Kategoria: Aktualności

  • „Nie mam poczucia obciachu” – rozmowa z Mariuszem Szczygłem

    Prawda jest taka, że Mariuszowi Szczygłowi wystarczy nie przeszkadzać, co starałem się robić, bo wtedy można usłyszeć ciekawe historie. Rozmawiamy o zazdrości, zaglądaniu do teczek, życiu z tajemnicą, wstydzie, niedoczytywaniu książek, autocenzurze, Marianie Turskim. Pojawia się też Hitler, Dobry Wojak Szwejk, zarzucanie kotwicy oraz masa innych opowieści, w tym polecenie czeskiej literatury dla początkujących, bo jak Państwo wiedzą, Czesi są Gościem Honorowym tegorocznych Warszawskich Targów Książki. 

     

  • Lektury i co z nich (nie) wynika. Wrześniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Zmiany w kanonie lektur to dla środowisk nauczycielskich próba podporządkowania polonistyki wąsko pojmowanej ideologii. Dla ministra Czarnka tego typu obawy są świadectwem dyktatury ateistycznej. A dla kondycji czytelnictwa całe to zamieszanie prawdopodobnie jest bez znaczenia.

    Szkoły powinny cechować również akceptacja i tolerancja dla większości chrześcijańskiej, a nie postawa tego typu, którą słyszymy, czyli próba wprowadzenia dyktatury ateistycznej. To, że ktoś jest niewierzący, że jest ateistą albo ktoś nie lubi bądź wręcz zwalcza religię katolicką, to nie znaczy, że wszyscy inni w kraju też mają się zachowywać tak jak oni. To jest dyktatura ateistyczna i dyktatura lewicowa, która nie ma nic wspólnego z tolerancją – grzmiał minister edukacji Przemysław Czarnek na antenie TVP.

    A grzmiał w odpowiedzi na oświadczenie Towarzystwa Nauczycieli Szkół Polskich, wyraźnie zaniepokojonego zmianami w kanonie lektur szkolnych. W szczególności „wysokim odsetkiem lektur związanych z religią katolicką” i nieposzanowaniem zasady, że „szkoły publiczne powinna cechować światopoglądowa neutralność, tolerancja i szacunek dla uczniów wyznań innych niż katolickie oraz dla ateistów”. Nauczycielskie troski biorą się m.in. z uszczuplenia wykazu o bajkę Leszka Kołakowskiego, wiersze Marcina Świetlickiego czy „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” Nancy H. Kleinbaum i wzbogacenia go wybranymi dziełami Jana Pawła II, tekstami o Witoldzie Pileckim czy utworami Stefana Wyszyńskiego lub o Stefanie Wyszyńskim.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Nie trzeba przykładać lupy, aby dostrzec, że środowiska nauczycielskie mają rację. Religijno-patriotyczny skręt w wykazie lektur jest ewidentny, wręcz łopatologiczny. I nie trzeba być wielkim znawcą życia, aby zauważyć w tym oczywistą próbę ideowej korekty podstawy programowej, prawdopodobnie motywowanej wyłącznie względami politycznymi. Zwrócił na to uwagę chociażby prof. Jacek Popiel, rektor UJ i przewodniczący Komitetu Naukowego Krytycznego Wydania Dzieł Literackich Karola Wojtyły, który przyznał w rozmowie z „Wyborczą”, że choć przyjął z zadowoleniem czarnkowe reformy, to nie wierzy, aby z lektury dramatu „Przed sklepem jubilera” Karola Wojtyły wylęgły się jakieś kulturowe wspaniałości.

    Warto się natomiast zastanowić, czy burza, jaka rozpętała się wokół zmian programowych, ma racjonalne uzasadnienie. Jeśli bulwersujemy się na makiawelistyczne podłoże decyzji Czarnka, to zdecydowanie tak. Majstrowanie przy edukacji w celach politycznych z zasady trzeba tępić, nawet w kraju przywykłym do dziwnych zagrywek ministrów edukacji – wystarczy sobie przypomnieć lekturowe wojny Romana Giertycha z czasów, gdy stał na czele Ligi Polskich Rodzin i był zblatowany z PiS. Ale jeśli burzymy się w obawie o edukacyjno-literackie konsekwencje tych zmian, to raczej nie.

    Nie jestem dydaktykiem, więc moje obserwacje mogą mieć znamiona niewykwalifikowanego uogólnienia. Ale gdy patrzę na lektury przez pryzmat osobistych doświadczeń, nie dostrzegam ich budującej ani destrukcyjnej mocy. Nie czuję, żeby mnie charakterologicznie ukształtowały. Nie przypominam sobie tytułów, które w jakiś drastyczny sposób zmieniłyby moje poglądy. Nie wydaje mi się też, aby jakoś szczególnie wciągnęły mnie do czytelniczej gry. A na pewno nie tak mocno, jak uczyniły to książki, które rekomendował mi ojciec, takie jak „Grona gniewu” Steinbecka, „Dzień Szakala” Forsytha czy „Król szczurów” Clavella.

    To oczywiście nie oznacza, że kanon lektur jest bez znaczenia. Gdyby nie szkolne powinności, być może nigdy nie sięgnąłbym po „Chłopów” Reymonta, „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego, „Proces” Kafki czy „Folwark zwierzęcy” Orwella. Być może straciłbym kilka przyjemnych literackich maratonów. I być może nigdy nie skręciłbym wystarczająco mocno w stronę książek, aby ostatecznie zająć się ich tworzeniem – i to mimo obecności literackiej latarni w postaci mojego taty. Ale naprawdę trudno jest mi sobie wyobrazić, aby inny dobór lektur – nawet znacząco bardziej sklerykalizowany niż w wariancie Czarnka, nawet naruszający wieloletnie fundamenty kanonu – mógł wywrócić do góry nogami mój światopogląd, czyniąc mnie inną osobą. A nawet żałuję, że z wieloma tytułami zetknąłem się w odpowiedzi na wymogi szkolnego systemu, a nie jako wolny, nieprzymuszony do niczego człowiek. Groźba kartkówki albo odpytywania z treści lektury zawsze nieco mąciła przyjemność z czytania. Samodzielnie zerwany owoc smakuje najlepiej.

    I dlatego, krótko mówiąc, nie obawiam się, że przez nowy kanon młodzież dozna religijnego skrzywienia albo literaturowstrętu. I nie łudzę się, że modyfikacja odwrotna, zgodna z sugestiami najlepszych edukatorów, mogłaby się przełożyć na znaczący wzrost czytelnictwa czy lepsze przystosowanie do życia kulturowego. Lektury zawsze będą trochę parzyć, przynajmniej takich jak. A nie sądzę, żeby mój licealny stosunek do książek wyróżniał się czymś szczególnym. Raczej byłem reprezentantem literackiej klasy średniej.

    www.unsplash.com/Ivan Aleksic

    Przypuszczam, że nie odczarnkowienie, lecz dopiero gruntowna reorganizacja kanonu i lekcji polskiego mogłaby popchnąć młodzież w stronę książek. Na przykład zastąpienie XIX-wiecznych nowelistów bestsellerowymi autorami w typie Stephena Kinga, Dana Browna czy Remigiusza Mroza. Albo książek wojennych literaturą gangsterską. Albo poezji z epoki romantyzmu tekstami co ambitniejszych numerów hip-hopowych. Albo uwspółcześnione, realizowane przynajmniej z netfliksowym rozmachem ekranizacje polskiej klasyki…

    Wiem, wiem, trochę się rozbisurmaniłem, ignorując koszty społeczne takiej rewolucji. Ale na szczęście jestem tylko luźno bajdurzącym autorem, a nie trzymającym za lejce politykierem z podejrzanymi zapędami.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Mam nadzieję, że sąd uniknie kompromitacji”. Rozmowa z Jarosławem Gwizdakiem

    Sąd Okręgowy w Warszawie nie uwzględnił wniosku o umorzenie sprawy dotyczącej znieważenia prezydenta Andrzeja Dudy przez Jakuba Żulczyka. To oznacza, że jesienią ruszy proces. Z Jarosławem Gwizdakiem, byłym prezesem Sądu Rejonowego Katowice-Zachód, rozmawiam o potencjalnych scenariuszach, kompromitacji naszego państwa, a także o potencjalnej karze, której może zostać nałożona na pisarza. Są też elementy historyczne oraz…piłkarskie.

  • Premiery września, które najsmaczniejsze?

    Jeśli spytacie, czy wrzesień nas rozpieszcza premierami, to tylko się uśmiechnę i pokażę Wam poniższą listę. Kto wie, czy to nie jest dotychczas najbardziej obfitujący w ciekawe premiery miesiąc tego roku. Nie jest też wykluczone, że o jakiejś ciekawej premierze jeszcze nie wiemy, bo wydawca trzyma ją w tajemnicy do samego końca. Na ten moment polecam Wam te książki, które mogą być interesującymi zakupami. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule. 

  • „Niech kłamstwo będzie inteligentne” – rozmowa z Piotrem Borlikiem

    Detektyw zatrudniony w dużej mierze ze względu na swoją przeszłość, rozwiązywanie zagadki bez oglądania miejsca zbrodni, optymistyczny bohater, brak gofrów, podcięta tętnica szyjna – „Tajemnica wzgórza trzech dębów” w wielkim skrócie. Zobaczcie rozmowę z Piotrem Borlikiem o jego najnowszej książce. Nowy bohater, nowe oczekiwania i zupełnie nowe otwarcie.

  • Rusza Plener Literacki w Gdyni. Sprawdźcie program!

    Plener Literacki w Gdyni to spotkanie czytelnika z książką, jej autorem i wydawcą, wydarzenie o charakterze otwartym, łączące kiermasz książek z atrakcyjnym programem. W ramach Pleneru odbędzie się 40 spotkań ze znanymi i lubianymi autorami, także warsztaty i zajęcia literackie dla dzieci, a ponad 60 wydawców zaproponuje szeroki wybór książek w okazyjnych cenach. Polecamy urozmaicony program i ofertę wydawniczą Pleneru, zarówno miłośnikom literatury w każdym wieku, jak i osobom sięgającym po książki sporadycznie. Wstęp na Plener jest wolny.

    Wśród znakomitych autorów – gości Pleneru, których w tym roku można będzie spotkać na najbardziej popularnym deptaku Gdyni – Bulwarze Nadmorskim im. Feliksa Nowowiejskiego, a w sobotę i niedzielę także w Muszli Koncertowej są m.in.: prof. Jerzy Bralczyk, Eustachy Rylski, Roma Ligocka, Grzegorz Piątek, Natalia Fiedorczuk, Nina Majewska-Brown (premiera), Katarzyna Tubylewicz, Iza Klementowska (premiera), Ula Ryciak, Michał Cichy, Vincent V. Severski, Robert Małecki, Małgorzata Oliwia Sobczak, Gabriela Jatkowska
    i Karolina Głogowska (premiera), Bartosz T. Wieliński, Rafał Skąpski (premiera), Jacek Karczewski, Małgorzata Starosta, Paulina Płatkowska, Mirosław M. Bujko, Iwona Kienzler, Barbara Kosmowska, Marcin Szczygielski, Monika Milewska, Rafał Jankowski, Karolina Grabarczyk i Nika Jaworowska-Duchlińska.

    Spotkania z autorami poprowadzą: Jerzy Kisielewski, Szymon Kloska, Adam Szaja i Piotr Dobrołęcki.

    Wspólnie z Międzypokoleniowym Festiwalem Literatury Dziecięcej Ojce i Dziatki i Biblioteką Gdynia przygotowaliśmy także program dziecięcych atrakcji literackich – spotkania z autorami oraz warsztaty
    i animacje związane z książką, m.in.: warsztaty robienia zakładek, kolorowanki 3D oraz fotobudkę.

    Pełny program – kliknijcie tutaj.

    Z ofertą książek w doskonałym wyborze czekać będą na Plenerze Literackim w Gdyni uznani wydawcy, m.in.:  Akapit Press, Albatros, Świat Książki, EGMONT, Sonia Draga, Debit, Vectra, Bellona, MG, Literatura, Adamada, Agora, Książkowe Klimaty, Wielka Litera, WAB, Magia Słowa, Uroboros, Solis, Fabryka Słów, Bukowy Las, Zakamarki, Wilga, Zielona Sowa, Nasza Księgarnia, timof comics, Grupa Helion, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Wydawnictwo BIS, Wydawnictwo Amaltea, Kwiaty Orientu, Wydawnictwo Marpress, Oficyna Naukowa, Poławiacze Pereł, Claroscuro, Wydawnictwo Nowa Baśń, Wydawnictwo Olesiejuk, Wydawnictwo Poznańskie, Wydawnictwo Literackie i Wydawnictwo ZNAK. Bogata oferta wydawców uzupełniona zostanie przez Księgarnie Świat Książki, która zadba o to, by każdy znalazł na Plenerze coś dla siebie. Jak zawsze przy okazji takich wydarzeń, będzie szansa na zakupy w promocyjnych cenach. Ponadto, zainteresowanym Nagrodą Literacką Gdynia polecamy wizytę na stoisku Nagrody, gdzie można będzie zapoznać się oraz kupić publikacje dotychczasowych laureatów i tegorocznych nominowanych.

    źródło: informacja prasowa

  • „Nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze”. Z Camillą Grebe rozmawia Katarzyna Tubylewicz

    Z Camillą Grebe, gwiazdą ambitnego, szwedzkiego kryminału – o kobietach w policji, przemocy, lekturach oraz doskonałym „Łowcy cieni” rozmawia Katarzyna Tubylewicz. 

    Twoja powieść „Łowca cieni”, która niedawno ukazała się w Polsce, została uznana przez Szwedzką Akademię Kryminału najlepszym kryminałem roku 2019, otrzymała też tytuł najlepszego kryminału skandynawskiego. Myślę, że dlatego, że bardzo rozszerzasz możliwości gatunku.

    Gatunek jest tylko formą. Od powieści sensacyjnej czytelnik oczekuje zagadki, ale poza tym można ją wypełnić, czym tylko się chce. To dlatego uwielbiam pisać kryminały. Mogą być zaangażowane społecznie, mogą być poetyckie, można wplatać w nie historie miłosne. Powieść kryminalną, poza obowiązkowym wątkiem sensacyjnym da się wypełnić wszystkim. W „Łowcy cieni” opowiadam o tajemniczej serii morderstw, której korzenie sięgają lat 40. ubiegłego wieku, a historia ciągnie się aż do współczesności. Opowiadam ją z perspektywy trzech kobiet, policjantek. Jedna z nich pracuje w latach 70., druga w 80., a trzecia współcześnie. Dzięki tym postaciom udało mi się opisać, jak zmieniła się sytuacja kobiet pracujących w szwedzkiej policji i jak na przestrzeni kolejnych dziesięcioleci zmieniało się całe szwedzkie społeczeństwo.

    W latach 40. spotykamy pierwszą bohaterkę, Elsie. To dla czytelnika przelotna znajomość, ale ważna. Elsie jest siostrą policyjną. W Polsce nigdy nie było tego typu stanowisk, więc chciałabym, żebyś wyjaśniła, kim były siostry policyjne. Co robiły?

    Zanim do zawodu policjantki dopuszczono kobiety, w Szwecji doszło dopiero w 1958 roku, kobiety mogły pracować w policji, ale tylko jako siostry policyjne. Najczęściej były pielęgniarkami i ich zadaniem było zajmowanie się kobietami, które padły ofiarą przestępstw, ale także samymi przestępczyniami, czasem dziećmi. Siostry policyjne nie miały tych samych uprawnień, co policjanci, ale pomagały w dochodzeniach.

    Czyli pełniły tradycyjne kobiece role opiekunek

    Tak. Myślę, że odzwierciedlało to ówczesne spojrzenie na kobiety i mężczyzn, przekonanie, że bardzo różnią się od siebie. Uważano, że istnieją „unikalne cechy kobiece”, które mogły być przydatne na komendzie. Kobiety miały uzupełniać mężczyzn. Tak wówczas myślano.

    Ciekawe, że w Polsce otwarcie szeregów policji dla kobiet nastąpiło już w 1925 roku. Można powiedzieć, że były takie czasy, w których to Polska stawiała na emancypację wcześniej niż Szwecja… Istniało jednak ograniczenie, pierwsze policjantki musiały być pannami albo wdowami, bo zamężnych kobiet do policji nie przyjmowano. Domyślam się że, nie było im z początku łatwo… Ty poprzez historie swoich bohaterek, zwłaszcza Britt-Marie pracującej na komendzie w latach 70. pokazujesz, jak dyskryminowano policjantki w Szwecji. Britt- Marie pada ofiarą mobbingu . Szef nie traktuje jej jak pracowniczki równej mającym identyczne wykształcenie kolegom. Wiem, że robiąc research, natknęłaś się też na zadziwiające artykuły o policjantkach w szwedzkiej prasie, pełne stereotypów i lekceważenia.

    Tak, było to bardzo zaskakujące. Sama urodziłam się w 1968 roku i nie pamiętam, żebym w czasie dorastania uważała, że jest coś dziwnego w tym, że kobieta pracuje na policji. Ale kiedy zaczęłam czytać prasę z tamtych lat odkryłam, że o kobietach policjantkach pisano z wielką podejrzliwością, że umniejszano ich rolę. Przeciwnicy twierdzili na przykład, że jeśli ładna kobieta będzie siedziała z mężczyzną w radiowozie, to prowadzący policjant może zjechać z drogi, bo będzie zdekoncentrowany.

    Więc przez długi czas zakazywano policjantkom pracy w terenie!

    Tak. Druga połowa artykułów traktowała o „ślicznych policjantkach”, „najpiękniejszej policjantce w Örebro”, „seksownych strojach policjantek” i tak dalej. Takie nastroje panowały do końca lat 70., dopiero potem zawód policjantki stał się czymś normalnym. Moja bohaterka Britt -Marie napotyka w pracy niczym nieskrywaną dyskryminację. Jej szef wyklucza ją z zebrań, nigdy nie pyta o zdanie, jedynym obowiązkiem, który jej przydziela, jest robienie notatek. Tak to właśnie wyglądało w latach 70. Moje bohaterki, które pracują w policji później też napotykają wyzwania i trudności, ale zupełnie innego typu.

    Malin, która pracuje w czasach współczesnych ma o niebo lepszą sytuację zawodową, ale i tak jest jej trudno, na przykład łączyć pracę z macierzyństwem. Zwłaszcza, że nie ma wsparcia od męża . Zastanawiam się, czy nadal istnieje jakiś rodzaj debaty na temat płci w policji.

    Myślę, że przekonanie o tym, iż kobiety i mężczyźni bardzo się od siebie różnią zastąpiono dziś przeświadczeniem, że są tacy sami i że są w stanie wykonywać obowiązki zawodowe w identyczny sposób.

    Pomysł na „Łowcę cieni” narodził się podczas lektury. Podobno zainspirowała Cię książka Michelle McNamara z gatunku true crime „Obsesja zbrodni”, opowiadająca historię poszukiwania seryjnego mordercy zwanego The Golden State Killer.

    Autorka tej książki była dziennikarką i prowadziła stronę internetową poświęconą nierozwiązanym sprawom seryjnych morderstw. Była wręcz opętana postacią The Golden State Killera. Mężczyzna ten przez długi czas gwałcił i mordował kobiety w Kalifornii, ale też w innych stanach. Długo dochodzono do ustalenia, że to ta sama osoba. Z początku nadawano mu różne przydomki w zależności od tego, gdzie akurat działał. Michelle McNamara w trakcie pracy nad książką o nim nieoczekiwanie zmarła. Jest bardzo wzruszające, że książkę ukończyli i wydali redaktorzy z jej wydawnictwa. Sprawa The Golden State Killera pozostawała niewyjaśniona przez dziesiątki lat, więc książka o nim pozwala na spotkanie wielu policjantów pracujących nad tym przypadkiem. Bohaterowie Michelle McNamara starzeją się, przechodzą na emeryturę, umierają, zastępują ich kolejne osoby, społeczeństwo wokół zmienia się, powstają nowe dzielnice miast, inne zostają zburzone. „Obsesja zbrodni” sprawiła, że zrozumiałam, iż opowieść kryminalna tak bardzo rozciągnięta w czasie, daje unikalną możliwość opisania różnych przemian i zjawisk w społeczeństwie. Od rozwoju urbanistycznego miast do przemian w sytuacji kobiet w policji. W tym wszystkim nadal największą atrakcją jest – mam nadzieję – wciągająca historia kryminalna. Chciałam, żeby „Łowcę cieni” można było czytać na różne sposoby, jako zwykły, trzymający w napięciu thriller, ale też jako powieść przedstawiającą jakiś fragment, mało znanej, historii społeczeństwa.

    I rzeczywiście jest tak, że zrobiłaś z kryminału epicką powieść analizującą ciekawe zjawiska społeczne i pokazującą ważne przemiany w Szwecji. Mam wrażenie, że kryminał jest wbrew pozorom gatunkiem pozwalającym na wyjątkowo wiele, między innymi na głębokie społeczne zaangażowanie, ale niewielu autorów w pełni wykorzystuje tę szansę. Ani w Polsce, gdzie rocznie publikuje się około 400 kryminałów, ani w Szwecji, gdzie wychodzi ich rocznie ponad 300. Tobie się to udało. Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o researchu?

    Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell

    Czytałam mnóstwo książek, jakieś autobiograficzne opowieści policjantów, pracę doktorską o szwedzkiej policji, serię powieści o dawnym Sztokholmie Pera Andersa Fogelströma. Dużo czasu spędziłam w bibliotekach, zwłaszcza w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie, czytałam tam gazety z lat 70. i 80. Nie wszystkie informacje zdobyłam, wertując źródła prasowe, dotarłam też do trzech kobiet, które pracowały w policji w różnych latach. Najstarsza miała 75 lat, a najmłodsza 40. Potrzebowałam tego, żeby poczuć, jak kiedyś pracowało się kobietom w policji.

    Czy jakieś anegdoty lub wspomnienia, które opowiedziały Ci te kobiety trafiły bezpośrednio do „Łowcy cieni”?

    Całe mnóstwo detali, które tak naprawdę budują realistyczną opowieść o miejscach i czasie. Na przykład 75-letnia Siv opowiadała mi, że za jej czasów podczas ćwiczeń na strzelnicy nie było ochraniających uszy słuchawek, więc z koleżankami wkładały do uszu łuski po nabojach. Britt-Marie też to robi.

    Czy bałaś się błędów?

    Tak! Kiedy wpadłam na pomysł tej powieści, nie miałam na szczęście pojęcia, ile będzie wymagała pracy, i czego się podjęłam. Pytania mnożyły się bez końca. Jak wyglądała ta ulica w latach70.? Jakie jeździły po niej samochody? Co się jadło? Jakiej muzyki słuchało? Im dłużej zagłębiasz się w historii, im więcej wynajdujesz rzeczy, które charakteryzowały dany czas, tym bardziej kusi, by je wszystkie przedstawić. A to fatalne rozwiązanie. Nie można przeładować książki elementami z epoki.

    Myślę, że udało Ci się wyważyć właściwe proporcje. Ciekawe, że opisując historię seryjnych morderstw, których ofiarami są młode kobiety, samotne matki, pozostawiasz pole dla wyobraźni czytelników. Nie epatujesz przemocą, nie szokujesz opisami tortur i krwią. Trochę wbrew współczesnym tendencjom panującym w literaturze kryminalnej, która epatuje szczegółowymi opisami przemocy wobec kobiet i czyni z przemocy fetysz. W Twojej książce jest paraliżujący strach, ale przemoc jest często czymś niedopowiedzianym.

    Nie lubię epatować przemocą. Chcę pisać książki, które wciągają, ale nie są bardzo krwawe, to nie ma dla mnie żadnej wartości. W seryjnych morderstwach, które opisuję jest sporo symboliki, kobiety są przybijane gwoździami do podłogi w swoich mieszkaniach, tak jakby ktoś chciał zatrzymać je w domu. A jest to tematem książki także w szerszym znaczeniu. Generalnie nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze, bardziej ekscytujące albo bardziej poruszające. Dlatego unikam dosłowności. Myślę, że czytelnicy mają tyle fantazji i wrażliwości, że aby ich poruszyć, wystarczą sugestie. Nie trzeba wdawać się w szczegóły.

    Camilla Grebe w rozmowie z Katarzyną Tubylewicz

    Napisałaś trzynaście książek, kilka z nich w duetach, ale od pewnego czasu pracujesz sama. Myślę, że charakterystyczne dla Twojego pisania jest ciągłe poszukiwanie nowych dróg.

    Łowca cieni” to czwarta część cyklu zapoczątkowanego przez „Stąpając po cienkim lodzie”, po którym przyszły „Uśpienie” i „Dziennik mojego zniknięcia”. W kolejnych książkach powracają niektórzy bohaterowie, ale zaskoczeniem jest którzy i w jakim momencie życia. W „Łowcy cieni” pojawia się profilerka Hanne, którą poznajemy w latach 80., kiedy jej kariera nabiera tempa, a Hanne żyje w nieco toksycznym związku. Tę samą bohaterkę pamiętam z pierwszego tomu cyklu, w którym miała… prawie 60 lat, cierpiała na początki demencji i przeżywała wielką miłość.  Dość wcześnie zdecydowałam, że będę pisała tylko takie rzeczy, które naprawdę chcę napisać. Uważam, że kiedy ja dobrze bawię się pisaniem, to czytelnik bawi się moją książką. Nie byłoby dla mnie interesujące pisanie ciągle o tym samym policjancie rozwiązującym kolejne zagadki morderstw w tym samym mieście. Oczywiście wielu autorów zachowuje ten schemat i tworzy fantastyczne książki, ale dla mnie byłoby to nudne. Za każdym razem potrzebuję stawiać sobie nowe wyzwania, całkowicie zmieniać sposób opowiadania moich historii, tematykę, bohaterów.

    Myślę, że czas zdradzić, że kiedy ze sobą rozmawiamy, jesteś na wakacjach w Hiszpanii, ale nie mogłyśmy zaplanować rozmowy w Sztokholmie po Twoim powrocie, bo na razie do Szwecji nie wracasz. Od pewnego czasu mieszkasz bowiem w Portugalii.

    Przeprowadziliśmy się z moim partnerem do Cascais w połowie grudnia. Przejechaliśmy wtedy samochodem przez pozamykaną przez pandemię Europę. Wszędzie było pusto. Kiedy dotarliśmy do Portugalii, zaczął się tam lockdown, więc przez jakiś czas byliśmy uwięzieni, ale teraz jest nam wspaniale. Oboje pracujemy nad swoimi projektami, ja uczę się jeździć konno.

    Czy chcecie zostać w Portugalii na długo?

    Właściwie nie wiemy. Idea jest taka, że teraz, gdy dzieci każdego z nas są już dorosłe i wyprowadziły się z domu, my możemy przeżyć wielką przygodę. Każde z nas i tak pracuje w domu, więc możemy mieszkać, gdzie chcemy. Nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy zostaniemy w Portugalii na rok czy na parę lat. Dla mojego pisania nie ma znaczenia, gdzie jestem. Najchętniej i tak piszę w łóżku.

    Ile godzin dziennie?

    Są takie okresy, że siedzę nad książką po dwanaście godzin, ale zdarza się to bardzo rzadko. Najczęściej pracuję dwie, trzy godziny. Zawsze też sporo myślę o książce, nad którą pracuję. Pisanie to proces, który trwa nawet wtedy, kiedy się nie pisze.

    Camilla Grebe, fot: Viktor Fremling

    A nad czym teraz pracujesz?

    Nad kolejną po „Łowcy cieni” częścią cyklu, ma roboczy tytuł „Witajcie w wieczności”. Bohaterką jest redaktorka wydawnictwa, której mężem jest bardzo znany pisarz. Mają synów bliźniaków. Po przyjęciu w ich wielkim domu na wsi zostaje zamordowana nastolatka. Szybko okazuje się, że sprawcą jest jeden z synów pary, ale nie wiadomo który. Będzie to powieść traktująca w dużej mierze o rodzicielstwie, ale także o świecie literacko-wydawniczym. Bardzo podoba mi się opisywanie świata, który dobrze znam.

    Twoje książki przetłumaczono na 25 języków.

    Nie wszystkie na te same języki i nie wszystkie na aż tyle, ale w sumie tak. Za to książki wydane po angielsku sprzedają się w wielu krajach, między innymi w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. Tak więc choć moje powieści ukazały się w tłumaczeniach na 25 języków, sprzedawane są w znacznie większej liczbie krajów.

    Jesteś częścią fenomenu, który nazywany jest mianem „szwedzkiego cudu kryminalnego” – po szwedzku det svenska deckarundret. Co według Ciebie jest najważniejszą cechą szwedzkich kryminałów, która sprawia, że podbijają świat?

    Myślę, że są dość mroczne i zaangażowane w tematykę społeczną, krytycznie ją analizując. Większość z nas uważnie obserwuje teraźniejszość, przemiany obyczajowe. Mówiąc o sukcesach szwedzkich czy szerzej skandynawskich kryminałów, myślę, że my, współcześni autorzy, zawdzięczamy wiele naszym poprzednikom. Na przykład piszącym w latach 70. ubiegłego wieku autorom: parze Sjöwall i Wahlöö, dziś uznawanym za klasyków, Henningowi Mankellowi i innym doskonałym autorom, którzy otworzyli nam drzwi na świat. Zainspirowali nas też, żeby pisać prozę kryminalną. Myślę więc, że nie chodzi tylko o to, że w Szwecji jest dziś dużo dobrych autorów prozy sensacyjnej, ale także o to, że mamy długą tradycję takiej powieści.

    Po których szwedzkich autorów sięgasz najchętniej?

    Bardzo wielu. Zawsze lubiłam na przykład Håkana Nessera i Åsę Larsson. Lubię też Christoffera Carlssona, och, mogłabym jeszcze długo wymieniać.

    A z autorów zagranicznych?

    Uwielbiam brytyjską autorkę, która nazywa się Belinda Bauer. To pisarka, która mnie najbardziej inspiruje, chcę pisać tak jak ona. Jej książki są czymś pomiędzy powieściami obyczajowymi a kryminałami. Ale warto dodać, że czytam całą masę książek niesensacyjnych; Joyce Carol Oates, Margaret Atwood, Iana McEwana.

    Na koniec nie mogę nie wspomnieć o plotkach związanych z Hollywood. Czytałam, że trwają prace nad amerykańską ekranizacją twojej powieści „Stąpając po cienkim lodzie”. Czy mogłabyś coś o tym powiedzieć?

    Nie wolno mi teraz mówić prawie nic na ten temat, ale to prawda. Na razie nauczyłam się, że świat filmu jest strasznie skomplikowany i bardzo długo trwa, nim jakiś projekt zostanie zrealizowany. Dla pisarza to trochę frustrujące. Pisanie książki zajmuje dużo czasu, ale zawsze wiadomo, kiedy wyjdzie. W branży filmowej funkcjonuje wszystko trochę inaczej, jest mnóstwo rozmów, wszystko trwa i trwa. Ale tak, to prawda, będzie Hollywood.

    Rozmawiała Katarzyna Tubylewicz

  • „Billy Summers” – fragment najnowszej książki Stephena Kinga

    – Kiedy zadzwoniłem do twojego człowieka, Bucky’ego, powiedział, że chcesz przejść na emeryturę.

    – Myślę o tym. Długo robię w tej branży. Za długo.

    – Święta prawda. Ile właściwie masz lat?

    – Czterdzieści cztery.

    – Robisz to od czasu, kiedy zrzuciłeś mundur?

    – Mniej więcej. – Jest prawie pewien, że Nick to wszystko wie.

    – Ilu ich w sumie było?

    Billy wzrusza ramionami.

    – Nie bardzo pamiętam. – Było ich siedemnastu. Osiemnastu, licząc pierwszego, tego z ręką w gipsie.

    – Bucky mówił, że za porządne pieniądze być może dasz się namówić na jeszcze jednego.

    Czeka, aż Billy zapyta o szczegóły. Billy milczy, więc Nick mówi dalej.

    – Pieniądze za tego są bardzo porządne. Załatwisz to i będziesz mógł resztę życia spędzić w ciepłych krajach. Popijać piñe colady w hamaku. – Znów prezentuje ten swój szeroki uśmiech. – Dwa miliony. Pół bańki z góry, reszta po wykonaniu zadania.

    Billy reaguje gwizdnięciem, które nie jest elementem odgrywanej przez niego roli, czy raczej, jak sam to w duchu nazywa, jego „głupawego ja”, maski, którą okazuje typom pokroju Nicka, Franka i Pauliego. To jak pas bezpieczeństwa. Używasz go nie dlatego, że spodziewasz się kraksy, lecz dlatego, że nigdy nie wiesz, kto lub co nagle wyskoczy zza szczytu wzniesienia prosto na ciebie. Tak samo jest na drodze życia, którą ludzie jeżdżą jak im się żywnie podoba, czasem pędzą pod prąd na autostradzie.

    – Dlaczego aż tyle? – Do tej pory nigdy nie dostał więcej niż siedemdziesiąt patoli za robotę. – Nie chodzi o polityka, co? Bo takich zleceń nie biorę.

    – A gdzie tam.

    – To zły człowiek?

    Nick śmieje się, kręci głową i patrzy na Billy’ego z autentyczną sympatią.

    – Zawsze o to pytasz.

    Billy potakuje.

    Głupawe ja to może i ściema, ale prawdą jest, że Billy przyjmuje zlecenia tylko na złych ludzi. Dzięki temu dobrze sypia. Zarabia na życie pracą dla złych ludzi, jasne, że tak, ale nie widzi w tym dylematu natury moralnej. Jeśli chcą mu płacić za zabijanie innych złych ludzi, proszę bardzo. W gruncie rzeczy uważa się za śmieciarza z bronią w ręku.

    – To bardzo zły człowiek.

    – Okej…

  • Opiekuj się opowieścią. Krzysztof Zajas o „Billym Summersie” Stephena Kinga

    Zacznijmy od okładki. Czerwony pickup światłem reflektorów rozdziera na pół czarno-czerwony las. Spod rozerwanej ciemności wyłania się tekst. Samochód prze naprzód po bruku z liter. To fragment oryginału „Billy’ego Summersa”, a konkretnie autobiograficznych zapisków tytułowego bohatera (początek rozdz. 7, w pol. s. 136-137), budujących powieść w powieści. Czarno-czerwona ciemność stanowi jedynie papierową obwolutę, pod którą skrywa się opowieść. I figura interpretacyjna gotowa: rzeczywistość jest powierzchnią, a pisarz wydobywa spod niej historie do zapisania. One już tam tkwią, trzeba tylko rozerwać tapetę zdarzeń i sięgnąć po nie. Albo inaczej: prawdziwa historia Billy’ego Summersa spoczywa gdzieś pod spodem. Albo jeszcze inaczej: obwoluta rzeczywistości jest nieczytelna i mroczna, dopiero narracja wydobywa z niej sensy. Uspokaja. Tutaj narracją jest czerwony pickup.

    Billy Summers” to kilka powieści w jednej. Mamy zatem sensacyjną historię o weteranie z Iraku, który po powrocie zostaje płatnym zabójcą (w moim ulubionym stylu, czyli snajper) i przed przejściem na emeryturę podejmuje się – a jakże – ostatniego zlecenia. Jest dobry, najlepszy, i profesjonalizm połączony z frontowymi traumami czynią z niego idealnego zleceniobiorcę. Ma jedną żelazną zasadę: zabija tylko złych ludzi. Przed przyjęciem zlecenia musi mieć pewność, że sprzątnie kanalię. Ale tak naprawdę zabójcą jest od dzieciństwa, a znakiem jego właściwej, inicjalnej traumy jest prześladujący go całe życie nakaz matki: „Opiekuj się siostrą”. Nakaz, któremu Billy Summers w swoim przekonaniu nie zdołał sprostać. I ciągle próbuje. Dla zmylenia mocodawców lubi udawać głupca, w głębi duszy jest jednak człowiekiem wrażliwym i oczytanym – wypisz wymaluj materiał na pisarza.

    Istotnie, zaczyna spisywać historię swojego życia i to jest druga powieść o Billym Summersie. Mozolnie, strona po stronie zapisuje wspomnienia, zwykle bolesne i okrutne. Rejestr krzywd i traum. Trzecia powieść maluje sympatyczny portret prowincjonalnej Ameryki, z miłymi sąsiadami, towarzyskimi odwiedzinami i zwykłą ludzką dobrocią jako antidotum na nieusuwalne traumy. Aby wypełnić zadanie życia, trzeba będzie to dobro porzucić. Płatny zabójca, podobnie jak pisarz, nie może mieć normalnego życia. Czwarta powieść o Billym Summersie – dla przeciwwagi – jest tragicznym romansem dwojga ciężko doświadczonych ludzi, opowiadającym o pięknej i czystej miłości, która nie może się udać.

    Te cztery powieści splatają się ze sobą zadziwiająco spójnie. Każda z nich ma swoje osobne cechy narracyjne, każda jest snuta swoim stylem i w swoim tempie – a jednak składają się w pasjonującą całość. Nawet jeśli miejscami mamy wrażenie pewnej sztampowości rozwiązań (opowieść z Iraku jest jak rozpisany na głosy reportaż z NYT, a sceny sąsiedzkie na przedmieściach jak serial Netfliksa), nie ich oryginalność jest tu najważniejsza. A co? Myślę, że chodzi o coś w rodzaju znarratywizowania świata: wszystko jest opowieścią. Gdziekolwiek sięgniesz, rozwija się jakaś ciekawa ludzka historia, wszyscy jesteśmy zanurzeni po uszy w narracjach, własnych i cudzych. Brniemy przez nie jak ten okładkowy pickup przez papierową ciemność.

    Pamiętacie, jak parę miesięcy temu pisałem tutaj o moim maniackim szukaniu Wielkiej Metafory w tekstach Kinga? Mówiłem, że „Później” to jest próba pisania zza grobu, z perspektywy śmierci. Jakby pisarz usiłował przekroczyć nieprzekraczalną granicę i opowiedzieć coś z zaświatów. Jakby chciał wyprzedzić śmierć i wysłać zawczasu opowieść Stamtąd. W „Później” pomysł z umarłymi, którzy muszą mówić prawdę, wydawał mi się właśnie taką Wielką Metaforą literatury. Tylko ona po nas pozostanie. Narracja zza grobu.

    Ośmielam się twierdzić, że miałem rację, ponieważ w „Billym Summersie” jest podobnie, tylko jeszcze dalej. Główny bohater ma do wykonania dwie prace i wbrew pozorom ta druga jest dla niego ważniejsza. Jako płatny zabójca musi zastrzelić złego człowieka – symbolicznie, na schodach budynku sądowego. Natomiast jako człowiek myślący o rychłej śmierci musi napisać autobiografię.

    I taka jest jeszcze jedna, piąta powieść o Billym Summersie, streszczająca się w pytaniu: co będzie z moją opowieścią, kiedy umrę? Tytułowy bohater nie zdołał dokończyć swojej autobiografii, robi to za niego dziewczyna, którą uratował (spokojnie, to nie spojler). Ona musi to zrobić, ponieważ od pewnego momentu jest to tyleż jego historia, co jej. Życie i literatura splatają się do tego stopnia, że nie sposób rozstrzygnąć, gdzie kończy się jedno i zaczyna drugie. A ludzie przekazują sobie opowieść jak pałeczkę w sztafecie. Ja odchodzę, ale ty opowiadaj dalej, jak było (patrz: Hamlet i Horacy). W dodatku literatura ma swoją cudowną, magiczną moc: może cofnąć czas i odwrócić śmierć. Jest silniejsza od rzeczywistości, włada nią. Twoja śmierć, kochany, nie wydarzyła się do końca i nieodwracalnie, można ją anulować. W opowieści. No, tu już bez szczegółów, bo to byłby spojler.

    Co ma wspólnego najemny rzezimieszek z twórcą? Gdzie jest nić łącząca płatnego zabójcę z pisarzem? Szybko ją znalazłem. Przypomniałem sobie, jak się zaczęło moje pisanie kryminałów i jak wkładałem w mechanizm prywatnej zemsty bohaterów własne lęki, obsesje, urazy. Brałem odwet na łajdakach, palcami na klawiaturze zabijałem dewiantów i ratowałem niewinne ofiary, samemu lokując się na zewnątrz, poza dobrem i złem. Za pomocą kryminalnej powieści porządkowałem świat, przywracałem mu moralną równowagę. W świecie rzeczywistym nie mogłem tego robić, ale w wymyślanych opowieściach już tak.

    Otóż to, autor kryminałów, thrillerów i innych krwawych sensacji to morderca. Zabijacz ludzi w imię mrzonek o sprawiedliwości – co z tego, że fikcyjnych. W końcu Billly Summers też jest fikcyjny, to wymyślona postać. Swoje zbrodnie usprawiedliwia jednak złudzeniem, że czyni dobro zabijając złych ludzi. A to już są emocje jak najbardziej realne. I niebezpieczne. Pisarz również jest człowiekiem, który przyjmuje mordercze zlecenie i stara się je wykonać jak najlepiej. I usprawiedliwia się misją, taką czy inną. Podczas lektury widziałem wychylający się zza Billy’ego Summersa wyszczerzony uśmiech samego Stephena Kinga.

    Masz traumę? Twoja psychika jest zrujnowana brutalnymi doświadczeniami dzieciństwa, gwałtem albo okrucieństwem systemowej przemocy? Nie załamuj się, tylko przekuj to w coś dobrego. Na przykład w likwidowanie kanalii. Albo w tworzenie literatury o likwidowaniu kanalii. Wprawdzie z tego powodu zostaniesz wyrzucony poza nawias społeczeństwa, nabierzesz dystansu i będziesz musiał się oswoić z dozgonną samotnością, ale pomożesz innym. Na tym polega dziwny i niezwykle przejmujący związek Billy’go z Alice, związek skazany na klęskę i zarazem piękny. Oboje są wyrzuceni poza nawias i tym samym predestynowani do uczciwego spisania tej historii.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Uczciwego? Co to właściwie znaczy? Uczciwość to tylko kolejny mit naiwnych czytelników. Zapiszę tę historię tak, jak chcę. „– Myślisz, że byłby zadowolony, że utrzymałam go przy życiu? – Byłby zachwycony”. Tak brzmi jeszcze jedna deklaracja zwycięstwa literatury nad rzeczywistością. Trzeba rozerwać papierową powierzchnię i sięgnąć w głąb. I opiekować się opowieścią, nie pozwolić jej zginąć.

    King nie byłby sobą, gdyby nie bawił się autocytatami i autoaluzjami. W „Billym Summersie” również znajdziemy ich sporo, a najlepsze odnoszą się do „Lśnienia” (żywopłot w zwierzaki i spalony hotel Panorama), do „Ręki mistrza” („może si, może no”) czy do „Bastionu” (wioska Hemingford w Nebrasce, wśród pól kukurydzy). Nie one jednak dla mnie były najważniejsze, traktowałem je właściwie jako stały i trochę już zgrany motyw. Przede wszystkim czytałem tekst starego, doświadczonego autora, który osiągnął już co chciał i trapi go tylko jedno: co się stanie po śmierci z jego opowieściami. I ta przejmująca prośba – żeby się nimi zaopiekować. Dlatego Alice po wszystkim decyduje się na studia creative writing. Opowieść będzie pisana dalej.

    Na koniec moja prywata. Dwójka głównych bohaterów porusza się samochodem z Nowego Jorku do Kolorado i z powrotem. Jadą również autostradą I-80 i w pewnym momencie zatrzymują się w Kearney, a jedna z finałowych scen rozgrywa się na parkingu pod tamtejszym Walmartem. Przemierzałem kiedyś Środkowy Zachód tą samą autostradą w drodze do Estes Park (nawiasem mówiąc, wspomniane w powieści), gdzie King wymyślił „Lśnienie”. Nocowałem w motelu w Kearney i wieczorne zakupy robiłem w tym samym Walmarcie (w Kearney jest tylko jeden). Gdybym trzy lata temu wiedział, to…

    Nie wiem właściwie co. Wiem za to, że życie splata się z literaturą. Nierozerwalnie i pięknie.

    Krzysztof Zajas