Kategoria: Aktualności

  • Katarzyna Tubylewicz o skandalu w Akademii Szwedzkiej związanym z Salmanem Rushdiem, wolności słowa i Larsie Vilksie. [wideo]

    Katarzyna Tubylewicz przybliża pewną aferę w Akademii Szwedzkiej związaną z nałożeniem fatwy na Salmana Rushdiego, a także jej konsekwencjach. W materiale znajdziecie też sporo ciekawych informacji o Larsie Vilksie – szwedzkim artyście, na którego również został wydany wyrok śmierci. Na ten temat Niklas Orrenius napisał książkę „Strzały w Kopenhadze” (materiał na ten temat jutro na smaku). Usłyszycie też o wolności słowa, a także „Moralistach” – książce Tubylewicz, w której jeden z rozdziałów jest jej poświęcony.

  • Vincent V. Severski o zamachu na Rushdiego: „Wielcy pisarze stawiają wielkie pytania. Również o religię”. [wideo]

    Dlaczego do zamachu na Salmana Rushdiego doszło właśnie teraz? Czy przyczyną może być niedawne zlikwidowanie przywódcy Al Kaidy? Vincent V. Severski opowiada o swoich spostrzeżeniach dotyczących wczorajszych wydarzeń. Zobaczcie naszą rozmowę. 

     

  • Paulina Polko: „spotkanie z Salmanem Rushdiem miało podstawowe braki w zabezpieczeniu” [wideo]

    Salman Rushdie jest już po operacji, jego stan lekarze określają jako ciężki. Istnieje niebezpieczeństwo, że straci oko, jest podłączony do respiratora. Pisarz wczoraj wieczorem czasu europejskiego został kilkukrotnie ugodzony nożem przez 24-letniego zamachowca, który wtargnął na scenę w trakcie spotkania z autorem „Szatańskich wersetów”.

    Dr Paulina Polko, ekspertka do spraw bezpieczeństwa z Akademii WSB uważa, że organizatorzy mają sobie naprawdę wiele do zarzucenia pod kątem bezpieczeństwa na tej imprezie. Zarzuca im elementarne błędy w sytuacji, gdy mamy do czynienia z osobą, na którą został wydany wyrok śmierci.

    Jakie błędy popełnili organizatorzy? Kim jest zamachowiec? Zobaczcie wideo.

  • Salman Rushdie 2017: „Moje życie jest normalne” [wideo]

    Salman Rushdie został kilkukrotnie dźgnięty nożem w czasie wykładu w Chautauqua Institution w stanie Nowy Jork. Amerykańskie media donoszą, że zamaskowany mężczyzna wbiegł na scenę i zaatakował pisarza. Na ten moment wiadomo, że Rushdie jest w szpitalu, przeszedł operację.

    W 1989 roku ajatollah Ruhollah Chomeini wydał fatwę – wyrok śmierci na autora „Szatańskich wersetów”, bowiem książka została przez wielu muzułmanów uznana za bluźnierczą. Fatwa obowiązuje do dzisiaj. Salman Rushdie przez wiele lat się ukrywał, jednak gdy przyjechał do Polski w 2017 roku mówił, że temat wyroku śmierci powraca tylko podczas spotkań z dziennikarzami.

    Co jeszcze mówił wtedy Rushdie? Zobaczcie wideo.

     

  • Tylko na smaku! Przeczytaj przedpremierowy fragment „1795″ Niklasa Natt och Daga

    Umilkły błogie dźwięki strun i smyczków, które jeszcze przed godziną rozbrzmiewały w jego świecie i pomagały mu o wszystkim zapomnieć. Zamiast nich nocną porą rozlegają się kościelne dzwony, a wydobywający się z nich ton towarzyszy tym, którzy chcą go znaleźć. Każdemu, kto zechce ich słuchać, śpiewają pieśń o tym, który jest poszukiwany. Tycho Ceton opuszcza bezpieczne zaułki dające mu chwilowe schronienie, zasłania twarz rękami i skulony kieruje się w stronę śluzy Polhema, skąd dobiega huk wody. W pewnej chwili wpada w dziurę po brukowym kamieniu i odrywa mu się sprzączka na lewym bucie. Postanawia jednak się nie zatrzymywać, żeby ją poprawić, tylko idzie dalej. Ucieka sam. Jarrick porzucił go bez słowa pożegnania, przepadł w bocznym zaułku wraz z zapłatą, której zażądał za dostarczoną wiadomość. Zachowanie sługi wcale go nie zdziwiło, bo i tak niczego lepszego się po nim nie spodziewał. Teraz jest sam, całkiem bezbronny, a kiedy jego życie zostanie wystawione na sprzedaż, chętni ustawią się w kolejce. Lepiej więc rozstać się od razu, niż czekać, aż łączące ich więzi, których spoiwem była do tej pory wyłącznie chciwość, zostaną wystawione na próbę i pękną. Przy tej resztce zaufania akt ostatecznej zdrady był tylko kwestią czasu.

    Na grzbietach fal wzburzonego Saltsjön widać spienione grzywacze. W blasku gwiazd jest ich całe mnóstwo. Przechodząc przez most zwodzony, Ceton wspiera się o poręcz, żeby nie stracić równowagi na śliskich deskach. Wiatr z olbrzymią siłą wpycha wody jeziora Mälaren między kamienie. Przez szpary w deskach widać, jak kipiel osiąga poziom grożący zalaniem. Z miejsca, gdzie piana pieści swym dotykiem powierzchnię muru, dobiega szept. Brzmi jak słowa kogoś, kto jest zadowolony z cudzego nieszczęścia:

    Termin spłaty długu dawno temu minął, Twoi wierzyciele już po ciebie idą.
    Jeśli w końcu zechcesz spłacić długi swoje, Tylko krew w twych żyłach za monetę postoi.

    Po przejściu przez most Ceton szuka powozu konnego. Na szczęście szybko znajduje jeden – woźnica zasnął na koźle z dłońmi pod pachami i brodą opuszczoną na pierś. Ceton kuli się z zimna za spękaną, brudną szybą i wsłuchuje w stukot końskich kopyt o bruk. Zwierzęta starają się złapać odpowiedni rytm.

    Na ziemi po zawietrznej stronie muru leżą opadłe płatki róż. Chłostane podmuchami wiatru unoszą się i wirują w powietrzu. Po dotarciu na miejsce Ceton puka do drzwi, a gdy służąca pyta, kto tam, rzuca swoje imię. Dziewczyna uchyla, on zaś wyrywa jej świecznik. Dziewczyna nie protestuje, tylko otwiera drzwi na całą szerokość i odsuwa się na bok, żeby zrobić mu przejście. Ceton już w przedpokoju czuje bijący z wnętrza domu smród, którego nie są w stanie zdusić żadne perfumy. Przed wejściem do pokoju wyjmuje perfumowaną jedwabną chusteczkę i zakrywa nią nos, ale szybko zmienia zdanie i wkłada ją z powrotem do kieszeni. Nie chce pokazywać, że cokolwiek, co jest związane z jego żoną, może go sprowokować do działania, nawet jeśli wy- nikałoby to z obrzydzenia. Czuje w dłoni chłód mosiężnej klamki. Przez moment się waha, ale w końcu ją naciska i wchodzi do pogrążonej w mroku sypialni.

    Smród, który uderza w nozdrza już na samym progu, jest tak intensywny, że do pewnego stopnia nadaje wypełniającej komnatę ciemności pewien określony wygląd, jakby to nie była ciemność, tylko mgła albo dym. Może to brzmi dziwnie, ale Ceton odnosi wrażenie, że gdy tak idzie przez pokój, świece, które niesie, bardziej go zaciemniają, niż rozjaśniają. Odstawia świecznik na stojący przy ścianie stolik i na chwilę nieruchomieje przed rozległym cieniem rzucanym przez baldachim. Leżąca w łóżku osoba zasłonięta jest zwojami krepy. Ceton czeka, aż serce przestanie mu walić jak oszalałe, a gdy tętno zwalnia, słyszy jej oddech – spokojny i subtelniejszy niż zwykły oddech śpiącej osoby. Ogarnia go złość. W tym momencie to on stoi na przegranej pozycji. Jego żona leży w łóżku niczym wąż w jamie i przygląda mu się z tą swoją cierpliwością, której przez lata nauczyło ją życie. To ten rodzaj cierpliwości, której on nigdy nie będzie w stanie stawić czoła.

    Mój kochany Tycho… Spodziewałam się ciebie.

    Ceton wzdryga się na dźwięk jej głosu. Dobrze wie, co kryje się pod tymi słowy.

    Jego sparaliżowana małżonka roztyła się ponad miarę i straciła swoje dawne młodzieńcze kształty. Głos pozostał ten sam co kiedyś, gdy wydobywał się z delikatnej dziewczęcej piersi. Z pewnością cierpi straszne męki, ale z jej słów przebija zadowolenie, jakby się nimi rozkoszowała, tak jak ktoś rozkoszuje się słodyczą wina. Ceton poci się pod koszulą i niechętnie odpowiada:

    Mirando…

    Na dźwięk swego imienia kobieta wybucha śmiechem. Ceton czuje, jak język sztywnieje mu w ustach, myśli mącą się w głowie, a umysł robi się ociężały. Nie pozostaje mu nic innego, jak tylko czekać na to, co powie albo zrobi jego żona. Szansa na przejęcie inicjatywy wymknęła mu się z rąk.

    Ależ, kochanie… Słyszę, że twój głos drży. I to przed kim? Przed własną żoną? Z pewnością nie tylko ja podziwiam cię za taką nieśmiałość. À propos, od kilku godzin słyszę bicie dzwonów na kościelnych wieżach. Wysłałam Gustawę na wzgórze i kazałam jej sprawdzić, co się stało. Powiedziała mi, że Kungsholmen stoi w płomieniach. Zaraz potem zjawiasz się ty, i to w takim stanie. Jesteś spocony, na koszuli i płaszczu masz mokre plamy, a odór strachu, jaki od ciebie bije, jest tak silny, że zawstydza cierpki zapach bijący od moich nóg. Czego ci potrzeba, skarbie?

    Miranda zawsze wie, jak zranić go swoim ciętym językiem. Potrafi chłostać słowami jego czułe miejsca, nawet jeśli czyni to ze szkodą dla siebie. Z każdego słowa, które kieruje pod jego adresem, przebija szyderstwo, bo oburzenie nie pozwala jej wypowiadać się w sposób elokwentny. Ceton zwraca się do niej gniewnym szeptem:

    To ty przyłożyłaś do tego rękę, prawda? 

    Sam wiesz najlepiej, że komuś, kto nie jest w stanie unieść znad pościeli koniuszka palca, trudno odpowiedzieć na takie pytanie. Szczerze jednak liczę na to, że faktycznie miałam swój skromny udział w twoim nieszczęściu, które doprowadzi cię do całkowitego upadku. Przyczyniłam się do niego na tyle, na ile mogłam.

    Kobieta unosi głowę i pokój wypełnia delikatny dźwięk dzwoneczka.

    Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell

    Niedawno ktoś mnie odwiedził. Czekałam na taką wizytę od lat. Niestety, moje utkane z marzeń oczekiwania zostały spełnione tylko w niewielkim stopniu. Przynajmniej na początku. Było u mnie dwóch ludzi, jeden wysoki, drugi niski. Ten pierwszy wyglądał na tak steranego życiem, że z trudem rozpoznałam w nim człowieka. Na domiar złego nie miał jednej ręki. Ten drugi… No cóż… Od razu zauważyłam, że coś jest z nim nie w porządku. Byłam prawie pewna, że zadanie, którego obaj zamierzali się podjąć, nie ma szans na powodzenie. Kto uwierzył- by na słowo takim dwóm przybłędom, nawet gdyby na dowód okazali zeznanie zawierające przyznanie się do winy? Od tego jednorękiego biła ogromna złość, od której tapety zwijają się na ścianach. Ciekawa jestem, jakimi karmiłeś go kłamstwami i jak bardzo chwaliłeś się przed nim swoimi podłymi uczynkami? Poradziłam mu, żeby poszedł do sali, w której są prowadzone pokazy anatomiczne, bo miałam nadzieję, że wpadnie we wściekłość i zabije cię na miejscu. Nie doceniłam jednak jego umiejętności panowania nad sobą.

    Czy to wszystko?

    Nie, drogi mężu. Opowiedziałam mu też o tobie i o różnych kłopotliwych dla ciebie sprawach. Ale nie o wszystkich.

    A to dlaczego?

    Widzę, że strach odebrał ci rozum. Sam powinieneś się domyślić. Nie daję im nawet cienia szansy, że choćby jeden ze swoich zamiarów doprowadzą do szczęśliwego końca. Ale to bez znaczenia, bo nawet jeśli ta niedobrana para nie wróci do mnie po resztę informacji, zamiast nich zjawią się inni, którym o wszystkim opowiem. Chyba że zrobisz to, o co od dawna cię proszę.

    Ceton czeka na dalsze słowa i czuje w skroniach silne pulsowanie.

    Masz mnie uwolnić. Żądam tego .Nie dam ci wyboru. Wiem, że zwykle zlecasz takie sprawy innym, a sam tylko obserwujesz, ale nie rozglądaj się za Gustawą, bo jej już tu nie ma. Poradziłam jej, by po tym, jak otworzy ci drzwi i wpuści cię do środka, natychmiast stąd uciekła, nie oglądając się za siebie. Dzisiaj w nocy ten jeden jedyny raz zrobisz to własnymi rękami, a w głowie będziesz miał tylko tę myśl: że z tobą wygrałam. Później, to znaczy do momentu, do którego uda ci się przedłużyć swoje bezwartościowe życie, będziesz czuł to samo. Jak więc widzisz, ostatnią partię, jaką mieliśmy do rozegrania, rozstrzygnęłam na moją korzyść. Wszystkie lata, godziny i minuty, które spędziłam w tym łóżku, zostaną mi w pełni wynagrodzone w chwili, gdy zobaczę twój marny upadek. Pamiętasz dzień, w którym szliśmy do ołtarza? Uważałam, że byłeś piękny, a dopiero potem poznałam cię lepiej. Tysiąc razy piękniejszy wydajesz mi się jednak teraz, taki upokorzony i przestraszony. Spiesz się, kochany, bo wszyscy wiedzą, gdzie mieszkasz, a wrogowie marzą o zemście. Porażka, której doznałeś, nie będzie ostatnią. Ciekawe, kto zjawi się pierwszy: jednoręki strażnik miejski w towarzystwie chudego głupka czy twoi dawni bracia zakonni? A może jeden z panów wielmożów, od których wymusiłeś różne korzyści? Czyja dłoń zada ci śmiertelne pchnięcie? Mam nadzieję, że jeśli Bóg rzeczywiście istnieje, nie zabroni mi oglądać tego na własne oczy, nawet z głębi piekieł. Na szczęście to już nie moje zmartwienie. Zrób to, co ci kazałam, zanim będzie za późno. Natychmiast.

    Ceton wie, że Miranda powiedziała prawdę, ale dalej się waha. Próbuje spojrzeć na problem z różnych stron, tak jak szachista, który zdaje sobie sprawę, że dostał mata, lecz na wszelki wypadek jeszcze raz wpatruje się w szachownicę, żeby się co do tego upewnić. Robi kilka kroków, jakby tkwił w samym środku jakiegoś koszmaru, i podchodzi do łóżka. Patrzy na swoją nadmiernie otyłą żonę leżącą pod kołdrą i ogarnia go obrzydzenie. Gwałtownie oddycha, płuca wypełnia mu cuchnące powietrze. Przełyka ślinę, żeby nie zwymiotować. Kobieta chichocze. Widać po niej, że jest uszczęśliwiona.

    Mój drogi Tycho… Wyglądasz jak nieśmiały uczniak przed pierwszym stosunkiem płciowym.

    Ceton wyrywa jej spod głowy poduszkę i drżącymi rękami zakrywa twarz żony. Czuje, że brakuje mu sił, w tej samej chwili czas stanął w miejscu, zastygł i stężał niczym melasa. Kładzie się na kobiecie całym ciężarem swojego ciała i leżą tak oboje w pozycji, która jest karykaturą miłosnego uścisku. Ceton trzę- sie się z obrzydzenia, czuje, jak bezwładne, luźne ciało Mirandy pod nim dygocze. Bardzo długo słyszy jej triumfalny śmiech i na próżno próbuje stłumić go puchową poduszką w jedwabnej poszewce. Na końcu dociera już do niego tylko brzęczenie przyczepionego do głowy żony dzwonka.

    Wychodząc z pokoju, trzyma się ściany. Przed opuszczeniem domu postanawia zabrać niewielką liczbę monet i wartościowych przedmiotów, które stanowią marną resztkę jego majątku. Niestety, wszystkiego nie może wziąć. Kiedyś urządził w domu kilka schowków, ale w tym momencie ogarnia go tak duża panika, że nie potrafi sobie przypomnieć, gdzie są. Jego martwa żona została w łóżku. Oczy ma otwarte, a jej szydercze spojrzenie ściga go przez ściany. W końcu udaje mu się znaleźć trochę cennych rzeczy, ale tak mało, że nie zapełnia nimi nawet zwykłej torby z materiału. Na dworze jest jeszcze noc, dziś tak inna niż zwykle. Coś każe mu się zatrzymać przy bramie, gdzie czuje się tak pewnie, jakby to było sklepienie z opuszczoną kratą. Opanowuje go strach, który zawsze ukrywał w najgłębszych zakamarkach swego serca. Jeśli o nim nie zapomniał, to przynajmniej schował go przed światem.Teraz ów lęk rozrywa kajdany i bierze Ziemię w posiadanie. Jest wszędzie, otacza go ze wszystkich stron i dławi krzyk, który chce się wydobyć z jego ust. Potem Tycho już tylko czmycha jak przed wiatrem zając, który próbuje się ukryć, żeby nie zwietrzyły go psy.

    II

    Dülitz już na podstawie samego sposobu, w jaki jego dzisiejsi goście pukają do drzwi, wietrzy kłopoty. Przez wszystkie lata, jakie upłynęły od dnia, w którym zaczął tu urzędować, zdążył się przyzwyczaić, że petenci zwracają się do niego w sposób grzeczny i taktowny. Niektórzy nawet go przepraszają za subiekcję, jaką sprawiają mu swoją wizytą. Bardziej bojaźliwi zamiast pukać, drapią w drzwi paznokciami, pozostawiając na nich rysy. Tym razem z klatki schodowej dobiegają mocne uderzenia laski, a na drewniane drzwi prowadzące do kantoru spada rytmiczna salwa. Sprawcą tego hałasu jest ktoś, kto nie musi się martwić tym, że po jego wizycie pozostaną na nich wgniecenia i pęknięcia od uderzeń srebrnej kulki. Jest już późno, ale nadal na tyle jasno, że przez szczelinę między zasłonami wiszącymi w oknie pokoju na pierwszym piętrze Dülitz może zobaczyć to, co się dzieje na ulicy. Podchodzi bliżej, ale na tyle ostrożnie, żeby jego cień nie padał na szybę. Widzi dwóch mężczyzn w miękkich kapeluszach opuszczonych głęboko na czoła. Ich wygląd i zachowanie wcale go nie dziwią, bo niewielu spośród tych, którzy go odwiedzają, chce się potem chwalić taką znajomością. Za nimi, przy wzgórzu od strony ulicy Ormsaltaregränden, stoją dwaj inni mężczyźni, którzy prawdopodobnie otrzymali od tych pierwszych polecenie, żeby się trzymać na dystans. Stoją skuleni, aby deszcz nie wlewał im się za kołnierze. Wyglądają na pewnych siebie, spod płaszczów wystają im policyjne mundury. Na wzgórzach po drugiej stronie śluzy Polhema palą się uliczne latarnie, a w całej dzielnicy widać oświetlone lufciki w oknach domów. Sprawia to niesamowite wrażenie, jakby siekane strumieniami deszczu miasto patrzyło na niego jak wielooka bestia, już to z niechęcią, już z obojętnością. Często spogląda na Sztokholm z tego miejsca i chociaż mieszka tu od lat, miasto wydaje mu się coraz bardziej obce. Uświadamia sobie, że któregoś dnia wskaże mu grób, który sobie wykopał.

    Domyśla się, jaki jest powód tak późnej wizyty. Wprawdzie to, czego dotyczy, wyrzucił z pamięci, ale wiedział, że prędzej czy później do niej dojdzie. Teraz stoi przed faktem dokonanym, nie zamierza jednak kwestionować wcześniejszych wyborów, z powodu których znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Być może w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, gdy znużony codzienną monotonią postanawia podjąć jakieś ryzyko. Teraz już wie, że nie powinien był przyjmować tamtego zlecenia, ale wyjątkowo nie posłuchał podpowiadającego mu to głosu rozsądku. Jego obecne kłopoty związane są z dziewką, która nazywa się Anna Stina Knapp. Gdyby nie ona, niebezpieczeństwo nigdy by nie zagościło w progach jego domu. Anna Stina pojawiła się w samą porę, a poza tym miała wszelkie atuty niezbędne do wykonania wspomnianego zlecenia. To był naprawdę niezwykły zbieg okoliczności. Być może zwiodło go współczucie albo padł ofiarą czarów, ale odpędza takie myśli, bo korzyści, które z tego odniósł, należą do przeszłości. Jego drzwi znowu zamieniają się w twardy bęben. Ottosson dopiero się obudził i jeszcze nie wytrzeźwiał. Stoi w przedpokoju i obrzuca Dülitza przestraszonym, pytającym wzrokiem. Jego pan macha mu ręką, żeby się odsunął, podchodzi do drzwi i unosi rygiel. Za chwilę ktoś rzuci kośćmi, a wynik tej rozgrywki zadecyduje o jego życiu.

    Niedawno napalił w kaflowym piecu, ale ciepło nie zdążyło się jeszcze rozejść po całym mieszkaniu. Ullholm, naczelnik policji, patrzy na kielich wina, który drżącą ręką podsuwa mu Ottosson, ale nawet nie zdejmuje rękawiczek. Dülitz wskazuje obu swoim gościom krzesła.

    Pewnie znacie z widzenia mojego przewodnika? – pyta Ullholm.

    Dülitz kiwa głową i zapala świece na kandelabrze. Cieszy się, że jego dłonie w mniejszym stopniu zdradzają stan jego samopoczucia, niż to jest w przypadku Ottossona.

    Sława pana sekretarza Edmana kroczy przed nim – odpowiada.

    Johan Erik Edman jest młodszy od naczelnika Ullholma przynajmniej o piętnaście lat. Ma niespokojny wzrok i opuchnięty nos, z którego cieknie, przez co musi ciągle go ocierać. Ullholm wypija trochę wina, żeby spróbować, jak smakuje.

    Dobry trunek, panie Dülitz… Przejdę jednak do rzeczy. Ludzie, którzy wykonują wasz fach, najrozsądniej zachowują się wtedy, gdy są dobrze poinformowani. Powinniście więc wiedzieć, że pan Edman jest jak pająk czyhający w sieci, którą tkają policyjni tajniacy. To nasz lew polujący na zwolenników króla Gustawa. Dzięki jego wysiłkom zdrajca Armfelt uciekł z podkulonym ogonem z kraju. Dülitz kiwa głową na znak, że zgadza się z tą opinią.

    Pan Edman jest też szanowany w mniej oficjalnych kręgach. Dzieje się tak ze względu na jego bezpardonową postawę i genialne metody śledcze. Dzięki nim umiemy wydobyć zeznania od ludzi, których wina ukryta jest tak głęboko, że sami o niej zapomnieli.

    Z gardła Edmana wydobywa się dziwny syczący dźwięk. Być może chciał się zaśmiać, ale zamiast tego pokój wypełnił jego kaszel. Zanosi się tak gwałtownie, że usta musi zasłonić chusteczką. Ullholm klepie go po plecach, ale robi to z największym szacunkiem, na jaki go stać. Niestety, niewiele to pomaga.

    Pan sekretarz stracił głos – wyjaśnia. – Słabe zdrowie zawsze było jego piętą achillesową, a tym samym największym sprzymierzeńcem jego wrogów. Z powodu jesiennych procesów sądowych i wszechobecnej wilgoci nie może mówić. Mam nadzieję, że potrwa to krótko. Jego gorliwość w wypełnianiu obowiązków nie pozwala mu nawet na chwilę odpoczynku, dlatego ze względu na swój obecny stan powierzył mi zaszczyt przedstawienia sprawy, z którą do was przyszliśmy.

    Dülitz nie komentuje tych słów, a Ullholm traktuje to jako zachętę do kontynuowania swojego wywodu.

    Przejdę do rzeczy. Jak zapewne wiecie, Ehrenström został w tym tygodniu doprowadzony na szafot, który wzniesiono dla niego na rynku Nytorget. Sąd apelacyjny uznał go winnym udziału w spisku Armfelta, a do skazania doszło dzięki wysiłkom i staraniom pana Edmana. Ale w chwili, gdy Ehrenström położył głowę na pieńku, został ułaskawiony i wysłany do twierdzy Karlsten, gdzie miał gnić za kratami do końca życia. Ledwo jednak ujrzał drewnianą pryczę i kamienne mury swojego nowego mieszkania, ogarnęła go niezwykle silna tęsknota za jedwabiami i puchowymi poduszkami. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zrodziła się w nim gotowość do współpracy, której nie okazywał wcześniej mimo zachęt ze strony władz.

    Ullholm obraca trzymaną między kciukiem a palcem środkowym laską w taki sposób, że gałka rysuje niewidzialne koło.

    Ehrenström był kiedyś dyplomatą wysoko cenionym na dworze w Petersburgu. To sprytny człowiek, który dobrze wie, że nie należy wkładać wszystkich jaj do jednego koszyka. Wie też, że za dwa lata, gdy nasz przyszły władca stanie się pełnoletni, a Reuterholm będzie tylko złym wspomnieniem, dożywocie, na które zamieniono mu karę śmierci, może go doprowadzić do zaszczytnych godności. Nie chce jednak czekać na ułaskawienie w obecnych warunkach i dlatego w zamian za zapewnienie mu lepszych wygód poszedł na współpracę. Uczynił to jednak z pewnym zastrzeżeniem: stwierdził mianowicie, że nie zdradzi innych uczestników bardziej, niż uzna to za stosowne.

    Oczy Edmana błyszczą z radości na samą myśl o tym, że dzięki postawie skazańca uda się ujawnić jądro spisku. Ullholm pochyla się do przodu.

    A oto co Ehrenström nam wyśpiewał: jesienią zjawił się w waszym biurze pewien pośrednik, którego nazwisko przemilczymy. Przekazał wam pieniądze, żebyście pomogli Magdalenie Rudenschöld nawiązać kontakt z dawnymi spiskowcami. Miała sporządzić listę z nazwiskami zamieszanych w spisek osób, bo nie wszyscy wiedzieli, kto do niego należy. Cel tej operacji był taki, żeby konspiratorzy ponownie się zjednoczyli i natchnęli inne osoby nadzieją na odrodzenie rewolucji gustawiańskiej.

    Ullholmowi wyschło od tylu słów w gardle. Dolewa wina do kielicha i wypija je duszkiem. Odstawia naczynie i przed wznowieniem przerwanego wątku chwilę się zastanawia. Drapie się poirytowany pod peruką, aż wreszcie Edman chrząka dyskretnie, żeby zwrócić mu na coś uwagę. Naczelnik ze zdziwieniem obserwuje, jak Edman uderza rytmicznie stopą o podłogę i wykonuje dłońmi niezrozumiałe ruchy. Dopiero po chwili domyśla się ich sensu.

    Rudenschöld przebywała w więzieniu na Långholmen, do którego trafiają uliczne kurwy. Umieszczono ją w izbie oddanej jej do dyspozycji na pewien czas. Jednocześnie zlecono wykonanie i montaż krat, żeby uniemożliwić jej ewentualną ucieczkę. Przędzalnia, która funkcjonuje w więzieniu, prowadzona jest w sposób pozostawiający wiele do życzenia, dzięki czemu jej pobyt we wspomnianej izbie stworzył wam idealną okazję do wykonania otrzymanego zlecenia. Po przesłuchaniu strażników potwierdziliśmy nasze przypuszczenia, ale ci ludzie to zwykła, zapijaczona hołota. Co bardziej sprytni i zdolni do kłamstwa wcale nie są lepsi od tych głupich i wiecznie pijanych, żebyśmy mogli uwierzyć w ich zapewnienia, że świetnie widzą, co się dzieje na ich oczach.

    Zanim Ullholm zdąży zadać kolejne pytanie, Edman pochyla się i ustawia świecznik w takiej pozycji, żeby blask płomienia padał na twarz Dülitza.

    Gdzie jest list z nazwiskami spiskowców, który napisała Rudenschöld?

    Tym razem to Dülitz nalewa sobie wina i od razu opróżnia kielich. Chce zyskać na czasie, żeby się zastanowić nad odpowiedzią. Niestety, umysł ma tak otumaniony, że żaden sprytny wybieg nie przychodzi mu do głowy. Nie czuje też smaku trunku.

    Cała wasza opowieść jest prawdziwa – przyznaje. – Nie mam powodu, żeby jej zaprzeczyć. Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z planem.

    Ullholm i Edman wymieniają spojrzenia. Edman daje Dülitzowi znak, żeby kontynuował.

    Kiedyś poznałem pewną dziewkę, nazywała się Anna Stina Knapp. Do spotkania doszło przypadkiem. Z mojej wiedzy wynika, że Knapp jest jedyną żyjącą osobą, która zna tajną drogę prowadzącą z zewnątrz do więzienia. To podziemny tunel biegnący pod murem. Kiedyś miał służyć do osuszania gruntu, ale z czasem o nim zapomniano. Był tak ciasny, że prawie wszystkich zniechęcał do podjęcia próby ucieczki. Knapp wydostała się tamtędy wiosną zeszłego roku, dzięki czemu nie musiała odsiadywać wyroku do końca. Kazałem jej wrócić do więzienia tą samą drogą, ale od tamtej pory jej nie widziałem.

    A skąd pewność, że wykonała wasze zlecenie?
    Dülitz wiele razy zadawał sobie to samo pytanie.
    – Dała mi słowo, że to zrobi. Codziennie otacza mnie ban
    da kłamców, ale jej uwierzyłem. Znalazła się w trudnej sytuacji, a ja zaoferowałem jej jedyny sposób, żeby mogła się z niej uwolnić. Innego wyjścia nie było. Jednego jestem pewien: nie ma jej w więzieniu na Långholmen. Jeśli Rudenschöld rzeczywiście napisała taki list, nie mam pojęcia, gdzie może się teraz znajdować.

    Edman, który potrafi dostrzec nawet cień nieprawdy w zeznaniach przesłuchiwanych osób, szuka wzroku Dülitza. Poirytowany Ullholm bębni palcami po blacie stołu.

    Tak nagła zmiana frontu nie pozwala mi wam zaufać. Dülitz patrzy mu prosto w oczy i pochyla się nad stołem.

    Gdybym miał ten list, już dawno temu zacząłbym negocjować z wami cenę za jego odstąpienie. Pewnie byłaby znacznie wyższa od tej, którą zaoferował mi mój pierwszy zleceniodawca. Myślę jednak, że w zamian za przychylność ze strony policji oddałbym go wam za mniej. Gdybym rzeczywiście wykonał zlecenie i przekazał list mojemu zleceniodawcy, którego tożsamości nie znam, tajniacy pana Edmana od razu by zauważyli, że w szeregach spiskowców doszło do zmian i przetasowań. Czyż nie mam racji?

    Edman rozważa przez chwilę te słowa, po czym prostuje się i opiera plecami o krzesło. Ściąga kąciki ust, jakby chciał potwierdzić, że wywód Dülitza brzmi logicznie, i rzuca Ullholmowi szybkie spojrzenie. Naczelnik wzdycha, wstaje z krzesła i otrzepuje poły płaszcza, jakby siedział w popiele.

    Wygląda na to, że zmarnowaliśmy czas. Musicie odnaleźć tę dziewczynę, Dülitz, bo to ona jest kluczem do całej sprawy. Poza tym tylko ona zna miejsce, w którym przechowywany jest list. To teraz najważniejszy dokument w państwie.

    Pozwolę sobie zauważyć, że moje dotychczasowe i usilne starania nie przyniosły żadnych rezultatów.

    Edman wyciąga lewą rękę w geście godnym cesarza Rzymu, który ma zadecydować o losie pokonanego wojownika, podczas gdy palce prawej dłoni składa w taki sposób, żeby przypominały szczypce, a następnie wykonuje nimi ruch, jakby odcinał sobie kciuk. Ullholm ziewa w rękawiczkę.

    Pan Edman chciał powiedzieć, że teraz, gdy stosowane przez nas metody uległy pewnej zmianie, wasza wytrwałość, panie Dülitz, zostanie być może nagrodzona. Nasze imadła są wprawdzie bardzo stare, ale wykonano je z solidnego materiału. Wystarczy naoliwić mechanizm i będą działać jak nowe. Kiedy jakiemuś więźniowi zaczynają trzeszczeć kości nóg, nawet najbardziej zatwardziały zaśpiewa nam swoją arię molto vivace, żeby tylko uniknąć bólu. Co wtedy robimy? Z radością rozkręcamy cęgi, żeby uniknąć hałasu. A co może stać się z wami? Pan Edman zostawi was w lochu i będzie go otwierał tylko po to, żeby widzieć i słyszeć, jak krzyczycie mimo upływu lat. Nawet jeśli miałoby to trwać do następnego stulecia.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Wokół pogorzeliska unoszą się cienie, gdy tylko dogasający żar stwarza im taką sposobność. Kiedy jednak wstaje świt, ponownie wracają do swoich kryjówek. Po ruinach niedawnego sierocińca na Hornsberget chodzą ludzie. Są przemęczeni i osmaleni dymem, ale w ich głosach nie ma wcześniejszej rozpaczy. Już wiedzą, że ich wysiłek się opłacił, bo ogień się cofnął. Dymiące łąki zalewane są strumieniami wody, a im bliżej ognia podchodzą konie z beczkowozami i strażackimi wężami, tym bardziej kurczy się obszar objęty pożarem. Gęste kłęby dymu unoszą się nad linią wyznaczającą teren, na którym ratownicy próbują ograniczyć zasięg zniszczeń. Gdzieniegdzie pojawiają się pojedyncze płomienie, które próbują przebić się z sykiem, ale ich wysiłek jest daremny. Pogorzelisko stało się grobem dla setki dzieci. Drzewa i kłęby dymu przysłaniają dwie postacie, które tkwią jak skamieniałe nad stojącą na zboczu kadzią. Nagie nogi kontrastują z zabarwioną na czerwono wodą. Słońce wzeszło nad horyzont, ale nadal kryje się za mgłą.

    Emil Winge trzyma Cardella za rękę. Dłoń strażnika drży, każdy oddech wzmaga jego cierpienie. Na szczęście ból jest mniejszy niż wcześniej. Wingemu zabrakło łez, żeby zwilżyć osmalone policzki. Ustępujące ciemności zabrały ze sobą łeb byka, a on znowu rozpoznaje twarz strażnika, chociaż żar i ogień nadały jej nowy kształt. Cardell stracił włosy, a jego ciało pokryte jest bąblami, sadzą i plamami krwi.

    Chodźmy już stąd – rzuca Winge.

    Strażnik odwraca głowę, jakby chciał mu się dokładniej przyjrzeć, co powoduje, że zasklepione na ranach świeże strupy zaczynają pękać. Pod oczami, które straciły prawie cały blask, utworzyły się nabrzmiałe worki. Ból rodzi w nim pytania. Winge nie musi ich nawet słyszeć, żeby na nie odpowiedzieć.

    Oprzyj się o mnie. Nie możemy tu zostać. Jeśli nas zobaczą, będzie źle.

    Cardell odwraca głowę, jakby był zdziwiony, że oprócz niego ktoś tu jeszcze jest.

    Nigdy wcześniej nie zabiłem nikogo w taki sposób. W armii dostawałem rozkaz, ładowałem do armatniej lufy proch i kule, po czym celowałem w takie miejsce, żeby wyrządzić jak największe szkody. Wygrywałem bójki, a każdemu, kto się na mnie zamachnął, oddawałem z nawiązką, ale nigdy nie odebrałem nikomu życia w taki sposób. Erik Tre Rosor…Właściwie nic przeciwko niemu nie miałem, bo to nie on był winny. Zostanę tutaj. Chcę, żeby sprawiedliwości stało się zadość.

    Winge zerka przez ramię. Na miejscu zdarzenia nie zjawił się jeszcze żaden przedstawiciel prawa. W pierwszych promieniach słońca nie widać też błyszczących blaszek, które noszą miejscy strażnicy. Po terenie kręcą się tylko gaszący pożar i pierwsi chłopi z wyspy z wielką gorliwością broniący swoich gruntów przed płomieniami. Przy okazji chcą też mieć swój udział w chwale, na którą teraz, gdy pożar prawie już się skończył, będą mogli zasłużyć bez ryzyka dla własnego zdrowia i życia. Wkrótce zjawią się pierwsi wyciągnięci spod ciepłych pierzyn policjanci, żeby rozpocząć przesłuchania.

    Żeby sprawiedliwości stało się zadość? – powtarza ze zdziwieniem Winge. – Obawiam się, że czekanie na nią będzie długie i bezowocne. Wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Musimy pomóc sprawiedliwości, której szukamy.

    Winge spogląda na leżące w czerwonej, spienionej wodzie zwłoki Erika. Wystają z niej jego chude łydki, które pokazują, gdzie zastał go koniec.

    Jego śmierć niewiele znaczy wobec śmierci tych, których po tej nocy będziemy mieć na sumieniu. Możliwe, że to on podłożył ogień, ale to my daliśmy mu zapałki, a Ceton odlał świecę. Ty tylko pomogłeś Erikowi dokończyć to, czego się podjął. Śmierć i tak była mu pisana, a im szybciej przyszła, tym bardziej go uszczęśliwiła. Swoim uczynkiem spalił tarczę ochronną wokół Cetona i wystawił go nam na strzał. Jeśli poczuwasz się do winy, podejdź do tego w inny sposób i powiedz sobie, że wykonałeś jego ostatnią wolę. Jeśli tego nie zrobisz, wszystko, co się stało, pójdzie na marne.

    Po tym, co się wydarzyło, nie ma takiej walki, która jest warta swej ceny.

    Być może rozmiary tego nieszczęścia będzie można zmniejszyć. Musimy się zastanowić, co jeszcze możemy ugrać.

    Winge ciągnie strażnika za rękę, ale równie dobrze mógłby próbować ciągnąć ludzki posąg wykuty z kamienia. Cardell kaszle i zniża głos do szeptu.

    Zastanawiam się, dlaczego akurat ty miałbyś mi pomagać. Kiedyś stanąłem przed wyborem: ona albo ty. Wybrałem ją.

    Wiem o tym. Wiem też, dlaczego to zrobiłeś.

    W całej mojej przychylności i życzliwości usmażyłem nie tylko jej dzieci, ale także dzieci stu innych matek.

    Winge spogląda na pogorzelisko. Niecałą godzinę temu widział tam dziewczynę, o której wspomniał Cardell. Teraz już jej nie ma.

    Za to, co tu się stało, jesteś odpowiedzialny tylko w połowie. Reszta winy spada na mnie. Ale ja nie mogę wybierać za ciebie. Pamiętasz tamten dzień, gdy pierwszy raz od dawna byłem trzeźwy? Dałeś mi wolny wybór. Teraz ja wyświadczę ci tę samą przysługę. Jeśli postanowisz stąd ze mną odejść, musisz dać mi słowo. Przysięgnąć na to, co jest do wygrania.

    Przez chwilę panuje milczenie. Winge wstrzymuje oddech do momentu, gdy słyszy odpowiedź.

    Zgoda. Daję słowo. Przysięgam na to, co mamy do wygrania. – Żadna cena nie będzie dla nas za wysoka.
    – Żadna.
    Winge obejmuje Cardella.

    No to chodźmy.

    Winge postrząsa poparzonym ludzkim posągiem, który robi pierwszy, chwiejny krok, a po nim następne. Chwyta Cardella za łokieć, żeby wskazać mu kierunek. Idą pod górę. Za wzgórzem zaczyna się droga prowadząca do centrum Sztokholmu. Cardell zatrzymuje się na szczycie i pozbawionym mocy ramieniem, które nagle zrobiło się sztywne, zatrzymuje Wingego, jakby to nie była ręka, tylko poprzeczna dębowa belka.

    Zapewne zdajesz sobie sprawę, że ta droga zaprowadzi nas do piekła? Czy naprawdę chcesz nią pójść w towarzystwie kaleki, który już raz cię zawiódł?

    Winge wydaje z siebie dźwięk będący czymś pośrednim między jękiem a śmiechem.

    Chcesz powiedzieć, że to ty jesteś bardziej godny współczucia niż ja? Wsparcia udziela ci człowiek naradzający się ze zmarłymi oraz nieodróżniający fikcji od rzeczywistości. Jeśli znasz inną drogę, wskaż ją. Jeżeli tego, co zamierzamy uczynić, nie robimy tylko dlatego, że takie mamy życzenie, zróbmy to w ramach kary, którą sami na siebie nałożymy. Nadzieja przestała być boją utrzymującą nas przy życiu. Jej miejsce zajęło dojmujące poczucie winy.

    Czy w tym nowym, wspólnym bycie pozostaniemy przyjaciółmi?

    Winge kręci głową. Nie potrafi kłamać, a na tak postawione pytanie odpowiada gorzkim tonem.

    To niemożliwe. My już nigdy nie będziemy przyjaciółmi. Przy okazji mam pewne życzenie: zanim zabierzemy się do pra- cy, doprowadź do końca swoje sprawy z tą dziewczyną. Dopóki tego nie zrobisz, nie będę miał z ciebie żadnego pożytku. Jak już wszystko załatwisz, przyjdź do mnie.

    A co ty będziesz w tym czasie robił?

    Spotkam się z Isakiem Blomem. Uczynię wszystko, żeby odświeżyć nasz poprzedni status, chociaż biorąc pod uwagę fakt, że niedawno zrezygnowaliśmy ze współpracy z policją, nie będzie to łatwe. Potem zacznę szukać tropu, którym będziemy mogli podążyć. Szykuj się więc na polowanie.

    Cardell wykonuje pierwszy krok bez pomocy Wingego. Każdy ruch sprawia mu taki ból, że strażnik głośno jęczy.

    Winge odwraca się plecami do pogorzeliska, w którym z dymem poszło wiele ludzkich istnień i mnóstwo cennego dobra. Już nie jest tym samym człowiekiem, którym był do niedawna. Od niepamiętnych czasów podsycał w sobie wewnętrzną złość, ale to, co kiedyś było pojedynczym płomieniem, teraz zamieniło się w płonący stos palący go jeszcze bardziej z powodu jego bezsilności. Zaplątał się jak płotka w sieci albo ćma, która wleciała pod szklany klosz. Tego, co się wydarzyło, nie da się cofnąć, ale jakieś niewidzialne więzi skłaniają go do przyjęcia odpowiedzialnej postawy. Przedtem pomagał z własnej woli, teraz zostało mu działanie pod przymusem. Uczyni wszystko, co w jego mocy. Dopóki tego nie zrobi, miasto pozostanie jego klatką.

    Strach od dawna idzie w parze ze złością. Winge na próżno próbuje się pocieszać. Stał twarzą w twarz z minotaurem, odważył się wejść w ciemny labirynt i słyszał dzieci płaczące ze strachu w ostatniej chwili życia. Czy to znaczy, że widział już to, co najgorsze? Czy w ogóle może się zdarzyć coś gorszego?

    Tom zamykający trylogię ukaże się już 28 września w tłumaczeniu Wojciecha Łygasia

  • Opowieść o norweskim niepokoju – recenzja Rafała Chojnackiego

    Komisarz William Wisting, bohater powieści Jørna Liera Horsta, był przed laty porównywany do Kurta Wallandera, z serii kryminałów szwedzkiego mistrza kryminału, Henninga Mankella. Szwed zakończył jednak swój cykl definitywnie, spychając policjanta z Ystad w otchłań choroby Alzheimera. Horst traktuje swojego bohatera z o wiele większą wyrozumiałością. Wisting wprawdzie już kilka tomów temu zaczął przejawiać jakieś drobne oznaki starzenia, ale jak na razie jest jeszcze wciąż bardzo aktywnym człowiekiem, przynajmniej na poziomie intelektualnym. Wszak większość kryminalnych zagadek, które wcześniej rozwiązał na posterunku w Larviku, to sprawy, w które musiał zaangażować przede wszystkim swój intelekt. Oczywiście tak jest i tym razem.

    Skojarzenie z postacią Wallandera pojawia się przy lekturze powieści Bez granic nie bez powodu. Wiele razy w trakcie lektury tej książki przypominałem sobie fabułę mankellowskiej Zapory. Pod koniec życia Mankell nazwał swój cykl Opowieścią o szwedzkim niepokoju, a Zapora doskonale się w tę koncepcję wpisywała. Gdyby nie fakt, że te dwie powieści dzieli od siebie ponad 20 lat, można by uznać, że Horst prowadzi pewien dialog ze swoim szwedzkim kolegą po piórze. Najprawdopodobniej jednak tak nie jest, a wszelkie podobieństwa biorą się z tego, że świat jest obecnie globalną wioską, w której zarówno zbrodnie, jak i śledztwa nie znają wyznaczonych przez państwa granic.

    Fabuła koncentruje się na tajemniczej kobiecie, która podobno była bliska rozwiązania zagadki morderstwa niejakiej Ruby Thompson, dokonanego w Hiszpanii. Jako że zaginiona podawała się za Norweżkę, a jej zdjęcie z portalu społecznościowego zrobiono w niewielkim miasteczku portowym, niedaleko Larviku, sprawa trafia wreszcie na biurko, a właściwie do skrzynki mailowej komisarza Wistinga. Kobieta ta należała do internetowej społeczności, która zajmowała się rzeczywistą sprawą kryminalną. Na forum omawiano z różnych perspektyw zagadkę śmierci Ruby, analizując informacje z oficjalnego policyjnego śledztwa, odnajdując nieoficjalne tropy i tworząc własne teorie. Jedną z uczestniczek forum była Michelle, dawna przyjaciółka Ruby, i to ona zaalarmowała norweską policję, gdy okazało się, że kobieta, która twierdziła, że może rozwiązać tą kryminalną zagadkę, nagle zniknęła.

    Tak jak przed laty mogło się wydawać, że policjant taki jak Wallander błądził jak we mgle, w kontakcie z nowoczesnymi technologiami, tak w przypadku Wistinga komputer jest dla niego już od dawna istotnym narzędziem pracy. Nie jest wprawdzie wybitnym specjalistą od cybernetyki, ale radzi sobie również z obsługą tabletu czy smartphone’a. Jednak nawet dla niego ślady, jakich można poszukiwać w aktywności internetowej różnych osób, wydają się początkowo nieoczywiste i trudne do zrozumienia. W kwestiach związanych z używaniem nowoczesnych mediów jak zwykle pomaga Wistingowi córka. Line należy już do pokolenia, które zęby zjadło na internetowych forach. Na dodatek jako dziennikarka i researcherka sama zna się też dobrze na metodach śledczych, choć prowadzi swoje dochodzenia inaczej, niż zwykle robi to policja.

    Na drugim planie śledzimy poczynania internautów, należących do forum. Wśród nich pojawia się również Line, niemal od razu zakłada tam konto i obserwuje uczestników, z czasem w ślad za nią, posługując się nickiem, pojawia się tam również komisarz. Fragmenty te nie tylko dodają czytelnikowi informacji spoza głównej osi fabuły, ale też nadają dramaturgii, tak istotnej dla powieści kryminalnej. To ciekawy zabieg, pozwalający na włączenie do akcji bohaterów z różnych części świata, którzy mają przydzielone role do odegrania w tej historii.

    Już dawno nie było na skandynawskim rynku książki, która tak bardzo wnikliwie koncentrowała się na dochodzeniu. Policyjne procedury są tu niemal jednym z bohaterów powieści, choć z drugiej strony nie ma wcale tak wielu nudnych zebrań na komendzie, o których  wiele pisali autorzy, tacy jak Mankell czy Leif GW Persson. Horst wyraźnie stawia na odpowiednie tempo opowiadanej historii. Nie brakuje tu zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że czytelnik musi czasem przemyśleć swoje podejrzenie. Okazuje się, że śledzenie poczynań bohaterów, którzy przez sporą część dochodzenia siedzą przed ekranami komputerów, też może być ciekawe, i to nie tylko dla internetowych geeków.

    Nie brakuje tu typowych dla skandynawskich kryminałów tematów, związanych ze sprawami społecznymi, jest też trochę miejsca na opis życia codziennego bohaterów. Interesujące są też obserwacje dotyczące crowdsolvingu, czyli stosunkowo nowego zjawiska, polegającego na tym, że miłośnicy zagadek kryminalnych próbują wspólnie rozwikłać meandry niedokończonych śledztw. Co ciekawe jest to termin występujący również w zarządzaniu, ponieważ za pomocą tego narzędzia można z jednej strony wspomóc pracę zespołową, z drugiej jednak daje to też narzędzia do manipulowania grupą roboczą. W świetle fabuły nowej powieści o Wistingu, wykorzystanie tego terminu w książce wydaje się nad wyraz przewrotne.

    Choć Horst już lata temu zapowiadał, że będzie chciał powoli odejść od postaci Williama Wistinga, zwyciężył w tym przypadku głos czytelników. Tak jak przed ponad wiekiem powstrzymali oni sir Arthura Conan Doyle’a przed pogrzebaniem Sherlocka Holmesa, a już na początku naszego stulecia nie pozwolili Markowi Krajewskiemu na zbyt łatwe pozbycie się Eberharda Mocka, tak i Wistinga czeka najprawdopodobniej jeszcze długa służba w szeregach norweskiej policji. I dobrze, ponieważ czytając kolejne tomy, coraz bardziej dochodzi się do wniosku, że literacka kondycja Horsta nadal się rozwija. W porównaniu z pierwszymi, dość surowymi powieściami proceduralnymi, otrzymujemy książki, które nadal wiernie oddają pracę policjantów, ale ich autor wciąż uwspółcześnia realia.

    Podejrzewam, że sam Horst może mieć już dość porównywania go do Mankella. Zapewne słyszał to już niezliczoną ilość razy. Ale być może warto podkreślić, że podobieństwa, które kiedyś dotyczyły jedynie konstrukcji postaci i samego sposobu opowiadania o pracy policji, teraz stały się czymś więcej. Na przestrzeni całej serii o Wistingu – podobnie jak robił to Mankell w serii o Wallanderze – Horst pokazuje nam, czego boją się Norwegowie. Wszak to na kogo w pierwszej kolejności kieruje się podejrzenia, a także to, kto w ostatecznym rozrachunku okazuje się złoczyńcą – to najlepszy sposób na skanalizowanie drzemiących w społeczeństwie obaw. Obserwowanie tego jak zmieniają się te lęki i kogo aktualnie dotyczą, to jedna z najciekawszych wartości dodanych, jakie może nieść w sobie literatura kryminalna.

    Rafał Chojnacki

    Jørn Lier Horst, Bez granic, Smak Słowa 2022

  • Narkotyki można już zamówić do paczkomatu, tak jak buty i jedzenie dla psa. Maria Banaszak o „Hajland”

    Czy narkotyki są demokratyczne, a może dotykają tylko wybranych grup społecznych? Czy są coraz droższe, a może coraz tańsze? Co ma wspólnego marihuana z piwem i jak rozmawiać o używkach? O tym wszystkim przeczytacie w książce „Hajland. Jak ćpają nasze dzieci”. Czy ten problem na pewno Was/nas nie dotyczy? Posłuchajcie Marii Banaszak, która opowiada o książce. Jeśli nie wyświetla się wideo zamieszczone poniżej, kliknijcie tutaj. 

  • Syndrom sztokholmski (odc. 2). 25 lat z Harrym Hole. Tekst Rafała Chojnackiego

    W 2022 roku mija dokładnie 25 lat odkąd norwescy czytelnicy mogli po raz pierwszy zapoznać się z bohaterem, który dziś należy do panteonu detektywistycznych sław skandynawskiego kryminału. Jesienią 1997 roku na księgarskie półki trafiła powieść Flaggermusmannen (Człowiek nietoperz), a na okładce widniało nazwisko Jo Nesbø. Dziś to wystarczy, żeby nieźle sprzedać książkę, jednak w momencie literackiego debiutu, autor powieści kojarzony był raczej jako lider muzycznej grupy Di Derre, która miała już wówczas na koncie trzy płyty.

    Kim jesteś, Jo Nesbø?

    W 1997 roku zespół pop rockowy zespół Di Derre był już dość znany, ponieważ w 1994 roku przebił się w Norwegii z albumem Jenter & Sånn. Pierwszy nakład tej płyty, drugiej w dyskografii tej formacji, wydany był pod tytułem Kvinner og Klær, ale kobiecy tygodnik o tej samej nazwie zagroził wydawcy procesem i album został wycofany ze sklepów, co sprawia, że jego pierwsza edycja to dziś biały kruk na rynku kolekcjonerskim.

    Zespół Di Derre powstał w 1992 roku, Nesbø założył go ze swoim młodszym o rok bratem, Knutem. Nieco ponad dekadę wcześniej bracia grali razem w piłkę nożną w młodzieżowej drużynie klubu Molde FK. Klub był wtedy u szczytu popularności, ponieważ świetnie radził sobie w lidze i grywał w europejskich pucharach. Niestety, zerwane wiązadła krzyżowe w obu kolanach oznaczały dla Jo koniec kariery futbolowej. Był rok 1978, a osiemnastoletni wówczas piłkarz musiał znaleźć dla siebie nowy cel w życiu. Tymczasem Knut kontynuował karierę, trafił do „dorosłego” składu Molde, później zmienił klub, zajmując się aktywnie futbolem do 1990 roku. W międzyczasie został też dziennikarzem sportowym, piszącym dla największego norweskiego dziennika „Aftenposten”.

    www.unsplash.com/Andrea Cipriani

    Czas po kontuzji był dla Jo dość trudny, ponieważ okazało się, że wybór kariery piłkarskiej sprawił, iż jego oceny w szkole nie należały do najlepszych, trzeba się więc było solidnie przyłożyć, żeby dostać się na ekonomię. W międzyczasie przypomniała sobie o nim armia. Wprawdzie kontuzja wykluczyła go z zawodowego sportu, ale nie sprawiła bynajmniej, by miała go z tego powodu ominąć obowiązkowa służba wojskowa.

    W lata dziewięćdziesiąte Nesbø wszedł jako makler, niedługo potem założył zespół, w którym ponownie współpracował z bratem, a jednocześnie studiował, by przebranżowić się na analityka rynków finansowych. Wspomniany powyżej sukces grupy Di Derre z 1994 roku, trafił w nienajlepszy czas dla braci, ponieważ w tym samym czasie zmarł ich ojciec, Per Ingvar Nesbø. Reakcją była wytężona praca, która zaowocowała wydaniem w 1996 roku jeszcze lepiej przyjętego albumu, zatytułowanego Gym, który został platynową płytą. Wszystko to doprowadziło jednak Jo do wypalenia zawodowego, związanego zarówno z pracą ekonomisty, jak i muzyka.

    Nesbø? To ktoś znany?

    Często powtarzaną legendą, dotyczącą literackiego debiutu Jo Nesbø, jest bezpośrednie skojarzenie śmierci ojca i podróży, jaką przyszły pisarz odbył do Australii w 1996 roku. Być może on sam tak to zapamiętał, ponieważ czas pomiędzy pogrzebem a wyjazdem mógł mu się wydawać jednym pasmem ciężkich przeżyć, których nie złagodził nawet komercyjny sukces wydanego w międzyczasie albumu. Nie zmienia to jednak faktu, że między oboma wydarzeniami upłynęły prawie dwa lata.

    Faktem natomiast jest, że zarys akcji debiutanckiej powieści powstał w trakcie lotu międzykontynentalnego. Jeżeli jednak przyjrzeć się pokrótce fabule, o której napiszę nieco więcej poniżej, sam pobyt w Australii mógł być dla Jo równie wyczerpujący, jak dla stworzonego przez niego bohatera. Niepokojąca jest jego znajomość różnego rodzaju barów i spelunek, a także alkoholowych wizji, które spowijają umysł norweskiego detektywa. Oczywiście nie musi się to w żaden sposób przekładać na doświadczenia samego pisarza, jednak realizm, z jakim pisze o tej tematyce, w zestawieniu z nienajlepszą kondycją psychiczną, z jaką wyjechał z Norwegii, daje nieco do myślenia.

    Powieść musiała powstać dość szybko, nie jest z resztą przesadnie długa. Kryminalny śwatek Skandynawii nie znał jeszcze wówczas Stiega Larssona i jego opasłych tomów Millennium. Kryminały były  nieco bardziej zwięzłe. Manuskrypt Nesbø trafił na biurko jednego z redaktorów w wydawnictwie Aschehoug. Tyle tylko, że podpisany był pseudonimem Kim Erik Locker, a jego tytuł brzmiał Terra Nullis, czyli Ziemia niczyja.

    Jak się później okazało, Nesbø nie chciał, żeby jego muzyczna sława wpłynęła na decyzję o wydaniu lub odrzuceniu manuskryptu. Kiedy jednak otrzymał potwierdzenie chęci wydania książki i w siedzibie wydawcy powiedział jak się naprawdę nazywa, zapanowała konsternacja. Nikt nie miał pojęcia kim jest Jo Nesbø. Nazwa zespołu również niewiele pomogła, choć jeden z pracowników był nawet w stanie zanucić któryś z przebojów grupy. Choć dla ego muzyka był to zimny prysznic, to jednak dzięki temu zdecydował się  na wydanie książki pod własnym nazwiskiem. Wydawca zaproponował również zmianę tytułu.

    To ma być skandynawski kryminał?

    Gdy powieść się rozpoczyna, jest styczeń. W Norwegii to miesiąc kojarzący się głównie ze śniegiem i z ciemnością. Idealny dla kryminalnej scenerii. Jednak od pierwszych wersów Człowieka nietoperza czytelnik może mieć lekki dysonans poznawczy. Coś się tu nie zgadza. Bohater ląduje w Sydney? I właśnie tam przez całą powieść prowadzi śledztwo? To ma być skandynawski kryminał?

    Tymczasem dla czytelników i krytyków z krajów nordyckich powieść ta okazała się odświeżającą nowością. Jeszcze w tym samym roku otrzymała ona Nagrodę Rivertona (Rivertonpriset), najbardziej prestiżowe wyróżnienie, przyznawane powieściom kryminalnym w Norwegii. Stein Riverton, to pseudonim klasyka skandynawskiego kryminału, piszącego w pierwszej połowie XX wieku. W Polsce jego książki wydawane są pod prawdziwym nazwiskiem: Sven Elvestad. Mimo wielu kontrowersji, związanych z tą postacią, nagroda jego imienia to gwarancja wysokiej klasy kryminału. Na dziś Nesbø ma już w kolekcji trzy takie nagrody, z czego jedną przyznano mu jako honorową, za całokształt twórczości (w 2016 roku). Tymczasem jego debiut spotkał się dzięki Nagrodzie Rivertona z dobrym przyjęciem właściwie na całym świecie.

    Dowodem tej popularności może być druga nagroda, przyznana Człowiekowi nietoperzowi. Mowa tu mianowicie o Szklanym Kluczu (Glassnøkkelen), wyróżnieniu nawiązującym nazwą do klasycznej powieści Dashiella Hammetta. Nagrodę tę przyznaje Skandynawskie Towarzystwo Kryminalne(Skandinaviska Kriminalsällskapet), mające swoją siedzibę w Danii. Otrzymuje ją najlepsza w danym roku powieść, wydana w krajach nordyckich. Warto zauważyć, że z książką Nesbø konkurowały m.in. Nie oglądaj się Karin Fossum, Fałszywy trop Henninga Mankella i Komisarz i cisza Håkana Nessera. Niewątpliwie było więc spośród czego wybierać.

    Jo Nesbo, fot: Trond H. Trosdahl

    Mimo zmienionej scenografii, skandynawscy czytelnicy rozpoznali swojaka. Literacki debiut Nesbø ma bowiem w sobie wszystkie cechy, które sprawiają, że skandynawski kryminał jest traktowany przez wielu niemal jak osobny podgatunek tego rodzaju literatury. Mamy tu do czynienia z doskonale skonstruowanym bohaterem, który ma swoje jasne i ciemne strony, a na dodatek w krytyczny sposób spogląda na problemy społeczne, które stawia przed nim rzeczywistość. W przypadku Człowieka nietoperza takich tematów jest kilka – od kwestii etnicznych, związanych z dyskryminacją rdzennych ludów Australii, poprzez tematy związane z orientacją seksualną, po antropologiczne ujęcie tematu starcia zupełnie innych wartości i sposobów myślenia. Ta ostania kwestia wydaje się najważniejsza, jeżeli chcemy rzeczywiście wydobyć z tej powieści to, co w niej najlepsze.

    Jak czytamy Nietoperza w Polsce?

    Człowiek nietoperz to powieść, która jest w Polsce bardzo niedoceniona. Spora w tym zasługa pecha, jakiego książka ta miała na naszym rynku, właściwie od samego początku. Pierwsze wydanie, które mało kto już pamięta, ukazało się nakładem wydawnictwa Pol-Nordica, w styczniu 2005 roku. Był to czas, kiedy nikt jeszcze u nas nie słyszał o Stiegu Larssonie, a powieści Henninga Mankella specjaliści od „prawdziwej luteratury” pożyczali sobie obłożone w gazetę. Chodziło o to, żeby by było widać autora i tytułu, bo przecież nie wypada czytać kryminału, a jednak przecież ten Szwed po prostu świetnie pisze…

    Mniej więcej w tym samym czasie na hasło „skandynawski kryminał” reagowano w Polsce z pobłażliwym uśmiechem. Niekiedy pytano o to, czy to coś takiego, jak „spaghetti western”, innym zaś razem można było usłyszeć o tym, że przecież skandynawskie raje (to nie literówka!), to miejsca, gdzie policja zajmuje się głownie ściąganiem kotów z drzewa.

    Powieści Nesbø wróciły do polskich czytelników już na fali skandynawskiego boomu, zapoczątkowanego na świecie przez Millennium. Norweg zajął wówczas miejsce na półkach m.in. obok docenionych wreszcie przez masowych odbiorców powieści Henninga Mankella i Lizy Marklund, których początki w Polsce były podobnie trudne. Jednak Wydawnictwo Dolnośląskie zaczęło wówczas wydawanie książek o Harrym Hole od Czerwonego gardła (Rødstrupe), trzeciego tomu serii, będącej jednocześnie początkiem tzw. Trylogii z Oslo, wewnętrznej mini-serii w cyklu o Harrym. Człowiek nietoperz pojawił się ponownie dopiero w 2012 roku, kiedy to powieści z serii Nesbø były już w Polsce dobrze kojarzone. Dla stałych czytelników skandynawskich kryminałów umieszczenie akcji w Australii mogło być poczytane niemal za zdradę… Dodatkowo wydawca umieścił na okładce kuriozalne nieco hasło, zaczerpnięte z amerykańskiego „The Independent”: Następca Stiega Larssona. Komu to było potrzebne? Nie wiadomo.

    Szlachetnym wyjątkiem w polskiej recepcji Człowieka nietoperza jest ujęcie, jakie prezentuje w swojej książce Mariusz Czubaj. Popularny polski autor kryminałów, oprócz tego że jest literatem, zajmuje się również naukowo antropologią kultury. Jego książka Etnolog w Mieście Grzechu, zawiera sporo pochwał pod adresem Nesbø, a w szczególności jego literackiego debiutu. Dla tytułowego Etnologa, badającego powieści kryminalne jako antropologiczne case studies, opowieść o starciu kultur to okaz niezwykły, trudny do przecenienia.

    To właśnie Czubaj zwraca uwagę na to, że Harry przybywa do Australii obciążony typowymi dla Europejczyka stereotypami, konkretnym sposobem myślenia i horyzontem oczekiwań, w którym pobrzmiewają echa kolonialnej przeszłości. Aby rozwiązać kryminalną zagadkę, norweski policjant (a wraz z nim podążający jego tropem czytelnik) musi przestawić swój sposób myślenia na inne tory. To proces, który wiedzie bohatera do dramatycznego finału powieści. Dla czytelnika jest to wprawdzie mniej traumatyczne przeżycie, ale i tak można z tej powieści wyciągnąć sporo mocnych wrażeń. Wystarczy tylko przygotować się na coś trochę innego, niż zwykły skandynawski kryminał. To raczej coś więcej.

    Kolejny odcinek Syndromu sztokholmskiego pojawi się na początku września i będzie rezultatem poszukiwań nowości po księgarniach w Stolicy Skandynawii.

    Rafał Chojnacki, deckare.pl 

  • Koszulki, płatki śniadaniowe oraz konto w banku z „Tytusem, Romkiem i A`Tomkiem”?

    Kultowa marka „Tytus, Romek i A`Tomek” Wydawnictwa Prószyński i S-ka otwiera się na współpracę marketingową. Wkrótce bohaterowie komiksu zagoszczą w polskich domach nie tylko na półkach, ale być może też w kuchni, szafie, łazience, a nawet portfelu.

    Wydawnictwo, które od 1990 roku publikuje kultową serię „Tytus, Romek i A`Tomek”, jako  właściciel licencji  na wykorzystanie wizerunku bohaterów komiksu, otwiera się na współpracę komercyjną z branżą marketingową. 

    Pierwsze odcinki „Tytusa, Romka i A`Tomka” ukazały się w 1957 roku na łamach harcerskiego czasopisma „Świat Młodych” podbijając na dziesięciolecia serca czytelników i czytelniczek. Słynne „Tytusy” wychowały całe pokolenia, bawiąc humorem słownym i sytuacyjnym. Uwielbiany przez czytelników Papcio Chmiel wyznaczył poziom komiksowej narracji i warsztatu. Stał się postacią równie rozpoznawalną jak bohaterowie jego komiksów. 

    Seria „Tytus, Romek i A`Tomek” sprzedała się do tej pory w kilkunastomilionowym nakładzie, miała niezliczone dodruki, a rozpoznawalność marki wśród kilku pokoleń jest niekwestionowana. Dawni czytelnicy wciąż z nostalgią kupują dzisiaj dzieciom swój ulubiony komiks.

    –  Wierzymy, że siła brandu, przyjazne, niekontrowersyjne i ciepłe skojarzenia z legendarną już marką, pozwolą na skuteczne i efektywne zbudowanie kampanii wokół postaci głównych bohaterów. Od dawna mieliśmy wiele zapytań  na temat współpracy komercyjnej, głównie z branż kosmetycznej, farmaceutycznej, spożywczej, odzieżowej i finansowej. Dziś, po uregulowaniu wszelkich zagadnień prawnych  jesteśmy na taką  współpracę gotowi – twierdzi Małgorzata Marzec-Teodorczyk, szefowa Działu Marketingu, który m.in. odpowiada za obszar obrotu licencjami.

    Jeśli pojawią się koszulki i bluzy z bohaterami stworzonymi przez Papcia Chmiela, to chętnie zostanę jednym z pierwszych, który będzie w nich dumnie paradował. Idealnie nadadzą się do nagrywania „Departamentu smakomiksu”, który od jesiennej ramówki wróci na łamy smakksiazki.pl.