Kategoria: Aktualności

  • Wojna, nielegalne przekroczenie nielegalnej granicy oraz schorowany gruziński bohater. Erika Fatland o „Granicy”

    Pomysł na książkę jej się przyśnił, po czym ruszyła w drogę i napisała arcyciekawą historię o granicy. O granicy, która w ostatnich miesiącach jest na ustach całego świata. O granicy z Rosją. Rozmawiała z przypadkowymi ludźmi, byłymi politykami, zrobiła wywiad przez granicę, a także obiecała sobie, że nie użyje pewnego środka transportu do przemieszczania się między państwami. Z tych podróży Erice Fatland wyszła „Granica” – książka, która znów stała się aktualna. Niestety.  Tytuł ukazał się nakładem wydawnictwa Post Factum w tłumaczeniu Marii Gołębiewskiej – Bijak.

  • 4, 10, 11. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Piszę ten felieton w dniu premiery „Długiej nocy” (tak jest, premierowy wieczór spędzam na walce z felietonem dla naszego kochanego Adama, cudne jest to życie pisarza 🙂 ) i myślę sobie o trzech cyfrach: cztery, dziesięć i jedenaście.

    Zaczniemy od tej pierwszej. Cztery. Tyle lat minęło od publikacji „Cieni”, czyli poprzedniego, piątego tomu cyklu o komisarzu Jakubie Mortce. Przez ten czas sporo się w moim pisarskim życiu zmieniło. Z autora, który był kojarzony przez miłośników gatunku, ale to też nie zawsze, stałem się kimś, kto jest wymieniany wśród grona najpopularniejszych pisarzy w Polsce. I jestem nieustannie autentycznie zaskoczony, kiedy dowiaduję się, ile ludzi zna i czyta moje książki. Na spotkaniach autorskich opowiadam, że przełomem w mojej karierze było „Żmijowisko”. Ale to nie jest do końca prawda. Bo zaczęło się już przy „Cieniach”. Tą książką z jakiegoś powodu zainteresowali się i dziennikarze, i krytycy, i blogerzy, i czytelnicy wreszcie, a to oni są najważniejsi. To wtedy pojawiła się moja duża sylwetka w „Książkach”. Nie zliczę, ile dostałem wtedy na Facebooku wiadomości typu: właśnie się o panu dowiedziałem/dowiedziałam, czy „Cienie” można czytać bez znajomości poprzednich części cyklu.

    Uważam zresztą nieskromnie, że „Cienie” to cholernie udana pozycja. Z dobrą intrygą, ciekawie poprowadzoną akcją i wreszcie zaskakującym zakończeniem. I to między innymi z tego powodu tak długo zwlekałem z napisaniem kolejnej powieści o Mortce. Bo chciałem, żeby przynajmniej dorównywała ona „Cieniom” właśnie. Cztery lata myślałem o tej książce. Cztery lata boksowałem się z różnymi pomysłami na temat tego, jak ma ona wyglądać. Po czterech latach wreszcie stwierdziłem, że tak, mam coś, czym chciałbym się z Państwem podzielić.

    Dziesięć. Tyle lat mija od mojego debiutu. I spokojnie, świętować będę dopiero w listopadzie, bo też w listopadzie ukazał się „Podpalacz”. Czyli pierwsza powieść o Jakubie Mortce właśnie. Dokładnie pamiętam, jak wymyślałem tę postać. Jak początkowo niespecjalnie za nim przepadałem, bo uważałem, że tak trzeba. Bo jeśli się lubi swojego bohatera, to za bardzo mu się idzie w fabule na rękę. A książka jest wtedy ciekawa, kiedy główna postać ma nieustannie rzucane kłody pod nogi. Teraz jestem o dziesięć lat starszy i mam nadzieję, że dziesięć lat mądrzejszy. Rozumiem, że nie ma nic złego w sympatii dla moich bohaterów. Przynajmniej tak długo, jak potrafię im przyłożyć kijem po plecach. A w „Długiej nocy” Mortka dostaje ostre cięgi.

    Jedenaście. Tyle lat minęło pomiędzy akcją „Cieni”, a „Długą nocą”. Ta pierwsza toczyła się w grudniu 2010 roku. Ta druga w listopadzie 2021. To było jedno z największych wyzwań związanych z tą powieścią. Bo jedenaście lat to szmat czasu. Zdawałem sobie sprawę, że Mortka musiał się zmienić. Być może stał się nawet zupełnie innym człowiekiem. I powinienem to jakoś zawrzeć i pokazać w „Długiej nocy”. Ale równocześnie czytelnicy powinni w nim zobaczyć tę samą postać, którą zdążyli poznać i polubić. Męczyłem się z tym sporo, ale chyba mi się udało. Mortka wydaje mi się być spokojniejszy. Bardziej wyluzowany i zdecydowanie bardziej pewny siebie. Z większym dystansem do świata, który go otacza. Ale równocześnie to ciągle ten sam skoncentrowany na pracy gliniarz, który po prostu nie potrafi odpuścić, jeśli trafi na trop. Bo nie potrafi się uwolnić od tego poczucia obowiązku, które jest jego największą zaletą i największym przekleństwem. Jest też, nie ukrywam, o jedenaście lat starszy. Co akurat mi przyniosło pewną ulgę. Ponieważ w „Podpalaczu” i kolejnych częściach cyklu ma trochę ponad trzydzieści lat. Ja pisząc debiutancką książkę miałem dwadzieścia sześć, więc ktoś kto przekroczył trzy dychy wydawał mi się strasznie dojrzały i doświadczony. Oczywiście, nie miałem racji. W tym roku brakuje mi dwóch lat do czterdziestki. I myśl, że Mortka miałby być młodszy ode mnie, trochę mnie uwierała.

    No cóż. Już nie jest. I niech tak zostanie!

    I na koniec, te jedenaście lat Mortka spędził na misji do Europolu w Hadze, stolicy Holandii. Jest to więc moja trzecia powieść z rzędu (po „Długu honorowym” i „Królowej głodu”) z wątkiem niderlandzkim. Wygląda to tak, jakbym się strasznie tym Holendrom podlizywał, a oni nawet moich książek nie tłumaczą na swój język! Tym razem jednak wynika to z… pomyłki. Początkowo chciałem, żeby Mortka te jedenaście lat spędził w Lyonie. Pił francuskie wino, zajadał sery i popijał je dobrym winem. Dopiero podczas researchu jeden z moich rozmówców uświadomił mi, że w Lyonie znajduje się nie siedziba Europolu, ale Interpolu, który jest trochę inną agencją. A Europol mieści się w Hadze właśnie.

    Dlatego obiecuję – w mojej kolejnej książce – żadnych Holendrów! No, chyba, że zaczną mnie wreszcie tłumaczyć!

    Wojciech Chmielarz

  • Kradnę, więc jestem – smutna prawda o podcastach true crime. Tekst Przemysława Semczuka

    Podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu odbył się panel dyskusyjny na temat popularności podcastów kryminalnych. W tytule postawiono pytanie o to, dlaczego podkasty cieszą się większym powodzeniem niż literatura faktu. Wydarzenie zbiegło się z roszczeniem, które prawnik wysłał do jednej z podcasterek w imieniu Izy Michalewicz autorki reportaży kryminalnych.

    Co powiecie, by na moment porzucić świat literackich zagadek kryminalnych na rzecz historii, które opowiadane są w formie podcastów? Historie spod znaku „true crime” w Polsce zdobywają coraz większą popularność, ale, o dziwo, lepiej radzą sobie w wersjach podcastowych niż książkowych. Czy fenomen podcastów w Polsce można tłumaczyć tylko pandemią? Jak sytuacja polska ma się do innych krajów? Dlaczego wolimy słuchać o zbrodniach niż o nich czytać?” – taka informacja widniała na stronie wydarzenia.

    Jeszcze zanim zaczęła się dyskusja, z siedmiominutowego wywodu prowadzącego spotkanie Waldka Mazura, dowiedziałem się niemal wszystkiego o nowym medium, które na łeb na szyję bije książki. Jedno było pewne. Mazur jest wielkim entuzjastą podcastów. Nie wiem za to, czy w ciągu ostatniego roku przeczytał jakąkolwiek książkę non-fiction. A kilka się ukazało. Jego gośćmi byli Olga Herring – podcasterka i Michał Larek – pisarz, akademik i również podcaster. Jak łatwo zgadnąć rozmówcy reprezentując jeden front, zgadzali się ze sobą. Pomiędzy wierszami, trochę przez przypadek, padło jednak kilka zdań wyjaśniających o co tu chodzi. Wróćmy jednak do Izy Michalewicz, której na to spotkanie nie zaproszono.

    W październiku ubiegłego roku znana reporterka śledcza wydała w Wydawnictwie W.A.B. książkę „Ballady morderców. Kryminalny Wrocław”. Przed dwoma miesiącami na kanale Moniki Prześlakowskiej „Kryminalne Historie” pojawił się odcinek „Mam fioła na punkcie Jasia. Zbrodnia po polsku II”, będący opracowaniem jednego z reportaży zawartych w książce. Słowo „opracowała” ma tu fundamentalne znaczenie, bowiem właśnie takiego określenia używa większość twórców podcastów. Opracowują sprawy, które przedstawiają publiczności. I zarabiają na tym często spore pieniądze z reklam wyświetlanych na platformach udostępniających ich „twórczość”.

    Michalewicz jest reporterką z wieloletnim stażem. Pisząc reportaż rozmawiała z prokuratorami, policjantami, świadkami i uczestnikami wydarzeń. Dotarła do dokumentów. Efektem jej pracy był tekst zawierający cytaty z akt i wypowiedzi rozmówców. Prześlakowska jest podcasterką. Temat opracowała, a właściwie streściła na podstawie reportażu Michalewicz. Nie wyszła nawet z domu, z nikim nie rozmawiała, nie wnioskowała w prokuraturze i sądzie o zgody na wgląd do akt. Nie czekała tygodniami na udostępnienie dokumentów.

    Spór zaczął się od wpisu na profilu autorskim Izy Michalewicz, który pojawił się 8 kwietnia. Reporterka zarzuciła podcasterce plagiat. Prześlakowska odpowiedziała przyznając otwarcie, że korzysta z różnych źródeł, ale jej zdaniem nie jest to plagiat. „Jak podałam w źródłach, korzystałam z Pani książki, znalazłam tam wiele ważnych informacji – ale nie przeczytałam ich bezmyślnie słowo w słowo”. Temu ostatniemu stwierdzeniu przyjrzał się prawnik Wydawnictwa W.A.B. W jego opinii czytamy: „Przejęte przez Panią zapożyczenia to charakterystyczne ustalenia i koncepty Pani Izy Michalewicz wyrażone przez nią w autorski sposób, całe zdania, które zostały poddane przeróbce/przeredagowaniu. Pracując nad treścią utworu Pani Iza Michalewicz wykonała rozległą pracę badawczą polegającą na zweryfikowaniu materiałów źródłowych oraz analizie m.in. akt postępowania dotyczącego opisanego w utworze zdarzenia. Autorka badając dostępne źródła dokonywała samodzielnych ustaleń dotyczących osób opisywanych w utworze oraz okoliczności poszczególnych zdarzeń. Autorka przeprowadzała rozmowy ze świadkami zdarzeń, odwiedzała miejsca, w których żyły i przebywały osoby przedstawione w utworze. Ustalenia dokonane na podstawie przeprowadzonych rozmów oraz własnych poszukiwań opisała w swoim utworze, nadając im autorską (oryginalną i indywidualną) treść i postać, a także przedstawiając wysnute na podstawie zgromadzonych materiałów własne konkluzje i autorskie hipotezy, które nigdy wcześniej nie pojawiły się źródłach opisujących okoliczności śmierci Martyniki.

    Podanie siebie jako wyłącznego autora podcastu, który tak szeroko czerpie z treści utworu i ustaleń dokonanych przez Panią Izę Michalewicz (bez ujawnienia rzeczywistej relacji obu utworów) stanowi plagiat, a ściślej rzecz ujmując, ten jego rodzaj, który w doktrynie prawa autorskiego nazywany jest „plagiatem ukrytym”: „…plagiat ukryty wiąże się najczęściej z dokonaniem pewnych zmian redakcyjnych, stylistycznych, zarówno w zakresie formy, jak i treści bezprawnie wykorzystywanego utworu. Plagiator próbuje ukryć fakt wykorzystania cudzego utworu, dokonuje jego modyfikacji”.

    Jeśli tekst prawniczy jest zbyt trudny, posłużę się metaforą. Kapela grająca na wiejskich weselach „Pretty Woman” czy „Majteczki w kropeczki”, musi wypełnić odpowiedni formularz i zapłacić tantiemy do Zaiksu. Bo ktoś napisał słowa i muzykę. Kapela interpretuje utwór na swój sposób. Jednak z punktu widzenia prawa ważne kto jest autorem i kto ma prawa do utworu. W przypadku muzyki sprawa jest prosta. Interpretacja i streszczenie czyjejś pracy reporterskiej to temat złożony. W prawie autorskim brakuje regulacji, bo gdy było tworzone podcasty nie istniały.

    Opinię mecenasa Michała Dankowskiego można zastosować do niemal wszystkich podcastów true crime. Podczas panelu na MFK Olga Herring sama przyznała, że tematy opracowuje na podstawie ogólnodostępnych źródeł. Po prostu tego co znajdzie w internecie lub w książkach. Wypada tu dodać odrobinę wiedzy dziennikarskiej. Jeśli reporter danej gazety nie rozmawiał z człowiekiem, nie wolno mu zamieścić w swoim tekście wypowiedzi rozmówcy nie podając źródła. Tymczasem podcasty szeroko cytują akta, wypowiedzi policjantów, prokuratorów a nawet ofiar i sprawców. Nie wskazują przy tym skąd pochodzi wypowiedź i komu jej udzielono. Swoistym listkiem figowym ma być bibliografia (tak jak w przypadku Prześlakowskiej) podana na końcu zamieszczonego na YouTube filmu. Gorzej ze Spotify, gdzie do źródeł odsyła specjalny link. Tam nikt ze słuchaczy z pewnością nie zajrzy. W najlepszym razie w podcaście pojawia się informacja o korzystaniu z książki. Dlaczego zatem autorzy, w tym również ja, mają pretensje? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o….

    Owszem o pieniądze. Napisanie książki wiąże się z kosztami. Pisząc „M jak morderca Karol Kot Wampir z Krakowa”, musiałem pojechać do Krakowa i spędzić tam kilka tygodni. Tylko tak mogłem zapoznać się z aktami dostępnymi w Archiwum Narodowym. Odnalezienie przyjaciółki Kota, Danuty Włodarczyk, zajęło mi kilka miesięcy. To nie takie proste w czasach powszechnej ochrony danych osobowych. My, reporterzy, mamy jednak swoje sposoby na odnajdywanie ludzi. Jako dygresję podam swój rekord. Człowieka skazanego w 1977 roku szukałem dwa lata. Z Barbarą Kot, siostrą Karola poszło szybciej. Jej numer telefonu zdobyłem już po roku poszukiwań. Zgodziła się na rozmowę, co wymagało kolejnej wycieczki na drugi koniec Polski. Bo o takich sprawach nie rozmawia się przez telefon. Wspomnę jeszcze o poszukiwaniach w bibliotece. Olga Herring podczas panelu utyskiwała, że Polska prasa nie jest opracowana w internecie. Pani Olgo! Ja po prostu idę do czytelni i kartkuję kilka roczników różnych tytułów. To szukanie igły w stogu siana. Przejrzenie jednego rocznika dziennika, to osiem do szesnastu godzin pracy. Pracując nad Kotem, sprawdziłem kilkanaście gazet. Wystarczy powiedzieć, że w Bibliotece UMK jestem traktowany niemalże jak pracownik. Po piętnastu latach bibliotekarki nie proszą mnie nawet o kartę. A Herring mówi, że opracowanie jednej sprawy zajmuje jej tydzień. Że ja na to wcześniej nie wpadłem? Korzystając z cudzej pracy jedna książka dokumentalna w miesiącu – to realne.

    Karol Kot w trakcie wizji lokalnej. Źródło: Archiwum Narodowe w Krakowie, fot: Przemysław Semczuk

    Podsumowując – czas to pieniądz. Ja na wypłatę muszę jednak poczekać. Dostaję kilka złotych od każdego sprzedanego egzemplarza. Tymczasem Herring mówi wprost, że siłą podcastów jest to, że są za darmo. Za książkę trzeba zapłacić. Jeśli więc odbiorca wysłucha streszczenia, to po co ma płacić za książkę? A podcaster zgarnie pieniądze z reklam w poczuciu, że się napracował. Przez tydzień.

    Poszkodowani są nie tylko autorzy książek. Internet nie jest do końca ogólnodostępny i darmowy jak uważają podcasterzy. Owszem spora część gazet, stacji radiowych czy portali, udostępnia treści za darmo. Ale ich wytworzenie kosztuje, a co ważniejsze, jest objęte prawem autorskim. I tak, reporter Onetu, Wirtualnej Polski, Interii czy RMF-u jedzie na konferencję prasową, zadaje pytania, dzwoni do prokuratury czy sądu. W efekcie powstaje treść, za którą redakcja mu płaci, a jednocześnie ponosi koszty dokumentacji. Tekst jest więc własnością redakcji. Nawet zdobyte informacje i sposób ich interpretacji podlegają ochronie. Dla Herring jest to ogólnodostępne źródło, nawet jeśli wykorzystuje treści, za których dostęp musi zapłacić w prenumeracie.

    Może jaśniej.

    Załóżmy, że dziennikarka „Newsweeka” znajduje temat na reportaż, zbiera informacje i w końcu go publikuje. Chwilę później reporterka „Polityki” wypuszcza identyczny temat, dotyczący tej samej sprawy, rozmawia z tymi samymi osobami. W branży uznawane jest to za plagiat. A za granicą? Za granicą jest to jeszcze bardziej restrykcyjnie przestrzegane. Przed laty głośna była sprawa reportera „New York Timesa”, który wyszukiwał informacje w lokalnych mediach i nie ruszając się z domu pisał teksty, w których zamieszczał wypowiedzi uczestników wydarzeń. Gdy sprawa wyszła na jaw, „NYT” powołał komisję etyki, przeprosił poszkodowanych dziennikarzy, a bohater plagiatowej afery był skończony.

    Jak to wygląda u nas? W mediach rzadko zdarzają się takie przypadki, ale się zdarzają. Sam padłem ofiarą tego kilkukrotnie. W pierwszym przypadku chodziło o jeden z najpopularniejszych blogów „Zapiski z granitowego miasta”. Jego autor Mateusz Biskup, vel Biszop, przepisał swoimi słowami cały mój tekst z Newsweeka. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że poszkodowanych jest więcej. Biszop mieszkał wtedy w Irlandii i codziennie przepisywał jakiś tekst historyczny z „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Newsweeka”, „Wprost”, „Polityki”, etc. Skopiował nawet książkę doktora Adama Cyry z Państwowego Muzeum Auschwitz Birkenau. Cyra dwa lata spędził badając inskrypcje w obozowych celach śmierci. Biszop zrobił z tego post jakby sam wykonał tę pracę. Smaczku dodaje fakt, że za blogerskie dokonania zdobył nagrodę „Bloga roku”. W kolejnej edycji miał być jurorem i prowadzić warsztaty blogerskie. Gdy o sprawie zawiadomiłem Onet, reakcja była natychmiastowa. Kariera Biszopa była skończona. Sprawa nie trafiła do sądu, bo Onet był wtedy współwłaścicielem Newsweeka. Musiałby zatem walczyć sam z sobą. Innym razem młody dziennikarz wykorzystał mój tekst z książki, streszczając go tak jak robią to podcasterzy. Nieświadomie używał nawet wymyślonych przeze mnie personaliów bohatera, tak jakby ten właśnie tak się nazywał. Na końcu wspomniał, że coś tam ustaliłem w sprawie. Po zgłoszeniu redakcja usunęła tekst.

    Przemysław Semczuk, fot: smakksiazki.pl

    Moim zdaniem uczestnicy panelu MFK nie spotkali się by przedstawić blaski i cienie nowej formy. A tym bardziej odpowiedzieć na postawione pytania. Stronę pisarzy true crime miał reprezentować Larek, który od dwóch lat jest bardziej podcasterem niż pisarzem. Stoi więc po tamtej stronie barykady. I trudno się dziwić, że cała trójka z wielkim zaangażowaniem debatowała nad wyższością Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia. Nie zająknęli się nawet nad kwestią odpowiedzialności za treść. To kolejna mina w podcastowym świecie. Za to co reporter publikuje w książce odpowiedzialność ponoszą wydawca i autor. Zdarza się,  książkę przed wydaniem czytają prawnicy i czasem proszą z ostrożności o poprawki. Nad książką czuwa również redaktor, dyrektor wydawniczy i, jak w moim przypadku, recenzent. Wszystko po to, by nie popełnić błędu, nie naruszyć praw osobistych i autorskich. Dlatego przy każdym cytacie muszę podać źródło. Cytowanie jest ściśle określone w prawie autorskim. A jak działają podcasterzy? Hulaj dusza, piekła nie ma. Cytują dokumenty, choć nigdy ich na oczy nie widzieli. Cytują świadków, chociaż z nimi nie rozmawiali. Skąd więc owe cytaty? Na przykład z moich książek.

    Nie chodzi jednak tylko o cytaty. Ważne jest również naruszenie dóbr osobistych. Kto odpowiada za podcast? YouTube, Spotify, Audioteka czy Empik są tylko platformami udostępniającymi. Podcasterzy nie zdają sobie chyba sprawy, że to oni będą odpowiadać przed sądem, jeśli z roszczeniem wystąpi rodzina ofiary, o której mordowaniu opowiadają z takimi szczegółami, a nawet swadą, pełną kwiecistych metafor. A robią to dla dostarczenia odbiorcy rozrywki. Śmierć katowanej i gwałconej dziewczynki jest więc rozrywką do słuchania w drodze do pracy, czy podczas prasowania ciuszków naszego maleństwa. Póki co, gdy rodzina ofiary protestuje żądając usunięcia podcastu, można usunąć…. ich komentarze. Prędzej czy później któraś z tych spraw skończy się jednak procesem.

    Odpowiedzialność za treść ma jeszcze jeden wymiar. Podcasterzy w źródłach podają siebie nawzajem. Zatem coś co pojawia się w jednym kanale, za chwile znajdziemy w kolejnym. Ale czy to prawda? Za przykład niech posłuży drugi gość panelu, Michał Larek. W jego podcaście wysłuchałem wspomnień byłego milicjanta, który brał udział w czynnościach operacyjnych przy sprawie Wampira z Zagłębia. To nic, że w chwili pierwszego zabójstwa miał ledwie dwadzieścia lat. Na Śląsk przyjechał osiem lat później jako jeden z setek młodych milicjantów, których delegowano, by wykonywali żmudną pracę papierkową. Trzon grupy stanowili doświadczeni oficerowie (żaden z nich już nie żyje), a struktura była rozbudowana jak w dzisiejszej korporacji. Jednak słuchając opowieści odniosłem wrażenie, że gość Larka był jednym z najważniejszych oficerów, który jak sam twierdzi uporządkował dokumentację. Dzisiaj myli fakty i daty, a o wielu aspektach sprawy nie ma pojęcia. Choćby o tym, że w strukturze grupy był odrębny dział archiwum, w którym nic nie wymagało porządkowania. Mimo to dla Larka, byłego już wykładowcy UAM, jest wiarygodnym świadkiem. Dziwi to tym bardziej, że na wstępie Larek mówi o mojej książce. Mówi bardzo pozytywnie. A zatem powinno mu się zapalić światełko – coś nie gra w tej opowieści. A odbiorca? Odbiorca „łyknie wszystko jak pelikan żabę”.

    Kilka dni temu znajomy autor podesłał mi link do nowego podcastu. W krótkim czasie na kanale YouTube i Spotify pojawiły się trzy odcinki będące streszczeniami moich książek. Trudno mówić nawet o podobieństwie, bo autorka podcastu czyta dialogi z książki, która jest fabularyzowanym reportażem. Te dialogi napisałem sam, odtwarzając prawdopodobny przebieg rozmów bohaterów, na podstawie ich zeznań. „Nowe odkrycie na youtube, dzięki za materiał! 🙂” – chwali plagiat jeden ze słuchaczy. Na razie niespełna czterysta odtworzeń, ale od czegoś trzeba zacząć. Chwilę później odkrywam kolejny podcast kryminalny ze streszczeniem tej samej książki. Tu ponad czterysta tysięcy odtworzeń! Czyli konkretne kwoty wypłacone przez YouTube. W komentarzach czytam: „Znam sprawę dość dobrze, oglądałam i widziałam różne materiały, ale w twojej audycji pojawiły się informacje o których nie wiedziałam. Świetna robota”! Serio? Wystarczyło sięgnąć po książkę, o której pisałem wcześniej. Chodzi o przypadek Karola Kota. Przypomnę, rok pracy. Podcast ukazał się trzy miesiące po premierze książki. Zresztą o tej sprawie opowiedziało więcej podcastów. I mamy odpowiedź w sprawie wyników sprzedaży książki.

    To właśnie tego wątku zabrakło podczas panelu na MFK. Irek Grin – dyrektor festiwalu, 24 maja został powiadomiony przez Michalewicz o jej zastrzeżeniach do podcastów. Nie odpisał. Widać dla festiwalu ważniejsze było podłączenie się do nowego medium, a przy tym zdobycie paru nowych odbiorców wśród fanów podcastu. Ciekawe co na to noblistka, która publicznie deklaruje pomoc autorom. Stanie po stronie twórców czy „twórców”? Ci drudzy to w znakomitej większości ludzie młodzi, którzy zamiast lektur czytali streszczenia. Mickiewicz, Orzeszkowa czy Prus nie mieli o to pretensji. Dlaczego więc nie mają streszczać Michalewicz czy Semczuka?

    Na koniec dodam, że nie mam nic przeciwko podcastom. Można opowiadać o gotowaniu, wychowywaniu dzieci, podróżach. Można też opowiadać historie kryminalne. W tym wypadku należy jednak samemu wykonać pracę dokumentalną. Tymczasem reporterzy stają przed prostym wyborem. Pisać książki czy nagrywać podcasty? Iza Michalewicz już to robi. Ja także przygotowuję słuchowisko audio. Choć przyznam, że z konieczności, tylko po to, by podcasterzy nie skonsumowali efektów mojej pracy. Dlatego musiałem wstrzymać wydanie nowej książki, nad którą pracowałem dwa lata.

    Przemysław Semczuk

  • Czy można wybaczyć zamordowanie swoich bliskich? Czy można zabić z miłości? Rozmowa z Natalią Ojewską o książce „Zabiłam”

    Jestem pewien, że to jedna z najbardziej wstrząsających historii, które przeczytacie w tym roku. Natalia Ojewska porozmawiała z kobietami, które zostały skazane w Rwandzie za zamordowanie innych ludzi. Jedna z bohaterek stanęła przed dylematem: czy utopić swoje dzieci, czy skazać je na poćwiartowanie maczetą. Inna namawiała członków swojej rodziny do zabicia sąsiada. Ta książka to też opowieść o wybaczaniu, przyznaniu się do winy, ale też o szczuciu plemion przeciw sobie. „Zabiłam. Historie matek skazanych za zbrodnie ludobójstwa w Rwandzie” to lektura obowiązkowa, bo jest świetnie napisanym reportażem, który kipi emocjami.

  • Śladami „Empuzjonu” Olgi Tokarczuk

    Ponad 500 przejechanych kilometrów, ale było warto. Sokołowsko to urokliwa miejscowość na Dolnym Śląsku, w której Olga Tokarczuk umieściła akcję „Empuzjonu”, pierwszej powieści po otrzymaniu literackiego Nobla. Jak wyglądają miejsca związane z książką? Jak prezentuje się Sokołowsko i czy widać już tam ślady „Empuzjonu”? Łapcie materiał z krótkiej wizyty, poczujcie klimat, może sięgnięcie po książkę?

  • Czerwcowe nowości na plażę i pod palmę

    Wydawcy nie próżnują, więc czerwiec przynosi nam sporo ciekawych nowości. Po co sięgnąć? Przejrzałem, część już przeczytałem, więc widzę to tak, jak poniżej. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się na stronę wydawcy, gdzie przeczytacie więcej o interesującej Was książce. Dajcie znać w komentarzu, co byście jeszcze do tej listy dodali.

  • 300 dolarów od Ryszarda Kapuścińskiego, co rodzic może zrobić dla dziecka i strach korespondenta. Rozmowa z Marcinem Mellerem o „Czerwonej ziemi”

    O czym świadczy fakt, że w Afryce pijący nie wyciąga muchy z kawy? Czy rodzic jest w stanie zrobić dla dziecka absolutnie wszystko? Czego boi się korespondent? Jakie to uczucie być debiutantem? Jak zmieniła się Afryka przez ponad dwadzieścia lat? Co jest najważniejsze w życiu i jak mierzyć odpowiedzialność? To niektóre pytania, jakie padły w trakcie naszej rozmowy o „Czerwonej ziemi”. Obejrzyjcie, posłuchajcie, a potem przeczytajcie, bo od lektury minęły dwa miesiące, a niektóre tematy wciąż chodzą mi po głowie.

  • Prosto z kajuty! Rozmowa z Vincentem V. Severskim o „Placu Senackim 6 PM”

    Takiego materiału jeszcze tutaj nie było, a kto wie, czy kiedykolwiek będzie. Z Vincentem V. Severskim rozmawiamy na promie sieci Silja Line (Holiday Tour – dzięki za gościnę!) relacji Sztokholm – Helsinki, no i oczywiście, w drugą stronę też. „Plac Senacki 6 PM” już za moment w księgarniach, a w rozmowie pojawia się przybrana tożsamość, miłość w pracy agenta wywiadu, okręty podwodne, próba werbunku na psa, ale też wątek Finladnii w NATO, jakże dziś aktualny oraz wiele innych tematów. W tym pytanie, czy każdego można zwerbować, a jeśli tak, to czy są jakieś granice? Druga część naszej wyprawy, czyli autor oprowadzający po ważnych miejscach akcji w Helsinkach, pojawi się w okolicach premiery, która zaplanowana jest na 18 maja.

  • Przedpremierowy fragment „Długiej nocy” Wojciecha Chmielarza

    Wysiadł z samochodu, przeszedł przez podjazd i otworzył bramę od garażu. Siłował się chwilę z blaszanymi skrzydłami. Rozchylił je najmocniej, jak tylko się dało, co nie było łatwe. Garaż, podobnie jak cały dom, wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy trudno było o materiały budowlane, a poza tym ludzie spodzie- wali się, że największym samochodem, jaki będą musieli tam zmieścić, będzie duży fiat. On zaś miał potężnego terenowego range rovera. Wjechanie nim do garażu zawsze wymagało dużej ostrożności i maksymalnej uwagi. Wrócił do wozu, uruchomił silnik, delikatnie nacisnął pedał gazu i auto powoli potoczyło się do przodu. Trzymał się jak najbliżej prawej strony, żeby móc potem swobodnie wysiąść.

    Kurwa… – zaklął pod nosem, kiedy usłyszał, jak bok wozu zaczyna trzeć o ścianę. Odbił natychmiast w lewo, a potem zahamował. Przez chwilę tylko siedział, kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy i zgrzytając zębami. Wreszcie wrzucił bieg, puścił sprzęgło i wjechał do końca. Przedni zderzak niemal stykał się ze ścianą.

    Wyskoczył z auta, żeby sprawdzić rozmiar szkody. Od przednich drzwi przez tylne biegł szeroki na kilkanaście centymetrów pas licznych rys. Przejechał po nich palcami i skrzywił się. Zdarł lakier do gołej blachy. Metal też się uszkodził. Już wcześniej wóz nie wyglądał dobrze, ale teraz to była tragedia.

    Wyprostował się i dwa razy uderzył pięścią o dach samochodu. – Co?! Zarysował pan?! – usłyszał za sobą głos.

    Odwrócił się błyskawicznie. Jego prawa ręka sama powędrowała do schowanego za paskiem na plecach pistoletu. Nie żeby go wyjąć. Raczej po to, by upewnić się, że ciągle tam jest, ukryty za połami kurtki.

    Na drodze, na wysokości ogrodzenia, stał jego sąsiad. Sześćdziesięcioletni okrągły facet w kaszkiecie na głowie. Obok niego z nosem przy ziemi dreptał pies, brzydki, nieforemny kundelek.

    Zarysowałem – potwierdził niechętnie.
    – Bardzo?
    – Zaszpachluje się, panie Witoldzie.

     

    Sąsiad wychylał się to w jedną, to w drugą stronę, niemal stawał na palcach, żeby samemu ocenić rozmiar szkody. Z tej odległości jednak było to praktycznie niemożliwe. Sprawiał więc wrażenie lekko rozczarowanego.

    Taki duży samochód, a garaż malutki. Niepotrzebnie pan tam wjeżdżał – odezwał się. – Ja to bym trzymał taki wóz na dworze. Może jakąś wiatę wybudował, żeby go przed deszczem chronić. Placu na podwórku pan przecież ma dość. – Koniecznie chciał się podzielić dobrą radą.

    Może tak zrobię.

    No, ale nieszczęście już się zdarzyło, nie? Mądry Polak po szkodzie, nie?

    Tak mówią.

    Sąsiad podjął jeszcze jedną próbę sprawdzenia, jak bardzo uszkodzony jest samochód. Znowu nieudaną. Pożegnał się więc krótko i poszedł dalej. Mężczyzna poczekał, aż tamten zniknie, i dopiero wtedy puścił rękojeść pistoletu. Potem pospieszenie zamknął bramę garażu i udał się do domu.

    W środku nikogo nie było. Nie kłopocząc się zdejmowaniem butów, przeszedł przez przedsionek do salonu. Wyjął z barku butelkę wódki i nalał alkoholu do szklanki. Wypił jednym łykiem i znowu nalał. Najpierw gorzały, potem soku jabłkowego. Z takim drinkiem usiadł na skórzanej kanapie. Skrzywił się, kiedy lufa pistoletu wbiła mu się w lędźwie. Wyciągnął broń i położył na stoliku o szklanym blacie, przez który widział ułożone starannie na półeczce pod spodem kolorowe czasopisma. Sięgnął po pilota. Natychmiast przeszedł na kanał TVN24. Przez chwilę oglądał obrazki z kolejnej demonstracji kobiet, które ze świeczkami w rękach wędrowały w stronę budynku Trybunału Konstytucyjnego. Drażniły go ich pełne wulgaryzmów transparenty, nawet jeśli skrywały się za ośmioma gwiazdkami, i pełen egzaltacji głos komentatorów w studiu. Dlatego wyłączył dźwięk. Oglądał przez blisko kwadrans, czekając na inne wiadomości, ale nic się nie zmieniło. Poskakał przez chwilę po kanałach informacyjnych, jednak wszędzie leciało to samo. Zdenerwowany wyłączył telewizor. Jego wzrok przez chwilę błądził po pokoju, aż zatrzymał się na leżącym przed nim pistolecie.

    Popełnił błąd. Powinien pozwolić tej dziewczynie uciec. Tak po prostu. Niechby sobie poleciała, gdzie chce. Co najgorszego mogło go wtedy spotkać? Nie mówiła przecież po polsku. Nawet jakby ktoś go zatrzymał, to wytłumaczyłby, że doszło do nieporozumienia. Tak, chciał skorzystać z jej usług, tak, to wstyd, ale facet czasami musi, nie, nie wie, co ją zdenerwowało. Po prostu wyskoczyła z jego samochodu. Nic z tego nie rozumie. Zresztą wątpliwe, żeby ktokolwiek się tym zainteresował. Ot, zwykła przestraszona dziwka, która nie potrafi wyjaśnić, o co jej właściwie chodzi. Zamiast tego stracił nad sobą panowanie. Próbował ją zatrzymać. Szarpali się. Uderzył ją kilka razy. Udało się jej wyskoczyć z samochodu. Sięgnął więc po pistolet i strzelił. Dopiero wtedy zobaczył stojący nieopodal radiowóz. To go otrzeźwiło. Zamknął drzwi od strony pasażera i natychmiast uciekł ze stacji benzynowej.

    Próbował teraz przeanalizować to, co się stało. Dziewczyna pobiegła do policjantów. Strzelał do niej. Niemożliwe, żeby nie usłyszeli tego huku. Po prostu musieli zwrócić na niego uwagę.

    Do tego na jej twarzy widać było ślady pobicia. Teraz nie miało już znaczenia to, że po polsku znała może ze dwa słowa. Na pewno zajmą się tą sprawą i będę próbowali dowiedzieć się, co się dokładnie wydarzyło. A ta dziewczyna była u niego w domu. Prędzej czy później po prostu ich do niego przyprowadzi. Przyjadą tutaj i to będzie koniec.