Kategoria: Aktualności

  • Samotne święta, czarny humor i wyczekiwanie na powrót ze służby. Rozmowa z Magdaleną Majcher o „Żonach mundurowych”

    Nienormowane godziny służbym, niespodziewane sytuacje, gigantyczny stres. Tak często wygląda praca policjantów i policjantek. Czy często przynoszą w swoich głowach pracę do domu, a może potrafią się odciąć od obowiązków po wyjściu z komendy? Jakie są sposoby odreagowania? Sport, spacery, a może jednak alkohol lub inne używki? Najważniejsze to nie generalizować. Co osoba, to indywidualna historia. Magdalena Majcher porozmawiała z osobami, które żyją w związku z policjantką/policjantem. Niektóre historie są zabawne, inne dramatyczne, a jeszcze inne tragiczne. Przeczytajcie „Żony mundurowych”, wysłuchajcie tych, którzy/które mają drugie połówki w mundurach.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Pascal.

  • Czy psychiatra może przewidzieć osunięcie się hałdy węglowej? Fragment książki „Biuro Przeczuć” Sama Knighta

    21 października 1966 roku nauczycielkę z Londynu wyrwało ze snu silne przeczucie, że wkrótce wydarzy się coś strasznego. Godzinę później w walijskim Aberfan doszło do tragedii – na górnicze miasteczko osunęła się część hałdy węglowej, zabijając ponad sto czterdzieści osób, w większości dzieci. Wśród lekarzy, którzy pojawili się na miejscu, był psychiatra John Barker.  To on – dla jednych szarlatan, dla innych innowator łączący naukowe podejście z otwartością na ezoterykę – wpadł na pomysł niecodziennego badania: postanowił zebrać świadectwa osób, które w jakiś sposób przeczuły tragedię. By je odnaleźć, założył we współpracy z dziennikiem „The Evening Standard” Biuro Przeczuć, które z czasem przekształciło się w bazę danych zawierającą sny i wizje, mające posłużyć jako ostrzeżenia. Przeczytajcie fragment książki „Biuro Przeczuć. Historia psychiatry, który chciał przewidzieć przyszłość”, która ukaże się już 31 stycznia w tłumaczeniu Agnieszki Wilgi.

    W ciągu ostatniej doby cały świat dowiedział się o istnieniu walijskiej wioski o nazwie Aberfan – miejsca, gdzie dzieci zostały pogrzebane żywcem pod górą odpadów węglowych usypanych przez ich ojców. Wolontariusze z Czerwonego Krzyża rozdali między innymi dziesięć tysięcy papierosów. Brytyjska organizacja zajmująca się ochroną zwierząt wysłała na miejsce furgonetkę i pięciu pracowników, którzy chodzili po domach, by sprawdzić, czy zwierzęta nie ucierpiały w wyniku zamieszania i nie wymagają szczególnej opieki (jak się okazało, takie problemy nie występowały). Jeśli na miejscu katastrofy coś było potrzebne, natychmiast przysyłano tego ogromne ilości. Na wieść, że brakuje rękawic, dostarczono sześć tysięcy par. Gdy policja zgłosiła zapotrzebowanie na spycharkę o nazwie „955 Shovel” [Łopata 955], omyłkowo przysłano dziewięćset pięćdziesiąt pięć łopat. Przed kopalnię zajeżdżały nieoczekiwanie ciężarówki pełne konserw, koszul i owoców. W wielu miejscach piętrzyły się zapasy gumy do żucia, mydła, zup i butelek brandy.

    Dostępu do miejsca katastrofy broniła policyjna blokada, ale niemal każdej osobie w mundurze lub dość poważnie wyglądającym samochodzie udawało się ją pokonać. Rankiem 22 października do wioski zajechał ciemnozielony ford zephyr. Za kierownicą siedział wysoki, barczysty mężczyzna w garniturze i pod krawatem. Był to John Barker, czterdziestodwuletni psychiatra pasjonujący się nietypowymi stanami umysłu. Kilka lat wcześniej zmagał się ze znaczną nadwagą, zaczął więc ćwiczyć i stosować dietę opartą na sucharach, dzięki czemu obecnie ubrania nieco na nim wisiały i zdawał się starszy niż w rzeczywistości. Miał podkrążone oczy, mięsiste wargi i ciemne włosy, które zaczesywał na czoło. Był starszym specjalistą w szpitalu psychiatrycznym Shelton na obrzeżach miasta Shrewsbury, oddalonego od Aberfan jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów na północny wschód, ale leżącego już po drugiej stronie granicy Walii z Anglią. W owym czasie pracował właśnie nad książką, w której dociekał, czy można umrzeć z przerażenia.

    W pierwszych relacjach z Aberfan podawano informacje o chłopcu, który zdołał uciec z budynku szkoły bez szwanku, lecz potem zmarł z powodu wstrząsu psychicznego. Psychiatra chciał to sprawdzić, ale na miejscu zdał sobie sprawę, że zjawił się zbyt wcześnie. Wciąż jeszcze odkopywano ciała. „Szybko zrozumiałem, że niezręcznie byłoby w tej sytuacji o niego pytać” – pisał potem. Przeraził się tym, co zobaczył. Sam miał żonę i troje małych dzieci. Na widok spustoszenia robiło mu się niedobrze. Przypominały mu się niemieckie naloty, które przeżył jako nastolatek, dorastając w południowym Londynie, ale tragedia w Aberfan zdawała się jeszcze bardziej wstrząsająca, ze względu na ogromną liczbę ofiar w jednym miejscu, w dodatku tak małych. „Na ulicy stali rodzice zasypanych dzieci, z wyrazem oszołomienia i beznadziei na twarzach. Wielu wciąż płakało. Nie spotkałem tam niemal nikogo, kto by nie stracił kogoś bliskiego”.

    Łatwo było namierzyć gapiów i osoby postronne, które przyjechały do Aberfan bez ważnego powodu. Ludzie krzyczeli na policjantów stojących z boku i pijących herbatę. Ktoś rzucił puszką po tytoniu w fotografa i zbił mu lampę w aparacie. W ciągu dnia zaczęło mżyć, setki osób przekopujących rumowisko przemokły, a ulice, i tak już pokryte odpadami, zalewało błoto. Pojawiły się obawy, że hałda może się znów osunąć i spowodować dalsze nieszczęścia. W wiosce panowało potworne napięcie. Punkty pierwszej pomocy przeniosły się do miejsc bardziej oddalonych od zbocza. Przygotowano klakson, który w razie niebezpieczeństwa miał dać sygnał ostrzegawczy.

    John Barker mógł po prostu wsiąść w samochód i odjechać, ale tak nie zrobił. Od dawna interesowały go tematy makabryczne i niesamowite. Na pierwszy rzut oka był zwyczajnym psychiatrą. Studiował w Cambridge i w szkole medycznej Uniwersytetu Londyńskiego. Ubolewał jednak nad ograniczeniami swojej dziedziny. Wierzył, że „nowy wymiar” psychiatrii tylko czeka na włączenie go w naukę głównego nurtu, o ile da się przekonać lekarzy, żeby zajęli się zagadnieniami i schorzeniami kojarzonymi przeważnie z medycyną alternatywną i szarlatanerią. Barker należał do brytyjskiego Towarzystwa Badań Parapsychologicznych (Society for Psychical Research), które założono w 1882 roku w celu śledzenia zjawisk paranormalnych. W ostatnich latach przed katastrofą w Aberfan jego członkowie interesowali się problematyką przeczuć, czyli sytuacji, gdy ktoś wie, co się zdarzy, zanim to faktycznie nastąpi. Barker był nowoczesnym lekarzem, a w owych ezoterycznych dociekaniach kierował się podejściem, które opisywał jako „świadomy racjonalizm”. Swoje badania prowadził niejako mimowolnie, jakby władała nim potężna i głęboka siła. W kluczowych momentach życia, gdy mierzył się z jakąś barierą lub ostrzeżeniem, parł dalej, nieustępliwie.

    W Aberfan wyczuł, że ma do czynienia z czymś doniosłym, choć nie był pewien, co to takiego. Podczas rozmów ze świadkami katastrofy uderzyły go wzmianki o „kilku dziwnych i poruszających zdarzeniach”. Szkolny autobus wiozący dzieci z pobliskich okolic opóźnił się z powodu mgły i dojechał na Moy Road już po osunięciu się hałdy. Dzięki opóźnieniu jego pasażerowie ocaleli. Pewien chłopiec zaspał, ponoć pierwszy raz w życiu, matka więc pospiesznie wyprawiła go do szkoły. Wyszedł z domu z płaczem, a chwilę potem zginął. Decyzje podejmowane bezmyślnie, automatycznie, na kilka sekund przed osunięciem się hałdy – kubek herbaty przed rozpoczęciem pracy, zwrócenie wzroku w niewłaściwą stronę, odpoczynek na murku – tego rodzaju drobiazgi przesądzały o życiu lub śmierci.

    Barker chciał poznać charakter tych decyzji i ich podłoże. Czy ludzie przejawiali racjonalny lęk czy raczej podświadomą wiedzę? Ciemne, sztuczne usypiska nad Aberfan od dawna oddziaływały na wyobraźnię mieszkańców wioski. Członkowie rodzin pogrążonych w żałobie opowiadali o snach i możliwych znakach. W kilka tygodni po katastrofie matka ośmioletniego Paula Davisa, który zginął w szkole Pantglas, znalazła rysunek przedstawiający liczne postacie przekopujące zbocze góry pod napisem „koniec”. Chłopiec wykonał go w wieczór poprzedzający tragedię.

    John Barker usłyszał też historię o Eryl Mai Jones, dziesięciolatce o „niezbyt wybujałej wyobraźni”. Na dwa tygodnie przed osunięciem się hałdy dziewczynka powiedziała matce, że wcale nie boi się śmierci. „Po co w tak młodym wieku rozmyślasz o śmierci? – odparła jej mama. – Chcesz lizaka?”

    Później zaś nastąpiła rozmowa opublikowana po pewnym czasie przez Barkera na podstawie relacji miejscowego pastora Glannanta Jonesa, pod którą podpisało się oboje rodziców dziewczynki:

    Na dzień przed katastrofą Eryl Mai powiedziała do matki:

    Mamusiu, chcę ci opowiedzieć, co mi się dzisiaj śniło.

    Matka odparła łagodnie:

    Kochanie, nie mam teraz czasu. Opowiesz mi później.

    Dziecko:

    Nie, mamo, musisz posłuchać. Śniło mi się, że poszłam do szkoły, ale szkoły nie było. Zasypała ją góra czegoś czarnego!

    Następnego ranka dziewczynka poszła do szkoły i tam zginęła.

    Johna Barkera pociągały eksperymenty. Po katastrofie w Aberfan wpadł na pomysł niecodziennego badania. Zważywszy na szczególny charakter zdarzenia i jego przemożny wpływ na świadomość ludzi w całym kraju, postanowił zebrać jak najwięcej przypadków osób, które w jakiś sposób tę tragedię przeczuły, i czegoś się o nich dowiedzieć. Napisał do Petera Fairleya, redaktora działu naukowego w londyńskiej gazecie „Evening Standard”, z prośbą o nagłośnienie tych poszukiwań. […]

    *

    John Barker otrzymał siedemdziesiąt sześć odpowiedzi na swój apel w sprawie osuwiska w Aberfan. […] Psychiatra odpisał na otrzymane listy i zadzwonił do ich nadawców, żeby spytać o szczegóły i dostępnych świadków. Spośród sześćdziesięciu dość prawdopodobnych przeczuć dwadzieścia dwa miały oparcie w dowodach wskazujących, że zostały opisane, zanim jeszcze hałda numer siedem zaczęła się ruszać. Zebrany materiał przekonał Barkera, że zdolność do przeczuć wcale nie jest w społeczeństwie czymś niespotykanym – jak podejrzewał, może ona występować równie często jak leworęczność. Wizja Eryl Mai Jones, dziewczynki zmarłej w Aberfan, stanowiąca przykład „czystego przeczucia”, jak i szczegółowy opis przedstawiony przez Constance Milder podczas seansu spirytystycznego wydały mu się równie zdumiewające.

    Johna Barkera jako lekarza wyjątkowo interesowały relacje siedmiu respondentów, u których przeczuciom towarzyszyły objawy zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Do osób tych oprócz Grace Richardson należała także panna Middleton, która obudziła się, krztusząc się z przerażenia. Inna kobieta, pracująca w bankowym dziale badań, doświadczyła natomiast „silnych fal”, które w okresie poprzedzającym katastrofę co dwie godziny zakłócały jej koncentrację. Większość ludzi należących do tej grupy uważała swoją zdolność jasnowidzenia za cechę stałą, a zdolność przeczuwania zdarzeń dostrzegała u siebie od lat.

    Do owej siódemki należał też Alan Hencher, pracownik pocztowej centrali połączeń międzynarodowych. Swój list napisał 29 października, czyli w dzień po ukazaniu się artykułu Fairleya, lecz w przeciwieństwie do pozostałych respondentów, którzy zdawali się albo niepewni, albo przesadnie skupieni na tym, by wypaść przekonująco, Hencher pisał w sposób dość beznamiętny: „Przyjmuję, że jestem w stanie przewidzieć pewne zdarzenia, ale nie mam pojęcia, jak to się dzieje ani dlaczego”.

    Na dwadzieścia cztery godziny przed katastrofą w Aberfan siedział po godzinach w pracy, w głównym urzędzie pocztowym, mieszczącym się w Faraday Building w pobliżu Tamizy w londyńskim City. Według jego relacji wszystkie wcześniejsze przeczucia poprzedzała narastająca przez kilka dni silna migrena, „jakby na głowie zaciskano mi stalową obręcz”. Natomiast jeśli chodzi o katastrofę w Aberfan, doznania pojawiły się nagle:

    Uderzyło mnie to nagle, bez ostrzeżenia. Zacząłem się cały trząść, poczułem się ospały i nie mogłem się skoncentrować na pracy. Gdy kobieta siedząca obok spytała mnie, czy nie jestem chory, powiedziałem jej, że gdzieś w kraju ma miejsce wielka katastrofa, która może pochłonąć wiele ludzkich istnień. Nie byłem w stanie dokładnie określić miejsca zdarzenia, zresztą nigdy tego nie umiałem. (Od tamtej pory owa koleżanka patrzy na mnie z wielką troską i chyba stara się unikać przebywania koło mnie).

    John Barker postawił tezę, która całkiem by pasowała do książki Davida Enocha na temat rzadkich chorób i zaburzeń: stwierdził, że być może istnieje coś takiego jak „syndrom prekatastrofalny”, doświadczany przez niewielką część ludzi. Podejrzewał, że u pewnych osób mogą występować szczególne doznania fizyczne poprzedzające ważne lub emocjonujące zdarzenia, jak u bliźniąt, które twierdzą, że odczuwają nawzajem swój ból, nawet jeśli dzielą je setki kilometrów. „Czy może jest to nieznany dotąd syndrom medyczny lub psychosomatyczny, pokrewny poniekąd zjawisku określanemu mianem »współczującej projekcji bólu«? – pytał Barker w artykule opublikowanym w roku 1967 w periodyku Towarzystwa Badań Parapsychologicznych. – Czy objawy występujące u tych jednostek biorą się ze swoistej telepatycznej »fali wstrząsu« wywołanej katastrofą? Lecz jeśli tak, to dlaczego doświadcza się ich z wyprzedzeniem, a nie dopiero w czasie zdarzenia […]? Nie ulega wątpliwości, że owe »ludzkie sensory katastrof« wymagają dalszej analizy, w tym być może pełnego badania psychiatrycznego”.

    W przeczuciach dotyczących katastrofy w Aberfan Barker dostrzegał coś ogromnie obiecującego, lecz zauważał też trudności typowe dla tego rodzaju badań. Podobnie jak w większości przypadków nadzwyczajnej intuicji materiał można zebrać dopiero po fakcie. Należy też zadać sobie pytanie metafizyczne: co właściwie odczuwa ktoś, kto ma przeczucie – czy w jakiś sposób odbiera samo zdarzenie, czy raczej wstrząs i smutek przez nie spowodowane? „Katastrofy w Aberfan nie da się oddzielić od wieści o niej” – pisał lekarz. Jak zatem można wykorzystać przekazywane informacje? Barker przyznawał, że nawet gdyby ostrzegawcze sny i przeczucia od razu upublicznić, nie było powodu, dla którego ktoś miałby im wierzyć lub podejmować na ich podstawie konkretne działania: „Po pierwsze dlatego, że byłyby zapewne niedostatecznie jasne, po drugie zaś nie istniał żaden kanał służący do przekazywania ich odpowiednim władzom”. Osoby, które zgłosiły się w odpowiedzi na artykuł Fairleya, po prostu cieszyły się, że ktoś chce ich wysłuchać. „Oto moje fakty! – pisała wspomniana pracownica banku. – Chętnie korzystam z okazji, żeby Państwa o tych sprawach informować, bo ludzie zwykle są skłonni uznawać człowieka za wariata”.

  • Najlepsze książki, które przeczytałem w 2023 roku

    To już tradycja, pierwszego dnia roku ogłaszam listę najlepszych książek, które przeczytałem w roku poprzednim. Co najbardziej spodobało mi się w 2023 roku? Przedstawiam listę. Książek jest 11 – wszystkie polecam, wszystkie rekomenduję jako lekarstwo na bolączki współczesnego świata. Kolejne zestawienie już za rok, a po kliknięciu w okładkę przeczycie więcej o interesującym Was tytule. 

  • Hrabal, Rokita, wąchanie książek – Robert Makłowicz o literaturze

    Ostrzegano mnie, że to nie poza na intelektualistę, że Robert Makłowicz naprawdę sporo czyta i ma dużą wiedzę o literaturze. To nawet dobrze, pomyślałem, bo będziemy przecież rozmawiali o książkach. Okazało się, że jest uzależniony od słowa pisanego, czyli idealnie pasuje do naszego klubu książkoholików. W rozmowie pojawiły się wątki skandynawskich kryminałów, klasyki literatury, przyszłych noblistów, a także pewnego wojaka, na którego wołają Szwejk. Jest też o wąchaniu książek, telewizji, jedzeniu przy czytaniu.

    Dziękuję Edo Fusion Restaurant w Krakowie za pomoc przy realizacji nagrania, a także Wydawnictwu Wysoki Zamek (wydawcy książek Roberta Makłowicza) za zorganizowanie wywiadu. Smacznego!

  • Styczniowe premiery, na które czekam

    Styczeń za rogiem, zaczynamy więc noworoczne zapowiedzi ciekawych tytułów. Nie jest ich za dużo, ale ważne, że są, chociaż mamy przecież jeszcze tegoroczne zaległości. Na które książki czekam? Lista poniżej. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującej Was premierze. Chyba, że takiej strony jeszcze nie ma, to zostaje podziwianie okładki. Niniejszym uważam rok 2024 za otwarty, smacznego!

  • Najodważniejsza książka świata – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nie ma większej odwagi w literaturze niż ta, którą mają pisarki tworzące autofikcję. Oczywiście nie chodzi o naiwną autobiograficzność, o ekshibicjonizm rodem z mediów społecznościowych. Po prostu zdarzają się czasem autorki jak noblistka Annie Ernaux, które w autobiografizmie potrafią wyrazić ducha czasów i dotrzeć do najgłębszej prawdy o ludzkiej egzystencji. I taką właśnie pisarką jest Agneta Pleijel, moim zdaniem znacznie lepsza od Ernaux (którą też uwielbiam). Trochę pech, że jest Szwedką, bo Szwedzi Nobla dostają wyjątkowo rzadko, a ona go dostać powinna.

    Kiedy zaczęła pisać prozę, a powieścią debiutowała późno, po czterdziestce, starszy kolega Per Olov Enquist doradził, żeby pisała o tym, co ją boli. Posłuchała go. Potrafi być bezwzględna w obnażaniu własnych ran, życiowych błędów, kompleksów, traum i obszarów niepewności. Kiedy pisała swoją najnowszą powieść, trzecią część autobiograficznej trylogii, jej mantrą było, że w literaturze nie wolno tchórzyć. I nie stchórzyła, o nie. Myślę wręcz, że napisała jedną z najodważniejszych i najbardziej wyzwalających książek, jakie w życiu czytałam. I niby nie powinno się mówić o kobiecym wieku, ale jednak trzeba, bo „Sniglar och snö” -„Ślimaki i śnieg” napisała osoba po osiemdziesiątce. Złamała tą książką wiele tabu i zaprzeczyła licznym stereotypom. Wśród nich przekonaniu, że z wiekiem stajemy się bardziej konserwatywni i niezdolni do zmieniania rzeczywistości, że tylko młodość – buhahahahaha- jest wizjonerska, śmiała i zbuntowana.

    Odwaga, także w świecie literatury, jest uniwersalna, ale zawsze ma swój kontekst społeczny i kulturowy i to od kontekstu zależy, czym brak strachu się wyraża. Bo w braku strachu zazwyczaj chodzi o to, by iść pod prąd, wbrew cudzym oczekiwaniom. Pleijel jest szwedzką intelektualistką i feministką, która jak podsumowała to recenzentka „Svenska Dagbladet” : „z precyzją pokazuje, czym jest podejmowanie decyzji będących całkowicie wbrew naszym przekonaniom o tym, czym jest niezależność i wyzwolenie”.

    Jakie są te współczesne przekonania niezależności w indywidualistycznej, nowoczesnej Szwecji? Może zacznę od anegdoty. Jakiś czas temu rozmawiałam ze szwedzką znajomą, moją rówieśniczką. Powiedziała mi, że we wczesnej młodości nigdy, przenigdy nie marzyła o namiętności. Albo o romantycznej miłości. Absolutnie nie! Chciała związku równouprawnionego, tylko to ją interesowało. Niestety relacja, w której wychowała dzieci za bardzo równouprawniona nie była i dlatego się rozpadła. Słuchałam jej w zdumieniu. Nie z powodu informacji, że także w szwedzkich związkach równouprawnienie nie działa. Poraził mnie raczej brak marzeń o namiętności. Przez głowę przemknęła myśl: czy Karl Ove Knausgård miał rację, kiedy napisał, że Szwedzi są jednookimi cyklopami, ofiarami inżynierii społecznej? Czy myślenie feministyczne i życie w kraju wielkiego równouprawnienia oznacza, że nie możemy już oszaleć z miłości? Dążyć do niej? Nie można już łączyć namiętności z jakąś formą trancendencji? Czy jeśli to robimy jesteśmy naiwne i głupie?

    Otóż nie, ale tylko wtedy, gdy mamy w sobie odwagę i wewnętrzną uczciwość. Taką jak Agneta Pleijel. Czytelnicy dwóch pierwszych tomów jej trylogii, czyli „Wróżby” i „Zapachu mężczyzny” (po polsku w świetnych przekładach Justyny Czechowskiej), wiedzą, że Pleijel z bezwzględną szczerością opowiedziała o sobie dwudziestoletniej i trzydziestoletniej lądującej w bardzo przypadkowych łóżkach z równie przypadkowymi mężczyznami. Wszystko w imię bycia wolną i nowoczesną, inną niż jej złamana rozpadem małżeństwa, wyznająca tradycyjne wartości matka. Bohaterka Pleijel, o której autorka pisze raz w pierwszej, a raz w trzeciej osobie, zawsze szukała wielkiej miłości, ale bardzo długo znajdowała głównie seks, chwile epifanii oraz prześladujące ją poczucie, że nie jest warta miłości i nigdy jej nie znajdzie (napisanie czegoś takiego w racjonalnym kontekście szwedzkim jest, uwierzcie mi, dużą odwagą). W trzecim tomie autobiograficznej powieści bohaterka Pleijel czyli ona sama ma już czterdzieści lat, dziecko, nieudane małżeństwo za sobą i jest pierwszą w historii kobietą-szefową działu kultury dziennika „Aftonbladet”. Poza tym jest cenioną dramatopisarką i poetką, planuje powieść i jest też wiecznie czyjąś kochanką, trochę taśmowo zalicza kolejne nieudane romanse. Wszystko do chwili gdy pojawia się on, M. Oczywiście zarówno w Szwecji jak i w Polsce czytelnicy Pleijel wiedzą kim jest M – to jej mąż od lat przeszło czterdziestu, wybitny reportażysta Maciej Zaremba. O różnicach w szwedzkim i polskim stosunku do miłości i erotyki opowiedzieli w mojej książce „Szwedzka sztuka kochania”.

    Maciej Zaremba Bielawski, fot: smakksiazki.pl

    Ślimaki i śnieg” to przede wszystkim (choć nie tylko!) historia ich związku bez odrobiny pudru. Związku widzianego tylko od strony kobiety. To opowieść o miłości prawdziwej, ale zupełnie nieprzefiltrowanej. I jest to miłość wielka. Porozumienie dusz i ciał. Miłość zbuntowana i odważna, bo ona jest od niego o 11 lat starsza, a kiedy się poznają  jest znaną szwedzką intelektualistką, podczas gdy on operatorem dźwigu z Polski. Jednak potem nic nie jest jak w bajce. Kochają się, ale mają problemy: finansowe, z dziećmi z poprzednich związków, z pracą. Dzień po ich ślubie córka Agnety zostawia jej w pokoju karteczkę „Nie mam już mamy”. Z kolei parę tygodni przed ślubem narzeczona dowiaduje się, że ukochanemu za czas jakiś urodzi się kolejne dziecko – owoc relacji w Polsce, gdzie jeździł z pomocą Solidarności. Co robi narzeczona? Odchodzi odziana w feministyczny pancerz, indywidualistycznie szczęśliwa, że postawiła na siebie? Na swój rozwój? Otóż nie. Ona wybacza, bo kocha, biorą ślub. Intelektualna ikona feminizmu, pierwsza kobieta zarządzająca działem kultury w wielkiej gazecie w pełni świadomie dokonuje wyboru zupełnie niezgodnego z duchem epoki, ale w pełni zgodnego z nią samą. Przeżywają razem jakieś dziesięć dobrych lat. Wtedy M oznajmia Agnecie, że nadal ją kocha, ale kocha też inną kobietę, Polkę. 

    Agneta Pleijel, fot: Goran Segeholm/Norstedts

    Chce żyć z tamtą, wyjeżdża do niej, ale nie chce tracić żony. Co robi silna, niezależna finansowo, samoświadoma pisarka odnosząca sukcesy? Czeka na M, sypia z nim, kiedy przyjeżdża do Sztokholmu, kocha, cierpi, pije, pali, podróżuje, ma innych kochanków, chodzi na jungowską psychoanalizę, pracuje i tęskni. Trwa to kilka lat, a kiedy w końcu chce z nim zerwać na zawsze, on do niej wraca. I ona mu wybacza. I nie jest tak, jak mówią „ludowe mądrości”, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a po zdradzie związek już nigdy nie będzie dobry. Właśnie po zdradzie staje się lepszy, nareszcie szczęśliwy , może dlatego, że oboje dojrzeli i coś zrozumieli. Powiecie: banalna historia, schemat stary jak świat, albo: po co grzebać w tym, co było, a nie jest. Powiecie: skandal. Powiecie: typowy facet, jak mógł? Powiecie: jak ona mogła? Dlaczego tak nisko się ceniła?. Ale powieść Pleijel pokazuje, że nic z tego, co przed chwilą z siebie wyrzuciliście pod wpływem miliona dość płytkich kulturowych przekonań (także na temat zdrady) nie jest prawdą. To znaczy może jest waszą prawdą, ale jej, bohaterki Pleijel już nie. Rację miał za to hinduski filozof Jiddu Krishnamurti, gdy mówił „Niedojrzałość polega jedynie na zupełnej nieznajomości siebie. Zrozumienie samego siebie jest początkiem mądrości”. Pleijel w całej swojej trylogii pokazuje, czym jest dochodzenie do zrozumienia siebie, swojej drogi i tkwi w tym wielka mądrość. A poza tym czy to nie jest dowód prawdziwej miłości, że mężczyzna, który jest zawsze pierwszym czytelnikiem swojej żony, nie robi w jej powieści o niej, ale przecież także trochę o nim, żadnej poprawki, która miałaby go wybielić?

    Ślimaki i śnieg” to opowieść o jednostktowym doświadczeniu, o prawdzie jednej kobiety, jednej patchworkowej rodziny, jednego związku, ale zarazem historia uniwersalna, której autorka podjęła ryzyko absolutnej, boleśnie pięknej uczciwości. Ryzyko, które dla wielu ludzi jest niemożliwe do podjęcia nawet w myśleniu o sobie, co dopiero w pisaniu o swoich wyborach i życiu. No i jest to książka genialna, wywracająca do góry nogami wiele przekonań. Czekajcie na nią i nie przegapcie. Justyna Czechowska twierdzi, że przekład powinien być gotowy za jakiś rok.

    Katarzyna Tubylewicz

  • 54 kroki od Agathy Christie, czyli spałem w tym samym hotelu w Asuanie!

    Dobra, polecę i zobaczę. W sumie to polecę, a potem pojadę. Najpierw do Kairu, potem 14 godzin pociągiem do Asuanu i jest. Old Cataract Hotel, czyli miejsce, w którym mieszkała Agatha Christie pisząc „Śmierć na Nilu”. Jak było? Zależy.

    Kair to miejsce, do którego nie chcę już wracać, podobnie jak do jeżdżenia egipskimi pociągami, bo pierwsza klasa tam, znaczy zupełnie coś innego niż u nas. Tak bardzo nie chciałem podróżować z Asuanu do Kairu pociągiem, że…wybrałem samolot 🙂 Zobaczcie materiał z egipskiej podróży, zobaczcie apartament, w którym mieszkała Christie, poczujcie klimat i posłuchajcie opowieści różnej treści, po prostu bawcie się dobrze! Zwróćcie też uwagę na świetną serię książek pisarki (tę w twardych oprawach), która ukazała się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego. 

     

  • W USA nie jestem gościem, ale nie jestem też u siebie. Rozmowa z Grzegorzem Dziedzicem

    Wyjechał z Polski ponad dwadzieścia lat temu. Zaczynał od pracy fizycznej, teraz jest psychoterapeutą i pisarzem. Poznając historię Grzegorza Dziedzica miałem z tyłu głowy Macieja Zarembę Bielawskiego, który najpierw był robotnikiem na budowie, a finalnie został jednym z najbardziej szanowanych publicystów w Szwecji. Z Grzegorzem Dziedzicem, autorem książek „Żadnych bogów, żadnych panów” oraz „Gangway” rozmawiam w Valparaiso – mieście, które stało się dla niego przystanią, a może i portem docelowym.

    Uzależnienia, również własne, pisanie kryminałów, planowana powieść drogi z miłością w tle, Polacy w Chicago i inteligencja, która jest problemem w wychodzeniu z nałogów, tęsknota emigranta. To niektóre tematy, które pojawiają się w naszej rozmowie, którą nazwaliśmy świąteczną, bo jest dość przekrojowa.

    Spokojnego świątecznego czasu dla Państwa!

  • Zemsta, sztuka, Bruno Schulz – rozmowa z Michałem Jędryką o „Wielkiej herezji”

    W tej książce wszystko jest fikcją, oprócz tego, co jest prawdą. Oczywiście Bruno Schulz żył, pisał, malował, czego dowodem jest obraz, przy którym w Muzeum Literatury nagraliśmy rozmowę (dziękujemy!). Prawdziwy jest też obraz, chociaż po przeczytaniu książki mogą Państwo w to zwątpić, ale nie powinniście. Fikcyjny jest główny bohater, marszand, który lubi swoje luksusowe życie, a także także swoją asystentkę. Chociaż wieść gminna niesie, że taki ktoś istnieje. Czy istnieje ktoś taki jak książkowy Dostawca, który zawodowo zajmuje się czymś, czym zajmować się nie powinien? Być może, chociaż nie jest to potwierdzone. Podobno miliarderzy ze wschodu bardzo interesują się inwestowaniem w światową sztukę, ale czy tak jest? Może tak być, ale wcale nie musi.  Dajcie się porwać intrydze ze sztuką w tle, poznajcie dwoje policjantów, którzy tak się od siebie różnią, że aż dobrze im się współpracuje.

    Materiał powstał w ramach (he, he, prawie jak obraz) płatnej współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.