Kategoria: Aktualności

  • Syndrom sztokholmski (odc. 5) O wyższości Świąt… Zaprasza Rafał Chojnacki

    Skandynawska tradycja wręczania książek kryminalnych na Wielkanoc jest dość powszechnie znana. Wprawdzie bardziej restrykcyjnie podchodzą do tego Norwegowie, ale Szwedzi też lubią sobie w tym czasie poczytać kryminały. Co roku publikowane są „polecanki”, w których dominują nowe tytuły, warte uwagi powieści, idealne na świąteczny prezent. Postanowiłem jednak pójść trochę na pod prąd i dowiedzieć się, które spośród szwedzkich kryminałów warto polecić pod choinkę. Żeby nie była to banalna wyliczanka dostępnych na polskim rynku tytułów, o rekomendacje poprosiłem znanych szwedzkich fachowców od tego rodzaju książek.

    Akademickie rekomendacje

    Jak zwykle w przypadku pytań o ocenę bieżących spraw na rynku książki kryminalnej w Szwecji, pierwsze kroki postanowiłem skierować do znajomych specjalistów, którzy zasiadają w Szwedzkiej Akademii Kryminału (Svenska Deckarakademin). To szanowne grono od 1971 roku zajmuje się popularyzacją gatunku i wiedzy na jego temat. Powstało na wzór słynnej Akademii Szwedzkiej, przyznającej nagrodę Nobla. Gremium to tworzą dziennikarze, naukowcy i pisarze, zajmujący się kryminałem. W Akademii jest 60 miejsc, więc następne osoby mogą do niej wstąpić dopiero po zwolnieniu krzesła przez kogoś z poprzedników. Wśród osób, które udzieliły nam rekomendacji, znaleźli się: Bibbi Wopenka, Katarina Gregersdotter, Kerstin Bergman i Bo Lundin.

    Bibbi Wopenka od lat, wspólnie z mężem Johanem, popularyzuje powieści kryminalne, oboje są też autorami kilku książek o kryminale i kilku tysięcy recenzji. Katarina Gregersdotter, zajmuje się m.in. powieścią kryminalną na Uniwersytecie w Umeå. To osoba, która trafiła do Akademii stosunkowo niedawno, bo w 2019 roku. Jej prace naukowe dotyczą takich mocnych zagadnień jak np. gwałt w powieściach Stiega Larssona, czy animal horror. Kerstin Bergman jest również naukowcem, współautorką (wspólnie z Sarą Kärrholm) szwedzkiego podręcznika akademickiego dla studentów, poświęconego literaturze kryminalnej. Od niedawna działa również po drugiej stronie barykady, pisząc kryminały. Z kolei Bo Lundin jako znawca skandynawskiego (i nie tylko) kryminału i autor kilku książek o tym gatunku, był w 2009 roku gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu.

    Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell

    Najlepsze kryminały roku

    Jako że w listopadzie, podczas dorocznego spotkania Akademii w Bibliotece Kryminalnej(Deckarbiblioteken) w Eskilstunie przyznano Nagrodę za najlepszy szwedzki kryminał (dawniej nosiła ona nazwę The Martin Beck Award) i najlepszy debiut, niektórzy członkowie tego zacnego grona w pierwszym rzucie odesłali mnie do tytułów, które niedawno oceniali, czyli do zwycięzców w obu kategoriach.

    Zgodnie z sugestią członków Akademii, warto skupić się przede wszystkim na tegorocznych zwycięzcach. Najlepsza powieść ubiegłego roku to Skred (Osuwisko) Sary Strömberg. Autorka ta rok temu została nagrodzona za najlepszy debiut. Jej druga książka to kolejny tom serii, której bohaterką jest dziennikarka Vera Bergström. Tytułowe osuwisko powstało w miejscowości Åre, podczas budowy luksusowego osiedla mieszkaniowego. Wypadek to początek serii wydarzeń, które ukażą mroczne sekrety członków lokalnej społeczności.

    fot: sarastromberg.se

    Debiutantem roku został Ulf Kvensler, który napisał powieść Sarek. Tytuł odwołuje się do Parku Narodowego Sarek w szwedzkim regionie Norrbotten. Grupa przyjaciół wybiera się tam na doroczną wędrówkę w góry. Jedna z dziewczyn zabiera ze sobą nowego partnera, w którym inna rozpoznaje osobę, której nigdy więcej nie chciałaby spotkać. Przyjemna wyprawa zamienia się w koszmar.

    Znani nominowani

    Jeżeli chodzi o pozostałych nominowanych do nagrody za najlepszy szwedzki kryminał, to na tzw. krótkiej liście znalazły się same znane już nam nazwiska. Malin Persson Giolito wydała niedawno powieść I dina händer (W twoich rękach), opisująca w przejmujący sposób to, jak nastolatki kopiują świat dorosłych w środowisku pełnym przemocy, w którym trwa wojna gangów. Córka Leifa GW Perssona znana jest z wrażliwości na problemy młodzieży, teraz mierzy się z kolejnym, jakim jest przemoc.

    Anders de la Motte i jego Bortbytaren (Podmieniacz) to pierwsza część nowej serii, której bohaterką jest krnąbrna inspektor kryminalna Leonore Aske, która zostaje usunięta na boczny tor, niczym Carl Mørck z Departamentu Q Jussiego Adlera-Olsena. Aske również ma odkopywać stare sprawy. Okazuje się jednak, że niektóre z nich mają całkiem świeże tropy.

    Duet ukrywający się pod pseudonimem Erik Axl Sund, wydał z kolei trzeci tom trylogii Czarna melancholia, zatytułowany Otid. Co ciekawe w powieści tej łączą się wątki aktualnej serii, z wcześniejszą, znaną jako Oblicza Victorii Bergman.

    Wśród znanych i nominowanych był jeszcze John Ajvide Lindqvist, szwedzki „król horroru”, który napisał książkę Skriften i vattnet (Zapisane na wodzie), o której wkrótce napiszę trochę więcej.

     

    Polecani debiutanci

    Kryminał to gatunek, który ceni sobie dopływ świeżej krwi. Nie inaczej jest w przypadku jego skandynawskiej odmiany. Dlatego też warto zawracać uwagę na obiecujących debiutantów. Jest wśród nich na pewno miejsce dla Charlotte al-Khalili i jej powieści Malström. Autorka przypomina czym jest prawdziwa zagadka kryminalna. Z pozoru łatwe śledztwo w sprawie zabójstwa na przystanku autobusowym w Sztokholmie, staje się okazją do krytyki społecznej, z której klasycy kryminału byliby dumni.

    Sista säkra (Ostatnia kryjówka) Lisy Christensen to psychologiczny thriller, w którego tle pojawia się 11 września i World Trade Center. To powieść wymagająca od czytelnika sporej koncentracji, ale ciekawa intryga spłaca ten wysiłek z nawiązką.

    Wśród debiutantów jest też Victor Pavic Lundberg, autor powieści Den som överlever (Ten, który przeżyje). Jego książka powinna spodobać się fanom klasycznej serii Lizy Marklund o Annice Bengtzon, ponieważ bohaterki są dziennikarkami, a śledztwo nosi wyraźne znamiona wykraczające poza zwykłe ramy kryminału.

    Akademicy polecają również…

    Katarina Gregersdotter poleca również najnowsze książki autorów, którzy opublikowali swoje powieści już po zamknięciu listy utworów nominowanych do nagrody. Tytuły te zapewne będą głośne przy okazji przyszłorocznych nominacji. Chodzi tu m.in. o Mr Ett (Pan 1), nową książkę Jensa Lapidusa z serii o Teddym i Emilie, znanej również w Polsce. Inna polecana powieść to Kallmyren(Zimne bagno), drugi tom nowego cyklu Lizy Marklund. Badaczka poleca również innego Marklunda, Antona, który jest autorem powieści Under falkens vingar (Pod skrzydłami sokoła), o socjolożce Ramonie Lindh, która ma pewien nietypowy dar, będący dla niej zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Wcześniej Anton Marklund pisał powieści psychologiczne (w tym znanego w Polsce Przyjaciela zwierząt), nowa książka to jego kryminalny debiut.

    Bibbi Wopenka przy okazji powieści polecanych pod choinkę, proponuje też książki, które klimatem pasują do świątecznego nastroju. Jako bibliotekarka, od lat pracująca w Bibliotece Miejskiej w Göteborgu, doskonale zna nie tylko najnowsze wydania, ale też książki, które przez lata przechodziły przez jej ręce. Pokusiła się ona zatem o alternatywną listę świątecznych polecanek. Wśród nich wyróżnia się przede wszystkim klasyczny kryminał Marii Lang Vitklädd med ljus i hår (Ubrana na biało ze światłem we włosach). Już sam tytuł nawiązuje do dnia św. Łucji, kiedy to po szwedzkich miasteczkach krążą korowody dziewcząt w białych sukniach, z koronami ze świec. W Dzień Łucji właśnie tak przebrana kobieta dokonuje morderstwa, a śledztwo ma prowadzić Christer Wijk, jeden z głównych bohaterów serii Marii Lang, którą w Polsce znany z wydanej w latach 60. powieści Dość zabójstw (Inte flera mord) i ze szwedzkiego serialu Zbrodnie namiętności, którego poszczególne odcinki to ekranizacje sześciu powieści autorki, nazywanej „szwedzką Agathą Christie”. Inna, łącząca się ze św. Łucją powieść to Lucia i nöd (Łucja w rozpaczy), której akcja rozgrywa się również przed świętami, a złoczyńca przebrany jest w kostium świętego Mikołaja, a pomaga mu przebiegły elf… Autorką książki jest stosunkowo mało znana pisarka, Helena Sigander. To powieść z 2021 roku, pełna typowego dla kryminału czarnego humoru.

    Bibbi przypomniała również o tradycji, może niezbyt obszernej, ale wieloletniej, wydawania przed Świętami zbiorów opowiadań kryminalnych. Mordet på jultomten (Morderstwo Świętego Mikołaja), Midvinter mord (Morderstwo w środku zimy), Mord i julafton (Morderstwo w wigilię), Mord under julgranen (Morderstwo pod choinką), Mord och inga julvisor (Morderstwo i żadnych kolęd) czy Mord i julklapp (Morderstwo w prezencie świątecznym) to tylko niektóre z tytułów zbiorów, do których trafiały poowiadania takich pisarzy jak Henning Mankell, Liza Marklund, Håkan Nesser, Åke Edwardson, Anna Jansson, Karin Wahlberg, Arne Dahl, Kjell Eroksson, Irene Tursten i wielu, wielu innych.

    Spora część książek, o których pisałem powyżej, raczej do nas nie trafi. Jeśli już, stawiałbym na wypróbowane nazwiska, ewentualnie na nagrodzonych autorów. Z jednej strony szkoda, z drugiej zaś, dobrze wiedzieć, że w i tak już pękających w szwach działach kryminalnych szwedzkich księgarń nadal czekają na naszych wydawców ciekawe i warte odkrycia tytuły. To, co trafia na rynek międzynarodowy, to jedynie czubek góry lodowej. Warto jednak ją odkryć, choćby przy okazji takich świątecznych zestawień.

    Rafał Chojnacki

     

  • Nieprzepracowane traumy mają wpływ na kolejne pokolenia. Katarzyna Włodkowska o „Na oczach wszystkich”

    Wiązanie w piwnicy, gwałty, jedzenie z psiej miski. To była codzienność Ewy, głównej bohaterki książki „Na oczach wszystkich”. Katarzyna Włodkowska opisała piekło, które musiała przechodzić kobieta przy kimś, przy kim miała się czuć kochana i bezpieczna. Przeczytajcie historię przypadku polskiego Fritzla – czyta się jak kryminał, jednak to nie fikcja, a samo życie. Czy ktoś mógł zareagować? Czy zawiódł system, a może rodzina? Dramatyczna historia, która na zawsze odłoży się w pamięci Ewy, jej dzieci i rodziny. W Państwa pamięci również, bo obok tej historii nie można przejść obojętnie. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Wielka Litera.

    Dziękuję Big Book Cafe za pomoc przy realizacji nagrania.

  • Kamizelka z napisem PRESS nie jest już na wojnie immunitetem. Marek Sygacz o „Reżimie ciszy”

    Gdyby wojna za naszą wschodnią granicą była serialem, to Marek Sygacz napisał prequel. Jeździł na Ukrainę od 2014 roku i obserwował. Był w okopach, rozmawiał z żołnierzami, ale też zwykłymi mieszkankami i mieszkańcami Ukrainy. Wielu wierzyło, że do wojny nigdy nie dojdzie, ale również wielu przeczuwało, że wydarzenia w Donbasie i na Krymie to tylko wstęp do czegoś o wiele straszniejszego. W „Reżimie ciszy” przeczytacie o obronie donieckiego lotniska, żołnierzach, którym żony kazały wybierać: albo one, albo wojna, ale też o ludzkich losach podzielonych granicą i pewnym Rosjaninie, który miał rozkaz zabić ukraińską rodzinę, jednak tego nie zrobił.

    Z Markiem Sygaczem rozmawiam o strachu, sposobach na rozmowę z ludźmi, którym wojna zabrała bliskich, świętach w trakcie konfliktów zbrojnych i kamizelce, która może prowokować snajperów.

  • Jeden życiorys, cztery obozy koncentracyjne. Historia Stefanii Perzanowskiej

    Napisała wspomnienia, bo to spłata części długu wobec losu, który pozwolił jej przeżyć obóz. Do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Lublinie, nazywanego Majdankiem trafiła w styczniu 1943 roku. Stworzyła tam szpital żeński. Warunki pracy miała skandaliczne, np. rozcięcia ropienia nad migdałkiem musiała wykonać zwykłym nożem. Stefania Perzanowska nie tylko leczyła, ukrywała przed władzami obozu kobiety niezdolne do pracy. Czyli ratowała im życie. „Gdy myśli do Majdanka wracają” to wspomnienia kobiety, która przeżyła cztery obozy – Majdanek, Auschwitz – Birkenau, Ravensbruck i Neustadt – Glewe. Właśnie ukazuje się wznowienie tej książki, w której przeczytacie o świętach za drutami, badaniach ginekologicznych w poszukiwaniu ukrytego złota, głodzie, wymykaniu się śmierci. W Państwowym Muzeum na Majdanku spotkałem się z wnukami Stefanii Perzanowskiej i Martą Grudzińską – redaktorką naukową książki. Zobaczcie materiał, ale przede wszystkim przeczytajcie historię tej bohaterskiej lekarki.

     

  • Millenijny produkcyjniak? Grudniowy felieton Katarzyny Tubylewicz

    – Książka jest świetna, wspaniałe portrety bohaterów, ale czy dałoby się zmienić fabułę? – zapytał redaktor szwedzkiego wydawnictwa autora docenianych powieści grozy, Johna Ajvide Lindqvista. Stało się to po tym, jak mu zaproponowano (na próbę!) napisanie 100 stron kolejnego tomu „Millennium”.

    Lindqvist doręczył wydawnictwu 350 stron – całą, siódmą już z kolei, powieść o Lisbeth Salander. Wydawnictwo uznało jednak, że zawiera ona zbyt wiele humoru oraz seksu, a poza tym… no właśnie… trzeba by zmienić fabułę.

    Także Lindqvist nie zarobi milionów koron. Zarobi je kto inny, a dokładniej inna. A milionów może być sporo.

    Karin Smirnoff, fot: smakksiazki.pl

    David Lagercrantz za napisanie trzech tomów kontynuacji trylogii Stiega Larssona wzbogacił się o 80 milionów koron, czyli jakieś 42 miliony złotych. Ile zarobi Karin Smirnoff, trzecia z kolei autorka tego samego cyklu, to jeszcze się okaże. Jej „Krzyk orła bielika” ma niezłe recenzje. Ale to książkę Lindqvista, reklamowaną jako powieść, która miała być kolejnym tomem „Millennium” nominowano do nagrody dla najlepszego szwedzkiego kryminału roku. Lindqvist stwierdził, że pal sześć, nie wyrzuci tego, co napisał, zmienił tylko imiona bohaterów i wydał w innym wydawnictwie. Jego produkt książkowy został uratowany!

    Czy moja zgryźliwość wyrażona w słowie „produkt” podyktowana jest zazdrością? Sama nie wiem… Nie da się ukryć, że lubiłabym zarobić na pisaniu chociaż jeden milion. Z drugiej strony, pielęgnuję w sobie romantyczne wyobrażenie, że każda książka, także kryminał, powinna rodzić się z potrzeby powiedzenia czegoś ważnego i oryginalnego. Że nie powinna być tylko zmyślnie skleconą i robiącą kasę intrygą.

    Ale czy moje marzenie o tym, by pisarz coś znaczącego mówił nie jest po prostu czkawką z poprzedniego systemu, który trochę jeszcze pamiętam? Tego, w którym pisarz mógł na przykład być opozycjonistą? Prowadzić odważne gry z cenzurą? Dodawać innym odwagi? Inna rzecz, że to właśnie w poprzednim systemie pisano też produkcyjniaki. Czym dokładnie były, musiałam sobie sprawdzić, kiedy ponownie czytałam Dubravkę Ugrešić. Do jej esejów wracam często, żeby poczuć bliskość z osobą tak jak ja nie do końca odnajdującą się we współczesnym świecie literackim (nie żebym odnajdywała się w poprzednim świecie literackim, komunizm zakończył się, gdy chodziłam do szkoły).

    Tak czy owak, Ugrešić twierdzi, że współczesne bestsellery gatunkowe mają wiele wspólnego z socrealistycznymi produkcyjniakami. Tu pozwolę sobie na wyjaśnienie, że produkcyjniakami nazywano słuszne ideologicznie powieści o socjalistycznej przebudowie kraju. W Polsce, jak się okazuje, pisywali je na zamówienie władzy nawet wielcy. Przykładem niech będzie Przy budowie Tadeusza Konwickiego z 1950 roku. W produkcyjniakach czasów stalinizmu liczyła się lojalność względem idei i systemu, we współczesnych produkcyjniakach liczy się lojalność względem oczekiwań rynku.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Kto pracuje w publishing industry, przemyśle wydawniczym? Wrażliwe dusze opętane przez Muzy? Czy też robotnicy przemysłowi, a wśród nich, zapewne, znajdą się inżynierowie?” pyta Ugrešić. Chodzi jej tu rzecz jasna o inżynierów ludzkich dusz, jak nazywał pisarzy sam Józef Stalin. Nie trzeba kupować narodu, wystarczy mieć inżynierów dusz i to zupełnie załatwia problem zniewolenia” twierdził.

    Czy narody, które zamiast dyktatorów mają cholernie bogate wydawnictwa, które preferują wydawanie produkcyjniaków, zamiast dzieł głębokich i wielkich mogą i tak odetchnąć z ulgą? Sama nie wiem. Wolność to, czy nowa forma zniewolenia umysłu?

    Jeśli chodzi o perypetie wokół „Millennium” to  trylogia Lagercrantza miała być końcem serii i jej trzeci tom reklamowano jako „grande finale”. Jednak znana już z pewnej pazerności rodzina zmarłego Stiega Larssona zdecydowała, że chce więcej tomów o znoszących złote jaja bohaterach – Lisbeth i Mikaelu. Zerwano więc umowę z wydawnictwem Norstedts i rozpoczęto współpracę z norweskim magnatem hotelowym Petterem Stordalenem, który wpadł na pomysł wejścia z przytupem na rynek wydawniczy. Na potrzeby wydania kontynuacji „Millennium” założył wydawnictwo Strawberry. Niestety w trakcie pandemii rynek hotelarski się załamał, więc nasz magnat zbiedniał i sprzedał prawa do „Millennium” wydawnictwu Polaris, a ono zatrudniło do napisania kolejnych tomów najsłynniejszego kryminału świata swoją autorkę, Karin Smirnoff. Pisarka ta wcześniej nie pisała prozy gatunkowej i jest to jej teraz wytykane w recenzjach, bo i u niej z fabułą mogłoby podobno być lepiej. Za to mieszka w Norrlandii niedaleko miejsca, w którym wychował się Stieg Larsson. A to już wystarczy, żeby zbudować kolejną łatwą do sprzedania w świat opowiastkę reklamową. Z okazji premiery książki do rodzinnej miejscowości Smirnoff zwieziono na piarowską wycieczkę  przedstawicieli wydawnictw i agentów z całego świata.

    Sama Smirnoff pisząc „Krzyk orła bielika” musiała się przede wszystkim pilnować w kwestiach stylu, bo język jej wcześniejszych książek był zbyt poetycki na kryminał. Twierdzi jednak, że nie było to dla niej trudne, bo „to tak naprawdę nie jest jej opowieść”. Jeśli nie jej, to czyja? Trudno ustalić.

    Poza tym wszyscy rozumiemy sytuację. Są wielkie pieniądze, które można zarobić. Czytelnicy pragną swoich bohaterów. Autorka ma szansę zapewnić przyszłość sobie i dzieciom. Kolejny produkcyjniak opuszcza więc wydawniczą fabrykę i nie ma wątpliwości, że popłyną za nim następne.

    Czy jest to wesołe, czy może jednak trochę smutne? Normalne czy odrobinę kontrowersyjne? Czy Stieg Larsson przewraca się w grobie? Czy jego partnerka życiowa Eva Gabrielsson, która nie zgadzała się na żadne kontynuacje, ale na nic nie ma wpływu, ma jeszcze na głowie jakiś włos, który może osiwieć?

    A może po prostu już tak jest, że inżynierowie ludzkich dusz w żadnym systemie nie są wolni? Rządzą nimi albo dyktatorzy, albo wspomniana wcześniej mamona?

    Katarzyna Tubylewicz

  • „Utraciłem wszystko. Chciałem odebrać sobie życie”. Rozmowa z Chrisem Carterem

    Zaczynamy od „Genesis” – najnowszej książki Chrisa Cartera. Jest w niej jednak tyle bólu, cierpienia i mroku, że nasza rozmowa schodzi na życie autora. Od jakiegoś czasu mówi w wywiadach, że w tragicznych okolicznościach stracił swoją partnerkę. Poruszamy więc też bardzo trudne tematy. Autor opowiada także o ludziach, którzy piszą do niego wiadomości, w których dziękują za uratowanie życia. Przeczytajcie „Genesis”, gdzie Robert Hunter znów musi zmierzyć się z seryjnym mordercą. Obejrzyjcie też naszą rozmowę, która momentami jest strasznie smutna, ale w ogólnym rozrachunku daje nadzieję. Mam nadzieję. 

  • Jan Englert w „Cyklu bez nazwy” o teatrze, który jest jak romans, eutanazji i czytaniu grafomanii

    Mądrego to aż miło posłuchać. Ta rozmowa ma blisko godzinę, ale mam przeczucie, że ani przez moment nie poczujecie znudzenia. Punktem wyjścia jest książka „Bez oklasków”, czyli wywiad rzeka Kamili Dreckiej z Janem Englertem. My porozmawialiśmy o mówieniu po śląsku, Ferdynandzie Lipskim, umieraniu, uwierzeniu, że potrafi się wszystko, graniu ciszą, marzeniach. Oczywiście tematów jest o wiele więcej, ale wyciągniecie dla siebie to, co zechcecie. Oddaję w Państwa ręce ten materiał, ciekaw jestem Waszej opinii, którą napiszcie w komentarzu.  Dziękuję Teatrowi Narodowemu za udostępnienie wnętrza do nagrania. Kolejny odcinek „Cyklu bez nazwy” już w grudniu. 

     

     

     

  • Sytuacje, które nadają życiu bezsens. Rozmowa z Michaelem Sową o „Czereśniach od Świętej Anny”

    Splecione śląskie losy i życiowe drogi, z których trudno wybrać tę, która prowadzi do szczęścia. Z Michaelem Sową spotkaliśmy się na Górze Świętej Anny, ale spokojnie, tym razem nie śpiewam piosenki o Annabergu 😉 Świetna historia o miłości, braku sumienia i spotkaniu, które przypieczętowało losy głównej bohaterki. W tle wojna, ludzkie dramaty i marzenie o szczęściu, które jest dalej, niż może się wydawać. Przeczytajcie „Czereśnie od Świętej Anny”, zaadoptujcie drzewko i obejrzycie rozmowę. Smacznego!

  • Bez kanonu, ale z miłością do literatury oraz nowa teoria względności. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    – A kto to był ten Goethe? – zapytał mnie mój szwedzki znajomy, który jest świetnym lekarzem, a do tego bywałym w świecie i błyskotliwym człowiekiem. Staliśmy właśnie przed czarno-białym portretem Johanna Wolfganga, który nie wiadomo czemu wisiał na ścianie hotelu w pewnej narciarskiej miejscowości. Moje wytresowane w polskich szkołach inteligenckie serce stanęło z wrażenia. Człowiek z wyższym wykształceniem nie wie, kto to był Goethe!!! O Jezusie… Szwed nie wydawał się skonfundowany swoją niewiedzą, za to ja wstydziłam się za niego (kobiety tak czasem mają).

    Podobnie poczułam się wiele lat temu, kiedy mój niewychowany w Polsce narzeczony, człowiek po dwóch wydziałach, zasnął w kinie na filmie Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”. Chciałam mu przybliżyć nasz skarb narodowy i oto: ekranizację wielkiej epopei spotkał afront! Inna rzecz, że sama też się nudziłam, ale nie spałam. Nie spałam!

    Niedawno byłam na ciekawej konferencji humanistycznej. Podczas kolacji prowadziłam długie rozmowy z wybitnie inteligentnym duńskim profesorem literaturoznawstwa. Szalenie się zainteresował nieznaną mu książką zupełnie nieznanego w Danii autora, o której powiedziałam, że cenią ją sobie Polacy. Chodziło o … „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa. Nie słyszał o tej powieści. Obiecał, że przeczyta. Moje serce tym razem nawet nie zadrżało, bo przyzwyczaiłam się do tego, że w różnych krajach są różne kanony literackie, a skandynawskie podejście jest z zasady mało kanonicznie. Cóż począć.

    fot: unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Inna rzecz, że akurat w Danii wylansowano w roku 2006 książkę dla szkół składającą się z fragmentów 108 duńskich utworów literackich i innych dzieł kultury, które trzeba znać oraz informacji o innych ważnych dziełach kultury wartych zapamiętania. Były tam bajki Andersena, zdjęcie budynku opery w Sydney zaprojektowanego przez duńskiego architekta Jørna Utzona oraz sugestia, by obejrzeć film Larsa von Triera „Idioci”.

    Sam von Trier na wiadomość o stworzeniu kanonu dla szkół zareagował bardzo krytycznie. Stwierdził, że każdy kanon jest narzędziem politycznej i nacjonalistycznej propagandy.

    W Szwecji nie ma ani kanonu, ani lektur obowiązkowych, w związku z czym mój syn po ukończeniu bardzo dobrych szkół szwedzkich, zabrał się już na własną rękę za czytanie Kafki i Dostojewskiego oraz zgłębianie, czym różni się renesans od baroku. Z kolei przewodnicząca szwedzkiej partii Chrześcijańskich Demokratów, która to partia (obecnie w rządzie) od dłuższego czasu uparcie walczy o stworzenie listy książek, które w szkole trzeba przeczytać, wykazała się jakiś czas temu w telewizji kompletną ignorancją w temacie klasyki literatury szwedzkiej. Zadano jej kilka pytań o autorów znanych książek i na żadne nie odpowiedziała prawidłowo. Nie wiedziała nawet, że szwedzki klasyk nad klasykami powieść „Gösta Berling” jest autorstwa noblistki Selmy Lagerlöf. Sama do szwedzkich szkół nie chodziłam, ale znam klasykę szwedzkiej literatury, prawdopodobnie dlatego, że mam wbite do głowy, że bez solidnych podstaw nie da się nigdzie poszybować  intelektualnie. Ale może nie wszyscy muszą latać.

    Tak czy siak, jest rzeczą znamienną, że nowy centro-prawicowy rząd w Szwecji chce z jednej strony radykalnych ograniczeń polityki migracyjnej i ochrony szwedzkich wartości, a z drugiej obiecuje rozpoczęcie prac nad stworzeniem szwedzkiego kanonu dzieł kultury dla szkół.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Wywołało to debatę i dużo krytycznych głosów:

    Nie chcę mieć poglądów na temat tego, jakie książki powinny być w kanonie literackim, ponieważ kanon, bez względu na to, co w nim jest, to narzędzie represji (…) Pragnie się stworzyć tak zwaną wspólnotę wartości i dołożyć cegiełkę do definiowania „szwedzkości”. Wszyscy mają się zgodzić co do tego, co Szwedzi rozumieją i lubią. A jak powstaną jakieś wątpliwości, będzie można się odwołać do autorytetu, czyli do listy dzieł kanonicznych” denerwuje się w „Dagens Nyheter” pisarz i wydawca Gunnar Nirstedt.

    W „Expressen” został właśnie opublikowany protest przeciwko kanonowi pisarzy i innych ludzi kultury. Wśród jego trzydziestu pięciu sygnatariuszy znalazły się bestsellerowe autorki kryminałów Camilla Läckberg i Viveca Sten, szacowny członek Akademii Szwedzkiej Per Wästberg, znani wydawcy, a także profesorki literaturoznawstwa. Autorzy protestu twierdzą między innymi, że:

    Kanon literacki tworzy się podczas czytania, powinien być żywy i zmienny. Z kolei ocena dawnych dzieł literackich zmienia się z czasem i podlega wpływom zmieniających się wartości. Kanon narzucany odgórnie przez instytucje państwa oznaczałby zmniejszenie różnorodności literatury oraz ograniczyłby zdolność kultury do podważania ustalonych prawd (…) Takie zarządzanie literaturą to zarządzanie tym, jak ludzie żyją i myślą, a to nie mieści się w granicach społeczeństwa demokratycznego.”

    Z kolei profesor literaturoznawstwa Torbjörn Forslid z Uniwersytetu w Lund podkreśla, że pojęcie kanonu ma swoje źródła w religii i religijnych podziałach na pisma święte i nienatchnione apokryfy. Czyli jest to rzecz staroświecka.

    Generalnie liberalni publicyści szwedzcy zgadzają się co do tego, że są takie kraje, jak na przykład Francja (o Polsce nie wspominają, bo niewiele o niej wiedzą), w których kanon literacki to coś oczywistego, ale w Szwecji zawsze stawiało się na wolność wyboru i warto przy tym pozostać.

    Ma to niewątpliwie zarówno wady, jak i zalety. Sama muszę przyznać, że liceum to był jedyny czas w moim życiu, w którym przestałam lubić czytanie, bo nie odpowiadał mi rytm i plan lektur obowiązkowych. Z kolei podczas studiów udzielałam korepetycji z polskiego i było oczywiste, że młodzież czyta raczej ściągi niż lektury, a z samych lektur niewiele rozumie, raczej kuje na pamięć, że „Słowacki wielkim poetą był”. Z takiego nastawienia tylko krok do myśli: uffff, koniec szkoły, nareszcie mogę przestać czytać. Czy może być to jeden z powodów niskiego poziomu czytelnictwa w kraju?

    Szwedzi bez kanonu lektur w szkole czytają więcej niż Polacy, ale w ostatnim czasie i po drugiej stronie Bałtyku czytelnictwo trochę spada. Z wyjątkiem jednej grupy wiekowej! Młodzi Szwedzi, ci w wieku od 16 do 29 lat czytają coraz więcej. W ostatnim roku poziom czytelnictwa młodych wzrósł o 6 procent i ponad 50 procent osób w tym wieku czyta co najmniej jedną książkę miesięcznie (i to w wydaniu papierowym). Czyli nie muszą, a i tak sięgają po książki. Również po ukończeniu szkoły.

    Nie wiem, czy byłabym mniej mądra i ciekawa bez znajomości „Janka Muzykanta”, „Naszej Szkapy” oraz „Nad Niemnem”, które były akurat w kanonie za czasów mojego chodzenia do szkoły. Domyślam się też, że wystarczyłoby mi z powodzeniem przeczytać dwie księgi „Pana Tadeusza” zamiast całości. Generalnie jestem zwolenniczką uczenia historii literatury światowej na sposób amerykański: wystarczy znać fragmenty ważnych historycznie dzieł, a w całości czytać tylko te książki, które wzbudzą nasze szczególne zainteresowanie. Z kolei jako matka dorosłego już syna jestem szczęśliwa, że wcisnęłam mu podczas którychś wakacji w ręce „Mistrza i Małgorzatę” i że pokochał tę książkę tak samo jak ja. I że wie, kim był Bułhakow, w przeciwieństwie do profesora literatury z Danii.

    Fascynuje mnie jednak nieustannie, że to co w Polsce zostałoby uznane za dno i kompletny upadek, czyli BRAK KANONU oraz lektur obowiązkowych, jest w Szwecji normalnością. Zaprawdę powiadam Wam: wszystko jest względne. Kanoniczność większości znanych nam i uznanych za kanoniczne dzieł także.

    Katarzyna Tubylewicz