Kategoria: Aktualności

  • Jacek Dehnel o nowych książkach i polityce

    Dwie premiery jednego dnia, a do tego może być już wtedy posłem. Jacek Dehnel opowiada o „Śmierci na Wenecji”, którą napisał razem z mężem, Piotrem Tarczyńskim (premiera 8 listopada nakładem Wydawnictwa Znak Literanova), a także o „Łabędziach” (blisko tysiąc stron! Premiera również 8 listopada w Wydawnictwie Literackim). Rozmawiamy także o wejściu na polityczną szachownicę i ewentualnych konsekwencjach wynikających z tego dla pisania książek.

     

  • Chicago śladami książek Grzegorza Dziedzica

    Jest pisarzem, a także świetnym przewodnikiem po Chicago. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że do kryminalnego świata wszedł z drzwiami i futryną – za swój debiut „Żadnych bogów, żadnych panów” zdobył najważniejszą polską nagrodę w tym gatunku, Nagrodę Wielkiego Kalibru. Polskie dzielnice Chicago ponad sto lat temu, przemoc, zaułki, w które lepiej się nie zapuszczać. Tam Dziedzic pchnął swoich bohaterów. Dziś pokazuje Państwu miejsca, które opisuje w książkach „Żadnych bogów, żadnych panów”, a także „Gangway”. Byliśmy w południowych i północnych dzielnicach miasta, a także spotkaliśmy się Danielem Pogorzelskim – znawcą Jackowa, który opowiedział, jak mógłby czuć się Teodor Rucki, gdyby dziś wylądował w Chicago. Zapraszamy na wycieczkę po byłych fabrykach, tawernach, ale też kościołach. Trzecia część trylogii, wszystko na to wskazuje, wiosną.

  • Szał październikowych zakupów! Po co sięgnąć?

    Koszyk ze zdjęcia może się naprawdę przydać, bo październik, jak co roku, obfituje w ciekawe premiery. Przejrzałem, przeklikałem, a efektem tego jest poniższa lista. Po co sięgnąć w październiku? Podpowiadam, a gdy klikniecie w interesującą Was okładkę, przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule. Dorzucacie jakieś tytuły od siebie? Zostawcie je w komentarzu.

  • Fragment „Odrzanii” Zbigniewa Rokity + wideo z pisarzem

    Jest poniedziałek, początek maja, a ja stoję na peronie katowickiego dworca. Za późno wyszedłem i od Teatralnej musiałem już przyśpieszyć kroku, ale ostatecznie zdążyłem. Pociągu jeszcze nie ma, zaraz przyjedzie, a ja ruszę do tej dziwnej krainy, którą po 1945 roku nazwano Ziemiami Odzyskanymi*. Ja poniemieckie ziemie przyłączone do Polski po wojnie rzadziej nazywam Ziemiami Odzyskanymi, a częściej Polską odrzańską czy Odrzanią – nawet jeśli miasta takie jak Olsztyn czy Gdańsk wcale nad żadną Odrą nie leżą.

    Do Polski odrzańskiej ciągnęło mnie, odkąd pamiętam. Pokochałem ją ja, kundel Ziem Odzyskanych, w którego żyłach płynie krew i autochtonów, i osadników. Będąc w niej, cieszyłem się jak wówczas, gdy w podstawówce drogę ze szkoły do domu, która zimą zajmowała dziesięć minut, wiosną pokonywaliśmy w minut trzydzieści. Gdy byłem w Polsce odrzańskiej, świat kręcił się dla mnie szybciej, było mnie więcej, tylko tam nieustannie czułem na sobie czyjś wzrok, jakby ktoś chciał mi coś powiedzieć, jakby rozsypywał okruszki, które miały ułożyć się w drogę. Czasem je znajdowałem, szedłem po tej ścieżce i wtedy zauważałem też swój własny, śląski świat – raz jego strzępy, raz całe połacie. Okruszkami były bluźniercza przeszłość tych ziem, poniemieckie napisy pod kruszejącym tynkiem, cegły o barwie wściekłej krwi, z których budowano tu szkoły i poczty, uliczne tabliczki upstrzone piastowskimi książętami, wyzierające zewsząd blizny apokalipsy roku czterdziestego piątego. Spotykałem też ludzi, którzy wahali się, czy już są stąd, czy jeszcze znikąd. To tu Polacy z pokolenia na pokolenie coraz rzadziej jeździli w listopadzie na groby do odległych województw, tracili przedniojęzykowe „l” i spokojnie wrastali. Niektórzy zaczęli nawet dalej snuć opowieść, którą ktoś ileś tam lat temu przerwał martwym już mieszkańcom ich kamienic, choć na opowieści te nie starczało miejsca w szkolnych podręcznikach.

    To tu miało miejsce jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń w XX‐wiecznej historii Europy – zajęcie Ziem Odzyskanych i przemienienie Niemiec w Polskę. To tu – między Świnoujściem a Ełkiem, Szczecinem a Jelenią Górą – Polska stanęła przed jednym z największych wyzwań cywilizacyjnych w swojej najnowszej historii. To tu doszło też do jednego z największych eksperymentów demograficznych w dziejach ludzkości. I dlatego dziwię się, że nagłe zniknięcie stąd milionów Niemców i pojawienie się milionów Polaków uznaliśmy za najzwyklejszą rzecz pod słońcem, dziwię się, że zajęcie Odrzanii zajmuje w polskiej pamięci tak niewiele miejsca, że całych Ziem Odzyskanych nie ogłoszono ósmym cudem świata.

    Urodziłem się w Gliwicach, na samym skraju Ziem Odzyskanych, ale pokochałem je całe. Latami jeździłem po nich i cieszyłem się jak głupi. To tu najłatwiej zauważałem szwy, którymi Polski pozszywano, a które na złość zszywającym nie chciały się wchłonąć. Wyłaziły, france. Z tymi Odzyskanymi to była dziwna historia. Gdy tak jeździłem, to z jednej strony wszystko wskazywało na to, że po wojnie Rzeczpospolita, przyłączywszy do siebie niemieckie ziemie, rzeczywiście przetrawiła tak ogromny kęs Niemiec, że się nim nie udławiła, że na Polsce bruzdy nowych granic naprawdę goją się jak na psie. Ale z drugiej strony nie mogłem dać wiary, że przeszczep Ziem Odzyskanych do reszty Polski przyjął się ot tak łatwo, że cały kraj, w którym żyję, jest taki sam.

    Tę resztę Polski – tę Polskę‐Polskę – czasem nazywałem Polską wiślańską, a czasem Wiślanią. Wiślanią nazwałem Płock, Kraków, Poznań, wszystkie ziemie, które leżały w Polsce co najmniej od początku świata i leżą w niej do dzisiaj. O, jest, pociąg wjeżdża na peron. Zarzucam plecak i gramolę się do środka. Dziś zaczynam pisać tę książkę. Ruszam w długą podróż po Odrzanii. Chcę się dowiedzieć, jakie były losy milionów osadników, którzy przyjechali do tej krainy, przyjechali do tych, którzy już tu byli, do ludzi takich jak moi przodkowie – Else i Hans Hajokowie. Chcę się też dowiedzieć, czy Odrzania rzeczywiście istnieje.

    (…)

    Polszczyzna skonstruowana jest w taki sposób, że w zdaniu: „Niemcom należy się kara” nie wiadomo, czy dopełnienie „Niemcom” odnosi się do narodu, czy państwowych władz, w polszczyźnie Niemcy‐kraj i Niemcy‐naród łatwo zlewają się w jedno. I po polsku musieli myśleć alianci, bo za nazizm ukarać zamierzają nie tylko nazistowskie władze, ale wszystkich Niemców. Europejczycy myślą, jak wyegzorcyzmować z Niemców Niemców, jak wykastrować ich z niemieckości, tak aby w najbliższym czasie nie próbowali po raz kolejny zapanować nad planetą. Wiele osób ma do nich stosunek zoologiczny, a po wojnie słowo „niemiec” w polskich gazetach zapisuje się małą literą.

    Polacy uważają się za tej wojny zwycięzców i dlatego planują przyszłość Europy. Polacy jednak jeszcze nie wiedzą, że najbliższe dekady więcej dobrobytu przyniosą mieszkańcom Monachium i Dortmundu niż Warszawy i Krakowa. Polacy przyszłości Niemiec nie wymyślą, a szczerze powiedziawszy, zbyt wielkiego wpływu nie mają nawet na własną. W Europie Wschodniej nie powstaje taka pustka jak ćwierć wieku wcześniej, nie rozpocznie się tu kolejna wschodnioeuropejska wojna domowa, w której po wojnie imperiów dogrywkę urządzą sobie narody. I dlatego o ile po I wojnie światowej Polacy mieli spory wpływ na kształt swoich granic, o tyle po II wojnie wpływu mieli niewiele. Tyle dobrego, że Stalin nie decyduje się włączyć Polski do Związku Sowieckiego jako siedemnastej republiki, bo historia uczy, że stolicę lepiej mieć w Warszawie niż w Moskwie. Stalin pozostawia Polsce niezależność, ale głównie na papierze. Stalin wprawia też Polskę w ruch, w jego dłoniach Polska staje się gniotliwa, Stalin na‐ daje jej nowy kształt.

    Polskie elity już dawno zdały sobie sprawę, że powrotu do granic sprzed września 1939 roku nie będzie. Początkowo chcą utrzymania na wschodzie granicy przedwojennej, ale to się nie uda. Już na początku wojny Związek Radziecki wchłania polskie Kresy. Od Polski odpadają najważniejsze, obok Krakowa i Warszawy, dla polskiej wyobraźni miasta – Lwów i Wilno. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek w dziejach kraj, który jednak teoretycznie należał do obozu zwycięzców, stracił tak wiele ziem jak Polska.

    Z kolei na kierunkach zachodnim i północnym polskie władze na uchodźstwie chcą powiększenia terytorium Polski, ale chcą mniej, niż Stalin zamierza im dać. Sowieci trykają Polskę w lewy bok, aby ustąpiła im miejsca, na mapie przesunęła się w lewo, by mniej było jej na wschodzie, a więcej na zachodzie. Stalin wie, że Polska będzie jego strefą wpływów, stąd im dalej Polska będzie sięgać na zachód, tym dalej na zachód sięgać będzie sowiecka strefa wpływów. Polska przesunie się na zachód, a ja nawet policzyłem kiedyś, ile razy jeszcze należałoby w ten sposób Polskę prze‐ sunąć, żeby dopełzła do oceanu. Chyba pięć czy dziewięć, nie pamiętam, muszę policzyć znowu.

    Zbigniew Rokita, fot: Arkadiusz Gola

    Polskie władze długo nie życzą sobie tak wielkich ziem niemieckich być może dlatego, że nie mieści się im w głowie to, co dla mnie jest oczywistością – że Polskę od Berlina może, jak obecnie, dzielić 50 kilometrów. Mnie nie mieści się natomiast w głowie, dlaczego polski rząd przez jakiś czas nie chce zdobyczy wojennej w postaci rozległych ziem wschodnich Niemiec, i jestem zaskoczony, gdy trafiam na wypowiedzi kolejnych premierów na uchodźstwie, którzy oświadczają: „Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina”. Polskie władze, po pierwsze, wciąż wierzą, że Lwów i Wilno będą polskie, a po drugie, obawiają się, że Polska Niemcami się udławi, że jeśli za dużo poniemieckich ziem dostanie, to w końcu się pod własnym ciężarem załamie. To chyba trochę tak jak po I wojnie światowej – wówczas Polska mogłaby się bardziej nachapać, z łatwością iść na wschód jeszcze dalej, poszerzyć się o taki choćby Mińsk, ale Polska rozsądnie jednak tego nie zrobiła, bo wiedziała, że to za dużo.

    * „Ziemie Odzyskane” to termin propagandowy, spopularyzowany po wojnie. Ma sugerować, że Polska ziem poniemieckich nie odebrała, ale je odzyskała. Wiele spośród tych ziem nie należało jednak do Polski od wieluset lat, stąd trudno mówić o ich odzyskaniu. Dlatego w tej książce terminu „Ziemie Odzyskane” używam, ale umieszczam go w jednym wielkim cudzysłowie. Lepszy byłby pewnie termin „Ziemie Wyzyskane” czy „Uzyskane”.

  • Wolność kultury to wolność kraju. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    W ciągu ostatniego weekendu „Zieloną granicę” Agnieszki Holland obejrzało w kinach 137 tysięcy widzów. To tegoroczny rekord i dowód na to, że do kina chodzą jednak kupujący bilety ludzie, mądrzy, wrażliwi, wyczuleni na prawdę. Ludzie, a nie inne istoty. Inna rzecz, że gdyby słowa prezydenta o świniach w kinie nie były tak podłym, a zarazem głupim oraz nietrzymającym się kupy nawiązaniem do historii, to można by powiedzieć, że przewrotnie zwrócił uwagę na fakt, że świnie to zwierzęta o wielkiej inteligencji (są na przykład inteligentniejsze od psów). Jest to jednak temat na zupełnie inny tekst oraz dla innego prezydenta.

    Ponieważ sama więcej czasu spędzam w Sztokholmie niż w Warszawie, nadal jeszcze „Zielonej granicy” nie widziałam. Zobaczę ją za dziesięć dni, kiedy dotrę wreszcie do Polski, a zakup biletu do kina będzie pierwszą rzeczą, którą zrobię po przylocie. Od lat uwielbiam kino Agnieszki Holland, między innymi za to, że łączy w sobie zaangażowanie polityczne i głębokie człowieczeństwo z maksymalnym obiektywizmem. Na jej „Zieloną granicę” czekam od dawna. Chciałam ją zobaczyć o wiele wcześniej, zanim film rozpętał polityczną awanturę. Wiem, że mnie zachwyci i wbije w fotel. Podobnie jak wielkie wrażenie zrobił na mnie reportaż Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”, książka, która także opowiada o tym, co dzieje się na Podlasiu.

    W obecnej sytuacji obejrzenie „Zielonej granicy” wydaje się nagle podstawowym patriotycznym obowiązkiem, bo choć obce mi są wszelkie nacjonalizmy, to naprawdę leży mi na sercu wolność w moim ojczystym kraju, czyli w Polsce. A zaprawdę nie jest wolnym kraj, którego premier wygłasza potępiające recenzje filmu wybitnej artystki nazywając go „apogeum pedagogiki wstydu”.

    www.unsplash.com/Jeremy Yap

    Kiedy słyszę takie słowa oraz inne szkalujące film i reżyserkę kalumnie rzucane przez urzędujących polityków, to przechodzą mnie lodowate, historyczne ciarki. Wypowiedzi te kojarzą mi się na przykład ze słynnym zdaniem nazistowskiego dramaturga Hansa Johsta „Kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam mojego browninga”. Kojarzą mi się też z przekonaniami Mao Tse-tunga, który głosił, że sztuka i literatura mają zostać podporządkowane polityce. Przywodzą mi także na myśl przemyślenia Lenina, który już w 1918 roku zasiadł do pisania instrukcji na temat książek do czytania dla robotników i chłopów, w której szczegółowo wyjaśniał, czemu ma służyć literatura i generalnie kultura. Jej głównym zadaniem miało stać się opiewanie władzy radzieckiej. Kultura była dla Lenina sprawą partii, jej ważnym narzędziem. Poza tym uważał, że należy jak najszybciej przeprowadzić „selekcję intelektualistów”. Ci którzy nie pogodzili się z rewolucją, mieli zostać usunięci, ewentualnie wyrzuceni z kraju.

    My jesteśmy obecnie w sytuacji, w której nasza wybitna, wielokrotnie nagradzana reżyserka i wielka duma narodowa ma 24-godzinną ochronę policji z powodu nagonki spowodowanej przez czołowych polskich polityków. Naszych jaśnie oświeconych recenzentów kultury. Warto dodać, że takie zachowania partii rządzącej nie są niczym nowym, pamiętamy przecież jak minister Gliński recenzował książki noblistki, a to tylko szczyt góry lodowej, która zwie się „mamy gdzieś demokrację i jeszcze bardziej za nic wolność kultury.” Mantra rządzących brzmi od lat mniej więcej tak: „Macie oglądać „Smoleńsk” i czytać „Pana Tadeusza”, a poza tym morda w kubeł i tylko świnie siedzą w kinie…”

    W moim drugim kraju, czyli w Szwecji byłoby to nie do pomyślenia, tak głęboka jest świadomość tego, że politycy, a zwłaszcza urzędnicy państwowi, nie mogą być recenzentami artystów. Niedawno odwiedziłam z moimi studentami z warsztatów przekładu, które prowadzę, szwedzką instytucję państwową zajmującą się m.in. promocją literatury. Urzędniczka odpowiedzialna za doskonały program Swedish Literature Exchange rozpoczęła spotkanie od opowiedzenia nam o drodze zawodowej, która doprowadziła ją do obecnego stanowiska. Okazało się, że pracowała zawsze z książkami, była wydawczynią, agentką literacką, dziennikarką i pisarką, a zatem osobą przyzwyczajoną do wypowiadania się na temat wartości przeczytanych książek. Teraz jako pracowniczka instytucji państwowej zajmującej się promocją szwedzkiej literatury wie, że nie wolno jest wygłaszać subiektywnych poglądów na temat autorów i książek. Czy jest jej z tym trudno? O tak! Ale byłoby to złamanie podstawowych demokratycznych zasad, byłby to atak na niezależność kultury. Jest przecież reprezentantką państwa i podatników, a to zobowiązuje do maksymalnego obiektywizmu. Dlatego wszelkie decyzje merytoryczne dotyczące promowanych przez nią książek podejmowane są na podstawie opinii niezależnych, zewnętrznych ekspertów, znawców literatury. W Polsce o książkach i filmach, także tych, których nie widzieli wypowiadają się potępiająco najwyżsi urzędnicy państwowi: jest to nie tylko skandaliczne i szokujące, stanowi to także jaskrawy dowód na to, że mamy do czynienia z władzą autorytarną.

    W mojej bańce na Facebooku o „Zielonej granicy” pisze się w samych superlatywach, nic dziwnego, moja bańka jest bańką liberalną. „Właśnie wróciłam z kina” – pisze ktoś. „Film wspaniały, na nikogo nie szczuje, a pokazuje wielkość naszego narodu”. „Wczoraj wieczorem byłam w kinie. Jak na prawdziwą ŚWINIĘ przystało, byłam na „Zielonej granicy”. Kino pełne, ludzie kupowali bilety na najmniej komfortowe miejsca, a potem siedzieli nawet na schodkach” – pisze ktoś inny. Ludzie są wzruszeni, zachwyceni, wielu podkreśla, że Holland niczego nie upraszcza, że pokazuje złożoność, także polityczną, sytuacji i swoim zwyczajem staje po stronie człowieczeństwa i najsłabszych. Zadaje pytania ważne nie tylko dla Polski, ale dla całej Europy. Porusza sumienia.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Raphael Andres

    Tymczasem rządzący polską panowie, którzy często odwołują się do tradycyjnych wartości i zapewniają, że zależy im na dobrej marce Polski, zachowują się jak Lenin i Mao w jednym, a do tego, jak klasyczni damscy bokserzy: szczują nie tylko na film, ale przede wszystkim na kobietę.

    Ponieważ jestem optymistką myślę, że właśnie obserwujemy smętny koniec tych autorytarnych i ograniczonych patriarchów. Wierzę też, że dzięki Agnieszce Holland i jej „Zielonej granicy” zobaczymy wkrótce jak ogromna jest moc sprawcza kultury. Po prostu czuję przez skórę, że nienawidząca wolnej kultury władza  za chwilę padnie i że stanie się tak w dużej mierze dzięki drobnej, niezłomnej i odważnej kobiecie oraz dzięki jej filmowi. I może wtedy mieszkańcy mojej drugiej ojczyzny, Szwecji, spojrzą na Polskę z tym podziwem w oczach, które miewali patrząc na nas zza morza w czasach zwycięstw Solidarności.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Polityk nie jest od mówienia prawdy. Długa rozmowa z Markiem Migalskim

    W wyborach do Europarlamentu osiągnął ósmy wynik w kraju. Czy do polityki poszedł dla pieniędzy? Co sprawiło, że zmienił poglądy? To tylko dwa z wielu tematów, które poruszamy w rozmowie. Profesor Marek Migalski opowiada o tym, jak politycy manipulują wyborcami, ale też o tym, jak się tym manipulacjom przeciwstawić. Czy polityk w krawacie jest bardziej wiarygodny od tego z brodą? Dlaczego głosował na Władysława Kosiniaka-Kamysza? Dlaczego aż 10% wyborców w dniu elekcji jeszcze nie wie, na kogo zagłosuje?

    Potraktujcie tę rozmową jako ponadczasowy poradnik przedwyborczy, bo przecież żyjemy w czasach permanentnej kampanii. Na co zwracać uwagę? Czy czytać programy wyborcze? A może wystarczy spojrzeć kandydatowi/kandydatce głęboko w oczy? Punktem wyjścia do naszej rozmowy jest książka Marka Migalskiego i Macieja Bożka „100 najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych świata i ich znaczenie dla rozumienia polityki”.

    Dziękuję księgarni Miejscownik w Katowicach za pomoc przy realizacji nagrania.

  • Zawłaszczone dzieła sztuki i międzypokoleniowa zagadka. Andrzej Jeznach o „Sprawie diabła”

    Międzypokoleniowa powieść z zagrabionymi dziełami sztuki w tle. Dwie rodziny, jedna nierozwiązana zagadka, która spędza sen z powiek przez kilkadziesiąt lat. Tajemniczy wypadek samochodowy, grabież obrazów w trakcie II Wojny Światowej, a do tego wielka miłość, która nie ma prawa przetrwać, ale czy na pewno? Przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a świat sztuki z przestępczą codziennością. Do tego Jasło, zniszczone przez Niemców w 97%, tajemniczy medalik i dylematy moralne. Zobaczcie rozmowę z Andrzejem Jeznachem, autorem „Sprawy diabła”.

    Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka.

  • Jak urządzano mieszkania w PRL-u? Agata Szydłowska o „Futerale”

    Czy wnętrze z czasów PRL-u było tandetne, czy może jednak ikoniczne? Agata Szydłowska napisała książkę „Futerał. O urządzaniu mieszkań w PRL-u”, w której stara się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Znajdą Państwo w niej opowieści o łazienkach, kuchniach, dużych pokojach, telewizorach i meblościankach, ale też sporo zdjęć, np. pierwszych bloków mieszkalnych z wielkiej płyty na Osiedlu Centrum D5 w Nowej Hucie oraz z fabryki dywanów w Białymstoku. Jak Polska długa i szeroka marzenia były podobne. Najpierw swój kąt, a później jego umeblowanie. Posłuchajcie Agaty Szydłowskiej, która opowiada o swojej najnowszej książce.

  • Nowa książka Vincenta V. Severskiego gotowa, będzie miała ponad 500 stron. Jakie dalsze plany?

    Jeśli nic złego się nie wydarzy, to „Dystopia” ukaże się na kilka dni przed październikowymi wyborami parlamentarnymi. Dlaczego tak bardzo zależy na tym autorowi oraz wydawnictwu? Odpowiedź znajdziecie w rozmowie z Vincentem V. Severskim. Pisarz zdradza także swoje kolejne plany literackie, czyli powrót do Martina i kontynuację „Placu Senackiego 6 PM” – co ciekawe, wiemy już, w którym miejscu świata umiejscowi fabułę. Jest też duża szansa na kontynuację opowieści o Krystynie Skarbek, tym razem Vincent V. Severski i Piotr Niemczyk mają wziąć na warsztat wątek kairski jej życia.

    Zobaczcie rozmowę, miłego odbioru!