Kategoria: Aktualności

  • Gdyby Karol Godula żył dziś, mógłby chodzić na kawę z Billem Gatesem. Rozmowa z Maciejem Siembiedą o „Kołysance”

    Bytom – Szombierki. To tutaj stoi kościół, w którym spoczywają szczątki Karola Goduli przeniesione z Wrocławia. Świątynię ufundowała Joanna Gryzik, spadkobierczyni króla cynku. W tym właśnie miejscu spotkałem się z Maciejem Siembiedą żeby porozmawiać o „Kołysance”, jego najnowszej powieści, a której Karol Godula odgrywa ważną, a nawet kluczową rolę. W książce pojawia się także województwo opolskie, tajemnicze nuty, kompozytor, który przyjechał do Grodkowa, ale po co? Dajcie się porwać tej historii, bo w „Kołysance” niesamowite przeplata się z nieprawdopodobnym.

  • Karol Godula – król cynku, a może człowiek, który podpisał pakt z diabłem? Fragment „Kołysanki” Macieja Siembiedy

    Karol Godula, Karl Godulla, lub jak kto woli, Carollus Godulla. Dla jednych był królem cynku, dla innych człowiekiem, który podpisał pakt z diabłem. Fakty są takie, że był jednym z najbogatszych Europejczyków, potrafił robić pieniądze wtedy, gdy inni bankrutowali. Właściciel kopalń i hut. Bez niego Górny Śląsk nie byłby takim, jakim jest. Więcej, bez niego świat byłby zupełnie inny. Co ciekawe, dziś jest postacią praktycznie zapomnianą. Nie tylko w Suwałkach, Szczecinie, Poznaniu, ale też, a może przede wszystkim, na Śląsku. Został pochowany we Wrocławiu, ale gdy Joanna Gryzik, jego spadkobierczyni, ufundowała w Szombierkach, obecnej dzielnicy Bytomia kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, tutaj przeniesiono jego prochy. Przeczytajcie prolog „Kołysanki” Macieja Siembiedy, w której zarówno Śląsk, jak i Karol Godula odgrywają ważną, a nawet kluczową rolę. Książka ukaże się już 9 listopada nakładem Wydawnictwa Agora.

    Początek XIX wieku

    Strużka krwi, spływająca po nagim ciele mężczyzny wiszącego na gałęzi drzewa głową w dół, wyglądałaby jak rzeka narysowana na mapie, gdyby rzeki na mapach zaznaczano na czerwono.

    Rzeka miała swoje źródło w okaleczonych genitaliach zwisających na strzępie skóry. Dalej sama wytyczała sobie koryto. Płynęła przez równinę brzucha, zarośla włosów na klatce piersiowej i dolinę prawego obojczyka. Tu tworzyła kaskadę. Omijała szyję i spadała wprost na policzek. Purpurowe kulki toczyły się po nim przez kilka chwil, a potem kapały w leśną ściółkę kilka centymetrów od głowy nieszczęśnika, która niemal dotykała ziemi.

    Płynęła coraz leniwiej. Krople krwi nabierały po drodze lepkości, a kiedy docierały do policzka, sunęły w dół ociężale i niezdecydowanie, jakby były z gumy. Wreszcie krzepły, tworząc między twarzą wiszącego człowieka a leśną glebą miękki, czerniejący sopel.

    Mrówki tylko na to czekały.

    Od pół godziny kłębiły się w ściółce z rosnącą nerwowością, nie wiadomo, czy bardziej podniecone zapachem krwi, czy perspektywą zadania, które je czekało. Znały się na tej robocie. Myśliwi i kłusownicy co jakiś czas zostawiali im głowy zabitych zwierząt, odbierając potem czaszki starannie oczyszczone ze skóry, mięśni i żył. W takich pracach brało udział całe miasto owadów, łącznie z robotnicami, które rzadko wychodziły spod ziemi. Zajmowały się plantacją grzybów, bo tylko dwa gatunki stworzeń potrafią uprawiać to, co później jedzą: ludzie i mrówki.

    Dziś miały zjeść człowieka.

    Najpierw po soplu krwi wtargnęła najważniejsza z grup, mająca za zadanie ostrzyknąć żerowisko jadem, zawierającym kwas mrówkowy, który konserwuje mięso.

    Zaczęły pracować z pasją, a wtedy mężczyzna przywiązany do gałęzi poruszył się. W pierwszej chwili lekko, potem z wyraźnym niepokojem. Parę chwil zajęło mu uświadomienie sobie, co się z nim dzieje. Rozpaczliwie próbował oswobodzić ręce związane za plecami, jednak nie zdołał. Szarpnął się gwałtownie, ale na ziemię spadło zaledwie kilka mrówek z ruchomej maski, która już oblepiała mu policzek.

    Człowiek powieszony głową w dół był synem nadleśniczego i nieraz zdarzało mu się widzieć czaszki spreparowane przez mrowiska.

    Pokonując ból, nabrał tyle powietrza, ile zdołał, i wydał z siebie ogłuszający ryk.

  • Lektury na listopad. Po które tytuły sięgnąć?

    Zapowiada się bogaty listopad. Sporo ciekawych premier, długie wieczory, więc do końca roku będzie co czytać, bo grudzień premierami nas raczej za bardzo nie rozpieści. Wybrałem dla Was, dla siebie też, książki, po które chcę sięgnąć. Wiadomo, że nie po wszystkie w listopadzie, ale będę walczył! Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule.

  • Syndrom sztokholmski (odc. 4). Ostatnia zagadka Pera Wahlöö. Zaprasza Rafał Chojnacki

    – Jesteś moim małym detektywem – powiedziała z uśmiechem Maj Sjöwall, zbierając ze stolika rozłożone przez Monikę dokumenty. Moja żona właśnie skończyła jej opowiadać o szczegółach, które udało jej się ustalić, a także o sytuacji prawnej, związanej ze sprawą, z którą wcześniej zwróciła się do niej Maj. Dokumenty dotyczyły tajemniczego konta bankowego, założonego na nazwisko Per Wahlöö w 1976 roku. A więc rok po jego śmierci.

    Własna loża w „Harvest Home”

    Nasza znajomość z „matką chrzestną skandynawskiego kryminału” była w sumie dość ciekawa, choć niezbyt intensywna, zwłaszcza że pod koniec życia pisarka wyprowadziła się ze Sztokholmu i już nie można było wpaść na nią w jej ulubionym irlandzkim pubie. Gdy ją poznaliśmy, a był to rok 2010, pub „Harvest Home” był dla niej właściwie jak biuro. Mieszkała w pobliżu, w części miasta znanej dziś jako SoFo (Söder om Folkungagatan – na południe od Folkungagatan). Jednak 10 lat temu nie była to jeszcze mekka hipsterów, choć już od przełomu wieków czuć było bardziej artystyczny klimat tej dzielnicy. Dawny, robotniczy Södermalm coraz bardziej odchodził w niepamięć, wypierany przez rosnące ceny mieszkań. Jednak Maj żyła tam przez długie lata i można było mieć pewność, że jeżeli nie choruje, albo nie wyjechała z miasta, to wieczorem wpadnie do „Harvest Home”. Do dziś, gdy zdarza nam się przechodzić Bondegatan, podświadomie szukamy jej twarzy w szklanej witrynie pubu. To właśnie tam znajdowała się, nieco oddalona od głównego pomieszczenia loża, w której Maj miała swoją ławkę. Potwierdzała to tabliczka z jej imieniem i nazwiskiem, przykręcona do oparcia, którą z dumą nam pokazywała, gdy spotkaliśmy się tam po raz pierwszy.

    Maj poznaliśmy przez Bo Lundina, członka Szwedzkiej Akademii Kryminału, który otworzył przed nami drzwi do znajomości z wieloma ciekawymi osobami, związanymi z tym szacownym gremium. Rok wcześniej udało nam się nakłonić organizatorów Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, by sprowadzili tego sympatycznego starszego pana w roli eksperta. Prowadziliśmy z nim wówczas spotkanie, które nie przyciągnęło może wielkich tłumów, ale pozwoliło zaprezentować trochę fachowej wiedzy niejako z pierwszej ręki. Lundin jest wszak nie tylko członkiem Akademii, ale też dziennikarzem, popularyzatorem literatury kryminalnej i autorem kilku książek teoretycznych, poświęconych tej materii.

    Rezultatem spotkania z Maj było sprowadzenie jej na wrocławski festiwal w 2011 roku. Tu zainteresowanie spotkaniem z legendą kryminału było ogromne, chociaż sama Maj napędziła nieco strachu dziewczynom opiekującym się festiwalowymi gośćmi. Mimo że wyglądała na bardzo kruchą, a choroba Parkinsona dawała się jej czasem we znaki, była jeszcze wówczas bardzo ciekawa świata, więc wybrała się na samodzielny wieczorny spacer, który skończył się rozpaczliwymi poszukiwaniami… I oczywiście zdziwieniem starszej pani, która była pewna, że nikt nie zauważy jej zniknięcia.

    Wróćmy jednak do sprawy, którą Maj przekazała mojej żonie podczas jednego z naszych spotkań w Sztokholmie.

    Pośmiertna wypłata

    Opowieść ta powinna się zacząć w 1973 lub 74 roku, ponieważ to właśnie wtedy – zdaniem Maj – była ona pierwszy raz w Warszawie. Wyjazd wspominała bardzo dobrze, ponieważ oboje z Perem nie musieli sobie wówczas niczego odmawiać. Stało się tak dlatego, że para pisarzy podpisała wówczas w Polsce umowy wydawnicze. Jednak dewizy nie mogły wyjechać zagranicę, więc musieli wydać z zaliczek ile się dało… Kawior i szampan to tylko jedne z kilku wspomnień, jakie Maj przywiozła z Polski.

    Co ciekawe przewodniczką Pera i jego partnerki była wówczas jego eks-żona, Inger, która była akredytowaną szwedzką dziennikarką. Inger Wahlöö to dość ciekawa postać, znana w Szwecji głównie jako pisarka i korespondentka zagraniczna dziennika „Expressen”. To właśnie dzięki niej świat dowiedział się o zamieszkach w Ursusie i Radomiu w 1976 roku. Z akt Instytutu Pamięci Narodowej dowiadujemy się, że w jej sprawie polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych prowadziło aż trzy Sprawy Operacyjnego Rozpracowania. Być może warto byłoby kiedyś wydać w Polsce jej powieść dokumentalną z tego okresu, zatytułowaną Än dess söner finns (Póki żyją twoi synowie), opowiadającą właśnie o tym co działo się w Polsce od czasu gdy przybyła jako korespondentka, do momentu deportacji do Szwecji, którą wymusiły polskie władze.

    Warszawa, fot: www.unsplash.com/Valik Chernetskyi

    Rezultatem umów podpisanych przez Pera, było założenie mu po jakimś czasie konta w polskim banku, na które przelano należne mu dewizy. Oczywiście były to pieniądze, które mógł podjąć osobiście w Polsce i wydać je na miejscu. Było to wówczas powszechną praktyką, stosowaną przez wydawców, przez co wielu pisarzy (na czele z Amerykaninem Philpem K. Dickiem) uważało się za zwyczajnie oszukanych przez polskich wydawców. Prawdopodobnie to, że otwarcie konta dla Pera zbiegło się w czasie z deportacją jego byłej żony, to jedynie przypadek. Nie zmienia to jednak faktu, że konto założono na nazwisko nieboszczyka.

    Wbrew temu, co można przeczytać w niektórych publikacjach encyklopedycznych, Maj i Per nigdy nie byli małżeństwem, choć mieli dwójkę dzieci. Z pewnością utrudniło to dochodzenie przez Maj jakichkolwiek roszczeń z tytułu umów, skoro te spisane były z Perem. Oczywiście sprawą zaczęła się interesować dopiero po 1989 roku, kiedy to zaczęła otrzymywać (na stary adres Pera) korespondencję z Polski, z której wynikało, że na koncie bankowym w Polsce znajdują się jakieś pieniądze. To, że listy przychodziły, nie było problemem. Jednak co miesiąc kwota na koncie była minimalnie niższa, w związku z kosztami prowadzenia rachunku bankowego. W końcu zaniepokoiło to Maj dość solidnie, bo z czasem kwota ta musiałaby się wyczerpać. A wówczas mógłby zacząć narastać dług. Porozmawiała więc na ten temat z dziećmi, które zgodnie z prawem mogłyby dysponować spuścizną po ojcu, ale żadne z nich nie było zainteresowane tematem, ponieważ prawo spadkowe chroniło ich przed ewentualnymi długami, a kwota była już za niska, by warto było w tej sprawie wybierać się do Polski… I tak Maj postanowiła obarczyć problemem świeżo poznaną Polkę, która na dodatek dobrze mówiła po szwedzku.

    Per Wahlöö solo

    Zgodnie z tym co mówiła Maj, umowa miała dotyczyć powieści Ciężarówka (Lastbilen), co było o tyle dziwne, że książka ta ukazała się w Polsce dopiero 1989 roku. Wiele można powiedzieć o opóźnieniach w procesie wydawniczym w naszym kraju w czasach PRL-u, ale to bardzo mało prawdopodobne, by czekało się ponad 20 lat na wydanie kryminału. Zwłaszcza, że akurat w czasie, gdy powieść się wreszcie ukazała, klimat dla niej był wyjątkowo niekorzystny. Ciężarówka jest częściowo efektem pracy Pera jako korespondenta w ogarniętej wojną domową Hiszpanii. Mamy tam więc całkiem ciekawe spostrzeżenia dotyczące nie tylko reżimu generała Franco, ale również sytuacji w Europie po drugiej wojnie światowej. Niestety, czasy upadającego w Polsce komunizmu nie były momentem, kiedy kogokolwiek jakoś bardziej obeszłaby zawarta w tej powieści krytyka społeczna, tak charakterystyczna dla późniejsze twórczości, którą Per kontynuował z Maj. Jednak to, co było niezwykle aktualne, gdy w 1962 roku powieść ukazała się w Szwecji, prawie trzy dekady później nie robiło już takiego wrażenia. Na dodatek polskie półki zostały w chwilę później zalane kolorowymi okładkami amerykańskich powieści sensacyjnych. Nowe warunki bytowe zmiotły z polskiego rynku nie tylko Pera, ale i całą czytelnikowską serię „Z jamnikiem”, w której ten tom się ukazał.

    Nic więc dziwnego, że na kolejną solową książkę tego autora w polskim wydaniu przyszło nam trochę poczekać. W międzyczasie, w latach 2009-2012 Wydawnictwo Amber opublikowało kompletną serie o Martinie Becku, duetu Sjöwall & Wahlöö. Dopiero na tak przygotowanym gruncie w 2013 roku udało się Wydawnictwu Albatros wydać w Polsce dwie solowe powieści Pera, opowiadające o świecie niedalekiej przyszłości, w którym komisarz Jensen prowadzi sprawy kryminalne. Pierwsza z nich to Morderstwo na 31 piętrze (Mord på 31:a våningen), druga Stalowy skok (Stålspränget). Obie prezentują dość mroczną wizję świata, najwyraźniej więc nie przypadły zbytnio do gustu polskim czytelnikom, ponieważ kolejne książki Pera się nie ukazały. A szkoda.

    Jego literacki debiut książkowy z roku 1959, powieść Hövdingen (Szef) to książka sportowa, opowiadająca o bezwzględności nieuczciwego prezesa klubu, który chce za wszelką cenę wypromować swój zespół w wyższych ligach. To raczej thriller niż kryminał, na dodatek nie ma w nim jeszcze tego sarkastycznego humoru, który pojawia się w bardziej znanych powieściach. Przy okazji warto przypomnieć, że w młodości Wahlöö był dziennikarzem sportowym, więc po raz kolejny sięga w książce do inspiracji związanych z własnymi doświadczeniami. Pierwotny tytuł tej książki to Himmelsgeten (Bramy niebios), jednak w 1967 roku został zmieniony i odtąd kolejne wydania są już inaczej tytułowane.

    Wcześniej Wahlöö opublikował opowiadanie Tjugo ar efterat (dwadzieścia lat później) w magazynie „Jultrevnad” w 1949 roku. Jednak opublikowano je pod pseudonimem Edner P Bech, i dopiero przy okazji wydania w 2007 roku zbioru Sista resan och andra berättelser (Ostatni rejs i inne opowiadania), w którym zebrano różne okazjonalne teksty (wspólne i pisane solo przez Maj i Pera), okazało się, że to on był autorem.

    Zanim zaczął pisać wspólnie z Maj, Per wydał jeszcze pięć książek, w tym Ciężarówkę i Morderstwo na 31 piętrze. Oprócz tego, jego nazwisko pojawiło się na okładkach Vinden och regnet (Wiatr i deszcz), Uppdraget (Zadanie) i Det växer inga rosor på Odenplan (Na Odenplan nie rosną róże). Akcja pierwszej z nich rozgrywa się w Hiszpanii i opowiada historię trudnego uczucia między Niemcem, wychowanym według zasad segregacji rasowej, a Żydówką. Uppdraget można nazwać thrillerem politycznym, tym razem z morderstwem w tle i trudną do opanowania sytuacją w jednej z republik w Ameryce Południowej. Trzecia z tych książek to mikropowieść i kilka opowiadań, które krążą wokół tematu miłości. Det växer… to jedna z rzadziej wznawianych powieści Pera.

    W tym samym roku, kiedy pojawiła się pierwsza powieść z Martinem Beckiem (Roseanna, 1965) na półki księgarni trafiła również jego solowa książka – Generalerna (Generałowie). To rodzaj dystopii, która pokazuje rewolucję w fikcyjnym państwie Ameryki Łacińskiej. Jej twórcy chcieli stworzyć społeczeństwo oparte na równości. Gdy do władzy dochodzą wojskowi, rewolucja, jak to ma w zwyczaju, pożera swojej dzieci.

    Później praca nad serią o Becku pochłonęła Maj i Pera tak bardzo, że tylko raz udało się wygospodarować trochę czasu na napisanie czegoś na boku. Tak powstał Stalowy skok, wspomniana już wyżej druga powieść o komisarzu Jensenie. Karierę pisarską Pera zakończyła śmierć, która przyszła niespodziewanie w 1975 roku. Autor zmarł po operacji trzustki. Dorobek literacki jego i Maj uzupełnia jeszcze wspomniany zbiór Sista resan, wydany dopiero w 2007 roku. Nie zawiera on jednak tekstów związanych z serią o Becku.

    Martin Beck i nie tylko

    Poza serią o Martinie Becku Maj Sjöwall nie napisała zbyt wiele, przede wszystkim dlatego, że gdy się poznali, była od Pera 9 lat młodsza. Nie miała więc czasu na rozwinięcie skrzydeł, zanim jako młoda zdolna redaktorka nie stała się jego partnerką, a następnie współautorką najpopularniejszego szwedzkiego cyklu kryminałów XX wieku. Jako że para od początku zakładała napisanie 10 tomów serii, a Per zmarł po ukazaniu się ostatniego, Maj do końca życia trzymałą się tego ustalenia i wbrew naleganiom ze strony wydawców i czytelników, nie wróciła nigdy do pisania o Becku… No, prawie nie wróciła, ponieważ okazuje się, że istnieje jeden taki tekst, ale o nim opowiem nieco dalej. Jej przygoda z tym bohaterem nie skończyła się zatem definitywnie.

    W latach 90. nakręcono serię sześciu filmów, będących ekranizacjami części serii. W rolę Martina Becka wcielił się w nich Gösta Ekman, zaś jego policyjnego kolegę, Gunvalda Larssona, zagrał Rolf Lassgård (znany m.in. takich ról, jak komisarz Wallander w ekranizacjach powieści Henninga Mankella, czy profiler Sebastian Bergman w ekranizacjach książek duetu Hjort & Rosenfedt). Trzy z nich – Brandbilen som försvann (Wóz strażacki, który zniknął), Mannen på balkongen (Mężczyzna na balkonie) i Stockholm Marathon (ekranizacja powieści Ludzie przemocy) – miały swoją premierę w kinach, trzy pozostałe – Roseanna, Polismördaren (Zabójca policjanta) i Polis polis potatismos(ekranizacja powieści Morderstwo w Savoyu) – trafiły od razu na rynek wideo.

    W prawie każdym z tych filmów Maj pojawia się jako jakaś mało znacząca postać, dziś taki występ zwykło się nazywać cameo. W Roseannie pojawiła się jako sekretarka, w Mannen på balkongen jest nauczycielką, w Brandbilen som försvann pasażerką samolotu, w Polis, polis, potatismos siedzi w restauracji, w której za chwilę będzie popełnione morderstwo, zaś w Stockholm Marathon starterką tytułowego wyścigu. Inna seria, w której początkowo główne role grali Peter Haber (jako Beck) i Mikael Persbrandt (jako Lasson), od samego początku reklamowana była jako nowe sprawy popularnych bohaterów, stworzone z „błogosławieństwem” Maj Sjöwall, przeniesione do czasów współczesnych, nie zawierała już żadnych cameo. Co ciekawe, kolejni producenci nadal tworzą nowe epizody, choć między następnymi sezonami zdarzają się czasem kilkuletnie przerwy. W międzyczasie ze współpracy zrezygnował Persbrandt, ale starzejący się powoli Haber nadaje swojej postaci coraz większej głębi, dzięki czemu serial wciąż trzyma niezły poziom.

    Po śmierci Pera Maj nie skupiła się bynajmniej wyłącznie na odcinaniu kuponów od sławy, którą zdobyli w duecie. Wróciła do pracy redakcyjnej, zajęła się też tłumaczeniami. Zresztą jeszcze za życia Pera, para przetłumaczyła razem kilka powieści, w tym m.in. jedną z książek Eda McBaina, co sprawiło, że w Szwecji przez jakiś czas wypominano im inspiracje klasykiem powieści policyjnej. Para nie odżegnywała się od tych inspiracji, choć w tekstach teoretycznych i komentarzach prasowych bardzo wyraźnie podkreślali wówczas rolę ich własnej drogi przez literaturę kryminalną, która prowadziła przez tematykę społeczną i polityczne zaangażowanie wpisane w fabułę.

    Wśród powieści, które Maj przetłumaczyła samodzielnie znalazły się przede wszystkim norweskie i duńskie kryminały. Tłumaczyła na szwedzki książki Anne Holt, Gretelise Holm czy Poula Øruma. W przekładach z języka angielskiego wspierał ją brat, Åke Sjöwall. Razem przetłumaczyli książki T. Jeffersona Parkera i Roberta B. Parkera.

    Czas wreszcie przejść do tekstów literackich. Maj ma na koncie jeszcze dwa duety literackie, zrealizowane w krótkim odstępie czasu. Zapytana o jeden z nich, odpowiedziała nam, że zaproponowano jej taki rodzaj literackiej zabawy, przyjęła zaproszenie, ale nie uznała by taka forma współpracy miała jakąś przyszłość. Chodziło o wydaną w 1990 roku w Holandii książkę De vrouw die op Greta Garbo leek (z holenderskiego: Dziewczyna, która wyglądała jak Greta Garbo). Jej współautorem jest holenderski, a jakże, pisarz Willem Pieter Hogendoorn, którego powieści kryminalne publikowane są pod pseudonimem Tomas Ross. Powieść opowiada o… Holendrze, który oglądając w hotelu film dla bardzo dorosłych, dochodzi do wniosku, że gra w nim jego córka, która niedługo po osiągnięciu pełnoletniości wyjechała do Szwecji. Kiedy próbuje ją tam odszukać, okazuje się, że dziewczyna zaginęła. W poszukiwaniach pomaga mu szwedzki dziennikarz kryminalny. W rok po holenderskiej premierze powieść ukazała się po szwedzku, później przełożono ją na kilkanaście języków, ale oczywiście nie na polski.

    Jeszcze ciekawiej i bardziej sensacyjnie prezentuje się drugi duet, o którym Maj w ogóle nam nie powiedziała. Co więcej, do pewnego momentu nie było po nim śladu w żadnych szwedzkich publikacjach omawiających dorobek pisarki. Prawdopodobnie dopiero po jej śmierci ktoś uzupełnił bibliografię o to opowiadanie. Współautorem jest Duńczyk, Bjarne Nielsen, a tekst zatytułowany jest Dansk Intermezzo (Duńskie intermezzo). Prawdopodobnie istnienie tego tekstu nie było ujawniane, ponieważ łamał on umowę wydawniczą. Oto bowiem mamy do czynienia z opowiadaniem, w którym pojawiają się Martin Beck i Gunvald Larsson. Per Månsson, kolega Becka z Malmö, pisze do niego o problemach z prawem, jakie jego syn ma w Danii. Okazuje się, że wplątał się w przemyt narkotyków. Beck nie może jechać, ale Gunvald wybierał się właśnie na urlop do Kopenhagi. Generalnie więc to on jest głównym bohaterem opowiadania. Tekst w skróconej wersji ukazał się w czasopiśmie „Uge-magasinet” w 1987 roku. Następnie w 1989 roku w pełnej wersji ukazał się drukiem, jako niewielka książka (48 stron). Wydano ją nakładem tajemniczego wydawnictwa Pinkertons, które ma na swoim koncie tylko ten jeden wolumin. Nakład był ograniczony do 300 sztuk, a jedyny znany nam egzemplarz znajduje się w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie.

    Zagadka tajemniczego konta

    Jak już się zapewne domyśliliście, cała historia o polskim koncie bankowym Pera, była tylko pretekstem do tego, by opowiedzieć o tej części dorobku duetu Sjöwall & Wahlöö, który regularnie pomijany jest przez recenzentów i badaczy. Jednak prawdziwy kryminał musi mieć pozamykane wszystkie najważniejsze wątki, a zagadka musi zostać rozwiązana. Dlatego musimy wrócić w tym miejscu do Moniki, która otrzymała od Maj teczkę z dokumentami bankowymi, przysyłanymi do Szwecji z Polski. Bez żadnych kontaktów, ani tym bardziej bez pełnomocnictwa ze strony spadkobierców (w tym przypadku dzieci pisarskiej pary), zakrawało to na kolejny odcinek Mission Impossible, w którym zamiast niewysokiego amerykańskiego aktora, obsadzono moją żonę. Gdyby jednak jej się nie udało, nic takiego by się nie stało, świat dalej byłby na swoim miejscu, a ona, co najwyżej, nie zostałaby małym detektywem Maj Sjöwall.

    Wszystko zaczęło się zatem od typowo polskiego powiedzenia: „zobaczymy, co da się zrobić”. Bez wspomnianego wyżej pełnomocnictwa nie było sensu zaczynać od wydawcy. Trzeba było jakoś dostać się do systemu bankowego i w pierwszej kolejności ustalić, jak wyglądają procedury w przypadku takich kont z pieniędzmi, po które nikt się latami nie zgłasza. To znów wymagało typowo polskiego podejścia, czyli załatwienia sprawy po znajomości.

    Tak się złożyło, bo w takich sytuacjach zwykle jakoś „tak się składa”, że Monika miała kiedyś ucznia, którego ojciec pracował w banku na jakimś kierowniczym stanowisku. Nie był to wprawdzie „ten” bank, ale… Jego koleżanka ze studiów, z którą wciąż miał jako taki kontakt, pracowała już we właściwym miejscu i obiecała przyjrzeć się sprawie. Jej odpowiedź była ze wszech miar nieformalna, choć zawierała sporo bardzo formalnych załączników, takich jak regulaminy, wyciągi z przepisów i wewnętrznych okólników, nakazujących konkretne postępowanie w podobnych przypadkach. Najważniejsza jednak była odpowiedź związana z tym konkretnym typem konta, które przed laty założono Perowi: po wyczerpaniu środków nie będą narastały dodatkowe koszty, a samo konto zostanie zamknięte. Teraz wystarczyło tylko przetłumaczyć na szwedzki najważniejsze rzeczy i przekazać je Maj.

    Rozwiązując w ten sposób ostatnią zagadkę Pera Wahlöö.

    Rafał Chojnacki

  • „Zrobił dla nas tyle dobrego, ile złego”. Cezary Harasimowicz o książce „Adam”

    Moim zdaniem napisanie książki to nie jest prosta sprawa. Żeby to zrobić dobrze, trzeba się napocić, naszukać, nasiedzieć. Jednak jeśli chce się napisać książkę o kimś, o kim napisano już praktycznie wszystko, to stopień trudności jeszcze wzrasta. Cezary Harasimowicz wziął się za Adama Mickiewicza i popełnił „Adama”. Znalazł to niego taki pomysł, że książka wskakuje do najlepszych przeczytanych przeze mnie w tym roku. Dzisiejsza młodzież by powiedziała, że szacun na dzielni, a ja powiem tylko: czapki z głów, Czarku. Kawał dobrej roboty. Bo napisać w sposób nieoczywisty o kimś oczywistym to naprawdę duża sztuka. Polecam Państwu, a po przeczytaniu napiszcie, kim wg Was jest narrator, bo ja mam kilka typów, ale sam nie wiem, czy dobrych 🙂

  • Żyj w niezgodzie ze sobą. Rozmowa z Tomaszem Stawiszyńskim

    Tytuł tej rozmowy może Wam się wydać nie do przyjęcia, no bo jak to? W niezgodzie? Chyba raczej w zgodzie! Z Tomaszem Stawiszyńskim rozmawiam o „Regułach na czas chaosu”, nie o wszystkich, ale o kilku. Jeśli chcecie wiedzieć jak będzie wyglądał koniec świata, dlaczego warto czytać, co mają wspólnego tweety Donalda Trumpa z polaryzacją, to zapraszam do oglądania, a potem do czytania. Można też odwrotnie. Książka mała ciałem, wielka duchem już w księgarniach, a także gwarantuję, że będzie chodziła za Wami kilkanaście, kilkadziesiąt dni po przeczytaniu. Bo reguły są po to, by się do nich stosować. Albo je łamać, ale to już sobie sami/same wybierzecie.

  • Astronom, polityk, ksiądz. Kim był Mikołaj Kopernik? Rozmowa z Wojciechem Orlińskim

    Był Polakiem, a może była kobietą? Co wiemy o Koperniku? Okazuje się, że potwierdzonych informacji jest niewiele, co daje spore pole do stawiania hipotez kopernikologom. Już data urodzenia jest podejrzana, bo podana co do minuty, co w tamtych czasach było nie do ustalenia. Jakie studia skończył, a jakich nie? Czy astronomia była jego zajęciem pobocznym? Dlaczego Jan Matejko namalował Kopernika w sytuacji, która nie mogła się wydarzyć? Pytań jest o wiele więcej, ale czy na wszystkie są odpowiedzi? O tym rozmawiam z Wojciechem Orlińskim, autorem świetnej książki „Kopernik. Rewolucje”. Dziękuję Centrum Nauki Kopernik za pomoc przy realizacji nagrania.

     

     

     

     

     

  • „Zrobiłem wszystko, co powinien zrobić reporter”. Cezary Łazarewicz napisał książkę o Stanisławie Pyjasie

    Cezary Łazarewicz wziął na warsztat kolejną głośną historię. Tym razem napisał książkę o Stanisławie Pyjasie, który zginął w 1977 roku w Krakowie. Żył zaledwie 24 lata. Książka Łazarewicza ukaże się najprawdopodobniej w kwietniu. Zdaniem ówczesnych władz śmierć nastąpiła w wyniku upadku ze schodów. Zdaniem środowisk opozycyjnych, Pyjas został pobity przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Jak Łazarewicz pracował nad książką? Zobaczcie.

  • Dziś John le Carré obchodziłby 91. urodziny. Z tej okazji fragment „Silverview”, jego ostatniej książki

    Silverview” ukaże się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga już na początku listopada w tłumaczeniu Jana Rybickiego. W ostatniej książce mistrza gatunku pierwsze skrzypce gra pewien księgarz, ale pojawia się także Edward, Polak mieszkający w dużej willi, który wie trochę za dużo…

    Poniżej fragment, a klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, na której możecie już zamówić swój egzemplarz.

    ***

    Tego samego ranka w małym nadmorskim miasteczku, uwieszonym u brzegów Anglii Wschodniej, trzydziestotrzyletni księgarz Julian Lawndsley wychynął z bocznego wyjścia swej nowiutkiej księgarni i zapinając pod szyją aksamitny kołnierz czarnego płaszcza – pozostałość po życiu biznesmena z londyńskiego City porzuconym dwa miesiące wcześniej – zaczął się przedzierać przez deszcz wzdłuż opustoszałej żwirowej plaży ku jedynej kawiarni w okolicy, w której o tej paskudnej porze roku można było zjeść śniadanie.

    Nie był w zbyt przyjaznym nastroju ani względem siebie, ani względem całego świata. Poprzedniego wieczoru, gdy po wielogodzinnym remanencie wspiął się schodami na swój świeżo zaadaptowany strych nad księgarnią, okazało się, że nie ma ani prądu, ani bieżącej wody. U fachowca oczywiście włączała się poczta głosowa. Zamiast szukać hotelu – o tej porze roku pewnie i tak wszystko było nieczynne – zapalił sobie cztery świeczki, otworzył butelkę czerwonego wina, rzucił na łóżko parę dodatkowych koców, położył się i zajął rachunkami.

    Ale nie dowiedział się z nich niczego nowego. Ucieczka z wyścigu szczurów, na którą zdecydował się tak nagle, nie przebiegała na razie zbyt pomyślnie. Zresztą wszystko, czego nie powiedziały mu rachunki, mógł dopowiedzieć sobie sam. Nie nadawał się do samotnego życia. Odległość od City nie stłumiła głosów niedalekiej przeszłości. A podstawowych braków w wiedzy o literaturze, jakiej wymaga się od porządnego księgarza, nie da się nadrobić w parę miesięcy.

    Ta jedyna kawiarnia była w rzeczywistości budą z dykty, wciśniętą w rządek przedwojennych domków przy plaży, nad którymi na tle poczerniałego nieba wydzierały się wniebogłosy morskie ptaki. Mijał tę budę podczas porannych przebieżek, ale dotąd nawet nie przyszło mu do głowy, by tam wstąpić. Niesprawny zielony neon błyskał napisem LOD, bo Y było całkiem popsute. Musiał się dobrze wysilić, by otworzyć drzwi i powstrzymać napór wiatru. Wszedł i starannie je zamknął.

    Dzień dobry kochanemu panu! – rozległ się z kuchni donośny kobiecy głos. – Pan siada, gdzie pan chce! Już lecę, okej?

    Dzień dobry, dzień dobry! – zawołał nieco mniej wylewnie w odpowiedzi.

    Jarzeniówki oświetlały kilkanaście pustych stolików nakrytych czerwoną kraciastą ceratą. Wybrał jeden i ostrożnie wyplątał jadłospis z gmatwaniny serwetek, sztućców, solniczek i flaszeczek z sosami. Przez otwarte drzwi kuchni płynął bełkot wiadomości w jakimś obcym języku. Trzask drzwi i ciężkie kroki oznajmiły pojawienie się kolejnego gościa. Spojrzawszy w lustro na ścianie, ze skrywanym rozbawieniem rozpoznał dziwaczną postać pana Edwarda Avona, natrętnego, ale sympatycznego klienta z poprzedniego wieczora – jeżeli można nazwać klientem kogoś, kto niczego nie kupił.

    Choć jeszcze nie widać było jego twarzy – bo Avon, ruchliwy jak fryga, był na razie zbyt zajęty umieszczaniem na wieszaku kapelusza z szerokim rondem i poprawianiem beżowego, ociekającego wodą prochowca na poręczy krzesła – o pomyłce nie mogło być mowy: niesforna siwa czupryna, zaskakująco delikatne palce wydobywające z fałd płaszcza zwinięty egzemplarz „Guardiana” i rozprostowujące go na blacie stolika.

    *

    Poprzedni wieczór na pięć minut przed zamknięciem. W księgarni ani jednego klienta, podobnie jak przez prawie cały dzień. Julian stoi przy kasie i podlicza marny utarg. Już od kilku chwil jest świadomy obecności samotnej postaci w kapeluszu i beżowym prochowcu, zbrojnej w złożony parasol. Przez sześć tygodni prawie bez ruchu w interesie Julian stał się prawdziwym znawcą ludzi, którzy gapią się do środka, ale nie wchodzą. Powoli zaczynali grać mu na nerwach.

    Co się tamtemu nie podoba? Może ta wściekła zieleń na ścianach? Pewnie stary sąsiad, nie lubi jaskrawych kolorów? A może przeszkadzają mu piękne książki na wystawie, oferta specjalna, na każdą kieszeń? Albo Bella, dwudziestoletnia praktykantka ze Słowacji, która ku utrapieniu Juliana zbyt często siedzi w oknie, wypatrując swoich licznych absztyfikantów? Nie, Bella nie, bo Bella wyjątkowo udziela się na zapleczu, pakując niesprzedane książki, które trzeba odesłać do wydawcy. I nagle – dziw nad dziwy! – postać z naprzeciwka przechodzi przez jezdnię, zdejmuje kapelusz, drzwi się otwierają i spod siwej czupryny spogląda na Juliana około sześćdziesięcioletni człowiek.

    Pan już zamyka – informuje go zdecydowany głos. – Pan już zamyka, przyjdę kiedy indziej, nalegam. – Ale jeden zabłocony trzewik już wsuwa się przez drzwi, zaraz potem drugi, za nimi parasol. – Wcale nie, wcale nie – zapewnia Julian takim samym grzecznym tonem. – Oficjalnie zamykamy o siedemnastej trzydzieści, ale możemy się dostosować, proszę bardzo, bez pośpiechu. – Po czym powraca do rachunków, podczas gdy nieznajomy wstawia parasol w wiktoriański stojak na parasole i wiesza kapelusz na wiktoriańskim wieszaku na kapelusze, w ten sposób czyniąc ukłon pod adresem wystroju księgarni w stylu retro, wybranym specjalnie, żeby dogodzić starszej klienteli, której w takim miasteczku nigdy nie brakuje.

    Szuka pan czegoś konkretnego czy chce się pan rozglądnąć? – pyta Julian, włączając pełne oświetlenie półek. Ale klient jakby tego nie słyszał. Jego szeroka wygolona twarz, ruchliwa jak u aktora, wyraża niczym nieskrępowany podziw.

    Kompletnie nie miałem pojęcia! – wykrzykuje, wyjaśniając powód tego podziwu. – Nareszcie! Nareszcie mamy księgarnię z prawdziwego zdarzenia. Jestem zaskoczony, kompletnie zaskoczony.

    Wygłosiwszy to oświadczenie, rozpoczyna nabożny ogląd półek. Literatura piękna, reportaże, krajoznawstwo, podróże, klasyka, religia, sztuka, poezja – zatrzymuje się to tu, to tam, by sięgnąć po książkę i poddać ją niemal bibliofilskiej inspekcji: strona tytułowa, obwoluta, jakość papieru, obróbka introligatorska, waga, przyjazność w dotyku.

    Muszę to powiedzieć! – wykrzykuje znowu.

    Czy to tak do końca angielski głos? Jest głęboki, interesujący, przykuwa uwagę. Ale czy rytm nie jest odrobinę obcy?

    Musi pan powiedzieć? Co takiego? – woła Julian ze swojego maleńkiego biura, gdzie teraz czyta e-maile z całego dnia.

    Nieznajomy znów się odzywa, ale teraz innym, bardziej poufałym tonem.

    Proszę pana, domyślam się, że pana wspaniała księgarnia ma teraz nowy zarząd. Mam rację czy kompletnie się pomyliłem?

    Jak najbardziej, zarząd jest nowy. – Wciąż jeszcze mówi z biura, przez otwarte drzwi. O tak, niewątpliwie cudzoziemska nuta. Ledwo słyszalna, ale jest.

    I właściciel też nowy, jeśli wolno spytać?

    Wolno, wolno. I odpowiedź jest taka sama: jak najbardziej tak – potakuje wesoło Julian, powracając na swe stanowisko przy kasie.

    Czy w takim razie… Bardzo przepraszam… – Urywa, ale zaraz znów mówi dalej, jakby bardziej wojskowym tonem: – Chodzi mi o to, czy to pan jest tym młodym marynarzem, bo bardzo mnie to ciekawi. A może tylko jego zastępcą? Przedstawicielem? Czy kimś tam jeszcze? – Po czym uznawszy nie wiadomo czemu, że Julian mógł poczuć się urażony tymi wszystkimi pytaniami, dodaje:

    Zapewniam pana, nie chodzi mi o żadną osobistą urazę. Chodzi tylko o to, że chociaż pana niezbyt wybitny poprzednik nazwał swój przybytek Sędziwym Marynarzem, jak u naszego wielkiego poety, pan jako młodszy i moim zdaniem o wiele bardziej akceptowalny następca…

    Teraz robi się z tego idiotyczny i prawdziwie angielski szlachetny wyścig, ale wreszcie wszystko się wyjaśnia. Julian przyznaje, że owszem, to on jest i właścicielem księgarni, i jej kierownikiem, a nieznajomy pyta:

    Czy to nie będzie za duży kłopot, jeżeli wezmę sobie jedną?

    I nie czekając na odpowiedź, długimi palcami zręcznie wydobywa wizytówkę księgarni z leżącego przy kasie pudełka, po czym przechyla ją do światła, by na własne oczy się przekonać, że Julian mówi prawdę.

    A więc, o ile się nie mylę, mam przyjemność z panem J.J. Lawndsleyem we własnej osobie, jedynym właścicielem i kierownikiem Lepszych Książek Lawndsleya – podsumowuje, teatralnie opuszczając rękę w dół. – Prawda czy fałsz? – I odwraca się, by zobaczyć reakcję Juliana.

    Prawda – potwierdza Julian. – Co oznacza pierwsze J., jeśli można spytać? – Można. Julian. – Wielki cesarz rzymski. A skoro tak, to może zapytam jeszcze o drugie J.? – Jeremy.

    Ale nie na odwrót? – Nie, w żadnym wypadku. – Czy w takim razie należy zwracać się do pana per Dżej-Dżej? – Osobiście wolę po prostu Julian. Nieznajomy zastanawia się nad tym ze zmarszczonymi brwiami. Są bujne, rudawe, przyprószone siwizną.

    A więc nazywa się pan Julian Lawndsley. Nie jest pan ani jego portretem, ani cieniem, tylko Julianem Lawndsleyem z krwi i kości. Ja zaś za moje grzechy nazywam się Edward Avon, tak jak rzeka, nad którą urodził się nasz wieszcz. Są tacy, którzy mówią do mnie „Ted” lub „Teddy”, ale wśród sobie równych jestem po prostu Edward. Jak się masz, Julianie? – Podaje dłoń ponad ladą. Mimo delikatnych palców ma zdumiewająco silny uścisk.

    Miło cię widzieć, Edwardzie – odpowiada dziarsko Julian i wyswobadzając własną dłoń najszybciej jak może, żeby nie urazić rozmówcy, czeka, by Edward Avon przestał udawać, że zastanawia się nad kolejnym zdaniem.

    Julianie, czy mogę pozwolić sobie na uwagę, która może ci się wydać zbyt osobista i nawet trochę cię urazić?

    Byle nie była zbyt osobista – odpowiada ostrożnie Julian, lecz równie swobodnym tonem.

    Czy będziesz miał mi za złe, jeżeli z całym szacunkiem podpowiem ci pewien absolutny drobiazg, o który mógłbyś powiększyć swój jakże wspaniały asortyment?

    Proszę mi podpowiedzieć tyle drobiazgów, ile pan chce – odpowiada Julian uprzejmie, rad, że nic gorszego mu nie grozi.

    To kwestia osobistych gustów i jest odzwierciedleniem jedynie mojego własnego poglądu. Czy to zrozumiałe? – Zrozumiałe. – A więc tak: jestem całkowicie przekonany, że żaden dział krajoznawczy w księgarniach tego pięknego hrabstwa, jak zresztą każdego innego też, nie może się obejść bez Pierścieni Saturna Sebalda. Ale widzę, że Sebald nie jest ci znany.

    John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010

    Gdzie „widzę?”, pomyślał Julian, choć musiał przyznać w duchu, że dźwięk tego nazwiska jest mu obcy – tym bardziej że Edward Avon wypowiedział je z niemiecka: „Zajbalt”.

    Muszę cię jednak uprzedzić, że Pierścienie Saturna to nie jest przewodnik turystyczny sensu stricto. Chyba zachowuję się okropnie pretensjonalnie. Wybaczysz?

    Wybaczy.

    Pierścienie Saturna to literacka mistyfikacja w najczystszej postaci. Pierścienie Saturna to duchowa podróż, która rozpoczyna się na bagnach Anglii Wschodniej, ale opowiada o dziedzictwie kulturowym całej Europy. Nawet o śmierci. Sebald W.G. – Tym razem wypowiada to po angielsku i czeka, by Julian zanotował. – Był profesorem literatury europejskiej na naszym uniwersytecie East Anglia, chorował na depresję jak my wszyscy. Niestety już nie żyje. Wypada zapłakać nad Sebaldem.

    Zapłaczę – obiecuje Julian, wciąż notując.

    Za długo już zabieram ci czas. W dodatku niczego nie kupiłem. Nicpoń ze mnie. Jestem pod wielkim wrażeniem. Dobranoc panu. Dobranoc, Julianie. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Ale chwileczkę! Czy dobrze widzę, że ty masz tu też piwnicę?

    Oczy Edwarda Avona roziskrzyły się na widok kręconych schodków prowadzących w dół obok regału z książkami przeznaczonymi na wyprzedaż i częściowo ukrytych za wiktoriańskim parawanem.

    Niestety, nic tam nie ma – mówi Julian, który zdążył już wrócić do rachunków.

    Jak to, Julianie? Nic tam nie ma? W księgarni? Przecież na pewno brakuje ci miejsca!

    Prawdę mówiąc, ciągle się zastanawiam. Może zrobię tam kiedyś część antykwaryczną. Zobaczymy. – Powoli zaczyna się niecierpliwić.

    A mogę zaglądnąć? – nalega niezrażony Edward Avon. – Z czystej bezwstydnej ciekawości? Pozwolisz?

    Cóż mógł Julian zrobić – musiał pozwolić.

    Światło jest trochę niżej, po lewej. Tylko trzeba patrzeć pod nogi.

    Z zaskakującą dla Juliana zwinnością Edward Avon znika w czeluści. Julian nasłuchuje, czeka, nic nie słyszy, sam się sobie dziwi. Dlaczego mu na to pozwalam? Przecież gość jest kopnięty, i to nieźle.

    Avon pojawia się z powrotem tak zwinnie, jak zniknął.

    Wspaniała piwnica – oświadcza z nabożeństwem. – Miejsce przyszłych rozkoszy. Gratuluję bez- warunkowo. Jeszcze raz życzę dobrej nocy.

    Czy mogę zapytać, czym się pan zajmuje? – woła za nim Julian, gdy gość już rusza w stronę wyjścia.

    Ja, Julianie?

    Tak, pan. Czy pan jest pisarzem? Artystą? Dziennikarzem? Uczonym? Powinienem to wiedzieć, oczywiście, ale jestem tu nowy.

    Pytanie to wydaje się dziwne nie tylko Edwardowi Avonowi, ale również samemu Julianowi.

    No cóż – odpowiada, najwyraźniej dobrze się nad tym zastanowiwszy. – Powiedzmy, że jestem takim brytyjskim mieszańcem, emerytem, byłym uczonym bez żadnych naukowych osiągnięć, jednym z tych ludzi, którzy robią nie wiadomo co. Czy to cię zadowala?

    No, chyba musi.

    Żegnam więc – oznajmia Edward Avon, rzucając spod drzwi ostatnie tęskne spojrzenie.

    I ja żegnam! – woła Julian wesoło w odpowiedzi.

    Na co Edward Avon, co nazywa się jak rzeka, nakłada kapelusz, przechyla go na bakier i z parasolem w dłoni dzielnie wyrusza w noc. Nie dość szybko jednak, by Julian nie wyczuł ciągnącej się za gościem silnej woni alkoholu.

    *

    Wie pan już, co pan dziś zje? – pytała Juliana właścicielka, mówiąc z tym samym silnym środkowoeuropejskim akcentem, z jakim go powitała. Ale nim zdążył odpowiedzieć, nad szumem morskiego wiatru i skrzypieniem rachitycznych ścian kawiarni wzbił się donośny głos Edwarda Avona: – Cóż za piękny poranek, Julianie. Mam nadzieję, że ten straszny hałas nie zakłócił ci nocnego odpoczynku. Gorąco cię namawiam na któryś ze wspaniałych omletów Adrianny. Są u niej wręcz przepyszne.

    Doskonale. Dziękuję – odpowiedział Julian. Wciąż nie czuł się komfortowo, mówiąc mu na ty, ale się przemógł. – Skoro tak polecasz… – A zwracając się do kelnerki o obfitych kształtach, która właśnie stanęła u jego boku, rzekł: – A do tego poproszę wypieczone grzanki i dzbanek herbaty.

    Omlet puszysty, jak dla pana Edka?

    Niech będzie puszysty. – Domyślił się, o kogo chodzi. Potem z rezygnacją zwrócił się do „pana Edka”: – Czyżby to był twój ulubiony lokal?

    Bywam tu, gdy tylko mam ochotę. Adrianna to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic w naszym miasteczku, prawda, Adrianno?

    Mimo wszystkich wymyślnych zabiegów stylistycznych ten natrętny głos wydał się dziś Julianowi nieco mniej swobodny. Nic dziwnego – pamiętał przecież wczorajszy chuch.

    Adrianna radośnie poczłapała do kuchni. Zapanował kruchy rozejm. Tylko wiatr od morza wył nieprzerwanie, wątła buda gięła się pod jego naporem, a Edward Avon studiował „Guardiana”. Julian musiał się zadowolić wyglądaniem przez ociekające deszczem okno.

    Julianie? – Tak, Edwardzie? – Cóż za niespotykany zbieg okoliczności. Wyobraź sobie, że jestem przyjacielem twojego świętej pamięci ojca.

    Kolejne uderzenie deszczu.

    Doprawdy? To rzeczywiście niespotykane – odpowiedział Julian jak rasowy Anglik.

    Byliśmy uwięzieni w tej samej przerażającej szkole z internatem. Henry Kenneth Lawndsley. Ale szkolni koledzy wspominają go czule jako „Wielkiego H.K.”.

    Często mówił, że szkolne lata były najszczęśliwszymi w całym jego życiu – przyznał Julian, nie do końca jednak przekonany.

    I niestety znając jego życie, biedaka, trzeba przyznać ze smutkiem, że mówił prawdę i tylko prawdę – powiedział Avon.

    A potem znowu nic, tylko huk wiatru i dobiegający z kuchni bełkot obcojęzycznego radia. Julian poczuł nagłą potrzebę powrotu do swej pustej księgarni, w której jeszcze nie czuł się jak u siebie w domu.

    Owszem, trzeba – zgodził się ponuro i z ulgą zobaczył, że Adrianna niesie mu puszysty omlet i herbatę.

    Pozwolisz, że się przysiądę?

    Ale nie czekając, czy Julian pozwoli, czy nie, Avon już stał przy stoliku z filiżanką kawy w dłoni, a Julian sam nie wiedział, co bardziej go zdziwiło: że ten oryginał zna żałosne koleje życia jego ojca czy że ma oczy tak zaczerwienione i zapadłe w oczodołach i smutne zmarszczki na policzkach pokrytych szpakowatym zarostem. Jeżeli to tylko z kaca, to musiał wczoraj pić na umór.

    A czy twój drogi ojciec wspominał mnie kiedy? – zapytał, gdy już usiadł i pochylił się w przód z błagalnym spojrzeniem zmęczonych piwnych oczu. – O Avonie? O Edku Avonie?

    Julian nie przypominał sobie. Tak mu przykro.

    A o Klubie Patrycjuszy? Nie opowiadał ci o Klubie Patrycjuszy?

    Opowiadał. Jak najbardziej! – zawołał Julian, wyzbywszy się już wszelkich wątpliwości na dobre czy na złe. – O tym klubie dyskusyjnym, co nigdy nie powstał. Założonym przez ojca i zakazanym w połowie pierwszego spotkania. O mało nie wyrzucili go ze szkoły. Tak to było, zdaje się – dodał przezornie, bo opowieści zmarłego ojca nie zawsze odpowiadały prawdzie.

    H.K. by prezesem, ja jego zastępcą. Mnie też wtedy o mało nie wyrzucili. Teraz bardzo żałuję, że nie. – Łyk wystygłej już kawy. – Anarchizm, bolszewizm, trockizm… Wszystko nas pociągało, każda doktryna, której nienawidził establishment.

    On też dokładnie tak to przedstawiał – przyznał Julian. Potem czekał, podobnie jak Avon. Obaj czekali, by ten drugi zagrał następną kartę.

    A potem, o mój Boże, twój ojciec poszedł na studia. Oczywiście do Oksfordu – zaczął wreszcie Avon z przesadnym, niemal scenicznym drżeniem, zniżając już i tak cichy głos, jak klaun unosząc krzaczaste brwi, i zaraz popatrzył z ukosa, jak reaguje Julian. – A tam wpadł w łapy… – Tu gestem współczucia położył dłoń na przedramieniu rozmówcy. – Ale może ty też jesteś głęboko wierzący?

    Wcale nie – odpowiedział dobitnie Julian z narastającym gniewem.

    Więc mogę mówić dalej? Julian postanowił go wyręczyć: – Gdzie ojciec wpadł w łapy bandy finansowanych z Ameryki, ogolonych na jeża kaznodziejów w eleganckich krawatach, którzy namącili mu w głowie, wywlekli go na jakąś górę w Szwajcarii i zrobili z niego chrześcijańskiego oszołoma. To chciałeś powiedzieć?

    Może nie tak brutalnie, ale sam bym tego lepiej nie wyraził. Więc ty w rzeczy samej nie jesteś głęboko wierzący?

    W rzeczy samej.

    A więc jesteś na najlepszej drodze do prawdziwej mądrości. Wyobraź sobie tego biedaka w Oksfordzie, gdzie z początku „czuł się jak ryba w wodzie”, jak mi pisał, gdzie miał dziewczyn bez liku… A tak, miał do nich słabość, czemu nie?… I nagle pod koniec drugiego roku…

    Otumanili go. W porządku? – wtrącił Julian. – Ale w dziesięć lat po wyświęceniu na pastora świętego Kościoła anglikańskiego wyszedł przed ołtarz i w obecności całej swojej niedzielnej trzódki wyparł się wiary: ja, wielebny H.K. Lawndsley, wyświęcony kapłan naszego obrządku, oświadczam niniejszym, że Boga nie ma. Amen. To też chciałeś powiedzieć?

    Czy Edward Avon zamierzał teraz omawiać w szczegółach barwne życie seksualne ojca i jego inne wybryki, o których kiedyś tak chętnie rozpisywały się brukowce? Czy będzie wypytywał o sensacyjne szczegóły wyrzucenia niegdyś tak szanowanej rodziny Lawndsleyów na bruk bez pensa przy duszy? I o to, że z powodu przedwczesnej śmierci swego rodziciela Julian musiał porzucić nadzieję na studia i zatrudnić się w londyńskim City jako goniec w biurze maklerskim prowadzonym przez dalekiego krewnego, bo kto inny miał spłacać długi ojca i utrzymywać matkę? Bo jeżeli mamy o tym rozmawiać, to Julian bierze nogi za pas.

    Ale twarz Edwarda Avona nie wyrażała lubieżnej ciekawości, tylko czyste i najszczersze współczucie.

    A ty tam byłeś, Julianie? – Gdzie? – Wtedy w kościele? – Tak się składa, że owszem, byłem. A gdzie ty byłeś? – Żałowałem, że wtedy nie mogłem stanąć u jego boku. Gdy tylko się dowiedziałem, co mu się przytrafiło… Niestety było już za późno… Gdy tylko się dowiedziałem, natychmiast do niego napisałem, oferując wszelką pomoc. Oczywiście nie miałem mu wiele do zaoferowania… Tylko pomocną dłoń, może trochę pieniędzy…

    Teraz Julian nie śpieszył się z odpowiedzią.

    Pisałeś do niego – powtórzył z powątpiewaniem, czując nawrót wcześniejszej nieufności. – A doczekałeś się odpowiedzi?

    Nie doczekałem się odpowiedzi i nie zasługiwałem na nią. Przy naszym ostatnim spotkaniu nazwałem twego ojca religijnym maniakiem. Jak mogłem mieć mu za złe, że odrzucił moją pomoc? Niezależnie od wszystkiego nie wolno obrażać niczyich uczuć religijnych, choćby najbardziej absurdalnych. Zgadzasz się?

    Zapewne.

    No i naturalnie byłem z niego dumny, gdy wreszcie przejrzał na oczy. Zupełnie tak dumny, jak dumny, na pewno niezasłużenie, jestem z ciebie, Julianie.

    Ze mnie?! – wykrzyknął Julian, nie mogąc powstrzymać śmiechu. – Jesteś dumny z tego, że jestem synem swojego ojca i że otwarłem księgarnię?

    Ale Edwardowi Avonowi wcale nie było do śmiechu.

    Jestem dumny z tego, że podobnie jak twój ojciec miałeś dość odwagi, by się czegoś wyprzeć: on Boga, ty mamony.

    A cóż to ma znaczyć?

    O ile wiem, świetnie sobie radziłeś jako makler w City.

    Kto ci to powiedział? – Julian wciąż wypytywał.

    Wczoraj wieczorem po wizycie w twojej księgarni ubłagałem Celię, by użyczyła mi swego komputera, i wszystko natychmiast stało się jasne ku mojej rozpaczy, oczywiście. Twój biedny ojciec zmarł w wieku pięćdziesięciu lat. Miał jednego syna, Juliana Jeremy’ego.

    Jaką Celię? Swoją żonę?

    Celia ma sklep z antykami o dźwięcznej nazwie Dawne Czasy Celii. To twoja sąsiadka z tej samej ulicy, znasz ją przecież. Jej salon jest ulubionym miejscem spotkań bogatych londyńczyków, którzy spędzają tutaj weekendy, a których niestety mamy coraz więcej.

    Po to chodziłeś aż do Celii? Nie mogłeś zapytać mnie od razu, u mnie w księgarni?

    Nie wiedziałem, czy wypada. Ty też byś nie wiedział. Miałem nadzieję, że wypada, ale nie byłem pewny.

    W dodatku, o ile dobrze pamiętam, byłeś nieźle podchmielony.

    Avon jakby tego nie usłyszał.

    Natychmiast zwróciłem uwagę na twoje nazwisko. Niestety wiedziałem aż za dobrze, że był skandal. Natomiast nie miałem pojęcia ani jak to się wszystko skończyło, ani o śmierci twojego ojca. Ale wiedziałem, jak bardzo musiałeś cierpieć, jeśli byłeś synem H.K.

    A skąd wiesz, że uciekłem z City? – zapytał wciąż nieufny Julian.

    Celia wspomniała, że ni stąd, ni zowąd porzuciłeś wielki biznes, i bardzo się dziwiła.

    W tym miejscu Julian miał jeszcze wielką ochotę powrócić do twierdzenia Edwarda Avona, jakoby zamierzał finansowo wspomóc ojca w potrzebie, ale Edward Avon co innego planował. Wyraźnie się ożywił, w oczach na nowo pojawił mu się błysk, jego mowa odzyskała kwiecistość, a głos głębię:

    Julianie, mówię do ciebie teraz w imieniu twojego kochanego ojca oraz dlatego, że za sprawą opatrzności spotkaliśmy się dwukrotnie w ciągu ostatnich kilku godzin. Chodzi mi o twoją wielką a piękną piwnicę. Czy zastanawiałeś się, jakie skarby można by tam zgromadzić, jakie mogą dziać się tam cuda?

    No cóż, szczerze mówiąc, nie bardzo, Edwardzie – odpowiedział Julian. – A ty się zastanawiałeś?

    Właściwie o niczym innym nie myślę, od kiedy cię poznałem.

    Miło mi to słyszeć – powiedział Julian nie bez powątpiewania.

    Bo pomyśl: a gdyby tak udało ci się stworzyć w tych czterech ścianach, w tej dziewiczej jeszcze przestrzeni coś, co dotąd nie udało się nikomu, coś tak pociągającego i oryginalnego, że będą o tym mówić wszyscy obecni i przyszli konsumenci dobrej literatury z całej okolicy?

    Czy ja wiem…

    Ale niech to nie będzie byle księgarnia. Ani pozbawiony charakteru przypadkowy księgozbiór, tylko starannie dobrana kolekcja dzieł najwybitniejszych umysłów naszych czasów i innych czasów też. Miejsce, gdzie może trafić z ulicy dowolna kobieta i dowolny mężczyzna, i opuścić je, będąc lepszym, mądrzejszym, pragnącym dowiedzieć się jeszcze więcej. Czemu się uśmiechasz?

    Aha. Miejsce – pomyślał złośliwie Julian – gdzie facet, który dopiero co ogłosił się księgarzem i poniewczasie się zorientował, że i ten zawód wymaga odpowiednich umiejętności i wiedzy, mógłby nabyć je niepostrzeżenie i łatwo, równocześnie sprawiając wrażenie, że przez cały czas właśnie nimi służy wdzięcznej publiczności.

    Ale nawet w chwili, gdy ta brzydka myśl pojawiła się na chwilę w głowie Juliana, zaczął wierzyć, że sama idea jest bardzo interesująca. Oczywiście nie zamierzał od razu przyznawać się do tego Edwardowi Avonowi.

    Przez chwilę mówiłeś zupełnie jak ojciec. Bardzo przepraszam. Proszę, mów dalej.

    Znaleźliby się tam nie tylko wielcy pisarze, choć wiadomo, że oni przede wszystkim. Ale też filozofowie, wolnomyśliciele, założyciele wielkich ruchów umysłowych, nawet takich, którymi się brzydzimy. Wybrane nie martwą dłonią rządzących nami biurokratów kultury, ale przez Jeszcze Lepsze Książki Lawndsleya. Mogłoby się to nazywać…

    No właśnie, na przykład jak? – zapytał Julian całkiem wytrącony z równowagi.

    Avon odczekał chwilę, by jeszcze bardziej zaciekawić rozmówcę.

    Nazwiemy to Republiką Literatury – oświadczy, założył rękę na rękę, rozparł się na krześle i patrzył, czy Julian to kupuje.

    A prawda była taka, że choć z początku Julian uważał, że to najbardziej przesadna reklama, jaką kiedykolwiek słyszał, i w dodatku podejrzanie bezbłędnie trafiająca w jego własny kompleks braku kultury – nie mówiąc już o tym, że wygłaszał ją człowiek, co do którego wciąż miał bardzo poważne wątpliwości – to teraz musiał przyznać, że szalona wizja Edwarda Avona trafia mu do serca i jest jak najbardziej zgodna z tym, co Juliana tu sprowadziło.

    Republika Literatury…

    Kupił to. Tak, to dobrze brzmi. Nawet lepiej niż dobrze: z klasą. I równocześnie może spodobać się każdemu. Tak, to jest myśl.

    I może nawet zdobyłby się na bardziej zachęcającą odpowiedź niż odruchowa reakcja byłego człowieka z City, na coś w rodzaju: „Nieźle to brzmi, przemyślę sprawę”, gdyby nie to, że Edward Avon już wstawał od stolika i porywając po drodze kapelusz, beżowy płaszcz i parasol, ruszał ku ladzie, gdzie zaraz pogrążył się w rozmowie z korpulentną Adrianną.

    Tylko po jakiemu oni ze sobą rozmawiają? Julianowi przypominało to język spikera z radia w kuchni. W każdym razie w tym języku odezwał się Edward Avon, Adrianna się zaśmiała i coś mu odpowiedziała. Potem znowu Edward i teraz już śmiali się oboje, dopóki nie doszedł do drzwi. Tu Edward odwrócił się do Juliana i posłał mu ostatni znużony uśmiech.

    Trochę się już zmęczyłem. Ufam, że mi wybaczysz. Jak to miło było poznać syna starego druha. Niezwykła sprawa.

    Wcale nie wyglądasz na zmęczonego. Prawdę mówiąc, przedstawiłeś to bardzo zachęcająco. To, co mówiłeś o Republice Literatury. Nawet pomyślałem sobie, czy nie wpadłbyś jeszcze do mnie, żeby mi trochę doradzić.

    Ja? – Dlaczego nie? No właśnie, dlaczego nie: skoro ktoś zna się na Sebaldzie, jest swojego rodzaju uczonym, uwielbia książki i ma czas?

    Bo nad księgarnią chcę otworzyć bar kawowy – zachęcał Julian. – Jak dobrze pójdzie, będzie gotowy za tydzień. Przyjdź, poszperasz w książkach, znowu sobie pogadamy.

    Mój drogi, co za miła propozycja. Zrobię, co w mojej mocy.

    Siwe włosy niesfornie wystawały mu spod kapelusza, gdy Edward Avon jeszcze raz wyruszył w deszcz, podczas gdy Julian udał się do kasy.

    Co, omlecik nie smakował?

    Był pyszny, tylko ogromny. Czy może mi pani powiedzieć, po jakiemu rozmawialiście przed chwilą?

    Z panem Edkiem? – Tak, z panem Edkiem.

    No, po polsku. A po jakiemu? Edek to swój chłop, z Polski. Nie wiedziałeś pan?

    Nie, pan nie wiedział.

    Tak, tak. Tylko teraz smutny. Żona mu choruje. I zaraz umrze. Nie wiedziałeś pan?

    Jestem tu nowy – wyjaśnił.

    Mój Krzysiek jest pielęgniarz. Robi w Ipswich General. On mi mówił. Że ona już z panem Edkiem nie gada. Że go pogoniła.

    Własna żona go pogoniła?

    Może chce umrzeć sama. Są ludzie, co tak chcą. Chcą umrzeć, bo może pójdą do nieba.

    A jego żona też jest Polką?

    No coś pan! – Wybuch śmiechu. – Ona jest angielska lady. – Palcem podnosi w górę nos na znak wyższości. – Wydać panu resztę?

    Nie, dziękuję, to dla pani. Naprawdę pyszny omlet.

    *

    Julian dociera szczęśliwie z powrotem do księgarni i tu na nowo ogarniają go wątpliwości. W życiu miał do czynienia z niejednym oszustem, ale jeżeli Edward jest jednym z nich, to musi być klasą samą w sobie. Czy to możliwe, że od ósmej rano sterczał na tej ulewie, w nadziei że Julian wychynie z księgarni, a potem szedł za nim aż do kawiarni Adrianny po to tylko, żeby się tam do niego doczepić? I czy przypadkiem nie Avon był tą skuloną sylwetką skrytą pod parasolem, którą widział przed chwilą kilka bram dalej na ulicy?

    Tylko po co to wszystko?

    Bo jeżeli Avon pragnął tylko jego, Juliana, towarzystwa, to czy nie jest świętym obowiązkiem zająć się trochę dawnym kolegą szkolnym zmarłego ojca – tym bardziej kolegą, którego pogoniła jego własna umierająca żona?

    No i najważniejsze: skąd Edward Avon – czy ktokolwiek inny – mógł wiedzieć, że u Juliana nie ma prądu ani wody?

    Wstydząc się tych wszystkich niegodnych myśli, Julian w ramach pokuty wydzwania po rzemieślnikach, a potem włącza laptopa i odwiedza stronę walijskiej szkoły z internatem, do której uczęszczał świętej pamięci tatuś. Szkoła akurat znalazła się w centrum uwagi, bo toczy się w niej śledztwo w sprawie przemocy wobec dzieci.

    Znajduje potwierdzenie, że AVON, Ted (sic) przyszedł do szkoły w szóstej klasie. Uczęszczał do niej tylko przez rok.

    Julian szuka dalej, ale tym razem bez powodzenia. Wpisuje w wyszukiwarkę najpierw po prostu „Edward Avon”, potem „Edward Avon uczony”, potem „Edward Avon Polak”. Nie znajduje nic konkretnego.

    W miejscowej książce telefonicznej nie ma ani jednego Avona. Próbuje w internetowej książce telefonicznej – numer zastrzeżony.

    W południe wreszcie, choć bez uprzedzenia, pojawiają się robotnicy. Siedzą prawie do wieczora. Media zostają przywrócone. Wieczorem Julian przegląda złożone jeszcze przez poprzednika i niezrealizowane zamówienia na rzadkie i używane książki i przypadkowo znajduje wymiętą kartkę z napisem „AVON”, bez skrótu imienia, bez adresu, bez numeru telefonu.

    Ten (lub ta) AVON jest zainteresowany nabyciem dowolnego dzieła autora „Chomsky N.”, byle w dobrym stanie i koniecznie w twardej oprawie. Julian uznaje lekceważąco, że ten Chomsky to pewnie jakiś mało znany rodak AVONA i już ma wyrzucić kartkę do śmieci, ale się rozmyśla i wpisuje „Chomsky N.” w wyszukiwarkę:

    Noam Chomsky jest jednym z najczęściej cytowanych naukowców na świecie, auto- rem ponad stu książek. Zajmuje się filozofią analityczną, nauką o poznaniu, logiką. Działacz polityczny, krytyk amerykańskiej polityki zagranicznej i kapitalizmu. Uważany za jednego z najważniejszych żyjących intelektualistów oraz za ojca nowoczesnego językoznawstwa.

    Zawstydzony Julian wcześniej udaje się na spoczynek po samotnie – jak zwykle – zjedzonej kolacji i przekonuje się, że nie potrafi skupić myśli na niczym innym, jak tylko na Edwardzie Avonie. Na panu Edku. Uznaje, że jak dotąd poznał dwie zupełnie różne wersje tego samego człowieka. Zastanawia się, czy jest ich jeszcze więcej. Tuż przed zaśnięciem medytuje, czy przypadkiem nie odkrył w sobie skrytej potrzeby znalezienia zastępczej postaci ojca. Dochodzi do wniosku, że jedna mu wystarczy, dziękuję bardzo.