Kategoria: Aktualności

  • „Półmistrz” Mariusza Czubaja już w styczniu. O czym będzie?

    Trochę Mariusz Czubaj kazał nam czekać na nową książkę, ale lepiej tak, niż za często. „Półmistrz” ukaże się już w styczniu, a o czym przeczytamy? No, drodzy Państwo, tam będzie wszystko! Gombrowicz, szachy, ocean, sztorm, powieść szpiegowska, biały wieloryb… Nie wiem jak Wy, ale ja już czekam, a o konkretach opowiada autor, któremu wystarczy zbytnio nie przeszkadzać 😉

  • „Nawet marna literatura jest komuś potrzebna”. Artur Barciś gościem „Cyklu bez Nazwy”

    W październikowym odcinku „Cyklu bez Nazywy” Państwa i moim gościem jest Artur Barciś. Porozmawialiśmy o literackich stosach wstydu, „Empuzjonie” Olgi Tokarczuk, Witoldzie Gombrowiczu, kacu, ale też o Tadeuszu Norku, zrywaniu azbestu w Stanach Zjednoczonych i beletrystyce, która przestała naszego gościa uwodzić. Rozmowa trwa ponad pół godziny, ale nie poruszyliśmy wszystkich tematów. Zachęcam więc do sięgnięcia po książkę Kamili Dreckiej i Artura Barcisia „Aktor musi grać, by żyć”, którą na świat wydało Wydawnictwo Otwarte.

  • „Kopernik. Rewolucje” – fragment najnowszej książki Wojciecha Orlińskiego

    Poniżej fragment książki Wojciecha Orlińskiego „Kopernik. Rewolucje”, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora 26 października. W okolicach premiery zobaczycie też Państwo naszą rozmowę o książce. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o tym tytule, a także będziecie mogli/mogły go kupić. Jestem w trakcie lektury, kapitalna rzecz. 

    ***

    Jesienią 1491 roku dwaj nastoletni chłopcy wyruszyli z Torunia w podróż, która jednemu z nich przyniesie wieczną sławę, drugiemu – zatracenie. Nawet jeśli na początku tej podróży o czymś marzyli i czegoś się obawiali, mogło to być najwyżej mgliste przeczucie tego, co ich naprawdę czekało.

    Mimo młodego wieku obaj już sporo przeżyli. Przyszli na świat jako synowie zamożnego kupca skoligaconego z najpotężniejszymi rodzinami Torunia, zamożnego hanzeatyckiego miasta, które niedługo przed ich narodzinami Polska odbiła państwu krzyżackiemu. Ale jeszcze gdy byli małymi dziećmi, ich ojciec popadł w finansowe tarapaty. Zmarł, gdy starszy z chłopców miał 10 lat.

    Dorastali więc w cieniu stopniowego upadku rodzinnej fortuny. Ich matka starała się go opóźniać, ale w tamtych czasach kobieta miała bardzo ograniczone możliwości manewru. Nie mogła przecież podjąć pracy zarobkowej. Mogła tylko wyprzedawać po kolei rodzinny majątek i błagać krewnych, żeby zaopiekowali się jej dziećmi. Niby wszyscy jej bracia i szwagrowie byli ludźmi majętnymi i wpływowymi, ale musieli przede wszystkim myśleć o przyszłości własnych dzieci.

    Dotyczyło to nawet jej najbogatszego i najbardziej wpływowego brata Łukasza. Choć był biskupem, również miał syna. Rzecz jasna, nieślubnego.

    Nie mógł mu załatwić kariery w Kościele, bo ludzie za bardzo by gadali. Nie mógł też go całkiem porzucić, bo też by gadali. Załatwił więc nieślubnemu potomkowi posadę burmistrza Braniewa – miasta na tyle bliskiego jego siedzibie, że sięgały tam jego wpływy, a na tyle odległego, żeby obaj panowie się nie spotykali.

    Wpływy wuj Łukasz miał ogromne, nie był bowiem zwyczajnym biskupem. Warmia od ćwierćwiecza była częścią Polski. Miała jednak sięgające głębokiego średniowiecza przywileje, czyniące ją niemal niepodległym państwem. Najważniejszy z nich nadał Warmii w poprzednim stuleciu cesarz Zygmunt Luksemburski: biskupom warmińskim przysługiwała godność książęca. Wprawdzie Polska oficjalnie nie uznawała tego tytułu, ale biskupi warmińscy – a wuj Łukasz pełnił właśnie tę funkcję – aż do rozbiorów podczas uroczystości państwowych byli traktowani jak książęta.

    Jeśli biskup był głową warmińskiego minipaństwa, jego parlamentem była kapituła. W jej skład wchodziło 16 kanoników. Sprawowali oni coś w rodzaju władzy ustawodawczej.

    Bez poparcia kapituły na dalszą metę biskup niewiele mógł zdziałać, zależało mu więc na obsadzaniu ją swoimi ludźmi. Najlepiej – młodszymi krewnymi. Dlatego zapewne uboga toruńska wdowa doszła do porozumienia ze swoim potężnym bratem biskupem. W zamian za opiekę nad dwójką siostrzeńców i odpowiednie pokierowanie ich karierami wuj Łukasz mógł zyskać dwa głosy w kapitule.

    Zważywszy, że w głosowaniach praktycznie nigdy nie uczestniczyła pełna szesnastka kanoników (z różnych powodów nie wszyscy przyjechali, by objąć swoje kanonie, kilku zawsze było w delegacji), do większości nie trzeba było aż ośmiu głosów. W praktyce raczej około pięciu. Dwuosobowa „frakcja siostrzeńców” miałaby więc moc porównywalną ze stuosobowym kołem poselskim w dzisiejszym polskim Sejmie.

    To był układ typu win-win. Biskup wzmacniał pozycję polityczną, a chłopcy zyskiwali posadę, o której inni wtedy bezskutecznie marzyli. Kanonikat warmiński był pierwszym krokiem dla mieszczańskiego syna – nawet niekoniecznie z bogatej rodziny – żeby w przyszłości ubiegać się o godność biskupa. Czyli w przypadku mieszkańca Prus – żeby z chudopachołka stać się księciem. W tamtych czasach niewiele było porównywalnych okazji awansu społecznego (dziś też ciężko przeskoczyć tyle szczebli drabiny w ciągu życia).

    Wdowa mogła więc spać spokojnie, wiedząc, że jej dzieciom nie grozi bieda. Biskup zaś mógł liczyć na wypromowanie następcy w sposób tak szlachetny, że wrogie języki nie miały się do czego przyczepić (żadna symonia, żaden nepotyzm – to opieka nad biednymi sierotami!).

    Wszystko wskazuje na to, że na chłopców ta decyzja spadła nieoczekiwanie. Urodzili się jako synowie bogacza, potem byli synami bankruta, potem synami ubogiej wdowy – a teraz nagle stali się prawie synami prawie księcia. A teraz opuszczali rodzinne miasto, by studiować tam, gdzie kiedyś ich wuj – najpierw w Krakowie, a potem w Bolonii na najstarszym uniwersytecie świata.

    Podróż, którą chłopcy rozpoczęli jesienią 1491 roku, przekraczając Wisłę w Toruniu, oznaczała dla nich rewolucyjną życiową zmianę. Kolejną i nie ostatnią.

    Na pewno nie nazywali jej jednak rewolucją. Jak pisała Hannah Arendt, zwyczaj nazywania gwałtownych przemian „rewolucjami” pojawi się dopiero w następnych stuleciach. Zresztą za sprawą książki, którą za 40 lat napisze jeden z chłopców. Przedtem w językach zachodnich słowo to oznaczało po prostu „obrót”. Oznacza zresztą do dzisiaj – właśnie dlatego obrotomierze w samochodach podają wynik w jednostkach „rpm”, czyli „rewolucjach na minutę”.

    Ale gdyby w tamtym czasie na Zachodzie nie przyjęło się nowe znaczenie „rewolucji”, trzeba by wymyślić jakieś inne słowo, by opisać gwał- towne i radykalne przemiany tamtych czasów. Pod koniec XV wieku zdarzały się one przecież niemal codziennie.

    Wojciech Orliński, fot: Albert Zawada

    Nasi dwaj młodzieńcy wyruszyli z Torunia, by podjąć w Krakowie studia w roku akademickim 1491/1492. Gdy je zaczynali, w Europie Zachodniej istniało jeszcze ostatnie muzułmańskie państwo – Emirat Grenady. „Bronił się jeszcze z wież Alpuhary Almanzor z garstką rycerzy”, ale nim chłopcy przystąpili do pierwszej w swoim życiu zimowej sesji egzaminacyjnej, Grenada skapitulowała.

    Gdy nasi bracia mieli pierwsze w swoim życiu studenckie wakacje – Krzysztof Kolumb wyruszył na poszukiwanie nowej drogi do Indii. Gdy zaczął się rok akademicki 1492/1493, Kolumb odkrył nowy ląd, który jednak – jak się potem okazało – nie był Indiami. W trakcie studiów naszych bohaterów okazało się więc, że dotychczasowe wyobrażenia kuli ziemskiej były fałszywe, są na niej kontynenty, o których istnieniu dotąd nie wiedziano. To była dopiero rewolucja!

    Rewolucyjne przemiany miały także miejsce w polityce. W czerwcu 1492 roku, gdy chłopcy kończyli pierwszy rok studiów, niespodziewanie zmarł polski król Kazimierz Jagiellończyk.

    W dynastii jagiellońskiej nie obowiązywała prosta zasada dziedziczenia tronu na Wawelu. Sukcesja za każdym razem musiała być zatwierdzana przez magnatów i szlachtę.

    Forma tego zatwierdzania za każdym razem wyglądała trochę inaczej i kolejni monarchowie musieli obiecywać więcej praw szlachcie. W sierpniu 1492 roku po raz pierwszy wyglądało to tak, że elekcji dokonała grupa ok. 40 najważniejszych osób w państwie (był wśród nich oczywiście wuj Łukasz). Jednak ich decyzję zatwierdziło walne zgromadzenie szlachty. Uważa się to czasem za narodziny demokracji szlacheckiej – unikalnej formuły ustrojowej I Rzeczpospolitej.

    Politykę Europy Zachodniej też czekały rewolucyjne zmiany. Gdy chłopcy wyruszyli na studia, cesarzem był Fryderyk III – pierwszy z dynastii habsburskiej. Ale też ostatni koronowany w Rzymie przez papieża.

    Gdy chłopcy skończą drugi rok studiów, cesarzem zostanie Maksymilian. To pierwszy od kilku stuleci cesarz, który sprawował realną władzę na swoich włościach. Zreformuje cesarstwo nie do poznania, budując habsburską potęgę, trwającą przez stulecia aż do XX wieku.

    Naukowo-filozoficzna rewolucja, której jeden z tych chłopców dokona w wyniku rozpoczętej jesienią 1491 roku podróży, była więc bardzo ważna – jako miłośnik nauk ścisłych powiem oczywiście „najważniejsza”. Ale z pewnością nie była jedyną w tamtej epoce. To były po prostu rewolucyjne czasy.

    ***

    Pierwszy z braci nazywał się Mikołaj Kopernik. Drugi miał na imię Andrzej. Choć ich podróż miała tak ogromne znaczenie dla losów ludzkości, niestety nie zachowały się na jej temat żadne źródła historyczne. W istocie obaj chłopcy pojawiają się w nich dopiero w jej wyniku. Nie wiadomo nawet, czy w tę podróż rzeczywiście wyruszyli bezpośrednio z rodzinnego domu w Toruniu (przyjąłem taką hipotezę z braku dowodów na cokolwiek innego).

    Pierwszy dokument, w którym Mikołaj i Andrzej wymienieni zostali z imienia i nazwiska, to spis studentów immatrykulowanych (a więc przyjętych) na semestr zimowy 1491/1492. Nie ma daty, ale takie dokumenty zazwyczaj powstają między wrześniem a październikiem. Przyszły astronom znalazł się na miejscu 32., jego brat Andrzej – na miejscu 49. Przy pozycji „Nicolaus Nicolai de Turonia” widnieją literki „s tt”. To skrót od „solvit totuum” – „zapłacił w całości”. Jakby powiedzieli Amerykanie: „paid in full”.

    Andrzej wpłacił tylko 4 grosze. Nie wiadomo, czemu nie „totuum”. Tradycja każe go przedstawiać jako hulakę, szaławiłę i ladaco, który te pieniądze po prostu przepuścił na jakieś niecne rozrywki.

    Istotnie, na ówczesnego studenta czyhały liczne pokusy. Marcin Luter, młodszy od Kopernika o 8 lat, wspominał swoją Alma Mater (uniwersytet w Lipsku) jako „skrzyżowanie piwiarni z burdelem”.

    Historia milczy na temat ewentualnych dyplomów Andrzeja Kopernika. Jego brat Mikołaj doszedł zaś do stopnia doktora. Wygląda na to, że Mikołaj potrafił się oprzeć pokusom, a Andrzej nie. Niestety, nie da się tej historii zrekonstruować z detalami, zapewne pikantnymi. Oczywiście z braku źródeł.

    Gdyby nie nagła decyzja wuja Łukasza, historia być może nie zapamiętałaby nawet imion obu braci.

  • Ceny rosną, drukarnie drukują, ludzie kupują. Departament Smakomiksu

    Dziś w „Departamencie Smakomiksu” temat cen papieru, ale to nie jedyna sprawa, którą się zajmiemy. Państwa i moim gościem jest Bartłomiej Rabij z Wydawnictwa Mandioca, z którym rozmawiam o Noblu dla twórcy komiksów, popycie, podaży, pieniądzach, modzie na komiks oraz o cenach okładkowych. Jak zawsze zaznaczam, że jestem w tematyce powieści graficznych zielony, więc nie mędrkuję, pytam, a jak mi się coś spodoba, to o tym opowiadam. Smacznego!

  • „Poezja to sieroca sztuka”. Jerzy Jarniewicz z Nagrodą Literacką NIKE

    Jerzy Jarniewicz z Nagrodą Literacką Nike 2022 za tomik poezji „Mondo cane”. Laureat podkreślił, że to nagroda nie tyle dla niego, co dla poezji. Jakie była jego pierwsza reakcja, co przekonało jury do poezji oraz czy to trudny czas dla tego gatunku literackiego? Udało się chwilę porozmawiać z Jerzym Jarniewiczem oraz Szymonem Rudnickim, jednym z jurorów nagrody.

  • Rozebrać Nobla – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nobla Miłoszowi załatwiła Zośka. Pracowała w Bibliotece Noblowskiej i załatwiła mu przez swoje kontakty. Temu szepnęła, tamtemu podsunęła wiersze, bez Zośki tego Nobla by nie było” – wyjawił mi polonijny bywalec sztokholmskich salonów, który uważał się za szarą eminencję szwedzkiego świata kultury. Wiedział w swoim mniemaniu wszystko, mógł tylko odrobinę mniej. Uznałam, że ma mnie za idiotkę, która uwierzy, że coś tak prestiżowego, międzynarodowego i niezależnego od koterii jak literacki Nobel można komuś załatwić. „Człowieku, puknij się, kto słucha twojej Zośki na Parnasie?” – pomyślałam i czmychnęłam pogadać z kimś innym.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981

    Kto miał rację, ja czy polonus?

    Można na to spojrzeć z różnych perspektyw.

    W kwestii boskości to jeden z czołowych członków Akademii Szwedzkiej, jej wieloletni sekretarz generalny, Horace Engdahl niedawno bronił do upadłego oskarżonego i skazanego za molestowanie seksualne oraz gwałty francuskiego męża byłej już członkini Akademii, Katariny Frostenson. Było to żenujące. Ponadto w jego książce z aforyzmami o wdzięcznym tytule „Ostatnia świnia” pojawia się taka oto mądrość:

    Dopełniona penetracja seksualna to odwieczna przegrana dla kobiety i odwieczne zwycięstwo mężczyzny”. Tak, słowa te pochodzą prosto z głowy szwedzkiego intelektualisty, który ogłaszając Nobla dla Elfride Jelinek tak pięknie i feministycznie mówił, że jej powieści obnażają stereotypy. No cóż, ludzie są ludźmi, boskości w nich za grosz, a nagroda jest nagrodą.

    Nobel to szczyt literackich marzeń, dowód najwyższego uznania, widoczny i słyszalny w każdym zakątku świata, a do tego gigantyczny zastrzyk finansowy. W ogóle marka nagrody jest czymś unikalnym. Została przyznana nie tylko licznym wybitnym pisarzom, ale także równie wybitnym naukowcom, politykom i aktywistom (w sumie ponad 900 osobom), wśród których były takie postaci jak Maria Curie-Skłodowska , Albert Einstein i Nelson Mandela.

    Dziś każdy wie, czym jest Nobel. Ale jak do tego doszło?

    Czytelnicy mojego poprzedniego felietonu wiedzą już, że Szwedzi są mistrzami eksportu. Cechują ich iście wirtuozerskie zdolności sprzedawania szwedzkiej literatury, udało im się też wypromować mnóstwo marek od IKEI przez Volvo na Ericssonie skończywszy, a także nieco wyidealizowany obraz własnego kraju. Pomimo to nadal zastanawia fakt, dlaczego cały międzynarodowy świat kultury zamiera akurat wtedy, gdy 18 członków jakiejś tam Akademii w małym, prowincjonalnym kraju, na północy Europy wybiera swojego laureata nagrody literackiej? Żeby było to chociaż międzynarodowe grono, ale przecież nie jest! Wśród członków Akademii Szwedzkiej jest w dodatku sporo osób, które nawet w Szwecji nie są szczególnie znane: Jesper Svenbro – poeta i znawca antyku, Tomas Riad – lingwista. Przyznaję się bez bicia, że gdybym nie znalazła ich na liście członków Akademii, nie wiedziałabym o ich istnieniu. Dlaczego akurat ich gust literacki jest tak istotny, że wszyscy liczący się pisarze chcą dostać Nobla. W czym rzecz? Nie chodzi chyba tylko o wielkie pieniądze? Albo o uścisk dłoni szwedzkiego króla?

    Copyright © Nobel Media AB 2017. Photo: Alexander Mahmoud.

    Temat ten badało przez cztery lata dwóch profesorów ekonomii Stephen Greyser z Harvard Business School i Mats Urde ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund. Według nich prestiż nagrody wziął się bezpośrednio z głównego przesłania testamentu jej twórcy, Alfreda Nobla. Życzył sobie, by jego fortunę przeznaczono na nagrody w kilku różnych dziedzinach, ale zaznaczył, że mają one być dawane wybitnym osobom, które „przysłużyły się dla dobra ludzkości”. Nobel przyznawany jest od 1901 roku, a był to historycznie czas, w którym międzynarodowość tej nagrody i jej idealistyczne założenia stanowiły coś absolutnie wyjątkowego w pochłoniętej nacjonalizmami Europie. W pewnym sensie można powiedzieć, że kiedy świat szykował się już do dwóch straszliwych wojen (po których trochę trudno nadal wierzyć w ludzkość), wynalazca dynamitu stworzył nagrodę za DOBRO i dla DOBRA innych. Za działania naukowe lub literackie na rzecz drugiego człowieka. Bez względu na jego narodowość, czy rasę. Szok.

    Inna rzecz, że idealizmu Alfreda Nobla wcale nie podzielali wszyscy zaangażowani w tworzenie nagrody Szwedzi. Na przykład wspomniana już Akademia Szwedzka, która istnieje od roku 1786 i została powołana w celu stania na straży czystości języka szwedzkiego, z początku patrzyła na dodatkowe obowiązki bardzo krzywo. Jej członkowie mieli dosyć innej roboty, siedzieli nieustannie z nosami w słownikach. Dominowali wśród nich zresztą nudni urzędnicy i kulturowo nacjonalistyczni filolodzy, niespecjalnie ich interesował świat wielkiej literatury.

    Akurat to zmieniło się jednak bardzo szybko.

    Czy Literacka Nagroda Nobla jest zatem najbardziej obiektywną i prestiżową formą uznania dla osiągnięć w dziedzinie literatury? Otóż: i tak, i nie. Przesłanie Nobla zawarte w jego testamencie powoduje poszukiwanie nazwisk autorek i autorów nie tylko wybitnych, ale także takich, których twórczość ma w sobie elementy idealistyczne lub ważne dla ludzkości. Ewidentne jest też, że sama nagroda ma jakoś służyć nie tylko ludzkości ale i słusznej stronie historii. Nobel dla Miłosza był uznaniem jego dzieła, ale także (a może przede wszystkim?) symbolicznym wsparciem dla poety uchodźcy z dręczonej przez komunizm Europy Wschodniej. Nobel dla Abdulrazaka Gurnaha to próba zwrócenia uwagi międzynarodowej społeczności na literaturę postkolonialną i na temat uchodźców. Nobel dla Olgi Tokarczuk to uznanie jej książek, ale także wsparcie dla feministycznych i ekologicznych poglądów autorki oraz dla jej otwartego przeciwstawiania się niedemokratycznym tendencjom z wiadomej strony.

    Akademia Szwedzka żywi też historyczną awersję do nagradzania nazwisk zbyt oczywistych i znanych. Z tego powodu Nobla nie dostał Lew Tołstoj ani Philip Roth i z pewnością nigdy nie otrzyma go ani Margaret Atwood , ani Haruki Murakami. I oczywiście, że jest tak, iż na decyzję 18 członków Akademii usiłują wpływać różne koterie, grupy lobbingowe i znawcy literatury, a czasem ich własne rodziny. Na ile są to skuteczne próby, to z pewnością kwestia indywidualna, ale jest tajemnicą poliszynela, że Nobla dla Jelinek nie byłoby, gdyby nie była już żona Horaca Engdahla , feministyczna literaturoznawczyni Ebba Witt- Brattström.

    Margaret Atwood, fot: smakksiazki.pl

    Nie wiem, czy Miłoszowi pomogła Zośka, ale ktoś tam pomógł na pewno. Gombrowicz dobrze rozumiał, że bez koneksji nic się nie da zrobić i sam mocno lobbował na rzecz swojej kandydatury. Prawie mu się udało, bo naprawdę miał na Nobla duże szanse. Podobnie jak Kapuściński, o którego latami walczyło kilku wpływowych ludzi szwedzkiego świata kultury. Kto wie, co by się stało, gdyby dłużej żył?

    Z całą pewnością jest więc tak, że aby dostać literackiego Nobla, trzeba nie tylko dobrze pisać, ale mieć także wsparcie wpływowych ludzi oraz tak zwanego wiatru historii. Należy też rozumieć (choćby podświadomie) literaturę jako coś więcej niż tylko piękne władanie językiem. Mówiąc wprost: w przesłanie Nagrody Nobla wpisane jest przekonanie, że w literaturze ważny jest element utylitarny wzniesiony na poziom ambitnego idealizmu lub walki o słuszna sprawę. Domyślacie się kto dostanie w tym roku Nobla? Będę zdziwiona, jeśli nie będzie to pisarz ukraiński, a jeszcze lepiej ukraińska pisarka. Choć jednocześnie wcale się też nie zdziwię, jeśli tak się nie stanie, bo Akademii Szwedzkiej zdarzały się też historyczne tchórzostwa i próby zachowania neutralności. Na przykład wtedy, gdy nie zabrała oficjalnie głosu po stronie Salmana Rushdiego, kiedy została nań rzucona fatwa…

    Salman Rushdie, fot: smakksiazki.pl

    Na czym więc polega zawarta w tytule tego felietonu chęć ściągnięcia z Nobla pięknych szat? Na uświadomieniu, że nie ma czegoś takiego jak nagroda przyznawana za najwybitniejsze osiągnięcia literackie. Nobel literacki jest zawsze nagrodą z dodatkowym przesłaniem, trochę polityczną, trochę pozytywistyczną, trochę wyznaczającą nowe trendy. A jednocześnie: nieustannie najbardziej prestiżową i ważną. Jak już wspomniałam: Szwedzi są mistrzami promocji.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Premiery października, chowajcie portfele!

    Jeśli macie w październiku sporo innych wydatków, to lepiej nie przeglądajcie tego zestawienia. Październik rozpieszcza, jak zwykle. Sporo premier, które mają potencjał, wiele ciekawych historii, tysiące stron, które mogą wciągnąć na długie godziny. Na co zwrócić uwagę? Które tytuły zaprosić do siebie do domu? Podpowiadam, może się skusicie. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule. Na pewno jeszcze pojawią się premiery niespodzianki, które jeszcze nie są uwzględnione na stronach wydawców, więc bądźmy czujni.  Smacznego! 

  • Przedpremierowy fragment „Wiatrołomów” Roberta Małeckiego na smakksiazki.pl!

    Jak mogłaś jej to powiedzieć? — Zero Siedem próbował zapiąć pas, ale nie mógł trafić zaczepem do slotu. — No, co jest, kurwa!

    Borewicz mruknął coś niezrozumiale, a potem uruchomił silnik. Wrzucił ze zgrzytem jedynkę i mocno nimi szarpnęło. Opony wżerały się w gruntową nawierzchnię, pełną dziur wypełnionych deszczówką. Trzeszczały plastiki, coś łupnęło w bagażniku, ale kierowca się tym nie przejął.

    Po jaką cholerę wygadywałaś te głupoty? — Zacisnął ręce na kierownicy.

    Rozmawialiśmy już o tym.

    I chuj, że rozmawialiśmy. Prawda jest taka, że gówno wiemy. — Gestykulował nerwowo, puszczając kierownicę. — Może Toboła porwał dzieciaka, a może nie. Nie wiesz tego i tyle. Nie mamy żadnej pewności! Żadnej, kurwa, pewności, rozumiesz? To tylko hipoteza. Nie musiałaś jej o tym mówić. Po co wywoływać demony?

    O co tak naprawdę się wściekasz, co? — Odwróciła się do niego, zirytowana połajankami.

    Równie dobrze mogłaś jej powiedzieć, że będziemy przesłuchiwali sanitariuszy z karetki, którzy ratowali Witberga. — Napięcie nie schodziło z twarzy policjanta.

    Ale przynajmniej wreszcie zamilkł.

    Wyjechali na drogę asfaltową, a nieco dalej Borewicz skręcił w zjazd na średnicówkę. Zamierzali dostać się do komendy szybszą trasą. Nie dojechali tam wcześniej, bo kiedy Herman odebrała połączenie od Lucyny Witberg, zdecydowali, że najpierw pojadą do niej na Irysową.

    Nie obstawiaj wyników tej sprawy jak w bukmacherce. Po prostu tego nie rób. To ci może zaszkodzić — ostrzegł Borewicz.

    Poczuła, że zalewa ją fala wściekłości. Zrobiło jej się gorąco i musiała odciągnąć wełniany golf od szyi, żeby nabrać powietrza. Potem zacisnęła pięści. Chciała zmieszać Borewicza z błotem, ale w porę ugryzła się w język. Panuj nad emocjami, nakazała sobie, jeśli wezmą nad tobą górę, będziesz w dupie. Nie mogła dać mu się sprowokować, bo wtedy już zawsze uderzałby w jej najczulszy punkt.

    Robert Małecki, materiały prasowe Wydawnictwa Literackiego

    Odczekała kilka chwil, wpatrując się w krajobraz za boczną szybą i licząc uderzenia serca.

    Nie obstawiam — odparła w końcu.

    Dokładnie to robisz. — Postukał palcem wskazującym w udo. — Obstawiasz, że nie było tak, jak jest zapisane w papierach, i przyjmujesz za pewnik, że wiesz, co zrobił Toboła, a czego nie zrobił! Otóż, kurwa, nie wiesz, co zrobił ten chory kutas. Nie wiesz i już!

    Herman wodziła wzrokiem po ciemniejszej zieleni drzew oddalonych od jezdni i jaskrawszym odcieniu łąk, powypalanych gdzieniegdzie przez niedawne upały.

    Wypierał się tego porwania za każdym razem — przypomniała.

    Ale jakoś tak się złożyło, że sąd go za to skazał, nie?

    Dobrze wiesz, jak działały wtedy policja, prokuratura i sądy. Przylepili mu tego niemowlaka, żeby mieć porządek w papierach, ład w statystykach i sukces w mediach. Mało było takich przykładów w historii? — broniła się.

    Znasz te akta czy nie, do cholery? — skrzywił się.

    Spędziłam z nimi więcej czasu niż ty — odgryzła się i oboje zamilkli.

    Mimowolnie wróciła pamięcią do opasłych teczek zawierających dokumenty ze śledztwa. Zgłoszenie o porwaniu niemowlęcia przyjęto dziesiątego lipca. Dokładnie tego samego dnia, w którym Hanna Suchocka jako pierwsza kobieta w historii Rzeczypospolitej stanęła na czele rządu.

    Do komendy policji, która wówczas znajdowała się przy Piłsudskiego, zgłosiła się zapłakana matka. Poinformowała dyżurnego o napaści w jej domu i porwaniu dziecka. Kobietę przywiózł do komendy polonezem jej sąsiad, Antoni Wyrwicki, a jego żona została w domu Witbergów. Mąż Lucyny był wówczas w drodze do Niemiec i nikt nie miał z nim kontaktu. Wrócił dwa dni później, w niedzielę, późnym popołudniem.

    Rok wcześniej Andrzej Witberg odszedł z Nadleśnictwa Jamy i założył firmę. Uruchomił komis samochodowy z warsztatem przy Szosie Toruńskiej. Wracał późno z pracy. Niemal w każdy weekend jeździł do kuzyna do byłej RFN i sprowadzał stamtąd używane samochody, a potem także sprzęt hi-fi, telewizory, miniwieże, magnetowidy i drobne AGD. Na polskim rynku wszystko szło jak leci. Cokolwiek przywiózł, znikało z placu i półek w pawilonie, w którym prezentował sprzęt elektroniczny. Później ściągał samochody na zamówienie. Notował wytyczne kupca w zielonym zeszycie, który żona kupiła mu w sklepie z dewocjonaliami i artykułami papierniczymi przy Kościelnej naprzeciwko fary. Nakreśliła na kartkach tabelę zgodnie z jego wymogami. Marka, model, pojemność, kolor, cena od–do oraz sporo miejsca na uwagi. Herman pamiętała ten notes, przeglądała go wiele razy, gdy sprawdzali, czy któryś z klientów Witberga mógł stać za porwaniem dziecka. Witberg był skrupulatny, notował w tym kajecie wszystkie uwagi kupujących, które zgłaszali w dniu odbioru samochodu, również tych niezadowolonych, a także szczegóły rozliczenia i ewentualne upusty od ustalonej ceny.

    Szło mu nieźle.

    Andrzej Witberg na handlu miesięcznie potrafił zarobić więcej niż w nadleśnictwie przez cały rok. A kiedy jego żona zaszła w ciążę, kupił dom na Irysowej. To ona zeznała, że w tamtym okresie mąż przywoził gotówkę — złotówki i marki niemieckie — upchaną w reklamówkach Marlboro. Wjeżdżał oplem asconą na teren działki i ukryty za krzakami wnosił kasę do korytarza. Część chował do sejfu, a część w specjalnie przygotowanych skrytkach. Nie trzymali pieniędzy w banku, a w każdym razie nie wszystkie, bo Witberg stale nimi obracał.

    Z zeznań Lucyny Witberg wynikało ponadto, że kobieta dobrze wspominała te czasy — chociaż inflacja galopowała, ceny rosły z tygodnia na tydzień, ona opływała w dostatki.

    Jednak Andrzej nagle się zmienił. Wciąż wracał późno do domu, często wpadał w gniew i szybko się irytował. Którejś nocy trząsł się i szczękał zębami. Wtedy po raz pierwszy powiedział jej o tym, że do komisu przyjechali ludzie Toboły.

    Alfred Tobołkowski, o którym w Grudziądzu krążyły legendy, miał prosty przepis na sukces. Zarabiał na tym, że wiedział, komu żyje się dobrze. Zatrudnił kilku mięśniaków i psuł krew restauratorom w centrum, a potem dobrał się do właścicieli komisów samochodowych, kantorów i stacji benzynowych. Trudnił się sutenerstwem, a jego żona podobno prowadziła burdel przy trasie na Dolną Grupę. Ludzie Toboły oferowali „ochronę” przed gangiem z Gdańska, który w dążeniu do osiągnięcia zysków nie przebierał w środkach.

    Ta „ochrona” Toboły oczywiście kosztowała i Andrzej nieopatrznie odrzucił propozycję. Wtedy mężczyźni się ukłonili i odjechali.

    Następnego dnia, krótko po szesnastej, kiedy plac ze lśniącymi w słońcu samochodami odwiedzały całe rodziny, pod bramą komisu zaparkowało czarne bmw. Wysiadło z niego trzech bandytów z kijami bejsbolowymi w rękach. Huk tłuczonych szyb i blach granatowego mercedesa, dopiero co ściągniętego z Niemiec dla prominentnego polityka z Bydgoszczy, sprawił, że Andrzej pobladł.

    Akcja trwała krótko, akurat tyle, żeby wszyscy klienci zdążyli w popłochu opuścić plac. Kiedy samochód został doszczętnie zdemolowany, jeden z bandytów obiecał Andrzejowi, że za tydzień wrócą do autokomisu z kanistrami benzyny. Przypomnieli mu, że znają adres jego domu. A także imię jego dziecka.

    Witbergowie zgłosili to na policję, ale obawiali się, że macki Toboły sięgają wszędzie, również — a może w szczególności — komendy. W tamtych latach policja rzadko podejmowała równorzędną walkę z gangami. Funkcjonariusze nie mieli odpowiednich narzędzi, byli przepracowani, słabo opłacani, a drobna przestępczość szalała.

    Dlatego Andrzej po rozmowie z żoną zrozumiał, że jeśli chce nadal żyć i zarabiać, musi Tobole odpalić część zarobku.

    Tylko że nie uratował w ten sposób syna.

    Okej, nie przepracowywałem się ostatnio, to fakt — przyznał Borewicz, przecierając twarz dłonią.

    Zjeżdżali właśnie z wiaduktu w pobliżu galerii handlowej z carrefourem, przy której po obszernym parkingu hulał wiatr.

    I nie powinienem podnosić głosu — dodał.

    Maria zrozumiała, że to ma jej wystarczyć za przeprosiny. Od chwili narodzin Amelii Borewicz chodził na rzęsach, z przemęczenia nieraz zasypiał w biurze nad papierami. W pracy się nie oszczędzał, w domu też czekały go obowiązki.

    Nie usprawiedliwiała go, ale przynajmniej starała się zrozumieć. Nie dosypiał, jadał byle co. W ciągu kilku ostatnich miesięcy sporo przybrał na wadze. Zrobił się drażliwy. Nie pamiętała go takiego.

    Znowu żona? — spytała, a kolega skinął głową. — O co poszło tym razem? Mała broi?

    Borewicz nadął policzki, po czym wypuścił powietrze.

    Na to wygląda — odezwał się, kiedy mijali castoramę.

    Skręcili w prawo i snuli się wzdłuż budynków zajmowanych przez hurtownie. Nieco dalej minęli halę sportową MKS-u Start.

    Ale wiesz, że jej też jest ciężko? — Herman wzięła stronę Kingi.

    Tylko na to czekałem, kurwa — jęknął. — Na tę waszą babską solidarność…

    Niedawno urodziła. Potrzebuje twojej pomocy i zainteresowania. Całe dnie jest w zasadzie sama z córką. To potrafi wykończyć — zapewniła, chociaż co ona mogła o tym wiedzieć? Nie miała rodziny, nigdy nie była w ciąży.

    No, jeśli chcesz mnie dalej wkurwiać, to brawo! Dobrze ci idzie — zezłościł się.

    Herman machnęła ręką i odwróciła twarz do bocznej szyby.

    Jej wzrok padł na wielki billboard ze zdjęciem Mateusza Borka, sprawozdawcy sportowego i gwiazdy mediów, reklamującego z uśmiechem zakłady bukmacherskie.

    Policjantka drgnęła i oblał ją zimny pot.

    Zacisnęła dłoń na plastikowym uchwycie przy drzwiach, przymknęła oczy.

    Pod powiekami zaczęły jej wirować liczby rozdzielone od siebie dwukropkiem. Dziesiątki, setki, tysiące wirujących zestawów liczb. Wyniki meczów sportowych.

    Ocknęła się, dopiero gdy Borewicz zatrzymał wóz i zgrzytnęła dźwignia hamulca ręcznego.

    Znajdowali się na parkingu Komendy Miejskiej Policji w Grudziądzu.

  • Wolimy rozmawiać o rzeczach niż o emocjach. Zdzisław A. Raczyński o „Janczarach Kremla”

    Były ambasador Polski w Turcji i Armenii napisał książkę, której nie powstydziłby się Severski i le Carre. Przenosimy się do Moskwy, w której w tajemniczych okolicznościach ginie polski student. Czy to było samobójstwo, a może komuś zależało na jego śmierci? Po latach do IPN-u przychodzi list brata studenta. Czy uda się wznowić śledztwo i rozwiązać zagadkę? Przeczytajcie „Janczarów Kremla”, którzy są splotem faktów udających fikcję oraz decyzji, które mogą zniszczyć ludzkie życia. Co ważne – będzie kontynuacja, więc polecam zacząć tę przygodę od początku i być na bieżąco z postaciami stworzonymi przez Raczyńskiego. Podobno tej książki by nie było, gdyby nie spotkanie z pewnym rosyjskim generałem…