedna z tych powieści to „Czarna Madonna”, druga to „Nieodnaleziona”. Pierwsza książka to również pierwsza próba (a przynajmniej pierwsza na tak dużą skalę) zmierzenia się Mroza z horrorem. Element grozy wybrany dość sprytnie, bo egzorcyzmy to ten motyw strasznej fantastyki, którego w katolickim kraju nie sposób po prostu zametkować. Z jednej strony jest więc czym straszyć, posługując się całą masą już ogranych środków, z drugiej, to nie tak, że człowiek ochrzczony i od dzieciaka programowany na widzenie diabła wszędzie może temat tak po prostu odłożyć na półkę z wampirami, zombie etc. Do tego jeszcze tytułowa „Czarna Madonna”, w swym najbardziej znanym wariancie obraz święty i cuda czyniący, a jednocześnie niepokojący. Słowem fantastyka, ale taka, której lepiej nie odrzucać w całości, bo jeszcze obrazi się Bóg, Jasnogórski Obraz, anioł stróż czy wierząca babcia.

    Nawet jednak to bezpieczne zagranie nie ustrzegło Remigiusza przed mieszanymi reakcjami czytelników etykietkujących. Nie to, że książka nie odniosła sukcesu, bo Mróz już dawno przekroczył pewien punkt krytyczny, który sprawia, że póki co poniżej pewnego pułapu nie spadnie. Ale temat i poruszone wątki sprawiły, że naprawdę masa czytelników na rozlicznych forach zaczęła dociekać, sprawdzać nieszczelności fabuły czy ogólnego wydźwięku treści. Bo skoro to fantastyka, to można bezpiecznie założyć, że jakieś nieścisłości w niej są. Etykietka budzi w odbiorcy nieomal paranoiczną czujność.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl

    Z kolei wydana w ubiegłym roku, cobenowska w duchu „Nieodnaleziona” zebrała pozytywne recenzje nawet tam, gdzie trudno się było spodziewać, że je dostanie. Powód? Prócz wspomnianego już efektu kuli śniegowej Mroza (jakże to ślicznie grające z nazwiskiem określenie!) odpowiednio dobrany ważny temat w tle i… powszechna ignorancja, sprawiająca, że autor może zrobić z czytelnikiem, co chce. Bo tu już tak gęstych wątpliwości co do fabularnych detali nie było. Nikt nie przejmował się specjalnie analizą tego czy zastosowany przez autora opis przemocy domowej, ataków, ciosów jest choć w najmniejszym stopniu realny. Czy rzeczywiście istnieje choć cień szansy, by tak główna bohaterka zwyczajnie przetrwała tak opisane ataki szału, nie mówiąc już o utrzymaniu pozorów przed synem, otoczeniem czy kimkolwiek. Czytelnikowi w tym temacie wystarczy świadomość, że w wielu domach dzieją się rzeczy straszne, a autor czasem wtrąci, że pod sam koniec bohaterka wyglądała źle.
    A zbudowany na granicy jakiejkolwiek racjonalności złożony system zagadek serwowany bohaterowi? Czyż nie wystarczy chwila refleksji – kogokolwiek, bohaterki, autora, czytelnika – by podważyć zasadność stopnia komplikacji tychże? Czy poczucie nieustannego zagrożenia i konieczność zbudowania więzi z bohaterem faktycznie dla kogokolwiek usprawiedliwia, jak chce autor, takie ryzyko fiaska?

    Jeżeli porównywać powierzchowność i schematyczność researchu „Czarna Madonna” i „Nieodnaleziona” stoją na podobnym poziomie. I nie, nie chcę tu, broń Boże, Remkowi dowalać. Taką ma metodę, że spraw poruszanych nie bada dogłębnie, a jedynie tyle, ile mu potrzeba do zaplanowanej treści. Inny model przy tym tempie pracy zwyczajnie nie jest możliwy.

    Podobnie na poziomie konstruowania fabuły opartej na regularnych, mniej lub bardziej spójnych z treścią, twistach, obie te książki (a i większość innych remkowych) działają podobnie. Więcej nawet, zagrywka polegająca na „teraz ci wszystkiego nie powiem, dowiesz się w swoim czasie”, zastosowana zarówno w „CM” jak i w „N” ma dużo więcej sensu w nadnaturalnym horrorze, niż w pozbawionym fantastyki thrillerze. W obu przypadkach od tego czy bohater dowie się czegoś zawczasu zależy jak się zachowa dalej. O ile jednak w „Madonnie” tajemniczość mężczyzny na lotnisku protagonista może sobie wyjaśnić jego złożoną, enigmatyczną naturą, o tyle w przypadku własnej dziewczyny wiodącej go od miejsca do miejsca i udzielającej strzępków informacji powinna choć zaniepokoić. Skłonić do narastającej z każdym kolejnym etapem „zabawy” wątpliwości – dlaczego tak? Dlaczego potęgujemy ryzyko?

    W tej drugiej książce jedyne, co czytelnik dostaje w ramach wątpliwości to „przepraszam, że się wpycham, ale muszę być w tej kolejce, bo muszę w niej być”. Wyjaśnienie, które jest zdolne zaspokoić tylko odbiorcę, który na ciągu przyczynowo-skutkowym skupia się niespecjalnie, a i nad realistyczność całości stawia porozrzucane tu i tam elementy zaskoczenia. Inaczej mówiąc, Mróz wyjaśnia zamysł czytelnikowi i robi to z grubsza, wiedząc, że ten ostatni nie zapyta: ej, ale dlaczego bohater na to poszedł? Żadnych dodatkowych tłumaczeń, bo i nie ma żadnych dodatkowych pytań. Nikt nie chciał akurat tego wiedzieć.

    I żeby nie było wątpliwości, to nie jest trik wymyślony przez Remigiusza czy tylko przez niego stosowany. Właściwie nie jestem nawet pewien, czy to na pewno trik, bo równie dobrze może być to po prostu bardzo sprawne dostosowanie własnych sił przerobowych do ukształtowanych oczekiwań odbiorcy. Skoro czytelnikowi takie rozwiązania wystarczają, a Mrozowi ułatwiają pracę, po co miałby cokolwiek na tym polu zmieniać?

    Z drugiej strony wspomniany wcześniej Miłoszewski, budując swoją alternatywną rzeczywistość, kładzie największy nacisk właśnie na to, by wszelkie zachowania jego bohaterów były spójne i sensowne (choć nie zawsze racjonalne, co oczywiste) w ramach świata przedstawionego. Świadom tego, że kołek do zawieszenia niewiary nadwyręża już wyjściową ideą, stara się, by wszystko poza tym elementem grało. Pozbawiony wsparcia czytelnika przyjmującego wszystko na gębę i „bo przecież tak bywa w życiu, widziałem w wiadomościach”, musi się sporo nagimnastykować, by zachować wewnętrzną spójność. Szczęśliwie doceniło to wystarczająco wielu czytelników.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Teraz jednak pytanie: czy odbiorca przyjmujący wyjaśnienia najprostsze i nie zadający pytań o sensowność wydarzeń akceptuje taki stan rzeczy, bo to jest jego świadomy wybór i nie obchodzi go wiarygodność? Wtedy w porządku, ale po co o nią postulować, odrzucać dobre powieści tylko ze względu na gatunkową przynależność i zmuszać taki marketing WAB do kombinowania, jak za wszelką cenę uniknąć określenia „Jak zawsze” historią alternatywną? Czy chodzi tylko o to, że nie chcemy, by przylgnęła do nas etykietka fantasty-eskapisty?

    A może o to, że czytelnik jednak liczy na wiarygodność, podświadomie jej pragnie, tylko zwyczajnie na jego poziomie to, co jest realne i to, co nie jest, stało się zwyczajnie nieodróżnialne?

    I nie, proszę nie oczekiwać gotowej odpowiedzi, bo szczerze przyznaję, nie wiem. Wciąż się nad tym zastanawiam.

    PS. Ze względu na to, że sam zajmuję się fantastyką i mam świadomość, że uwagi o odrzuceniu tejże w jakiś sposób przez określony (szeroki) typ odbiorcy mogą być odebrane jako żalenie się, pragnę naprostować. Absolutnie nie czuję się traktowany źle, ani też nie uważam czytelników fantastyki za z założenia inteligentniejszych od odbiorców, dla przykładu, kryminału. Niniejszy tekst nie ma na celu wartościowania miłośników określonych gatunków ani autorów te gatunki tworzących.

  • „Kto nie ryzykuje, ten nie je”, Zygmunt Miłoszewski z Bestsellerem Empiku

    Rankingi mogą być różne, ale i tak wszystko sprowadza się do bezlitosnych wyliczeń, bo przecież głosują czytelnicy, nogami oraz portfelem. Wczoraj na Gali Bestsellerów Empiku dowiedzieliśmy się, które książki najlepiej się sprzedawały w 2017 roku. W kuluarach można było usłyszeć, że nagrodę zgarnie Remigiusz Mróz, niektórzy typowali też Paulinę Świst. Wszystkich nominowanych pogodził jednak Zygmunt Miłoszewski, który mimo że porzucił, podobno na chwilę, kryminał, to jednak fani po raz kolejny mu zaufali. Czy ta nagroda wskaże mu dalszą drogę, czy prokurator Szacki wyląduje w szafie na długie lata, a także, dlaczego autora kusi powrót do klimatów „Bezcennego”, tego dowiecie się z naszej rozmowy.

  • „Ryzykanci”, ostatni w tym roku felieton Jakuba Ćwieka

    Wielokrotnie podczas spotkań zapytany o popkulturę dzieliłem ją na potrzeby wypowiedzi – bo wiem, że to duże uproszczenie, w dodatku niepotrzebnie wartościujące – na dobrą i złą. Tę pierwszą pojmowałem jako końcowy efekt sytuacji, w której twórca, mając coś do przekazania, znajduje język, formę i medium tej wypowiedzi trafiające do szerokiego odbiorcy. Druga to taka, gdy twórca kalkuluje na chłodno, co się ludziom spodoba, na co z takich czy innych powodów jest zapotrzebowanie i się tej kalkulacji na chłodno poddaje. Co warte podkreślenia, drugiej popkultury jest zawsze wielokrotnie więcej, bo nie tylko ona sama się namnaża, ale i, wyczuwszy trend, błyskawicznie konstruuje klony końcowego efektu pierwszej. To stąd, nie znając genezy tej czy tamtej opowieści, łatwo się w tym wszystkim pomylić. Pierwszy z brzegu przykład? Tolkien i wszyscy jego naśladowcy, którzy zafundowali większości z nas przesyt heroicznym fantasy.

    Piszę o tym akurat teraz nie bez powodu. Oto jestem w trakcie lektury najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego i uważam, że należy mu się za nią solidny medal. Już tłumaczę, dlaczego.

    Na ile udało mi się przez te naście lat zawodowego pisania poznać rynek, większość czytelników, niezależnie od swojego światopoglądu, w kwestii podejścia do doboru lektur wykazuje się zaskakującym czasami konserwatyzmem. I nie mówię tu już nawet o dyktowanym poglądami odbiorze tej czy tamtej pozycji. Mam na myśli raczej bardzo wąski dobór lektur w oparciu o ukształtowany środowiskowo gust. To troszkę jak dekorowanie mieszkania czy trendy modowe – kryminały pasują mi do butów, bliskozasięgowy reportaż i latte to mój ulubiony zestaw popołudniowy, a romanse to nie, bo gryzą się z apaszką i kuchnią pod wymiar.

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    I nie chodzi tu już nawet o przywoływanie snobistycznego podziału na literaturę ambitną i rozrywkową (nieodmiennie każdego, kto na poważnie używa tego podziału, mam za solidnie ograniczonego), ale o zaczopowanie się w ramach jasnego, określonego pola lektur. Zamknięcie się w tej wyszydzanej, bo i nadużywanej przez coachów wszelkiej maści strefy komfortu. Czytelnik czyta A i tak dobiera sobie autorów, by mu to A dostarczali. Autor, który chce pisać B idzie do czytelników B, a obaj mają szczerą nadzieję, że kiedyś uda im się te grupy jakoś ze sobą połączyć, bo fajnie byłoby pisać co się chce, co w duszy gra, a nie tylko pod dyktando.

    Weźmy takiego Remka Mroza. Tempo jego pracy jest niezwykłe, wyczucie trendów bardzo dobre – Remek pisze to, co ludzie chcą czytać, więc – wedle mojej kulawej definicji – tworzy popkulturę złą. Odwróconą. Nie znaczy to z automatu, że jego książki muszą być złe, bo ta definicja z założenia nie ma wartościować materiału, ale wpływ na rozwój. Książki dające masowemu czytelnikowi dokładnie to, czego ten chce, to odpowiednik nocnego kebsa po imprezie. Każdy czasem potrzebuje, ale trudno w oparciu o niego układać dietę.

    No ale miało być o Remku. Kiedy słuchałem jego „Czarnej Madonny”, widziałem w niej pewną próbę ucieczki, może nawet raczej buntu. Oto Mróz, konsekwentnie i pracowicie budujący sobie bazę odbiorców, przyzwyczajający ją do tego, że jego nazwisko jest wyznacznikiem pewnej formuły snucia opowieści, konstruowania dialogów, proporcji między wyszukaną wiedzą a akcją etc., nagle robi skok w grozę. „Czarna Madonna” to horror, a więc nisza niszy. Raz, że to fantastyka, a ta ma określoną grupę odbiorców, ale i wysoki próg wejścia dla muszących się przełamać obcych. Dwa, że powieści grozy, kojarzące się nieodmiennie z okładkowymi makabreskami z lat dziewięćdziesiątych, mają w Polsce status porównywalny do porno. Jeden King wiosny nie czyni, kilka hermetycznych for i paru sensownych autorów gustów powszechnych nie zmieni, o czym przekonał się swego czasu boleśnie Zygmunt Miłoszewski ze swoim Domofonem. A Mróz spróbował. I to podjął tę próbę, będąc u szczytu popularności, w chwili, gdy właściwie nie musi podejmować podobnego ryzyka. Ba, jedyne, co mógł, to stracić, bo zyskać raczej nie miał czego.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl


    Nie uważam „Czarnej Madonny” ani za książkę specjalnie udaną ani za rzeczywiście pełnoprawną ucieczkę. W pewnym momencie, rzekłbym nawet, że dość szybko, autor wraca w wytarte brownowskie koleiny, miota bohaterami po świecie, ucieka od tej grozy, z którą wystartował. Ale bezsprzecznie próba jest. Inaczej niż w przypadku pseudonimu z Wysp Owczych, który można było odebrać jako podczepianie się pod dogasającą modę na Skandynawów, tu mamy do czynienia z próbą faktycznego podzielenia się autora z czytelnikami czymś wyraźnie jego. Czy ta próba się udała? Nie znam wyników kasowych Madonny, ale tak rozbieżnych recenzji u swojego twardego elektoratu Remek nie miał jeszcze nigdy. Często tu i tam padało zdanie, że być może to czas, by przestać w ciemno kupować nazwisko, bo, jak widać, nie zawsze dostarcza.

    I teraz pytanie: czy Remek odważy się ponownie eksperymentować?

    Myślę sobie o podjętym przez Mroza ryzyku, ale przed oczami staje mi inne podejście – hardość od początku: po mojemu albo wcale. Taki Twardoch idący konsekwentnie swoją ścieżką i opowiadający historie szukające swojego czytelnika. Jasne, że Szczepan rozwijał się w swoim pisaniu cały czas, uczył się, jak opowiadać swoje złożone historie, jednocześnie pozostając sobą i zdobywając odbiorcę. Gdzieś tam, w pewnym momencie, po chwilowym zachłyśnięciu się sukcesem „Morfiny” nabrał nawet durnego przekonania – które sformułował w wywiadzie – że literatura nie potrzebuje popu. Potem jednak zmądrzał i napisał „Króla” – swoją najbardziej popową książkę, jednocześnie zdobywającą mu masowego odbiorcę i realizującą jego wobec literatury założenia. Na ile rozmawiam z różnymi ludźmi (w tym bibliotekarzami czy księgarzami z małych miasteczek), po nominacjach i nagrodach Twardoch dla masy ludzi przestał wreszcie być autorem, z którego książką warto się pokazać. Stał się takim, którego da się czytać.

    Gdzieś pomiędzy ścieżką Mroza a Twardocha – choć zdecydowanie bliżej temu drugiemu – jest Orbitowski, który wyszedł z gatunkowej niszy, potem kawał czasu poświęcił, by papierem ściernym zetrzeć łatkę, poszukać siebie, swoich opowieści, swoich na nie słów, by wreszcie wrócić odmieniony i dojrzały jako twórca dający to, czego chce. Co zaskakujące, Łukaszowi udało się podczas tej wędrówki utrzymać ze sobą większość grupki towarzyszącej mu na początku. Trochę w nawiązaniu do jego najnowszej pozycji mógłbym go tu przyrównać do Mojżesza, który idzie pewnie ku obiecanemu, nie zwracając uwagi na utyskiwania. Jestem w tej grupie, choć muszę przyznać, że jak Żydzi na pustyni, tak i ja miałem chwilę zwątpienia w postaci Widm. Ale wytrwałem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Bo, mówiąc szczerze, to wydaje mi się kluczowe – wytrwać. Wszystkie trzy zaprezentowane postawy łączy jedno – podjęte przez pisarzy ryzyko. Coś, co, zwłaszcza w pisaniu, najłatwiej podjąć na początku, gdy jeszcze nie mamy nic do stracenia. Bo wtedy jedyne, co kładziemy na szali, to garść naszych frustracji, może niespełnione marzenie. Ale przecież zawsze jest jeszcze pseudonim, zawsze możemy pójść inną drogą, coś zmienić. Później robi się coraz trudniej. Czy to upór w konsekwentnym czekaniu na swój moment, aż krople wydrążą skały tak, by można było przejść po prostu, wyprostowanym i gotowym, czy bycie zagubionym, szukającym się liderem garstki, obiecującym w końcu ziemię obiecaną czy wreszcie ryzykowna wolta na szczycie, której nie spodziewa się nikt…

    A, no i właśnie, bo mieliśmy do niego wrócić. Jest jeszcze Miłoszewski. Jedno z największych nazwisk na giełdzie polskiej literatury, uważany – myślę, niesłusznie – za króla polskiego kryminału i – tu już jak najbardziej zasłużenie – za świetnego pisarza. Zadebiutował rodzimym horrorem i choć książka była dobra, choć opierała się na dobrych amerykańskich, znakomicie zlokalizowanych wzorcach, sukcesu nie odniosła. Udało się z kryminałem, ale to już na trendzie, na fali, z odrobiną szczęścia. Potem brownowski „Bezcenny”, który choć z potencjałem, nie był jednak Szackim i część ludzi tym odrzucił (był też średnio udany, choć chyba z jedną z najlepszych scen otwarcia jakie czytałem w polskiej literaturze współczesnej). Gniew skończył się tak, że czwarta część, idę o zakład, wyprzedałaby ze dwa realistyczne nakłady w przedsprzedaży. A on nie. On idzie w inną stronę i próbuje z Narodową komedią romantyczną. I jakby tego ryzyka było mało, wolta jest podwójna, bo ta powieść – co skrzętnie ukrywają spece od marketingu WAB – to czysta fantastyka! Modelowa wręcz historia alternatywna, stanowiąca odłam fantastyki właśnie. Sprytne i uroczo przebiegłe, panie Zygmuncie!

    (Choć zakładam, że jeden z drugim zaślepiony pogardą gatunkową czytelnik nawet tego nie zauważy albo zracjonalizuje w jakiś niezamierzenie zabawny sposób).

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    No ale było o ryzyku pisarskim, a ani słowa o czytelniczym. A to istnieje również. Otóż książka może się nie spodobać. Może nam nie zagrać. Wydamy wtedy pieniądze, poświęcimy czas i to wszytko pójdzie na zmarnowanie. W dzisiejszych czasach, gdzie w tle wszystkiego słyszymy taktometr, należy uważać co się bierze do ręki i oferuje swoją uwagę. Ale…

    Jeśli chcemy, by autorzy podejmowali ryzyko, a tym samym rozwijali siebie i literaturę wokoło, my również, jako czytelnicy, nie możemy trzymać się wąskiego poletka, na którym – jak kiedyś przypadkiem odkryliśmy – jest nam dobrze. Musimy czasem pójść za autorem, którego lubimy, pozwolić mu to i owo sprawdzić. Czasem lekko się ugiąć. Bo pomyślcie – ilu autorów byłoby skłonnych pisać opowiadania, ale tego nie robi, bo na wydawanie zbiorów opowiadań niechętnie patrzą wydawcy, a z kolei masowy czytelnik nie uznaje formy ebookowej? A przecież opowiadanie to najlepsza próbka autora w nowym gatunku.

    Ilu autorów nie zaryzykuje fajnych historii w innym gatunku, bo czytelnicy są wierni swoim uprzedzeniom gatunkowym bardziej niż pisarzom? Narzekamy czasem na książki pisane pod szablon, ale kiedy ostatni raz sami odsunęliśmy nasz szablon obok?

    Nie mogę mówić za wszystkich pisarzy, ale większość tych, których znam, podejmuje ryzyko w małych formach i chętnie podjęłoby je w większych. Pytanie: damy im szansę?

  • „Gdybym wylądował w przeszłości, to pewnie nie zostałbym pisarzem”

    Zanim sięgnięcie po „Jak zawsze”, to zapomnijcie o Zygmuncie Miłoszewskim jakiego znaliście do tej pory. Wyrzućcie z głowy Teodora Szackiego, zagadki kryminalne oraz wszystko co, co kojarzy Wam się z kryminałami. Już? Dobrze, to teraz jesteście gotowi na poznanie nowego Miłoszewskiego. Wrażliwego, delikatnego, momentami nostalgicznego. Wyobraźcie sobie, że jesteście już w późnej jesieni, a nawet wczesnej zimie swojego życia, aż tu nagle dostajecie jeszcze jedną szansę. Cofacie się o pięćdziesiąt lat i możecie zmienić absolutnie wszystko. Z autorem rozmawiam o przemijaniu i miłości, bo o tym głównie jest ta książka.

  • „OTO SĄ MORDERCY KSIĄŻEK”, czyli felieton Kuby Ćwieka.

    Kilka dni temu opinia publiczna poznała kolejny raport odnośnie do poziomu czytelnictwa w naszym kraju. Teraz wszyscy, którzy nie mają tego kompletnie gdzieś – a powiedzmy sobie szczerze, większość jednak ma – są w żałobie, noszą się na czarno i w każdym mijanym przechodniu widzą potencjalnego idiotę i wtórnego analfabetę. Czyli w zasadzie nic się nie zmieniło.

    Taka jest już jednak świecka tradycja, że gdy Biblioteka Narodowa ogłasza wyniki, to potem ludzie w bezpośredni sposób związani z książkowym rynkiem, jak chociażby ja, są pytani o taki stan rzeczy, o przypuszczenia, dlaczego tak się dzieje i skąd to się bierze. A ja zawsze w pierwszej kolejności mówię: Hmmm, być może dlatego, że jedyny moment, w którym pisarz wzbudza zainteresowanie mediów to chwila, gdy dyskutujemy o… nieczytaniu? To jakby dość wyraźna wskazówka od czego ekspertami są ludzie pióra.

    Ale powodów jest rzecz jasna więcej. Zacznijmy od tego najbardziej prozaicznego – traumy. Zapytajcie kogoś, kto nie czyta o jego ostatni kontakt z książkami. Co usłyszycie? Najpewniej: lektury szkolne. To, w jaki sposób do nich przymuszano, to jak wciskano absolutnie bezwartościowe literacko pierdoły , jak choćby patriotyczny „Zmierzch” czyli „Nad Niemnem” Orzeszkowej, zostawiło w nich traumę do końca życia. To, jak w ich umysłach orano Sienkiewicza czy Bułhakowa, jak szatkowano te opowieści, sprowadzając całe z nimi obcowanie do zapamiętywania bezużytecznych faktów pod kartkówki, nie mogło się dobrze skończyć. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, to w większości nie jest atak na nauczycieli. To po prostu systemowy bubel, który coś, co powinno być przyjemnością, co powinno uczyć łaknienia świata, sprowadza do przykrego obowiązku.

    www.unsplash.com/Redd Angelo

    I dla nauczycieli, i dla uczniów. Bo powiedzmy sobie szczerze – jak mogłem wierzyć mojej polonistce w liceum mówiącej mi o niebywałych wartościach literackich dowolnej lektury, skoro przy pierwszej okazji, zupełnie przypadkowej, wyszło, że nie odróżnia Hellera od Vonneguta? Ktoś taki miałby skłonić mnie do czytania i dobierać mi lektury?

    W ogóle, na co ktoś wreszcie powinien zwrócić uwagę – należałoby po pierwsze rozdzielić w szkole dwa przedmioty. Po pierwsze – „Język polski”, na którym uczniowie winni się uczyć gramatyki, ortografii i że „bynajmniej” i „przynajmniej” bynajmniej nie znaczą tego samego. Po drugie, „Literatura”, dzięki której można by pokazać trendy, zaprezentować ważne tytuły, nazwiska i tym samym ułatwić ludziom odkrywanie wspaniałego świata książek. Nie tylko ramotek, ale i rzeczy współczesnych, które nas teraz dotyczą i które nas obchodzą. My tymczasem budzimy w uczniu liceum bezpośrednie skojarzenie książki z bólem i cierpieniem. Bo cały semestr literatury łagrowo-obozowej to zdecydowanie za dużo dla każdego.

    Ale przecież nie tylko o to chodzi. Ostatni tekst na tym blogu pisałem o praktykach marketingowych. O tym, jak kurczący się rynek próbuje tanim kosztem zalać nas pozytywnymi opiniami o publikacji i używa do tego zjawiska na kształt marketingu szeptanego – blogów literackich. Jeśli dodać do tego powszechne praktyki dobitnego sugerowania autorom co powinni pisać – a wiem o takich zarówno z drugiej, jak i pierwszej ręki – mamy wyraźny sygnał, że coraz częściej nie chodzi o literacką wartość. Nie chodzi o to, co książka może dać czytelnikowi. Chodzi o to, by ją sprzedać. I potencjalny czytelnik to czuje, nawet jeśli tylko podświadomie. I zaczyna kalkulować. Bo skoro X pisze jak Y, to zamiast go czytać, poczekam na już zapowiedziany film. Film zabierze mi z życia dwie godziny, nie dziesięć, i będzie kosztował dychę taniej. A jeśli do okładkowej ceny książki dorzucę piętnaście zeta to mam dwa bilety. Randka, czyli wartość dodana.

    I tu dochodzimy do następnego aspektu – cen książek. Nie odkrywam tu Ameryki, mówiąc, że książka jest droga. Nie zdradzam wielkich tajemnic, mówiąc o tym, że gdyby nie dość barbarzyńskie praktyki – którym w żaden sposób nie zaradzi szykowana ustawa o jednolitej cenie książki – mogłaby być tańsza. O tym, że od każdego sprzedanego egzemplarza autor ma około dziesięciu procent, to pewnie wiecie, prawda? A o tym, że wydawca, ponoszący większość kosztów, ma z tego niewiele mniej też? Jak to zwykle w biznesie na wszystkim wygrywają pośrednicy, niczym w klasycznym przekręcie: biorąc coś za (prawie) nic. Nie dziwi więc, że wydawca, ale i autor, mierzą raczej w potencjalne hiciory, nie podejmując ryzyka, prawda? Upada więc argument, dlaczego warto.

    Jest w tym wszystkim jeszcze odbiorca, w jakiś sposób ukształtowany przez ten koślawy system na książkowego konserwatystę. To ten, który nie kupi czytnika, bo raz, że nie jest wiele taniej, a dwa, że wciąż jest masa fetyszystów papieru wmawiających mu, że ebook nie jest pełnowartościową książką. Ten czytelnik, który nie ma czasu na książkę – nie, nie drwię, naprawdę nie ma – ale nie spróbuje się zmierzyć z audiobookiem, bo to nie jego forma i to przecież nie jest prawdziwe czytanie. A kolejnych publikacji papierowych nie ma już gdzie stawiać. Coraz to ładniejsze okładki, po których wedle powiedzenia nie należy oceniać, coraz bardziej niepraktyczne pomysły na książki tak wielkie, że nie sposób ich czytać. Powieści LeGuin w jednym tomie i twardej oprawie? Serio? Czyta to ktoś jeszcze prócz starego brytyjskiego lorda Tytanowe Kolana, który ma kominek, głęboki fotel i cały czas, który ukradł swoim niewolnym pracownikom na plantacji herbaty w Indiach? Szacki Miłoszewskiego, wydany w jednym tomie jest wyłącznie po to, by go położyć na półce. Nie wierzę absolutnie nikomu, kto powie, że kupił to, by w takiej formie przeczytać.

    Wspomniałem już mimochodem o czasie, czy też jego braku, ale to rzecz, której warto poświęcić chwilę. Naprawdę go nie mamy. Naprawdę żyjemy szybciej, a każde medium dostosowuje się i dopasowuje do nowych czasów i naszych potrzeb. Newsy dostajemy albo w tweetach, albo w krótkich filmikach, wreszcie w fotogaleriach na mobilnych apkach. Na ekranach naszych telewizorów królują Netflixy i inne platformy, które zdają się mówić: spokojnie, zobaczysz, kiedy będziesz miał czas, a nie kiedy oni ci to narzucą. Renesans seriali też wiąże się z brakiem czasu. Choć całościowo serial jest dłuższy, to odcinek czyli pojedyncza dawka, trwa znacząco krócej. Łatwiej wpisać go w grafik.

    www.unsplash.com/James Tarbotton

    Książka natomiast wymaga spokoju. Wymaga całkowitej uwagi i skupienia. Nastroju. Czyli wielkich nieobecnych. Patrzę po sobie – ogarniam kolejne tytuły tylko dlatego, że słucham audiobooków ćwicząc i biegając (co i tak bym robił), a czytam po rozdziale w toalecie, wannie czy w łóżku przed snem. Całe moje życie związane jest ze słowem pisanym a i tak ciężko mi znaleźć czas na lekturę. A co dopiero ktoś, kto mimo szkolnej traumy, utrzymał w sobie trochę chęci i zapału? Czy je w nowych okolicznościach utrzyma?

    Pytają mnie różni ludzie, co w obliczu tak tragicznej sytuacji polskiego czytelnictwa należy robić i jak to zmienić. Zawsze uważałem, że sposób na to jest jeden – namów jedną osobę, która nie czyta, do książki, która mu się spodoba. Musisz go wtedy posłuchać, dowiedzieć się z kim masz do czynienia i dobrać dlań lekturę. A gdy chwyci, podrzuć jeszcze parę innych, możliwie różnych od siebie rzeczy. Potem zachęć go, by to samo zrobił wobec kogoś innego. Pożyczaj książki, a nie zmuszaj do ich kupowania. To przyjdzie z czasem. Nie pieprz bez sensu, że jak książka to tylko papier – tak ględzą tylko snoby i papierowi fetyszyści i nie ma to nic wspólnego z czytelnictwem. Nie pomaga mu, a wręcz szkodzi. No i wreszcie, chyba najważniejsza porada – nie rezygnuj, czytaj.

    Bo warto.

  • Byli „Blues Brothers”, teraz czas na „Miłoszewscy Brothers”?

    Zygmunta Miłoszewskiego przedstawiać nikomu nie trzeba. Natomiast jego brata, owszem. Jest scenarzystą „Watahy”, a także „Prokuratora”. Teraz wkracza na scenę beletrystyki, a „Inwazja” to jego debiut. Będzie petarda, czy może niewypał? Tego dowiemy się już 24 maja, kiedy książka trafi do sprzedaży w sieci Empik.

    Współczesna Polska, w której żyją: Roman, były żołnierz wojsk specjalnych i uczestnik wielu zagranicznych misji, Danuta – kobieta kochająca luksus, ciężko pracująca i całkowicie uzależniona od ojca tyrana oraz Michał, bezrobotny historyk z żoną i dwójką dzieci. Tych bohaterów nic nie łączy do momentu, kiedy ich życie nie ulega drastycznej zmianie – kraj, w którym żyją, znajdzie się w stanie wojny. Jak doszło do inwazji? Dlaczego Putin zaatakował Polskę? Gdzie są nasi sojusznicy?

    Trwa inwazja. Wojska rosyjskie wchodzą na terytorium Polski, a Roman, Danuta i Michał zostają zmuszeni do całkowitej zmiany swojego dotychczasowego życia. Roman wrócił do służby i dowodzi oddziałem w nierównej walce z Rosjanami, Danuta dojrzewa do buntu przeciw ojcu, który prowadzi ciemne interesy, a Michał postanawia uciekać z rodziną ze zniszczonego miasta, zajętego przez Rosjan. Autor, wykorzystując swoje doświadczenie scenarzysty, łączy elementy sensacyjne, militarne, romansowe i futurologiczne.

    Czy Wojciech Miłoszewski pójdzie w ślady Zygmunta i zostanie gwiazdą literatury, czy pozostanie tylko bratem „tego” Miłoszewskiego? Przekonamy się już za miesiąc z małym okładem. Pewne jest natomiast, że z autorem będziecie mogli się spotkać zarówno na Festiwalu Literatury Apostrof, a także na Stadionie Narodowym, w trakcie Warszawskich Targów Książki.