Kategoria: Aktualności

  • Gdynia, Warszawa, Rybnik – z Grzegorzem Piątkiem Szajobusem przez Polskę

    Do Szajobusa wsiadł Grzegorz Piątek, więc tematem przewodnim jest architektura. Pałac Kultury i Nauki zburzyć, a może umyć? Jakie będą miasta przyszłości? O którym mieście pewien polityk powiedział, że to nie wieś, żeby jeździć tutaj na rowerach? Rozmawiamy też o książkach Grzegorza. Tych, które były, a także tych, które dopiero przed nami. Zapraszamy na przejażdżkę po Warszawie, ale też meandrach architektury. Niby jesteśmy w Szajobusie, ale jesteśmy w całej Polsce 🙂

  • Niewiedza. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Kiedy wychodziłem z ostatniej gali Bestsellerów Empiku na początku tego roku, podeszła do mnie Fireverka (Tiktokerka i Instagramerka) i powiedziała, że jest tutaj taka dziewczyna, która chciałaby ze mną zrobić wywiad i czy bym się zgodził. Nie widziałem problemu. Przywitaliśmy się. Pogadaliśmy chwilę. Pożegnaliśmy się. Kilka miesięcy później, na Targach Książki w Warszawie wychodziłem ze swojego spotkania i zauważyłem się ciągnącą się przez dziesiątki metrów kolejkę. Była to jedna z najdłuższych kolejek na tamtych targach i co ciekawe, nie prowadziła na żadne stoisko, ale do stojącej gdzieś niedaleko wejścia do Pałacu Kultury i Nauki młodej dziewczyny. Tej samej, której udzielałem wywiadu na gali Empiku. Dopiero wtedy coś mnie tknęło i zacząłem googlać, kto właściwie jest.

    www.unsplash.com/Jason Wong

    Okazało się, że to Zuzanna z kanału Zaksiążkowane, który prowadzi wraz z siostrą Tolą. Prawie dwieście tysięcy subskrybentów, najpopularniejsze filmy mają ponad pół miliona wyświetleń, a wszystkie łącznie ponad dwadzieścia osiem milionów. Cholera, gdybym wiedział, kto to jest, to sam bym do niej biegł na tej gali i błagał, żeby zrobiła ze mną wywiad. A to jeszcze nie wszystko. Swój kanał poświęcony książkom prowadzą także jej rodzice. Kanał literaccy ma 40 tysięcy subskrypcji. Dodajmy do tego takie kanały, jak dr book i get booky (obu Pań nie znam, obie serdecznie pozdrawiam) i pewnie jeszcze kilku twórców, których po prostu nie znam.

     

    No właśnie, nie znam. Dlatego piszę ten tekst. Jestem zawodowym pisarzem. Z naturalnych więc przyczyn interesuje się więc rynkiem książki. Tym, co się na nim dzieje. Od dawna opowiadam, że konkurencja na rynku, a szczególnie w kryminale jest tak wielka, że my jako autorzy nieustannie musimy kombinować, co zrobić, żebyście Państwo w ogóle usłyszeli o naszych powieściach. Kogo poprosić o polecajkę na okładkę? Komu wysłać egzemplarze promocyjne? Kogo namawiać do napisania recenzji? I ja także, nie ukrywam, mocno się nad tym zastanawiałem i odbyłem na ten temat dziesiątki rozmów. Tymczasem gdzieś tam w internecie pani Zuzanna z siostrą Tolą stworzyła kanał, który ma dwieście tysięcy stałych widzów, a ja nic o tym nie wiedziałem. Jak to jest w ogóle możliwe?

    www.unsplash.com/Christian Weidiger

    Dzieją się w ogóle na rynku książki rzeczy dla mnie zaskakujące. Znowu wracam do Targów Książki w Warszawie. Przez prawie cały czas stała kolejka do stoiska wydawnictwa Jaguar. Po co? Czy ktoś tam przez te kilka dni nieustannie podpisywał książki? A gdzie tam. Po prostu młodzi ludzie chcieli kupić kolejne tomy serii „Hearstopper”, która zdominowała listy bestsellerów w ostatnich miesiącach. I w ogóle te tabuny nastolatków, które krążyły pomiędzy stoiskami były czymś, na co każdy wystawca zwrócił uwagę. Prawdopodobnie była to najliczniejsza grupa wiekowa, która odwiedziła targi. Jasne, z jednej strony wiedziałem, że tzw. literatura young adult jest coraz popularniejsza. Ale jedno wiedzieć, drugie widzieć. Do tego nie wiem, co ci młodzi właściwie czytają. I żeby była jasność, to nie jest narzekanie. Nie zamierzam Państwa teraz uraczyć wywodem, że za moich czasów… Po prostu po raz kolejny przyznaję się do niewiedzy w obszarze, w którym jednak coś powinien wiedzieć.

    I w sumie się cieszę. Że jest ferment, że pojawiają się nowi twórcy, którzy opowiadają o książkach za pomocą nowych narzędzi i nowych środków. Że tworzą wartościowy kontent, bo na wszystkich tych kanałach, o których wspominałem, pojawiają się fajne filmiki. Że młodzi czytają i wygląda na to, że coraz więcej. Że odkrywają nowych autorów. Że coś się po prostu dzieje. Ale o czym ja jeszcze nie wiem? Mam wrażenie, że są autorzy, których nazwiska powinienem przynajmniej znać, zjawiska, o których powinienem słyszeć. Co mnie omija?

    Aż trochę boję się zapytać.

    Wojciech Chmielarz

  • Które premiery spakować na sierpniowy urlop? Podpowiadam

    Niby sierpień taki niepozorny, niby tak mało premier, ale naprawdę jest w czym wybierać! Przejrzałem, poklikałem, podzwoniłem, więc mogę Wam przedstawić poniższą listę. To książki, które mnie zainteresowały, więc może zainteresują i Was? Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawcy, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule. Smacznego!

  • Stomatolog piszący książki, który spotkał Ducha Gór. Rozmowa ze Sławkiem Gortychem – debiutantem kryminalnym

    Książka dla ludzi lubiących ludzi oraz dobrze napisane kryminały. Jeden z ciekawszych debiutów, jakie czytałem w ostatnich kilkunastu miesiącach, a nawet kilku latach. „Schronisko, które przestało istnieć” Sławka Gortycha to opowieść o rozdrapywaniu przeszłości, powojennych historiach na Dolnym Śląsku i górskich tajemnicach, których rozwiązanie wymaga często bardzo wysokiej ceny. Obejrzyjcie naszą rozmowę, co prawda nie w klimacie górskim, ale kolejowym – uzasadniamy w trakcie i dajcie się porwać śledztwu młodego bohatera, stworzonego przez młodego stomatologa.

  • „Nie było Cyklonu B, nie było krematorium. Dzieci zabijano głodem”. Rozmowa z Błażejem Torańskim

    Historia Eugenii Pol – zbrodniarki wojennej z obozu dla dzieci w Łodzi. Więźniarki i więźniowie byli zmuszani do jedzenia swojego kału, wszy, myszy. (Anty)bohaterka tej książki była w tym czasie jedną ze strażniczek. Po wojnie, już na sali sądowej twierdziła, że obraz przedstawiony przez więźniów jest kłamliwy, a ona nie ma sobie nic do zarzucenia. Co ciekawe, a może lepszym słowem jest straszne, Pol po wojnie pracowała w żłobku. Zmarła w 2003 roku. Błażej Torański opisał tę wstrząsającą historię w książce „Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol”. Książka dla ludzi o mocnych nerwach, a jej scenariusz napisało życie.

  • Uderz w stół, a nożyce… z bólu jękną – ciąg dalszy o podcastach true crime. Tekst Przemysława Semczuka

    Oj zabolało. I wcale mnie to nie dziwi, bo prawda w oczy kole. Zawrzało od komentarzy. Sporo było za. Czytelnicy pisali, że teraz spojrzeli na sprawę zgoła inaczej. Jednak sporo osób obruszyło się na żale jakiegoś pisarza. Z tym się liczyłem. Po latach wiem, że nasz odbiorca wcale nie musi rozumieć kulis tego co robimy. I nie rozumie, co mnie nie dziwi. W końcu oglądając filmy nie musi wiedzieć, jak się je robi. Słuchając muzyki, nie musi znać się na kompozycji. Po prostu coś mu się podoba i wcale go nie obchodzi, czy król disco polo Sławomir Świerzyński, lider zespołu Bayer Full, przywłaszczył sobie piosenkę harcerską Mariusza Gabrychy. Zresztą nie tę jedną. To o co tu właściwie chodzi? Poza pieniędzmi, które tak poruszyły królową polskiego podcastu true crime. Tak, zdradzę z imienia i nazwiska o kogo chodzi, ale najpierw odpowiem pewną historię.

    Przed laty, zanim zająłem się pisaniem, pracowałem w …. a niech tam, w końcu to nie wstyd, że byłem przedstawicielem handlowym w szczecińskim browarze, który jako pierwszy zakpił z prawa reklamując smaczne i zdrowe piwo bezalkoholowe. Pamiętacie pewnie powódź z 1997 roku. Gdy wody zeszły wpadliśmy na pomysł, by zorganizować koncert połączony ze zbiórką pieniędzy na powodzian. Duża impreza, scena, stadion, kilka kapel, a do tego piwo, rzecz jasna bezalkoholowe 😉 Nie wszyscy zapalili się do pomysłu. Wystarczy powiedzieć, że zamiast pomóc, sypali piach w tryby. Mimo to się udało. Na kilka godzin przed koncertem, gdy ja zajmowałem się rozstawianiem ławek, na stadionie pojawił się nasz dyrektor ze Szczecina. Kolega który nie był zajęty pracą, chętnie chwycił go pod ramię i oprowadził pokazując jak „zorganizowaliśmy” tę piękną imprezę. Na koniec przyjął gratulacje od zadowolonego szefa. Jak łatwo się domyślić, nie woda, a krew mnie zalała. Nie dość, że nic nie zrobił, do tego przeszkadzał, to podpisał się pod cudzą pracą. Idę o zakład, że każdy z Was spotkał się w pracy z podobną sytuacją. Będziemy do tej metafory wracać, choć idę o zakład, że rozumiecie.

    Dla jasności powtórzę raz jeszcze. Ja ryję w archiwach jak dzik w żołędziach, a ktoś przychodzi na gotowe i streszcza moją pracę. Czy aby mam rację? Otóż okazuje się, że nie. I łatwo się domyślić, kto jest innego zdania. Królowa podcastu true crime (jeszcze wytrzymajcie) wystąpiła w podcaście komentując to, co napisałem w „Kradnę więc jestem – smutna prawda o polskich podcastach true crime” – klik.

    […] jeden z autorów bardzo popularnych książek, takich true crimowych w Polsce, nazwał wszystkich podsasterów, praktycznie wszystkich podcasterów true crimowych złodziejami.

    Znowu ktoś tak…

    Tamten wcześniej umarł więc…

    Tak, wiem, wiem, wiem.

    […]

    Już wiem, on miał żal, że on siedzi w tych archiwach i czyta to wszystko, a wy przychodzicie na gotowe…

    On otwarcie powiedział, że chodzi o pieniądze, że jemu to zajmuje pół roku, albo dwa lata, powoływał się na przykład, że aby dotrzeć do jakiegoś świadka w jakiejś sprawie, to potrzebował dwóch lat, a podcaster sobie siada otwiera jego książkę i leci z jego książki.

    No a zobacz. Taki śledczy siedzi nad taką sprawą, przesłuchuje ludzi, słucha strasznych historii albo strasznych głupot i tak dalej, spisuje to, a taki przychodzi do archiwum spisuje to i ma książkę. Czy to jest sprawiedliwe? Albo jakiś seryjny morderca, tyle się narobi, pomorduje, a ten se przychodzi i pisze książkę.

    No teraz jesteś cyniczny, sarkastyczny.

    (Śmiech)

    A nie jest tak, że miałaś współpracę promującą książkę tego autora?

    Tak, to prawda miałam. Co mnie bawi w tej sytuacji, do mnie się nie przyczepił, ale oberwało się innej bardzo popularnej podcasterce.

    Może przed tym tekstem sprawdził wyniki sprzedaży po twoim odcinku.

    Ok, wystarczy. Pani Justyna Mazur mówi dalej, że bardzo by chciała zobaczyć badania, które potwierdzą, jak podcasty generują sprzedaż książek. Ja też bym chciał zobaczyć. To nie jest trudne, jest pewne ale – o tym zaraz. Na początek Pani Justyno, proszę powiedzieć, którą moją książkę Pani polecała. Bo niestety nic mi nie wiadomo o jakiejkolwiek współpracy pomiędzy moim wydawcą a Panią. Gorzej, ja do niedawna nie wiedziałem o Pani istnieniu. Dlatego nie sprawdziłem przed publikacją tekstu ileż to sprzedano dzięki Pani moich książek. Przyznam się też ze wstydem, że do dzisiaj nie słuchałem ani jednego Pani podcastu. Przepraszam. Ale jeśli poda Pani tytuł książki, którą Pani poleciła i datę publikacji podcastu, to wydawca jest w stanie sprawdzić sprzedaż w poszczególnych dniach. Ale…

    źródło YT: Podcasterzy to złodzieje? | Piąte przez dziesiąte #20 – link: https://www.youtube.com/watch?v=WV5US0d_WtM

    Premiera książki to czas, gdy pełno mnie wszędzie. W radiu, w gazetach, internecie. Nie wiemy skąd przychodzi do nas czytelnik. Czy czytał wywiad w Newsweeku (ponad 200 tys odsłon), tekst w gazeta.pl (190 tys odsłon), oglądał wywiad w „NaTemat” (140 tys odsłon) czy słuchał mnie w Zetce (trudno powiedzieć ilu słuchaczy). Zatem trudno będzie ustalić ilu Pani odbiorców pokusiło się by kupić książkę. Odpowiem bez badań. Moim zdaniem żaden. Znam tylko jeden przypadek, gdy w ramach współpracy podcaster opowiedział historię, którą opisałem. Po tym odcinku nie odnotowano żadnego zauważalnego wzrostu sprzedaży. Dlaczego? To proste. Po pierwsze odbiorca poznał całą historię i z książki nie mógł dowiedzieć się już niczego nowego. Ok, mógł, ale po co ma poznawać szczegóły, skoro już wie, kto, co, jak i dlaczego? A poza tym, opowiedziano mu tę historię za darmo i nie ma potrzeby wydawać 30 zł, a do tego męczyć się przez kilka(naście) godzin czytając.

    Temat „polecajek’ w podcastach jest od dawna dyskutowany przez wielu wydawców. Większość jest przekonana (bez badań), że słuchacze nie kupią książki, nawet jeśli zostanie polecona w podcaście. Owszem wydawcy płacą za takie polecenie, bo szukają nowych sposobów promocji i sprawdzają czy to coś da. Ups, zdradziłem, że podcasterzy biorą za to pieniądze. Biorą bo mają zasięgi. Tak jak aktorzy i celebryci. I to nie małe pieniądze, ostatnio jeden z czołowych podcasterów zarządał osiem tysięcy złotych! W tym kontekście Oburzenie Justyny Mazur, bo śmię mówić o pieniądzach, to czysta obłuda. Jednak Pani twierdzi, że była współpraca, a zatem pewnie znajdę gdzieś fakturę. Chyba że Pani Justyno, Pani nie bierze za to pieniędzy. To pełen szacun.

    Oczywiście zaraz ktoś się odezwie – ja kupiłam książkę po wysłuchaniu podcastu! Z pewnością są takie osoby. Spójrzmy jednak na statystykę. Podcastu wysłuchało powiedzmy sto tysięcy osób. Przypomnę wymienione powyżej media. Gdyby dziesięć procent z nich kupiło, to wydawca by sprzedał 10 000 egzemplarzy. A ile sprzedał? Nie wiem czy mogę zdradzać wyniki sprzedaży, ale w przypadku literatury faktu takie nakłady się nie zdarzają. To nie są powieści Mroza. Remigiusz przepraszam, że znowu podaję Ciebie jako przykład, ale wiesz dobrze, że to nie jest złośliwość, piwo w przyszłym tygodniu aktualne 🙂 Wiem za to, że po rozmowie w Dzień Dobry TVN sprzedaż skoczyła o kilkaset procent. I znowu Justyna Mazur powie – chodzi o pieniądze. Owszem tak, bo ja nie siedzę w archiwum charytatywnie. To moja praca. Tak samo jak Pani, prowadząc podcastową fabryczkę na każdy temat po prostu na tym zarabia. Ale jest jeszcze ten nieszczęsny koncert. I tu zacytuję komentarze pod podcastem, w którym słowem nie wspomniano o tym, że jakiś Semczuk coś napisał.

    Bardzo skrupulatnie prowadzone śledztwo. Dziekuje bardzo🌹

    O ja cieszę się, ze trafiłam na ten kanał! Dobrze się Ciebie słucha, dużo informacji.

    Trzymam kciuki za rozwój kanału. Daje suba :)”

    Zastanawia mnie jednak coś innego. W rozmowie Justyny Mazur z… na początku nie wiedziałem, kim jest ten pan. Teraz już wiem. To bardzo bliska osoba Justyny, który żartuje sobie z tego, że ja przepisuję akta a milicjanci i mordercy się napracowali. Tak na marginesie, zabójcy Panie Krzysztofie, ale nie dziwi mnie, że nie wie Pan co to za różnica. Drogi Panie Krzysztofie. Sporo książek w tle, jak mniemam sporo Pan czyta. Nie wiem tylko czy ze zrozumieniem, skoro używa Pan takiego porównania. Tyle sarkazmu z mojej strony 😉 A serio, jeśli moja książka to tylko bezmyślne przepisywanie z akt, to cała literatura faktu opierająca się na analizie źródeł, biografie i książki historyczne, to po prostu zrzynanie od innych. Ciekawe, bo historycy jednak prowadzą badania archiwalne i oni również są ofiarami plagiatów. To jednak zdaje się wykraczać poza wyobraźnię Pana Krzysztofa, dla którego napracował się seryjny zabójca.

    Dlaczego w rozmowie Justyny i Krzysztofa nie pada nazwisko autora, który tak bezczelnie mówi o pieniądzach i pozwolił sobie nazwać podcasterów złodziejami? Mało tego nie pada nazwa bloga, na którym to opublikowano? Pada, że to śmieszne. Serio? Ja to wyjaśnię. Istniało ryzyko, że Wasi odbiorcy zajrzą do tego bloga, przeczytają i nie dość, że nabiją klikbajty, to gotowi powiedzieć – kurcze on ma trochę racji. Więc lepiej drwić, że jeden już miał pretensje, ale umarł. Ten żyje, chyba szkoda. Słabe to.

    A co pana zdaniem powinna zrobić? – zapytała mnie kilka dni temu reporterka Onetu, która pisze tekst na ten temat. W pierwszej chwili nie wiedziałem co odpowiedzieć. Teraz już wiem. Pani Justyna obruszyła się, że czerpanie z efektów cudzej pracy nazwałem kradzieżą. Czy można inaczej? Można. Tak jak Newsweek, NaTemat, gazeta.pl nie streszczają książki. Rozmawiają z autorem. O ile ciekawszy by był podcast gdyby zamiast streszczenia podcasterka rozmawiała z pisarzem. Jest wiele ciekawych spraw, których w książce nie ma. Są kulisy docierania do materiałów, ich porównywania – Panie Krzysztofie, ja nie przepisuję akt, ja je interpretuję, na przykład wyciągam wnioski z dat powstania dokumentów, a nawet godzin i tego co w tym czasie działo się w innych miejscach. Moja książka nie jest streszczeniem dokumentów z jednego źródła. Jeśli nie dostrzega Pan różnicy, to Olga Tokarczuk coś o tym wspomniała niedawno. Wracając do podcastu. Po co się wysilać i robić to tak jak dziennikarze? Skoro i tak słuchają. I tak się klika. A co najważniejsze, odbiorca uważa, że to samodzielne dzieło autora podcastu.

    www.unsplash.com/Chris Lynch

    Jeszcze raz wrócę do ojca sukcesu koncertu dla powodzian, który dobrze obrazuje inny niedawny przypadek. Bardzo popularny kanał YouTube – tym razem ja nie podam nazwy, by nie nabijać klikbajtów – pokazał historię przedstawioną w jednej z moich książęk. Padło co prawda na końcu, że dziennikarz Semczuk przeprowadził  śledztwo, ale nic więcej. W trzy godziny 50 tysięcy odsłon. W dobę 150 tysięcy! I znowu chodzi o to samo. Semczuk przeprowadził śledztwo, po dwóch latach napisał tekst w gazecie, potem książkę, a my zarobiliśmy kasę na streszczeniu. Gdy zadzwoniłem o tym pogadać „autor” zupełnie nie rozumiał o co mi chodzi – Przecież pan nie ma wyłączności na historię. – usłyszałem. Owszem nie mam, ale zapytałem z czego korzystał. Bo jeśli zajrzał do archiwów – byłem pewny, że nie – albo rozmawiał z członkami rodziny – też byłem pewny, że nie – to by było w porządku. Przy okazji bezprawnie wykorzystał zdjęcia i naruszył ochronę danych osobowych. Oczywiście okazało się, że korzystał z mojego artykułu i ze strony internetowej, tu pada nazwa. Zabawne, bo na wskazanej stronie znajduje się skopiowany wspomniany artykuł. Zresztą kolejna kradzież, bo nie można skopiować tekstu z gazety i „powiesić” na swojej stronie. W końcu wymienił jeszcze jeden artykuł w „Rzeczpospolitej”. Tyle że dziennikarka z Rzepy zadzwoniła do mnie, ja jej udostępniłem materiały, a ona zacytowała moje wypowiedzi. To było uczciwe. Jednak w jej tekście było dokładnie to samo co w moim. Czyli YouTube’owe dzieło nie pokazało nic nowego.

    Ta historia jeszcze z jednego powodu przypomina mi nieszczęsny koncert. Racja, nie mam na nią wyłączności, ale jest moja. W pewnym sensie moja. Są takie historie, na które dziennikarze trafiają jako pierwsi. To oni odkrywają wszystko i nic się do tego dodać już nie da. I nagle ktoś prezentuje efekt ich pracy, a ich samych zwyczajnie pomija. I tak samo jak na tamtym koncercie, krew człowieka zalewa. A zalewa tym bardziej, gdy informacja o niesłychanie sensacyjnej historii pokazanej na YouTubie pojawia się na oficjalnym miejskim profilu fb. Mało tego, pisze o tym serwis „Moje Miasto” należący do Grupy Polska Press. I oczom nie wierzę, bo ani jedno ani drugie, nie raczyło nawet wspomnieć, że owa sensacyjna historia ujawniona właśnie na YouTube jest już znana od piętnastu lat. Nie ma ani słowa o książce. Pewnie dlatego, że na książce zarabia wydawca i autor. Fuj, jak można zarabiać. Na YouTubie się nie zarabia przecież. To oczywiście sarkazm. Pani Justyna też się dziwi, że ja wyskakuję z pieniędzmi, bo jej odbiorcy również nie płacą, dostają treść za darmo. Dostają za darmo, bo ktoś inny wykonał pracę. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że Urząd Miasta w Jeleniej Górze nawet zasponsorował produkcję owego filmu. W tym samym urzędzie kilka lat wcześniej zapytałem czy pisząc książkę, mógłbym liczyć na wsparcie finansowe na etapie dokumentacji, bo akcja będzie się toczyć w tym mieście. – Stary, serio pytasz? – odpowiedział mi znajomy urzędnik.

    Kończąc, odsyłam do rozmowy Justyny Mazur z Krzysztofem Kudelskim, którzy postanowili podyskutować w podcaście „Piąte przez dziesiąte” o mnie i smakksiazki.pl, ale bez nas. Za mój komentarz niech posłuży Wielki Słownik Języka Polskiego. Piąte przez dziesiąte czyli niedokładnie, nie w całości i nie ze wszystkimi szczegółami. Jakże trafnie i w samo sedno. A teraz czekam na kolejny odcinek podcastu, w którym będzie znowu o żalach jakiegoś autora. Jak to się mówi, niech gadają byle nazwiska nie przekręcali.

    PS

    W sprawie badań. Pani Justyno. Przy kolejnej współpracy z jakimkolwiek wydawcą, proszę w podcaście zamieścić link do sprzedaży, albo kod rabatowy. Ostatnio taki link trafił do postu bardzo popularnego bloga. Zasięg postu na Fb 70 tysięcy odbiorców, ponad siedemset lajków, kilkadziesiąt komentarzy, niespełna trzydzieści udostępnień. Wow! Żre jak to się mówi. Sprzedaż z załączonego linku…. Uwaga… Dwa egzemplarze. To jest ciekawy temat na kolejny felieton 🙂

    Przemysław Semczuk

  • „Śmierci ulotny woal”, wizyta Magdaleny Stachuli oraz spacer dzików, czyli z Ryszardem Ćwirlejem na plaży

    Plaża sprzyja czytaniu, ale sprzyja też rozmawianiu. W trakcie Pleneru Literackiego w Gdyni zasiedliśmy z Ryszardem Ćwirlejem na piasku i porozmawialiśmy o jego najnowszej książce „Śmierci ulotny woal”. Jednak nagrywanie materiału to żywioł, tutaj dzieją się rzeczy niesamowite, więc przechodziła, bez tragarzy, Magdalena Stachula, która na chwilę dołączyła, przechodziły też dziki, które nie dołączyły. Na szczęście.

    Rozmawiamy o duchach, przyszłości, końcu cyklu z Antonim Fischerem. Załapał się też Grzegorz Kalinowski i pewien kultowy polski film. Zapraszam do obejrzenia, a książka „Śmierci ulotny woal” ukazała się nakładem Czwartej Strony Kryminału.

  • Harry Hole powraca!

    To wiadomość, która zelektryzuje fanki i fanów norweskiego pisarza. W ostatnim czasie Nesbo raczył nas opowiadaniami („Zemsta”, „Zazdrość”) oraz znakomitą powieścią „Królestwo”. Teraz czas na danie, którego smak znamy – Harry Hole powraca!

    Na razie wiemy niewiele. Trzynasta książka z norweskim policjantem w roli głównej ukaże się jesienią nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego. Za tłumaczenie będzie odpowiadała znająca twórczość autora jak nikt inny, Iwona Zimnicka. Zdradzę jeszcze, że o najnowszej ksiażce Nesbo będzie na smaku dość głośno, ale na szczegóły, podobnie jak w przypadku fabuły książki, jeszcze ciut za wcześnie.

    Przypomnijmy, że pierwsza część cyklu z Harrym ukazała się w Polsce w 1997 roku – „Człowiek nietoperz”, a ostatnia – „Nóż” w roku 2019.

     

  • „Ludzie muszą nauczyć się czytać i oglądać krytycznie”. Hari Kunzru o „Czewonej pigułce”, literackim Noblu dla Madonny i teoriach spiskowych

    Inwigilacja, aplikacje, archiwum Stasi, Olga Tokarczuk, nagroda Nobla dla Madonny – to tylko niektóre tematy, które poruszamy w trakcie rozmowy. Hari Kunzru opowiada o swojej „Czerwonej pigułce”, kondycji współczesnego społeczeństwa, ale też o pisarskich modach, byciu jurorem Międzynarodowej Nagrody Bookera i teoriach spiskowych. Książka ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis.