Kategoria: Aktualności

  • Po które tytuły z kosza kwietniowych premier sięgnąć?

    Sporo, sporo! Kwietniowe premiery zapowiadają się bardzo smacznie, więc będzie w czym wybierać. Chyba każda miłośniczka i miłośnik czytania znajdzie swój ulubiony gatunek. Przejrzałem strony wydawców i wydawczyń, przeklikałem, pomyślałem, powydziwiałem i jest. Lista moich kwietniowych polecajek. Może się Państwu przyda, może do czegoś zachęci. Gdy klikniecie w okładki, przeniesiecie się na strony, gdzie przeczytacie więcej o interesujących Was tytułach. Smacznego!

  • Kolekcjonował płyty Beethovena, grał w szachy z zamkniętymi oczami. Został bossem narkobiznesu

    Są chwile, kiedy w imię dobrego kadru do nagrania trzeba przeskoczyć przez płot, ale niczego nie zniszczyliśmy, co złego, to nie my! Podobną narrację zdaje się mieć Ryszard J. – główny bohater książki Grzegorza Walczaka „Profesor. Jak genialny chemik z Kielc stał się bossem narkobiznesu”. Co złego, to nie on, wszystko robił przecież legalnie. Jego kariera rozpoczęła się od odzyskiwania srebra ze zezłomowanych blach. Jak od złomu doszedł do narkotyków? Przeczytajcie książkę, bo jest to historia niesamowita oraz nieprawdopodobna – tak, moje ulubione słowa! Ponadprzeciętnie inteligentny, niepozorny człowiek, stworzył machinę, która mogłaby być inspiracją do nakręcenia „Breaking bad” – gdyby nie fakt, że serial już istnieje. Poznajcie człowieka, który do wytwarzania narkotyków nigdy się nie przyznał, a jednak został bossem narkobiznesu. 

    Zobaczcie rozmowę z Grzegorzem Walczakiem – dziennikarzem, który wykonał kawał pracy, której efektem jest książka o Profesorze.

    Materiał powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem SQN.

     

     

  • Kobiety w służbie III Rzeszy. Rozmowa z Markiem Łuszczyną, autorem książki „Złe”

    Zło może wyglądać ślicznie. To pierwsze zdanie książki Marka Łuszczyny „Złe. Kobiety w służbie III Rzeszy. Historie prawdziwe”. Często były morderczyniami zza biurka, a po wojnie unikały odpowiedzialności. Można mieć wrażenie, że pomagał im w tym wymiar sprawiedliwości, który tak przeciągał procesy, żeby sprawę załatwiła biologia, a nie wyrok sądu.

    Hermine Braunstainer, która była nadzorczynią w obozie na Majdanku, gdzie rozgniatała kobietom obcasem głowy na żwirze została skazana na 3 lata więzienia. I to za coś zupełnie innego, bo za swoją „działalność” w obozie Ravensbruck.

    Marek Łuszczyna opisuje historie kobiet, które podporządkowały się mężczyznom, pisze też o przypadkach, bo gdyby nie spotkanie Szymona Wisenthala z dwoma kobietami w restauracji, sprawy Braunstainer mogłoby w ogóle nie być. Gdyby nie teczki wyłowione z rzeki, to o Madame Lebensborn, innej opisywanej w książce kobiecie, być może byśmy nie usłyszeli. W książce znajdziecie też tragiczną historię Brunona Schulza, a także wiele innych, wstrząsających opowieści.

    Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont.

     

  • Sprzedawca ryb, literatura w Biedronce i książka Dawida Podsiadły. Rozmowa z Radkiem Kotarskim

    Ponarzekaliśmy na branżę, ustaliliśmy, co sprzedaje książki, a także wywróżyliśmy, w ilu egzemplarzach sprzedałaby się książką Dawida Podsiadły. Gdyby powstała. W rozmowie pojawia się też sprzedawca ryb, telewizja śniadaniowa, sztuczna inteligencja i autentyczność. Są też zasięgi, patologie, jest handlowanie samym sobą. Dowiecie się, ile książek o gramatyce języka angielskiego sprzedała Arlena Witt i jaka liczba jest w wydawnictwie Altenberg traktowana jako porażka. Rozmawiamy więc o świecie literatury, zaglądamy do skarbca, ale też do kuchni. Gościem marcowego „Cyklu bez nazwy” jest Radek Kotarski.

    Dziękuję Szkole Głównej Handlowej za udostępnienie przestrzeni do nagrania.

  • Oświadczenie PLL LOT w sprawie Martina Caparrosa

    Jest odpowiedź polskiego przewoźnika w sprawie wczorajszego incydentu na lotnisku w Madrycie, gdzie Martin Caprros nie został wpuszczony do samolotu lecącego do Warszawy. Więcej o całej sytuacji przeczytacie tutajPoniżej zamieszczam wiadomość, którą dostałem z biura prasowego PLL LOT w odpowiedzi na zadane pytania.

    Szanowny Panie, 

    na wstępie chcielibyśmy podkreślić, że jest nam bardzo nam przykro z powodu zaistniałej sytuacji. 

    Jesteśmy doświadczonym przewoźnikiem osób z niepełnosprawnościami, który rocznie przewozi blisko 30 tysięcy osób poruszających się na wózkach inwalidzkich.

    Zapewnienie komfortowej podróży naszym pasażerom, a także utrzymanie wysokich standardów dotyczących obsługi osób z niepełnosprawnościami pozostaje dla nas kwestią priorytetową. W tym przypadku błąd leżał po stronie agenta, który niewłaściwie zinterpretował pojemność akumulatora jako niekwalifikujący się do przewozu. 

    Po otrzymaniu informacji o zaistniałym zdarzeniu niezwłocznie podjęliśmy wszelkie możliwe środki, by wyjaśnić tę sytuację. Następnie skontaktowaliśmy się z Pasażerem, by znaleźć alternatywne połączenie – naszą propozycją był rejs innego przewoźnika w klasie biznes. Pasażer nie zaakceptował tej opcji, więc zaproponowaliśmy mu bezpłatny przelot na wybranej trasie europejskiej z naszej siatki połączeń oraz asystę na Lotnisku Chopina w Warszawie.

    Jeszcze raz przepraszamy za niedogodności. 

     

  • Martina Caparrosa nie wpuszczono do samolotu w Madrycie!

    Dziś miał wygłosić wykład w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Miał, bo nie dotarł do Warszawy. Jak czytamy w oświadczeniu Muzeum „Pan Caparrós nie dotarł do Polski w wyniku nieprofesjonalnego zachowania osób obsługujących lot z Madrytu. Jesteśmy w trakcie ustalania przebiegu zdarzeń, które doprowadziły do tego, że nasz Gość poruszający się na wózku inwalidzkim, mając ważny bilet, po zgłoszeniu wszystkich wymaganych parametrów wózka, będąc już po odprawie na lotnisku, nie został ostatecznie wpuszczony na pokład samolotu do Warszawy”. Wykład odbędzie się więc w formule online. 

    Jestem na etapie ustalania stanowiska przewoźnika. Tekst będzie aktualizowany.

    PLL LOT odpowiedział na moje pytania dotyczące wczorajszej sytuacji, poniżej oświadczenie polskiego przewoźnika.

    Szanowny Panie, 

    na wstępie chcielibyśmy podkreślić, że jest nam bardzo nam przykro z powodu zaistniałej sytuacji.

    Jesteśmy doświadczonym przewoźnikiem osób z niepełnosprawnościami, który rocznie przewozi blisko 30 tysięcy osób poruszających się na wózkach inwalidzkich.

    Zapewnienie komfortowej podróży naszym pasażerom, a także utrzymanie wysokich standardów dotyczących obsługi osób z niepełnosprawnościami pozostaje dla nas kwestią priorytetową. W tym przypadku błąd leżał po stronie agenta, który niewłaściwie zinterpretował pojemność akumulatora jako niekwalifikujący się do przewozu. 

    Po otrzymaniu informacji o zaistniałym zdarzeniu niezwłocznie podjęliśmy wszelkie możliwe środki, by wyjaśnić tę sytuację. Następnie skontaktowaliśmy się z Pasażerem, by znaleźć alternatywne połączenie – naszą propozycją był rejs innego przewoźnika w klasie biznes. Pasażer nie zaakceptował tej opcji, więc zaproponowaliśmy mu bezpłatny przelot na wybranej trasie europejskiej z naszej siatki połączeń oraz asystę na Lotnisku Chopina w Warszawie.

    Jeszcze raz przepraszamy za niedogodności.

    Jest też stanowisko Wydawnictwa Literackiego. Finalnie Caparrosa nie będzie ani dziś w Warszawie, ani jutro w Krakowie. 

     

  • Przedpremierowy fragment „Martwego klifu” Jędrzeja Pasierskiego

    Do książek Jędrzeja Pasierskiego specjalnie przekonywać mnie nie trzeba, bo uważam go za dobrego pisarza. Jednak na „Martwy klif” czekam szczególnie, bo miejsce akcji, czyli brzegi Karsiboru, Świnoujście i wyspę Wolin znam, ze względów rodzinnych, dość dobrze. Na razie musi wystarczyć mnie i Państwu fragment, bo premiera na początku kwietnia. Poniżej przedsmak.

    W końcu to dostrzegł. Coś bardzo białego, kołyszącego się delikatnie na wodzie, jakby przytrzymywanego przez sitowie. Ciało.
    – Stop – powiedział. – Proszę mnie przepuścić. Mijając Rogoszę, Kacperski usłyszał, jak stary odetchnął z ulgą. Jego rola odkrywcy już się skończyła. Gdyby nie znalazł tego ciała, nie ma gwarancji, że kiedykolwiek by je odkryto. O tej porze roku nie było turystów. Powracały już powoli ptaki z rezerwatu po stronie Karsiboru, wśród nich i te drapieżne. Niewątpliwie nadmorska policja stała się dłużnikiem starego rybaka.
    Denat był wysoki. Jego długie nogi zaplątały się w sitowie, jakby kępa walczyła o swoje i sama chciała zagarnąć ciało. Przydługie siwe włosy unosiły się na wodzie. Kacperski się nachylił. W okolicach żeber mężczyzna miał głęboką ranę. Ten człowiek był za lekko ubrany jak na połowę marca. Miał na sobie tylko spodnie i podartą, zakrwawioną koszulę. Zsiniałe stopy wystawały z nogawek. Umarłby przez hipotermię; zwłaszcza że wydawał się bardzo stary.


    Kacperski nagle się zachwiał. – Ostrożnie – rzekł Rogosza za jego plecami. – Tu jest grząsko, muliście i może wciągnąć.
    Odruchowo sprawdzając słowa starego, poruszył butem. Nogi utknęły mu solidnie w mule. Wyrwał je z trudem. Z kieszeni wyjął lateksowe rękawiczki i zbliżył się do ciała.
    Kiedy ten człowiek zmarł? Jeszcze relatywnie mało cech rozkładu. A jeśli ciało wydawało jakąś woń, to zapach traw, mułu, a także wiatr skutecznie ją zabijały. Stary człowiek. Kolejne ciało, jakby wyspa Wolin i zalew robiły tu swoje porządki.
    Na twarzy zmarłego malował się spokój. Kacperski sięgnął do koszuli denata, tam gdzie Rogosza już zaglądał. Policji w Świnoujściu rybak powiedział, że chciał sprawdzić, kim jest zmarły człowiek. Gdyby coś ukradł, toby się nie przyznawał, prawda? Myśli przepływały przez głowę Kacperskiego z dużą szybkością, jakby napędzał je dodatkowo wiatr znad zalewu.


    Chwilę szperał i w końcu dotknął małego przemokniętego przedmiotu.
    Portfel. Szkoda, że stary zostawił ślady, i to być może na całym ciele. Można je wykluczyć, ale to dodatkowa komplikacja. Dlaczego morderca akurat tutaj przywiózł ofiarę? Kacperski jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Morze traw, a pora roku nieprzychylna. Przystanie kajakowe, żeglarskie świeciły pustkami. A mimo to z pewnością pojawiali się amatorzy, nieustraszeni kajakarze, no i rybacy, jak Adam Rogosza…
    Może morderca po prostu potrzebował czasu?
    Czuł na plecach spojrzenia pozostałych. Ostrożnie wyjął z portfela przedmioty i kartę kredytową do banku, prawo jazdy oraz jakąś legitymację parkingową i bon do supermarketu. A przede wszystkim dowód osobisty.
    Michał Góralski.
    Chwilę obracał je w dłoni.
    Następnie odwrócił się i kiwnął głową.
    – Sprawdź wszystkie numery z dowodu – polecił funkcjonariuszowi z Kamienia. – Nazwisko nie jest bardzo rzadkie. Wciąż mogło dojść do pomyłki, prawda?
    Tamten pokiwał głową, choć bez przekonania. Nie doszło; wszyscy o tym wiedzieli, choć Kacperski miał nadzieję, że to nie to. Myśli zaczęły krążyć mu pod czaszką jak rój much. Do buta wlało mu się trochę wody, była lodowata. Zaczynał marznąć.
    Czekali na jego znak. Przepuścił więc fotografa i techników. Mewy latały wokół nich zaniepokojone: skąd wzięło się to nagłe zbiorowisko na tym zgoła bezludnym terenie? Piszczały i wydawały z siebie odgłosy oburzenia. Świat tutaj nie należał do ludzi.
    – Podkomisarzu?
    – Tak? – ocknął się Kacperski.
    – Mam potwierdzenie. Krótka cisza, zwiastująca najgorsze.
    – To jest ten człowiek.
    – Więc już trzeci – powiedział Kacperski.
    – Zgadza się, podkomisarzu.
    – To już trzeci z nich – powtórzył mechanicznie.
    Fotograf robił zdjęcia, technicy zbierali odciski i badali ślady. Jeśli cokolwiek tu się zachowało. Policjanci ze Świnoujścia, teraz trochę bez zajęcia, kierowali na niego spojrzenia. Tak jakby znienacka miał udzielić im odpowiedzi. Wiedział i rozumiał tyle samo co pozostali. Czyli nic.
    Spojrzał na drugą, wschodnią stronę zalewu, tam gdzie rozciągał się Woliński Park Narodowy. I choć wysoka kępa traw przesłaniała mu widok, pomyślał o miejscu, które było po drugiej stronie wody.

    Nina Warwiłow zanurzyła stopy w chłodnym jeziorze. Ciało zaprotestowało, ale szybko ogarnęła ją przyjemna błogość. Po rundce dookoła zbiornika woda wcale nie wydawała się taka zimna. Nina prawie nie czuła, że to połowa marca i że droga tutaj, na Pojezierze Lubuskie, już zdążyła ją wykończyć. A nawet nie były z Milą blisko celu. Być może chciała tu zostać, nie jechać dalej. I żeby wiecznie była szósta rano w tym przejściowym czasie między zimą a wiosną. Gdzieś pod niemiecką granicą, skąd prawie mogłaby dostrzec górującą nad światem sylwetkę Chrystusa ze Świebodzina.
    Rozpędzała się ostatnio. Dwa, trzy, pięć kilometrów. Wyszła z wody, już nie było jej tak gorąco. Rozejrzała się. Malowniczy Łagów spał. Był położony na czymś w rodzaju grobli między dwoma jeziorami i Nina miała wrażenie, że chłód ciągnie od obu naraz. Zimno stawało się dokuczliwe.
    Spojrzała na garmina, kosztowny zegarek, który sprawiła sobie w  prezencie na czterdzieste urodziny. Była czterdziestoletnią policjantką, matką niespełna czteroletniej dziewczynki. Wkraczała w wiek średni. Może powinna rozbudować profil w mediach społecznościowych i pokazywać, jak świetnie się trzyma. Chociaż w sprawach kobiecych ciało dawało jej znać, że nie jest młódką, fizycznie czuła się lepiej niż przedtem. Minęły migreny, które nękały ją regularnie w poprzednich latach. Skończyły się uciążliwe przeziębienia. Nie miała na nie ostatnio czasu: praca i praca, w przerwach czas dla dziecka. Bez dramatów, bez komplikacji i bez mężczyzn – przynajmniej przez ostatnie dwa i pół miesiąca.
    Odczuwała lekki niepokój przed tym, co było celem jej podróży. A przecież jechała na wakacje, a przynajmniej na coś, co miało pełnić z grubsza funkcję urlopu. Wstała i otrzepała się z czystego piasku. Chłodna plaża była kompletnie pusta i dzika. Minie jeszcze parę miesięcy, zanim zaczną ją oblegać tłumy. Słońce ledwo się rozgościło nad wodą, rozświetlając jezioro. Z żalem opuściła to miejsce.
    Godzinę później zjadły z Milą lekkie śniadanie złożone z owsianki (czysta dla Mili, z miodem i bakaliami dla niej). Następnie zapakowały się do pękającej już w szwach mazdy, w której niebezpiecznie mnożyły się książeczki w twardych okładkach, i ruszyły.
    Jej poranny prawie mistyczny nastrój oznaczał dobre złego początki. Zadbała o śniadanie, ale nie o lunch, a Mila, ciesząca się doskonałym apetytem, szybko zrobiła się głodna. Chwilę później, w kafejce na stacji benzynowej Lotosu, znalazły się w przedsionku piekła. Nawet w marcowy dzień stacja była oblężona. Skąd ci wszyscy ludzie się brali? Jechali tam, gdzie one? Podejrzenie absurdalne, a jednak bezsprzecznie tu były tłumy i wcale nie chciały rzednąć.
    Mila trzymała ją mocno za rękę, jakby ją również przestraszył ten ścisk. Obie odwykły od tego, żyjąc w dzikich ostępach Beskidu Niskiego, najbardziej pustego miejsca w Polsce. Udało im się w końcu zamówić i zjeść suchy wegański kotlet i całkiem dobre frytki. Właśnie: w kafejce serwowano bogatą ofertę wege, przy stolikach były kabelki do ładowania iPhone’ów, a na drodze minęły ją elektryczne tesle. Czuła się jak Rip Van Winkle. Przez ostatnie pół roku, które spędziły w Beskidzie Niskim – gdzie świat jesienią i zimą zamierał – dokonały się duże zmiany.

    Jędrzej Pasierski, fot. Łukasz Giza


    Ruszyły i Mila wkrótce zasnęła. Gadająca zabawka, nazywana przez nie obie „komputerem” – aby mała nie zabierała się do tego prawdziwego – smętnie zwisała jej z paluszków. Plastikowe kartki coś jeszcze nawijały po angielsku („this is elephant, this is giraffe”); tak jakby Mila naprawdę mogła się w ten sposób nauczyć. Przez sen, jak ci maturzyści kładący podręczniki pod poduszkę. Spała jak zabita. A może również denerwowała się tym, co miało nastąpić.
    Jechały jeszcze parę godzin drogą S3, aż w końcu odsłoniła się przed nimi oszałamiająca perspektywa miasta Wolin, rozciągającego się za mostem oddzielającym wyspę od stałego lądu. Nina widziała czerwone dachówki i dużo wody; położenie „wartownika” – strażnika wyspy – było spektakularne. Znajdowały się już blisko celu, a mała dalej spała. Miks szumu autostrady, ględzącego „komputera”, ballad starej-nowej Nory Jones oraz Dawida Podsiadły wystarczył, żeby trzymać ją w uśpieniu.
    I wilk syty, i owca cała; lepsze to niż słuchowiska o Muminkach. Dobra muzyka, przy której w dodatku Mila od razu zasypiała – choć i tak Nina upewniła się, patrząc w lusterko, czy mała rzeczywiście śpi. Była jak każda matka w erze smartfonów. W pracy oglądała zdjęcia Mili i teraz też nie mogła się oprzeć pokusie, żeby na nią ciągle spoglądać. Na kędziorki, długie i gęste, opadające na równie długie rzęsy. Ta dziewczyna zawróci chłopcom w głowie prędzej niż później. Będzie miała swoje nastoletnie życie i nie było nikogo, kto mógłby wspomóc Ninę w trudnych decyzjach.
    Była tylko ona, w roli ojca i matki.

    Zasłuchała się w rzewne melodie – co teraz porabiała Jones? – i w ostatnim momencie zorientowała się, że nawigacja od dłuższego czasu awanturuje się o skręt. Zrobiła to zbyt gwałtownie i spojrzała w lusterko. Mila nie przebudziła się, choć niepokojąco się skrzywiła. Wyglądała teraz jak jeździec bez głowy. Czy Nina miała się zatrzymać? Jedna z setek sytuacji, kiedy zadawała sobie pytanie, jak powinien zachować się odpowiedzialny rodzic. Tak jakby sama nigdy nie spała ze spuszczoną głową. Nawigacja pokazywała jeszcze około piętnastu minut i sensowniej było pozwolić małej pospać, bo z pewnością czekały ją jeszcze emocje.

  • Juliusz Verne, „Gra o tron”, hot dog Clintona, zorza polarna, czyli wyprawa na Islandię!

    Minus dwanaście stopni, silny wiatr, sporo śniegu, do tego zorza polarna. Taka była Islandia, gdy wybrałem się tam śladami „Podróży do wnętrza Ziemi”. Juliusz Verne postanowił, że jego bohaterowie wejdą do tytułowego wnętrza właśnie w tym zakątku świata, więc trzeba było wszystko zobaczyć na własne oczy. Jednak samemu niewiele bym zdziałał, bo tak naprawdę to Piotrek Mikołajczak z icestory.pl był moim przewodnikiem i mentorem, dzielił się wiedzą i opowieściami. Sam pewnie nigdy bym do miejsca akcji nie dotarł, więc Piotrze, ogromne podziękowania. W materiale pojawia się też góra, która wystąpiła w „Grze o tron”, hot dog Billa Clintona (tylko z musztardą!) oraz zorza polarna, która warta jest znoszenia każdych warunków pogodowych.

    Jeśli chcecie poznać Islandię inną niż w przewodnikach, to przeczytajcie koniecznie książkę Piotrka Mikołajczaka i Bereniki Lenard „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”. Jedno z takich opuszczonych miejsc pojawia się materiale i robi wrażenie! 

    Materiał powstał m.in. dzięki Patronkom i Patronom smaku, którzy dzielnie mnie wspierają w podboju literackiego świata. Jeśli chcesz dołączyć do tego grona, wystarczy kliknąć tutaj.

    Do zobaczenia na szlaku!

  • Przedpremierowy fragment „Sąsiednich kolorów” Jakuba Małeckiego

    Premiera „Sąsiednich kolorów” Jakuba Małeckiego już 26 kwietnia, ale już dziś możecie przeczytać fragment powieści. Oczywiście książkę można też zamówić klikając tutaj lub w okładkę, Państwo sobie sami wybiorą gdzie. Miłej lektury, fragment poniżej.

     

    Przywieźli ją przed południem. Najpierw rozejrzeli się oboje, a potem mężczyzna zszedł z wozu i otrzepał spodnie z czegoś, czego na nich nie było. Wydawał się znajomy. W rozmowie konkretny, pełen mądrych słów, którymi potrząsał i świecił – jeden z takich. Mówił o szczegółach, tak jakby wiedział, że trzeba o czymś porozmawiać przed załatwieniem sprawy, żeby nie wyglądało, że nie ma serca we właściwym miejscu. Weszli we troje do zakładu, w zapach i pył, gdzie rosły pod sufit bloki desek. Sosna, buk, jesion, mężczyźnie było wszystko jedno. Kiedy w końcu uzgodnili, co trzeba, Krystian zadał pytanie, które zadawał każdemu klientowi. – To chyba nie powinno… – odezwała się dziewczyna. Miała owalną twarz i wyglądała jak ukryta pod cienką warstwą siebie, jakby trzeba było ją lekko zheblować po wierzchu, żeby się przekonać, jak wygląda naprawdę. Jej ojciec drgnął. – Płuca – powiedział powoli, w jego ustach każde słowo było ciężkie, dojrzałe. – To były płuca. Uśmiechnął się na pożegnanie i ruszył w stronę wozu, ciągnąc za sobą szeroki cień. Słońce wymieszane z chmurami wisiało tuż nad Kołem, aż chciałoby się je na chwilę nakryć mokrą szmatą. Za bramą, po Toruńskiej, wałęsał się pies. Wróble rozrabiały w krzakach. Krystian był przekonany, że kobieta, o której mówił klient, leży na tym wozie, że gdyby tam podszedł i stanął na palcach, zobaczyłby jej sylwetkę, ubranie i wyraz twarzy, z którym się stała zupełna. Miał chęć zapytać o jej nazwisko, to zawsze ładniej wyglądało w zeszycie, ale mężczyzna nie wyglądał, jakby życzył sobie, by go w tej chwili niepokoić.

    Szli tak powoli w upale, aż w końcu dziewczyna, nie odwracając się, chwyciła Krystiana za rękę mocnymi, cienkimi palcami. – Proszę mu nie wierzyć. Moja matka umarła z tęsknoty.