Kategoria: Aktualności

  • Syndrom sztokholmski (odc. 3). Pamiątki z wakacji. Zaprasza Rafał Chojnacki

    Ludzie przywożą z wakacji różne rzeczy. Obecnie rzadko kontroluje się auta przemieszczające się w Strefie Schengen. Jednak kiedy już tak się dzieje, samochód wypchany skandynawskimi książkami zawsze wzbudza sensację. Największym zdziwieniem wykazał się norweski pogranicznik, który kilka lat temu zatrzymał nas do kontroli. Samochód na polskich numerach rejestracyjnych, wwożący do Norwegii szwedzkie kryminały…

    Wakacyjne zdobycze

    Coroczne szwedzkie wakacje to dla nas zawsze okres wzmożonych zakupów książkowych. Przywozimy z żoną zwykle bagażnik wypchany książkami. Walizki z ubraniami jadą na tylnych siedzeniach samochodu. Nie inaczej było i w tym roku.

    Nie żebyśmy nie kupowali książek również w ciągu roku, jednak szwedzkie zakupy cechuje wyjątkowa intensywność. W końcu na kolejne takie okazje czekać będziemy cały rok. Dla żony, która wykłada szwedzki na jednej z pomorskich uczelni, stały kontakt ze tą literaturą jest bezcenny. A jako że oboje zajmujemy się naukowo i hobbystycznie skandynawskim kryminałami, zwykle to właśnie one stanowią największą część naszych wakacyjnych zdobyczy. Nie inaczej było i w tym roku.

    Pisząc powyżej o okazjach, mam na myśli sposób, w jaki kupujemy większość książek. Oczywiście zdarza nam się czasem iść do zwykłej księgarni i dokonać zaplanowanego wcześniej zakupu, jednak wysokie ceny szwedzkich książek nie zachęcaj do takich fanaberii. Jeżeli za nową książkę w sieciówce trzeba zapłacić ponad 200 koron (ok. 90 złotych), a przywozi się ich do Polski nawet kilkaset, to trzeba poszukać innego rozwiązania. Dlatego prawdziwym błogosławieństwem są dla nas second handy, prowadzone przez organizacje charytatywne. Niekiedy można tam kupić książki za mniej niż 10% ceny z najtańszej księgarni. Nie inaczej było i w tym roku.

    Przyjechaliśmy z bagażnikiem wypełnionym książkami, które teraz trzeba spisać i poukładać. Jednak większą zagadką jest dla mnie teraz sposób, w jaki powinienem podejść do przedstawienia w tym tekście niektórych spośród nowych tytułów. Można by napisać o książkach znanych nam pisarzy, o których nie wspomniałem w tekście zapowiadającym letnie premiery w Skandynawii. Można by też pójść w przeciwną stronę, skupiając się na takich pisarzach, których dzieła jeszcze do Polski nie dotarły. Można by też napisać o starszych tytułach, których zakup dał nam sporo radości. Albo o kompletnych niespodziankach, bo i takich nie brakowało. Myślę jednak, że choć każdy z tych tematów mógłby być osobnym materiałem na artykuł, w gruncie rzeczy byłoby to trochę nudne. Dlatego też znajdzie się tu miejsce na niemal każdy z tych wątków. Może z wyjątkiem staroci, których byłoby po prostu za dużo.

    Starzy znajomi wracają

    Wśród znanych w Polsce autorów warto wspomnieć o Mariette Lindstein. Szwedzka specjalistka od sekt, która sama ma w CV pracę dla jednaj z największych takich organizacji na świecie, wraca do swojej najbardziej popularnej serii. Zapoczątkowana przed laty Sektą z Wyspy Mgieł opowieść o charyzmatycznym Franzu Oswaldzie i jego ruchu Via Terra, ma swoją kontynuację w powieści Bortom Dimön (Poza Wyspą Mgieł). Bohaterka serii, Julia, ponownie daje się wplątać w historię związaną z Wyspą, na dodatek tym razem okazuje się, że trzeba będzie rozwiązać zagadkę z przeszłości, która może przy okazji wyjaśnić tajemnicę psychopatycznej osobowości Oswalda.

    fot: Rafał Chojnacki

    Peter Stjernström nie jest w Polsce postrzegany jako autor z okolic powieści kryminalnej. Tymczasem wydana przed kilku laty książka Chłopiec motyl to mocny skandynawski thriller. Jego nowa powieść zatytułowana jest Sjösprång (Morski skok) i kontynuuje wątki z ubiegłorocznej Blodmål (Miara krwi), w której pojawiła się postać mieszkającej na Gotlandii Walli Hammar. Nowa seria łączy w formie wątki detektywistyczne, z klimatami grozy, podobnymi do tych z twórczości Johana Theorina. Ten ostatni też z resztą powrócił ostatnio do kryminału, od którego odszedł na chwilę, by pisać młodzieżowe fantasy, oparte na skandynawskich legendach. Jego Benvittring (Wietrzenie kości) to ponownie olandzkie klimaty, a na kartach powieści spotkamy też starego rybaka Gerlofa, znanego z poprzednich tomów.

    Kolejne znane nazwisko, a właściwie pseudonim, to Erik Axl Sund. Autorzy, ukrywający się po tą marką, znani głównie z trylogii Oblicza Victorii Bergman. Ich nowa powieść zatytułowana jest Otid i pojawia się w niej znana z trylogii policjantka Jeanette Kihlberg. Zapowiada się zatem lektura sięgająca do mrocznych zakamarków ludzkiej psychiki. Zdaniem recenzentki „Dagens Nyheter” to jeden z najlepszych kryminałów tego roku.

    Nowy thriller Joakima Zandera krąży wokół tematu ekstremizmu, co wydaje się być w Szwecji coraz większym problemem. Akcja powieści Ett ärligt liv (Uczciwe życie) rozgrywa się w Malmö, gdzie młody adept sztuki prawniczej daje się wciągnąć nie tylko w romans, ale również w skomplikowaną intrygę, która pokaże mu jak wygląda życie poza prawem.

    Joakim Zander

    Karin Wahlberg, po kilku powieściach obyczajowych, wróciła do swojego głównego kryminalnego cyklu, którego bohaterem jest komisarz Claes Claesson. Powieść nosi tytuł En god man (Dobry człowiek) i jest klasycznym dla jej stylu kryminałem, którego akcja toczy się wokół zabójstwa znanego pediatry, mieszkającego w okolicach uniwersyteckiego Lundu.

    Największym zaskoczeniem wśród starych znajomych była dla mnie nowa powieść Lizy Marklund. Oczywiście wiedziałem, że Krąg polarny otwiera nowy cykl, ale nie sądziłem, że tak szybko doczekamy się drugiego tomu. Kallmyren (Zimne bagna) to kryminalny thriller, którego akcja toczy się głównie w mroźnym Norrlandzie. Szef policji z miasteczka Stenträsk otrzymuje tam tajemniczą informację, która wydaje się mieć związek z jego zaginioną przed 30 laty żoną. Jednak forma tej wiadomości sprawia, że policjant zaczyna martwić się o swoją nową rodzinę.

    Wśród pisarzy, których można było znaleźć na półkach z nowościami, pojawili się również Christian Unge (z nowym medycznym kryminałem Det första skottet, det sista steget), Viveca Sten(Dalskuggan to drugi tom jej nowej serii, która dla odmiany rozgrywa się pod norweską granicą), Emilie Schepp (Björnen sover to siódmy tom serii o Janie Berzelius) i Jens Lapidus (powieść Paradis City to naładowana akcją opowieść, której akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w opanowanej przez gangi Szwecji, w której naprawdę istnieją strefy no-go). Wszystkie te książki nie są jednak aż tak świeżymi premierami, dlatego musiały ustąpić miejsca innym.

    Znani nieznani

    Druga kategoria, do której warto sięgnąć, opowiadając o szwedzkich nowościach, to dzieła pisarzy, których książki nie są w Polsce znane, a w Szwecji cieszą się sporą popularnością. Czasem jest to zrozumiałe, innym razem bardzo trudno to umotywować. Chyba tylko wielkość skandynawskiej sceny pisarzy kryminalnych tłumaczy, dlaczego niektórzy z nich nie trafiają na nasze półki w Polsce.

    Na pierwszy ogień musi pójść Jan Mårtenson. To jedyny żyjący klasyk szwedzkiej powieści kryminalnej. Zadebiutował w 1973 roku powieścią Helgeandsmordet, od tego czasu co roku wydaje kolejną książkę w serii, której bohaterem jest mieszkający na sztokholmskiej Starówce antykwariusz Johan Kristian Homan. Mårtenson to interesująca postać, ponieważ jest emerytowanym szwedzkim dworzaninem i dyplomatą, a jego życiorys sam mógłby stać się kanwą ciekawej powieści (wydano z resztą jego wspomnienia). Oprócz serii o Homanie napisał też kilka innych książek, głównie historycznych. Jego tegoroczna powieść nosi tytuł Mord i lönndom (lönndom to staroszwedzkie słowo, oznaczające robienie czegoś w sekrecie), i jest typową przedstawicielką serii. Jej autor unika wszystkiego, co kojarzy nam się z nowoczesnym, skandynawskim kryminałem. Nie mu tu ważkich zagadnień społecznych, nie ma dusznej, mrocznej atmosfery. Jest za to klasyczna zagadka kryminalna, która ma prawo spodobać się miłośnikom Aghaty Christie.

     

    Z kolei Katarina Wennstam, to trochę taki Stieg Larsson w spódnicy. Prawdopodobnie za to porównanie otrzymałbym od autorki ogromne połajanki, ale faktem jest, że to kolejna społecznie zaangażowana dziennikarka, której powieści zawierają w sobie silnie ukierunkowaną krytykę społeczną. Szczególnie mocno zaangażowana jest w sprawę obrony praw kobiet, zwłaszcza w obliczu kontaktów z wymiarem sprawiedliwości. Głośnym echem odbiły się jej publikacje dotyczące traktowania ofiar gwałtów przez szwedzkie sądy. Twórczość literacka, zwłaszcza seria Justitie, często ociera się o tematykę sądowniczą i sprawy feministyczne. Nowa powieść (Dödsbädden czyli Łoże śmierci) nie różni się pod tym względem od wcześniejszych, ponieważ mamy tu te same bohaterki – zdolną śledczą i zaangażowaną prawniczkę. Muszą się one cofnąć w prowadzonym dochodzeniu do przeszłości, odkrywając zagadkę zatrudnianych w bogatych domach gosposi, które stawały się ofiarami wykorzystywania seksualnego. Przy okazji obie bohaterki wywracają do góry nogami życie osobiste jednego z kolegów z policji.

    Do grona znanych nieznanych warto dopisać również Björna Hellberga, dziennikarza sportowego i prezentera telewizyjnego, który od czasu swego kryminalnego debiutu w 1981 (Gråt i mörker – pierwszy tom serii, której bohaterem jest komisarz Sten Wall), wydał ponad 30 książek z tego gatunku. Jako że jest przede wszystkim specjalistą od tenisa, ma też na koncie biografię Björna Borga. Występował też jako specjalista od ciekawostek w popularnym telewizyjnym quizie På spåret. W jego powieściach sport często odgrywa ważną rolę, ale nie zawsze jest czynnikiem dominującym.Vena Amoris, nowy tytuł Hellberga, to kolejny tom serii o Stenie Wallu, która należy do najbardziej cenionych przez… szwedzkich policjantów.

    fot: Rafał Chojnacki

    Adepci skandynawskiej zbrodni

    Wśród nowych nazwisk, a przynajmniej takich, które dla mnie samego były nowe, nadal jest w Szwecji sporo. Myślę, że powinno to uciąć pogłoski o „końcu skandynawskiego kryminału”. Wprawdzie w natłoku nowych nazwisk mniej jest tych naprawdę wartych uwagi, ale warto pamiętać, że boom, który nastąpił po sukcesie serii Millennium zafundował nam całą masę twórców już gotowych, doświadczonych i gotowych do tego, by osiągnąć sukces. Nowi muszą sobie na ten sukces dopiero zapracować. Jednak jest to powrót do normalnej sytuacji, a nie regres. Dziś już nie wystarczy być ze Szwecji, żeby sprzedać kilka milionów egzemplarzy swoich książek. Jednak pisarzom, o których wspomnę poniżej, życzyłbym takiego sukcesu.

    Bardzo mocnym debiutem jest Lelo, autorstwa Markusa Grönholma. O autorze wiem tylko tyle, że dorastał w Uppsali, a po wielu latach mieszkania w Göteborg, przeprowadził się na powrót do Upplandu i osiadł w Heby. Czyli właściwie niczego o nim nie wiem. Ale powieść jego autorstwa, to rzadki przypadek mocnej, realistycznej literatury, która potrafi wstrząsnąć czytelnikiem. Już sam temat pedofilii jest wystarczająco ciężki (co przed laty udowodnili Roslund & Hellström w powieści Bestia), jednak w Lelo otrzymujemy jeszcze dramat głównego bohatera. Erik Eriksson z policji w Enköping rozpoczyna niełatwe śledztwo, gdy dowiaduje się, że musi przerwać dochodzenie, ponieważ ma raka mózgu. Dopiero teraz policjant naprawdę ma zrozumieć, czym jest praca pod presją czasu.

    Benny Haag i Lennart Karlsson to dość nietypowy duet pisarski. Haag jest aktorem, terapeutą, pisarzem i niepijącym alkoholikiem. W 2010 roku startował do Parlamentu, z ramienia Spritpartiet, która postulowała zmniejszenie o połowę zużycia alkoholu w Szwecji. Z kariery politycznej nic nie wyszło, ale kiedy po latach Haag spotkał Karlssona, sztokholmskiego policjanta, szefa Szwedzkiego Stowarzyszenia Policji Narkotykowej, powstał pomysł, odwołujący się do skandynawskiej klasyki: przemycić kwestie społeczne, pod płaszczykiem popularnego gatunku literatury. Tak powstała powieść Det som inte syns (To, czego nie widać), opwiadająca o śledztwie prowadzonych przez dwóch policjantów z centrum Sztokholmu, którzy przy pomocy odważnej pani prokurator odkrywają, że prowadzone przez nich dochodzenie, prowadzi o wiele wyżej, niż początkowo zakładali, a przestępczy proceder, z którym się zetknęli, nie ogranicza się do handlu narkotykami.

    Na zakończenie wypada jeszcze napisać o jednym autorze, którego książka trochę mnie zaskoczyła, ponieważ nie spodziewałem się, że autor wróci do swojego najbardziej popularnego bohatera. Jan Guillou znany jest w Polsce obecnie głównie dzięki wydawanej w ostatnich latach historyczno-obyczajowej serii Złoty wiek. Wcześniej ukazała się u nas również tetralogia Krzyżowcy i kultowa powieść Zło (Ondskan), sfilmowana w 2003 roku przez Mikaela Håfströma. Jednak nas interesuje sensacyjno-kryminalna seria o komandorze Hamiltonie, szwedzkim odpowiedniku Bonda. W latach 90. ukazały się u nas trzy tomy tego cyklu, jednak było to na długo przed boomem na skandynawski kryminał. Dziś mało kto o nich pamięta. Tymczasem w Szwecji nakręcono kilka filmów, a ostatnio również serial o komandorze Hamiltonie.

    Nowa powieść, zatytułowana Den som dödade helvetets änglar (Ten, który zabił anioły z piekła) łączy w sobie opowieści o różnych bohaterach powieści Guillou, co z resztą dzieje się w twórczości tego autora nie po raz pierwszy, ponieważ w jednej z jego starszych powieści pojawił się nawet gościnnie bohater serii zaprzyjaźnionego z nim innego pisarza, Henninga Mankella. Z jednej strony w nowej powieści pojawia się element pastiszu, ponieważ bohaterowie są już emerytami, ale mimo to stają do walki ze zorganizowaną przestępczością.

    Co ciekawe, ma to być początek nowej serii, starzy bohaterowie nie będą raczej jej centralnymi postaciami. Pozostaje więc poczekać na kolejne tomy, licząc, że w międzyczasie ktoś się zlituje nad komandorem Hamiltonem i w końcu wyda w Polsce całą serię.

    Rafał Chojnacki

  • Bestseller niejedno ma imię

    Bestsellerowa pisarka! Bestsellerowa seria! Bestsellerowy pisarz! Takie hasła reklamowe atakują nas z coraz większej liczby książek, a czasem strach też otworzyć Internet, bo może się okazać, że wszyscy, którzy piszą, wypuszczają spod swojego pióra bardzo dobrze sprzedające się tytuły. Jednak czym tak naprawdę jest bestseller? Czy są konkretne liczby, które określają, kto może używać wobec swoich książek takiego określenia? Czy wydawcy mają pełną dowolność i tylko od nich zależy, komu nadadzą taką rangę? Przyznacie, że można się w tym pogubić. Kto jest best, a kto best, ale trochę mniej? Sprawdźmy.

    Od jakiej liczby sprzedanych egzemplarzy możemy mówić w Polsce o bestsellerze?

    Trudno o jednoznaczną odpowiedź na to pytanie – wszystko zależy od gatunku, który bierzemy pod uwagę. Inaczej rzecz ma się z literaturą piękną, inaczej z gatunkową (szczególnie kryminałami) czy dziecięcą. Choć ogólnikowo można pewnie powiedzieć, że przekroczenie liczby 15 000 – 20 000sprzedanych egzemplarzy czyni książkę w Polsce bestsellerem”, mówi Katarzyna Kończal z Wydawnictwa Poznańskiego. Tutaj można by ten tekst zakończyć, bo wszystko wydaje się jasne i klarowne. Ciekawe jest jednak to, że ile wydawców, tyle odpowiedzi. Poprzeczkę podwyższa, i to znacznie, Marek Korczak z Wydawnictwa Czarna Owca. „Nie obowiązuje tu, chyba żadna reguła, która by wyznaczyła konkretny próg sprzedaży, po przekroczeniu, którego moglibyśmy nazywać książkę bestsellerem. Dla każdego, pewnie, jest on inny. Termin ten jest z pewnością nadużywany przez promocję i marketing „dla podkręcenia tytułu”. Wydaje mi się, że o prawdziwym bestsellerze możemy mówić po przekroczeniu 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Niestety, mało książek uzyskałoby ten status, gdyby ten próg wyznaczyć tak wysoko…”

    Jednak może właśnie o to chodzi? Żeby słowo bestseller było wyróżnieniem, certyfikatem rynku wskazującym, że właśnie ten tytuł jest pożądany przez czytelniczki i czytelników? Stosując tę wyśrubowaną liczbę zaproponowaną przez dyrektora generalnego Czarnej Owcy, status bestsellera w tym wydawnictwie, w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy osiągnęłaby Camilla Lackberg za „Srebrne skrzydła” oraz David Lagercrantz za książkę „Ta, która musi umrzeć”. Zróbmy sobie przerwę w tych obliczeniach rzeczy, jak się okazuje, trudno policzalnych i zerknijmy za miedzę. Jak się liczy i jak to działa w branży muzycznej? Jakub Szwedowski, manager artystów oraz organizator eventów, w tym tras koncertowych przyznaje, że wszystko jest bardzo proste. „Złotą płytę dostaje się za sprzedanie 15 000 sztuk danej płyty, jeśli mówimy o wykonawcach zagranicznych, to liczba ta jest o 5 000 egzemplarzy niższa. Płyta pokrywa się platyną przy 30 000 sprzedanych sztukach- polscy wykonawcy oraz 20 000 – zagraniczni. Szczytem marzeń każdego artysty jest diamentowa płyta – żeby to osiągnąć trzeba sprzedać 150 000 krążków – w przypadku artystów i zespołów z Polski, natomiast o 50 000 mniej w przypadku zagranicznych”.

    Krótko, zwięźle i na temat. Może jednak w branży książkowej takich prostych podziałów nie można zastosować? Może tak naprawdę wszystko zależy od gatunku książki?

    www.unsplash.com/Dustin Tramel

    Zdecydowanie. W przypadku literatury pięknej powiedziałbym, że sprzedaż powyżej 7 000 można już traktować jako bardzo dobrą. Szczególnie, że istnieją oceniane jako wybitne, szeroko doceniane przez krytykę książki, których sprzedaż nie przekracza 2 000 egzemplarzy w ciągu roku. Kryminał i thriller – tutaj poprzeczka na ten moment postawiona jest wyżej i oceniałbym, że jest to + 12 000.

    Reportaż znajdowałby się gdzieś pośrodku. Przypominam, że według danych Biblioteki Narodowej, w 2021 roku ukazało się w Polsce 33 957 książek, a w rzeczywistości liczba ta jest większa ze względu na fakt, że niektórzy ignorują obowiązek wysyłania nowości do Biblioteki Narodowej. Liczby, które podaję w kontekście tej ilości nie są ani śmieszne, ani dziwne, ani wstydliwe – tak wygląda rynek i nie ma co tabuizować rzeczywistych realiów wydawniczego świata” – mówi Maciej Marcisz, szef promocji Grupy Wydawniczej Foksal. Być może to jest więc dobry kierunek, żeby status bestsellera był różny dla różnych gatunków? Szczególnie, że w podobnym tonie wypowiada się Joanna Batorska z Wydawnictwa Agora – „Inne są oczekiwania wydawcy w stosunku do reportażu zagranicznego i inne do kryminału, szczególnie uznanego, polskiego autora, a jeszcze inne w stosunku do poradnika dotyczącego powszechnego psychologicznego problemu”.

    Żeby jeszcze bardziej wszystko skomplikować, dorzucam nowe kryteria – czas i skala. Bo jeśli książka sprzeda się bardzo dobrze w ciągu 5 lat, to staje się bestsellerem? Czy tylko wtedy, gdy gigantyczne nakłady sprzedadzą się w miesiąc lub dwa? No i czy do każdego wydawcy można przyłożyć tę samą miarę?

    Biorąc pod uwagę bezpośrednie tłumaczenie tego słowa, czyli po prostu „najlepiej sprzedający się”, należy dobrać do tego odpowiednią skalę. Wydawnictwo może prowadzić na swojej stronie internetowej rubrykę pt. „Nasze bestsellery” i nawet jeżeli sprzedaż danej książki będzie sięgała 2 000 egzemplarzy, ale będzie to jeden z ich najwyższych wyników, to uważam, że w tym kontekście wydawca miał prawo posłużyć się takim zwrotem i nie jest ono przekłamane. Z drugiej strony mamy skalę międzynarodową. Hasło „Światowy bestseller” widujemy czasami na okładkach zagranicznych tytułów i wtedy zapewne liczba sprzedanych egzemplarzy liczona jest w setkach tysięcy czy nawet milionach. Do tego dochodzi kryterium czasu – książka może być bestsellerem w skali tygodni, miesięcy, roku czy być bestsellerem wszechczasów. Nazewnictwo może być też uzależnione od miejsca, w którym książka jest sprzedawana – może być najlepiej sprzedającą się w salonach Empiku lub może być bestsellerem w małej, lokalnej księgarni”, mówi Aleksandra Zastępa z Grupy Wydawniczej Publicat. Z racji tego, że jest to tekst przede wszystkim o liczbach, to jako ciekawostkę dodam, że książki Jo Nesbo sprzedały się w Polsce w ponad 2,5 mln egzemplarzy, a trylogia „Millennium” Stiega Larssona, w blisko 2 milionach.

    Jo Nesbo, fot: Trond H. Trosdahl

    Czy mniej więcej wszystko jest już jasne? Być może, ale Maciej Marcisz z Grupy Wydawniczej Foksal zwraca uwagę na jeszcze jeden, nazwijmy to roboczo, podgatunek bestsellerów. „Najbardziej fascynującą kategorią są dla mnie książki, które nazywam cichymi bestsellerami – to tytuły, które nigdy nie trafiły na żadną stacjonarną czy internetową topkę, ale sprzedają się w sposób stały, dochodząc do naprawdę porządnych ilości.  Do takich książek należy np. reportaż „Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura” Kai Strittmattera w przekładzie Agnieszki Gadzały (+ 20 000) czy „Dlaczego nikt nie widzi, że umieram. Historie ofiar przemocy psychicznej” Renaty Kim (+ 10 000)”.

    W pierwotnym zamyśle ten tekst miał dać jasną i klarowną odpowiedź na pytanie czym jest bestseller. Czym więc jest? Jak widzicie, skali, kluczy, podejść jest naprawdę sporo. Inna sprawa, że osiągnięcie tego statusu wcale nie gwarantuje wysokiej jakości literackiej danego tytułu czy autora. Jak więc liczyć, żeby się doliczyć?

    Być może dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie na rynku książki rozwiązania, jakie od dawna obowiązuje w wydawniczym świecie gazet i czasopism. Mowa o Związku Kontroli Dystrybucji Prasy (ZKDP), który podaje wyniki poszczególnych tytułów na podstawie raportów z drukarni i faktur sprzedaży egzemplarzowej. Pewnie problemu z interpretacją pojęcia „bestseller” by to nie rozwiązało, ale obraz rynku byłby o wiele bardziej przejrzysty. A przede wszystkim prawdziwy.

    Adam Szaja

  • „Mogłem być zapitym bezrobotnym we Francji”. Maciej Zaremba Bielawski w „Cyklu bez nazwy”

    Był Kazik Staszewski, był Mariusz Szczygieł, jest Maciej Zaremba Bielawski. Od zawsze chciałem mieć cykl rozmów, w trakcie których bez pośpiechu, spokojnie, będę mógł porozmawiać z ludźmi, którzy sporo w życiu osiągnęli, a do tego potrafią ciekawie opowiadać. Tak powstał „Cykl bez nazwy”. Do Macieja Zaremby Bielawskiego jedzie się ze Sztokholmu dwoma autobusami, przepływa promem, bo latem mieszka razem z żoną na urokliwej wyspie Yxlan. Porozmawialiśmy o antysemityzmie, ale też wąchaniu „Playboya”, krytykowaniu kraju, do którego się przyjechało, ale też o powstającej właśnie książce i tęsknocie za Polską. Jest o kompleksach, pokorze i ucieczce. Zostawiam Państwa z tym niesamowicie mądrym człowiekiem, w towarzystwie którego czułem się jak chłopak z blokowiska w potarganych krótkich spodenkach. Spodnie miałem czyste i długie, ale z blokowiska przecież jestem. 

    Maciej Zaremba Bielawski wylądował w Szwecji w 1969 roku. Był pracownikiem fizycznym na budowie, a teraz pisze teksty dla jednego z największych szwedzkich dzienników – „Dagens Nyheter”. Jest autorem następujących książek, które ukazały się w języku polskim: „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji”, „Higieniści. Z dziejów eugeniki”, „Leśna mafia. Szwedzki thriller ekologiczny”, „Dom z dwiema wieżami”. 

  • Sonia Draga: „Javier Marías był nałogowym palaczem. To utrudniało zaproszenie go do Polski”

    Javier Marias zmarł w wieku 70 lat. Polska wydawczyni jego książek wspomina kulisy początku ich współpracy, a także pewne przyjęcie, w trakcie którego bacznie przyglądała się jego zachowaniu. Dowiecie się też, czy coś zostało w szufladzie autora, czy może wszystkie napisane przez niego historie już zostały opublikowane.

  • „Ludzie bali się mówić o Obozie na Zgodzie”. Rozmowa z Sabiną Waszut o „Ogrodach na popiołach”

    Dla nich tutaj każdy Ślązak jest nazistą, każdy Ślązak jest oblubieńcem Hitlera”

    Ogrody na popiołach” to świetnie napisana historia o obozie, który pozostał w pamięci niewielu. Niektórzy bali się o nim mówić, a byli i tacy, którzy bali się o Zgodzie myśleć. Sabina Waszut wzięła na warsztat temat trudny, poruszający dusze i sumienia nie tylko Ślązaczek i Ślązaków. Bo kto by pomyślał, że straszne oblicze wojny zajrzało też do Świętochłowic? Jest to też, a może przede wszystkim, opowieść o próbie wybaczenia. Splecione ludzkie losy, rozbite rodziny, wiara, że ci, którzy zostali aresztowani, za moment wrócą do domów. Niektórzy nie wrócili nigdy.

    Spotkaliśmy się przed tym, co z obozu zostało – przed bramą, za którą już tylko ogrody. Na popiołach. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Książnica.

  • My mamy głębię, a Szwedzi sprawnych agentów literackich – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Mój szwedzki przyjaciel, dziennikarz Håkan z podróży do Polski przywiózł zachwyt naszą pomocą dla uchodźców z Ukrainy oraz jeden numer „Przekroju”, którego nie przeczytał, bo nie zna polskiego. Co jakiś czas Håkan pisze do mnie, że znowu oglądał „Przekrój” i czuje, że tego najbardziej brak mu w Szwecji. Że gdyby mógł czytać pismo tak wyrafinowane jak „Przekrój” i jeszcze w nim publikować, jego życie byłoby bardziej znośne. „Przekrój” stał się dla niego symbolem lepszego świata.

    Håkan jest krytykiem literackim i intelektualistą w stylu wschodnioeuropejskim, choć nie ma w nim kropli nieszwedzkiej krwi. Jest załamany postępującą komercjalizacją szwedzkiej kultury, zwłaszcza rynku książki, a także stanem debaty. Według niego nie ma w tym wszystkim głębi. Nie ma prawdziwych dyskusji. Nie ma takich miejsc, jak warszawskie kawiarnie „Wrzenie świata” czy „Big Book Café”, które ze mną odwiedził. W Sztokholmie nie znajdziesz kawiarni pełniącej także rolę księgarni i miejsca spotkań z autorami. Nie ma też wspaniałych festiwali literackich, o których istnieniu nasłuchał się w Polsce. Håkan czuje się kulturalnym pariasem, obywatelem gorszego świata, w którym rządzi Camilla Läckberg, polityczna poprawność i intelektualnie gnuśny konsensus.

    Tłumaczę mu, że chyba zwariował, bo w Szwecji ludzie dużo więcej czytają niż w Polsce i że nie ma nic złego, gdy pisarze stają się milionerami jak David Lagercrantz, skoro są też dobre stypendia dla tych, którzy z pisania się nie utrzymują. Poza tym cały świat czyta literaturę szwedzką a ta polska nie cieszy się zbytnim zainteresowaniem.

    – W Sztokholmie nie ma nawet jednego, pieprzonego baru, do którego chodzą się upić poeci – denerwuje się Håkan, który nawet narzeka jak Polak, a nie jak Szwed. Lagercrantza nie poważa, podobnie jak większości szwedzkich pisarzy, których czytają wszyscy. Polska jest za to w jego w oczach kulturalnym rajem, bo w Polsce ludzie dyskutują, kłócą się i palą papierosy w drodze na spotkania literackie. Szwecja to intelektualne dno.

    – Dlaczego nie jesteś tłumaczona na szwedzki? – pyta regularnie Håkan. – Przecież wiesz, że chcę przeczytać „Moralistów” . Zrób coś. Załatw to nareszcie.

    – Sam coś zrób – mam ochotę odpowiedzieć, choć się powstrzymuję, bo przy Håkanie jestem trochę szwedzka, czyli niekonfliktowa. Ale w myślach robię mu wyrzuty:

    – Nie wystarczy, że przetłumaczyłam na polski liczne książki twoich rodaków? Skoro mogłam odkryć niszowego Niklasa Orreniusa i przekonać do przekładu „Strzałów w Kopenhadze” Wydawnictwo Poznańskie, to może jakiś  miły Szwed mógłby odkryć mnie? Dlaczego ja mam się wszystkim zajmować?

    W Polsce Håkana zachwyca rozmowa z Pauliną Wilk i nie może zrozumieć, dlaczego jej reportaże „Lalki w ogniu” i „Pojutrze. O miastach przyszłości” nie wyszły jeszcze po angielsku. Albo chociaż po niemiecku, Håkan zna oba języki i naprawdę chce przeczytać te książki. Zwłaszcza „Pojutrze”. Jest ewidentne, że to rzecz uniwersalna, opowieść o rozwoju miast, o tym, w jakim kierunku zmierza świat. W czym problem? Przecież widać, że to autorka, która jest etablerad, czyli uznana. Gdyby była etablerad w Szwecji, „Pojutrze” zostałoby sprzedane do kilkunastu krajów.

    Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell

    Wygląda na to, że my mamy głębię, a Szwedzi sprawnych agentów literackich . Ich sprawność jest tak duża, że najnowsza powieść Davida Lagercrantza została sprzedana za duże pieniądze do ponad 20 krajów, jeszcze zanim autor napisał pierwszą  stronę. Sprawność szwedzkich agencji literackich jest tak porażająca, że wmówią wam wszystko. Czasem kontaktuje się ze mną jakieś polskie wydawnictwo biorące udział w aukcji praw kolejnego autora szwedzkiego bestsellera. Pytają, co o nim myślę. Sprawdzam. Autor jest debiutantem i miał na razie w Szwecji jedną recenzję. Jednak jego książka jest już w trakcie przekładania na japoński. I islandzki.

    Ktoś powie: ale przecież my, Polacy, też mamy agencje literackie, proszę tylko zajrzeć do internetu. Odpowiem: bardzo mi przykro, ale jeśli chodzi o działalność agencji literackich, to jesteśmy na razie krajem kolonizowanym. W Polsce działają  subagenci zachodnich agencji, w tym oczywiście agencji szwedzkich. Subagenci pomagają szwedzkim agentom w pozyskiwaniu jak najlepszych warunków w polskich wydawnictwach dla szwedzkich autorów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby działało w dwie strony, tak jak opisała to Dubravka Ugrešić:

    Agenci, zwiadowcy i subagenci niczym pająki skutecznie opletli siecią współczesny rynek literacki. (…) Subagenci i agenci są ściśle ze sobą powiązani, tak jak Skip Woody i agent numer 3424. Angielski agent, na przykład, będzie miał swojego francuskiego subagenta, a francuski agent swojego angielskiego subagenta”.

    Pomiędzy Polską a Szwecją występuje w tym temacie gigantyczna asymetria. Szwedzcy agenci mają polskich subagentów. Polscy agenci nie mają subagentów w Szwecji, bo tak jak Polska jest szalenie zainteresowana kulturą i literaturą szwedzką, tak Szwecja polską kulturą raczej nie. Håkan jest odmieńcem i dlatego zabrałam go do Polski: żeby ktoś wreszcie o naszym kraju dobrze napisał.

    www.unsplash.com/Jason Wong

    Wracając do kwestii agentów to Dubravka Ugrešić, moja ukochana, chorwacka eseistka, oczywiście nietłumaczona na szwedzki, więc nie przeczyta jej Håkan, świata agentów nie znosi. Twierdzi, że to ludzie, którzy „węszą dookoła, kombinują i bankietują, udowadniając, że life style też może być zawodem”. Istnieje możliwość, że nie lubi ich tak bardzo, bo wysyłają jej regularnie nie dające wiele nadziei odpowiedzi na jej wołanie o pomoc w znalezieniu zainteresowanych jej twórczością zachodnich wydawnictw. Listy takie brzmią mniej więcej tak: „Wschodni Europejczycy nie są trendy, co oczywiście, jest smutne, ale prawdziwe.”

    Czytanie wzbronione”, eseje w których Ugrešić genialnie opisuje i obśmiewa mechanizmy zachodnich rynków literackich, wyszły prawie dwadzieścia lat temu, ale są nadal bardzo aktualne. Sama Ugrešić do dziś nie jest znana w Szwecji, ale w paru innych krajach tak. Może Europa, którą wolę zwać Środkowo-Wschodnią zaczyna być trochę bardziej trendy, a może Dubravka znalazła w końcu porządnego i skutecznego agenta.

    Sama wiem, że Polska ma genialne festiwale literackie i cudowne miejsca pełne książek, ale w temacie głębi Håkan przesadza. Polski rynek książki jest coraz bardziej komercyjny, choć nadal jego wspaniałą cechą jest otwartość na przekłady i zainteresowanie literaturą z całego świata. Jednocześnie oddałabym królestwo za ten rodzaj komercjalizacji, który sprawiłby , że Polska będzie miała choć jednego prawdziwie skutecznego agenta, który będzie miał swoich subagentów w różnych krajach i będzie wiedział, jak sprzedawać współczesną polską literaturę w świat. Bo ona jest tego warta. Nie mniej niż literatura szwedzka.

    Obiecałam Håkanowi, że jak do tego dojdzie, przetłumaczę mu na szwedzki ów przywieziony z Warszawy numer „Przekroju”. Ucieszył się i czeka niecierpliwie. Choć jako nieuleczalny pesymista także wątpi.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Michel Houellebecq „Unicestwianie” – przeczytaj przedpremierowy fragment

    Niebo jest szare, ciężkie, z niskim pułapem chmur. Światło, które zdaje się nie dochodzić z góry, tylko z okrywy śnieżnej leżącej na ziemi, nieubłaganie słabnie; bez wątpienia zapada zmierzch. Wszędzie krystalizują się płaty szronu, gałęzie drzew trzeszczą. Płatki śniegu wirują wśród ludzi, którzy się mijają, nie zwracając na siebie uwagi; mają twarze twarde i pomarszczone, w ich oczach tańczą przebłyski światła. Niektórzy wracają do domu, ale zanim tam dotrą, zdadzą sobie sprawę, że ich bliscy wkrótce umrą, może nawet już są martwi. Paul uświadamia sobie, że planeta umiera z zimna; początkowo jest to jedynie hipoteza, która stopniowo zamienia się w pewność. Rząd już nie istnieje, uciekł lub się rozpłynął, trudno powiedzieć. Paul siedzi w pociągu, którym postanowił przejechać przez Polskę, ale w przedziałach rozgościła się śmierć, chociaż ich ściany są pokryte grubym futrem. W tym momencie Paul rozumie, że nikt nie kieruje pociągiem, który z dużą prędkością przemierza opustoszałą równinę. Temperatura wciąż spada: -40⁰, -50⁰, -60⁰…

    Dopiero zimno wyrwało Paula ze snu; była godzina zero dwadzieścia siedem. W biurach ministerstwa ogrzewanie wyłączano o dwudziestej pierwszej, czyli stosunkowo późno, w większości urzędów ludzie wychodzili z pracy znacznie wcześniej. Musiał się zdrzemnąć na kanapie wkrótce po wyjściu faceta z DGSI. Facet wyglądał na zaniepokojonego, osobiście zaniepokojonego własnym losem – jakby Paul miał się poskarżyć jego przełożonym, zażądać, by mu odebrano sprawę czy coś w tym rodzaju, choć on oczywiście nie miał takiego zamiaru. Tak czy owak, od trzeciego wideo temat zyskał zasięg światowy. Tym razem celem ataku był bezpośrednio Google, największe przedsiębiorstwo na planecie, które ręka w rękę pracowało z NSA. Niewykluczone, że DGSI będzie informowana o pierwszych wynikach – z uprzejmości lub dlatego, że z niewytłumaczalnych przyczyn afera na początku dotyczyła jednego z francuskich ministrów – tyle że Amerykanie dysponują środkami dochodzeniowymi niewspółmiernie większymi niż ich francuscy koledzy, tak więc bardzo szybko przejmą całkowitą kontrolę nad sprawą. Ukaranie tego faceta z DGSI byłoby nie tylko niesprawiedliwe, ale i głupie: nie były to już czasy jego ojca, kiedy zagrożenia pozostawały na szczeblu lokalnym; teraz nabierały wymiaru światowego.

    Na razie Paul był głodny. Pomyślał, że jedyne, co może zrobić, to wrócić do domu, ale uprzytomnił sobie, że w domu nie ma nic do jedzenia, jego półka w lodówce jest rozpaczliwie pusta, a samo sformułowanie „w domu” świadczy o bezrozumnym optymizmie.

    Podział lodówki najlepiej symbolizował rozkład jego małżeństwa. Kiedy Paul, jako młody urzędnik w Dyrekcji do spraw Budżetu, poznał Prudence, równie młodą urzędniczkę w Dyrekcji do spraw Skarbu, bez wątpienia od pierwszych minut między nimi zaiskrzyło; może nie od pierwszych sekund, a zwrot miłość od pierwszego wejrzenia byłby przesadny, ale zajęło to nie więcej niż parę minut, na pewno poniżej pięciu, mniej więcej tyle, ile trwa piosenka. W młodości ojciec Prudence był fanem Johna Lennona, stąd właśnie wzięło się jej imię, jak miała mu wyznać kilka tygodni później. Piosenka Dear Prudence na pewno nie była najlepszą w repertuarze Beatlesów, Paul nie uważał zresztą Białego albumu za szczytowy w ich karierze; nigdy nie zdołał nazywać Prudence po imieniu, w najczulszych chwilach mówił do niej „najdroższa” lub czasami „kochana”.

    Nigdy, w żadnym momencie ich wspólnego życia nie gotowała, nie uważała tego za czynność godną jej statusu. Podobnie jak Paul ukończyła ENA i podobnie jak on pracowała na stanowisku inspektora finansów; inspektorka finansów stojąca przy garach faktycznie wyglądałaby odrobinę niestosownie. Od początku w pełni się zgadzali w kwestii opodatkowania zysków kapitałowych, żadne z nich nie umiało ujmująco się uśmiechać ani swobodnie rozmawiać na lekkie tematy, jednym słowem, uwodzić, i to prawdopodobnie ta zgodność charakterów pozwoliła skonkretyzować się ich idylli podczas niekończących się nocnych zebrań organizowanych przez Dyrekcję do spraw Ustawodawstwa Podatkowego, najczęściej w sali B87. Ich porozumienie w dziedzinie seksu było początkowo niezłe, choć dalekie od ekstazy, lecz większość par aż tyle nie żąda; utrzymanie jakiejkolwiek aktywności seksualnej w stałym związku to już prawdziwy sukces i stanowi raczej wyjątek niż regułę; większość ludzi dobrze poinformowanych (dziennikarze z najważniejszych pism kobiecych, autorzy realistycznych powieści) może to potwierdzić, przy czym nie dotyczy to jedynie osób starszych, jak Paul i Prudence, którzy powolutku zbliżali się do pięćdziesiątki; w oczach najmłodszych ze współczesnych sama myśl o choćby kilkuminutowej relacji seksualnej między dwiema autonomicznymi osobami zdawała się staromodną, pożałowania godną iluzją.

    Brak zgody w kwestii kulinarnej między Prudence a Paulem ujawnił się dość szybko. W pierwszych latach Prudence, powodowana miłością lub zbliżonym uczuciem, zapewniała swojemu konkubentowi posiłki odpowiadające jego gustom, choć w jej oczach były one irytująco konserwatywne. Nie gotowała, ale robiła zakupy, odczuwając szczególną dumę, jeśli udało się jej wypatrzeć dla Paula najlepsze steki, sery czy wędliny. Te produkty odzwierzęce mieszały się w miłosnym nieładzie z owocami, płatkami zbożowymi i roślinami strączkowymi eko, które stanowiły jej zwykłą dietę, leżąc obok siebie na półkach wspólnej lodówki.

    Michel Houellebecq, fot: materiały Wydawnictwa W.A.B.

    Przejście na weganizm, które u Prudence nastąpiło w dwa tysiące piętnastym roku, kiedy słowo to pojawiło się w słowniku Petit Robert, wywołało totalną wojnę kulinarną; ran w niej zadanych nie zdołali zaleczyć przez jedenaście lat, a teraz ich związek miał małe szanse, by wyjść z niej cało.

    Pierwszy atak Prudence był brutalny, absolutny i ostateczny. Wróciwszy z Marrakeszu, gdzie wraz z ówczesnym ministrem wziął udział w kongresie Unii Afrykańskiej, Paul ze zdumieniem odkrył, że lodówka poza owocami i warzywami, do których przywykł, jest zawalona dziwnymi produktami w rodzaju alg, kiełków soi i dań gotowych marki Bizone składających się z tofu, kaszy bulgur, komosy ryżowej, pszenicy orkiszowej i japońskiego makaronu. Nic z tego w najmniejszym stopniu nie wydawało mu się jadalne, o czym nie omieszkał zgryźliwie wspomnieć („nic do jedzenia poza jakimiś gównami” – tak dokładnie brzmiały jego słowa). Nastąpiły krótkie, acz burzliwe negocjacje, w wyniku których Paul dostał własną półkę w lodówce, gdzie mógł trzymać swoje „wieśniackie żarcie”, jak to nazwała Prudence – żarcie, które teraz musiał sobie kupować sam za własne pieniądze (zachowali odrębne konta bankowe, co nie jest bez znaczenia).

    W pierwszych tygodniach Paul pozwolił sobie na kilka utarczek, na które Prudence zareagowała nadzwyczaj energicznie. Każdy plasterek sera saint-nectaire lub pasztetu, który lądował między tofu a komosą ryżową Prudence, był w ciągu paru godzin przekładany na jego półkę, o ile nie lądował w śmieciach.

    Dziesięć lat później wszystko się pozornie uspokoiło. Jeśli chodzi o jedzenie, Paul zadowalał się swoją półką, którą szybko zapełniał, stopniowo zrezygnowawszy z zakupów w sklepach z tradycyjną żywnością, by się zadowolić formułą syntetyczną z odżywczego punktu widzenia, a zarazem łatwo dostępną w sklepach, czyli daniami gotowymi do odgrzania w kuchence mikrofalowej. „Coś trzeba jeść”, powtarzał jakże rozumnie, siedząc przed tapinem drobiowym Monoprix Gourmet, a tym samym dołączając do swego rodzaju posępnego epikureizmu. Drób pochodził z „krajów Unii Europejskiej”; jego zdaniem mogłoby być gorzej, na przykład kurczaki brazylijskie, co to, to nie. Nocą coraz częściej przed jego oczami pojawiały się jakieś malutkie istoty, które poruszały się z dużą szybkością, ciemnoskóre, wyposażone w liczne ramionka.

    Od początku kryzysu spali w oddzielnych pokojach. Samotne spanie może być trudne, kiedy się od tego odwykło, człowiekowi jest zimno i budzi się w nim strach; od dawna jednak wyszli poza to uciążliwe stadium i osiągnęli stan najzwyklejszej rozpaczy.

    Upadek ich małżeństwa zaczął się wkrótce po tym, jak na spółkę kupili mieszkanie przy rue Lheureux, na obrzeżu parku Bercy, na które oboje musieli się zadłużyć na dwadzieścia lat – cudowne dwupoziomowe mieszkanie z dwiema sypialniami i rewelacyjnym livingiem, z wielkimi, wychodzącymi na park oknami. Zbieg okoliczności nie był przypadkowy: poprawa warunków życia często odbywa się kosztem sensu życia, szczególnie życia razem. Dzielnica była „absolutnie genialna”, jak uznała Indy, jego durna bratowa podczas wizyty, którą im złożyła wiosną dwa tysiące siedemnastego roku w towarzystwie jego nieszczęsnego brata. Szczęśliwie taka wizyta już się nie powtórzyła, pokusa uduszenia Indy była zbyt silna i Paul nie miał pewności, czy po raz drugi zdołałby się jej oprzeć.

    Dzielnica zaiste była genialna, nie da się ukryć. Okna ich sypialni, w czasach gdy jeszcze spali razem, wychodziły na Muzeum Sztuki Jarmarcznej na avenue des Terroirs de France. Pięćdziesiąt metrów dalej, nad rue de la Cour Saint-Émilion, która przecinała czworobok zabudowy miejskiej znany pod nazwą Bercy Village, zimą i latem wisiała chmura kolorowych balonów, podczas gdy na dole ciągnęły się regionalne restauracje i kafejki dla klienteli alternatywnej. Duch dzieciństwa mógł się tutaj nieustannie odnawiać. Sam park świadczył o tej samej woli budowy ludycznego nieporządku: oddano tu mnóstwo miejsca pod uprawę warzyw, a pawilon zarządzany przez władze Paryża proponował mieszkańcom dzielnicy warsztaty uprawy ogródków (zgodnie ze sloganem umieszczonym na jego fasadzie, „Uprawa ogródków w Paryżu jest dozwolona!”).

    Mieszkanie znajdowało się – co było konkretnym argumentem nie do odparcia – zaledwie kwadrans drogi piechotą od ministerstwa. Była godzina zero czterdzieści dwa: nad całokształtem swojego dorosłego życia rozmyślał zaledwie kwadrans. Jeśli teraz wyjdzie, o pierwszej może być u siebie. A przynajmniej w swoim mieszkaniu.

  • Wysyp wrześniowych premier, na które zwrócić uwagę?

    Ten moment musiał w końcu nadejść, więc nadszedł. Wrzesień. Miesiąc, w którym premier jest sporo, a nawet po mocnej selekcji, com uczynił, też można się przerazić ich liczbą. Podrzucam Wam propozycje, które wydają się kuszące, ale sprawdzenie tego należy już do czytelniczek i czytelników. Kliknijcie w okładkę, a przeniesiecie się na stronę wydawcy, gdzie przeczytacie więcej o interesującej Was książce. Powyższa zasada nie dotyczy książki Pawła Radziszewskiego, bo tytułu nie ma jeszcze na stronie wydawcy, ale okładkę możecie już w poniższych zapowiedziach zobaczyć. O czym więc jest „Niepowinność”? To opowieść o poszukiwaniu tożsamości w postapokaliptycznej rzeczywistości upadającego pegeeru. Nie mam jeszcze okładek do dwóch dobrze zapowiadających się książek Wydawnictwa Wielka Litera, ale zwróćcie uwagę na te tytuły: „Na oczach wszystkich” – wstrząsający reportaż o „polskim Fritzlu” oraz „Zbrodnie mojego dziadka” – cofamy się do czasów Drugiej Wojny Światowej.

  • prof. Marek Migalski: „prawdziwym zwycięstwem nad fanatykami będzie powrót Rushdiego do normalnego życia”. [wideo]

    Jaka była pierwsza myśl Marka Migalskiego, gdy dowiedział się o zamachu na Salmana Rushdiego? Co będzie prawdziwym zwycięstwem nad fanatykami religijnymi? Jak będzie wyglądało dalsze życie autora „Szatańskich wersetów” i jak działa indoktrynacja religijna? O tym wszystkim, a także o innych sprawach opowiada Wam prof. Marek Migalski. Zobaczcie wideo.