Kategoria: Aktualności

  • Miłość do klubu stała się miłością do pieniędzy. Rozmowa z Marcinem Pietraszewskim o „Wojnach niebieskich”

    Jeśli spodziewacie się książki o piłce nożnej, to nie ten adres. To nie jest historia o tym, czy Ruch Chorzów dobrze gra, czy ma potencjał na utrzymanie w najwyższej lidze, ani też o czternastu tytułach mistrza Polski. To rzecz o ludziach, którzy mogą dogadać się z każdym, gdy w grę wchodzą duże pieniądze, bo barwy klubowe schodzą wtedy na dalszy plan. „Wojny niebieskie” Marcina Pietraszewskiego to opowieść o patologii, dla której sport jest tylko dodatkiem. Często niepotrzebnym.

    Co znajdziecie w książce? Rzeczy, które mogą wydawać się fantastyką. Włamanie do Huty Batory i kradzież złomu? Proszę bardzo. Okradzenie tego samego skupu złomu i ponowne sprzedanie towaru w innym miejscu? Jest. Wyniesienie z krematorium w Rudzie Śląskiej dwudziestu tysięcy złotych? Wiadomo, do zrobienia. Wysłanie kuriera pociągiem do Warszawy, żeby tam odebrał pewną zakazaną substancję i wrócił z nią do Chorzowa? Bez problemu. Skatowanie człowieka na śmierć? Występuje. Wyrzucenie z tramwaju pasażera o innym kolorze skóry? No jasne, do zrobienia. Zakopanie przy sektorze gości ładunków wybuchowych, których eksplozja mogła doprowadzić do tragedii? Do usług. Handel węglem i lewe faktury? Nie ma sprawy. Wyłudzanie podatku VAT? Kaszka z mleczkiem. Podszywanie się pod funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego? Załatwione. Mszczenie się na byłych kolegach, którzy poszli na współpracę z policją? Obecne! Pobicie ze skutkiem śmiertelnym? Do zrobienia. Okradzenie siedziby własnego klubu? Zapraszamy!

    Marcin Pietraszewski długo zastanawiał się nad napisaniem tej książki. Słusznie bił się z myślami, czy aby spisanie historii gangsterów nie przyniesie im dodatkowej sławy i rozgłosu. Jednak to wszystko, o czym pisze „Pietrucha”, jest w aktach, które jako dziennikarz zna bardzo dobrze, bo od dawna zajmuje się działką policyjno-prokuratorską. Okazuje się, że w przestępczym świecie nie ma przywiązania do barw. To wszystko wydmuszka, bo gdy w grę wchodzą duże pieniądze, można dogadać się i z kibolami Zagłębia Lubin i Legii Warszawa. Liczy się kasa. Czym więcej, tym lepiej.

    W „Wojnach niebieskich” przeczytacie także o Śląsku i przemianach w tym regionie. Czy zamykanie kopalń i postępująca bieda wpływały na to, że do bojówki Psycho Fans garnął się nowy, młody narybek? Co mu imponowało? Wyżej postawieni w hierarchii, jeżdżący wypasionym brykami, dobrze ubrani koledzy ze stadionu? A może sam fakt akceptacji w środowisku, uznanie za swojego w grupie? Pewnie trochę tego, trochę tego.

    Książka Pietraszewskiego to nie tylko opowieść o patologii. Nie tylko o usiłowaniu zabicia człowieka, który otrzymał 64 ciosy maczetami. To też historia o policji i wymiarze sprawiedliwości. W 2010 roku policjanci przeprowadzili akcję „Armagedon”, w wyniku której w kilku miastach zatrzymano członków bojówki. Akcja „Armagedon II” miała miejsce osiem lat później. Czy da się wygrać z gangsterami? Czy to hydra, której głowy zawsze odrosną? Dodam tylko, że członkowie gangu chcieli włamać się do laptopa prokuratora prowadzącego sprawę przeciwko nim i podrzucić mu treści związane z dziećmi, a gdy to się nie udało, planowali pobicie go ze skutkiem śmiertelnym. Na szczęście tylko planowali. Część z wysoko postawionych członków grupy zdecydowała się na współpracę z policją i prokuraturą, czym, z jednej strony zapewniła sobie status małych świadków koronnych, ale z drugiej, naraziła się na zemstę i pogardę ze strony byłych kolegów. Materiał powstał przy płatnej współpracy z Wydawnictwem Agora. 

  • Które premiery do marcowego koszyczka? Są potencjalnie ciekawe tytuły

    Jeśli planujecie zrobić świąteczne zapasy książkowe, to uspokajam, w marcu jest w czym wybierać. Moją uwagę przykuły poniższe tytuły, kilka z nich już przeczytałem, więc będę polecał w marcu z czystym sumieniem, a reszta mnie po prostu interesuje. Pewnie wszyskich nie dam rady przeczytać, ale będę się starał jak najwięcej, bo kuszą. Pamiętajcie, że klikając w interesującą Was okładkę przeniesiecie się na stronę księgarni/wydawnictwa, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule. Czegoś Waszym zdaniem brakuje? Dopiszcie w komentarzu. Smacznego!

    Wiadomość z ostatniej chwili: „Paradoks łosia” jednak w kwietniu. 

  • Suma dobrych czynów nie wymaże jednego złego. Rozmowa z Michałem Zgajewskim o „Strażniku jeziora”

    Jak jest z kryminałami, wszyscy wiemy: dużo osób je pisze, więc i sporo się wydaje. Wybór niby spory, bo przecież pula pisarek i pisarzy będących na rynku od lat jest pokaźna. Przyzwyczajamy się do twarzy, nazwiska, każda kolejna książka nakręca też poprzednie. Jak sprawy mają się z debiutami? Przyznam szczerze, że tutaj jakoś trudno mnie zaskoczyć i przykuć do lektury, bo zawsze coś. To bohater jakiś miałki, to akcja rodem z fantastyki, to jeszcze coś innego. Dlatego gdy dostałem do czytania „Strażnika jeziora”, to najpierw skusiło mnie Jezioro Żywieckie, bo w tamtych rejonach kilka materiałów w poprzedniej pracy zrobiłem. Nie będę pisał, że jest to książka nieodkładalna, najlepsza, że zarwiecie przy niej noc, ale napiszę, że gdybym nie wiedział, że to debiut, to nigdy bym tak nie pomyślał.

    Michał Zgajewski poznaje nas z Norbertem Krzyżem, prywatnym detektywem, który jest nim bardziej z konieczności niż z wyboru, bo był moment, gdy nosił policyjny mundur. Stało się jednak coś, co sprawiło, że musiał zmienić robotę. Przepraszam, że tak nie wprost, ale rozumieją Państwo – jesteśmy przed premierą. Mamy też wspomniane Jezioro Żywieckie, które skrywa własne tajemnice, także te mroczne. Wszystko doprawione jest słowiańską mitologią i ostrymi brzmieniami pewnego zespołu. Czy Krzyżowi uda się połączyć wydarzenia sprzed blisko sześćdziesięciu lat ze współczesnymi morderstwami? Czy historia jeziora ma drugie dno? I kto jest jego tytułowym strażnikiem? O tym przekonacie się po części oglądając materiał, ale przede wszystkim czytając książkę.

    Materiał powstał przy płatnej współpracy z Wydawnictwem Agora, ale w dzisiejszych czasach trzeba zaznaczyć, że wynagrodzenie nie ma wpływu na moją opinię o książce.

  • Gdy mąż staje się kobietą, rozmowa z Selją Ahavą

    To była wspaniała wyprawa ze Sztokholmu do Helsinek. Kilkanaście godzin promem w jedną stronę, więc było sporo czasu na czytanie, myślenie, podziwianie pokrytego lodem morza. W stolicy Finlandii spotkałem się z Selją Ahavą, której książka „Zanim mój mąż zniknie” właśnie ukazuje się w Polsce nakładem Wydawnictwa Relacja w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej i Aleksandry Wróblewskiej. Nie będę Was okłamywał – to jest nie jest mocna rzecz. To jest bardzo mocna rzecz. Wyobraźcie sobie, że po dziesięciu latach wspólnego życia Wasz partner/partnerka oznajmia, że od zawsze chciała być kobietą/chciał być mężczyzną.

    Ta książka stawia pytania o to, dokąd można nagiąć miłość, co można zaakceptować. Czy widok męża używającego kosmetyków żony jest jeszcze do przełknięcia? A jeśli tak, to czy mąż w sukience żony jest do zaakceptowania?

    Bohaterka książki chce zapamiętać swojego męża, zanim całkowicie zniknie: kim był, jak się poruszał, jak zaraz po przebudzeniu siedział na niebieskiej kołdrze i oddychał. Chce udowodnić, że kiedyś miała męża. Ale inne obrazy niespodziewanie wyłaniają się ponad pozostałymi: Kolumb całujący piasek Indii. Kolumb rysujący mapę, na której umieszcza góry, wyspy i porty. Kolumb krzyczący w burzy: „Indie były tam!”.

    Bardzo serdecznie dziękuję Szymonowi Wołkowiczowi z Holiday Tour, który ogarnął temat promu – więcej usłyszycie w materiale, który powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Relacja. 

  • Śladami „Baldura” po Islandii

    Śnieg, wiatr, czyli moje ulubione warunki do pracy. Na Islandii spotkałem się z Bereniką Lenard i Piotrem Mikołajczakiem z icestory.pl, którzy napisali thriller psychologiczny „Baldur. Wyspy Białego Słońca”. Pojechaliśmy tu i tam, nagraliśmy to i owo, czego efektem jest materiał, który za moment obejrzycie. Sporo w „Baldurze” mrocznych historii z Beskidu Niskiego, a także z Islandii. Czy można uciec przed przeszłością? Czy traumy można dziedziczyć? Na pomysł jakiej aplikacji wpadli Berenika i Piotrek? Książkę przeczytacie koniecznie, bo początek serii zapowiada się bardzo dobrze – czyli w skrócie – polecam. Jeśli wybieracie się na Islandię, to spokojnie możecie wybrać się śladami Baldura – będą Państwo zadowoleni, bo w książce dzieje się naprawdę sporo. Wszystko zaczyna się od pewnego filmiku nagranego telefonem komórkowym, który zmienia życie głównego bohatera. Wraca do niego przeszłość, którą zostawił, tak mu się wydaje, w Polsce, a konkretnie w Beskidzie Niskim.

    Co dla mnie ważne, Berenika i Piotrek wiedzą, o czym piszą. Bo zarówno Polska jak i Islandia jest im doskonale znana, więc jeśli czytam, że coś wydarzyło się tutaj i tutaj, to mam pewność, że tam byli, widzieli, sprawdzili. Dobra, nie zabieram Wam więcej czasu, zobaczcie materiał i sięgnijcie po książkę, a jeśli chodzi o Islandię, to oczywiście polecam. Ja zawsze na północ podróżuję ze swoim jedzeniem, co może się wydać dziwaczne, ale naprawdę to obniża koszty (wysokie) funkcjonowania na miejscu. Wiadomo, że jeśli lecicie na tydzień lub dwa, to nie weźmiecie chleba na zapas, ale jak na kilka dni, tak jak ja, to spokojnie jest to temat do ogarnięcia. Gdyby coś, służę kulinarną radą. Zostawiam Was z Bereniką i Piotrkiem, chociaż na początku ja też się pojawię. 

    Współpraca płatna z Empik Go.

  • Nowa szansa na ratowanie polskiego czytelnictwa? Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Wyobraźmy sobie instytucję kultury, która ma wręcz nadmiar dużych i bardzo atrakcyjnych lokali w całym kraju oraz sporo pieniędzy i pracowników, którzy dwoją się i troją, by aranżować wydarzenia kulturalne na najwyższym poziomie. W jednym z lokali naszej tajemniczej instytucji w samym centrum Sztokholmu można było w ostatnim czasie wziąć udział w świetnym festiwalu literackim, a potem w sympozjum na temat seksualności w filmach Bergmana, posłuchać „Purple Rain” Prince’a i najlepszych utworów Stinga w wykonaniu chóru (pięknie tak, że miał człowiek ciarki) i wziąć udział w tęczowej potańcówce organizowanej z okazji toczącego się w mieście festiwalu Pride. Poza tym przez cały rok można było tam wpadać na spotkania z pisarzami, a czasem obejrzeć też spektakle tańca współczesnego, na przykład w wykonaniu genialnej Finki Virpi Pahkinen. I wszystko to za darmo! W przepięknym budynku z XVII wieku wzniesionym na planie rotundy, z marmurową podłogą pod stopami, wśród rzeźb i obrazów. Jest to tylko jeden z przykładów lokalnej działalności instytucji, która oferuje podobne programy w całym kraju, na Targach Książki w Göteborgu ma swoją własną scenę, na której pojawiają się najlepsi pisarze, a poza tym rozdaje hojne stypendia i nagrody kulturalne. Co to za cud instytucjonalny spytacie? Jakaś nowa sieć super domów kultury? Nie wiem, czy Was to zdziwi, czy nie, ale chodzi o Kościół Szwecji.

    www.unsplash.com/Karl Fredrickson

    Tak, protestancki Kościół Szwecji działa w najbardziej zsekularyzowanym kraju świata, bo tak Szwecję opisują socjolodzy i w związku z tym znalazł sobie w ostatnich latach wiele nowych obszarów działalności. Wiernych nie ma na mszach, ale na niektóre spotkania literackie przychodzą tłumnie i wtedy też można, choć nie trzeba, rozmawiać o wartościach. W kościołach odbywają się też zajęcia medytacji, lekcje jogi, a także warsztaty szycia i reperowania odzieży prowadzone przez uchodźców (chodzi o to, by jednocześnie działać na rzecz ekologii i niewyrzucania ubrań i na rzecz integrowania nowoprzybyłych). Generalnie jest tak, że Kościół Szwecji szuka nowych dróg na to, by dawać ludziom szansę na przeżycia wspólnotowe i coś dobrego, a mało jest tak dobrych przeżyć wspólnotowych, jak ciekawa rozmowa poprowadzona z autorem książki. We wspomnianym wcześniej kościele Hedvig Eleanora na sztokholmskim Östermalm wywiady z pisarzami prowadzi często proboszcz Sven Milltoft, który jest z wykształcenia nie tylko teologiem (szwedzcy pastorzy kończą studia na zwykłych uniwersytetach i dopiero potem robią rok seminarium), ale też psychoanalitykiem, więc do rozmów o książkach chętnie wplata myśli Junga i Freuda.

    I tak się właśnie zastanawiam. I„can’t help but wonder” jak napisałaby Carrie Bradshaw z trochę już zapomnianego „Seksu w wielkim mieście” : czy nie mamy tu czegoś ciekawego do ściągnięcia i zaaplikowania po drugiej stronie Bałtyku?

    www.unsplash.com/Dolina Modlitwy

    Polska jest tym krajem, w którym dokonuje się obecnie najszybsza na świecie sekularyzacja, zaufanie do Kościoła Katolickiego spadło w ostatniej dekadzie z 65 do 48 procent i polscy socjolodzy zaczynają opisywać zjawisko jako sekularyzację „galopującą”. W ostatnim dwudziestoleciu aż o jedną trzecią spadła liczba regularnie praktykujących, dramatycznie spada też liczba uczniów chodzących na religię i rośnie grupa ludzi, którzy określają się mianem „raczej niewierzących”. Można mieć zatem pewność, że liczba uczestników mszy też będzie gwałtownie spadać, a kościołów jest ci u nas w bród, często tak wielkich jak przypominająca gigantyczne ufo Świątynia Opatrzności Bożej w Wilanowie. Czy nie czas, aby kościoły w Polsce zaczęły też stawiać na promocję literatury? Upieram się, że przeżywanie kultury ma bardzo wiele wspólnego z duchowością.

    A jeśli myślicie, że takie rzeczy możliwe są tylko Kościele Szwecji, który wydaje się szczególnie otwarty i tolerancyjny, to powiem tylko, że historycznie było wręcz przeciwnie.

    W porównaniu z luterańską teokracją, w której uścisku znalazła się w XVII wieku Szwecja, Iran ajatollahów to festiwal tęczowych rodzin” – twierdzi dziennikarz Per Svensson, a Göran Hägg, autor książki Gud i Sverige (Bóg w Szwecji), dowodzi, że Szwecja już pod koniec XVI wieku stała się państwem wyznaniowym, w którym duchowieństwo pełniło funkcję „rządzącej partii i tajnej policji”. No i proszę, dziś ten sam Kościół Szwecji jest centrum kultury, tęczowej wolności i literatury. Myślę, że wystarczy odrobina cierpliwości oraz podsuwanie polskim duchownym dobrych pomysłów i może się zdarzyć, że będziemy mieli w Polsce bardzo dużo nowej przestrzeni na promocję literatury i czytelnictwa. Co Wy na to?

    Katarzyna Tubylewicz

  • To nie jest nowe „Millennium”, felieton Rafała Chojnackiego

    Ile to już razy zdarzyło się, że jakiś pisarz został okrzyknięty „nowym Stiegiem Larssonem” albo książka przez wydawcę promowana była jako „nowe Millennium”? Pewnie trudno by to było policzyć, zwłaszcza w czasie największej popularności oryginalnej trylogii Larssona, kiedy to powstawały głośne filmy Nielsa Andrena Opleva i Davida Finchera. Nic dziwnego, seria przedwcześnie zmarłego pisarza stała się największym bestsellerem rodzącego się wówczas nurtu nordic noir. Dziś jednak chciałbym opowiedzieć o książce, która naprawdę na tą etykietkę zasługuje. Niewiele brakowało, a ujrzała by światło dzienne jako siódmy tom Millennium. Przypomnijmy sobie jednak najpierw skąd wzięło się całe zamieszanie wokół serii Stiega Larssona.

    Dziennikarz, który został pisarzem

    Zanim Stieg Larsson napisał pierwsze trzy tomy Millennium (książki pisane były niejako do szuflady, ponieważ autor dość długo szukał dla nich wydawcy), znany był przede wszystkim jako dziennikarz zaangażowany w sprawy społeczne. Jego publikacje dotyczyły głównie monitorowania zachowań skrajnej prawicy w Szwecji. Był jednym ze współtwórców czasopisma „Expo”, które publikowało regularnie informacje o ekscesach z udziałem faszystów. W 2001 roku wydał nawet (wspólnie z Mikaelem Ekmanem) książkę Sverigedemokraterna – Den nationella rörelsen (Szwedzcy Demokraci – Ruch narodowy), poświęconą ciemnej stronie prawicowej partii Szwedzkich Demokratów. Drugi temat, który go interesował, to przemoc wobec kobiet. Zainteresowanie to zaczęło się od tematu „zabójstw honorowych”, dokonywanych przez muzułmanów, na młodych dziewczynach, które, ich zdaniem, nie prowadzą się wystarczająco dobrze.

    Wcześniejsze próby literackie Larssona nie należały do udanych, opublikował jednak kilka opowiadań w fanzinach poświęconych literaturze science-fiction. Jedno z nich polscy czytelnicy mogą przeczytać w interesującej, choć nieco niedocenionej antologii Ciemna strona, której redaktorem jest John-Henri Holmberg, jeden z największych specjalistów od szwedzkiej literatury popularnej. Opowiadanie „Supermózg” nie jest szczytem literackiego wyrafinowania, ale daje jakieś pojęcie o poziomie pisarskim młodego Larssona. Wielu krytyków, a nawet dawnych znajomych Stiega, po lekturze pierwszego tomu Millennium, uznało, że nie mógł on napisać takiej książki. Podobnego zdania byli dziennikarze, z którymi młody Larsson pracował w agencji prasowej TT (coś w stylu PAP).

    Jako że pisarz zmarł niespodziewanie na zawał serca w listopadzie 2004 roku przed ukazaniem się powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, sprzyjało to powstaniu rozmaitych teorii spiskowych. Niektórzy uważali, że porządna forma opasłych tomów Millennium to zasługa redaktorów wydawnictwa Norstedts, które podpisało wreszcie umowę na wydanie serii Larssona. Spora część pracy nad tekstem mogła się przecież odbyć już po śmierci autora. Inni z kolei uważali, że współautorką powieści była jego wieloletnia partnerka, Eva Gabrielsson. Znajomi pisarza zgodnie twierdzili, że para nie tylko dyskutowała ze sobą o pisanych przez nich tekstach, ale też często dodawali sobie wzajemnie całe akapity, pomysły, a nawet całe gotowe fragmenty tekstu. Tyle tylko, że dotyczyło to artykułów i opracowań, nie literatury. Nieco światła na tę współpracę rzuca autobiograficzna książka Evy, zatytułowana „Millennium, Stieg i ja”, dostępna również po polsku.

    Bestseller, który wywołał aferę

    Ogromny sukces pierwszego tomu Millennium, zatytułowanego „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” został powtórzony przez dwa kolejne, które Larsson zdążył napisać przed śmiercią. Z korespondencji, którą prowadził ze znajomymi wiemy, że planował 10 tomów serii. Szybko też okazało się, że pokazywał różnym ludziom fragmenty kolejnej książki, przy czym prawdopodobnie mogło chodzić o tom piąty, czwarty miał dopiero powstać. Zdania na temat objętości tekstu były podzielone. Jedni mówili o kilkunastu, drudzy o ponad 100 stronach maszynopisu. Logika wskazywała na to, że fragmenty te muszą być w komputerze (prawdopodobnie w laptopie) Larssona. Cóż jednak zrobić, skoro laptop ten rozpłynął się w powietrzu?

    Eva Gabrielsson, wieloletnia partnerka Larssona, nigdy nie miała z nim ślubu. Para nie miała też dzieci, dlatego cały spadek po Stiegu, a więc również pieniądze z honorariów za książki i prawa do ekranizacji, popłynęły szerokim strumieniem do ojca i brata pisarza. Czyli do osób, z którymi od lat, z różnych powodów, nie utrzymywał kontaktu. W sytuację zamieszali się prawnicy, jednak prawo jest w tej kwestii dość jednoznaczne, dlatego Gabrielsson została z niczym, musiała nawet opuścić zamieszkiwane ze Stiegiem mieszkanie. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nie mogła sobie przypomnieć, gdzie mógłby się znajdować słynny laptop Larssona.

    Kolejny rozdział do afery został dopisany, kiedy w 2014 roku Norstedts zapowiedział, że kontynuację „Millennium” napisze David Lagercrantz. Autor ten już wcześniej dał się poznać jako specjalista od „wchodzenia w czyjeś buty”. Najbardziej jaskrawym przykładem nadal pozostaje „autobiografia” piłkarza Zlatana Ibrahimovica. Lagercrantz zbliżył się tam do języka swojego bohatera na tyle, że książka zyskała aprobatę młodych fanów piłkarza, z miejsca stając się bestsellerem. Trzy tomy „Millennium”, na które zakontraktowano tego autora, sprzedały się wprawdzie bardzo dobrze, ale pisarz był są nie krytykowany, i to z różnych stron.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Od samego początku niektórzy nazywali kontynuację „tańcem na grobie Larssona”, zwłaszcza w kontekście niedawnego sporu z Evą Gabrielsson. Nie wszystkim też podobało się, że Lagercrantz nieco inaczej widział początkowo bohaterów Larssona. Kiedy jednak już nieco okrzepł w tej roli i poczuł się pewniej, napisał tak komiksowe zakończenie trzeciej z pisanych przez siebie książek, że nawet osoby, które chwaliły sensacyjną stronę oryginalnego „Millennium”, dostrzegły w nowym pomyśle sporą przesadę. Z krytyką spotkał się również brak głębszego zaangażowania w tematy społeczne. Owszem, Lagercrantz poruszał ciekawe i ważne tematy, takie choćby jak sawantyzm, nie miał w sobie jednak tych doświadczeń społecznika, które sprawiały, że Larsson był wiarygodny w tym, co pisał. Trzeba jednak oddać Lagercrantzowi jedno: sama fabuła nie odbiega zbytnio jakością od tego, co napisał twórca Millennium.

    Pisarz, który nie napisał Millennium

    W połowie 2022 roku gruchnęła wieść, że powstaną kolejne trzy tomy, a ich autorką będzie Karin Smirnoff, kojarzona dotąd głównie z powieścią obyczajową i psychologiczną. W cieniu tej informacji pozostaje pytanie dotyczące jednak zupełnie innej książki. Można by się bowiem zastanawiać, dlaczego tyle czasu minęło od premiery powieści Lagercrantza „Ta, która musi umrzeć” (Hon som måste dö, 2019), do czasu ogłoszenia nowego nazwiska.

    Karin Smirnoff, fot: smakksiazki.pl

    Okazuje się, że Smirnoff nie była pierwszą osobą, która miała już w ręku podpisany gotowy kontrakt na nowe Millennium. W kolejce przed nią stał pisarz, nazywany „szwedzkim Stephenem Kingiem”.

    John Ajvide Lindqvist, o nim bowiem mowa, jest autorem najbardziej znanego horroru z kraju Trzech Koron, powieści „Wpuść mnie” (Låt den rätte komma in, 2004), która została dwukrotnie zekranizowana. Najpierw w 2008 roku podjął się tego Thomas Alfredson (ten sam, który reżyserował szwedzkie adaptacje drugiego i trzeciego tomu „Millennium”), następnie amerykańską wersję w roku 2010 nakręcił Matt Reeves.

    Lindqvist napisał scenariusz swojej nowej książki i najprawdopodobniej obszerne fragmenty gotowego tekstu, po czym wysłał je do wydawcy. I wtedy zaczął się proces, którego się nie spodziewał. Przepychanka między szwedzkim wydawcą, agentem i zagranicznymi wydawcami trwała pełne 18 miesięcy. Po tym czasie przyszła do niego informacja odmowna. W międzyczasie Lindqvist otrzymywał jedynie mgliste uwagi, z których wynikało, że powieść jest trochę za wesoła, a w ogóle to może lepiej gdyby miała inną fabułę.

    Autor uznał, że szkoda mu pracy włożonej w stworzenie nowej powieści, dodatkowo w gatunku, w którym wcześniej nie próbował swych sił. Dlatego też wykreował nowych bohaterów, przepisał powieść tak, by usunąć z niej niektóre wątki, wiążące je z „Millennium”. W ten sposób powstała całkiem nowa książka, choć jej fabuła w pełni opiera się na tym, co miało przydarzyć się Salander i Blomkvistowi. Jako że pomysł na kontynuację serii Larssona zakładał napisanie trzech kolejnych tomów, wiadomo już, że autor ma pomysły na co najmniej dwa kolejne.

    Powstająca w ten sposób nowa seria nosi tytuł „Blodstormen” (Krwawy sztorm), a pierwszy tom zatytułowany jest „Skriften i vattnet” (Pismo w wodzie). Bohaterami są autorka kryminałów Julia Malmros i informatyczny geniusz Kim Ribbing. Julia dostaje zlecenie – ma napisać… kolejny tom znanej na całym świecie serii kryminalnej. Wydawca jednak odrzuca jej projekt, a pisarka postanawia zaszyć się w domku na jednej z wysepek Archipelagu Sztokholmskiego, by ochłonąć. Wkrótce odnajduje ją tam Kim. W samą porę, oto bowiem w Midsommar na sąsiedniej wysepce należącej do przyjaciela Julii z dzieciństwa, zostaje popełniona okrutna zbrodnia, którą przeżywa jedynie 14-letnia dziewczynka.

    Lindqvist znany jest nie tylko z umiejętnie budowanego nastroju grozy, który sprawiał, że jego powieści były czymś więcej, niż tylko kolejnymi krwawymi horrorami. Jego specjalnością są też wnikliwie sportretowani bohaterowie których cechy charakteru nie pozostają bez wpływu na fabułę. Tak jest i tym razem. Nowym elementem są za to charakterystyczne dla kryminału fabularne twisty, które zmuszają szare komórki czytelnika do wytężonej pracy.

    Z małej wysepki na Bałtyku zostajemy rzuceni w wielki świat, oto bowiem dawny przyjaciel Julii stał się w międzyczasie bogaczem, a rozwiązanie zagadki jego śmierci może tkwić w którymś z nielegalnych interesów, które prowadził równolegle do jawnie działającej firmy.

    Krytycy nie szczędzą tej powieści pochwał, wskazując jako jeden z jej atutów charakterystyczny dla kryminału czarny humor. Znany choćby z powieści Larssona…

    W chwili gdy kończę piać ten tekst, na stronie agenta literackiego Johna Ajvide Lindqvista nie znajdziemy żadnej informacji na temat sprzedaży praw do tej powieści któremukolwiek z polskich wydawców.

    Rafał Chojnacki

  • Szykujcie karty płatnicze, nadciąga luty!

    Fakty są takie, że luty zaleje nas ciekawymi premierami. Dużo dobra, dużo czytania, więc przeklikałem, zobaczyłem, a finalnie sporządziłem dla Was poniższą listę tytułów, które mnie zainteresowały. Jest jeszcze jedna książka od Wydawnictwa Agora, której okładki, ale też nazwiska autora na razie zdradzić nie mogę, jednak jest to kryminał z miejscem akcji nad Jeziorem Żywieckim. Gdy przyjdzie czas, będę dawał Wam znak. Przypominam, że klikając w interesującą Was okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującej książce.

  • „Mój bohater jest geniuszem, chociaż o tym nie wie”. David Lagercrantz o „Memorii”

    Gdzie mieszka Hans Rekke, główny bohater „Memorii”? Dlaczego książkowa imigrantka nie czuje się za dobrze w jednej z dzielnic Sztokholmu? Czy David Lagercrantz woli grać w szachy, a może jednak na pianinie?

    To tylko część pytań, na które znajdziecie odpowiedź w materiale śladami najnowszej książki Davida Lagercrantza. „Memoria” ukazuje się właśnie nakładem Wydawnictwa Wielka Litera w tłumaczeniu Justyny Kwiatkowskiej. Będzie o Sherlocku Holmesie, słynnej partii szachowej z 1974 roku, demonach w głowie pisarza oraz głównego bohatera książki, ale też o relacjach między rodzeństwem i o tym, czy można zostać pochowanym za życia, a potem się zmartwychwstać w zupełnie innym miejscu. Zapraszam do Sztokholmu śladami Hansa Rekkego i Micaeli Vargas.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Wielka Litera.