Kategoria: Aktualności
-
Bardziej od prawdy potrzebna jest nadzieja? Izabela Janiszewska o „Ludziach z mgły”
W ostatnich miesiącach czytam mniej sensacji i kryminałów. Po prostu mam wrażenie, że wiele tytułów jest odtwórczych, trudno mi wyłowić coś, co mnie wciągnie i zainteresuje. Może to przesyt, bo były lata, kiedy czytałem praktycznie tylko ten gatunek, a może tak po prostu jest. Lubię, gdy czytana książka coś robi w mojej głowie, a „Ludzie z mgły” Izabeli Janiszewskiej robią. Przede wszystkim autorka zmusiła mnie do zastanowienia nad losem ludzi, którzy stracili pamięć. Nie mają pojęcia kim są, kim byli, co potrafią, a czego nie. I nie wiedzą kiedy oraz czy w ogóle to wszystko sobie przypomną. Poza tym doceniam, że Izabela Janiszewska pisze coraz lepiej i jeśli miałbym teraz wymienić pięć nazwisk polskiego kryminału, które gwarantują jakość, to Iza na tej liście będzie.
Nie chcę się za bardzo zagłębiać w fabułę, bo po to nagraliśmy rozmowę, żeby Państwo obejrzeli i posłuchali, ale jak się domyślacie, jest mgła, są ludzie, jest zbrodnia, ale czy będzie kara? I zostawiam Was z tytułowym pytaniem – czy bardziej od prawdy potrzebna jest nadzieja?
Materiał powstał przy płatnej współpracy z Czwartą Stroną Kryminału, więc teraz pomyślicie „O! Chwali, bo dostał pieniądze!”. Wiem, że u części blogerek i blogerów tak to działa, ale doskonale wiecie, że nigdy nie polecę Wam książki, która mi się nie podoba. Co oznacza, że sporo propozycji współpracy odrzucam, czyli nie zarabiam, ale ile razy byście kupili moje chwalenie złych książek? Raz, dwa, pięć? Wolę być uczciwy wobec siebie i przede wszystkim wobec Was.
„Ludzi z mgły” polecam więc z czystym sumieniem i daję gwarancję dobrej lektury.
-
„Hobit, abo tam i nazŏd”, śląska wersja językowa dzieła Tolkiena już jest! Kolejny będzie Sapkowski?
Co może być, a czego nie może na okładce? Kim są patroni śląskiego wydania językowego? Sporo pytań, trochę to trwało, ale w końcu jest! „Hobbit, czyli tam i z powrotem” w języku śląskim, po naszymu „Hobit, abo tam i nazŏd”. Książka jest już zamawiana przez kolekcjonerów z całego świata, w planach jest audiobook, a wiele wskazuje na to, że to nie ostatnie słowo, jeśli chodzi o tłumaczenie znanych dzieł literackich. Czy kolejnym pisarzem wziętym na językowy warsztat będzie Andrzej Sapkowski? Posłuchajcie rozmowy z Piotrem Długoszem z Silesia Progress. Za tłumaczenie książki Tolkiena odpowiada Grzegorz Kulik oraz Mirosław Syniawa. No i dlaczego w tytule jest tylko jedna litera B? Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych książki, co oznacza, że wkrótce będzie miał dla Was egzemplarze do zgarnięcia.
-
Książki będą tańsze? Ceny papieru spadają
Drożej już było? Wszystko wskazuje na to, że ceny książek spadną. O ile? Zobaczymy, ale wydaje się, że problem z dostępnością papieru to już przeszłość, drukarnie są zaopatrzone, a surowiec tańszy. Co się zmieniło w ostatnich miesiącach i dlaczego? Jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość? O tym rozmawiam z Bartoszem Mazurkiewiczem z Opolgrafu.
-
Mamy nadmiar publikacji i niedobór czytelników. Rozmowa z Ryszardem Koziołkiem
Sztuczna inteligencja, lektury szkolne, książki, które działają na ludzi przez setki lat, ale też takie, które lądują na śmietniku historii. Rozmawiamy też o tym, jak Olga Tokarczuk zawstydziła literaturoznawców i nadmiarze publikacji i niedostatku czytelników. Pojawia się też wątek hałd wstydu i dorabianiu w czasach studenckich jako stróż nocy. Prof. Ryszard Koziołek opowiada o swojej najnowszej książce „Czytać, dużo czytać”.
-
„Nie umiem bez czytania” – rozmowa z Filipem Łobodzińskim
Tematów jest sporo. Z Filipem Łobodzińskim rozmawiam o najtrudniejszej książce, którą przetłumaczył, skupianiu się w komunikacji miejskiej, ale też o tym, że Mario Vargas Llosa jest jak Robert De Niro. Czy będzie Nobel dla komiksu? A może dla graffiti? Pojawia się oczywiście wątek tłumaczeń, ale też poezji Jerzego Jarniewicza. Nie ma natomiast wątków filmowych, bo one są w prawie każdej rozmowie, a my poszliśmy w literaturę. Na tę czytaną obecnie, ale też na oczekiwaną – czyli książkę Pawła Sołtysa i Wita Szostaka. Oddaję więc w Państwa ręce nowy „Cykl bez nazwy”, który nagrywaliśmy w księgarni Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, za co serdeczne dzięki!
-
Po które nowości marca warto sięgnąć? Podpowiadam
Trudno w to uwierzyć, ale już za kilka dni marzec. Łatwiej uwierzyć w to, że nowy miesiąc znów będzie obfitował w sporo ciekawych nowości. Przejrzałem, przeklikałem, wybrałem. Jeśli nie wiecie, co przeczytać, to polecam poniższe tytuły. Jeśli macie swoje typy, dopiszcie w komentarzu. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawcy lub księgarni, gdzie znajdziecie więcej informacji o danym tytule.
-
Fragment „Fejmu”, najnowszej książki Joanny Opiat-Bojarskiej
Jeszcze poprzedniego wieczoru Alex Skorupsky świętował premierę filmu, rano budzi się w zupełnie innej rzeczywistości. Jego dziewczyna Agnieszka zniknęła, a kamery zarejestrowały, jak jej samochód potrąca kobietę, z którą Skorupsky’ego łączyło coś więcej niż tylko służbowa relacja.
Jeśli Alex nie odnajdzie Agnieszki przed policją, jego budowana latami kariera będzie skończona. Tylko czy Alex jest równie krystaliczny, jak bohaterowie, których gra w filmach? I czy szuka zaginionej dziewczyny, aby ją ocalić? Czy może… chce ją uciszyć na zawsze? Książkę Joanny Opiat-Bojarskiej możecie zamówić tutaj.
Fragment książki „Fejm”:
Kawa. Tego potrzebował. Najbardziej na świecie. Głowa pękała mu jeszcze bardziej niż wtedy, gdy po mieszkaniu łaziła ta wstrętna baba. Włączył ekspres, ale nie czekał, aż się rozgrzeje. Pomaszerował do sypialni po komórkę. Nie znalazł jej ani na szafce nocnej, ani w łóżku. Wrócił do salonu. Ogarnął wzrokiem kanapę i stoliki. Przeszukał garnitur, który miał na sobie podczas wczorajszej imprezy.
To twoja wina!
Alex miał wrażenie, że już to słyszał. Przez alkoholową mgłę przebijała się skrzywiona twarz Agi, powtarzająca w kółko tę samą kwestię. Wysilał się, by dotrzeć do wspomnień, zobaczyć ciąg dalszy albo przynajmniej szerszy kontekst. Nie pamiętał, czy dołączyła do nich w klubie ani czy znowu się kłócili, ale skoro rano pomyślał, że obudził się przy obcej kobiecie, coś w tym musiało być.
Chciał zadzwonić do Agi. Zapytać, gdzie jest, i z jej głosu wywnioskować, jak wygląda obecny status ich związku. Nigdzie nie znalazł swojego telefonu. Zrezygnowany wrócił do kuchni. Nastawił dużą białą kawę. Gdyby miał na podstawie smaku, który czuł w ustach, odgadnąć, jak spędził wczorajszy wieczór, uznałby, że wylizywał podłogę w toalecie publicznej.
Ekspres zakończył pracę. Alex zabrał kubek pełen kawy, dodał do niego dwie łyżeczki cukru i usiadł przed komputerem. Aplikacja lokalizująca jego komórkę informowała, że telefon został odłączony od sieci o godzinie drugiej piętnaście w centrum miasta. To właśnie tam mieścił się klub, do którego wybrał się wczoraj z kumplami.
– Najwidoczniej się rozładował. – Zakończył poszukiwania.
Korzystając z tego, że siedzi przed ekranem, zajrzał na swoje social media. Pobieżnie przebiegł przez kilkadziesiąt powiadomień o oznaczeniach jego profilu w postach. Kliknął w parę z nich. Prześledził wpisy i komentarze. Ochy i achy po wczorajszej premierze rozlewały się po internecie.
Tak właśnie powinno być. Huczna premiera nie była zabawą, tylko głównym punktem z listy działań marketingowych. Bombą zrzuconą na kinomanów, by wywołać jak największą falę uderzeniową.
– „Ale ci zazdroszczę, że tam byłaś i że miałaś okazję porozmawiać z najprzystojniejszym aktorem na świecie” – przeczytał na głos jeden z komentarzy i się roześmiał.
Był spuchnięty, obolały i śmierdzący. Miał podkrążone oczy, a jego blond grzywka żyła własnym życiem, kładąc się na czoło i sprawiając wrażenie, jakby nosił na głowie beret. Daleko mu było do wczorajszego przystojniaka.
Po prysznicu poczuł się trochę lepiej. Dźwięk przychodzącego połączenia wideo przyciągnął go z powrotem do komputera.
– Halo?
– Czemu nie odbierasz komórki? Dzwonię do ciebie i dzwonię. Zajrzysz do mnie po castingu?
Weronika miała na sobie koszulę w panterkowy print i w ogóle nie patrzyła w kamerkę. Była u siebie w kuchni i albo robiła porządek w szafkach, albo próbowała coś ugotować.
– Po castingu? – powtórzył.
– Jak skończysz.
– A kiedy zaczynam?
– Weź, Alex, nawet tak nie żartuj. – Zbliżyła przerażoną twarz do kamery.
Spojrzał na zegar wiszący obok lodówki. Była jedenasta pięćdziesiąt.
– O której?
– O dwunastej.
– Faktycznie. Ale w piątek.
– Dziś jest piątek.
– Kurwa mać!
– Gdzie jesteś?
– W domu. – Poruszył laptopem, by pokazać wnętrze. – Walczę z kacem. Właśnie wyszedłem spod prysznica. Kompletnie mi uciekło, że to dziś.
– Ale tekst znasz?
– Teoretycznie… Uczyłem się, ale w tym stanie nawet nie jestem pewny, jak się nazywam.
– Alex Skorupsky przez igrek. Zbieraj dupę w troki. Umyj zęby, wlej w siebie jeszcze jedną kawę, włóż coś czystego. Masz dziesięć minut, by wyglądać na najprzystojniejszego faceta na świecie. Wysyłam po ciebie auto – zarządziła. – Będzie czekało pod klatką punkt dwunasta. Do studia dojedziesz w kwadrans. Fuck. Nie wiem, ile czasu zarezerwowali na przesłuchanie i czy po tobie kogoś mają. Dobra, nie panikujmy. Zatrzymam ich. Oddychaj głęboko i zbieraj się w tempie ekspresowym, a ja biegnę do studia. Zagadam reżysera. Ale! – Zawiesiła głos. – Jeśli nie pojawisz się tam do dwunastej piętnaście, osobiście wyrwę ci jaja!
**
Skrócił mycie zębów do czterdziestu sekund, ulubioną kawę zamienił na espresso i zrezygnował z przemyślanego wybierania ciuchów. Wciągnął na siebie żelazny zestaw: niebieskie dżinsy, granatową koszulę i białe adidasy. Buty sportowe dodawały mu pewności siebie, dżinsy – swobody, a koszula podkreślała kolor jego oczu.
Stanął przed drzwiami i zerknął na zegarek. Jedenasta pięćdziesiąt osiem. Mógł już wychodzić. Chociaż nie.
Cofnął się do salonu po portfel. Jakoś będzie musiał zapłacić za powrót do domu, a skoro nie ma komórki, nie skorzysta z płatności w aplikacji. Złapał też kartki, na których znajdował się tekst. Pomyślał, że w taksówce przebiegnie po nim wzrokiem, by odświeżyć sobie pamięć.
Gdy otworzył drzwi i zrobił krok na klatkę schodową, zauważył dwóch umundurowanych policjantów. Byli młodzi, trochę zagubieni i zdziwieni jego widokiem. Zupełnie, jakby szykowali się na spotkanie z nim, ale jeszcze nie byli gotowi.
– Pan Alex Skorupsky? – spytał jeden z nich.
– O co chodzi?
– Komenda Rejonowa Policji, aspirant Tęcza, możemy wejść?
W odpowiedzi Alex zamknął za sobą drzwi, przekręcił klucz w zamku i zrobił trzy kroki w stronę schodów. Policjanci stali ciągle w tym samym miejscu i wpatrywali się w niego.
– Spieszę się – wyjaśnił Alex.
– To ważne.
– Ważny to ja mam casting. Zacznie się za… – Spojrzał na zegarek. – No właśnie się zaczyna. Tak więc sami panowie rozumiecie. – Wszedł na schody.
– Chwileczkę.
– Panowie, ja naprawdę bardzo chętnie bym z wami porozmawiał. Rzadko przyjmuję u siebie policjantów, za to często ich grywam. No ale niestety, nie ma zmiłuj. Biegnę na dół, jeśli chcecie, możecie mi towarzyszyć.
Nie czekał na odpowiedź. Ruszył. Policjanci zrobili to samo.
– Pani Agnieszka Dzikowska została w pana mieszkaniu?
– Że co?
– Czy zastaliśmy panią Agnieszkę Dzikowską?
Alex zwolnił.
– Nie, dlaczego?
– A kiedy wróci?
– Skąd mam wiedzieć? – oburzył się.
– Mieszkacie razem.
– No co pan!
– Byliśmy u niej, ale jej współlokatorka powiedziała, że pani Dzikowska mieszka u pana.
– Bzdura. Czemu miałaby u mnie mieszkać?
– Bo jesteście parą.
Alex dotarł już do parteru. Przed drzwiami stała taksówka. Zatrzymał się, przebiegł wzrokiem po jednym z mężczyzn, żałując, że nie ma czasu na rozmowę. Tęcza jakoś nie pasował mu na policjanta. Zadawał pytania jak paparazzi. Przemknęło mu przez myśl, że wczoraj ktoś widział go z Agnieszką i dziś chciał potwierdzić szmatławe przypuszczenia.
– Parą? – Roześmiał się, okazując szczere zdziwienie. – Bzdura. – Ruszył do czekającej na niego taksówki.
– Proszę poczekać. Wiemy, że pan ją zna, musimy ją znaleźć. Wczoraj jej volkswagen beetle potrącił człowieka. Ofiara walczy o życie.
– Agnieszka…? – Stanął jak wryty. – Nic jej nie jest?
– Szukamy jej.
– A ofiara… – Chciał wyartykułować sensowne pytanie, ale spojrzał na zegarek. – Przepraszam, naprawdę muszę jechać. – Kiwnął dłonią, wsiadł do auta i zamknął za sobą drzwi.
Samochód ruszył, a kiedy wyjechali z Białego Kamienia na skrzyżowanie Boboli z Rakowiecką, Alex zakrył oczy dłońmi. Musiał pozbyć się obrazów, którymi zaczął bombardować go mózg. Obrzydliwa żółć na desce rozdzielczej. Cienka kierownica bardziej przypominała gamingową niż prawdziwą. Palec zmierzający do wyświetlacza. Nagłe szarpnięcie i ból w klatce piersiowej. Logo volkswagena.
Współpraca płatna z Wydawnictwem Agora.

-
Zapasowy, czyli „Ten drugi”. Fragment książki księcia Harrego
Niezależnie od przyczyn moja pamięć jest jaka jest, robi to, co robi, gromadzi i przechowuje to, co uważa za stosowne, i tyle samo prawdy jest w tym, co pamiętam i jak pamiętam, ile w tak zwanych obiektywnych faktach. Rzeczy takie jak chronologia czy przyczyna i skutek to często tylko baśnie, które opowiadamy sobie o przeszłości. „Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Kiedy nie tak dawno odkryłem ten cytat na BrainyQuote.com, poraził mnie on jak grom. Pomyślałem: kim, do kurzej maci, jest Faulkner? I w jaki sposób jest spokrewniony z nami, Windsorami?
A zatem: Balmoral. Kiedy zamknę oczy, widzę główne wejście, dzielone okna od frontu, szeroki portyk i trzy nakrapiane szaro-czarne granitowe schody prowadzące do masywnych drzwi wejściowych z dębu w kolorze whisky, często podparte przez ciężki kamień do curlingu i obsługiwane przez lokaja w czerwonej kurtce, a w środku – przestronny hol z białą kamienną podłogą i szarymi płytkami w kształcie gwiazd, ogromny kominek z piękną obudową z rzeźbionego ciemnego drewna, z boku wejście do czegoś w rodzaju pomieszczenia gospodarczego, a po lewej stronie, koło wysokich okien, uchwyty na wędki, laski spacerowe, gumowe wodery i ciężkie nieprzemakalne ubrania – masa nieprzemakalnych ubrań, bo lato, często mokre i zimne w całej Szkocji, było jeszcze bardziej dokuczliwe w tym zakątku godnym Syberii – a dalej jasnobrązowe drewniane drzwi prowadzące do korytarza ze szkarłatnym dywanem i ścianami wyłożonymi kremowymi tapetami ze wzorem ze złotego zamszu, wypukłym jak alfabet Braille’a, a jeszcze dalej liczne pokoje wzdłuż korytarza, każdy o określonym przeznaczeniu, jak siedzenie czy czytanie, oglądanie telewizji czy jedzenie podwieczorku, i jeden specjalny pokój dla paziów, z których wielu kochałem jak zbzikowanych wujków, i wreszcie główna komnata zamku, zbudowana w dziewiętnastym wieku, niemal dokładnie w miejscu wcześniejszego zamku datowanego na czternasty wiek, w odstępie kilku pokoleń od innego księcia Harry’ego, który został wygnany, a potem wrócił i zniszczył wszystko i wszystkich naokoło. Mój daleki krewny. Moja bratnia dusza, jak twierdzą niektórzy. A na pewno mój imiennik. Urodzonego 15 września 1984 roku, na chrzcie nazwano mnie: Henry Charles Albert David of Wales. Ale od samego początku wszyscy wołali na mnie Harry.
W samym środku tej głównej komnaty znajdowała się wielka klatka schodowa. Obszerna, widowiskowa, rzadko używana. Kiedy babcia udawała się do swojej sypialni na drugim piętrze, z pieskami corgi drepczącymi za nią krok w krok, wolała korzystać z windy. Pieski też.
Niedaleko windy babci, za szkarłatnymi dwuskrzydłowymi drzwiami i kawałkiem zielonej tartanowej podłogi, znajdowała się mała klatka schodowa z ciężką żelazną poręczą; prowadziła na drugie piętro, gdzie stał posąg królowej Wiktorii. Zawsze kłaniałem się jej, gdy przechodziłem.
„Wasza Królewska Mość!” Willy tak samo. Tak nam kazano, ale robiłbym to i bez nakazu. Byłem zafascynowany „babką Europy”, nie tylko dlatego, że babcia bardzo ją lubiła, a tata z początku chciał mnie nazwać imieniem jej męża (mama mu zabroniła). Ojciec Wiktorii, Edward, książę Kentu i Strathearn, był podobno sadystą, którego podniecał widok żołnierzy chłostanych batem, a jej ukochany mąż Albert zmarł na jej oczach. Do tego podczas swojego długiego, samotnego panowania przeżyła osiem zamachów na swoje życie, ośmiokrotnie do niej strzelało siedmiu różnych poddanych. Ani jedna kula nie trafiła w cel. Nic nie było w stanie powalić Wiktorii.
Za posągiem Wiktorii sprawy się komplikowały. Drzwi upodobniały się do siebie, pokoje nakładały. Łatwo było się zgubić. Gdy otworzyło się nie te drzwi co trzeba, można się było natknąć na tatę, któremu lokaj akurat pomaga się ubrać. Albo gorzej, na tatę stojącego na głowie. Ćwiczenia te, zalecone przez fizjoterapeutę, były jedynym skutecznym lekarstwem na ciągły ból szyi i pleców taty. Przeważnie na skutek zadawnionych kontuzji z gry w polo. Ćwiczył codziennie, w samych bokserkach, oparty o drzwi lub zwisając z drążka jak prawdziwy akrobata. Wystarczyło dotknąć klamki małym palcem, żeby usłyszeć jego błagania z drugiej strony drzwi:
– Nie! Nie! Nie otwieraj! Na Boga, proszę, nie otwieraj!
W Balmoral było pięćdziesiąt sypialni, z których jedną przeznaczono dla mnie i Willy’ego. Dorośli nazywali ją pokojem dziecinnym. Willy zajmował większą jej część, z podwójnym łóżkiem, sporą umywalką, szafką z lustrzanymi drzwiami, pięknym oknem z widokiem na dziedziniec z fontanną i brązowym posągiem łani. Moja część pokoju była znacznie mniejsza, z mniejszą ilością wygód. Nigdy nie pytałem, dlaczego. Nie dbałem o to. Ale też nie musiałem pytać. O dwa lata starszy Willy był Następcą, a ja – Zastępcą.
Nie chodziło tylko o to, że tak nazywały nas tabloidy – choć z całą pewnością to robiły. To był również skrót, którego często używali tata, mama i dziadek. A nawet babcia. Następca i Zastępca – nie łączyło się to z żadnym osądem, ale też nie pozostawiało wątpliwości. Byłem cieniem, podpórką, planem B. Zostałem sprowadzony na świat na wypadek, gdyby Willy’emu coś się stało. Moim zadaniem było zapewnić wsparcie, odwrócić uwagę, przyjąć na siebie cios, a w razie potrzeby – dostarczyć części zamiennych. Może nerki. Krwi. Odrobiny szpiku kostnego. Wszystko to dokładnie wyjaśniono mi na początku drogi przez życie i metodycznie rozwijano później. W wieku dwudziestu lat po raz pierwszy usłyszałem o tym, co tata rzekomo powiedział do mamy w dniu moich narodzin:
– Cudownie! Dałaś mi Następcę i Zastępcę. Moja praca jest skończona.
Żart. Zapewne. Z drugiej strony kilka minut po wygłoszeniu tej perły dowcipu tata podobno poszedł spotkać się ze swoją kochanką. No i tak. Czasem najczystszą prawdę mówi się w żartach.
Nie bolało mnie to. Co to, to nie. Sukcesja była jak pogoda albo ruchy planet, albo kolejność pór roku. Po co się przejmować rzeczami tak niezmiennymi? Po co brać do siebie los wyryty w kamieniu? Bycie Windsorem wiązało się z rozpoznaniem, które z prawd miały ponadczasowy charakter, a następnie usunięciem ich z pola uwagi. Z uwewnętrznieniem podstawowych parametrów własnej tożsamości, instynktowna wiedza o tym, kim się jest, co zawsze wynikało z tego, kim się nie jest.
Nie byłem babcią.
Nie byłem tatą.
Nie byłem Willym.
Byłem trzeci w kolejności dziedziczenia, za nimi.
Każdy chłopiec i każda dziewczynka, przynajmniej raz w życiu, wyobrażają sobie, że są księciem czy księżniczką. Dlatego też, Zastępca czy nie, nie było tak źle faktycznie być księciem. Więcej – z przekonaniem wspierać tych, których się kochało. Czyż nie na tym polega honor? Miłość? Jak w kłanianiu się Wiktorii, kiedy się przechodziło?



















